Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miedwiediew. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miedwiediew. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 lipca 2011

Medialna rusyfikacja


Na drodze realizacji spiżowych wytycznych Umiłowanych Przywódców z Pierwszego Zjazdu Mediodajni Bratnich Krajów...



 


I. O pogłębianie wzajemnego zaufania...


Kiedy szkicowałem niedawno „Krajobraz po przejęciu”, w którym zarysowałem sytuację po odkupieniu udziałów Mecomu w „Presspublice” przez „biznesmena przyjaznego lewicy”, zapomniałem o pewnym szczególe z niedawnej przeszłości, który nie musi, ale może mieć znaczenie w kontekście ostatnich przetasowań w medialnym światku. Otóż w dniach 24-25 czerwca 2011 odbył się we Wrocławiu I Polsko-Rosyjski Kongres Mediów. Do uczestników tej zacnej imprezy prezydenci Miedwiediew i Komorowski skierowali specjalne orędzia, w których mowa była m.in. o „zwalczaniu uprzedzeń” (Komorowski), „pogłębianiu wzajemnego zrozumienia” (Miedwiediew) i takich tam pięknościach, o czym nie omieszkał donieść z nabożnym przydechem portal TokFM.


Przy okazji dowiedziałem się o istnieniu Centrów Polsko-Rosyjskiego oraz Rosyjsko-Polskiego Dialogu i Porozumienia, które były organizatorami tego krzepiącego niczym kulebiak spotkania.


II. Wzorce „liberalnego autorytaryzmu”.


A teraz zastanówmy się, jakież to praktyczne wymiary mogło osiągnąć owo „zwalczanie uprzedzeń”, szczególnie w korelacji z „pogłębianiem wzajemnego zrozumienia”. Na mój złośliwy gust, sowieccy towarzysze mogli na ten przykład opowiedzieć o budowie porządku medialnego w warunkach „suwerennej demokracji” jak zwykł określać swą czekistowską dyktaturę nasz drogi przyjaciel Władimir Władimirowicz. W skład owego porządku wchodzi m.in. przejmowanie mediów przez konstruktywnie nastawiony do aktualnej rzeczywistości biznes, któremu to konstruktywnemu podejściu wybitnie sprzyja osadzenie tegoż biznesu w specsłużbowych układach i lojalność wobec „waadzy”, za co specsłużbiści odwdzięczają się mniej lub bardziej dyskretną „kryszą”, tak że słodkiej i intratnej dla obu stron symbiozy na linii media-reżim nie jest w stanie zakłócić żadna wraża siła.


Przypomnę tu w charakterze ciekawostki, że tego typu porządkami zachwycił się w wywiadzie dla „Komsomolskiej Prawdy” sam naczelny bojownik o wolność słowa na Białorusi, Adam Michnik, określając putinowską „suwerenną demokrację” mianem „liberalnego autorytaryzmu” i zachwycając się tym, że może sobie w Moskwie nakupić 50 kg książek, niekiedy nawet przeciwnych Putinowi.


III. Zielone światło dla „zwalczania uprzedzeń”.


Moim niezbyt skromnym zdaniem, w przypadku przejęcia „Presspubliki” mamy do czynienia właśnie z próbą implementacji tego ze wszech miar godnego naśladowania wzorca. Oczywiście, negocjacje musiały toczyć się od dawna, ale wymiana bezcennych doświadczeń na wrocławskim Kongresie mogła przysłużyć się ostatecznej akceptacji przez „czynniki” medialnego dealu. W końcu, takich kongresów również nie zwołuje się z dnia na dzień, zaś zważywszy na stopień nasycenia wysyłanych przez Rosję za granicę „przedstawicieli świata mediów” przedstawicielami sprawujących nad tymiż mediami „kryszę” tajnych, widnych i dwupłciowych formacji, to można domniemywać, że sytuacja na bratnim, polskim, medialnym odcinku mogła być przedmiotem ich ożywionej troski dotyczącej niekonstruktywnego braku jakże wzniosłej jednomyślności.


No, ale te pluralistyczne „uprzedzenia” szczęśliwie „zwalczono” i to zapewne w duchu „pogłębiania wzajemnego zrozumienia” sprzedając 51% udziałów panu Hajdarowiczowi, pozostającemu w słodkiej biznesowej zażyłości z Kazimierzem Mocholem, byłym szefem kontrwywiadu i zastępcą szefa Wojskowych Służb Informacyjnych („Nasz Dziennik”), czyli polskiej sekcji rosyjskiej wojskowej razwiedki. Jeżeli doliczyć do tego pożyczkę na zakup „Presspubliki” w wysokości ponad 20 mln zł od kontrolowanego przez pana Hajdarowicza NFI Jupiter – spółki wymienianej czasem przez różnych nienawistników w kontekście prania brudnych pieniędzy - i radosną zapowiedź ministra Grada, że chętnie sprzeda panu Hajdarowiczowi pozostałe 49%, to można śmiało powiedzieć, że oto „uprzedzenia” przezwyciężono, zaś działającym na rzecz „pogłębienia wzajemnego zrozumienia” biznesmenom i podmiotom zapalono zielone światło.


I nie dajmy się zwieść temu, że krakowski, zapewne jadowicie konserwatywny „Dziennik Polski” wykupiło niemieckie, wielce demokratyczne Polskapresse, które już ma w Małopolsce wysoce konstruktywną wobec coraz bardziej nas otaczającej rzeczywistości „Gazetę Krakowską”. Wszak nic nie cementuje partnerstwa i dobrosąsiedzkich stosunków jak wspólna piecza nad kondominium, która to kuratela winna rozciągać się również na umysły miejscowych „rabów” zwanych też niekiedy „ubermenschen”.


IV. Kontrola najwyższą formą zaufania.


W powyższym kontekście może nieco dziwić oferta wykupienia idącego pod młotek TVN-u przez rosyjski koncern Yandex (ma chrapkę co najmniej na Onet), bo to trochę tak jakby wozić drzewo do lasu, ale cóż – już Stalin mawiał, że „kontrola jest najwyższą formą zaufania”, a wszak na czym opierać zaufanie jak nie na wzajemnym „zrozumieniu” do którego „pogłębiania” nawoływał w swym liście do uczestników I Polsko-Rosyjskiego Kongresu Mediów prezydent Miedwiediew? Od razu widać, że u podstaw opisywanego tu ocieplenia na forum medialnym leży nielicha praca koncepcyjna, której efekty przemodelują naszą przestrzeń publiczną na długie lata, ponieważ ktoś, kto wzmiankowaną pracą koncepcyjną się zajął, uznał najwyraźniej, że stan obecny nie nadąża za wyzwaniami współczesności wymagającymi pełni jedności polityczno-ideowej, bez „pieredyszkowych” liberalno-pluralistycznych odchyleń i fanaberii.


Oficjalnie mówi się wprawdzie o francuskim koncernie Vivendi, niemieckim Bertelsmannie, Fox Entertaiment Group należącej do potentata medialnego Ruperta Murdocha, czy grupie Discovery (przytaczam za „Rzeczpospolitą”), ale - jak by tu powiedzieć – nawet jeśli TVN zostanie zakupiony przez któryś z wymienionych podmiotów, to nauczeni „trudną współpracą” Mecomu zachodni partnerzy raczej nie pójdą w ślady Brytoli, którzy opieszałość w „zwalczaniu uprzedzeń” i „pogłębianiu wzajemnego zrozumienia” przypłacili swą pozycją na medialnym rynku. A że zapatrzone w „liberalny autorytaryzm” Putina (że tak znów przytoczę Michnika) „waadza” i sprzęgnięty z nią szeroko rozumiany establishment IIIRP znają miliony sposobów, by uprzykrzyć życie niekonstruktywnym mediom (weźmy choćby reklamowy ostracyzm – a są i ostrzejsze metody), to można się spodziewać, że nawet wypatrywany przez niektórych z utęsknieniem Murdoch nie pomoże i skoncentruje się na robieniu rozrywki.


Jeszcze jedno – sprzedaż grupy TVN najprawdopodobniej nie zostanie sfinalizowana przed październikowymi wyborami, co jeszcze raz uzmysławia nam głębię koncepcji i właściwe priorytety. Wszak, pomijając kwestię stabilnego działania propagandowej tuby, nowy właściciel na bank pozbędzie się balastu w postaci Legii Warszawa, na stadion której platformiana Główna Bufetowa Miasta Stołecznego Warszawy wycelowała pół miliarda złotych. Taka wtopa w postaci pozostawienia samemu sobie finansożernego klubu-wydmuszki z liczną i dobrze zorganizowaną rzeszą rozwścieczonych zdradą „kiboli”, byłaby bardzo niepożądana w okresie przedwyborczego „dożynania watach”, tudzież „wyżynania talibanu”.


***


Za to po wyborach... O, wtedy proces wdrażania bratnich standardów „liberalnego autorytaryzmu” (ależ mi podoba się to określenie) w Priwislańskim Kraju wkroczy w decydującą fazę, a II, III, IV i wszystkie kolejne Polsko-Rosyjskie Kongresy Mediów będą odnotowywały z rosnącą satysfakcją kolejne postępy na drodze „zwalczania uprzedzeń” poprzez „pogłębianie wzajemnego zrozumienia”, zgodnie ze spiżowymi wytycznymi Umiłowanych Przywódców z Pierwszego Zjazdu Mediodajni Bratnich Krajów.


Gadający Grzyb


 

niedziela, 9 maja 2010

Komorowski poleciał po „jarłyk”?


Tylko od nas będzie zależało, czy przyklepiemy kremlowski „jarłyk” dla Komorowskiego.

Gwoli przypomnienia: jarłyk, był to na podbitej przez Mongołów Rusi akt oddania we władanie ziem nad którymi z woli chana miał panować dany książę. Otrzymanie jarłyku wiązało się z wyprawą do siedziby chana, z której to peregrynacji nie każdy pretendent do władztwa miał szczęście powrócić żywym.

Późniejsza Rosja, której zasadniczy rys cywilizacyjny pozwalam sobie określać mianemzmongolizowanego bizantynizmu” przejęła wiele z mongolskiej kultury politycznej, zaś tradycja „jarłyku” przetrwała do czasów sowieckich, gdzie stała się nieodłącznym elementem sprawowania władzy nad podporządkowanymi krajami. Przybrało to formę wycieczek kolejnych pierwszych sekretarzy na Kreml (obowiązkowa pierwsza wizyta zagraniczna) po czerwone „błogosławieństwo”.

I. Jarłyk dla namiestnika.

I właśnie w tych kategoriach odczytuję obecność pełniącego obowiązki prezydenta (w skrócie - p.o.p.) Bronisława Komorowskiego w Moskwie pod pretekstem obchodów kolejnej rocznicy „zwycięstwa nad faszyzmem”, tym bardziej, że poleciał tam w towarzystwie generała Jaruzelskiego. Tak, wiem, że wizytę wspólnie z generałem miał złożyć również ś.p. Prezydent Lech Kaczyński, tyle że w przypadku Lecha Kaczyńskiego żywiłem nadzieję, że udaje się do Rosji po to, by zostawić Jaruzela tam, gdzie jego miejsce - na Placu Czerwonym, czemu dałem wyraz w notce „Spawacz leci do Moskwy”.

Co do p.o.p. Komorowskiego takiej nadziei nie mam. Pozostaje otwarta kwestia, czy zabrał Jaruzelskiego w charakterze przewodnika, czy też może raczej patrona, który go przed czekistowskimi towarzyszami odpowiednio zaproteguje i wyjedna tym samym upragniony „jarłyk”.

Powie ktoś, że to zbyt grube szyderstwo, niemniej zważywszy na młodość niejakiego „Wolskiego” spędzoną w zaszczytnej służbie Informacji Wojskowej w połączeniu umiłowania WSI, któremu wyraz dawał niejednokrotnie p.o.p. Komorowski, zbójeckim prawem blogera będę utrzymywał, że jest coś na rzeczy.

Jako swoistą promesę otrzymania „jarłyku” traktuję „przyjazne gesty” ze strony obecnych Kremlowładców, jak chociażby przekazanie stronie polskiej kilkudziesięciu tomów akt katyńskiego śledztwa, umorzonego szczęśliwie w 2004 roku. Podobne „gesty” mają na celu po prostu uwiarygodnić w oczach polskiego społeczeństwa ekipę Donalda Tuska i p.o.p. Komorowskiego osobiście, a także zalegitymizować ich spolegliwą wobec Rosji politykę.

Przekaz dla tych, którzy „mają uszy do słuchania” jest jasny: jesteście wobec Rosji „konstruktywni” (czytaj – ulegli), to możecie liczyć na „ocieplenie” – ot, choćby w postaci odtajnienia tego i owego. Moskiewskie archiwa są przepastne. Wystarczą na wynagradzanie spolegliwości kolejnymi „gestami” przez wiele dziesięcioleci.

A durne Polaczki niech ćpają nasz gaz i cieszą się z „dobrosąsiedzkich stosunków”. My w tym czasie zrobimy przewrót w Gruzji, zwasalizujemy Ukrainę, w międzyczasie zaś do reszty przykujemy Priwislański Kraj do naszego surowcowego neo - RWPG…

II. Przekaz dla Polaczków, czyli pozdrowienia z Kremla.

Przekaz, powtórzę, jest dla mnie jasny: „jesteście z nami grzeczni, to my okażemy wam „dobrą wolę”. Nie odtajnimy wprawdzie wszystkiego, żeby Polaczkom od nadmiaru carskiej łaski przypadkiem w dupach się nie poprzewracało, ale ot tak, po trochu… Puścimy w telewizji film waszego Andrieja Wajdy. Do kin, oczywiście, nie wejdzie, bo by wam się… patrz wyżej, ale doceńcie to co dajemy.

W zamian oczekujemy niewiele. Ot, zagłosujcie w wolnych i demokratycznych wyborach na tych, co trzeba. Na tych, mianowicie, którym nie postała by w głowach kretyńska myśl, by pchać się niepotrzebnie do Gruzji, czy „wciągać” do wrażych struktur Ukrainę. Na tych, którzy są „pragmatycznie” nastawieni do naszego gazu i nie roją o jakiejś tam „aktywnej polityce wschodniej”. My mamy o wiele aktywniejszą politykę zachodnią i to wystarczy. Po co więcej?

A jeżeli wybierzecie jakichś nieodpowiedzialnych awanturników od wymachiwania szabelką i wtykania nosa do naszego śledztwa, to figę z makiem zobaczycie, a nie katyńskie papiery, zaś nasze śledztwo w sprawie „spadniętego” Tupolewa potrwa tyle, ile uznamy za stosowne. Bo niesłuszny i nieracjonalny wybór priwislańskiej ludności sprawi, ze poczujemy się dotknięci. I rozdrażnieni. Uznamy, że wasza demokracja zmierza w niewłaściwym kierunku.

Zatem po dobroci prosimy – wybierzcie tego, któremu nadajemy nasz jarłyk, dobrze? Jednocześnie kierujemy do priwislańskich tubylców braterskie, kremlowsko – czekistowskie pozdrowienia, a także zapewnienia o nieustającej woli owocnej współpracy i dalszego zacieśniania dobrosąsiedzkich stosunków. Aż do skutku.”

***

Osobiście, jestem ciekaw, gdzie p.o.p. Bronisław Komorowski zostanie ustawiony na kremlowskiej trybunie. Jeżeli będzie stał w miarę blisko Putina i Miedwiediewa, będzie znaczyło to, że misja została wykonana – otrzymał „jarłyk”.

I tylko od nas będzie zależało, czy przyklepiemy ów „jarłyk” naszymi głosami w czerwcowo – lipcowych wyborach.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

sobota, 11 lipca 2009

Druga wojna gruzińska.


W spodziewanej konfrontacji z Gruzją, Rosja ma sytuację jeszcze korzystniejszą, niż rok temu.

Co robi Rosja, gdy sytuacja wewnętrzna jest niewesoła? Gdy gospodarka w rozsypce, ceny surowców dołują, lud poczyna się burzyć zaś propagandowe przeczołgiwanie oligarchów i ustalanie cen w sklepach przez cara nie przynosi spodziewanych efektów? Taak, zgadliście, odpowiedzmy więc chóralnie, jak dzieci w klasie: - gdy sytuacja wewnętrzna jest niewesoła, Rosja wywołuje „małą, zwycięską wojenkę.”

Od dłuższego czasu na gruzińskim pograniczu mnożą się incydenty i prowokacje. Obserwatorzy międzynarodowi są wydalani z Abchazji i Osetii Płd. Niedawno odbyły się manewry Kaukaz 2009 pod dowództwem generała Nikołaja Makarowa, który w zeszłym roku dowodził agresją na Gruzję. Słowem, powtarza się scenariusz z roku ubiegłego, gdy właśnie po takich manewrach doszło do wybuchu wojny.

Atuty Rosji:

– słabość Gruzji, która nie zdołała jeszcze odbudować potencjału militarnego po zeszłorocznej klęsce;

- niepokoje wewnętrzne w tym kraju (na mój nos, umiejętnie rozdmuchiwane przez rosyjskie służby);

- tchórzliwa bierność tzw. opinii światowej, ze szczególnym uwzględnieniem organizacji międzynarodowych.

Opinie ekspertów, twierdzących, że Rosji na wojnę nie stać, skwitować można pustym śmiechem – kto jak kto, ale Rosja na wojnę zawsze ma pieniądze. Cały kraj może przymierać głodem, ale tanki i rakiety muszą być, by dać po nosie buntowszczykom, którzy zza płotu obszczekują matuszkę Rossiję. Półprzytomny od wszechobecnej propagandy, dziesiątkowany alkoholizmem i pandemią AIDS naród o poziomie i długości życia krajów Trzeciego Świata temu przyklaśnie. Nic, że bieda, w Rosji nigdy nie było bogato, ale grunt, że jesteśmy mocarstwem, który przygnie kark krnąbrnej byłej republice, zaś Zapad’ ani kwiknie, tylko po staremu będzie się łasił, bo potrzebuje ropy, gazu i, generalnie, „owocnej współpracy”.

Cele spodziewanej agresji.

Nie sądzę, by Rosja chciała inkorporować Gruzję, w każdym razie jeszcze nie teraz. Zadowoli się obaleniem „amerykańskiego pachołka” Saakaszwilego, osadzeniem w Tibilisi jakiegoś posłusznego reżimu i przejęciem rurociągu Baku - Tbilisi – Ceyhan, jedyną w regionie drogą przesyłu ropy nie pozostającą jeszcze pod moskiewską kontrolą. Słowem, celem agresji będzie wasalizacja krnąbrnego sąsiada.

Problemem może być pretekst do rozpętania nowej wojny – Saakaszwili raczej nie da już się podpuścić, jak rok temu. Może zatem urządzi się coś w rodzaju „prowokacji gliwickiej”, albo gruzińska opozycja poprosi w odpowiednim momencie o interwencję… Albo wkroczy się, od tak, bez pretekstu. Zachód to przełknie, tak jak mimo bezsilnych wrzasków przełyka kolejne rosyjskie działania w posowieckiej strefie wpływów.

Europa, Świat.

No właśnie – Zachód. Ostoja lipnych deklaracji, gromkich oświadczeń, demokratycznych frazesów bez pokrycia, z establishmentem przeżartym przez postsowiecką agenturę, pożytecznych idiotów lub cynicznych „pragmatyków” http://www.niepoprawni.pl/blog/287/pokolenie-gownojadow%E2%80%A6). Trudno dziś nie śmiać się z Sarkozy’ego, którego „plan pokojowy” z zeszłego roku Rosja zaczęła otwarcie torpedować niemal nazajutrz po jego podpisaniu.( http://www.niepoprawni.pl/blog/287/podzwonne-dla-blazna-na-tronie) . Zresztą, jakoś nie widać, by „Sarko” cierpiał z tego powodu.

O takim OeNZecie w ogóle szkoda gadać – doprawdy nie mam pojęcia, komu i do czego ta instytucja jest potrzebna, poza międzynarodówką bandytów z Rosją i Chinami na czele, które używają Rady Bezpieczeństwa do paraliżowania potencjalnej reakcji USA (bo przecież nie Europy) na co bardziej zbrodnicze poczynania. Dodajmy do tego Unię Europejską, która po tyleż gromkich deklaracjach co skromnych obostrzeniach po ostatniej wojnie gruzińskiej, z ulgą, po cichu wycofała się ze wszelkich antyrosyjskich kroków.

Zaprawdę, kremlowscy mordercy muszą się doskonale bawić i śmiać w kułak poklepując po plecach sterroryzowanych pacyfizmem i polityką „świętego spokoju” Berlusconich, Sarkozych, Merkelów i Tusków tego świata pielgrzymujących do Moskwy po kilka zapewnień o „woli współpracy”, czy czymś takim.

NATO i fircyk Obama.

Ostatnio dodatkowych powodów do chichotania dostarczył im fircykowaty „przywódca wolnego świata”, Barrack Obama, ze swą infantylną „polityką uśmiechów”, którą można streścić w przesłaniu: „jeśli my będziemy mili dla was, to wy będziecie mili dla nas, prawda?”. Putin z Miedwiediewem musieli dusić się ze śmiechu wysłuchując demokratyczno – postępowego bełkotu płynącego tyleż gładką, co nieprzerwaną struga z ust pana Obamy.

Jeżeli kiedykolwiek wątpili w „europeizację” polityki zagranicznej nowej administracji USA, to niedawna wizyta prezydenta Stanów Zjednoczonych musiała pozbawić ich wątpliwości: Ameryka w obronie Gruzji nie kiwnie palcem, tak samo, jak przetestowana rok temu na podobną okoliczność Europa.

Postawa USA ma oczywiście kluczowe znaczenie dla postępującej impotencji NATO, zamieniającego się na naszych oczach w kolejny międzynarodowy klub dyskusyjny. (http://www.niepoprawni.pl/blog/287/rosja-czyli-ober-szef-nato)

NATO nie ruszy Gruzji na pomoc, majowe manewry, to pic na wodę, nie zaryzykuje stanowczej postawy wobec Rosji. Już nie. Rosja to teraz „partner”, któremu należy okazywać „dobrą wolę” i „nie drażnić”, bo to zaszkodziłoby rozwojowi „wzajemnych stosunków” i „dialogowi”.

Zła to wiadomość dla nas i innych krajów regionu, które wstępowały do Sojuszu w nadziei na obronę przed Rosją właśnie (bo przecież nie przed Marsjanami). Ta iluzja rozwiewa się na naszych oczach. Zrozumiały to już Łotwa i Estonia, rezygnując z udziału w manewrach w Gruzji, pytanie, czy rozumieją nasze władze, szukające oszczędności przede wszystkim w sferze obronności i rozbrajające systematycznie armię…

Podsumowując, Rosja w konfrontacji z Gruzją ma sytuację jeszcze korzystniejszą, niż rok temu. Osłabiona Gruzja, sparaliżowane struktury międzynarodowe, bezwolny i szamoczący się z kryzysem Zachód… Rosja nie zwykła przepuszczać takich okazji.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl