Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beata Szydło. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beata Szydło. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 czerwca 2019

Pod-Grzybki 162

Po eurowyborach media wymieniają największych wygranych i przegranych, przerzucając się głośnymi nazwiskami polityków, którzy bądź to dostąpią brukselskiej manny z nieba, bądź też przez najbliższe lata będą cierpieć o chlebie i wodzie. Ja mam innego faworyta wśród przegranych: wszystkie działające na rynku sondażownie. Literalnie ani jeden „ośrodek badań opinii” nawet nie zbliżył się do rzeczywistego wyniku wyborów. Oni już nawet nie udają, że badają cokolwiek, to są wprost płatne ośrodki propagandowe, mające urabiać na obstalunek zleceniodawców opinię publiczną. Mam zatem pomysł - założę własny, jednoosobowy „instytut badawczy”. Nazwę go jakoś ładnie, np. Pracownia Robienia Wody z Mózgu i będę czesał kasę. Oczywiście, przeprowadzanie jakichkolwiek badań mija się z celem – wystarczy znać preferencje sponsora. Gwarantuję za to słupki i wykresy w zarąbistych kolorkach. W ostateczności, gdy zabraknie mi weny, zawsze będę mógł zadzwonić do wróża Macieja – efekt nie będzie gorszy od sondaży „wiodących ośrodków badawczych”, a ileż mniej roboty!


*

A tak bardziej serio – jednym z największych przegranych jest Konfederacja. Niestety, frontmanom Konfederatów kampania wyborcza pomyliła się ze spotkaniem autorskim w salce parafialnej, gdzie przychodzą sami swoi i można swobodnie „popłynąć”, dając upust oratorskim zapędom. Swoją drogą, poparcie dla Konfederacji zadeklarował słynny „jasnowidz” Krzysztof Jackowski – i co, nie ostrzegł ich co się szykuje? Teraz poobijani antysystemowcy muszą odbudować formę przed jesienią. Zalecam kurację produktami innego fana Konfederatów, Jerzego Zięby - „lewoskrętną” witaminą C (39 zł), popijaną wodą przepuszczoną przez „strukturyzator” za jedyne 2500 złociszy. Może nawet da im na kredyt – po jesiennych wyborach zwrócą mu z budżetowej dotacji, o ile oczywiście wcześniej znowu nie odpalą słynnego „protokołu 2 proc.”.


*

A wygrany? Oczywiście Beata Szydło, która wynikiem 524 951 głosów zdetronizowała dotychczasowego etatowego zwycięzcę eurowyborów, czyli startującego z ludnego Śląska Jerzego Buzka. Tak, że ten... może by się jeszcze zastanowić nad kandydowaniem Dudy w przyszłym roku? Przypomnę, że rok temu popełniłem tekst pt. „Beata Szydło na prezydenta” - i odnoszę wrażenie, jakby znów zyskiwał na aktualności...


*

Inny wygrany to niewątpliwie Robert Biedroń, który opowiadając o swym związku ze Śmiszkiem chwalił się, że „Jak się nie widzimy miesiąc, to króliczki Duracella odpadają przy nas. 24 godziny na dobę!”. Drżyjcie brukselscy geje – jurny Robert nadchodzi!


*

A tymczasem, doceniają nas w Europie! Francuski minister gospodarki i finansów Bruno Le Maire przyznał samokrytycznie, że „Francja gardziła Polską i myliła się”. W ramach rekompensaty Paryż zaproponował nam przystąpienie do „francusko-niemieckiego projektu sektora przemysłowego baterii elektrycznych, ZWŁASZCZA W DZIEDZINIE RECYKLINGU”. Yes, yes, yes! Polska śmieciarzem Europy – to brzmi dumnie!

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 22 (31.05-06.06.2019)

niedziela, 15 kwietnia 2018

Beata Szydło na prezydenta?

Najlepiej rozpocząć przygotowania do operacji „Beata Szydło – prezydent 2020” już dziś. Tegoroczne wybory samorządowe mogą być tu doskonałym przetarciem.

I. PiS traci cierpliwość do Dudy

Wygląda na to, że prezydent Duda swoim wetem do ustawy degradacyjnej wyczerpał cierpliwość kierownictwa PiS – bo cierpliwość elektoratu zaczęła wyczerpywać się już od weta w sprawie reformy sądownictwa z 24 lipca 2017 r. Ustawa degradacyjna była istotna o tyle, że stanowiła symboliczny akt zmuszający do opowiedzenia się „po czyjej jesteś stronie?” - i razem z przepisami dekomunizującymi przestrzeń publiczną oznaczała aksjologiczne zerwanie z zatrutym dziedzictwem Magdalenki i „grubej kreski”. Tymczasem Andrzej Duda zachował się w typowy dla siebie, lawirancki sposób – że on, mianowicie, generalnie jest „za”, lecz został zmuszony do weta wskutek legislacyjnych niedoróbek i braku dostatecznych gwarancji odwoławczych dla degradowanych. O tym, że po raz kolejny (po wecie sądowym i sprawie art. 55a Ustawy o IPN) wychynęła zza jego pleców Zofia Romaszewska, aż żal wspominać. W każdym razie, prezydent wyraźnie chce zjeść ciastko i mieć ciastko – z jednej strony poogrzewa się w patriotycznym ciepełku na różnych rocznicowych akademiach, dopieści Żołnierzy Wyklętych, wygłosi kilka płomiennych przemówień, a z drugiej – nie da zrobić krzywdy PRL-owskim trepom.

Nic dziwnego, że w PiS-ie zawrzało. Jarosław Kaczyński, który wraca do politycznej formy, ogłosił, iż Prawo i Sprawiedliwość „nie będzie partycypować” w ewentualnym prezydenckim projekcie „poprawiającym” ustawę degradacyjną. Sygnał jest wyraźny: dość tych ciuciubabek i kombinatorskiego grania na siebie – zawetowałeś, to teraz jedz tę żabę sam. W podobnym duchu wypowiedział się Marek Suski, oznajmiając, iż prezydent nie ma już jego głosu i będzie musiał się ciężko napracować, aby go odzyskać. Co więcej, jeśli wierzyć doniesieniom „Super Expressu”, zaczęto poważnie brać pod uwagę wystawienie w wyborach 2020 r. Beaty Szydło. Prof. Krystyna Pawłowicz na pytanie o kandydaturę Dudy w wyborach prezydenckich odpowiedziała, że „nie ma jeszcze decyzji w tej sprawie”, a wspomniany Marek Suski w wywiadzie dla Radia Zet stwierdził, iż „wszystko może się zdarzyć”. Z kolei „ważny polityk PiS” miał powiedzieć „SE”: „Duda coraz bardziej idzie z nami na wojnę. Nie możemy już o nim powiedzieć, że to nasz prezydent. A Beata Szydło jak najbardziej. Usunęła się w cień, jest lojalna. A i ludzie ją uwielbiają. Miałaby mocne poparcie”.


II. Szarpnięcie cuglami

Oczywiście, wszystko to mogą być balony próbne wypuszczane w celu zdyscyplinowania Andrzeja Dudy – niemniej sam fakt, że się pojawiają, zarówno w formie medialnych wypowiedzi „pod nazwiskiem” (ostrożniej), jak i anonimowych „kontrolowanych przecieków” (bardziej radykalnie), świadczy o tym, że wariant z Beatą Szydło jest co najmniej brany pod uwagę jako jedna z opcji. Przyczyny są ewidentne: prezydent demonstracyjnie odwraca się od twardego elektoratu i własnego partyjnego zaplecza, żeglując w kierunku mitycznego „centrum”, mającego mu dać wygraną w kolejnych wyborach. Ewidentny miraż, bo owo „centrum” mając do wyboru „pisiora” i Tuska, porzuci Dudę bez chwili wahania. Jednak Andrzej Duda tego nie widzi, dodatkowo kalkulując, że zarówno PiS, jak i prawicowi wyborcy nie będą mieli wyjścia i w obliczu powrotu Tuska do krajowej polityki ponownie poprą jego kandydaturę. Być może na postawę prezydenta podziałało również niedawne tąpnięcie partii rządzącej w sondażach – i gdyby chwilowy dołek zamienił się w stały trend, to zapewne miał w zanadrzu kolejne demonstracje „niezależności”.

Jeżeli faktycznie prezydent stawia na taki scenariusz, to może się przeliczyć. Po pierwsze, Jarosław Kaczyński jedną decyzją o zwrocie premii oraz zapowiedzią obcięcia uposażeń parlamentarzystów i samorządowców zażegnał kryzys wizerunkowy i pokazał, kto tu jest rozgrywającym. Z pierwszych sondaży wynika, że pomysł został pozytywnie odebrany przez opinię publiczną – i niezależnie od tego, co byśmy sądzili o wynagrodzeniach funkcjonariuszy publicznych, tudzież o głębszych przyczynach spadku popularności PiS, ten manewr daje szansę na „drugi oddech” i ponowne zepchnięcie opozycji do defensywy. Jarosław Kaczyński pokazał, że znów mocno chwycił cugle – i w samą porę, bo bez niego „dobra zmiana” rozłaziła się w oczach. A wzmocnienie obozu rządzącego oznacza, że to Duda będzie musiał uśmiechnąć się o wsparcie, a nie na odwrót.


III. Wariant „prezydent Szydło”

W tym miejscu chciałbym wrócić do mojego artykułu „Prezydent 2020 – Duda czy Szydło?” z listopada ub. roku („Warszawska Gazeta” nr 46, 17-23.11.2017). Wyartykułowałem w nim mniej więcej to samo, co powiedział w cytowanej wypowiedzi dla „Super Expressu” ów „anonimowy polityk”. Wówczas, tuż po zakończeniu wielomiesięcznej telenoweli z uzgadnianiem ustaw sądowych, stwierdziłem, że Andrzejowi Dudzie już nie można ufać. Okazał się politykiem mało asertywnym, podatnym na naciski środowisk establishmentu III RP (pytanie, czy aby również nie zagranicy, że przypomnę słynną 45-minutową rozmowę z Angelą Merkel – wg komunikatu rzecznika niemieckiego rządu, kwestia „praworządności” była jednym z wiodących tematów) i nie wiadomo czego można się po nim dalej spodziewać. Dotyczy to zwłaszcza sytuacji po ewentualnej reelekcji, gdy siłą rzeczy zacznie się rozglądać za nową posadą po zakończeniu drugiej kadencji. Kto zagwarantuje, że nie wejdzie wtedy w buty Donalda Tuska, licząc np. na karierę w Brukseli? Słowem, ponowne wystawienie Andrzeja Dudy w wyborach jest obarczone sporym marginesem ryzyka i niepewności – tym bardziej, że zniechęceni do niego prawicowi wyborcy wcale nie „muszą” karnie udać się do urn, tylko kontrolnie pokazać swe rozczarowanie poprzez wyborczą absencję. Nie ukrywam, że ja sam, postawiony w 2020 r. przed alternatywą Duda – Tusk, miałbym spory problem z mobilizacją.

Z Beatą Szydło takich problemów nie ma – udowodniła swą lojalność, czego ostatecznym testem był ciągnący się w nieskończoność spektakl „rekonstrukcji rządu”. Nie wiem, jaki inny polityk by to wytrzymał. Owa rekonstrukcja była zresztą błędem, co teraz widać już wyraźnie. Rząd zatracił swą wyrazistość, na niwie międzynarodowej grzęznąc w nieczytelnych „kompromisach”, zaś na rynku krajowym odchodząc od jednoznacznie prospołecznego wizerunku. Z całym szacunkiem dla osiągnięć premiera Morawieckiego, ale suche wskaźniki gospodarcze nie są w stanie porwać tłumów, a roztaczanie wizji elektromobilności w sytuacji, gdy większość Polaków porusza się kilkunastoletnimi samochodami, może budzić jedynie irytację. Szkoda, że Beata Szydło nie pozostała na swoim miejscu jako popularna premier z wicepremierem Morawieckim w charakterze gospodarczego „dyktatora”. Znów muszę się tu odwołać do wcześniejszego artykułu, tym razem z grudnia 2017, pt. „Dymisja Beaty Szydło to błąd” („WG” nr 50, 15-21.12.2017), w którym napisałem, że Beata Szydło powinna była piastować swą funkcję do końca kadencji, tak by po wyborach parlamentarnych 2019 r. przejść w tryb kampanii prezydenckiej – i dopiero wtedy mógłby ją zastąpić „technokrata” Mateusz Morawiecki. Wychodzi na moje, niemniej wciąż jest szansa, by panią wicepremier odświeżyć wyborcom i wizerunkowo „podprowadzić” pod wybory prezydenckie. Słynne zdanie o pieniądzach które się „należały” członkom jej gabinetu jest właśnie na naszych oczach neutralizowane i do 2020 r. utraci swą niszczącą moc. Gdyby PiS postawił na Beatę Szydło, Duda byłby skreślony już w przedbiegach – bez partyjnego aparatu i funduszy zwyczajnie nie liczyłby się w kampanii, a słupki popularności stopniałyby mu niczym Komorowskiemu. I odwrotnie, Beata Szydło jako „twarz” czasów kiedy „dobra zmiana” faktycznie była „dobrą zmianą”, z doświadczeniem w prowadzeniu kampanii i prospołecznym obliczem, miałaby wszelkie dane po temu, by pokonać nie tylko Dudę, lecz także cokolwiek już wyleniałego Tuska.

Podsumowując, warto zaryzykować. I najlepiej rozpocząć przygotowania do operacji „Beata Szydło – prezydent 2020” już dziś. Tegoroczne wybory samorządowe mogą być tu doskonałym przetarciem.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Prezydent 2020 – Duda czy Szydło?

Dymisja Beaty Szydło to błąd


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 15 (13-19.04.2018)

niedziela, 17 grudnia 2017

Dymisja Beaty Szydło to błąd

Dawno już (a może wręcz po raz pierwszy) PiS nie zlekceważyło w tak ostentacyjny sposób własnego elektoratu.


I. Buldogi na dywanie

No i „zrekonstruowali” nam premier Beatę Szydło. Przypomnijmy sobie, jak to wyglądało. Szydło już-już ogłosi dymisję. Nie, jednak zostaje. Ale nie - będzie dymisja, zastąpi ją Kaczyński i szarpnie cuglami. A gdzie tam – Szydło to dobry premier, musi zostać. Jednak nie, do gry wkracza Morawiecki. Żaden Morawiecki, jeżeli już, to Kaczyński będzie premierem. Nie, zostaje Szydło. A właśnie że nie, bo Morawiecki. Albo Kaczyński... Szydło... Morawiecki... i tak bez końca, w rytmie frakcyjnych przepychanek.

Słowem, kompromitacja. Partyjni zagończycy bez cienia żenady biegali po wszelkich możliwych mediach, nadając jedni na drugich, rozsiewając plotki i potęgując wrażenie ogólnego chaosu. Buldogi wylazły spod dywanu i gryzły się w najlepsze na oczach zdumionej i zniesmaczonej publiczności. Na to wszystko nałożyły się spekulacje dotyczące poszczególnych ministrów i związane z tym nerwowe ruchy z ich strony – a jak by tego było mało, równolegle przez większość tego okresu trwał spektakl „negocjacji” z Pałacem Prezydenckim w sprawie reformy sądownictwa (i zapewne głowy ministra Macierewicza). Koszty wizerunkowe są trudne do oszacowania i sadzę, że niedawny sondaż CBOS, w którym PiS w porównaniu do listopada straciło 4 pkt. proc. poparcia, to zaledwie pierwsze ostrzeżenie od rozczarowanego elektoratu – a warto dodać, że również i w listopadzie PiS straciło w porównaniu z październikiem 2 pkt. proc.

Są jeszcze na tym świecie ludzie, którzy pamiętają, że początkowo zapowiedziana na listopad rekonstrukcja rządu miała stanowić zaledwie przegląd kadr, a ze stanowiskami miało się pożegnać co najwyżej kilka najsłabszych ogniw w rządowej ekipie. Co takiego się w międzyczasie wydarzyło, że na porządku dziennym stanęła kwestia dymisji samej pani premier? Premier, przynajmniej w oficjalnej narracji, znakomitej i odnoszącej sukcesy, a na dodatek cieszącej się niesłabnącym poparciem i popularnością w społeczeństwie – i to nie tylko wśród twardych wyborców PiS? Wyrosła zbyt wysoko? Jej popularność zaczęła kogoś uwierać? No i jak to wygląda – z jednej strony bronimy Beatę Szydło przed opozycyjnym votum nieufności, by zaraz potem dymisjonować ją na partyjnej nasiadówce?


II. Pożar w domu wariatów

Tajemnicą poliszynela jest, że w rządzie funkcjonował tzw. „klub wicepremierów” podważających pozycję pani premier i biegających ze skargami na Nowogrodzką. To samo tyczyło się niektórych ministrów, donoszących na siebie nawzajem i na swą przełożoną. Podstawowym błędem, jaki popełnił Jarosław Kaczyński, było dopuszczenie do takiej sytuacji. Z wnętrza partyjnego powozu powinien był wyjść mocny sygnał, że takie zachowania nie będą tolerowane, premier Szydło cieszy się bezwzględnym poparciem i prędzej w odstawkę pójdą znarowione konie, niż woźnica. Brak takiego sygnału rozzuchwalił poszczególne frakcje, a później już wydarzenia nabrały własnej dynamiki. Wymiana na stanowisku premiera wygląda w tym kontekście na rozpaczliwe gaszenie pożaru w domu wariatów, którego pensjonariusze na dodatek wciąż dolewają do płomieni benzyny. Najwyraźniej osławione „zarządzanie przez konflikt” wymknęło się spod kontroli.

Efektem jest nieodwracalna utrata wizerunku PiS i całej „zjednoczonej prawicy” jako zdyscyplinowanego monolitu i zwartej drużyny pracującej nad naprawą Polski. Jest to, dodajmy, kolejny komunikat tego typu po prezydenckich wetach i ciągnącej się w nieskończoność telenoweli kolejnych spotkań i uzgodnień. Wyborcy otrzymali wiadomość, że rządzący nie różnią się od innych partii w bezwzględnych wojenkach o władzę i wpływy – i nie łudźmy się, obozowi „dobrej zmiany” przyjdzie jeszcze za to słono zapłacić, bo takie rzeczy odkładają się w społecznej świadomości i nawet „500+” (którego twarzą w powszechnym odbiorze była zresztą zdymisjonowana Beata Szydło) tu nie pomoże.

Na tym tle, jeszcze słabiej wygląda oficjalne uzasadnienie sformułowane w partyjnym stanowisku: „Ostatnie miesiące bieżącego roku przyniosły liczne istotne przeobrażenia w sytuacji wewnętrznej i międzynarodowej. Ewolucji uległy także wpisane w wielki projekt dobrej zmiany zadania stojące przed Zjednoczoną Prawicą. Powyższe czynniki spowodowały konieczność skorygowania składu rządu, w tym również jego kierownictwa”. Przepraszam, ale to jest jakiś bełkot. Czym niby sytuacja „wewnętrzna i międzynarodowa” różni się od tej sprzed np. roku – poza tym, że „totalna opozycja” skompromitowała się przez ten czas jeszcze bardziej, a Bruksela po staremu urządza antypolskie sabaty? No i jakież to modyfikacje zaszły w priorytetach „dobrej zmiany”, że wymaga to aż wymiany premiera?


III. Gen samozniszczenia

Wszystko to jest, patrząc racjonalnie, a nie przez pryzmat partyjnych bójek, totalnie niezrozumiałe. W domysłach gubią się nawet wytrawni komentatorzy – a co dopiero mówić o przeciętnym wyborcy, nie żyjącym na co dzień polityką? Jedno jest pewne – dawno już (a może wręcz po raz pierwszy) PiS nie zlekceważyło w tak ostentacyjny sposób własnego elektoratu. Upojeni szybującymi sondażami i zdemoralizowani degrengoladą opozycji partyjni aparatczycy uwierzyli, że nie mają z kim przegrać i postanowili pójść na całość, co przełożyło się na festiwal publicznej dyskredytacji premier własnego rządu. Efektem ubocznym był paraliż władzy, bo żaden z ministrów (z szefową na czele) nie był pewny dnia ani godziny – w takich warunkach niemożliwe jest wdrażanie jakichkolwiek zmian i projektów, a państwowa maszyna działa jedynie siłą rozpędu, coraz bardziej się przy tym krztusząc i zacinając. Co gorsza, nominacja Morawieckiego wcale nie kończy chaosu, jako że zapowiedział, iż wymiana konkretnych ministrów nastąpi dopiero w styczniu. Czekają więc nas kolejne tygodnie domysłów i medialnych „wrzutek” typu „Zdzisio za Rysia” – tyle, że z nowym premierem na czele. Trudno tu nie odwoływać się do przypisywanego PiS słynnego „genu samozniszczenia”.

Podkreślmy to – Beata Szydło była w oczach wyborców niemal „matką narodu”: spokojną, zrównoważoną, ale kiedy trzeba zdecydowaną, nade wszystko zaś – lojalną. Wyborcy zrozumieliby każdą roszadę na ministerialnych stanowiskach, ale tego jednego nie zrozumieją. Swoją drogą, podziwiam jej psychiczną odporność na ataki – zarówno ze strony „totalnej opozycji” i związanych z nią mediów, jak i ze strony własnego obozu politycznego. Już dziś można powiedzieć, że egzamin z lojalności zdała celująco – jakaż to różnica w porównaniu chociażby z Dornem, Kamińskim i resztą niesławnej pamięci „PJoN-ków”, a nawet z Ziobrą i Kurskim – o Marcinkiewiczu już nie wspominając.

Teraz pani premier została ewidentnie przesunięta do „rezerwy kadrowej” - być może z myślą o wyborach samorządowych 2018 r. i wyścigu o fotel prezydenta Warszawy. Jeżeli tak, to nie jestem najlepszej myśli, choćby ze względu na obsesyjnie antypisowską specyfikę warszawskiego „lemingradu” z jego pogardą wobec „pięćsetplusów” firmowanych przez Beatę Szydło. Sytuację dodatkowo komplikuje groteskowa propozycja, by Beata Szydło została „wicepremierem do spraw społecznych”, co wygląda na czysto dekoracyjne, by nie rzec – operetkowe stanowisko, tym bardziej, że to Morawiecki będzie trzymał rękę na kasie i zapewne zadba, by była zwierzchniczka mu za bardzo nie wyrosła. Skutek będzie taki, że Beata Szydło, przeczołgana i pozbawiona atutu sprawczości, może do wyborów zużyć się politycznie.

Pisałem niedawno, że Beata Szydło była idealnym kandydatem w wyborach prezydenckich 2020 r. w miejsce niepewnego Andrzeja Dudy. Tyle, że to wymagało, aby dotrwała jako popularna premier do końca parlamentarnej kadencji – i dopiero wtedy mógłby ją ewentualnie zastąpić technokrata Morawiecki. „Dobra zmiana” mogła mieć sprawdzoną i wierną panią prezydent, a tak może mieć guzik z pętelką, bo rząd Morawieckiego i jego społeczny odbiór jest co najmniej wielką niewiadomą – co stawia pod znakiem zapytania nie tylko upragnioną większość konstytucyjną, ale również samodzielne rządy po 2019 roku.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Prezydent 2020 – Duda czy Szydło?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 50 (15-21.12.2017)

niedziela, 19 listopada 2017

Prezydent 2020 – Duda czy Szydło?

Beata Szydło wciągnie Dudę nosem – a że potrafi prowadzić skuteczną kampanię, przekonaliśmy się w 2015 r.


I. Koniec telenoweli

Proszę Państwa, dogadali się. Ledwie zdążyłem w poprzednim numerze „Warszawskiej Gazety” skrytykować prezydenta Dudę za sabotowanie reformy sądownictwa, przeciąganie rozmów i obarczyć polityczną odpowiedzialnością za sędziowski rokosz, którego najświeższym przejawem było utrącenie przez KRS 265 asesorów – a tu jeszcze tego samego dnia, w piątek 10 listopada, gruchnęła nowina, że oto mamy porozumienie między PiS a Pałacem Prezydenckim. Dla porządku przypomnijmy, że wypracowane po długich korowodach (od momentu weta – 3 i pół miesiąca) wspólne stanowisko zakłada dwa etapy wyboru członków Krajowej Rady Sądownictwa. Najpierw Sejm będzie starał się wybrać ich większością 3/5 głosów, przy zachowaniu swoistego „parytetu”, tzn. jeden klub parlamentarny będzie mógł zgłosić maksymalnie 9 kandydatów. Wynika z tego, że spośród 15 sędziów-członków KRS dziewięciu zostanie wyłonionych przez PiS, zaś pozostałych sześciu przez opozycję. Ponieważ o większość 3/5 w obecnej konfiguracji politycznej będzie trudno, zatem najprawdopodobniej dojdzie do uruchomienia drugiego kroku, polegającego na tym, że wybór zostanie dokonany większością bezwzględną (liczba głosów „za” musi być większa od sumy głosów „przeciw” i wstrzymujących się). Wygląda więc na to, że PiS będzie miało w KRS bezpieczną przewagę. Projekt ustawy trafić ma pod obrady Sejmu już na najbliższym posiedzeniu, 22 listopada.

Co się stało, że prezydent Duda w końcu poszedł na kompromis? Gdybym był megalomanem, uznałbym, że najwyraźniej przeczytał ostatnią „Warszawską Gazetę” i doszedł do wniosku, że faktycznie, pora przestać kluczyć i czas na męską decyzję – o co apelowałem w swoim artykule. Możliwe też, że skumulowały się różne sygnały, wskazujące na rosnące zniecierpliwienie prawicowego elektoratu – szczególnie po ostatniej awanturze wokół asesorów. Prezydent i jego otoczenie mogli dojść do wniosku, że dalsze przewlekanie rozmów przyniesie więcej wizerunkowych szkód niż pożytku, a zakulisowe wojenki staną się dla wyborców kompletnie niezrozumiałe – i w efekcie to prezydent, a nie np. Ziobro straci twarz i wiarygodność. Pojawiły się również spekulacje, że Andrzej Duda w zamian za zgodę zażądał czyichś głów przy okazji rekonstrukcji rządu, bądź też nominowania na ministerialne stanowiska sprzyjających mu ludzi. No i wreszcie, pozostaje „opcja atomowa” - mianowicie, Andrzej Duda mógł usłyszeć, że jeżeli nie przyjmie proponowanego rozwiązania (które wszak pozwala mu wyjść z politycznego klinczu z twarzą), to może pożegnać się z drugą kadencją prezydencką, bo PiS wystawi innego kandydata. Oczywiście zawsze pozostaje ewentualność, że prezydent doznał nagłego przypływu propaństwowych instynktów.


II. Niesmak pozostał

Tyle że... ja tak po ludzku temu człowiekowi już zwyczajnie nie ufam. Od momentu weta nagromadziło się zbyt wiele znaków zapytania. Przed feralnym 24 lipca prędzej spodziewałbym się trzęsienia ziemi, niż tego, że mój prezydent i prezes partii na którą oddałem swój głos będą miesiącami dogadywać się w tak newralgicznej sprawie, jak oczyszczenie wymiaru sprawiedliwości. A jednak, tak właśnie się stało. Andrzej Duda po pierwsze, ewidentnie ugiął się przed ulicznymi demonstracjami oraz naciskiem prawniczego establishmentu – postanawiając przy okazji wejść w rolę „centrysty”, wyważonego i odpowiedzialnego niczym, nie przymierzając, Tadeusz Mazowiecki, w którego ugrupowaniu terminował za młodu. Najwyraźniej liczył, że kokietując drugą stronę, ugra jakieś punkty i zetrze przyklejoną mu łatkę „Adriana”, dodatkowo kreując się na patrona „nadzwyczajnej kasty”. Nie bez przyczyny zaczęto mówić, że w Pałacu Prezydenckim straszy duch Unii Wolności. Przez ponad trzy miesiące wyraźnie też rozglądał się za alternatywnym poparciem politycznym (może Kukiz, może Gowin – z czym swoje nadzieje wiązali nieuleczalni zwolennicy jakiejś wydumanej „lepszej prawicy” w rodzaju Rafała Ziemkiewicza). Dodatkowo, fatalnie wyglądała czasowa koincydencja (czy tylko koincydencja?) związana z 45-minutową rozmową telefoniczną z kanclerz Angelą Merkel do której doszło 20 lipca – z komunikatu rzecznika niemieckiego rządu Steffena Seiberta dowiedzieliśmy się, ze jednym z głównych tematów była kwestia praworządności w Polsce, co Kancelaria Prezydenta przemilczała. Dodajmy jeszcze kompletnie niepoważne motywowanie weta opinią pani Zofii Romaszewskiej. A w tle tego wszystkiego personalno-ambicjonalny spór z ministrem Ziobrą. Słowem, porozumienie porozumieniem – ale niesmak pozostał.

Przykro to pisać, ale Andrzej Duda dał się poznać jako miękki lawirant i do tego ambicjoner – a to jest najgorsze połączenie. Owszem, bez ambicji niczego w polityce się nie osiągnie, lecz potrzeba czegoś jeszcze – twardego kręgosłupa. Orban czy Kaczyński to również politycy z ambicjami, ale porównywać ich z Dudą, to jakby porównywać hartowaną stal i plastelinę. A skoro o tym mowa, to jest jeszcze jeden polityk obdarzony żelaznym kośćcem – mianowicie Beata Szydło. I sądzę, że to właśnie ona powinna zostać przez PiS wystawiona do wyborów prezydenckich w 2020 roku.


III. Beata Szydło na prezydenta!

Nie chciałbym za bardzo wchodzić w buty Jarosława Kaczyńskiego, ale na jego miejscu poważnie bym się zastanawiał, czy można Andrzejowi Dudzie zaufać po raz drugi. Raz już wierzgnął, wystawiając na szwank kluczową reformę i nikt nie zagwarantuje, że podobna sytuacja się nie powtórzy – zwłaszcza w drugiej kadencji, gdy będzie się już rozglądał za jakimś miękkim lądowaniem, a partia nie będzie miała na niego „bata”. Wtedy dopiero może stać się prawdziwym „hamulcowym”. Tymczasem Beata Szydło jako premier, działając pod niesłychanym ostrzałem medialnym, dała dowody niezwykłej odporności i lojalności. Nie działały na nią drwiny, że jest „marionetką Kaczyńskiego” (na Dudę kpiny z „Adriana” podziałały) – wykazała spokój, opanowanie, a gdy trzeba potrafiła walnąć pięścią w stół tak, że cały świat usłyszał (np. sejmowe wystąpienie o imigrantach). Krótko mówiąc, to naprawdę „twarda baba” w najlepszym rozumieniu tego określenia.

Reelekcja Andrzeja Dudy pozostawia szeroki margines niepewności, tymczasem premier Szydło swoją lojalność wobec obozu „dobrej zmiany” wykazała ponad wszelką wątpliwość. Na półmetku kadencji cieszy się wysokim poparciem i zaufaniem – i nic nie wskazuje, by miała te atuty stracić. Nawet jeśli Andrzej Duda postanowi samodzielnie stanąć w wyborcze szranki, to bez wsparcia partyjnego aparatu i pieniędzy jest skazany na pożarcie – pamiętajmy, że to właśnie Beata Szydło robiła mu kampanię. Kto miałby ją Dudzie zrobić w 2020 roku - „Czerepach” Łapiński? Wolne żarty. W ogniu wyborczej walki sondażowe słupki stopnieją Dudzie niczym Komorowskiemu. Dysponująca partyjnym poparciem i związanymi z tym możliwościami Beata Szydło wciągnie go nosem – a że potrafi prowadzić skuteczną kampanię, przekonaliśmy się w 2015 r.

Miejsce Beaty Szydło po wyborach parlamentarnych w 2019 r. może w naturalny sposób zająć chociażby „technokrata” Morawiecki, dziś wicepremier i „superszef” od gospodarki. Ona sama natomiast po udanej pierwszej kadencji w roli premiera nie będzie jeszcze „zużyta” rządzeniem, za to będzie rozpoznawalna i pozytywnie kojarzona przez wyborców – nie tylko prawicowych. Ze swym stonowanym, wiarygodnym wizerunkiem „kobiety rozsądku” może śmiało schylić się po centrowy elektorat w który obecnie celuje Duda. Jest tylko jeden warunek – nie można Beaty Szydło „zrekonstruować”, bo wówczas zniknie z radarów opinii publicznej i do 2020 r. ludzie o niej zapomną. Musi dotrwać do końca kadencji jako popularna premier rządu i z tej pozycji ruszyć po prezydenturę. W zarysowanym tu wariancie, Andrzej Duda już dziś może zacząć myśleć o sobie jako o byłym prezydencie i bardzo młodym emerycie. No chyba, że się ogarnie i zacznie do końca kadencji dawać bardzo mocne dowody lojalności. Tylko, czy po tym wszystkim przekona prezesa Kaczyńskiego, a nade wszystko – swoich wyborców?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

I co teraz, panie Prezydencie?

Pół-reforma Dudy

Między wojną, a hańbą

Merkel i Duda, czyli caryca Katarzyna i król Stasio

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 46 (17-23.11.2017)

wtorek, 23 lutego 2016

Batalia o polską rodzinę

Warto postawić przed PiS kolejne ambitne zadanie – uporządkowania polityki prorodzinnej i połączenia jej w jeden spójny i efektywny system, którego częścią stałby się program „500 plus”.

I. „500 plus”, czyli groźny precedens

Uchwalenie ustawy inicjującej program „Rodzina 500 plus” z perspektywy czasu będzie się jawiło nam jako kopernikański przewrót w polskiej polityce. Piszę to bez cienia przesady. Oto bowiem doczekaliśmy się u władzy ugrupowania traktującego poważnie swój program wyborczy – a co za tym idzie, również wyborców. Do tej pory mieliśmy do czynienia z niepisaną zasadą: składamy w czasie kampanii deklaracje przychylenia wszystkim nieba, zagoniona w ten sposób do urn wyborcza tłuszcza wrzuca te karteczki, następnie zaś gładko o wszystkim zapominamy i pomagamy zapomnieć elektoratowi, ekscytując emocje wokół różnych tematów zastępczych. Gdyby natomiast jakiś pamiętliwy oszołom wciąż próbował się czepiać – zakrzykujemy go przy pomocy zblatowanego układu medialnego. No, może dla przyzwoitości wspomnimy coś o napiętych finansach państwa i obiektywnej niemożności realizacji tego co się tam akurat w ferworze kampanii obiecało. Schemat ten do perfekcji opanowała Platforma podczas dwóch kadencji swych rządów, stąd też jak się zdaje mainstream III RP potraktował obietnice PiS w podobnych kategoriach, z góry zacierając ręce na okoliczność nagonki jaką będzie można rozpętać pod hasłem: „obiecali, a nie dali”.

W przekonaniu, że taki był właśnie plan, utrzymuje mnie narracja opozycyjno-medialna wdrażana od pierwszych dni po wyborach. „PiS nie dotrzymuje obietnic” - tym przekazem w różnych wariantach opinia publiczna była młotkowana jeszcze przed zaprzysiężeniem rządu Beaty Szydło i w kolejnych tygodniach. A tu zdziwko. Jednak uchwalili. Będzie program „500 plus”, wprowadzono podatek bankowy, trwają prace (acz w bólach) nad ustawą o podatku od handlu, ustawą o kredytach walutowych, Ministerstwo Finansów przystępuje do łatania gigantycznej dziury w ściągalności VAT... Niezależnie od tego jak oceniać program PiS, jedno trzeba oddać – w odróżnieniu od poprzedników stara się wcielać go w życie, zamiast wyrzucić do kosza dzień po wyborach, albo po cichu zmielić – jak zrobiła to Platforma z podpisami w sprawie wprowadzenia JOW-ów.

I sądzę, że z punktu widzenia obozu III RP to jest właśnie groźnym precedensem. Społeczeństwo bowiem przekona się, że jednak można. Można brać serio wyborcze obietnice i to wbrew trzęsącym dotąd Polską potężnym grupom interesu. To bardzo ogranicza pole manewru, bo rozzuchwalony w ten sposób „lud” może się w przyszłości domagać równie poważnego traktowania od ewentualnych następców. Zgroza.

II. Prorodzinny chaos

Stąd też groteskowa nagonka na program „500 plus”. Najpierw miał być to przepis na „drugą Grecję” i katastrofę finansów publicznych, cyniczna gra na przywiązanie do siebie „roszczeniowego” i „socjalnego” elektoratu. Gdy okazało się, że to nie skutkuje – gładko przeskoczono w drugą skrajność, wylewając żale nad losem samotnych matek, żądając wypłat również na pierwsze dziecko, czasami nawet - rozciągnięcia programu powyżej 18-go roku życia. A z trzeciej strony – podnoszono, że pieniądze trafią do meneli na wódkę oraz bogaczy, którym są niepotrzebne.

Spróbujmy dla porządku rozbroić te propagandowe miny. Po pierwsze - najbogatsi i patologiczny margines to jedynie cienka warstwa. Zresztą, w środowiskach patologicznych najczęściej się nie kalkuluje - dzieci, że tak powiem, robi się „na żywca”, niezależnie, czy jest kasa, czy nie. Najbogatsi zaś (przyjmijmy dla uproszczenia, że są to osoby zarabiające powyżej 10 tys. zł brutto/mies.) to raptem 4,01%. Po drugie i ważniejsze - program „500 plus” nie jest formą kosztownej, socjalnej zapomogi, tylko inwestycją mającą na celu zapobieżenie katastrofie demograficznej. Czy skuteczną – czas pokaże, niemniej warto pamiętać, że w sferze polityki prorodzinnej Polska póki co wlecze się w ogonie Europy i to także jeśli wziąć pod uwagę państwa naszego regionu. Zerknijmy do miażdżącego raportu NIK z lipca 2015 roku. Wynika z niego, że w świadczeniach rodzinnych panuje kompletny chaos – funkcjonują one każde sobie, nie są spięte w żaden całościowy program i to mimo tego, że istnieją odpowiednie opracowania, jak choćby dokument Rządowej Rady Ludnościowej „Założenia polityki ludnościowej Polski 2013”, który... nie został nawet rozpatrzony przez rząd. I jeszcze znamienne kuriozum: „Brak koordynacji i kompleksowego planowania działań państwa na rzecz rodziny sprawiły np., że doszło do osobliwej sytuacji: do 2012 r. wspieranie rodziny było jednym z trzech zadań priorytetowych, wskazanych w Wieloletnim Planie Finansowym Państwa. Usunięto je spośród zadań priorytetowych w roku 2013 - ogłoszonym Rokiem Rodzin” - czytamy na stronach NIK.

Nadmieńmy, że jedyną inicjatywą rządu PO, mającą doraźnie zaklajstrować dziurę demograficzną było posłanie do szkół sześciolatków – minister Katarzyna Hall otwartym tekstem mówiła, że chodzi tu o wypchnięcie na rynek pracy dodatkowego rocznika, który wcześniej zacząłby płacić podatki. Ponadto dotychczasowe wydatki na cele rodzinne były w znacznej mierze nieefektywne i marnotrawione. Tu jeszcze jeden przykład z raportu NIK: wprowadzone w 2004 świadczenia rodzinne pierwotnie miały funkcjonować niezależnie od pomocy społecznej, „jednak wysokość kryterium dochodowego, warunkującego uzyskanie świadczenia, ustalono na tak niskim poziomie, że mogli z niego skorzystać tylko najubożsi. Dlatego wbrew pierwotnym założeniom, system świadczeń rodzinnych staje się dzisiaj w istocie elementem pomocy społecznej”.

Ile wydajemy na politykę prorodzinną? Dobre pytanie. Wedle danych Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej w 2012 roku wydano na różnego rodzaju świadczenia i ulgi 32,3 mld zł – co jednak w żaden sposób nie przełożyło się na poprawę bytu polskich rodzin. Przy doliczeniu wydatków na ochronę zdrowia otrzymujemy 42,2 mld zł, czyli prawie 2% PKB. Z kolei wg OECD przeznaczamy na politykę prorodzinną 1,76% PKB, natomiast z danych Eurostatu wynika, że jest to 1,3% PKB, przy unijnej średniej 2,2%. GUS podaje dane fragmentarycznie, w ośmiu różnych działach „Rocznika Statystycznego”. Wszystko to razem wzięte powoduje, że tak naprawdę nie wiemy, ile środków państwo przeznacza na wsparcie rodzin.

III. Program uniwersalny

Z tej perspektywy warto postawić przed PiS kolejne ambitne zadanie – uporządkowania polityki prorodzinnej i połączenia jej w jeden spójny i efektywny system, którego częścią stałby się program „500 plus”. Weźmy taką Wielką Brytanię, gdzie Polkom opłaca się rodzić dzieci, a w kraju nie, mimo że na przykładzie powyższych danych widać, iż dotąd przeznaczano w liczbach bezwzględnych na rodziny całkiem sporo. Jednak, jak podnosi NIK, „nie bada się systematycznie efektów, jakie przynoszą (działania prorodzinne - PL) i brakuje udokumentowanej wiedzy na temat ich skuteczności i przydatności”. Według badań TNS Polska główne oczekiwania rodzin wobec państwa to: zapewnienie bezpieczeństwa ekonomicznego (41%), tworzenie miejsc pracy dla młodych (41%), pomoc rodzinom w trudnej sytuacji materialnej (32%) i pomoc w bezpiecznym powrocie matek małych dzieci do pracy (23%).

Tu przytoczę inne ciekawe badanie - „Edukacja Finansowa Dzieci”, zrealizowane przez Millward Brown dla Biura Informacji Kredytowej w kwietniu 2015 r., w którym matki odpowiadały na szereg pytań związanych z utrzymaniem dzieci. Miesięczne wydatki w zależności od przedziału wiekowego wynoszą: 3-5 lat – 586 zł, 6-9 lat – 631 zł, 10-12 lat – 673 zł, 13-15 lat – 557 zł. Średnio – 607 zł miesięcznie. Skonfrontujmy to z problemem ubóstwa. Wskaźnik zagrożenia ubóstwem u rodzin z trojgiem dzieci wynosi 34,4%, u rodzin z jednym dzieckiem – 11%. Powyższe pokazuje, jak znaczącym zastrzykiem finansowym, mogącym potencjalnie zaważyć na decyzji o posiadaniu kolejnego dziecka może stać się dodatkowe 500 złotych. Tym bowiem, co odróżnia program „500 plus” od dotychczasowych przedsięwzięć jest jego uniwersalność. Po raz pierwszy gros funduszy trafi do rodzin średnio zamożnych, czyli w przełożeniu na polskie realia – utrzymujących się z mniejszym lub większym trudem na powierzchni.

Wg. raportu GUS „Struktura wynagrodzeń wg zawodów w październiku 2014 roku” mediana zarobków w Polsce wynosiła 3291,56 zł brutto, dominanta (najczęstsze zarobki) - 2469,47 zł brutto – przyznają Państwo, że nie są to kokosy. A dodać trzeba, że 10% zatrudnionych zarabia kwotę do 1718,00 zł brutto. To takie właśnie rodziny najczęściej kalkulują, czy je stać na kolejne dziecko i często odkładają decyzję na „święty nigdy”. Do świadczeń rodzinnych najczęściej się nie kwalifikują z powodu „zbyt wysokich” dochodów, lub po prostu nie występują o nie w obawie przed stygmatyzacją – bo „wiadomo”, że „socjal” ciągnie tylko „patologia”. Program adresowany z założenia do wszystkich grup społecznych może pomóc w przełamaniu tego „piętna wstydu”, podobnie jak obiegowych opinii na temat nieodpowiedzialnych „dzieciorobów”. I kto wie, czy zmiana powszechnego podejścia do dzietności nie będzie na dłuższą metę jednym z głównych sukcesów „500 plus”.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3358-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 7 (17-23.02.2016)

czwartek, 16 lipca 2015

„Orbanomika” po polsku

Widać wyraźnie, że węgierskie doświadczenia zostały w PiS oraz jego zapleczu eksperckim przyswojone i wyciągnięto z nich odpowiednie wnioski.

Za nami programowa konwencja Prawa i Sprawiedliwości „Myśląc Polska”, która odbyła się w dn. 3-5 lipca w Katowicach. Sądzę, że warto zwrócić szczególną uwagę na propozycje gospodarcze, bowiem jeżeli zostaną one wcielone w życie, to polski model „transformacji” wdrożony przez Leszka Balcerowicza – Hilarego Minca polskiego łże-liberalizmu - nieodwołalnie odejdzie do lamusa. Obecnie polska gospodarka przypomina kolonialny folwark – z nieuzasadnionymi przywilejami dla największych graczy, wyprowadzaniem kapitału za granicę, konkurencyjnością bazującą na taniej sile roboczej, co skutkuje strukturalnym ubóstwem wielu Polaków i innymi patologiami. Nie jesteśmy tu wprawdzie wyjątkiem, bo analogiczny model niby-rozwoju, który widać jedynie w cyferkach PKB, jest charakterystyczny generalnie dla krajów postkomunistycznych, zupełnie jakby pisano go w tym samym centrum decyzyjnym – ale to żadne pocieszenie.

Jako pierwszy w naszym regionie postanowił z opisanym tu chorym wzorcem zerwać Viktor Orban, zaś jego reformy doczekały się miana „orbanomiki” (w nawiązaniu do „reaganomiki”, czyli reform zaprowadzonych w USA przez Ronalda Reagana) – i wywołały wściekłość międzynarodowych potentatów. Wspólną cechą posunięć Orbana było nastawienie prospołeczne i wspieranie rodzimych przedsiębiorstw. Po wystąpieniu Beaty Szydło na konwencji PiS widać wyraźnie, że węgierskie doświadczenia zostały w środowisku opozycyjnym oraz jego zapleczu eksperckim przyswojone i wyciągnięto z nich odpowiednie wnioski. Spójrzmy.

Obietnica 500 zł na każde drugie i kolejne dziecko jest zmodyfikowanym rozwiązaniem węgierskim. Tam zasiłki otrzymuje się już od pierwszego dziecka i konsekwentnie rosną z każdym następnym. Prócz tego funkcjonują ulgi podatkowe, urlop macierzyński w wysokości 70% ostatniego wynagrodzenia, ulgi dla przedsiębiorców zatrudniających kobiety powracające po urlopie do pracy, dopłaty do wyżywienia w szkole itd. Ogółem Węgry wydają na politykę prorodzinną 3,11% PKB, co doprowadziło do zahamowania spadku demograficznego.

Podniesienie kwoty wolnej od podatku do 8000 zł. Wreszcie! Obecnie w Polsce kwota ta wynosi 3091 i plasuje się poniżej minimum socjalnego, co sprawia, iż duża grupa Polaków płaci de facto „podatek od nędzy”. Na Węgrzech kwota wolna wynosi dwukrotność średniego miesięcznego wynagrodzenia w gospodarce i jest dodatkowo podwyższana wraz z każdym kolejnym dzieckiem, w efekcie czego znaczna część węgierskich rodzin nie płaci w ogóle podatku dochodowego. Obowiązuje tam stawka liniowa 16%, która od 2016 ma zostać obniżona do 15%.

Wspieranie polskiej przedsiębiorczości i opodatkowanie sektora bankowego oraz sieci sklepów wielkopowierzchniowych. Tu również widoczne są węgierskie inspiracje. Orban wprowadził najniższy CIT w Europie – 10% dla małych i średnich przedsiębiorstw, jest również możliwość przejścia na podatek ryczałtowy. Natomiast na sektory: bankowy, energetyczny, telekomunikacyjny i sieci handlowe – czyli branże opanowane przez międzynarodowe koncerny nałożono specjalny podatek obrotowy, bądź od aktywów (banki), zapobiegający m.in. ucieczce nieopodatkowanego kapitału za granicę. Warto nadmienić, że PiS już w 2012 proponował wprowadzenie podatku od aktywów instytucji finansowych w wysokości 0,39% zamiast podwyżki VAT do 23%, co przyniosłoby 5 mld zł rocznie budżetowi państwa. Wówczas minister Rostowski – banksterski lobbysta na stołku wicepremiera – grzmiał z mównicy sejmowej, iż „pomysły rodem z Budapesztu tutaj nie przejdą”. Jak w soczewce widać tu różnice priorytetów.

Nastawienie proinwestycyjne i prorozwojowe. Polska ma dążyć do zwiększenia udziału inwestycji w PKB i odejścia od schematu „montowni Europy” bazującej na taniej sile roboczej. Viktor Orban również prowadzi politykę utrzymaną w tym duchu – prócz podatków dla sektorów „pasożytniczych” (banki, sieci handlowe) stara się jednocześnie zachęcić do inwestowania w przemysł na Węgrzech – czyli realną produkcję w miejsce spekulacji, co widać choćby na przykładzie branży motoryzacyjnej (np. fabryki Daimlera, Audi, Suzuki) dającej ok 22% węgierskiego PKB.

Na koniec słowo o PO straszącej „drugą Grecją”. Otóż scenariusz grecki mielibyśmy, gdyby obecna ekipa pozostała na kolejną kadencję przy władzy. To za rządów PO Polska została zadłużona na niemal drugie tyle, co za wszystkich poprzednich ekip po '89 razem wziętych. Transferowanie kapitału za granicę wywindowało nas na 18 miejsce w świecie (średnio - 5,312 mld USD rocznie, dla porównania, w 2006 – jedynym pełnym roku rządów PiS - transfer kapitału wyniósł... zero), a ściągalność podatków spadła o 4 punkty PKB, co przekłada się na kilkadziesiąt miliardów rocznie. Słowem – jak w Grecji, która tuż przed krachem również – jak my - chwaliła się zielonym „słupkiem” wzrostu PKB. Dlatego warto trzymać kciuki, by nadwiślańska wersja „orbanomiki” proponowana przez Beatę Szydło zdała egzamin równie pomyślnie co nad Balatonem.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2044-pod-grzybki-11

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 28 (10-16.07.2015)

czwartek, 25 czerwca 2015

Pod-Grzybki - 8

To już może nieco zgrane, ale nie mogę oprzeć się pokusie. Była kochanka Ryszarda Kalisza oskarża go, że przestał się nią interesować po narodzinach dziecka, a w końcu ją porzucił. „Niestety, zamiast wsparcia słyszałam uwagi o tym, jaka jestem gruba. I pomyśleć, że to mówił człowiek, który na obiad zjadał osiem mielonych kotletów” - i już wiadomo, skąd wzięli się „zmieleni.pl” Pawła Kukiza. Platforma wcale nie zmieliła w niszczarce podpisów w sprawie JOW-ów. To Kalisz przerobił je na kotlety i zeżarł.

*

Daniel Olbrychski został zatrzymany przez policję za jazdę pod wpływem. Okazało się, że nasz Kmicic narodowy był mocno „wczorajszy”. Ale najlepsze jest usprawiedliwienie aktora. Pan Daniel miał poprzedniego dnia wypić z żoną „butelkę” wina i tłumaczył, że może było to „o dwa kieliszki za dużo”. Jeśli wziąć pod uwagę, że alkomat wykazał 0,9 promila o 14:00 dnia następnego, to ja tylko się zapytam – panie Danielu, gdzie sprzedają wino w cysternach? A może kolega Depardieu dosyła beczułki?

*

Ta-daaam! PiS przedstawił kandydatkę na premiera w osobie pani Beaty Szydło. Cóż, przy obecnym trendzie PiS wygrałby wybory nawet gdyby wystawił stracha na wróble. Chociaż pani Beacie trzeba oddać, że wbrew znanemu powszechnie medialnemu emploi (ilekroć widzę ją w TV, sprawia wrażenie dopiero co wybudzonej z głębokiej narkozy) udało się jej nie zasnąć podczas własnego przemówienia. Red Bull dodaje skrzydeł?

*

Michnik wręczając Komorowskiemu nagrodę „Bronisława Roku” wygłosił laudację z której wynikało, że w Polsce jest dobrze, a mogło być jeszcze dobrzej, tylko motłoch nie wiedzieć czemu nie posłuchał „GW” i nieprawidłowo zagłosował. Hm, panie redaktorze – a może zapytałby się pan redakcyjnego hipstera, Wojciecha Orlińskiego, dlaczego w takim razie już trzy lata temu razem z Magdaleną Żakowską założył w „Agorze” komórkę NSZZ „Solidarność”? Czy aby nie dlatego, by w tym kwitnącym kraju ochronić tyłek przed wywaleniem na bruk w ramach firmowej „restrukturyzacji”? Ot, „gówniarz” jeden, nie docenił zalet „elastycznego rynku pracy” i kurczowo trzyma się etatu...

*

W dość zgodnej opinii obserwatorów w minionej kampanii dużą rolę odegrał internet, powodując, że „Bronisław Roku” musiał swą nagrodę odbierać w jakiejś takiej niezręcznej cichości. Skaranie boskie z tymi internetami... A prof. Marcin Król już w 2009 roku na łamach „Dziennika” przestrzegał: „Blogi są czymś wręcz idiotycznym – bo pozwalają każdemu wygłaszać opinie na każdy temat anonimowo. To psuje życie publiczne. Anonimowość pozwala ludziom na swobodę, która bywa niebezpieczna. Niegdyś wielu filozofów politycznych uważało, że tego rodzaju swobody powinny być ograniczone”. I co, nie posłuchaliście pana profesora, to teraz macie. Zamiast zatrudniać „stu hejterów” proponuję szkolenie w Chinach – tam sobie z internetem jakoś poradzili. Chociaż, zaraz – czy to nie w Chinach właśnie gościł niedawno Schetyna? Oj, będzie się działo...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 24 (24-30.06.2015)