Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybory prezydenckie 2010. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybory prezydenckie 2010. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 czerwca 2010

Po co te wybory.


Możni tego świata już wybrali nam prezydenta.

No to mamy nowego prezydenta, chociaż wielu nie zdaje sobie jeszcze z tego sprawy. Kłopotów z dokonaniem wyboru oszczędziły nam Niemcy do spółki z okupującą obecnie Stany Zjednoczone administracją Obamy.

I. Przesłanie do ubermenschen.


Pełnomocnik niemieckiego rządu do spraw kontaktów z Polską, pani Cornelia Pieper raczyła wskazać miłego sercu naszych unijnych patronów kandydata. Uczyniła to z iście teutońskim wdziękiem: „Albo Polska opowie się za powrotem na polityczne ubocze, albo pozostanie motorem reform i będzie kroczyć drogą do strefy euro”. Zaprawdę, spiżowe te słowa, uzupełnione o garść obaw co do Jarosława Kaczyńskiego jasno wskazują na kogo w przyszłą niedzielę powinni zagłosować słowiańscy ubermenschen. W Niemczech słowa pani minister spotkały się tu i ówdzie z pewną krytyką, ale wyrażaną głównie w kontekście obaw co do tego, by przypadkiem ich efekt nie okazał się przeciwskuteczny. Wiecie, takie dobrotliwe połajanki utrzymane w duchu: „nie tak koleżanko, trzeba bardziej subtelnie, bo ci ciemni Polacy gotowi jeszcze zagłosować na złość nam”.

II. Obywatelska podmiotowość.


Bez obaw. Polacy to nie Amerykanie. Gdy do amerykańskiego wyborcy docierają wieści, że jakiś kandydat na prezydenta ma za granicą wyjątkowo dobrą prasę i „świat” życzy sobie, by obywatele USA zagłosowali według wytycznych międzynarodowego „Salonu”, wówczas automatycznie w umysłach zapala się czerwone światełko: „Uwaga! Ktoś tu chce zadecydować za nas!”. I w Stanach, faktycznie takie obce zalecenia przynoszą na ogół skutki odwrotne do zamierzonych. Tak działa w praktyce poczucie obywatelskiej podmiotowości, które legło u podstaw tego państwa. Prezydentura Obamy w tym kontekście jest jedynie wypadkiem przy pracy i wszystko wskazuje na to, że ów epizod skończy się na pierwszej kadencji, zaś lekcja wyciągnięta z głosowania po myśli „światowej opinii publicznej” zostanie zapamiętana tam na długo.

III. Hrabiowie i Telimeny.


Inaczej w Polsce. Znaczna część naszych rodaków zdaje się bowiem czerpać niezrozumiałą dla mnie satysfakcję z głosowania po myśli Wielkiego Euro – Brata; myśli wyrażanej, dodajmy, najczęściej w Berlinie, który jest dla nas swoistym probierzem europejskości i cywilizacyjnego zaawansowania. Ten euro – kompleks jest umiejętnie hodowany i skwapliwie podsycany przez równie zakompleksione tubylcze „elity”, przypominające, wypisz wymaluj, zachwycającego się italskim niebem Hrabiego z „Pana Tadeusza”, zanim ten wyewoluował w kierunku świadomego patrioty. Tyle, że nasi parnasiarze na podobną ewolucję raczej nie mają szans. Ducha i poczucia podmiotowości nie dostaje, ot co. Pozostaną raczej na mentalnym poziomie Telimeny rozpamiętującej wspaniałości „Peterburka” tak kontrastujące z siermięgą Soplicowskiej wiochy. Z tą różnicą, że teraz ów „Petersburg” położony jest na Zachodzie. Jeżeli ktoś potrzebuje przykładu takiej postawy, odsyłam chociażby do blogu pana Ziętkiewicza na Salonie 24. Materiału poglądowego pod dostatkiem. Reakcja Władysława Bartoszewskiego, który wsławił się onegdaj przyrównaniem Polski do brzydkiej i nieposażnej panny, zaś obecnie w słowach swej niemieckiej odpowiedniczki nie widzi niczego niestosownego, jest równie znamienna.

Krótko mówiąc, do amerykańskiej podmiotowości brakuje nam ho – ho i jeszcze trochę. U siebie mamy wyborcę w znacznej mierze uprzedmiotowionego, który swego pełnego kompleksów uprzedmiotowienia albo nie dostrzega, albo wręcz się nim napawa. Mechanizm ten zadziałał choćby w ostatnich wyborach parlamentarnych, gdzie jednym z motorów „anty – kaczyzmu” było wbijane konsekwentnie do tubylczych łbów przekonanie, że Kaczory kompromitują nas za granicą. Słynna kwestia Telimeny „Co świat powie na to?” narzuca się sama.

IV. Hillary Clinton, czyli dyskretne wsparcie.

Nasi partnerzy mają pełną świadomość tej trawiącej tęsknoty za międzynarodowym dopieszczeniem, wyrażającym się w dość powszechnym przekonaniu, że Polska „liczy się” nie wtedy, gdy twardo walczy o swoje interesy, lecz wtedy, gdy spolegliwi przywódcy są tyleż przyjaźnie, co protekcjonalnie poklepywani po ramieniu. I wedle tego schematu zagrała administracja Obamy, przysyłając do nas „sekretarkę” Stanu, Hillary Clinton, by właściwy kandydat mógł w przeddzień wyborów ogrzać się w blasku supermocarstwa. Poniekąd zresztą, nie było wyjścia. Przypominam, że to polskie MSZ jest organizatorem Kongresu Wspólnoty Demokracji i to ono zadecydowało o jego dacie (2 – 4 lipca). Oto sposób na ominięcie ciszy wyborczej - Cornelia Pieper ze swym nachalnym dydaktyzmem może się schować. Idę o zakład, że doniesienia z Kongresu z brylującym wśród międzynarodowej śmietanki (ponad 100 ministrów spraw zagranicznych) Bronisławem Komorowskim będą wylewać się z mediodajni. To będzie temat! A mediodajnie, niczym Eustachy ze znanej reklamy, jak widzą temat, to wytarzałyby się w nim dosłownie...

Nadmienię jeszcze, że ważne jest również to, czego Hillary Clinton nie zrobi. Otóż, nie złoży kwiatów w wawelskiej krypcie na sarkofagu ś.p. Lecha i Marii Kaczyńskich. Zapewne, by uniknąć posądzeń o przedwyborczą agitację... Zaś „drogi Bronisław nr 2”, tak konstruktywny wobec Rosji z którą Stany Zjednoczone pod rządami tandemu Obama – Clinton przeżywają właśnie ognisty romans, to zupełnie co innego, tym bardziej, jeśli zważyć na zasługi Platformy, położone w uwaleniu znienawidzonego przez Demokratów bushowskiego projektu tarczy antyrakietowej. Taka postawa zasługuje na nagrodę w postaci dyskretnego wsparcia w wewnętrznym konflikcie politycznym.

Aż dziwne, że oficjalnego, lub pół - oficjalnego stanowiska nie zajęła Rosja, ale być może w ramach podziału obowiązków, udziela poparcia wielbicielowi WSI na niejawnym froncie kampanii.

V. Po co wybory w protektoracie?

No i powiedzcie sami – po co w ogóle te wybory? Nie taniej byłoby wpisać do konstytucji, że decyzję co do obsady stanowiska prezydenta priwislańskiego protektoratu podejmuje triumwirat Niemcy – USA – Rosja? Tym bardziej, że tym Polaczkom po smoleńskiej katastrofie znów odbiło i gotowi jeszcze zagłosować w skrajnie nieodpowiedzialny sposób, jak nie przymierzając, pięć lat temu. Bo to, widzicie, z tymi Polaczkami nic do końca nie wiadomo. Już – już wydają się spacyfikowani i grzeczni, a tu nagle, ni z tego ni z owego, wywijają jakiś numer. 36 procent z hakiem poparcia dla tego, tfu, Jarosława Kaczyńskiego, wyobrażacie sobie?

Rozbrykanego gówniarza należy wziąć za rączkę i dla jego własnego dobra wykierować na ludzi. Na razie perswazją, po dobroci...

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

środa, 23 czerwca 2010

Burbonowie od sondaży.


... czyli permanentny blamaż „medialnej socjologii”.

I. Powtórka z wielkiej wtopy.

Przedwyborczy blamaż sondażowni, które do końca wykazywały przewagę Bronisława Komorowskiego dwu – trzykrotnie wyższą, niż ten ją miał w rzeczywistości, pokazuje, że zarówno instytucje badawcze, jak i ich klienci są niereformowalni niczym Burbonowie z okresu Restauracji. Nie, wróć - o Burbonach mówiło się, że o niczym nie zapomnieli i niczego się nie nauczyli, zaś w omawianym przypadku mamy do czynienia z przypadkiem znacznie cięższym – brakiem zdolności wyciagania wniosków z doświadczeń, połaczonym z amnezją.

Wydawało się, że większą wtopę, niż ta, która miała miejsce pięć lat temu, przy okazji starcia Donald Tusk – Lech Kaczyński, trudno sobie wyobrazić. A jednak. Okazało się, że biznes sondażowy ma gdzieś własną wiarygodność, zaś tzw. „funkcja perswazyjna” badań (czyli, mówiąc wprost – sondażowa propaganda) pełni rolę zdecydowanie nadrzędną wobec funkcji poznawczej. Jest to poniekąd logiczne – jeżeli komitety wyborcze chcą się naprawdę czegoś dowiedzieć, to zamawiają własne, pogłębione badania, zaś „słupki” pokazywane w mediodajniach to prop – agitka dla maluczkich, zwłaszcza te produkowane metodą telefoniczną. Taniej byłoby pójść do wróżki. Układ herbacianych fusów miałby zbliżoną wiarygodność.

II. Medialna socjologia.


Jedno mnie zastanawia. W kontekście sondażowej kompromitacji, jaką zafundowali sobie w wyborczy wieczór „przyjaciele z TVN i drugiej telewizji komercyjnej” wychodzi na to, że albo uwierzyli we własną propagandę (ciężki błąd), albo lekce sobie ważą rynkową reputację. Sądząc po źle ukrywanym zaskoczeniu, chyba to pierwsze. Medialni macherzy najwyraźniej uwierzyli we własny matrix. Uwierzył chyba również Komorowski któremu marzyło się zwycięstwo w pierwszej turze, ale on generalnie niewiele kuma...

Do tego dodajmy całkiem pokaźne stadko dyżurnych socjologów, tudzież „psychologów społecznych”, którzy odpowiednio upozowani interpretowali ze śmiertelną powagą wyniki kolejnych „badań”, choć jako specjaliści musieli zdawać sobie sprawę, że to wszystko lipa i uczestniczą w procederze wciskania ludziom ciemnoty. Oto oblicze medialnej „socjologii” - miast badać i objaśniać procesy społeczne, jej luminarze czują się powołani do tego, by owe procesy współkształtować.

Pocieszajacy wniosek jest taki, że ludzie zdają się stopniowo emancypować spod „terroru słupków”. Pierwszą jaskółką była wygrana Lecha Kaczyńskiego w 2005 roku na fali „wzmożenia moralnego”, drugą – to, co widzimy w tej chwili.

Acha – sondażu OBOP-u dla TVP Info również bym nie gloryfikował. Akurat t e badanie wykonano rzetelnie, wysyłając ankieterów pod punkty wyborcze, ale odbieram to jako przejaw okazanego w ostatniej chwili instynktu samozachowawczego, którego zabrakło konkurentom.

III. Grupa trzymająca sondaże.

Cóż, gdyby szefom ITI i Polsatu zależało na robieniu rzetelnych telewizji i gdyby czuli minimum szacunku do swych widzów, to pewnie by ich przeprosili i nie zapłacili sondażowniom złamanej złotówki za żadne z „badań” przeprowadzonych na przestrzeni ostatniego miesiąca, które przekraczały 2 – 3 procentowy margines błędu, nie mówiąc oczywiście, o przyszłym korzystaniu z ich usług. Ale, jestem przekonany, że współpraca na linii mediodajnie - „badacze opinii” będzie kwitła i dostarczy nam jeszcze wiele darmowej rozrywki.

Skąd to przekonanie? Ano, wystarczy sobie przypomnieć słynny tekst Piotra Lisiewicza z „Gazety Polskiej” sprzed kilku lat pt. „Grupa trzymająca sondaże”, demaskujący korzenie i związane z nimi aktualne preferencje wiodących sondażowni. Powiem tylko, że nie odbiegają od korzeni i preferencji „medialnych przyjaciół” wymienionych przez Andrzeja Wajdę, będących głównymi zleceniodawcami badań. Tekst do dziś krąży w internecie – polecam. (Tu wersja PDF ze strony Nurniflowenoli)

IV. Własna sondażownia?

Na marginesie – przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Założę własne biuro badania opinii publicznej. Szukających pracy uprzedzam, że nie mam zamiaru nikogo zatrudniać, gdyż nie będę męczył się wykonywaniem żadnych badań. Ograniczę się do zbierania zleceń, następnie usiądę sobie przy biurku (jeszcze nie mam, ale kupię, żeby było bardziej profesjonalnie), poskrobię się po głowie i odeślę wyniki swych przemyśleń zleceniodawcy, biorąc poprawkę na jego preferencje. Gwarantuję przy tym „słupki” w zajebistych kolorkach i spektakularne krzywizny wykresów. Za usługę wezmę połowę tego, co konkurencja a jestem dziwnie spokojny, że nie będę rozmijał się z rzeczywistością bardziej niż przereklamowani „profesjonaliści”.

Czekam na zamówienia.

Gadający Grzyb

www.nurniflowenola.com/wp-content/uploads/2010/04/Lisiewicz_sondaze.pdf

iskry.pl/index.php

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

...a Krzyżacy się zbroją...


My tu, panie, ten tego, a Krzyżacy się zbroją.

1) Panika!

Mediodajnie zapodają, iż czas wakacyjnej laby ma sprzyjać elektoratowi Jarosława Kaczyńskiego. Bo to, wiadomo – głosujący na Platformę, a co za tym idzie – również na Bronka, są bardziej mobilni, nowocześniejsi, zamożniejsi, wielkomiejscy itd., zatem, miast zagłosować, udadzą się na wywczasy. „Zagramaniczne”, rzecz jasna. Tunezja, Egipt, Turcja... Egzotyka!

Z kolei, „pisowska” mniejszość ma być w tychże wyborach nadreprezentowana. Wiadomo – mali, zakompleksieni, biedni ludkowie. Gdzie tam im na wczasy... Egzotykę widzieli co najwyżej w telewizji. O ile stać ich na kablówkę, albo podstawowy pakiet kanałów z satelity. W wyborczą niedzielę stawią się zatem tłumnie do urn, między kiełbaską z grilla, a kolejnym piwkiem i zagłosują na Kaczora...

Oj, jakże martwią się przekaziory...

Z mojego punktu widzenia, była by to nawet kusząca perspektywa. Jest jeden szkopuł. To nieprawda.

2) Aglomeranci.

Ostatnio miałem do czynienia z gromadką osób z pewnej podwarszawskiej miejscowości.. Są to typowi aglomeranci . Aglomerant, pozwólcie że wyjaśnię ten termin z mojego prywatnego słowniczka, jest osobnikiem poczuwającym się do wielkomiejskiego entoruage’u, co wiąże się z obowiązkowym zestawem poglądów. Osobnik ów nie musi mieszkać w wielkim mieście. Nawet seksu w wielkim mieście nie musi uprawiać. Mentalnym zaspokojeniem jest bowiem dla niego świadomość, iż przynależy do aglomeracji – „nowego, wspaniałego świata”.

Innymi słowy – aglomeratywność jest bardziej związana ze stanem ducha i umysłu, niż z miejscem pobytu.

Otóż, owi aglomeranci co do jednego deklarowali się jako zwolennicy Komorowskiego i to w wersji „hard”, rodem ze „Szkła Kontaktowego” czy innej „Wyborczej”. Wiecie, tacy którym robi się „gorzej” na widok twarzy „Kaczora”, którzy są święcie przekonani, iż za katastrofę smoleńską odpowiada Lech Kaczyński, albowiem „wywierał naciski” do spółki z generałem Błasikiem i Mariuszem Kazaną, ba - niewykluczone, że sam generał Błasik osobiście pilotował samolot... zresztą, chyba znamy ten zestaw dogmatów dla eliciarzy pragnących potwierdzić swą przynależność do „lepszej i nowocześniejszej” Polski.

Co więcej, wszyscy dawali wyraz przekonaniu, że ich obywatelskim obowiązkiem jest pójść na wybory po to, by... no, jak myślicie? Tak, zgadliście – po to, by zagłosować na Komorowskiego i postawić tamę recydywie „kaczyzmu”.

Ze wstydem przyznaję, że nie starczyło mi wymowy, by któreś z moich rozmówców przekonać. Wdrukowany w zwoje mózgowe wizerunek śmieszno – strasznego Kaczora zaimpregnował ich na wszystkie argumenty.

3) Każdy głos!

Proszę wziąć to pod rozwagę, zwłaszcza w kontekście pojawiających się tu i ówdzie triumfalistycznych tonów, że będziemy mieli powtórkę z 2005 roku, a być może nawet Jarosław Kaczyński wygra w pierwszej turze. Otóż, póki co - nic nie jest pewne. Aglomeranci – tytułowi „Krzyżacy” też się zbroją. Mobilizują. Oni też tłumnie pójdą na wybory.

Dlatego każdy głos będzie na wagę złota. Nie wiadomo, czy zagłosują np. mieszkańcy rejonów dotkniętych powodzią, czy też przygnieceni kataklizmem skupią się na ratowaniu tego, co ocalało (np. na oczyszczaniu i remontach domostw). Czy innym zechce się ruszyć tyłki od grilla. Czy ta jedna trzecia respondentów szczujących psami ankieterów sondażowni zagłosuje (i ew. na kogo?), czy też zniechęcona do wszystkiego wybierze ucieczkę w prywatność i zostanie w domach, przekonana, że „jeden, panie kochany, wart drugiego”.

Zmobilizujmy zatem rodziny, znajomych. Nie myśmy rozpętali wojnę domową, ale to my możemy ją zakończyć.

Pozostaje mieć nadzieję, że opisani tu aglomeranci, to nie cała Polska. I, że tej reszty Polski wystarczy, by ich przegłosować.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

niedziela, 9 maja 2010

Komorowski poleciał po „jarłyk”?


Tylko od nas będzie zależało, czy przyklepiemy kremlowski „jarłyk” dla Komorowskiego.

Gwoli przypomnienia: jarłyk, był to na podbitej przez Mongołów Rusi akt oddania we władanie ziem nad którymi z woli chana miał panować dany książę. Otrzymanie jarłyku wiązało się z wyprawą do siedziby chana, z której to peregrynacji nie każdy pretendent do władztwa miał szczęście powrócić żywym.

Późniejsza Rosja, której zasadniczy rys cywilizacyjny pozwalam sobie określać mianemzmongolizowanego bizantynizmu” przejęła wiele z mongolskiej kultury politycznej, zaś tradycja „jarłyku” przetrwała do czasów sowieckich, gdzie stała się nieodłącznym elementem sprawowania władzy nad podporządkowanymi krajami. Przybrało to formę wycieczek kolejnych pierwszych sekretarzy na Kreml (obowiązkowa pierwsza wizyta zagraniczna) po czerwone „błogosławieństwo”.

I. Jarłyk dla namiestnika.

I właśnie w tych kategoriach odczytuję obecność pełniącego obowiązki prezydenta (w skrócie - p.o.p.) Bronisława Komorowskiego w Moskwie pod pretekstem obchodów kolejnej rocznicy „zwycięstwa nad faszyzmem”, tym bardziej, że poleciał tam w towarzystwie generała Jaruzelskiego. Tak, wiem, że wizytę wspólnie z generałem miał złożyć również ś.p. Prezydent Lech Kaczyński, tyle że w przypadku Lecha Kaczyńskiego żywiłem nadzieję, że udaje się do Rosji po to, by zostawić Jaruzela tam, gdzie jego miejsce - na Placu Czerwonym, czemu dałem wyraz w notce „Spawacz leci do Moskwy”.

Co do p.o.p. Komorowskiego takiej nadziei nie mam. Pozostaje otwarta kwestia, czy zabrał Jaruzelskiego w charakterze przewodnika, czy też może raczej patrona, który go przed czekistowskimi towarzyszami odpowiednio zaproteguje i wyjedna tym samym upragniony „jarłyk”.

Powie ktoś, że to zbyt grube szyderstwo, niemniej zważywszy na młodość niejakiego „Wolskiego” spędzoną w zaszczytnej służbie Informacji Wojskowej w połączeniu umiłowania WSI, któremu wyraz dawał niejednokrotnie p.o.p. Komorowski, zbójeckim prawem blogera będę utrzymywał, że jest coś na rzeczy.

Jako swoistą promesę otrzymania „jarłyku” traktuję „przyjazne gesty” ze strony obecnych Kremlowładców, jak chociażby przekazanie stronie polskiej kilkudziesięciu tomów akt katyńskiego śledztwa, umorzonego szczęśliwie w 2004 roku. Podobne „gesty” mają na celu po prostu uwiarygodnić w oczach polskiego społeczeństwa ekipę Donalda Tuska i p.o.p. Komorowskiego osobiście, a także zalegitymizować ich spolegliwą wobec Rosji politykę.

Przekaz dla tych, którzy „mają uszy do słuchania” jest jasny: jesteście wobec Rosji „konstruktywni” (czytaj – ulegli), to możecie liczyć na „ocieplenie” – ot, choćby w postaci odtajnienia tego i owego. Moskiewskie archiwa są przepastne. Wystarczą na wynagradzanie spolegliwości kolejnymi „gestami” przez wiele dziesięcioleci.

A durne Polaczki niech ćpają nasz gaz i cieszą się z „dobrosąsiedzkich stosunków”. My w tym czasie zrobimy przewrót w Gruzji, zwasalizujemy Ukrainę, w międzyczasie zaś do reszty przykujemy Priwislański Kraj do naszego surowcowego neo - RWPG…

II. Przekaz dla Polaczków, czyli pozdrowienia z Kremla.

Przekaz, powtórzę, jest dla mnie jasny: „jesteście z nami grzeczni, to my okażemy wam „dobrą wolę”. Nie odtajnimy wprawdzie wszystkiego, żeby Polaczkom od nadmiaru carskiej łaski przypadkiem w dupach się nie poprzewracało, ale ot tak, po trochu… Puścimy w telewizji film waszego Andrieja Wajdy. Do kin, oczywiście, nie wejdzie, bo by wam się… patrz wyżej, ale doceńcie to co dajemy.

W zamian oczekujemy niewiele. Ot, zagłosujcie w wolnych i demokratycznych wyborach na tych, co trzeba. Na tych, mianowicie, którym nie postała by w głowach kretyńska myśl, by pchać się niepotrzebnie do Gruzji, czy „wciągać” do wrażych struktur Ukrainę. Na tych, którzy są „pragmatycznie” nastawieni do naszego gazu i nie roją o jakiejś tam „aktywnej polityce wschodniej”. My mamy o wiele aktywniejszą politykę zachodnią i to wystarczy. Po co więcej?

A jeżeli wybierzecie jakichś nieodpowiedzialnych awanturników od wymachiwania szabelką i wtykania nosa do naszego śledztwa, to figę z makiem zobaczycie, a nie katyńskie papiery, zaś nasze śledztwo w sprawie „spadniętego” Tupolewa potrwa tyle, ile uznamy za stosowne. Bo niesłuszny i nieracjonalny wybór priwislańskiej ludności sprawi, ze poczujemy się dotknięci. I rozdrażnieni. Uznamy, że wasza demokracja zmierza w niewłaściwym kierunku.

Zatem po dobroci prosimy – wybierzcie tego, któremu nadajemy nasz jarłyk, dobrze? Jednocześnie kierujemy do priwislańskich tubylców braterskie, kremlowsko – czekistowskie pozdrowienia, a także zapewnienia o nieustającej woli owocnej współpracy i dalszego zacieśniania dobrosąsiedzkich stosunków. Aż do skutku.”

***

Osobiście, jestem ciekaw, gdzie p.o.p. Bronisław Komorowski zostanie ustawiony na kremlowskiej trybunie. Jeżeli będzie stał w miarę blisko Putina i Miedwiediewa, będzie znaczyło to, że misja została wykonana – otrzymał „jarłyk”.

I tylko od nas będzie zależało, czy przyklepiemy ów „jarłyk” naszymi głosami w czerwcowo – lipcowych wyborach.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl