Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mateusz Morawiecki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mateusz Morawiecki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 kwietnia 2020

Pod-Grzybki 200

Na rozgrzewkę taki dowcip. Siedzi Kidawa-Błońska w restauracji. Do stolika podchodzi kelner i pyta: co pani zamówi? A na to Kidawa zrywa się i krzyczy: a może to pan powie, co zamówi?! Może się pan pochwali, wszyscy chętnie posłuchamy!


*

Ale zostawmy chwilowo panią Małgorzatę (no, powiedzmy, że do następnego tygodnia) – tak po ludzku, to nawet jej trochę współczuję. Na myśl, że przez najbliższe trzy miesiące będzie musiała oglądać swą wyretuszowaną do bólu podobiznę na każdym płocie, biedaczka miała prawo nabawić się rozstroju nerwowego.

*

Sylwia Spurek nie odpuszcza i na stronach „Kretyniki Politycznej” zamieściła antymięsny manifest – że mięso trzeba opodatkować, bo globalne ocieplenie, metan i cierpią zwierzątka. Nie miejmy złudzeń - jeśli lewactwo rzuci wszystkie ręce na pokład, to w końcu te upiorne restrykcje przeforsuje i jak za dawnych czasów możliwość jedzenia mięsa stanie się luksusem dostępnym dla najbogatszych i wyznacznikiem statusu społecznego. Ja jednak pokładam wiarę w zaradność polskiego chłopa. Polski chłop przetrwał okupację, komunę i zawsze znalazł jakiś sposób, by wyhodować sobie na boku jakąś świnkę - nawet za Niemca, kiedy za taką pokątną hodowlę groziło rozstrzelanie, albo obóz koncentracyjny. Tak więc, czeka nas powrót do przeszłości i czasów szmuglowanej rąbanki. I znów cały naród będzie śpiewał: „Teraz jest wojna / kto handluje, ten żyje / ja sprzedam rąbankę, słoninę, kaszankę / i bimbru się też napiję...” - na zdrowie!


*

Ale i rząd nie ustaje w uszczęśliwianiu obywateli. Jak wiadomo, w trosce o nasz dobrostan, by naród się nie rozpijał, opodatkował tzw. małpki. Kurczę, jakbym miał trochę luźnego hajsu, to zainwestowałbym w produkcję „piersiówek” - coś czuję, że wkrótce wzrośnie na nie popyt. Cały skutek podwyżki akcyzy na butelczyny „małolitrażowe” będzie bowiem taki, że ludzie zaczną kupować większe flaszki i w miarę potrzeby przelewać do zgrabnych piersióweczek – bo jak ktoś musi, to musi. Albo przerzucą się na bimber - „...i bimbru się też napiję...” - na zdrowie jeszcze raz!


*

Koronawirus szaleje! W ukraińskim miasteczku Nowi Sanżary doszło do zamieszek. Miejscowi nie chcieli przyjąć na kwarantannę kilkudziesięciu osób ewakuowanych z chińskiego Wuhan. Blokowali dojazd, palili opony, aż wreszcie obrzucili autokary kamieniami, wybijając w nich kilka szyb. I to jest coś, czego nie rozumiem – po cholerę wybijali szyby w autobusach z potencjalnie zarażonymi ludźmi? Chcieli, żeby wirus się szybciej i swobodniej rozprzestrzenił? Wot, logika...


*

Mamy jakąś dziwną wojnę służb – i to chyba naprawdę poważną, bo buldogi wylazły spod dywanu i zaczęły się gryźć na oczach publiczności. CBA wkroczyło do biur NIK oraz mieszkań Mariana Banasia i jego syna – łamiąc przy okazji immunitet przysługujący z urzędu szefowi Najwyższej Izby Kontroli. Z kolei NIK wkroczył z kontrolą do Prokuratury Krajowej, a żeby było jeszcze zabawniej, chwilę wcześniej CBA aresztowało swojego byłego agenta – czyli Tomasza Kaczmarka, znanego jako „agent Tomek”. To ostatnie celnie skomentował ktoś w internecie: Człowiek Roku „Gazety Polskiej” 2007 (Mariusz Kamiński) aresztował Człowieka Roku „Gazety Polskiej” 2009 (agenta „Tomka”) - a wszystko pod nadzorem Człowieka Roku „Gazety Polskiej” lat 2016, 2017 i 2018 (Mateusza Morawieckiego). Ciekawe, co na to Człowiek Roku „Gazety Polskiej” z 2015 i 2019 – czyli Jarosław Kaczyński? Jak tak dalej pójdzie, to niepotrzebna będzie żadna „totalna opozycja”, która odgraża się, że jak wróci do władzy to powsadza pisowców do więzień. Szkoda fatygi, w tym tempie sami się wyaresztują jeszcze przed kolejnymi wyborami.


*

A skoro o „człowiekach roku” mowa. „Gazeta Polska” urządziła wypasioną galę na której nagrodę tę przyznano – cóż za niespodzianka - Jarosławowi Kaczyńskiemu (za rok dla odmiany dostanie Morawiecki). Ech, można by się zadumać nad skalą lizusostwa „niepokornych dziennikarzy” z „Zony Wolnego Słowa” - ale mniejsza. Skoro „GaPola” kupują praktycznie już tylko członkowie Klubów „GP” (a i to chyba nie wszyscy), to trzeba dopieszczać rządzących, bo reklamy Spółek Skarbu Państwa same się nie załatwią - i ja to nawet rozumiem. Natomiast na model biznesowy „Sakiewki” nieco światła rzucają następujące dane (za Wirtualnemedia.pl): „Według danych ZKDP w całym ub.r. średnia sprzedaż ogółem „Gazety Polskiej” wynosiła 21 875 egz., o 18,5 proc. mniej niż rok wcześniej. Wydające „GP” Niezależne Wydawnictwo Polskie osiągnęło w 2018 roku 18 mln zł przychodów sprzedażowych (wobec 15,09 mln zł rok wcześniej), a wynik netto spółki poprawił się z 539,9 tys. zł straty do 311,9 tys. zł zysku”. I to jest proszę Państwa majstersztyk – zmniejszyć sprzedaż prawie o 1/5 i jednocześnie zwiększyć zyski – nie ma to jak „midasowy dotyk” władzy!


*

Ale, przy okazji wybuchł mały skandal. Mianowicie, wśród państwowych sponsorów gali „GaPola” zaplątała się też Kompania Piwowarska, co wśród elektoratu „totalsów” wywołało pewne wzburzenie – posypały się wezwania do bojkotu konsumenckiego i takie tam. Chyba jednak nikt nie zwrócił uwagi na pewną ciekawostkę. Otóż, o ile mnie pamięć nie myli, Kompania Piwowarska, to jest ta sama Kompania, która w 2010 r. po tragedii smoleńskiej wywiesiła naprzeciwko Wawelu baner z hasłem „Zimny Lech”, nieprawdaż? Doskonale pamiętam z tamtego okresu ukazujące się na łamach „GP” zaangażowane teksty Piotra Lisiewicza wzywającego do bojkotu produktów tej firmy i skrupulatnie wyliczającego piwa znajdujące się w jej portfolio, których należy unikać. Proszę, jak to czasy się zmieniają... Jak tam, piwko „Lech” już smakuje?


*

Na koniec nieco poważniej. Papież Franciszek ogłosił posynodalną adhortację w której – ku radości i uldze tradycjonalistów – jednak nie otworzył furtki dla zniesienia celibatu księży i wprowadzenia kapłaństwa kobiet. I tylko nieliczni zadali sobie pytanie: jakich czasów dożyliśmy, skoro potwierdzenie przez papieża elementarnego kościelnego nauczania odbierane jest niczym rewelacja?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 09 (28.02-05.03.2020)

niedziela, 15 grudnia 2019

Polskie państwo dobrobytu – mrzonki, czy realny projekt?

Póki co, wciąż w znacznej mierze mamy państwo-wydmuszkę: słabe wobec silnych i silne wobec słabych.

I. Trzy warunki zaistnienia państwa dobrobytu

„Nasz cel, to polskie państwo dobrobytu” - ogłosił z trybuny sejmowej Mateusz Morawiecki podczas swojego expose. Zapowiedź ta była kontynuacją jednego z naczelnych haseł kampanii wyborczej – pytanie tylko, czy rząd zdaje sobie sprawę, iż realizacja tego programu musi oznaczać głęboką zmianę funkcjonowania państwa i radykalną przebudowę całego systemu gospodarczego odziedziczonego po 30 latach III RP. To zaś z kolei nieuchronnie prowadzi do otwarcia szeregu kolejnych frontów, zwłaszcza z gospodarczym establishmentem – i to nie tylko polskim, lecz również zagranicznym. Czy zatem Polskę stać na powszechny dobrobyt?

Odpowiedź brzmi – owszem, ale po spełnieniu kilku kluczowych warunków. Prosta redystrybucja w ramach obecnego modelu wyczerpała już swoje możliwości. Dzięki częściowemu uszczelnieniu ściągalności podatków i dobrej koniunkturze udało się zrealizować program „500+” oraz sfinansować trzynastą emeryturę, tudzież szereg innych świadczeń. Ale tutaj doszliśmy już do ściany, powstaje więc pytanie - co dalej? Sądzę, że receptę można sprowadzić do trzech zasadniczych punktów: 1) wybicie się na podmiotowość gospodarczą; 2) przemodelowanie obecnego, skrajnie niesprawiedliwego systemu podatkowego; 3) redukcja społecznych nierówności. Bez tego nie ruszymy.


II. Suwerenność gospodarcza

Przede wszystkim, należy sobie uzmysłowić, że „polskiej wersji państwa dobrobytu” nie da się urzeczywistnić bez odzyskania gospodarczej suwerenności. A z tym, wbrew pozorom, jest kiepsko – wciąż pozostajemy bowiem państwem-podwykonawcą, rynkiem zbytu i zagłębiem taniej siły roboczej (dziś uzupełnianej dodatkowo rzeszami gastarbeiterów z Ukrainy i Azji). To zaś sprawia, że wciąż tkwimy w neokolonialnej „pułapce średniego rozwoju”, charakteryzującej się m.in. tym, że wzrost gospodarczy słabo przekłada się na poprawę zamożności społeczeństwa.

I tutaj pojawia się ogromny słoń w menażerii, o którym mało kto wie i jeszcze mniej się mówi. To ok. 60 umów BIT (Bilateral Investment Treaties), czyli „dwustronnych umów o wzajemnym popieraniu i ochronie inwestycji” łączących nas z szeregiem państw. Były one zawierane głównie na przełomie lat '80 i '90, kiedy to rozpaczliwie próbowaliśmy ściągnąć do Polski zagraniczny kapitał i co za tym idzie – godziliśmy się na skrajnie niekorzystne rozwiązania, byle tylko ktokolwiek chciał u nas inwestować. W umowy te wmontowany jest mechanizm ISDS (Investor-to-State Dispute Settlement) pozwalający prywatnemu inwestorowi pozywać państwo przed międzynarodowy arbitraż i domagać się grubych odszkodowań, jeśli tylko ów inwestor uzna, że kraj-gospodarz narusza jego interesy. Co więcej, zagraniczna firma może pozwać państwo nie tylko z tytułu już poniesionych, konkretnych strat, lecz również utraty czysto subiektywnie wyliczonych, przyszłych zysków. Jak pokazują liczne przykłady ze świata (bo nie jest to jedynie polska specyfika), ISDS w praktyce wyłącza międzynarodowe koncerny spod miejscowej jurysdykcji, zaś widmo gigantycznych, idących często w miliardy dolarów odszkodowań skutecznie odstrasza państwa od wprowadzania regulacji mogących choćby potencjalnie zagrozić wielkim korporacjom. Zjawisko to określane jest jako „chilling effect” („efekt mrożący”). W Polsce przerobiliśmy to niedawno, kiedy zagraniczne banki przy wsparciu swych ambasad zagroziły pozwami w przypadku uchwalenia ustawy regulującej kwestię łże-kredytów frankowych. Ustawy nie ma po dziś dzień – ot, „efekt mrożący” w działaniu.

Powyższe rozciąga się również na problem skutecznego opodatkowania międzynarodowych koncernów, wyprowadzających „prawem i lewem” zyski liczone w ciężkich miliardach rocznie w ramach tzw. agresywnej optymalizacji podatkowej. Jak łatwo zauważyć, oznacza to uprzywilejowanie zagranicznych inwestorów względem polskich przedsiębiorców oraz sprawia, że rząd zmuszony jest łatać powstałą lukę podatkową z jednej strony zadłużając się, a z drugiej - przerzucając gros obciążeń podatkowych na własnych obywateli. Bez rozwiązania tej patologii nie ma co marzyć o „państwie dobrobytu” - tak więc, należy przede wszystkim skończyć z umowami BIT. Co więcej, na początku 2016 r. były takie plany – ale bardzo szybko je zarzucono. Osobnym problemem jest polityczne uzależnienie od obcych stolic – wystarczy sobie przypomnieć interwencje ambasador Mosbacher na rzecz amerykańskiego biznesu, czy wiceprezydenta Mike'a Pence'a, który wymusił na polskim rządzie rezygnację z podatku cyfrowego od działających w Polsce firm technologicznych typu Google, Facebook, Amazon czy Uber.


III. Podatki i nierówności społeczne

Kolejna sprawa, to postawione na głowie podatki. W Polsce mamy regresywny system podatkowy, powodujący iż osoby mniej zamożne odprowadzają do budżetu państwa proporcjonalnie większą część swych dochodów, niż zamożniejsza część społeczeństwa. Dzieje się tak za sprawą podatków pośrednich (VAT i akcyza) płaconych przez konsumentów przy każdych zakupach (proponuję przejrzeć pod tym kątem sklepowe paragony), ale nie tylko. Narzuty podatkowe na pracę, mimo formalnej progresji podatku dochodowego, również w większym stopniu obciążają mniej zarabiających. Dlaczego? Otóż od pewnego pułapu dochodów opłaca się przejść w Polsce na tzw. samozatrudnienie – czyli otworzyć jednoosobową działalność gospodarczą opodatkowaną liniowo (19 proc.) i obłożoną ryczałtowym ZUS-em. W ten sposób dorobiliśmy się np. zjawiska „prezesów na śmieciówkach” - prezes wielkiej firmy formalnie nie jest jej pracownikiem, tylko podmiotem zewnętrznym, świadczącym na jej rzecz „usługi zarządzania”. I znów: rząd całkiem niedawno zapowiadał wprowadzenie „testu przedsiębiorcy”, mającego zlikwidować plagę fikcyjnego samozatrudnienia, ale czegoś się wystraszył... Z drugiej strony, na samozatrudnienie wypychani są również pracownicy o najsłabszej pozycji rynkowej, co pozwala pracodawcy „optymalizować koszty” (słynna sprawa kurierów, formalnie prowadzących „własną działalność” jako kooperanci firm dostawczych). Do tego można jeszcze doliczyć wciąż powszechną plagę „umów śmieciowych”, skutkującą przyszłymi głodowymi emeryturami i brakiem zabezpieczeń socjalnych czy regresywne opodatkowanie kapitału (mniejsze firmy płacą relatywnie większe podatki niż wielkie korporacje)... Długo by wymieniać.

W efekcie, Polska wbrew oficjalnym statystykom GUS-u, należy do europejskiej czołówki jeśli chodzi o rozwarstwienie społeczne. GUS swoje dane opiera na metodzie ankietowej – czyli fikcji, bo raz, że ankieterowi trudno trafić do przysłowiowych „Kulczyków”, a dwa – bo respondenci mogą powiedzieć co chcą. Tymczasem z badań biorących pod uwagę dane podatkowe wyłania się obraz bantustanu – wąska elita najbogatszych, cienka warstwa klasy średniej i cała reszta społeczeństwa żyjącego z dnia na dzień. 1 proc. najbogatszych zarabia tyle, co dolna 1/3 Polaków łącznie, a do górnych 10 proc. trafia 40 proc. ogólnych przychodów w skali kraju – inaczej mówiąc, do 90 proc. polskiego społeczeństwa trafia jedynie 60 proc. wypracowywanych w Polsce przychodów. Pokrywa się to z danymi dotyczącymi wynagrodzeń – poniżej średniej krajowej zarabia 2/3 Polaków, a najczęściej wypłacane wynagrodzenie (dominanta) oscyluje od lat wokół najniższej krajowej. Dlatego należy kibicować rządowi, by nie zbrakło mu determinacji w realizacji programu radykalnej podwyżki płacy minimalnej.


*

Państwo dobrobytu, to z jednej strony pieniądze w kieszeniach obywateli (a więc godziwe zarobki), z drugiej zaś – usługi publiczne (m.in. służba zdrowia, edukacja, transport publiczny) na cywilizowanym poziomie – tu zaś potrzebne są wpływy budżetowe. Zatem bez rozwiązania zarysowanych tu problemów o państwie dobrobytu trudno marzyć – a to oznacza naruszenie szeregu interesów bardzo wpływowych grup czerpiących korzyści z obecnego stanu rzeczy. Póki co, wciąż w znacznej mierze mamy państwo-wydmuszkę: słabe wobec silnych i silne wobec słabych.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Czeski rynek pracownika – jak zrobili to nad Wełtawą?

Prawica-lewica: dialog i wojna

Regionalna płaca minimalna – a regionalne ceny?

Koniec „Bangladeszu Europy”

Kaczyński sięga do „głębokich kieszeni”

Polacy dziadami Europy

Bangladesz Europy

Wyższe płace są możliwe

Wyższe płace są konieczne

Jak nierówna jest Polska?

Koniec prezesów na śmieciówkach?

Regresywny system podatkowy, czyli śmierć frajerom!

Podatek od nędzy

Janusze biznesu

Chcemy niewolników!

Dywidenda obywatelska – eksperyment czy konieczność?

Koniec Bantustanu?

Koniec z BIT's? Nareszcie!

ISDS, czyli korpo-dyktat

Polska – kraj migracyjny


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 50 (13-19.12.2019)

niedziela, 26 maja 2019

Pod-Grzybki 161

Na początek dobra wiadomość. Gejowska organizacja ILGA opublikowała ranking krajów UE sklasyfikowanych pod kątem promowania dewiacji. Polska (z wynikiem 18 pkt. na 100, wg zasady - im mniej punktów, tym lepiej) po raz drugi z rzędu zanotowała drugą pozycję wśród najbardziej „homofobicznych” państw, ustępując jedynie Łotwie. Srebrny medal cieszy, jednak nie wolno spocząć na laurach – zróbmy wszystko, by za rok sięgnąć wreszcie po złoto!


*

Widzieli kiedyś Państwo mandryla? To jest taka małpa z tyłkiem w kolorach tęczy. Przyszło mi do głowy, że nadaje się idealnie na symbol LGBTQWERTY obnoszony na gej-paradach - pasowałaby do tego towarzystwa jak ulał. Reszta lewaków może demonstrować pod sztandarami z tyłkiem pawiana. Bo czerwony.


*

Na gali 30-lecia „Wyborczej” Barbara Engelking zaliczyła „freudowskie przejęzyczenie”, nazywając „Gazetę Wyborczą” „gazetą żydowską” - zapominając jednak dodać, wzorem Stanisława Michalkiewicza, iż jest to „żydowska gazeta dla Polaków”. Ale najciekawsze nastąpiło później: otóż Engelking wytłumaczyła, iż to dlatego, że przyszła jej na myśl „Gazeta Żydowska” - pismo dla Żydów wydawane podczas okupacji w Generalnym Gubernatorstwie. Czy ja dobrze zrozumiałem, że Barbara Engelking przyrównała organ Michnika do okupacyjnej, żydowskiej gadzinówki? Uuu... grubo... ja tu widzę niezły antysemityzm!


*

Wstajemy z kolan. Znowu. Premier Morawiecki i prezes Kaczyński poodgrażali się trochę Żydom w sprawie roszczeń majątkowych, po czym tradycyjnie przestraszyli się własnej odwagi i zdjęli z porządku obrad Sejmu projekt Kukiz'15 sprzeciwiający się „ustawie 447”. Tym samym zachowali godną podziwu konsekwencję w wykonywaniu swojego ulubionego układu gimnastycznego: powstań – padnij, powstań – padnij – i tak w kółko. Słowem - stary, dobry PiS...


*

A tymczasem grupa amerykańskich kongresmanów zgłosiła postulat, by budowa „Fortu Trump” została uzależniona od spełnienia żydowskich roszczeń restytucyjnych. Wychodziłoby zatem, że za amerykańską bazę zapłacimy dwa razy – najpierw Amerykanom (bo zadeklarowaliśmy już chęć współfinansowania budowy), a potem, wielokrotnie więcej - Żydom. I tak oto, zamiast „Fortu Trump” będziemy mieli „Fort Netanjahu”.


*

A propos „ustawy 447”. Czy zastanawialiście się Państwo, dlaczego w latach 90-tych organizacje „holocaust industry” żądały od nas 60-65 mld. USD, a teraz już 300-330 mld.? Czyżby w międzyczasie przedwojenny majątek polskich Żydów uległ cudownemu rozmnożeniu? Moim zdaniem, wyjaśnienia są dwa: albo naliczyli nam karne odsetki, albo na przestrzeni tego okresu dolar uległ... pięciokrotnej dewaluacji! Ostatecznie, ci którzy wysuwają żądania restytucyjne najlepiej znają realną wartość amerykańskiej waluty – w końcu, sami ją „wypłukują z powietrza”, więc nie zadowolą się byle wydmuszkami i uaktualniają wartość roszczeń na bieżąco. Swoją drogą, chciałbym mieć podgląd na ten licznik – robiłbym wtedy na giełdzie geszefty lepsze od Sorosa!

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 21 (24-30.05.2019)

wtorek, 26 lutego 2019

Konsekwencje rejterady

Należy głosić na cały świat, że Żydzi mają ręce unurzane po łokcie w polskiej krwi. I mają to robić przede wszystkim przedstawiciele polskiego rządu.


I. „Ogromny sukces”

Trudno dziś nie roześmiać się gorzko czytając wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego z wywiadu udzielonego tygodnikowi „Sieci” jeszcze przed katastrofalną konferencją bliskowschodnią w Warszawie. Prezes rządzącej partii powiedział wtedy: „Zmiana premiera podyktowana była przede wszystkim wiarygodnymi sygnałami o nowej, wielkiej ofensywie przeciwko Polsce, i to o skali międzynarodowej. Chodziło o próby przypisania nam już nawet nie tylko »faszyzmu«, lecz wprost »hitleryzmu«, co na pewno nie było przypadkiem. Potrzebowaliśmy osoby, która byłaby w tej sferze skuteczna. Jeśli wziąć pod uwagę deklarację polsko-izraelską, będącą naszym naprawdę ogromnym sukcesem, co niektórzy w końcu zaczynają doceniać, były to oczekiwania dobrze ulokowane” (cyt. za wPolityce.pl). Jak widać, roszada na stanowisku szefa rządu na nic się zdała, bo też i zdać się nie mogła. Wiara w to, że personalna podmianka i jakieś ocieplenie wizerunkowe będzie w stanie powstrzymać rozpędzoną machinę polakożerstwa inspirowaną przez „holocaust industry” dowodzi w najlepszym razie naiwności. Gra toczy się o zbyt wielkie pieniądze i polityczne interesy, by strona przeciwna ot, tak sobie zrezygnowała z ataków, bo Polska wykazała się gestem dobrej woli i chęcią załagodzenia sporu. Przeciwnie – każde takie ustępstwo z naszej strony odczytywane było jako przejaw słabości i dowód na to, że wystarczy nas jeszcze trochę przycisnąć, jeszcze bardziej zmłotkować nienawistnym przekazem, byśmy w końcu ze szczętem położyli uszy po sobie i zaczęli sypać kasą.

Tak też odebrano naszą bezwarunkową kapitulację w kwestii wycofania się z art.55a Ustawy o IPN penalizującego próby przypisywania państwu bądź narodowi polskiemu odpowiedzialności za zbrodnie niemieckiej III Rzeszy. Wspólna deklaracja premierów Polski i Izraela z czerwca 2018 r. łaskawie przyznająca, że nie było „polskich obozów koncentracyjnych”, wynegocjowana w Wiedniu pod czujnym okiem Mossadu, była jedynie skromnym cukierkiem, mającym nam osłodzić gorycz porażki i pozwolić polskiemu rządowi zachować twarz przed elektoratem. Bezskutecznie zresztą – bo wbrew propagandzie sukcesu, ludzie jednak w znacznej mierze nie dali się na piękne słówka nabrać i słusznie uznali ekspresową „denowelizację” ustawy o IPN za upokarzającą rejteradę.


II. To nie kryzys, to rezultat

Dziś zbieramy konsekwencję owego „ogromnego sukcesu”. Obecna, kolejna już awantura na linii Polska-Izrael to, trawestując Kisiela, nie jest kryzys, tylko rezultat. Wystarczyło kilka dni, by w świat poszedł przekaz wpływowej amerykańskiej dziennikarki o „polskim reżimie” z którym walczyli powstańcy z getta i „Polakach kolaborujących z nazistami” (to z kolei Benjamin Netanjahu). Potem, po naszych rozpaczliwych interwencjach, nastąpiło tradycyjne mydlenie oczu – przeprosiny na które w świecie mało kto zwrócił uwagę i odwracanie kota ogonem, że „Bibi” nie powiedział tego co powiedział, a tak w ogóle, to został źle zrozumiany, bo chodziło mu o poszczególnych Polaków, a nie o polski naród czy państwo. Wszystko okraszone naciskami sekretarza stanu Mike'a Pompeo, byśmy wreszcie zalegalizowali żydowskie wymuszenie rozbójnicze („ustawa 447” zobowiązuje Departament Stanu do takich działań i Pompeo ten obowiązek, jak widać, wypełnia) i przyjęli w poczet bohaterów narodowych żydowskiego, ubeckiego oprawcę Franka Blajchmana.

Na koniec, żebyśmy nie mieli już żadnych wątpliwości, p.o. szefa izraelskiego MSZ Israel Kac (formalnie szefem MSZ jest Netanjahu) uraczył nas kolejnymi wykwitami oszczerczej arogancji. Najpierw zastępca Netanjahu w całej rozciągłości podtrzymał słowa swego pryncypała, podkreślając, iż „nie zapomnimy i nie wybaczymy” (polskiej „kolaboracji” z Niemcami), by na koniec obcesowo zażądać, byśmy się odfajkowali („Nikt nie będzie mówił nam, jak mamy się wypowiadać i jak upamiętniać naszych zmarłych”). Przywołanie sloganu o „Polakach wysysających antysemityzm z mlekiem matki” oraz dzień późniejsza wypowiedź „Antysemityzm był wrodzony u Polaków przed Holokaustem, podczas, i po nim też” były już tylko postawieniem kropki nad „i”.

Krótko mówiąc, ubiegłoroczna wspólna deklaracja przetrwała raptem 8 miesięcy i właśnie na naszych oczach została unieważniona – ba, spektakularnie wysadzona w powietrze.


III. Symetria i asertywność

Dlaczego izraelscy politycy zdecydowali się na taki krok? Bo uznali, że mogą – to raz. Pokazaliśmy jasno, że łatwo uginamy się pod naciskiem – szczególnie, jeśli ze strony naszego aktualnego protektora zza oceanu przyjdą wytyczne, że mamy wbrew wszystkiemu podtrzymywać fikcję „strategicznego sojuszu” i „dobrych relacji”. Tymczasem, nie ma żadnych „dobrych relacji”, ani tym bardziej „przyjaźni polsko-izraelskiej”. Izrael to w najlepszym razie „sojusznik naszego sojusznika” - i nic więcej. Po drugie – w Izraelu trwa kampania wyborcza i granie na antypolonizmie jest politycznie opłacalne, trafia do masowego elektoratu ukształtowanego przez edukacyjną obróbkę i medialną propagandę utrzymaną w duchu nienawiści do Polaków jako współwinnych holocaustu. Antypolonizm jest obecnie częścią izraelskiej tożsamości. Sami zresztą się do tego przyczyniliśmy haniebnymi przeprosinami za Jedwabne i wstrzymaniem ekshumacji, utrwalając jedynie przekonanie, że mamy coś na sumieniu. A skoro tak – to powinniśmy płacić, logiczne. Tak oto w imię podtrzymywania fikcji „przyjaźni”, zamalowaliśmy się do kąta.

W tej sytuacji decyzja premiera Morawieckiego o odwołaniu udziału polskiej delegacji w izraelskim szczycie Grupy Wyszehradzkiej (co poskutkowało oficjalnym anulowaniem całej imprezy, odbędą się jedynie dwustronne spotkania pozostałych państw V4) jest jedynym możliwym ruchem pozwalającym nam ocalić resztki godności. Agencja Reuters z miejsca oceniła, że jest to prestiżowa porażka Netanjahu, który przed kwietniowymi wyborami chciał się pokazać jako zręczny dyplomata, goszczący przyjazne Izraelowi kraje Europy Środkowej (mające stanowić przeciwwagę dla krytycznej wobec Izraela Europy Zachodniej). To pokazuje kierunek dla dalszych relacji z Izraelem. W skrócie można go określić w dwóch słowach – symetria i asertywność. Na zniewagi odpowiadać stanowczymi krokami dyplomatycznymi i wreszcie, na miłość Boską, przestać się bać formułować nasze stanowisko, bo ze słabymi tchórzami nikt się nie liczy. Przeciwnie – kładąc uszy po sobie jedynie prowokujemy kolejne ataki.


IV. Zmienić narrację!

Od tej pory winniśmy radykalnie zmienić naszą narrację w sferze publiczno-międzynarodowej. Trzeba wreszcie zacząć mówić o żydowskiej kolaboracji z komunistami. Przypominać o wydawaniu Polaków przez Żydów w ręce NKWD po sowieckiej agresji 17 września 1939 r. O żydowskich funkcjonariuszach sowieckiego aparatu represji i ich czynnym udziale w stalinowskim ludobójstwie. O nadreprezentacji Żydów w aparacie komunistycznego terroru, katowaniu i mordowaniu polskich patriotów. Generalnie – głosić na cały świat, że Żydzi mają ręce unurzane po łokcie w polskiej krwi. I mają to robić nie tylko historycy czy publicyści, lecz przede wszystkim przedstawiciele polskiego rządu – tak jak czynią to członkowie rządu i dyplomaci izraelscy. Oczekuję, że polski premier i polscy ministrowie przy każdej okazji będą przypominali żydowskie zbrodnie na Polakach (a wystarczy, że dziennikarz na konferencji prasowej zada odpowiednie pytanie – tak jak robią to izraelscy odpowiednicy). Potem można najwyżej sprostować, że miało się na myśli „poszczególnych Żydów”, a nie „państwo” czy „naród”...

Ale cóż marzyć o tym – właśnie czytam (info za DoRzeczy.pl) że Jarosław Kaczyński zwołał za plecami Morawieckiego pilną naradę, bo na PiS padł blady strach, że eskalacja konfliktu zaszkodzi partii w eurowyborach i pogorszy nasze relacje z USA... Ręce opadają. Panie prezesie – stanowcza postawa rządu jedynie przysporzy wam głosów, bo Polacy mają po dziurki w nosie rzucanych nam w twarz kalumnii. A i USA szanują jedynie tych, którzy szanują się sami. Czy Pan tego nie widzi?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Bezwarunkowa kapitulacja

Sojusznik czy wasal?

Hieny cmentarne z holocaust industry

Ustawa 447 czyli ofensywa holocaust industry

Gra o bilion złotych

Zawsze jest z kim przegrać

Rejterada

Koniec złudzeń

Moratorium czyli uspokajactwo stosowane

Hucpa – reaktywacja

Ćwierć miliarda za nic

Nic tak nie gorszy, jak prawda

Jedwabne – czas prawdy

Koniec epoki „pedagogiki wstydu”

Lekcja ojkofobii

Antypolonizm sponsorowany


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 08 (22-28.02.2019)

Pod-Grzybki 148

Jak wiadomo, wiekopomny sukces polskiej dyplomacji, jakim miał być antyirański sabat w Warszawie zakończył się dla nas spektakularną klapą. Mówiąc obrazowo, Amerykanie zaprosili sobie do nas gości, po czym wspólnie z Izraelem wylali nam na głowy kubeł fekaliów, a na koniec zażądali kasy dla Żydów z „holocaust industry”. Żeby było ciekawiej, z medialnych przecieków wynika, że cała impreza była samowolką Morawieckiego i Czaputowicza, którzy dogadywali ją z Amerykanami za plecami Kaczyńskiego – a gdy sprawa ujrzała światło dzienne, było już za późno, żeby się wycofać. Tak to jest, kiedy dać mężykom stanu za pięć groszy trochę luzu – spuścisz ich na chwilę z oka i zaraz wszystko koncertowo spartolą.


*

W odpowiedzi na nasze jękliwe protesty przeciw obcesowemu traktowaniu, zaczął nam wygrażać niejaki Israel Kac, p.o. szefa izraelskiego MSZ: Nikt nie będzie mówił nam, jak mamy się wypowiadać”. No i słuszna jego racja, bo to przecież Żydzi są od tego, żeby mówić wszystkim dookoła, jak się mają wypowiadać i co wolno im mówić, a czego nie. Kto to widział, żeby jacyś głupi goje pouczali Naród Wybrany? Talmud takiej opcji nie przewiduje, więc „zeyn shtil aun hern”!


*

Podobno, gdy tylko przyschnie nieco bieżąca awantura, ma polecieć głowa min. Jacka Czaputowicza. Sam Jarosław Kaczyński nazwał zresztą kiedyś nominację Czaputowicza „eksperymentem”. No więc, poprosiłbym uprzejmie, żeby następny taki eksperyment przeprowadzić najpierw na szczurach.


*

Nawiasem, Kaczyński uznał w wywiadzie dla Karnowskich za nasz „sukces” zeszłoroczne oświadczenie Netanjahu i Morawieckiego – to samo, które właśnie poszło się czochrać. Aż drżę na myśl o kolejnych sukcesach: np. pójdziemy z Amerykanami do Iranu, nie zyskując na tym nic prócz kolejnej fali uchodźców – ale rządowa propaganda każe nam się cieszyć z umocnienia „strategicznego sojuszu”. Z kolei Naczelnik będzie się obrażał na wszystkich niedowiarków, zaś dr Targalski zwyzywa malkontentów od „ruskich gawnojedów” - i tak będzie chodziła ta maszynka, oczywiście dopóki Amerykanie nie zrobią kolejnego „resetu” i wszystko się ze szczętem nie skawali.


*

Krystyna Janda w formie – skomentowała odwołanie polskiego udziału w izraelskim szczycie Grupy Wyszehradzkiej słowami: „Zamiast z uśmiechem i przyjaźnią zrozumieć że zdarzają się błędy i wpadki, potwierdzimy” (negatywną opinię o nas – PL). Ta sama Janda pomstowała, że za rządów PiS czuje „jakby ktoś na mnie s...ł cały czas”. Pani Krystyno, więcej luzu – na s...e trzeba reagować „uśmiechem i przyjaźnią”. Głowa do góry!


*

Z weselszych doniesień. Andrzej Duda poparł pomysł budowy pomnika Tadeusza Mazowieckiego, prowokując tym samym negatywny komentarz Zofii Romaszewskiej, która bardzo merytorycznie argumentowała, że jest przeciw, bo Mazowieckiego „nie lubi”. Proponuję kompromis – niech stanie pomnik Mazowieckiego trzymającego grubą kreskę z wyrytą sentencją „pacta sunt servanda”. Wszyscy powinni być zadowoleni.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Pod-Grzybki opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 08 (22-28.02.2019)

poniedziałek, 26 listopada 2018

Światowy pakt migracyjny – jak nie „prawem”, to „lewem”?

Może się okazać, że mimo wycofania się z paktu migracyjnego, rząd i tak będzie wprowadzał w życie jego postanowienia tylnymi drzwiami.

I. Zwycięstwo rozsądku

Uff, rozsądek zwyciężył. Polska nie podpisze Światowego Paktu w sprawie Migracji (własc. Globalnego Porozumienia na rzecz Bezpiecznej, Uporządkowanej i Legalnej Migracji - Global Compact for Safe, Orderly and Regular Migration). Jak czytamy w oficjalnym oświadczeniu: „Rząd zdecydował, że Polska nie poprze Globalnego Porozumienia na rzecz bezpiecznej, uporządkowanej i legalnej migracji, zarówno podczas międzynarodowej konferencji w sprawie przyjęcia tego dokumentu zaplanowanej w Marrakeszu w dniach 10-11 grudnia 2018 r., jak i w trakcie późniejszego głosowania podczas Zgromadzenia Ogólnego Organizacji Narodów Zjednoczonych”. Warto dodać, że nie jesteśmy tu osamotnieni. ONZ-owskiego dokumentu nie podpiszą również USA, Węgry, Czechy, Bułgaria, Austria, Australia, Estonia, poważne wątpliwości ma także m.in. Dania – tak więc finalnie może się okazać, że sygnatariuszy paktu będzie jeszcze mniej. Nawet w Niemczech, mimo proimigracyjnej linii Angeli Merkel namawiającej do przyjęcia porozumienia, budzi ono sprzeciw zarówno wśród polityków CDU, jak i koalicyjnej CSU.

Nic dziwnego, że światowa umowa migracyjna wzbudza takie kontrowersje, gdyż dokument ten jest potencjalnie bardzo niebezpieczny – i to na wielu płaszczyznach. Po pierwsze, przyjmuje on ideologiczne założenie, że masowe migracje są czymś zasadniczo korzystnym, tak więc jedyne co należy robić, to zadbać, by przebiegały w sposób „uporządkowany”. W pkt. 8 Paktu pada wręcz expressis verbis stwierdzenie, że migracja jest „źródłem dobrobytu, innowacji i zrównoważonego rozwoju w naszym zglobalizowanym świecie” i w związku z tym te „pozytywne skutki mogą zostać zoptymalizowane poprzez poprawienie zarządzania migracją”. W dalszej części dokumentu mamy m.in. postulaty, by promować w publicznej dyskusji pozytywne postrzeganie procesów migracyjnych – co jest jedynie lekko zakamuflowanym wezwaniem do urabiania społeczeństw w jedynie słusznym, polit-poprawnym duchu i niebezpiecznie ociera się o inżynierię społeczną. Zresztą, przerabialiśmy to już podczas szczytu kryzysu migracyjnego w 2015 r., kiedy to dominujące media i organizacje pozarządowe jednogłośnie stały się tubą proimigracyjnej propagandy. Z kolei, poprzez położenie głównego nacisku na prawa imigrantów oraz chociażby zaostrzenie warunków deportacji czy objęcie przybyszy pełnią zabezpieczeń socjalnych, Pakt ewidentnie idzie w stronę stopniowej „legalizacji” migracji pod każdą jej postacią.

Równie groźna jest formuła w jakiej postanowiono przyjąć pakt migracyjny. Pozornie jest on „niewiążący prawnie” i stanowi jedynie coś w rodzaju deklaracji dobrej woli sygnatariuszy. W rzeczywistości jest to jednak sprytnie zastawiona pułapka. Gdyby bowiem porozumienie miało stanowić pełnoprawną umowę międzynarodową, to wymagałoby ratyfikacji przez odpowiednie organy poszczególnych państw – to zaś wiązałoby się z publiczną debatą, często bardzo gorącą. Natomiast formuła dokumentu „niewiążącego” pozwala ominąć ten kłopot – wystarczą podpisy przedstawicieli rządów. W ten sposób osiąga się efekt gotowanej żaby – bo mimo wszystko jest to jednak oświadczenie państw, że zamierzają kształtować swoją politykę w duchu wyrażonym w sygnowanym przez siebie porozumieniu. To natomiast stwarza pole do różnorakich nacisków – zarówno ze strony oenzetowskich agend, jak i np. organizacji pozarządowych zajmujących się „zawodowo” sprowadzaniem migrantów i działalnością na rzecz „multikulturalizmu”. Tak powstaje tzw. „miękkie prawo”, coś w rodzaju „zwyczaju międzynarodowego” - często równie skutecznego, jak twarde zapisy traktatowe. Warto w tym miejscu przypomnieć „Deklarację z Teresina” z 2009 r., będącą zwieńczeniem konferencji „Mienie ery Holokaustu”, w której umieszczono „zalecenia” dotyczące zwrotu pożydowskiego mienia. Dokument ten, podpisany w imieniu Polski przez Władysława Bartoszewskiego, również był „niewiążący” - tak się jednak składa, że właśnie na tę deklarację powołuje się słynna amerykańska „Ustawa 447”. Dobrze obrazuje to mechanizm budowania nacisków i przekuwania w obowiązujące prawo rzekomo „niewiążących prawnie” oświadczeń.


II. Polska polityka migracyjna

Dlatego dobrze się stało, że Polska w ostatniej chwili wymiksowała się z tego ambarasu – to jednak nie kończy sprawy i wątpliwości wokół naszej polityki migracyjnej. Trzeba pamiętać, że pierwotnie polskie MSZ podpisało się pod tzw. Deklaracją z Marrakeszu (sygnowaną przez Polskę na euro-afrykańskiej konferencji 2 maja 2018 r.), która stanowiła swoistą przygrywkę do ONZ-owskiego paktu ws. migracji - i co więcej, trzymało ten fakt w tajemnicy. Dopiero gdy sprawa się wydała, presja opinii publicznej zmusiła rząd Mateusza Morawieckiego do ostatecznego wycofania się z proimigracyjnych założeń dokumentu. Swoją rolę odegrał tu niewątpliwie szef MSWiA, Joachim Brudziński, podnosząc zagrożenia z jakimi wiąże się przyjęcie paktu. Osobiście nie mam jednak wątpliwości, że w innych okolicznościach umowa zostałaby „klepnięta” i to z pełnym błogosławieństwem premiera Morawieckiego. A stałoby się tak dlatego, że ogólne przesłanie paktu migracyjnego jest idealnie zgodne z dotychczasową polityką rządu.

Kwestia migracji została wpisana chociażby do Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju (tzw. Plan Morawieckiego) – i znajdziemy tam zapisy utrzymane w podobnym duchu, co postulaty ONZ. Mowa jest o konieczności sprowadzania migrantów, korzyściach jakie z tego płyną, „rozwoju instrumentów integracyjnych”, a nawet „działaniach informacyjnych” dotyczących „pozytywnej roli cudzoziemców, których celem będzie przeciwdziałanie dyskryminacji, promocja postawy otwartości, przełamywanie stereotypów i uprzedzeń”. Przypomnijmy, że jeszcze niedawno identycznie wypowiadali się przedstawiciele rządu – np. min. Jadwiga Emilewicz w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” („Jesteśmy gotowi, żeby jeszcze bardziej otworzyć granice dla pracowników spoza Polski”) czy min. inwestycji i rozwoju Jerzy Kwieciński („Nasza gospodarka już teraz potrzebuje pracowników spoza Polski, a w przyszłości będzie ich potrzebować coraz więcej”), zapowiadając jednocześnie stworzenie „systemu zachęt” dla obcokrajowców i opracowanie „polityki imigracyjnej” ukierunkowanej docelowo na sprowadzanie migrantów na stałe. I bynajmniej nie dotyczy to jedynie „bliskich kulturowo” Ukraińców, ale także imigrantów z bardziej egzotycznych kierunków, takich jak Indie, Bangladesz czy Filipiny. Wszystko to współgra z żądaniami formułowanymi przez lobby biznesowe, z jednej strony domagające się rąk do pracy, z drugiej zaś straszące „presją płacową” obniżającą konkurencyjność naszej gospodarki.

Szerokim echem odbiła się wypowiedź wiceministra Pawła Chorążego, który na debacie Klubu Jagiellońskiego podważył sensowność repatriacji Polaków z Kazachstanu, podnosząc, że o wiele bardziej opłacalne jest sprowadzanie pracowników z Ukrainy i Azji. Zrobił się szum, a premier Morawiecki błyskawicznie Pawła Chorążego zdymisjonował – tyle, że Chorąży jedynie zreferował założenia rządowej polityki migracyjnej.


III. Wprowadzenie paktu migracyjnego tylnymi drzwiami?

Póki co, sytuacja wygląda tak, że rząd ze względów czysto wizerunkowych wycofuje się wprawdzie ze Światowego Paktu w sprawie Migracji, lecz samej polityki imigracyjnej nie zamierza zmieniać. Co więcej, w wywiadzie dla „Kultury Liberalnej” dyrektor Ośrodka Badań na Migracjami UW Paweł Kaczmarczyk, powołując się na dane OECD stwierdził, iż „Polska stała się największym importerem cudzoziemskiej siły roboczej na świecie. Obecnie sprowadzamy do siebie więcej migrantów ekonomicznych, niż USA – i to nie tylko w relacji do ilości mieszkańców, lecz w liczbach bezwzględnych. Widać to zresztą na co dzień na ulicach polskich miast. Należy więc trzymać rękę na pulsie i nie odpuszczać presji, bo może się okazać, że mimo wycofania się z paktu migracyjnego, rząd i tak będzie wprowadzał w życie jego postanowienia tylnymi drzwiami.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Polska – kraj migracyjny

Dymisja Chorążego

Janusze Biznesu

Chcemy niewolników!


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 47 (23-29.11.2018)

niedziela, 25 listopada 2018

Pod-Grzybki 142

Kilka dni przed Marszem Niepodległości nieco zamieszania wywołała tzw. „Tęczowa ekipa”, która miała pojawić się na manifestacji z gejowskimi flagami. I faktycznie, przyszli – wprawdzie na marsz w Krakowie, ale to szczegół. Rzecz w tym, że grzeczność zobowiązuje do złożenie rewizyty – w związku z tym, jak rozumiem, na przyszłoroczną „paradę równości” zawitają chłopaki z ONR-u z falangami. Tolerancyjni organizatorzy chyba nie będą mieli nic przeciwko temu? W końcu, jak sami głoszą „miłość nie wyklucza”.


*

A tymczasem, na warszawski marsz wprosili się Duda z Morawieckim i resztą pisowskiej ekipy rządowej, wykorzystując chwilę zamieszania po zakazie ogłoszonym przez HG-W. Przyszli, ustawili się na przedzie i poszli, oddzieleni od plebsu „kordonem bezpieczeństwa” - po czym na Rondzie Waszyngtona zapakowali się czym prędzej do limuzyn, nie czekając aż na miejsce dotrze reszta pochodu. Rodzi to uzasadnione pytanie – czy faktycznie „szli na czele marszu”, jak głosi rządowa propaganda, czy może raczej uciekali przed tymi z tyłu?


*

Podczas warszawskiej demonstracji członkowie Młodzieży Wszechpolskiej spalili brukselską szmatę z gwiazdkami, co u niektórych obserwatorów wywołało spazmy oburzenia, a cudownie uzdrowiona policja pod wodzą „Joja” Brudzińskiego zapowiedziała wyciągnięcie konsekwencji. Cóż, jak widać Unia Europejska jest przez wielu darzona nabożną czcią, zatem sprawcy będą zapewne ścigani z paragrafu o obrazie uczuć religijnych.


*

Różni esteci przy okazji Marszu oburzali się, że widziano na nim trochę nietrzeźwych uczestników. Ten nastrój radosnej biby udzielił się też najwyraźniej szefowi „Zony Wolnego Słowa”, któremu w upojeniu własną pychą rozmnożyli się w oczach manifestujący pod jego przewodem członkowie klubów „Gazety Polskiej” - „Sakiewka” ocenił ich liczbę na „20 tysięcy”. Oznaczałoby to, że stawili się wszyscy czytelnicy „GaPola”, co do jednego. No, taka armia to prawdziwy skarb – nie dziwi więc, że gazeta Sakiewicza tylko w pierwszym półroczu 2018 zainkasowała rządowe reklamy o cennikowej wartości 6,64 mln. zł. Wynika z tego, że każdy czytelnik „Gazety Polskiej” ma rynkową wartość ok. 332 tys. zł. Ciekawe, czy klubowicze o tym wiedzą – i czy zgłoszą się do „Sakiewki” po dywidendę?


*

Z innej beczki – IPN wydał europejski nakaz aresztowania przebywającego w Szwecji Stefana Michnika. W powszechnej opinii lewacka Szwecja jednak nie wyda stalinowskiego zbrodniarza sądowego – pozostaje zatem go porwać, tak jak Mossad Adolfa Eichmanna. W końcu, skoro upiekło się Izraelowi, to nam też powinno, prawda?


*

Samozwańcza seksedukatorka Anja Rubik znów zabrała głos. Tym razem podała w wątpliwość sens uczenia w szkołach o „teorii Pitagorasa” - bo poza szkołą wiedzę tę „wykorzystała może raz”, a „seks uprawiała wiele razy”. Pani Anju, jak by to ująć... Wszystko zależy od priorytetów – a konkretnie od tego, czy po zakończeniu edukacji ktoś zamierza zarabiać na życie głową, czy d...ą.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr (21.11-04.12.2018)

sobota, 29 września 2018

Pod-Grzybki 138

W rządzie „dobrej zmiany” doszło do małego trzęsienia ziemi. Minister Morawiecki ekspresowo zdymisjonował Pawła Chorążego - wiceministra od czegoś bardzo prorozwojowego, tudzież inwestycyjnego (Ministerstwo Gwiazdki Pomyślności? Chyba jakoś tak...). Poszło o to, że Chorąży na debacie Klubu Jagiellońskiego powiedział, że Polska będzie przyjmować imigrantów zarobkowych m.in. z Azji, natomiast repatriacja Polaków z Kazachstanu jest „nieopłacalna” i trudna „ze względów językowych i logistycznych”. Jak rozumiem, Nepalczycy, Hindusi i Bengalczycy językowo zintegrują się w try-miga, a i logistycznie wszystko będzie gites-majonez. Ot, kanclerska głowa!


*

Ale najzabawniejsze jest to, że Chorąży poleciał za zbyt długi jęzor – wypaplał mianowicie założenia długofalowej polityki imigracyjnej rządu, zapisanej m.in. w „Planie Morawieckiego”. Zwolnić chorążego za ujawnienie planów sztabu generalnego – to chyba logiczne, prawda? I niech się cieszy, że go nie rozstrzelali.


*

Krzysztof „Czerepach” Łapiński odchodzi z kancelarii prezydenta i ma zamiar pójść w PR-owskie biznesy. Osobiście sądzę, że to ściema. Będzie kręcił nowy sezon „Rancza”.


*

Rany! Kwaśniewski wyznał red. Mazurkowi, że nie pije wódki – i generalnie, „żadnych mocnych alkoholi”! Tym samym, tysiące memów, dowcipów, bon-motów o goleni i chorobie filipińskiej – wszystko to poszło się gonić. Kwachu musi naprawdę nienawidzić Polaków, skoro zdecydował się im wyciąć taki numer. No chyba, że to tylko abstynencja czasowa – Episkopat mianowicie zaapelował o „100 dni trzeźwości na 100-lecie Niepodległości”. Owa trzeźwość obowiązywać ma od 4 sierpnia do 11 listopada. Kwachu, trzymaj się, dasz radę!


*

W związku z tą całą trzeźwością zrobiło mi się cokolwiek nieswojo, bo nie dalej jak wczoraj zlewałem do gąsiorów domowe wino z jeżyn – przy czym, oczywiście, nie obyło się bez skromnej degustacji. Ujmę to tak – winko wyszło mi proste, ale skuteczne. Na szczęście, moja goleń wytrzymała, więc marny ze mnie byłby prezydent. Ale ja i tak na bohatera memów słabo się nadaję.


*

Lewizna, i tak przeżywająca cykliczne spazmy oburzenia z byle powodu, tym razem zagotowała się na okoliczność odcinka „Plastusi” Barbary Pieli w którym wśród kukiełek przedstawiających „uliczną opozycję” pojawił się... Żyd. Rozpętał się shitstorm, że to niby „faszyzm” i „antysemityzm”. Wymieńmy tych gorliwców – Konrad Piasecki, Michał Szułdrzyński, Wojciech Szacki, Wojciech Czuchnowski, Dominika Wielowieyska, zaś Agnieszka Holland stwierdziła wręcz, że wszystkie figurki Pieli mogą kojarzyć się z Żydami. Potem okazało się, że rzekomy Żyd, to po prostu nasz stary, dobry znajomy – czyli słynny „Farmazon”. Ale to obsesjonatów nie przekonało – bowiem, jak zawyrokował Czuchnowski, jeśli ktoś nie zna „Farmazona”, to kukiełka bankowo skojarzy mu się z Żydem. A mówią, że to prawica wszędzie węszy Żyda... Swoją drogą, ciekawe, czy red. Czuchnowski zna ten stary, wojskowy kawał o d...e?

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 18 (26.09-09.10.2018)