Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robert Biedroń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robert Biedroń. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 kwietnia 2020

Pod-Grzybki 201

Wyborczej” puściły ostatnie hamulce – trzeba stwierdzić, że w tej kampanii nieodwołalnie sięgnęła dna. Najpierw odpaliła temat jakiejś niezrównoważonej mitomanki i stalkerki nagabującej w internecie prezydenta Dudę. Takich rzeczy się po prostu nie robi - chociażby dlatego, że udzielając takiej osobie miejsca na łamach jedynie utwierdza się ją w urojeniach, a konsekwencje tego mogą być nieobliczalne. Potem „gazownia” przystąpiła do lansowania damskiego boksera, którego jakoby bez powodu pogryzła mecenas Jolanta Turczynowicz-Kieryłło. Tu też „nie pykło”, bo rzekomy bohater okazał się być agresywnym trollem, a ślady ugryzienia po wewnętrznej stronie przedramienia ewidentnie wskazują, że to on był agresorem (takie obrażenia charakterystyczne są dla sprawców napaści). Wreszcie, rzecz bodaj najbardziej obrzydliwa – czyli atak na żonę Zbigniewa Ziobry przypuszczony z wykorzystaniem doniesień gangusa „Brody” - osobnika wielokrotnie przyłapanego na konfabulacjach i pozbawionego statusu świadka koronnego, oraz „rewelacji” Zbigniewa Stonogi – postaci co do której jest tylko jedna niewiadoma: która konkretnie służba trzyma nad nim „kryszę”. W tym ostatnim przypadku jako „dziennikarz śledczy” zabłysnął znany nam dobrze „cyngiel” Wojciech Czuchnowski, który sprowadził tym samym swą dziennikarską (i każdą inną) wiarygodność poniżej zera. Czuchnowskiemu wróżę przyszłość w show-businessie - w charakterze scenarzysty kolejnych gniotów Patryka Vegi. Zaraz, napisałem, że „Wyborczej” puściły hamulce? Po namyśle odwołuję – sądząc po wylewającej się z łamów zawartości wnoszę, że Czerskim gremialnie puściły zwieracze.


*

A tak nawiasem – widzieli Państwo w necie kampanijne zdjęcia pani Turczynowicz-Kieryłło? Jak rany, dlaczego to nie ona kandyduje? Normalnie, żeby na nią zagłosować dałbym sobie rękę... odgryźć.


*

Tymczasem w Sejmie tradycyjna małpiarnia – czyli debata i spec-ustawa przeciw koronawirusowi! Wszystko w oparach teorii spiskowych, że rząd utajnia obecność rzeczonego bakcyla w Polsce – lub alternatywnie – że nic nie robi, a jak już robi, to po to, by wprowadzić „antykoronawirusową” ustawą stan wojenny. Hm, stan wojenny to może nie – ale obowiązkową kwarantannę na Sejm chętnie bym nałożył. Może przez kilka tygodni wyparowałyby z tych zaczadzonych łbów różne miazmaty. Ewentualnie, mogłoby się okazać, że wszyscy posłowie zmienili się w zombi – a wtedy wystarczyłoby zrzucić jakąś bombkę i kraj odetchnąłby z ulgą.


*

Swoją drogą, uchwalanie specjalnej ustawy przeciw wirusowi to genialny pomysł. Ktoś musiał nad tym długo myśleć. Widać, że europeizujemy się w stachanowskim tempie – przypomina to wypisz-wymaluj dumne obwieszczenie Michała Boniego po zamachach we Francji i Brukseli, że Parlament Europejski pracuje pełną parą nad dyrektywą przeciwko terroryzmowi. Teraz pozostaje już tylko czekać, aż nasi posłowie zaczną w proteście przeciw koronawirusowi smarować kredą kwiatki na chodnikach.


*

Pandemia histerycznego zapalenia mózgów (bo to jest prawdziwa pandemią, a nie jakieś tam koronawirusy) nie omija nawet Kościoła. We Włoszech odwoływane są Msze św. i nabożeństwa. Cholera, od zawsze w czasach zarazy właśnie w kościołach wierni gromadzili się, by szukać duchowej pociechy i wymodlić odwrócenie plagi (co jest istotne choćby ze względów psychologicznych – z chorobą walczy nie tylko ciało, ale też i umysł, a nastawienie pacjenta bywa kluczowe dla sukcesu terapii) – ale tym razem nie! Teraz Kościół jest tak postępowy i „otwarty”, że... zamknie dla wiernych swe podwoje! I, co gorsza, nie słychać cienia sprzeciwu. Świadczy to nie tylko o upadku wiary wśród wiernych, ale przede wszystkim wśród duchowieństwa - szczególnie tego hierarchicznego, oscylującego tyleż wokół Krzyża, co wokół kultu św. Spokoju.


*

Tak przy okazji, ja już teraz wiem, kiedy skończy się epidemia koronawirusowej szajby – dokładnie dzień po wyborach. I to jest kolejny powód, by sprawę rozstrzygnąć już w pierwszej turze.


*

Ale jest i optymistyczna wiadomość – w Japonii na potęgę wykupują „polską wódkę”, którym to mianem określa się tam... nasz poczciwy Polmosowy „spirytus rektyfikowany”. A zatem, brawo my – cały świat stoi na progu kryzysu, podczas kiedy Polska spokojnie zwiększa swój eksport do kraju kwitnącej wiśni. Tylko, że samuraje jakby czegoś nie zrozumieli i zamiast stosować nasz hit eksportowy doustnie, myją nim ręce. Może producent kolejne partie trunku opatrzy etykietkami z instrukcją, że produkt przeznaczony jest do dezynfekcji wewnętrznej? Bo aż szkoda patrzeć na taką profanację i marnotrawstwo.


*

Z wiadomości kampanijnych. Robert Biedroń chciał sobie pojechać do Chin, bo z powodu epidemii potaniały wycieczki. Jak się pochwalił, wraz ze swoim Śmiszkiem zdążyli już obskoczyć 60 egzotycznych krajów i nie jest to ich ostatnie słowo. I wszystko byłoby super, gdyby tylko jakaś menda nie przypomniała mu, że trwa kampania wyborcza, a on przecież kandyduje na prezydenta – i to nie Chin, a Polski. I po tym samozaoraniu sztab Lewicy może spokojnie zwijać manatki, bo już wiadomo, że nic z tego nie będzie. Nie ma co - przewodniczący „Czao”, który wymyślił tego Jasia Wędrowniczka jako kandydata, to istny geniusz destrukcji.


*

Odbyła się konwencja wyborcza Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, na której kandydatka zaprezentowała się... jako orlica. Kto nie widział, ma szczęście, bo tego nie da się odzobaczyć. Z innych lepszych numerów – do odśpiewania hymnu wydelegowano 12-letnią kodziarską latorośl o imieniu... Brajanek. Szkoda, że nie w duecie z jakąś Dżesiką. Kurczę, i pomyśleć, że w tamtych kręgach w dobrym tonie jest toczenie beki z „Grażyn” i „Januszy”...


*

Kukiz zakłada partię! W ramach walki z partiokracją, oczywiście. Jak tłumaczy, ugrupowanie o nazwie K-15 (czemu nie AK-47? byłoby bardziej wystrzałowo) musiało powstać, gdyż „do ludzi nie docierało, że jestem odmiennym bytem”. Panie Pawle, jakby to ująć – w tym, że jest Pan „odmiennym bytem” wszyscy już dawno zdążyli się zorientować...


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 10 (06-12.2020)

niedziela, 8 grudnia 2019

Pod-Grzybki 189

Agora” rozpaczliwie stara się zminimalizować straty w związku z wydaniem wiekopomnego dzieła Donalda Tuska o dość perwersyjnym tytule „Szczerze”, które miało być flagowym gadżetem jego niedoszłej kampanii prezydenckiej. Zorganizowała mianowicie w siedzibie na Czerskiej promocję książki – ale biletowaną. Desperaci, którzy się zdecydują, będą musieli wybulić za przyjemność poocierania się o eks-”Króla Europy” całe czterdzieści zeta. Krążą pogłoski, że szykowana jest atrakcja specjalna – za niewielką dopłatą Tusk pokaże każdemu chętnemu białego konia.


*

W Parlamencie Europejskim odbył się kolejny sabat nad Polską, tym razem dotyczący sytuacji waginosceptyków i penisosceptyczek, podczas którego odkryto istnienie „stref wolnych od LGBT”, a Robert Biedroń zabłysnął stwierdzeniem, iż w Polsce nie może korzystać ze sklepów, restauracji i hoteli. Nie wyjaśnił tylko, jakim cudem w tym homofobicznym piekle zdążył już być kolejno działaczem społecznym, posłem, prezydentem sporego miasta, eurodeputowanym, a jego partner Krzysztof Śmiszek dopiero co został wybrany do Sejmu. Przy okazji – czasem ten czy ów zastanawia się nad podziałem ról w stadle Biedroń-Śmiszek, tzn. kto pełni w nim rolę „męża”, a kto jest „żoną”. Zgodnie z obowiązującymi trendami, proponuję zastosować do rozwikłania tej zagadki klucz genderowy, odwołujący się do „płci kulturowej”. Jak wiemy, Biedroń jest dziś w Parlamencie Europejskim, gdzie zgarnia gruby hajs, natomiast biedny Śmieszek zaledwie w polskim Sejmie, w którym zarabia co najwyżej na waciki – od razu widać więc, kto w tym domu nosi spodnie.


*

Tego typu nasiadówki w PE pokazują, iż „Europa” postanowiła stosować wobec nas klasyczne podejście kolonialne - „cywilizuj się na naszą modłę, albo giń”. To się sprawdzało, ale tylko do czasu, bo kiedyś prócz nagiej przemocy Zachód oferował atrakcyjne wzorce kulturowe, dziś natomiast roztacza wokół siebie już tylko odór lewackiej zgnilizny. Tak, więc drodzy „Europejczycy”, z nami to nie przejdzie. A wiecie dlaczego? Bo te wasze zdegenerowane wymysły, którymi zastąpiliście cywilizację, nam nie im-po-nu-ją!


*

Jest dobrze! Warszawska Gmina Żydowska do spółki z kard. Nyczem postanowiła zrobić promocję książce Wojciecha Sumlińskiego, dr Ewy Kurek i Tomasza Budzyńskiego „Powrót do Jedwabnego”. Mianowicie, Żydzi tak zapamiętale interweniowali w warszawskiej Kurii, iż ta wpłynęła na podległe sobie instytucje, by wymówiły autorom kolejno cztery sale na spotkanie. Efekt był do przewidzenia – gdy w końcu dzięki Witoldowi Gadowskiemu spotkanie odbyło się w siedzibie SDP na Foksal, przybyły takie tłumy, że ludzie musieli stać na korytarzu, a książka momentalnie stała się bestsellerem. Cymes!


*

To aż nieprawdopodobne, ale Sylwia Spurek (chyba) nie odwaliła w minionym tygodniu niczego spektakularnego. Nie kazała wszystkim kobietom nawrócić się na weganizm, nie rozpaczała nad losem inseminowanych krów, ani nawet nie zająknęła się słowem o „pracy reprodukcyjnej” za którą kobietom należy się kasa. Nagły spadek formy? A może po prostu zaczęła potajemnie jeść mięso? Pani Sylwio, proszę mi tego nie robić - „Pod-Grzybki” bez Pani, to już nie będzie to samo...


*

Swoją drogą, proszę zwrócić uwagę, że ortodoksyjni weganie pokroju Sylwii Spurek, Jasia Kapeli, Szymona Hołowni czy, dajmy na to, Krzysztofa Czabańskiego, nawet fizycznie różnią się od normalnych ludzi – wyglądem przypominają zasuszonych fanatyków z wiecznym obłędem w oczach. A kiedy jeszcze na dodatek zdecydują się odezwać, rozwiewają wszelkie wątpliwości, co do stanu ducha i umysłu. Wniosek jest jednoznaczny – dieta wegańska prowadzi do trwałych zmian w mózgu.


*

No właśnie – słyszeli Państwo może o ortoreksji? Otóż ortoreksja jest zaburzeniem psychicznym polegającym na obsesyjnej dbałości o spożywane jedzenie, wynikającej ze skoncentrowania na sobie i dążenia za wszelką cenę do osiągnięcia zdrowotnej „doskonałości”. Zaczyna się od zmiany zapatrywań na dietę i stopniowego wykluczania kolejnych potraw (np. mięsa), sposobów przyrządzania posiłków (np. smażenia) – aż w końcu ortoretyk niemal całe swoje życie podporządkowuje tak specyficznie rozumianemu „zdrowiu”, w skrajnych przypadkach jedząc jedynie to, co sam osobiście wyhoduje i przyrządzi (bo tylko wtedy ma „pewność”, że jest to zdrowe). Brzmi znajomo? Po raz pierwszy ortoreksja została zdiagnozowana (u siebie samego) w 1997 r. przez amerykańskiego lekarza Stevena Bratmana, który opisał ją w książce pod znamiennym tytułem „W szponach zdrowej żywności”.


*

Gdyby ktoś miał wątpliwości co do powyższej diagnozy, oto najnowszy wykwit szaleństwa Szymona Hołowni, który ma wszelkie dane po temu, by w niniejszej rubryce zdetronizować Sylwię Spurek. W rozmowie z jezuickim portalem „Deon” ów mąż uczony stwierdził, iż Jezus stał się... zwierzęciem, albowiem przeistoczył się w „Baranka Ofiarnego”, biorąc na siebie cierpienia składanych w ofierze zwierząt. Cóż, dosłowna interpretacja metafor jest cechą umysłowości dzieci i ludów prymitywnych, co stanowi kolejne potwierdzenie mych podejrzeń, że Hołownia pod płaszczykiem „katolicyzmu” uprawia własną formę pogańskiego animizmu. Na wszelki wypadek jednak wyjaśnię – Jezus nigdzie nie potępiał jedzenia mięsa, co więcej, wraz z uczniami spożywał Paschę, której nieodłączną częścią była jagnięcina i to przyrządzona na sposób koszerny, z ubojem rytualnym włącznie. Można zakładać co najwyżej, że zgodnie z prawem mojżeszowym nie jadał wieprzowiny – ale już kiedy rozmnażał ryby, to przecież nie po to, by bezproduktywnie zgniły, lecz dlatego, by nakarmić nimi ludzi. Natomiast Kościół, przypomnę, nie uważa za grzech jedzenia mięsa jako takiego, lecz „nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu” - a zgrzeszyć nieumiarkowaniem można równie dobrze obżerając się np. fasolą. Wniosek? By zachować szlachetną wstrzemięźliwość, wystarczy zacząć od przestrzegania tradycyjnych dni postnych – a tak się akurat składa, że mamy ku temu świetną okazję, bo właśnie zaczął się Adwent.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 49 (06-12.12.2019)

niedziela, 2 czerwca 2019

Pod-Grzybki 162

Po eurowyborach media wymieniają największych wygranych i przegranych, przerzucając się głośnymi nazwiskami polityków, którzy bądź to dostąpią brukselskiej manny z nieba, bądź też przez najbliższe lata będą cierpieć o chlebie i wodzie. Ja mam innego faworyta wśród przegranych: wszystkie działające na rynku sondażownie. Literalnie ani jeden „ośrodek badań opinii” nawet nie zbliżył się do rzeczywistego wyniku wyborów. Oni już nawet nie udają, że badają cokolwiek, to są wprost płatne ośrodki propagandowe, mające urabiać na obstalunek zleceniodawców opinię publiczną. Mam zatem pomysł - założę własny, jednoosobowy „instytut badawczy”. Nazwę go jakoś ładnie, np. Pracownia Robienia Wody z Mózgu i będę czesał kasę. Oczywiście, przeprowadzanie jakichkolwiek badań mija się z celem – wystarczy znać preferencje sponsora. Gwarantuję za to słupki i wykresy w zarąbistych kolorkach. W ostateczności, gdy zabraknie mi weny, zawsze będę mógł zadzwonić do wróża Macieja – efekt nie będzie gorszy od sondaży „wiodących ośrodków badawczych”, a ileż mniej roboty!


*

A tak bardziej serio – jednym z największych przegranych jest Konfederacja. Niestety, frontmanom Konfederatów kampania wyborcza pomyliła się ze spotkaniem autorskim w salce parafialnej, gdzie przychodzą sami swoi i można swobodnie „popłynąć”, dając upust oratorskim zapędom. Swoją drogą, poparcie dla Konfederacji zadeklarował słynny „jasnowidz” Krzysztof Jackowski – i co, nie ostrzegł ich co się szykuje? Teraz poobijani antysystemowcy muszą odbudować formę przed jesienią. Zalecam kurację produktami innego fana Konfederatów, Jerzego Zięby - „lewoskrętną” witaminą C (39 zł), popijaną wodą przepuszczoną przez „strukturyzator” za jedyne 2500 złociszy. Może nawet da im na kredyt – po jesiennych wyborach zwrócą mu z budżetowej dotacji, o ile oczywiście wcześniej znowu nie odpalą słynnego „protokołu 2 proc.”.


*

A wygrany? Oczywiście Beata Szydło, która wynikiem 524 951 głosów zdetronizowała dotychczasowego etatowego zwycięzcę eurowyborów, czyli startującego z ludnego Śląska Jerzego Buzka. Tak, że ten... może by się jeszcze zastanowić nad kandydowaniem Dudy w przyszłym roku? Przypomnę, że rok temu popełniłem tekst pt. „Beata Szydło na prezydenta” - i odnoszę wrażenie, jakby znów zyskiwał na aktualności...


*

Inny wygrany to niewątpliwie Robert Biedroń, który opowiadając o swym związku ze Śmiszkiem chwalił się, że „Jak się nie widzimy miesiąc, to króliczki Duracella odpadają przy nas. 24 godziny na dobę!”. Drżyjcie brukselscy geje – jurny Robert nadchodzi!


*

A tymczasem, doceniają nas w Europie! Francuski minister gospodarki i finansów Bruno Le Maire przyznał samokrytycznie, że „Francja gardziła Polską i myliła się”. W ramach rekompensaty Paryż zaproponował nam przystąpienie do „francusko-niemieckiego projektu sektora przemysłowego baterii elektrycznych, ZWŁASZCZA W DZIEDZINIE RECYKLINGU”. Yes, yes, yes! Polska śmieciarzem Europy – to brzmi dumnie!

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 22 (31.05-06.06.2019)

niedziela, 17 lutego 2019

Pod-Grzybki 147

Witam czytelników „Warszawskiej Gazety”. W związku z wydawniczą reorganizacją od tego numeru „Pod-Grzybki”, którymi dotąd nękałem permanentnie czytelników „Polski Niepodległej”, będą się ukazywały właśnie tutaj. Charakter rubryki pozostanie oczywiście bez zmian – „Pod-Grzybki” po staremu będą epatować niewyszukanym, chuligańskim wdziękiem oraz urągać dobremu gustowi. A więc, jedziemy!


*

Na marginesie „taśm Birgfellnera” - rozczuliła mnie wypowiedź czcigodnego teścia, czyli Jana Marii Tomaszewskiego, o swoim zięciu, czyli rzeczonym Birgfellnerze: „To nie jest żadna rodzina, on się przykleił i tyle”. Mamy tutaj dobrze znane w knajackich kręgach tzw. pucowanie, w slangu korporacyjnym zwane również „OWD” („ochroń własną d...ę”). Tłumacząc z polskiego na nasze: „Co? Jak? Birgfellner? A dajcie mi spokój, nie znam człowieka!”.


*

Eureka! Odkryłem skąd Ewie Kopacz przyszło do głowy, że ludzie polowali na dinozaury. Otóż był kiedyś taki film - „Milion lat przed naszą erą” z Raquel Welch paradującą w „jaskiniowym” bikini. Jak nic, Ewa Kopacz go widziała – i przemówiła do niej tzw. prawda ekranu. Ciekawe, czy ktoś już jej uświadomił, że nie był to dokument?


*

Robert Biedroń zadebiutował z nowym ugrupowaniem „Wiosna, panie sierżancie” (czy jakoś tak). Z tej okazji portal gazeta.pl, wybił w nagłówku: „babcie wyrywają sobie Biedronia z rąk, bo jest jak idealny zięć”. Hmm, tego... nie wyjaśniono tylko, czy postępowe seniorki pragnęłyby takiego zięcia dla synków czy córeczek. I może warto by również wyjaśnić im, że wnuczków z tego nie będzie, bo jak mawiał Jan Tadeusz Stanisławski „nie da rady – oba samce!”.


*

No chyba, że stałby się cud. Już raz coś takiego miało miejsce – albowiem, jak swego czasu objawił słynny komentator sportowy, Bohdan Tomaszewski: „Ryszard Szurkowski to cudowne dziecko dwóch pedałów”.


*

A skoro zeszliśmy na sport i galopujący genderyzm. W niektórych dyscyplinach zmorą zaczynają się stawać mężczyźni-nieudacznicy, którzy nagle „odkryli swą kobiecość”, przechodząc do kategorii żeńskich – za zgodą sterroryzowanych polityczną poprawnością związków sportowych. Niedawno taki 100-kilowy okaz kobiety zadebiutował w australijskiej kadrze piłkarek ręcznych (a jest to sport kontaktowy i dość urazowy). Ale co tam szczypiorniak – poczekajmy, aż faceci zaczną przechodzić do żeńskich sportów walki. Osobiście czekam na debiut sióstr Kliczko w kobiecym boksie – uuuch, to dopiero będzie masakra!


*

Na szczęście Jurny Stefan nie ma takich problemów z samoidentyfikacją. Ma za to inne – cała ta jego afera, to mianowicie jedna, wielka żenada. Co by nie mówić, kiedyś korumpowanie polityków wyglądało jednak poważniej – jakieś walizki z pieniędzmi, lewe konta na Kajmanach... A dziś? Okazuje się, że wystarczy kilka panienek i fasolka po bretońsku. Na miejscu kolegów zmyłbym Stefanowi głowę – bo zwyczajnie psuje rynek. Jak to mawiają – głowa łysieje, d...a szaleje. Cóż, jaki kraj, taki Berlusconi...


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 07 (15-21.02.2019)

czwartek, 20 września 2018

Pod-Grzybki 137

Postępowym mediom bardzo spodobał się uszyty w Polsce ornat, jakim papież Franciszek zadał szyku na Spotkaniu Rodzin w Dublinie. Ornat przyozdobiony był bliżej nieokreślonym, kolorowym maziajem, kojarzącym się niektórym z charakterystyczną, „tęczową” gejowską estetyką. Podobno było to nawiązanie do symboliki celtyckiej. Wszystko fajnie, jednak zwrócę nieśmiało uwagę, że mamy do czynienia z katolickim kapłanem (i głową Kościoła), a nie z celtyckim druidem. Przy okazji – czy gdyby na ornacie znalazł się krzyż celtycki, to również piano by z zachwytu?


*

Swoją drogą – te „gejowskie” kolorki w kontekście spotkania naznaczonego skandalami pedofilsko-homoseksualnymi, jakie wstrząsają Kościołem, zakrawają wręcz na kpinę z ofiar. Czyżby to był dyskretny sygnał dla kościelnego homolobby?


*

A skoro już wspomniałem o lokalnych symbolach - nie mogę doczekać się wizyty papieża Franciszka w Indiach. Może wtedy zobaczymy ornat ze swastykami.


*

Władze Wiednia nie chcą pomnika Jana III Sobieskiego, który miał być odsłonięty na Kahlenbergu w 335. rocznicę Odsieczy Wiedeńskiej. Wszystko było niby dogadane, ale austriaccy lewacy w ostatniej chwili stchórzyli przed Turkami i uznali, że pomnik jest „zbyt militarny”, „budzi lęk”, a tak w ogóle, ten Sobieski musiał być jakimś polskim faszystą. W związku z tym ew. pomnik ma „odpowiadać dzisiejszym standardom”. Proponuję taki: Jan III Sobieski na wzgórzu Kahlenberg wita tureckich gości transparentem: „Refugees welcome!”. Nada się?


*

A tymczasem na polskiej scenie politycznej rewolucja. Robert Biedroń zakłada partię pod filuterną nazwą „Kocham Polskę”. Oby tylko nie chciał złożyć „dowodu miłości”.


*

W rocznicę Bitwy Warszawskiej, wbrew ujadaniom podwładnych HG-W, przeszła Wisłostradą wielka wojskowa defilada. Udział wzięły m.in. grupy rekonstrukcyjne – i tu zabrakło mi pewnego elementu. Należało mianowicie przepędzić związanych aktywistów „totalnej opozycji” w charakterze bolszewickich jeńców. Taki Mazguła pasowałby jak ulał.


*

Eko-absurd. Francuskie miasteczko Les Epesses „zatrudniło” w parku miejskim do sprzątania śmieci tresowane gawrony. Jak podaje „Rzepa”: „Znalezione niedopałki i śmieci ptaki będą wrzucać do specjalnych pudełek, z których - za każdym razem po umieszczeniu w nich śmiecia - wypadać będzie orzeszek jako zapłata za pracę”. Pomysł jak pomysł, ale nurtuje mnie jedna kwestia: a kto będzie sprzątał po gawronach?


*

Szoking! Gwiazda „me too”, aktorka Asia Argento, molestowała 17-latka – a potem zapłaciła mu za milczenie, co ten miał przypłacić straszną traumą... Cóż, pewnie bidulka musiała jakoś odreagować końskie zaloty Weinsteina i na zasadzie kontrastu przygruchała sobie młodziutkiego adonisa. Tyle, że ten chłopak jakiś dziwny. Mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że dla 17-latka „molestowanie” przez atrakcyjną babkę (a pani Argento wtedy nic nie brakowało), to naprawdę nie jest ŻADEN problem. Co z tą dzisiejszą młodzieżą jest nie tak?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 17 (12-25.09.2018)

niedziela, 19 sierpnia 2018

Pełzające rozbicie dzielnicowe

Adamowicz rugając polskie władze, a następnie wspaniałomyślnie pozwalając im na udział w uroczystościach, pokazał, że zaproszenie kogokolwiek zależy wyłącznie od jego humoru i dobrej woli.

I. „Danzig” Adamowicza

Prezydent Gdańska, Paweł Adamowicz, w ramach wojenki z PiS odmówił zaproszenia na uroczystości 1 Września na Westerplatte przedstawicieli Wojska Polskiego. Ostatecznie łaskawie zmienił decyzję i wojsko będzie, ale sam fakt, że doszło do takiej sytuacji jest tyleż skandaliczny, co znaczący. Pomyślmy tylko: 79. rocznica rozpętania przez Niemcy ludobójczej wojny, miejsce w którym doszło do pierwszych starć zbrojnych, placówka bohatersko broniona przez polskich żołnierzy przelewających krew w obronie ojczyzny i odpierających ataki przeważających sił wroga – i zabrakłoby reprezentantów Polskich Sił Zbrojnych, by oddać hołd poległym. To kto tam miałby się zjawić? Urzędasy z ratusza? Bundeswehra? Grupa rekonstrukcyjna imitująca załogę ze zdradzieckiego pancernika Schleswig-Holstein? To nasuwa mi wspomnienie z obchodów w 2009 r. kiedy to zawitali na Westerplatte Angela Merkel i Władimir Putin, a rozentuzjazmowana tymi splendorami panienka z TVN24 palnęła, że europejscy przywódcy przybyli, by ŚWIĘTOWAĆ rocznicę wybuchu II Wojny Światowej. Cóż, z punktu widzenia Niemiec i Rosji faktycznie był to powód do świętowania IV rozbioru Polski we wrześniu 1939 r. To ich wspólny sukces.

Zresztą, dla prezydenta Adamowicza takie podejście nie musiało być wcale obce, albowiem zgadzając się na zaproszenie wojska (po zdecydowanej interwencji ministra Błaszczaka) zdążył niemal na jednym oddechu oskarżyć szefa MON, iż ten chce „wzniecać niesnaski” i „wykopać rów pomiędzy Polakami i Niemcami”. Jak rozumiem, uznał iż Niemcy mogliby potraktować obecność polskich żołnierzy w Wolnym Mieście Gdańsku jako zbrojną prowokację? To wpisywałoby się w dotychczasową politykę Pawła Adamowicza, nadskakującego niemieckiemu „partnerowi” - choćby za pomocą przedziwnej polityki historycznej w ramach której Gdańsk (czy może - „Danzig”?) widział już tramwaj w przedwojennych barwach Wolnego Miasta (de facto – ówczesnego niemieckiego protektoratu, w którym systematycznie prześladowano Polaków, a bojówki NSDAP urządzały antypolskie rozruchy), napis „Postamt” na historycznym budynku Poczty Polskiej, Rondo Graniczne Wolnego Miasta Gdańsk (wraz z historycznym kamieniem granicznym oddanym na tę okazję przez Muzeum Historii Gdańska), a nawet... osiedle „Wolne Miasto”. I proszę mi nie mówić, że to ostatnie jest skutkiem niefortunnej inwencji twórczej prywatnego developera, bo władze miasta mają tysiąc sposobów, by wpłynąć na zmianę nazwy – potrzeba tylko woli politycznej, a tej najwyraźniej zabrakło. Z jakiegoś powodu akurat ta część ponad tysiącletniej historii Gdańska jest jego włodarzom nader miła.


II. Samorządowa magnateria

Na awanturę wokół obecności polskich żołnierzy na Westerplatte warto spojrzeć w szerszym kontekście. Otóż, od czasu reformy samorządowej Jerzego Buzka z 1999 r. obserwujemy proces pełzającego rozbicia dzielnicowego. Już wówczas ostrzegano, że nadmierna decentralizacja może skutkować w przyszłości „landyzacją” Polski. W praktyce, najlepiej widać tę tendencję na przykładzie dużych metropolii, gdzie niejednokrotnie rządzą od szeregu kadencji te same osoby i wspierające ich siły polityczne, które zaczęły traktować swe miasta jako udzielne księstwa. To, że Adamowiczowi w ogóle przyszło do głowy, że Westerplatte jest częścią jego prywatnego folwarku i może sobie po uważaniu dobierać gości na oficjalne, państwowe obchody, nie jest przypadkiem. To była demonstracja i próba sił. Wyobraźmy sobie, że pan „gospodarz” jednak idzie w zaparte i nie zaprasza przedstawicieli MON czy armii – co wówczas miałby zrobić rząd? Zająć Westerplatte zbrojnie? Odpuścić i pokazać tym samym słabość centralnego ośrodka władzy? Adamowicz rugając polskie władze, a następnie wspaniałomyślnie pozwalając im na udział w uroczystościach, pokazał, że zaproszenie kogokolwiek zależy wyłącznie od jego humoru i dobrej woli. Póki co, mamy do czynienia ze sporem wokół spraw symbolicznych – ale po pierwsze, owe symbole są również ważne dla spoistości polskiego państwa; po drugie – w warunkach zaostrzającej się walki politycznej każdy tego typu przypadek stanowi niebezpieczny precedens i jest w istocie wypowiedzeniem lojalności legalnie wybranej władzy. Przypomina to jako żywo sobiepaństwo magnackich „królewiąt” z czasów upadku I Rzeczypospolitej.

„Totalna opozycja” czuje, niczym targowiczanie po uchwaleniu Konstytucji 3 Maja, że grunt usuwa się jej spod nóg, a samorządy są jej ostatnim, liczącym się bastionem – stąd też walka idzie na rympał, przybierając wręcz niekiedy znamiona rokoszu. Jaskrawym przykładem jest chociażby kwestia dekomunizacji przestrzeni publicznej – poszczególne samorządy otwarcie sabotują zmiany nazw ulic (znajdując tu sprzymierzeńca w postaci zrewoltowanych sądów), demonstrując tym samym swą autonomię wobec władzy.

Spójrzmy zresztą na samą stolicę – trzeba było ustawowej ekwilibrystyki, by postawić wreszcie pomnik upamiętniający Tragedię Smoleńską, przy otwartym sprzeciwie Hanny Gronkiewicz-Waltz i warszawskiego ratusza. Przygotowania do wielkiej defilady w rocznicę Bitwy Warszawskiej 1920 r. (będącej jednocześnie Świętem Wojska Polskiego) odbywają się w atmosferze pomstowań na „blokowanie miasta” i „niszczenie Wisłostrady”. Prezydent miasta stołecznego ostentacyjnie ignoruje wezwania do stawienia się przed komisją reprywatyzacyjną, natomiast w momencie gdy piszę te słowa, warszawscy urzędnicy starają się nie dopuścić do zbadania przez posłów na Sejm RP (Robert Winnicki, Tomasz Rzymkowski i Bartosz Jóźwiak) dokumentów odnoszących się do okoliczności rozwiązania Marszu Powstania Warszawskiego. Samo rozwiązanie nosiło cechy ewidentnej prowokacji obliczonej na wywołanie zamieszek – niczym podczas Marszy Niepodległości za rządów PO. W ten sposób samorządowi „królewięta” usiłują rozhuśtać sytuację wewnętrzną w kraju.

Inny przykład, z Wrocławia. W 2013 r. na Uniwersytecie Wrocławskim odbył się wykład prof. Zygmunta Baumana (były major KBW i agent Informacji Wojskowej, ps. „Semjon”), będący częścią – uwaga – obchodów rocznicy powstania niemieckiej socjaldemokracji i zorganizowany przez powiązaną z niemiecką SPD Fundację Friedricha Eberta, przy współudziale niemieckiego konsulatu i z błogosławieństwem prezydenta Rafała Dutkiewicza. Protestowali narodowcy, na których rektor nasłał policję, łamiąc autonomię własnej uczelni – jak zeznał później na procesie, zrobił to na „prośbę” niemieckiego konsula. Pełnego wsparcia udzielił mu wspomniany prezydent Dutkiewicz grzmiąc: „Nie będę tolerował nacjonalistycznej hołoty w moim mieście”. Mamy tu wręcz zręby kształtowania autonomicznej polityki zagranicznej przez lokalne „książątko”. Tenże Dutkiewicz w wywiadzie dla „Onetu” nazwał obecność 100 tys. Ukraińców w obrębie wrocławskiej aglomeracji „błogosławionym zjawiskiem” i „lekarstwem na polską ksenofobię” - niedwuznacznie aspirując do kształtowania polityki narodowościowej na „swoim” terenie. Podobnie zresztą Adamowicz, demonstracyjnie zapraszający do Gdańska muzułmańskich nachodźców wbrew oficjalnej linii politycznej rządu. Dodajmy jeszcze prezydenta Słupska, Roberta Biedronia, który w szczycie sporu na linii Warszawa-Bruksela zaapelował, by Unia Europejska przekazywała fundusze bezpośrednio samorządom.


III. Powstrzymać „regionalizację”

Opisane tu zjawisko jest potencjalnie bardzo niebezpieczne – szczególnie w odniesieniu do tzw. Ziem Zachodnich, których największe ośrodki ciążą kulturowo i politycznie ku Niemcom (a „regionalizacji” otwarcie sprzyja także Bruksela). Niestety, prezydent Duda zawetował ustawę o Regionalnych Izbach Obrachunkowych, która dawała rządowi do ręki prawdziwe, bo finansowe, narzędzie kontroli nad udzielnymi księstwami w jakie zamieniają się poszczególne jednostki terytorialne. Tymczasem należy jak najprędzej przywrócić realny nadzór nad samorządami, inaczej za kilka-, kilkanaście lat zobaczymy jak Polska rozpada się niczym rozszarpywany przez lokalnych kacyków postaw czerwonego sukna.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 33 (17-23.08.2018)