Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ONZ. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ONZ. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 listopada 2018

Światowy pakt migracyjny – jak nie „prawem”, to „lewem”?

Może się okazać, że mimo wycofania się z paktu migracyjnego, rząd i tak będzie wprowadzał w życie jego postanowienia tylnymi drzwiami.

I. Zwycięstwo rozsądku

Uff, rozsądek zwyciężył. Polska nie podpisze Światowego Paktu w sprawie Migracji (własc. Globalnego Porozumienia na rzecz Bezpiecznej, Uporządkowanej i Legalnej Migracji - Global Compact for Safe, Orderly and Regular Migration). Jak czytamy w oficjalnym oświadczeniu: „Rząd zdecydował, że Polska nie poprze Globalnego Porozumienia na rzecz bezpiecznej, uporządkowanej i legalnej migracji, zarówno podczas międzynarodowej konferencji w sprawie przyjęcia tego dokumentu zaplanowanej w Marrakeszu w dniach 10-11 grudnia 2018 r., jak i w trakcie późniejszego głosowania podczas Zgromadzenia Ogólnego Organizacji Narodów Zjednoczonych”. Warto dodać, że nie jesteśmy tu osamotnieni. ONZ-owskiego dokumentu nie podpiszą również USA, Węgry, Czechy, Bułgaria, Austria, Australia, Estonia, poważne wątpliwości ma także m.in. Dania – tak więc finalnie może się okazać, że sygnatariuszy paktu będzie jeszcze mniej. Nawet w Niemczech, mimo proimigracyjnej linii Angeli Merkel namawiającej do przyjęcia porozumienia, budzi ono sprzeciw zarówno wśród polityków CDU, jak i koalicyjnej CSU.

Nic dziwnego, że światowa umowa migracyjna wzbudza takie kontrowersje, gdyż dokument ten jest potencjalnie bardzo niebezpieczny – i to na wielu płaszczyznach. Po pierwsze, przyjmuje on ideologiczne założenie, że masowe migracje są czymś zasadniczo korzystnym, tak więc jedyne co należy robić, to zadbać, by przebiegały w sposób „uporządkowany”. W pkt. 8 Paktu pada wręcz expressis verbis stwierdzenie, że migracja jest „źródłem dobrobytu, innowacji i zrównoważonego rozwoju w naszym zglobalizowanym świecie” i w związku z tym te „pozytywne skutki mogą zostać zoptymalizowane poprzez poprawienie zarządzania migracją”. W dalszej części dokumentu mamy m.in. postulaty, by promować w publicznej dyskusji pozytywne postrzeganie procesów migracyjnych – co jest jedynie lekko zakamuflowanym wezwaniem do urabiania społeczeństw w jedynie słusznym, polit-poprawnym duchu i niebezpiecznie ociera się o inżynierię społeczną. Zresztą, przerabialiśmy to już podczas szczytu kryzysu migracyjnego w 2015 r., kiedy to dominujące media i organizacje pozarządowe jednogłośnie stały się tubą proimigracyjnej propagandy. Z kolei, poprzez położenie głównego nacisku na prawa imigrantów oraz chociażby zaostrzenie warunków deportacji czy objęcie przybyszy pełnią zabezpieczeń socjalnych, Pakt ewidentnie idzie w stronę stopniowej „legalizacji” migracji pod każdą jej postacią.

Równie groźna jest formuła w jakiej postanowiono przyjąć pakt migracyjny. Pozornie jest on „niewiążący prawnie” i stanowi jedynie coś w rodzaju deklaracji dobrej woli sygnatariuszy. W rzeczywistości jest to jednak sprytnie zastawiona pułapka. Gdyby bowiem porozumienie miało stanowić pełnoprawną umowę międzynarodową, to wymagałoby ratyfikacji przez odpowiednie organy poszczególnych państw – to zaś wiązałoby się z publiczną debatą, często bardzo gorącą. Natomiast formuła dokumentu „niewiążącego” pozwala ominąć ten kłopot – wystarczą podpisy przedstawicieli rządów. W ten sposób osiąga się efekt gotowanej żaby – bo mimo wszystko jest to jednak oświadczenie państw, że zamierzają kształtować swoją politykę w duchu wyrażonym w sygnowanym przez siebie porozumieniu. To natomiast stwarza pole do różnorakich nacisków – zarówno ze strony oenzetowskich agend, jak i np. organizacji pozarządowych zajmujących się „zawodowo” sprowadzaniem migrantów i działalnością na rzecz „multikulturalizmu”. Tak powstaje tzw. „miękkie prawo”, coś w rodzaju „zwyczaju międzynarodowego” - często równie skutecznego, jak twarde zapisy traktatowe. Warto w tym miejscu przypomnieć „Deklarację z Teresina” z 2009 r., będącą zwieńczeniem konferencji „Mienie ery Holokaustu”, w której umieszczono „zalecenia” dotyczące zwrotu pożydowskiego mienia. Dokument ten, podpisany w imieniu Polski przez Władysława Bartoszewskiego, również był „niewiążący” - tak się jednak składa, że właśnie na tę deklarację powołuje się słynna amerykańska „Ustawa 447”. Dobrze obrazuje to mechanizm budowania nacisków i przekuwania w obowiązujące prawo rzekomo „niewiążących prawnie” oświadczeń.


II. Polska polityka migracyjna

Dlatego dobrze się stało, że Polska w ostatniej chwili wymiksowała się z tego ambarasu – to jednak nie kończy sprawy i wątpliwości wokół naszej polityki migracyjnej. Trzeba pamiętać, że pierwotnie polskie MSZ podpisało się pod tzw. Deklaracją z Marrakeszu (sygnowaną przez Polskę na euro-afrykańskiej konferencji 2 maja 2018 r.), która stanowiła swoistą przygrywkę do ONZ-owskiego paktu ws. migracji - i co więcej, trzymało ten fakt w tajemnicy. Dopiero gdy sprawa się wydała, presja opinii publicznej zmusiła rząd Mateusza Morawieckiego do ostatecznego wycofania się z proimigracyjnych założeń dokumentu. Swoją rolę odegrał tu niewątpliwie szef MSWiA, Joachim Brudziński, podnosząc zagrożenia z jakimi wiąże się przyjęcie paktu. Osobiście nie mam jednak wątpliwości, że w innych okolicznościach umowa zostałaby „klepnięta” i to z pełnym błogosławieństwem premiera Morawieckiego. A stałoby się tak dlatego, że ogólne przesłanie paktu migracyjnego jest idealnie zgodne z dotychczasową polityką rządu.

Kwestia migracji została wpisana chociażby do Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju (tzw. Plan Morawieckiego) – i znajdziemy tam zapisy utrzymane w podobnym duchu, co postulaty ONZ. Mowa jest o konieczności sprowadzania migrantów, korzyściach jakie z tego płyną, „rozwoju instrumentów integracyjnych”, a nawet „działaniach informacyjnych” dotyczących „pozytywnej roli cudzoziemców, których celem będzie przeciwdziałanie dyskryminacji, promocja postawy otwartości, przełamywanie stereotypów i uprzedzeń”. Przypomnijmy, że jeszcze niedawno identycznie wypowiadali się przedstawiciele rządu – np. min. Jadwiga Emilewicz w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” („Jesteśmy gotowi, żeby jeszcze bardziej otworzyć granice dla pracowników spoza Polski”) czy min. inwestycji i rozwoju Jerzy Kwieciński („Nasza gospodarka już teraz potrzebuje pracowników spoza Polski, a w przyszłości będzie ich potrzebować coraz więcej”), zapowiadając jednocześnie stworzenie „systemu zachęt” dla obcokrajowców i opracowanie „polityki imigracyjnej” ukierunkowanej docelowo na sprowadzanie migrantów na stałe. I bynajmniej nie dotyczy to jedynie „bliskich kulturowo” Ukraińców, ale także imigrantów z bardziej egzotycznych kierunków, takich jak Indie, Bangladesz czy Filipiny. Wszystko to współgra z żądaniami formułowanymi przez lobby biznesowe, z jednej strony domagające się rąk do pracy, z drugiej zaś straszące „presją płacową” obniżającą konkurencyjność naszej gospodarki.

Szerokim echem odbiła się wypowiedź wiceministra Pawła Chorążego, który na debacie Klubu Jagiellońskiego podważył sensowność repatriacji Polaków z Kazachstanu, podnosząc, że o wiele bardziej opłacalne jest sprowadzanie pracowników z Ukrainy i Azji. Zrobił się szum, a premier Morawiecki błyskawicznie Pawła Chorążego zdymisjonował – tyle, że Chorąży jedynie zreferował założenia rządowej polityki migracyjnej.


III. Wprowadzenie paktu migracyjnego tylnymi drzwiami?

Póki co, sytuacja wygląda tak, że rząd ze względów czysto wizerunkowych wycofuje się wprawdzie ze Światowego Paktu w sprawie Migracji, lecz samej polityki imigracyjnej nie zamierza zmieniać. Co więcej, w wywiadzie dla „Kultury Liberalnej” dyrektor Ośrodka Badań na Migracjami UW Paweł Kaczmarczyk, powołując się na dane OECD stwierdził, iż „Polska stała się największym importerem cudzoziemskiej siły roboczej na świecie. Obecnie sprowadzamy do siebie więcej migrantów ekonomicznych, niż USA – i to nie tylko w relacji do ilości mieszkańców, lecz w liczbach bezwzględnych. Widać to zresztą na co dzień na ulicach polskich miast. Należy więc trzymać rękę na pulsie i nie odpuszczać presji, bo może się okazać, że mimo wycofania się z paktu migracyjnego, rząd i tak będzie wprowadzał w życie jego postanowienia tylnymi drzwiami.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Polska – kraj migracyjny

Dymisja Chorążego

Janusze Biznesu

Chcemy niewolników!


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 47 (23-29.11.2018)

piątek, 15 września 2017

Reparacje – polska broń atomowa

Prawo jest po naszej stronie. Nie zawahajmy się go użyć – bo w końcu, jak nie teraz, to kiedy?



I. Papierowy „Tygrys” Bundestagu
Nie ma co – na wieść o samej możliwości zgłoszenia przez Polskę roszczeń odszkodowawczych za II wojnę światową Niemcom powiało po tyłku nieprzyjemnym chłodem. Przecież nie tak miało być – obszar Europy Środkowej stanowić miał jako Mitteleuropa gospodarczo-polityczne zaplecze dla niemieckiej hegemonii na kontynencie, Polska zaś w tym układzie winna pozostawać swoistą „perłą w koronie” - niczym Indie u szczytu kolonialnej potęgi Wielkiej Brytanii. Tymczasem ewentualny sukces Polski przed np. „sądem państw” (czyli ONZ-owskim Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości w Hadze), wywracałby ten układ do góry nogami – to Niemcy spętane liczoną w setkach miliardów (może nawet w bilionach) euro kontrybucją, stałyby się de facto naszym lennikiem. Słowem, sytuacja z berlińskiego punktu widzenia nie do odwrócenia bez uciekania się do wojny, co oznaczałoby z kolei niemieckie zbrojenia na miarę Hitlera – to zaś w obecnych warunkach nie byłoby możliwe, no chyba, że znów znaleźliby się hojni sponsorzy z wiadomych kręgów, niczym finansowi opiekunowie wujka Adolfa z lat trzydziestych XX wieku. Póki co jednak, taki scenariusz jest mało realny, czemu przy okazji „zagrożenia praworządności” dał wyraz niemiecki eurodeputowany Elmar Brok melancholijnie stwierdzając: „przecież nie możemy wjechać czołgami do Polski”.
Wobec powyższego, Niemcy postanowiły wystawić na wszelki wypadek papierowego „Tygrysa” – w miejsce historycznego imiennika chrzęszczącego gąsienicami i straszącego lufą kaliber 88 mm. Mowa o analizie wysmażonej w ekspresowym tempie przez Służbę Naukową Bundestagu na zlecenie wiceprzewodniczącego Bundestagu Johannesa Singhammera. Warto tu zwrócić uwagę na pewną dysproporcję. Przypomnę, że u nas o podobną ocenę zwrócił się do Biura Analiz Sejmowych szeregowy poseł Arkadiusz Mularczyk i kwestia ponoć okazała się „zbyt skomplikowana”, by rozwikłać ją do tej pory. A Niemcy? Reaguje druga osoba w parlamencie - zamawiasz i masz, w ciągu kilku dni, od ręki. (przypis – ze względu na cykl wydawniczy tygodnika artykuł powstawał jeszcze przed publikacją opinii Biura Analiz Sejmowych, która ukazała się 11 września 2017 r. - GG).
Jak można się było spodziewać, dokument Bundestagu jednoznacznie oddala polskie hipotetyczne roszczenia (piszę „hipotetyczne”, bo wszak są one u nas wciąż przedmiotem publicznych dywagacji, nie zaś konkretnych posunięć prawno-dyplomatycznych) – czemu ochoczo przyklasnęła rodzima V kolumna złożona z medialnych, politycznych tudzież naukowych folksdojczów i jurgieltników. Wszystko na zasadzie: skoro Berlin przemówił, to sprawa jest rozstrzygnięta - Berlin locuta, causa finita. Czyżby?

II. Polska nie zrzekła się reparacji!
Zrelacjonujmy pokrótce stanowisko Berlina. Otóż po pierwsze, odnosząc się do słynnej deklaracji rządu PRL z 1953 r. o zrzeczeniu się roszczeń wobec NRD, dowiadujemy się, iż Polska Rzeczpospolita Ludowa była państwem „suwerennym”, zaś jej decyzje są „wiążące”. Rymuje się to z wcześniejszą wypowiedzią zastępczyni rzecznika niemieckiego rządu Ulrike Demmer z 2 sierpnia 2017, kiedy to stwierdziła, że rezygnacja z roszczeń dotyczyła „całych Niemiec”. Kolejna rzecz, to potwierdzenia deklaracji z 1953 r., jakie padły ze strony Polski w 1970 i 2004 r. oraz brak podejmowania kwestii reparacji na przestrzeni minionych dziesięcioleci, co świadczyć ma o „rezygnacji” Polski z odszkodowań. Mamy również stwierdzenie o przedawnieniu polskich roszczeń. Argumentem koronnym natomiast ma być „Traktat 2+4” z 1990 r. umożliwiający zjednoczenie Niemiec i ponoć ostatecznie zamykający etap II wojny światowej. Innymi słowy, Niemcy Zachodnie dokonując za zgodą USA, ZSRR, Wielkiej Brytanii i Francji anschlussu NRD, „odziedziczyły” w spadku po niej dobrodziejstwo braku konieczności wypłacania odszkodowań Polsce.
Na pozór brzmi to logicznie i wiarygodnie. Tyle, że to g... prawda. Nic nie jest rozstrzygnięte, zaś analiza organu Bundestagu świadczy jedynie o braku realnych argumentów. Wszystkie powyższe elukubracje mają na celu jedynie rozmydlenie sedna sprawy.
Zacznijmy od deklaracji z dn. 23 sierpnia 1953 r. Faktycznie, rząd PRL zrzekał się w niej dalszych odszkodowań. Uprzednio pobieraliśmy je za pośrednictwem ZSRR na podstawie „Umowy o wynagrodzeniu szkód” z 16 sierpnia 1945 r. - za co „w podzięce” płaciliśmy ZSRR haracz m.in. w postaci obowiązkowych dostaw węgla zarzynających naszą powojenną gospodarkę. Jednak 22 sierpnia 1953 r. ZSRR i NRD zawarły układ w którym ZSRR rezygnował z pobierania reparacji – a dzień później, w niedzielny wieczór, Bierut zwołał nadzwyczajne posiedzenie władz owocujące wspomnianym oświadczeniem. Teoretycznie wszystko jest jasne - zrzekliśmy się rekompensat, sprawa zamknięta.
Problem w tym, że w świetle ówczesnej konstytucji ani rząd, ani Rada Państwa nie miały prawa wydać takiej deklaracji. Artykuł 25 p.7 głosił jedynie, iż Rada Państwa (forma kolegialnej „prezydentury”) „ratyfikuje i wypowiada umowy międzynarodowe” - w całej PRL-owskiej konstytucji nie ma ani słowa o jednostronnych deklaracjach zaciągających (czy to przez „rząd”, czy to przez „Radę Państwa”) na Polskę zobowiązania międzynarodowe, w rodzaju oświadczenia z 23 sierpnia 1953 r. Wspomniana deklaracja zatem była rażącym deliktem konstytucyjnym i jako taka jest od początku nieważna - nie niesie za sobą żadnych skutków prawnych, nawet w „porządku prawnym” PRL! Jest to sytuacja podobna jak z dekretem o stanie wojennym, kiedy to Rada Państwa również przekroczyła swoje konstytucyjne prerogatywy – bo nie miała prawa wydawać dekretów z mocą ustawy podczas trwającej sesji Sejmu. Co za tym idzie, wszelkie późniejsze „potwierdzenia” na jakie powołuje się Służba Naukowa Bundestagu (wiceministra spraw zagranicznych Józefa Winiewicza podczas negocjacji układu PRL-RFN z 1970 r. oraz rządu III RP z 2004 r.) również nie mają żadnej mocy prawnej. Czyli - na gruncie prawa międzynarodowego do niczego się nie zobowiązaliśmy.
Więcej – rząd PRL zaniechał wysłania oficjalnej noty do rządu NRD w powyższej sprawie, co odkrył podczas kwerendy po rządowych archiwach powołany przez prezydenta Warszawy śp. Lecha Kaczyńskiego zespół przygotowujący drugą część raportu o stratach wojennych Warszawy (dziwnym trafem, owa druga część, skupiająca się na zagadnieniach prawnych związanych z odszkodowaniami, jest nie do znalezienia w internecie). A zatem, rzekome zrzeczenie się przez Polskę reparacji nie ma żadnego odzwierciedlenia w układach bilateralnych. Inaczej mówiąc, to wszystko było „na gębę”. Z kolei Grzegorz Kostrzewa-Zorbas w 2014 r. odkrył, iż deklaracja władz PRL z 23 sierpnia 1953 r. nie została zarejestrowana w Sekretariacie ONZ. I tu już Niemcom robi się konkretnie mokro, bo na akty prawnomiędzynarodowe nie notyfikowane przy ONZ nie można się powoływać podczas postępowań przed organami Organizacji Narodów Zjednoczonych – a takim jest Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w Hadze do którego należałoby ostateczne rozstrzygnięcie.
Cóż więc pozostaje Niemcom? Mogą się powoływać na bierność kolejnych rządów PRL i III RP oraz na „przedawnienie”. Tyle, że w prawie międzynarodowym nie ma sztywno zdefiniowanej instytucji przedawnienia. Jeżeli już, to ma ono formę niedookreślonego prawnie zwyczaju, ale tu ocena, czy zaszło owo niby-przedawnienie i czy Polska zrzekła się roszczeń poprzez zaniechanie, należy do trybunału w Hadze - a ten może równie dobrze orzec na naszą korzyść, jak i Niemców. Lecz by to sprawdzić, należy wnieść tam stosowny, dobrze przygotowany i udokumentowany pozew.
No i wreszcie kwestia „Traktatu 2+4”. Ów traktat był taką bardziej cywilizowaną formą Jałty – dopuszczono nas jedynie do rozmów odnośnie polskich granic. Polska nie miała możliwości podjęcia w procesie negocjacyjnym odszkodowań wojennych. Rząd Mazowieckiego z ministrem Skubiszewskim zresztą nawet tego nie próbowali – i tu, paradoksalnie, ich tchórzostwo wychodzi nam dziś na dobre, bo możemy powiedzieć, że decyzje zostały podjęte bez naszego udziału i ponad naszymi głowami. To, co USA, ZSRR, Wlk. Brytania i Francja sobie uzgodniły z Niemcami – to ich sprawa. My, jeśli chodzi o reparacje, do niczego się nie zobowiązaliśmy.

III. Polska broń atomowa
Konkludując – nigdy i niczego nie zrzekliśmy się w sposób wiążący na gruncie prawa międzynarodowego. Ani w PRL, ani w III RP. Natomiast Niemcy, owszem, jak najbardziej traktatowo zgodziły się na obecne polskie granice. I tu jest ten haczyk z którego Berlin zdaje sobie sprawę, dlatego tak nerwowo oznajmia raz za razem, że sprawa reparacji jest „ostatecznie załatwiona” - jak raczył niedawno oznajmić rzecznik niemieckiego rządu Steffen Seibert. Jeśli zatem Niemcy uruchamiają dziś papierowego „Tygrysa” i grożą równie papierową „bombą atomową” w postaci uruchomienia wobec Polski artykułu 7 Traktatu Lizbońskiego („nie możemy trzymać języka za zębami” - te słowa Merkel są ewidentną reakcją na podniesienie przez nas sprawy reparacji) – to wiedzmy, że w odróżnieniu od przeciwników, mamy na podorędziu prawdziwą bombę. Prawo jest po naszej stronie. Nie zawahajmy się go użyć – bo w końcu, jak nie teraz, to kiedy?

Gadający Grzyb

Na podobny temat:

Czy Polska faktycznie zrzekła się reparacji?

Od reparacji do „polexitu”

Zbrodnie niemieckiego kolonializmu

Namibia, a sprawa polska

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/
Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 37 (13-19.09.2017)


czwartek, 15 października 2015

Pod-Grzybki 23

Oglądaliście Państwo „Wściekłe psy” („Reservoir Dogs”) Tarantino? Jest tam scena, gdy szef gangu załatwia gościowi, który wyszedł z więzienia lewy etat na budowie, żeby nie czepiał się go kurator, tłumacząc przy tym, że oczywiście w robocie nie będzie się musiał pojawiać. A teraz posłuchajcie tego: „Ty masz od 1 lipca pracę, ale kto ci mówi, żebyś ty chodziła do pracy. Masz etat, a nie to, że masz chodzić do roboty, bo wiesz, to jest różnica. Będziesz tam referentką do spraw różnych, no i tyle, nie będziesz się ruszać, będziesz leżeć..." - tak oto jakiś niezidentyfikowany koleś z PO organizuje fuchę asystentki w Brukseli niejakiej Dianie na zarejestrowanych przez CBA taśmach. Może tak zadzwonić do Quentina, że jest materiał na sequel? Powiedzmy „Reservoir Pigs”. By żyło się lepiej!

*

Komorowski na zakończenie urzędowania obrobił Pałac Prezydencki, Belweder i Kancelarię RP. Tzn. „użyczono mu” na wieczne nieoddanie, prócz żyrandola (by miał czego pilnować na emeryturze), również lodówkę, kieliszki, zastawę stołową, noże, deskę do krojenia, przyprawniki, garnek, patelnię... Oj, będzie bigosik i zmrożona wódeczka w miłej kompanii Palikota i Dukaczewskiego, czyli – trzymając się wątku filmowego - „Wielkie żarcie w Pałacu pod blachą”. Ciekawe, czy skończy się tak samo...

*

Andrzej Duda przemawiał w ONZ, a potem zasiadł przy jednym stole z Obamą i Putinem. Niby sukces, ale jakiś taki mało smakowity. Co by nie mówić, Komorowski to jednak potrafił wryć się w pamięć. O jego mowie wygłoszonej w George Marshall Found panuje wśród waszyngtońskich oficjeli powszechna opinia, że „Komor” wymiatał lepiej, niż Leslie Nielsen i Borat razem wzięci. A Duda? Ani nie wspomniał o bigosie, ani o pilnowaniu żon, nie podwędził nawet kieliszka Obamie. Nuda...

*

Ostatnie wydarzenia związane to z dyktatem Berlina w sprawie uchodźców i nieskrywaną nadzieją lewactwa, że ten muzułmański potop do reszty rozwali Europę, to znów z awansem Putina na „strategicznego sojusznika” w Syrii, natchnęły mnie do bardziej ogólnej refleksji. Otóż, teoria konwergencji działa! Wprawdzie może nie tak, jak umyślił to sobie w swej przemądrzałej łepetynie „Big Zbig” Brzeziński, ale jednak jakoś się sprawdza. Na naszych oczach dokonuje się mariaż absolutyzmu oświeconego w wydaniu pruskim z komunizmem Gramsciego, dokooptowując przy okazji do tej patchworkowej rodziny komunizm ruski w botoksowym majestacie pułkownika Putina, czyli „carycy Leonidy” w wersji 2.0. Cała Europa aż się dławi ze wzruszenia, przyduszona pantofelkiem enerdowskiego Kopciuszka, który przybrał czarowną postać cesarzowej Merkel. Gdybym był piekarzem, już teraz, nie mieszkając, zacząłbym wypiekać bułeczki pod nazwą „kajzerki Anieli”... No, może nieco zmodyfikowane - tak, by dawały się łamać wedle kształtu hakenkrojca.

*

Czekam na okładkę „Tygodnika Powszechnego” z ks. Charamsą w tęczowym welonie pod rękę z Eduardo. Koniecznie z podpisem: „Vivat młoda para!”.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 39 (07-13.10.2015)

niedziela, 13 września 2009

Katyń a ludobójstwo.


Katyń jest przykładem ludobójstwa na tle klasowym, nie ujętego w ONZ-owskiej definicji.

Po wypowiedzi Stefana Niesiołowskiego negującej ludobójczy charakter zbrodni katyńskiej, przetoczyła się przez „Niepoprawnych” fala postów wykazujących w różny sposób absurdalność jego stanowiska.

Pozwolę sobie spojrzeć na problem nieco inaczej, głównie od strony prawnej, sam Katyń zaś potraktuję jako wyrazisty symbol komunistycznego ludobójstwa w ogóle.

Dla porządku, przypomnę definicję, zawartą w Artykule II. oenzetowskiej „Konwencji w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa” z 1948 r.:

„W rozumieniu Konwencji niniejszej ludobójstwem jest którykolwiek z następujących czynów, dokonany w zamiarze zniszczenia w całości lub części grup narodowych, etnicznych, rasowych lub religijnych, jako takich:

a) zabójstwo członków grupy,

b) spowodowanie poważnego uszkodzenia ciała lub rozstroju zdrowia psychicznego członków grupy,

c) rozmyślne stworzenie dla członków grupy warunków życia, obliczonych na spowodowanie ich całkowitego lub częściowego zniszczenia fizycznego,

d) stosowanie środków, które mają na celu wstrzymanie urodzin w obrębie grupy,

e) przymusowe przekazywanie dzieci członków grupy do innej grupy.”


Wybiórcza definicja.

I właśnie w tej definicji tkwi problem.

Jej pierwsza część zawęża bowiem ludobójstwo do zamiaru „zniszczenia w całości lub w części” grup narodowych, etnicznych, rasowych lub religijnych, pomija zaś w swym katalogu podstawową dla komunistycznego światopoglądu kategorię klas społecznych. A właśnie patrzenie przez pryzmat klasowości było motorem napędowym komunistycznego ludobójstwa pod każdą szerokością geograficzną. Zresztą, aby uniknąć w Konwencji marksistowsko – leninowskiego żargonu, można było użyć pojęcia „warstwy (grupy) społeczne”. Nie uczyniono tego. Zastanawiająca wybiórczość, że się tak wyrażę.

Katyń – ludobójstwo klasowe.

Jaki ma to związek z Katyniem? Ano taki, że Katyń jest przykładem ludobójstwa na tle klasowym, nie ujętego w ONZ-owskiej definicji. Bolszewikom nie chodziło o eksterminację narodu polskiego, a (wiem, że zabrzmi to cynicznie) „tylko” o eliminację tych warstw, które mogłyby utrudnić w przyszłości sowietyzację podbitych obszarów. Wśród sowieckich ofiar znaleźli się przedstawiciele różnych narodowości, ras i religii. Łączy ich jedno – byli przedstawicielami klas „wrogich”. Używając komunistycznego języka, do rozwałki przeznaczono „burżuazyjną inteligencję”, „obszarników”, „kapitalistów” – słowem, wszelkiej maści „pasożytów” i „wyzyskiwaczy”. Według podobnego strychulca komuniści mordowali na całym świecie. Likwidowali na skalę masową „wrogie elementy”, by zostawić sobie do zagospodarowania najmniej świadomą ludzką mierzwę.

***

Oczywiście, każdy rozsądnie myślący człowiek, mający w sobie choć krztę zmysłu moralnego wie, iż Katyń (i inne komunistyczne zbrodnie) był ludobójstwem, a jednak na bazie omawianej tu definicji można zaprzeczać ludobójczemu charakterowi tej zbrodni, co od lat z powodzeniem czynią Rosjanie i licznie rozsiani po świecie postsowieccy agenci wpływu. Nie pierwszy to przypadek rozbratu prawa i rozumu.

Osobiście, żywię bardzo brzydkie podejrzenie, że gdy w ONZ trwały prace nad konwencją, „wujek Soso” zrobił wszystko, by masowe mordy motywowane klasowo nie znalazły się w ludobójczym katalogu. Współczesna Rosja korzysta z tej stalinowskiej zapobiegliwości do dziś.

Gadający Grzyb

P.S. Rzecz jasna, w sejmowej uchwale dotyczącej 17 września, słowa o ludobójstwie bezwzględnie powinny się znaleźć, chodzi tu bowiem o wymiar historyczno - polityczno - moralny, a nie prawny. Poza tym, może dzięki temu ktoś zwróci uwagę na żenujący unik zastosowany w oenzetowskiej definicji.

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

Linki:

Konwencja ONZ:

pl.wikisource.org/wiki/Konwencja_ONZ_w_sprawie_zapobiegania_i_karania_zbrodni_ludob%C3%B3jstwa_1948

Inne teksty w tej materii na „Niepoprawnych”:

www.niepoprawni.pl/blog/181/marszalku-pora-na-wor-pokutny-i-popiol-na-glowe

www.niepoprawni.pl/blog/3/czlowiek-uczy-sie-cale-zycie-stefan-niesiolowski-rowniez

www.niepoprawni.pl/blog/740/ludobojstwo-wg-wyborczej

www.niepoprawni.pl/blog/82/niesiolowski-czyli-droga-od-niepodleglosci-do-ruskiego-buca

www.niepoprawni.pl/blog/710/zbrodnia-wojenna-bez-wojny

www.niepoprawni.pl/blog/761/pajac-niesiolowski-katyn

www.niepoprawni.pl/blog/152/bezkregowiec

sobota, 11 lipca 2009

Druga wojna gruzińska.


W spodziewanej konfrontacji z Gruzją, Rosja ma sytuację jeszcze korzystniejszą, niż rok temu.

Co robi Rosja, gdy sytuacja wewnętrzna jest niewesoła? Gdy gospodarka w rozsypce, ceny surowców dołują, lud poczyna się burzyć zaś propagandowe przeczołgiwanie oligarchów i ustalanie cen w sklepach przez cara nie przynosi spodziewanych efektów? Taak, zgadliście, odpowiedzmy więc chóralnie, jak dzieci w klasie: - gdy sytuacja wewnętrzna jest niewesoła, Rosja wywołuje „małą, zwycięską wojenkę.”

Od dłuższego czasu na gruzińskim pograniczu mnożą się incydenty i prowokacje. Obserwatorzy międzynarodowi są wydalani z Abchazji i Osetii Płd. Niedawno odbyły się manewry Kaukaz 2009 pod dowództwem generała Nikołaja Makarowa, który w zeszłym roku dowodził agresją na Gruzję. Słowem, powtarza się scenariusz z roku ubiegłego, gdy właśnie po takich manewrach doszło do wybuchu wojny.

Atuty Rosji:

– słabość Gruzji, która nie zdołała jeszcze odbudować potencjału militarnego po zeszłorocznej klęsce;

- niepokoje wewnętrzne w tym kraju (na mój nos, umiejętnie rozdmuchiwane przez rosyjskie służby);

- tchórzliwa bierność tzw. opinii światowej, ze szczególnym uwzględnieniem organizacji międzynarodowych.

Opinie ekspertów, twierdzących, że Rosji na wojnę nie stać, skwitować można pustym śmiechem – kto jak kto, ale Rosja na wojnę zawsze ma pieniądze. Cały kraj może przymierać głodem, ale tanki i rakiety muszą być, by dać po nosie buntowszczykom, którzy zza płotu obszczekują matuszkę Rossiję. Półprzytomny od wszechobecnej propagandy, dziesiątkowany alkoholizmem i pandemią AIDS naród o poziomie i długości życia krajów Trzeciego Świata temu przyklaśnie. Nic, że bieda, w Rosji nigdy nie było bogato, ale grunt, że jesteśmy mocarstwem, który przygnie kark krnąbrnej byłej republice, zaś Zapad’ ani kwiknie, tylko po staremu będzie się łasił, bo potrzebuje ropy, gazu i, generalnie, „owocnej współpracy”.

Cele spodziewanej agresji.

Nie sądzę, by Rosja chciała inkorporować Gruzję, w każdym razie jeszcze nie teraz. Zadowoli się obaleniem „amerykańskiego pachołka” Saakaszwilego, osadzeniem w Tibilisi jakiegoś posłusznego reżimu i przejęciem rurociągu Baku - Tbilisi – Ceyhan, jedyną w regionie drogą przesyłu ropy nie pozostającą jeszcze pod moskiewską kontrolą. Słowem, celem agresji będzie wasalizacja krnąbrnego sąsiada.

Problemem może być pretekst do rozpętania nowej wojny – Saakaszwili raczej nie da już się podpuścić, jak rok temu. Może zatem urządzi się coś w rodzaju „prowokacji gliwickiej”, albo gruzińska opozycja poprosi w odpowiednim momencie o interwencję… Albo wkroczy się, od tak, bez pretekstu. Zachód to przełknie, tak jak mimo bezsilnych wrzasków przełyka kolejne rosyjskie działania w posowieckiej strefie wpływów.

Europa, Świat.

No właśnie – Zachód. Ostoja lipnych deklaracji, gromkich oświadczeń, demokratycznych frazesów bez pokrycia, z establishmentem przeżartym przez postsowiecką agenturę, pożytecznych idiotów lub cynicznych „pragmatyków” http://www.niepoprawni.pl/blog/287/pokolenie-gownojadow%E2%80%A6). Trudno dziś nie śmiać się z Sarkozy’ego, którego „plan pokojowy” z zeszłego roku Rosja zaczęła otwarcie torpedować niemal nazajutrz po jego podpisaniu.( http://www.niepoprawni.pl/blog/287/podzwonne-dla-blazna-na-tronie) . Zresztą, jakoś nie widać, by „Sarko” cierpiał z tego powodu.

O takim OeNZecie w ogóle szkoda gadać – doprawdy nie mam pojęcia, komu i do czego ta instytucja jest potrzebna, poza międzynarodówką bandytów z Rosją i Chinami na czele, które używają Rady Bezpieczeństwa do paraliżowania potencjalnej reakcji USA (bo przecież nie Europy) na co bardziej zbrodnicze poczynania. Dodajmy do tego Unię Europejską, która po tyleż gromkich deklaracjach co skromnych obostrzeniach po ostatniej wojnie gruzińskiej, z ulgą, po cichu wycofała się ze wszelkich antyrosyjskich kroków.

Zaprawdę, kremlowscy mordercy muszą się doskonale bawić i śmiać w kułak poklepując po plecach sterroryzowanych pacyfizmem i polityką „świętego spokoju” Berlusconich, Sarkozych, Merkelów i Tusków tego świata pielgrzymujących do Moskwy po kilka zapewnień o „woli współpracy”, czy czymś takim.

NATO i fircyk Obama.

Ostatnio dodatkowych powodów do chichotania dostarczył im fircykowaty „przywódca wolnego świata”, Barrack Obama, ze swą infantylną „polityką uśmiechów”, którą można streścić w przesłaniu: „jeśli my będziemy mili dla was, to wy będziecie mili dla nas, prawda?”. Putin z Miedwiediewem musieli dusić się ze śmiechu wysłuchując demokratyczno – postępowego bełkotu płynącego tyleż gładką, co nieprzerwaną struga z ust pana Obamy.

Jeżeli kiedykolwiek wątpili w „europeizację” polityki zagranicznej nowej administracji USA, to niedawna wizyta prezydenta Stanów Zjednoczonych musiała pozbawić ich wątpliwości: Ameryka w obronie Gruzji nie kiwnie palcem, tak samo, jak przetestowana rok temu na podobną okoliczność Europa.

Postawa USA ma oczywiście kluczowe znaczenie dla postępującej impotencji NATO, zamieniającego się na naszych oczach w kolejny międzynarodowy klub dyskusyjny. (http://www.niepoprawni.pl/blog/287/rosja-czyli-ober-szef-nato)

NATO nie ruszy Gruzji na pomoc, majowe manewry, to pic na wodę, nie zaryzykuje stanowczej postawy wobec Rosji. Już nie. Rosja to teraz „partner”, któremu należy okazywać „dobrą wolę” i „nie drażnić”, bo to zaszkodziłoby rozwojowi „wzajemnych stosunków” i „dialogowi”.

Zła to wiadomość dla nas i innych krajów regionu, które wstępowały do Sojuszu w nadziei na obronę przed Rosją właśnie (bo przecież nie przed Marsjanami). Ta iluzja rozwiewa się na naszych oczach. Zrozumiały to już Łotwa i Estonia, rezygnując z udziału w manewrach w Gruzji, pytanie, czy rozumieją nasze władze, szukające oszczędności przede wszystkim w sferze obronności i rozbrajające systematycznie armię…

Podsumowując, Rosja w konfrontacji z Gruzją ma sytuację jeszcze korzystniejszą, niż rok temu. Osłabiona Gruzja, sparaliżowane struktury międzynarodowe, bezwolny i szamoczący się z kryzysem Zachód… Rosja nie zwykła przepuszczać takich okazji.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl