Pokazywanie postów oznaczonych etykietą imigracja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą imigracja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 grudnia 2018

Imigracja nie zbawi gospodarki

Przy założeniu, że muzułmańskich migrantów będzie przybywać w dotychczasowym tempie, to za 40 lat będzie ich w Polsce ponad 900 tys.

Portal euroislam.pl zwrócił niedawno uwagę na raport Fundacji Instytutu Spraw Europejskich pt. „Imigracja z krajów OIC do Polski w latach 2003-2018” (autor – Jan Wójcik). Najpierw jednak kilka słów o euroislam.pl, jest to bowiem swoisty rodzynek. Otóż portal ten, założony przez stowarzyszenie „Europa Przyszłości”, programowo sprzeciwia się islamizacji Europy i Polski oraz niekontrolowanej imigracji – czyni to jednak nie z pozycji nacjonalistycznych, lecz lewicowo-liberalnych. To pocieszające, że nie wszyscy liberałowie dali sobie wyprać mózgi ideologią multikulturalizmu. Autorzy „euroislamu” potrafią dostrzec w muzułmańskiej inwazji na Stary Kontynent fundamentalne zagrożenie dla takich wartości, jak tolerancja, prawa człowieka i swobody obywatelskie. Z tego też powodu przez tutejsze liberalno-lewicowe salony traktowani są niczym czarne owce, bo miast hołdować dogmatom political correctness wolą trzeźwo oceniać rzeczywistość.

A teraz do rzeczy. Wzmiankowany na wstępie raport bazuje na oficjalnych danych Urzędu do Spraw Cudzoziemców odnośnie przybywających do Polski obywateli państw Organizacji Współpracy Islamskiej (OIC). Wynika z nich, że przybysze z krajów muzułmańskich stanowią ok. 8-9 proc. ogółu imigrantów, co przekłada się na 27 tys. osób. Tu jednak należy poczynić istotne zastrzeżenie: mówimy jedynie o pobycie legalnym, do którego należy doliczyć jeszcze nieznaną bliżej liczbę migrantów przebywających nielegalnie. Z nieoficjalnych rozmów z pracownikami Straży Granicznej wynika, że faktycznie na terenie Polski muzułmańskich migrantów może przebywać nawet dwukrotnie więcej. Powody przyjazdu do Polski są różne – praca (głównie Bangladesz, Uzbekistan, Pakistan, Turcja), studia (gł. Arabia Saudyjska i Kazachstan) oraz związek z obywatelem(-ką) Polski (tu występuje szczególnie wysoki odsetek osób z Nigerii oraz Egiptu).

Na pozór nie wygląda to niepokojąco. Warto jednak zwrócić uwagę, że utarło się sądzić, iż najliczniejszą społecznością muzułmańską w Polsce są „nasi”, zasymilowani Tatarzy – tymczasem tak nie jest. Spis powszechny z 2011 odnotował 1916 Tatarów - wynika z tego, że Tatarzy są „mniejszością w mniejszości”, zaś gros muzułmanów w Polsce to imigranci. Druga rzecz, o wiele ważniejsza, to dynamika – otóż w badanym przedziale czasowym (raptem 5 lat) liczba migrantów z państw OIC wzrosła czterokrotnie, co spowodowane jest m.in. rosnącym zapotrzebowaniem na pracowników.

I tu zaczyna się najciekawsze. Autor raportu pokusił się bowiem o zarysowanie przyszłości, biorąc pod uwagę z jednej strony dynamikę obecnego trendu migracyjnego, z drugiej zaś – porównując sytuację Polski z krajami Zachodniej Europy, które nie miały kolonii w krajach muzułmańskich (Belgia, Dania, Austria, Norwegia, Szwecja). Z analizy wynika, że Polska obecnie jest na podobnym etapie, jak powyższe kraje 40-50 lat temu – a więc w latach -60, -70 XX w. Przy założeniu, że muzułmańskich migrantów będzie przybywać w dotychczasowym tempie, to za 40 lat będzie ich w Polsce ponad 900 tys. - czyli (biorąc pod uwagę tendencje demograficzne wśród Polaków) stanowić będą ok. 2,5 proc. mieszkańców. Jeśli natomiast dodamy „ciemną liczbę” migrantów nielegalnych, to zakładając utrzymanie się obecnego tempa „przyrostu” możemy mówić nawet o ok. 5 proc. populacji. Zważywszy, że społeczności muzułmańskie mają predylekcję do tworzenia zwartych społeczności w dużych miastach, tworzy to zagrożenie występowania licznych napięć społecznych.

Analizę uprawdopodabnia fakt, iż podobną drogę przeszły podane wyżej kraje Europy Zachodniej – kilkadziesiąt lat temu muzułmanie stanowili w nich podobnie nieistotny odsetek, jak dziś w Polsce. Obecnie w Belgii stanowią już 5,5 proc. populacji, w Austrii – 4 proc, Danii – 3,5 proc, Norwegii – 2 proc. Przypominam – nie chodzi tu o państwa z kolonialną przeszłością w krajach arabskich, lecz o takie, które kolonii albo nie miały w ogóle, albo np. w tzw. „czarnej” Afryce (Belgia).

No i wreszcie wątek czysto gospodarczy. Pozwolę sobie przytoczyć w całości jeden z wniosków końcowych, bo jest na tyle dobitny, że nie wymaga komentarza: „W sferze gospodarki należy zweryfikować myślenie o zwiększaniu PKB poprzez zwiększanie imigracji. Należałoby przeprowadzić analizę, w jakim stopniu migranci (i osoby z tzw. tłem imigranckim) z krajów OIC w państwach zachodnich wpływają na tamtejszy PKB. Po drugie należy zauważyć, że sprowadzanie taniej siły roboczej - a taki głównie ma charakter obecna imigracja - nie przyczynia się do zmiany struktury produkcji w Polsce i cementuje niekorzystny układ o relatywnie niskim PKB per capita. Biorąc pod uwagę PKB per capita krajów zachodnich, Polska, nadrabiając zapóźnienie gospodarcze, mogłaby zwiększyć swoje globalne PKB zwiększając PKB per capita nawet czterokrotnie, co kompensowałoby z nawiązką spadek populacji kraju. Tak więc imigracja może być tymczasowym czynnikiem rozwoju gospodarczego Polski, ale nie długoterminowym”.

Jest o czym myśleć, nieprawdaż?

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Imigranci nie zarobią na nasze emerytury


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 47 (30.11-06.12.2018)

poniedziałek, 26 listopada 2018

Światowy pakt migracyjny – jak nie „prawem”, to „lewem”?

Może się okazać, że mimo wycofania się z paktu migracyjnego, rząd i tak będzie wprowadzał w życie jego postanowienia tylnymi drzwiami.

I. Zwycięstwo rozsądku

Uff, rozsądek zwyciężył. Polska nie podpisze Światowego Paktu w sprawie Migracji (własc. Globalnego Porozumienia na rzecz Bezpiecznej, Uporządkowanej i Legalnej Migracji - Global Compact for Safe, Orderly and Regular Migration). Jak czytamy w oficjalnym oświadczeniu: „Rząd zdecydował, że Polska nie poprze Globalnego Porozumienia na rzecz bezpiecznej, uporządkowanej i legalnej migracji, zarówno podczas międzynarodowej konferencji w sprawie przyjęcia tego dokumentu zaplanowanej w Marrakeszu w dniach 10-11 grudnia 2018 r., jak i w trakcie późniejszego głosowania podczas Zgromadzenia Ogólnego Organizacji Narodów Zjednoczonych”. Warto dodać, że nie jesteśmy tu osamotnieni. ONZ-owskiego dokumentu nie podpiszą również USA, Węgry, Czechy, Bułgaria, Austria, Australia, Estonia, poważne wątpliwości ma także m.in. Dania – tak więc finalnie może się okazać, że sygnatariuszy paktu będzie jeszcze mniej. Nawet w Niemczech, mimo proimigracyjnej linii Angeli Merkel namawiającej do przyjęcia porozumienia, budzi ono sprzeciw zarówno wśród polityków CDU, jak i koalicyjnej CSU.

Nic dziwnego, że światowa umowa migracyjna wzbudza takie kontrowersje, gdyż dokument ten jest potencjalnie bardzo niebezpieczny – i to na wielu płaszczyznach. Po pierwsze, przyjmuje on ideologiczne założenie, że masowe migracje są czymś zasadniczo korzystnym, tak więc jedyne co należy robić, to zadbać, by przebiegały w sposób „uporządkowany”. W pkt. 8 Paktu pada wręcz expressis verbis stwierdzenie, że migracja jest „źródłem dobrobytu, innowacji i zrównoważonego rozwoju w naszym zglobalizowanym świecie” i w związku z tym te „pozytywne skutki mogą zostać zoptymalizowane poprzez poprawienie zarządzania migracją”. W dalszej części dokumentu mamy m.in. postulaty, by promować w publicznej dyskusji pozytywne postrzeganie procesów migracyjnych – co jest jedynie lekko zakamuflowanym wezwaniem do urabiania społeczeństw w jedynie słusznym, polit-poprawnym duchu i niebezpiecznie ociera się o inżynierię społeczną. Zresztą, przerabialiśmy to już podczas szczytu kryzysu migracyjnego w 2015 r., kiedy to dominujące media i organizacje pozarządowe jednogłośnie stały się tubą proimigracyjnej propagandy. Z kolei, poprzez położenie głównego nacisku na prawa imigrantów oraz chociażby zaostrzenie warunków deportacji czy objęcie przybyszy pełnią zabezpieczeń socjalnych, Pakt ewidentnie idzie w stronę stopniowej „legalizacji” migracji pod każdą jej postacią.

Równie groźna jest formuła w jakiej postanowiono przyjąć pakt migracyjny. Pozornie jest on „niewiążący prawnie” i stanowi jedynie coś w rodzaju deklaracji dobrej woli sygnatariuszy. W rzeczywistości jest to jednak sprytnie zastawiona pułapka. Gdyby bowiem porozumienie miało stanowić pełnoprawną umowę międzynarodową, to wymagałoby ratyfikacji przez odpowiednie organy poszczególnych państw – to zaś wiązałoby się z publiczną debatą, często bardzo gorącą. Natomiast formuła dokumentu „niewiążącego” pozwala ominąć ten kłopot – wystarczą podpisy przedstawicieli rządów. W ten sposób osiąga się efekt gotowanej żaby – bo mimo wszystko jest to jednak oświadczenie państw, że zamierzają kształtować swoją politykę w duchu wyrażonym w sygnowanym przez siebie porozumieniu. To natomiast stwarza pole do różnorakich nacisków – zarówno ze strony oenzetowskich agend, jak i np. organizacji pozarządowych zajmujących się „zawodowo” sprowadzaniem migrantów i działalnością na rzecz „multikulturalizmu”. Tak powstaje tzw. „miękkie prawo”, coś w rodzaju „zwyczaju międzynarodowego” - często równie skutecznego, jak twarde zapisy traktatowe. Warto w tym miejscu przypomnieć „Deklarację z Teresina” z 2009 r., będącą zwieńczeniem konferencji „Mienie ery Holokaustu”, w której umieszczono „zalecenia” dotyczące zwrotu pożydowskiego mienia. Dokument ten, podpisany w imieniu Polski przez Władysława Bartoszewskiego, również był „niewiążący” - tak się jednak składa, że właśnie na tę deklarację powołuje się słynna amerykańska „Ustawa 447”. Dobrze obrazuje to mechanizm budowania nacisków i przekuwania w obowiązujące prawo rzekomo „niewiążących prawnie” oświadczeń.


II. Polska polityka migracyjna

Dlatego dobrze się stało, że Polska w ostatniej chwili wymiksowała się z tego ambarasu – to jednak nie kończy sprawy i wątpliwości wokół naszej polityki migracyjnej. Trzeba pamiętać, że pierwotnie polskie MSZ podpisało się pod tzw. Deklaracją z Marrakeszu (sygnowaną przez Polskę na euro-afrykańskiej konferencji 2 maja 2018 r.), która stanowiła swoistą przygrywkę do ONZ-owskiego paktu ws. migracji - i co więcej, trzymało ten fakt w tajemnicy. Dopiero gdy sprawa się wydała, presja opinii publicznej zmusiła rząd Mateusza Morawieckiego do ostatecznego wycofania się z proimigracyjnych założeń dokumentu. Swoją rolę odegrał tu niewątpliwie szef MSWiA, Joachim Brudziński, podnosząc zagrożenia z jakimi wiąże się przyjęcie paktu. Osobiście nie mam jednak wątpliwości, że w innych okolicznościach umowa zostałaby „klepnięta” i to z pełnym błogosławieństwem premiera Morawieckiego. A stałoby się tak dlatego, że ogólne przesłanie paktu migracyjnego jest idealnie zgodne z dotychczasową polityką rządu.

Kwestia migracji została wpisana chociażby do Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju (tzw. Plan Morawieckiego) – i znajdziemy tam zapisy utrzymane w podobnym duchu, co postulaty ONZ. Mowa jest o konieczności sprowadzania migrantów, korzyściach jakie z tego płyną, „rozwoju instrumentów integracyjnych”, a nawet „działaniach informacyjnych” dotyczących „pozytywnej roli cudzoziemców, których celem będzie przeciwdziałanie dyskryminacji, promocja postawy otwartości, przełamywanie stereotypów i uprzedzeń”. Przypomnijmy, że jeszcze niedawno identycznie wypowiadali się przedstawiciele rządu – np. min. Jadwiga Emilewicz w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” („Jesteśmy gotowi, żeby jeszcze bardziej otworzyć granice dla pracowników spoza Polski”) czy min. inwestycji i rozwoju Jerzy Kwieciński („Nasza gospodarka już teraz potrzebuje pracowników spoza Polski, a w przyszłości będzie ich potrzebować coraz więcej”), zapowiadając jednocześnie stworzenie „systemu zachęt” dla obcokrajowców i opracowanie „polityki imigracyjnej” ukierunkowanej docelowo na sprowadzanie migrantów na stałe. I bynajmniej nie dotyczy to jedynie „bliskich kulturowo” Ukraińców, ale także imigrantów z bardziej egzotycznych kierunków, takich jak Indie, Bangladesz czy Filipiny. Wszystko to współgra z żądaniami formułowanymi przez lobby biznesowe, z jednej strony domagające się rąk do pracy, z drugiej zaś straszące „presją płacową” obniżającą konkurencyjność naszej gospodarki.

Szerokim echem odbiła się wypowiedź wiceministra Pawła Chorążego, który na debacie Klubu Jagiellońskiego podważył sensowność repatriacji Polaków z Kazachstanu, podnosząc, że o wiele bardziej opłacalne jest sprowadzanie pracowników z Ukrainy i Azji. Zrobił się szum, a premier Morawiecki błyskawicznie Pawła Chorążego zdymisjonował – tyle, że Chorąży jedynie zreferował założenia rządowej polityki migracyjnej.


III. Wprowadzenie paktu migracyjnego tylnymi drzwiami?

Póki co, sytuacja wygląda tak, że rząd ze względów czysto wizerunkowych wycofuje się wprawdzie ze Światowego Paktu w sprawie Migracji, lecz samej polityki imigracyjnej nie zamierza zmieniać. Co więcej, w wywiadzie dla „Kultury Liberalnej” dyrektor Ośrodka Badań na Migracjami UW Paweł Kaczmarczyk, powołując się na dane OECD stwierdził, iż „Polska stała się największym importerem cudzoziemskiej siły roboczej na świecie. Obecnie sprowadzamy do siebie więcej migrantów ekonomicznych, niż USA – i to nie tylko w relacji do ilości mieszkańców, lecz w liczbach bezwzględnych. Widać to zresztą na co dzień na ulicach polskich miast. Należy więc trzymać rękę na pulsie i nie odpuszczać presji, bo może się okazać, że mimo wycofania się z paktu migracyjnego, rząd i tak będzie wprowadzał w życie jego postanowienia tylnymi drzwiami.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Polska – kraj migracyjny

Dymisja Chorążego

Janusze Biznesu

Chcemy niewolników!


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 47 (23-29.11.2018)

czwartek, 30 sierpnia 2018

Cywilizacjonizm albo śmierć!

Receptą na postępującą kulturową degrengoladę Zachodu jest wg Daniela Pipesa cywilizacjonizm – samoobrona przed niszczącym wpływem muzułmańskiej migracji.

I. Lewactwo zamalowane do kąta

W czasach trwającej obecnie wojny kulturowej, jaką cywilizacji łacińskiej wydało wojujące lewactwo, kolonizując ideologicznie zachodni, liberalny establishment, muszą cieszyć jakiekolwiek objawy otrzeźwienia po „tamtej” stronie. Taką jaskółką jest Daniel Pipes (syn prof. Richarda Pipesa), szef think-tanku „Forum Bliskowschodnie” („The Middle East Forum”), wykładowca Uniwersytetu Chicago, Uniwersytetu Harvarda oraz Wyższej Szkoły Marynarki Wojennej, a do tego były pracownik amerykańskiego Departamentu Stanu i Departamentu Obrony. Wyliczam te wszystkie byłe i obecne funkcje, by pokazać, że nie mamy do czynienia jedynie z synem sławnego ojca, lecz z człowiekiem mocno usytuowanym w strukturach władzy – i choćby z tego powodu wysłuchiwanym, gdy zabiera głos w sprawach publicznych. A mówi rzeczy ciekawe – m.in. wbrew utartemu schematowi głośno podnosi groźbę islamizacji świata Zachodu i niebezpieczeństwa związane z masową migracją muzułmanów do Europy (dla nas rzecz oczywista, lecz w uszach spętanego polityczną poprawnością mainstreamu wciąż brzmi to niczym herezja).

W naturalny sposób takie stanowisko pociąga za sobą krytykę postaw liberalno-lewicowych, ze szczególnym uwzględnieniem samobójczej idei multikulturalizmu. Pipes, co znamienne, wychodzi przy tym w swej analizie nie z pozycji nacjonalistycznych, lecz liberalnych, widząc to, czego uporczywie nie chcą dostrzec owładnięci ojkofobicznym wstrętem do wszystkiego co rodzime, lewicowi utopiści: że wojujący islam stanowi śmiertelne zagrożenie dla fundamentalnych swobód wypracowanych przez świat zachodu. Odkładając chwilowo na bok to, co sądzimy o takich „wartościach” jak rozmaite „rewolucje” kulturowo-obyczajowe, trzeba zauważyć, że religijno-polityczny islam ma na to jedną odpowiedź – śmierć lub nawrócenie na wiarę Mahometa. Tym samym, „postępowy” świat sam zakłada pętlę na własną szyję, posuwając się do zdrady własnych ideałów – a sfanatyzowani przybysze skrzętnie to wykorzystują.

Symptomatyczny jest tu obrazek sprzed kilku miesięcy ze Szwecji – w Sztokholmie lewacka bojówka Antify protestowała przeciw demonstracji LGBT, która zapuściła się do imigranckiej dzielnicy, gdyż ostentacyjne demonstrowanie homoseksualizmu... godzi w religijne uczucia muzułmanów. Członkowie Antify posunęli się wręcz do oskarżenia demonstrujących homoseksualistów o „faszyzm” i „nazizm”, zaś jedna z uczestniczek kontrmanifestacji stwierdziła: „To jawna manifestacja antymuzułmańska. To co robią geje w swoich łóżkach, to ich prywatna sprawa” - bezwiednie powtarzając tym samym to, co od lat mówią konserwatyści sprzeciwiający się zawłaszczaniu przestrzeni publicznej przez agresywną homopropagandę. W ten oto sposób lewactwo zamalowało się do kąta, dzieląc różne „mniejszości” na słuszne i słuszniejsze. Oczywiście, uczucia religijne chrześcijan wciąż można obrażać skolko ugodno, ale od uczuć przedstawicieli religii po stokroć bardziej opresyjnej, szowinistycznej, nietolerancyjnej i morderczej – wara.


II. Cywilizacjonizm albo śmierć!

Receptą na tego typu paroksyzmy i postępującą kulturową degrengoladę Zachodu jest wg Daniela Pipesa cywilizacjonizm – i warto sobie ten termin zapamiętać. W sferze polityczno-kulturowej oznacza on samoobronę przed niszczącym wpływem muzułmańskiej migracji wraz z takimi egzotycznymi atrakcjami, jak „poligamia, nikaby i burki, okaleczania żeńskich narządów płciowych, zabójstwa honorowe, taharrush (napaści na tle seksualnym), niechęć do Żydów i chrześcijan, sądy szariackie, islamizm i przemoc dżihadystów” - co Pipes skrupulatnie wylicza w jednym ze swych tekstów. Podkreśla przy tym, iż nie jet to żadna „islamofobia”, lecz realne, konkretne problemy, na które elity reagują zaprogramowaną ślepotą (Pipes stosuje tu termin „6 x P: policja, politycy, prasa, pastorowie (księża), profesorowie i prokuratorzy”).

Konsekwencją powyższego jest postulat Pipesa, by nie „izolować” i nie piętnować dochodzących w Europie do głosu ugrupowań „populistycznych”, lecz zacząć traktować je normalnie: jako wyrazicieli uzasadnionych obaw społecznych przed kulturową inwazją obcych, którzy nie dość, że się nie integrują, to wręcz dążą do narzucania swoich porządków. Zresztą, Pipes krytykuje samo słowo „populizm”, jako stygmatyzujące i fałszujące rzeczywistość, podobnie jak przypisywanie partiom z tego nurtu ciągot nacjonalistycznych czy zgoła „nazistowskich”. W istocie zaś, te rzekomo „populistyczne” formacje (takie jak francuski Front Narodowy, Alternatywa dla Niemiec czy austriacka FPÖ), są ruchami cywilizacjonistycznymi. Jak stwierdza w artykule „Izolowanie partii antyimigracyjnych to droga donikąd”: „Wyznają raczej europejski i zachodni światopogląd; można określić je terminem cywilizacyjnych. Po drugie, są defensywne, koncentrują się na ochronie zachodniej cywilizacji, a nie na jej niszczeniu, tak jak to robili komuniści i naziści, lub na jej przedłużaniu, jak długo próbował to robić rząd francuski. Nie dążą do podbojów, ale chcą zachować Europę w Atenach, Florencji i Amsterdamie. Po trzecie, partie te nie mogą być nazwane skrajnie prawicowymi, ponieważ oferują złożoną mieszankę prawicowości (kwestie kulturalne) i lewicowości (kwestie ekonomiczne)” (cyt. za „Euroislam.pl”). Kolejnym pozytywnym aspektem ich funkcjonowania jest stopniowe przejmowanie „populistycznych” postulatów przez dotychczasowy centroprawicowy mainstream, usiłujący w ten sposób walczyć o zachowanie wyborczego zaplecza – w ten sposób następuje przenikanie uważanych dotąd za „skrajne” poglądów do głównego nurtu.

Również w odniesieniu do naszego regionu Pipes przestrzega przed demonizowaniem Victora Orbana i jego Fideszu czy Prawa i Sprawiedliwości. Antyimigracyjną postawę rządów Polski i Węgier uznaje za w pełni racjonalną i uzasadnioną – czemu dał wyraz podczas niedawnej wizyty w Polsce. Owszem, nie podoba mu się „zamach na sądy” i tu postuluje swoisty „monitoring” PiS-u (tu daje o sobie znać typowy, zachodni paternalizm w podejściu do Europy Środkowej), lecz zasadniczo uważa, że nie dzieje się u nas nic strasznego – wbrew wrzaskom zarówno „totalnej opozycji”, jak i jej brukselskich mocodawców.

Generalnie, Daniel Pipes traktuje partie cywilizacjonistyczne jako taktycznych sojuszników w obronie europejskiej tożsamości (w debacie publicznej pojawia się również określenie „partie tożsamościowe”), gdyż „stanowią mniejsze zagrożenie niż islamiści (…) Zapewne są mniej groźne niż partie należące do establishmentu, które zezwoliły na imigrację i ignorują zagrożenia związane z islamistami.


III. Taktyczny sojusz?

Żeby nie było tak słodko, warto jednak wspomnieć coś o motywacjach Pipesa – nie ograniczają się one bowiem do altruistycznej miłości do naszego kręgu kulturowego. Prowadzone przez niego „Forum Bliskowschodnie” w swą działalność wpisane ma „promowanie amerykańskich interesów”, w te zaś nieodmiennie wpisane jest bezwarunkowe poparcie dla Izraela (zresztą, sam Pipes jest z pochodzenia Żydem). Zatem, jego sprzeciw wobec islamizmu ma również podłoże w postaci konfliktu izraelsko-arabskiego oraz troski o bezpieczeństwo europejskich Żydów. W tym kontekście jesteśmy dla niego „dobrzy” o ile pozostajemy sprzymierzeńcami w antyislamistycznej batalii – co rzuca pewne światło na intencje z jakimi przyjechał miesiąc temu do Polski. Najwyraźniej ktoś uznał, że ponawiane co jakiś czas opowieści George'a Friedmana ze „Stratforu” (amerykańskiej, prywatnej wywiadowni), jak to już wkrótce Międzymorze pod polskim kierownictwem zostanie potęgą, wymagają dodatkowego wsparcia na innym odcinku – szczególnie w obliczu niedawnego sporu z Izraelem (i USA) o nowelizację Ustawy o IPN. Polityka jednak ma to do siebie, że nie kieruje się sentymentami, lecz chłodną kalkulacją – podobnie jak Pipes traktuje „cywilizacjonizm” użytkowo, tak my możemy potraktować taktycznie jego poglądy i wpływy w USA jako formę korzystnego wsparcia – bo tu akurat nasze interesy się zazębiają.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 34 (24-30.08.2018)

wtorek, 26 lipca 2011

Rzeź w cieplarni


„Najmocniejszym powodem, by utrzymać prawo do posiadania i noszenia broni przez ludzi jest to, że stanowi ono dla nich ostateczny środek do obrony przed tyranią rządu" (Thomas Jefferson).



I. Głupi jak Belg...


Przyznam się, ze nieco zmroziły mnie podnoszące się po norweskiej rzezi głosy, by jeszcze bardziej ograniczyć dostęp do broni obywatelom krajów Europy. Z pomysłem, który mógł się wykluć jedynie w mózgownicy skończonego poprawniaka wyskoczył minister spraw zagranicznych Belgii Steven Vanackere wzywając do ujednolicenia i zaostrzenia przepisów regulujących dostęp do broni w Europie. Jak mniemam, przez „Europę”, pan Vanackere rozumie Unię Europejską do której wprawdzie Norwegia nie należy, ale może wiedza o tym nie jest niezbędna by zostać belgijskim ministrem spraw zagranicznych.


No tak. Można się było tego spodziewać – każdy pretekst jest dobry, by wziąć euro-ludków jeszcze bardziej za twarz, ubezwłasnowolnić, poddać bardziej wnikliwemu nadzorowi... Nie wątpię, że pomysł pana Belga spotka się z życzliwym przyjęciem wśród euro-czynowników, którzy zapewne już teraz doznają intelektualnych spazmów rozkoszy na myśl o kolejnej dyrektywie ujednolicającej, unifikującej, standaryzującej... i oczywiście uszami duszy słyszą już błogi szelest strumyka euro-rubelków, które popłyną, by ową dyrektywę wdrożyć i nadzorować jej realizację – a do tego potrzeba wszak urzędniczych stanowisk, stanowisk i jeszcze raz stanowisk – we wszystkich krajach zjednoczonej Europy.


Jest to oczywiście kolejny przykład postępackiej euro-sklerozy, która na wszelkie problemy ma tylko jedno rozwiązanie: jeszcze więcej tego samego! Więcej kontroli (wszak już Stalin mawiał, że „kontrola jest najwyższą formą zaufania”), więcej regulacji, więcej urzędniczej opieki nad społeczeństwem, niczym nad bezrozumnym bydełkiem, które bez troskliwej kurateli niewątpliwie zrobi sobie krzywdę. Wszystko rzecz jasna w duchu pacyfistycznego Postępu.


II. Posiadanie broni w Norwegii.


A mnie poraża uporczywe niedostrzeganie jednej, podstawowej rzeczy: otóż społeczeństwa europejskie są już i tak spacyfikowane do stopnia, który czyni je kompletnie bezbronnymi wobec byle nawiedzonego fanatyka, któremu strzeli do łba wywijać gnatem, by w ten sposób spopularyzować 1500 stron swoich złotych myśli.


Tak się bowiem składa, że do masakry na norweskiej wyspie doszło w nieco ponad rok po wejściu w tym kraju przepisów wypisz wymaluj w duchu propozycji pana Vanackere: otóż od 01 lipca 2010 roku Norwegowie zostali zobowiązani do przetrzymywania wszystkich sztuk broni palnej w zamkniętych skrytkach ze specjalnym atestem. W tym niespełna pięciomilionowym kraju (4,8 mln) zarejestrowanych jest 1,5 miliona sztuk broni należącej do prawie 500 tysięcy ludzi. Czyli, statystycznie, co dziesiąty obywatel – od niemowlęcia do starca jest posiadaczem 3 sztuk broni palnej. Jeśli zawęzić statystykę do osób w wieku produkcyjnym (25% - 1.200 tys.) i emerytów (13% - 624 tys.) - a więc pełnoletnich, wychodzi 1,2 sztuk broni na każdego dorosłego. Ale ponieważ, jak wspomniałem, broń (legalna) jest w posiadaniu ok. pół miliona osób, to wychodzi, że co trzeci - czwarty dorosły Norweg ma w domu trzy „klamki”.


I temu, całkiem nieźle uzbrojonemu społeczeństwu kazano tę broń pochować do atestowanych skrytek, czyniąc ją w praktyce bezużyteczną w przypadku nagłego zagrożenia życia i mienia.


III. W kotle z Breivikiem.


Efekty tego zbrodniczego obostrzenia (z którego belgijski pan minister Vanackere byłby zapewne dumny) mogliśmy zaobserwować podczas masakry na wyspie Utoya. Jak na ironię, jej ofiarami padli członkowie młodzieżówki lewicowej Partii Pracy, która te – powtórzę - zbrodnicze przepisy wprowadziła.


Owszem, mam świadomość, że nie każdy paraduje z pistoletem za pazuchą, a wśród postępowej Partii Pracy taki odsetek ze względu na mentalny terror politycznej poprawności byłby pewnie szczególnie niski. Wystarczy jednak, by na wyspie znalazło się kilka osób z bronią, by położyć napastnika trupem i znacząco zmniejszyć liczbę ofiar. Nie paradowałby w poczuciu nietykalności wśród leżących ciał, dobijając rannych.


Czy przed wprowadzeniem „skrytek” dochodziło w Norwegii do zamachów, drastycznej liczby wypadków z bronią, czy przestępstw z użyciem zarejestrowanej, legalnej broni palnej? Wątpię. Partia Pracy ze swym przewodniczącym, premierem Jensem Stoltenbergiem w postępowej obsesji „troski o bezpieczeństwo” (bo wszak „urzędnik wie lepiej”) rozbroiła obywateli, wydając ich na pastwę przestępców lub maniaków pokroju Andersa Behringa Breivika, którzy nie przejmują się „atestowanymi skrytkami”, a przy odrobinie determinacji broń też sobie załatwią.


Mam nadzieję, że premier Stoltenberg, nie wyjrzy z piekła do końca świata, gotując się we wspólnym kotle z Breivikiem, któremu wystawił na strzał bezbronną młodzież na Utoyi. Będą mieli wiele czasu, na długie dysputy o skomplikowanych kwestiach publicznego bezpieczeństwa.


IV. Bomba pod cieplarnią.


Na zakończenie jeszcze kilka danych dotyczących populacji Norwegii. Otóż, wedle ostatniego spisu z 2008 roku, imigranci oraz ich potomstwo stanowią 9,7 procenta obywateli, zaś ich liczba (na 4,8 mln) wynosi 460,000 osób pochodzących z ponad 200 krajów. To bardzo dużo, zważywszy że znaczną część tych imigrantów stanowią kompletnie obcy kulturowo i nie integrujący się przybysze z krajów muzułmańskich z typową dla siebie wysoką dzietnością. W stolicy Norwegii – Oslo, imigranci stanowią już ¼ ogólnej liczby mieszkańców.


Tak wysoki odsetek „obcych” jest naturalnym zarzewiem społecznych napięć i konfliktów, których nie da się rozbroić polit-poprawną tresurą w duchu multi-kulti, serwowaną w skandynawskich „państwach cieplarnianych” już od przedszkola. Nie da się na dłuższą metę odwracać głowy od problemów, cenzurując publiczna debatę czy np. zabraniając ujmowania w policyjnych statystykach odsetka przestępstw dokonywanych przez ludność napływową. Mentalny terror postępackiej społecznej inżynierii wprawdzie dość skutecznie knebluje większość, ale jednocześnie powoduje wzrost tłumionej frustracji i poczucia zagrożenia ze strony przybyszów, mających w pogardzie postępowo-liberalne psudowartości. A stąd już tylko krok, by co bardziej zdeterminowane, bądź zaburzone jednostki pokroju Breivika sięgnęły po broń lub bomby.


Prawdziwa bomba jednak tyka gdzie indziej. Jest nią przymuszanie społeczeństw do akceptacji obłędnej ideologii tolerancjonizmu, mającej na celu wyhodowanie (który to już raz) Nowego Człowieka, przykrojonego do potrzeb ideologów Antycywilizacji Postępu. Ten obecny w całej zachodniej Europie przymus z jednej strony rozzuchwalający imigracyjną mniejszość, z drugiej strony zaś zmuszający większość do znoszenia obcych kulturowo porządków wdzierających się do społecznej tkanki, powoduje dysonans będący naturalną pożywką dla ekstremizmów. Tak, tak – Breivik, to wasze dziecko, panie i panowie architekci Nowego Wspaniałego Świata.


Gadający Grzyb