Pokazywanie postów oznaczonych etykietą parnasiarze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą parnasiarze. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 lutego 2011

Anty-polityka historyczna


... czyli wiwisekcja intelektualnego zaplecza obozu III RP



W ostatniej notce „Policzek z prawa, policzek z lewa” napisałem, że polityki historycznej ma u nas nie być, mimo że uprawiają ją z powodzeniem nasi sąsiedzi. No i bach – zagalopowałem się, gdyż sprawa jest nieco bardziej skomplikowana.


I. Krótka charakterystyka.


To, że „obóz III RP” zwalcza hasło „polityki historycznej” bynajmniej nie znaczy, że takowej polityki nie praktykuje. Ona jest, tylko uprawiana z właściwą Salonowi hipokryzją, bez używania źle kojarzącej się nazwy. Prowadzi ją konsekwentnie od zarania III RP środowisko Bogów Demokracji. Ta polityka charakteryzuje się z jednej strony gloryfikacją środowisk postokrągłostołowych, które w ramach szlachetnego kompromisu „ponad podziałami” podarowały nadwiślańskim Murzynom wolność, z drugiej zaś – wpędzaniem tychże Murzynów w postkolonialne kompleksy za pomocą procederu, który bodaj Bronisław Wildstein określił mianem „pedagogiki wstydu”. W ramach tejże pedagogiki trzyma się polskich czarnuchów w permanentnym poczuciu niższości, wypominając, że jeszcze nie tak dawno chodzili bez ubrań, nie wiedzieli co to krzesło i z upodobaniem praktykowali kanibalizm. Co więcej, w mentalności tubylczej „ludożery” wciąż są obecne owe kanibalistyczne miazmaty, które mogą w każdej chwili dojść do głosu. Dlatego też ciemnych autochtonów należy prewencyjnie obezwładnić moralnie, bo jak nie, to ani chybi rozpalą ogień pod kotłami i skonsumują natchnionych misjonarzy z Czerskiej i okolic.


II. Dwaj panowie G.


Dobrą ilustracją opisanej powyżej metody jest zachowanie wydawnictwa „Znak” wobec książek dwóch panów G.- Romana Graczyka („Cena przetrwania. SB a Tygodnik Powszechny") i Jana Tomasz Grossa („Złote Żniwa”).


Jak wiadomo, „Znak” odmówił wydania wyważonej i opartej na solidnych badaniach archiwalnych książki Romana Graczyka o środowisku „Tygodnika Powszechnego” i uwikłaniu niektórych jego prominentnych przedstawicieli w kolaborację z SB, za to publikuje książkę-paszkwil J.T. Grossa o rzekomych polskich hienach cmentarnych polujących na Żydów i ich majątki.


Książki Graczyka „Znak” nie wydał, gdyż ponoć zniesławia „środowisko”, za to książkę Grossa szkalującą cały naród – proszę bardzo. Bliższa ciału koszula. Bliższe dobre imię swojego towarzystwa, niż dobre imię Polski i Polaków. „Moim zdaniem, książka nie odpowiada rzeczywistości historycznej PRL, w jakiej pracowali ludzie „Tygodnika” i w jakimś sensie jest wobec tego środowiska niesprawiedliwa” - stwierdza prezes „Znaku”, Henryk Woźniakowski. Za to książka „Złote żniwa”, jak można się domyślać, odpowiada jak najbardziej historycznej rzeczywistości i jest wobec Polaków kryształowo wręcz obiektywna i uczciwa.


Oczywiście, przyczyny takiego postępowania tkwią właśnie w logice tytułowej anty-polityki historycznej. „Złote Żniwa” wpisują się bowiem doskonale w proceder „pedagogiki wstydu”, mającej trzymać w ryzach polskich Murzynów, natomiast praca Graczyka, jako rzucająca cień na środowisko samozwańczych „elit”, odbiera im moralną legitymację do sprawowania z wysokości parnasów rządu dusz i umysłów postkolonialnego „bydła”.


Puentę dopisała sojusznicza „Gazeta Wyborcza” we właściwym sobie, unikalnym stylu, jedną ręką broniąc tak przydatnego Grossa, drugą zaś masakrując Graczyka w tekście pod znamiennym tytułem „Esbeckim okiem na Tygodnik Powszechny, odwołującym się do dwudziestoletniej linii redakcyjnej tępiącej „dzikich” lustratorów, której nie zmodyfikowała nawet sprawa „Ketmana”-Maleszki. Dodam, że demaskacja Lesława Maleszki i reakcja Michnika była przyczyną zrewidowania przez Romana Graczyka swego stanowiska w kwestii lustracji.


III. Współczucie dla Salonu.


Teraz zabawię się w empatię... Nie, tak naprawdę, to nie tyle „zabawię”, ile postaram się wczuć na chwilę w psychologiczną sytuację naszych „blaskomiotnych” i ich akolitów.


Zadajmy sobie pytanie: jakie są przyczyny tak konsekwentnej postawy salonowszczyzny, każącej trwać w polonofobicznym zacietrzewieniu wbrew wszystkiemu i wytaczać najcięższe działa na każdą oznakę mogącą świadczyć, że Polacy odzyskują wiarę w tradycyjne, patriotyczne wartości, choćby miała to być grupa osób modlących się pod krzyżem, bądź pokojowy przemarsz ulicami Stolicy w dniu 11 Listopada?


Wysunę tu hipotezę może mało odkrywczą, ale chyba do tej pory nie dość mocno zwerbalizowaną: źródłem polonofobii intelektualnego zaplecza III RP jest irracjonalny strach, mający swe źródło w jakiejś traumie z przeszłości. Odwołam się tu do słynnego wywiadu Michała Cichego dla „Dziennika”, w którym stwierdził m.in., że Helena Łuczywo za swą życiową misję przyjęła chronienie Żydów w Polsce przed jakimkolwiek złym losem. Taka postawa musi wypływać z konkretnych zaszłości – dzisiejsi intelektualni dyrygenci z Parnasu III RP nasłuchali się od swych antenatów z KPP o zwierzęcym antysemityzmie mającym jakoby cechować rzeczywistość społeczno-polityczną Polski międzywojennej, następnie zaś oni sami i ich partyjni bliscy doświadczyli na własnej skórze Marca roku 1968 i „antysyjonistycznej” czystki z rąk moczarowszczyzny, angażującej instrumentalnie „narodową” retorykę do wewnątrzpartyjnych rozgrywek.


Stąd ich spaczone spojrzenie na Polskę. Każdą oznakę patriotyzmu traktują jako potencjalny zalążek szowinizmu. W sumie, to biedni ludzie. „Biedni” oczywiście nie w sensie materialnym, tylko – jakby to ująć? - „psychospołecznym”. Tyle, że zarazem cholernie szkodliwi, bo ich antypolskie fobie zatruwają życie publiczne, stając się obowiązującymi, opiniotwórczymi dogmatami – od wpływowego socjologa po najgłupszą panienkę z tele-okienka i „aspirującego” leminga karmiącego mózgownicę przekazem wiodących mediodajni.


W ten sposób hodowana jest lumpeninteligencja z awansu, którą następnie nakleja się niczym PRL-owskie etykiety zastępcze na słoiku z zawartością: „Naród".


Ale też, tak po ludzku, trochę nad „saloniarzami” ubolewam. Ludzie o często niepospolitej inteligencji uwięzieni w matni irracjonalnego strachu przed polskością - to smutny widok.


IV. Ksenofobia a la Czerska.


Efektem wspomnianych lęków jest syndrom oblężonej twierdzy i ksenofobia. Tak właśnie: ksenofobia - strach przed „polskimi Murzynami” - owymi stereotypowymi „moherami”, starszymi, gorzej wykształconymi, z mniejszych ośrodków, kultywującymi „płytki”, „ludowy”, „maryjny” katolicyzm... Swą ksenofobię i związane z nią kolejne przywary „twierdza oświeconych” ze środowiska „GW” nader ochoczo przenosi na swych ideowych przeciwników. Traktując redakcję na Czerskiej jako pewien symbol można powiedzieć, że „parnasiarze” czują się w swym złotym zamku osaczeni przez polskość, którą utożsamiają z nacjonalizmem. Właśnie dlatego używają swej potęgi materialno-medialnej do uprawiania permanentnej „pedagogiki wstydu" - ich antypatriotyczne fobie każą im dokładać wszelkich starań, by wytłumić „demony polskiego nacjonalizmu" u miejscowych dzikusów, przy czym za „nacjonalizm" uznają patriotyzm... i tak w koło Macieju.


Przerażające jest, że ich post-Marcowe, pokoleniowe traumy i fobie wsparte komunistycznymi uwikłaniami dyktują „klimat intelektualny". Zamiast uzdrawiać społeczeństwo (co, zdaje się, jest ich celem), zatruwają. Zakładając cenzorski knebel i podrywając godnościowe podstawy patriotyzmu  rewitalizują w ten sposób, wbrew swym intencjom, najróżniejsze radykalizmy, w tym również antysemickie resentymenty. Prosta zasada: akcja – reakcja. Można rzec, iż są odwrotnością faustowskiego Mefistofelesa - on był „częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc czyniła dobro”, oni - wiecznie dobra pragnąc, wyrządzają zło.


V. Postępowi Kononowicze.


Konsekwencją anty-polityki historycznej jest również entuzjastyczny euro-internacjonalizm. W uproszczeniu, gerontokratyczny „beton” z nadwiślańskiego „pokolenia ‘68” rozumuje tak: skoro Niemcy zrobili Holocaust, a polscy komuniści od Moczara - Marzec, posiłkując się „narodową" retoryką, to już lepiej, żeby nie było żadnych narodów. Tacy postępowi Kononowicze: „żeby nie było niczego". Stąd utopijne dążenie do bez-narodowej, europejskiej magmy, w której mają roztopić się wszelkie „nacjonalizmy". Swoją drogą – poziom intelektualny Johna Lennona z „Imagine”...


Temu służą. I fiasko tej hołubionej do granic zacietrzewienia utopii prędzej czy później się na nich zemści.


Może się zdarzyć, że doprowadzony do ostateczności tłum ruszy na Czerską, Wiertniczą... Mogą się wtedy dziać rzeczy straszne. Każda, nawet najbardziej szczelna propaganda ma swoje granice, zwłaszcza gdy ludziom zrobi się pusto w garnkach. I wtedy przypomną sobie, kto faszerował ich narracją upodlenia. Senny koszmar z postępowymi misjonarzami gotowanymi w kotłach przez „dzikich” może się ziścić.


Nie wyczekuję tego. Ostrzegam.


Gadający Grzyb



pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

sobota, 21 sierpnia 2010

Kosmopolita.


Naszym elitom udał się zakrojony na ogólnospołeczną skalę eksperyment wychowawczy.

I. „Ja nie wiem, co ja jestem”.

Miałem niedawno okazję rozmawiać z pewnym człowiekiem... no właśnie, jak go określić? Formalnie jest to Polak pochodzący ze Śląska, mieszkający obecnie w Niemczech i podwójny, polsko – niemiecki obywatel, przemieszczający się w interesach miedzy oboma krajami. Zapytany o samoidentyfikację, odparł z rozbrajającą szczerością (i wyraźnym śląskim akcentem): „Ja nie wiem, co ja jestem”. Kosmopolityczny człowiek sukcesu, spełniony biznesmen, słowem – chodzący ideał „Wyborczej”, gdyby nie to, że wykształcenie zakończył pewnie gdzieś w okolicach zawodówki (świadczył o tym ubogi zasób słów i niezdolność do formułowania własnych wypowiedzi, zastępowana wykrzykiwaniem gazetowych sloganów), zaś wiekowo oscylował około sześćdziesiątki.

Jak to bywa przy wódce, rozmowa zeszła na politykę. Okazało się, że rozmówca prezentuje zestaw poglądów charakterystyczny dla mediodajnianego mainstreamu w tak krystalicznej formie, że było to wręcz... fascynujące. Do tego dochodziło uwielbienie dla Niemiec i sformułowania (z pozycji wyższości) typu: „wy, Polacy...”

W punktach dałoby się to przedstawić następująco:

- po co grzebać się w przeszłości (rozpamiętywać krzywdy, wywlekać jakieś papiery jak te popaprańce z IPN-u);

- Kaczory to zacięte, złośliwe kurduple, gnębiący niewinnych ludzi (przykład – doktor Mirosław G.);

- obrońcy Krzyża to banda zdewociałych fanatyków;

- Polska za Kaczorów jazgotała na Rosję niczym ratlerek na buldoga, zamiast siedzieć cicho;

- uznanie własnej niższości powinno cechować Polskę również w stosunku do Niemiec;

- Lech Kaczyński z „tymi, no wiesz, innymi” nie powinien był pchać się do Gruzji, bo tylko wnerwił Rosję;

- jak będziemy wobec mocarstw grzeczni, to może pozwolą nam sobie z nimi pohandlować (a jak pozwolą, mamy się cieszyć i nie podskakiwać);

- na podobnej zasadzie lepiej dać sobie spokój z naciskaniem na wyjaśnienie katastrofy smoleńskiej...

... i te de, i te pe.

Jako, że jestem przyzwyczajony, iż w niemal każdym towarzystwie (prócz Niepoprawnych;)) jestem odosobniony ze swymi poglądami, podjąłem z facetem polemikę, która sama w sobie była wielce frapująca – on był dla mnie obiektem badawczym jako modelowy okaz wykorzenienia podpartego intelektualnym gulaszem serwowanym przez mediodajnie, ja dla niego – przykładem patrioty o poglądach jakie do tej pory znał jedynie z medialnych przekazów i które mają rzekomo ograniczać się do garstki moherowych staruszek.

Jednym z większych komplementów, jakimi obdarzył mnie rozmówca, było stwierdzenie, że nadawałbym się do tych „popaprańców” od Wałęsy – Cenckiewicza i tego drugiego, jak mu tam... Facet nie mógł uwierzyć, że to co dla niego jest formą anatemy, dla niektórych może być powodem do dumy.

II. Pokolenie Marii Peszek.

Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że wg mnie takich jak on będzie przybywać. O ile w pokoleniu mojego rozmówcy – pięćdziesięcio, - sześćdziesięcio latków, takie totalne wykorzenienie jest zjawiskiem jeszcze stosunkowo rzadkim (nawet komuniści, by chronić swe biografie deklarują jakąś formę patriotyzmu), o tyle „pokolenie Marii Peszek” faktycznie w przypadku „sytuacji militarnej” może masowo „spieprzać jak najdalej”, gdyż jak naucza Marek Kondrat „Polska nie jest najważniejsza”. Postawa charakteryzująca się zacytowanym na początku tekstu stwierdzeniem „ja nie wiem, co ja jestem”, choć może wyrażona lepszą polszczyzną będzie się upowszechniać. Patrzenie na czubek własnego nosa i brak wspólnotowych więzi od dwudziestu lat umiejętnie hodowane i nobilitowane przez intelektualny parnas, wsparte tendencjami demograficzno – społecznymi powoduje, że za chwilę decydujący wpływ na sprawy Polski będzie miało pokolenie rozpieszczonych, ukierunkowanych na hedonizm („róbta co chceta”) jedynaków. Degrengolada szkolnictwa z okrojonymi do absurdu lekcjami historii i jechaną na brykach literaturą dopełnia obrazu spustoszenia.

Można powiedzieć, że opisywany tu polsko – niemiecki Ślązak jest swoistym prekursorem tych, którzy wnet nadejdą. Odnoszę wrażenie, że doskonale dogadałby się z zebraną niedawno na Krakowskim Przedmieściu za sprawą Dominika Tarasa młodocianą barbarią. Łączy ich bowiem jeszcze jedno: tłumione poczucie prowincjonalizmu każące pogardliwie traktować wszelkie przejawy polskości i z cielęcym zachwytem wpatrywać się we wszystko, co pochodzi z „Reichu”, czy szerzej – Zachodu.

Po dwudziestu latach można śmiało powiedzieć, że naszym elitom udał się zakrojony na ogólnospołeczną skalę eksperyment wychowawczy. A że produkty owego eksperymentu „nie wiedzą, co oni są”? Tym lepiej. Taka wiedza tylko zamyka nas w zaścianku i budzi „demony polskiego patriotyzmu”, jednym słowem – same z nią problemy...

III. Epilog.

Następnego dnia dotarła do mnie wieść, że ów człowiek wspominając naszą dyskusję powiedział wspólnym znajomym: „no, z takim patriotą to ja jeszcze nie gadałem”. Nie wiem, czy powinienem uznać to za komplement. Czy odezwała się w nim nutka niechętnego podziwu, czy przeciwnie – takich jak ja traktuje jako skazaną na wymarcie zoologiczną ciekawostkę...

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

piątek, 20 sierpnia 2010

Operacja „Przeniesienie”.


Opowieść o walce z pewną samowolą budowlaną.

A miało być tak pięknie... Wyprane z pamięci eliciarstwo miało pod przewodem salonowszczyzny powtarzać mantrę o winie Lecha Kaczyńskiego w smoleńskiej katastrofie, odczuwać fizyczną odrazę na widok – cóż za nieszczęście - wciąż żyjącego jego brata i rechotać z wysilonych konceptów Wojewódzkiego, tudzież innego Palikota. Tymczasem, sprawa uległa niespodziewanym komplikacjom... A wszystko przez ciąg wydarzeń, który pozwoliłem sobie określić łącznym mianem Operacji „Przeniesienie”.

I. Etap pierwszy.

Plan był prosty.

1) Urobić organizacje harcerskie i Kościół co do przeniesienia smoleńskiego Krzyża „w bardziej godne miejsce". Niesie wprawdzie to niewygodny podtekst, jakoby teren Pałacu Prezydenckiego nie był dostatecznie „godnym" miejscem dla Krzyża, ale trudno. Przyjaciele z prywatnych stacji dopomogą, by nikt nie zwrócił uwagi na ów drobny dysonans.

2) Operację „Przeniesienie" należy wykonać w dzień powszedni, w godzinach pracy, tak by możliwie niewielu oszołomów zdzierało gardła i wymachiwało krucyfiksami podczas uroczystości. Nieliczną garstkę obecnych strażników krzyża łatwo będzie przedstawić jako oszalałych z nienawiści awanturników i sterowanych politycznie mąciwodów (co też zrobiono, wedle wypracowanego jeszcze za Urbana a praktykowanego po dziś dzień wzorca).

3) Wykorzystać propagandowo do maksimum głosy przyjaznych nam przedstawicieli kleru, w celu upowszechnienia wśród szerokich mas wrażenia, że samozwańczy tzw. „obrońcy krzyża” oscylują na pograniczu sekciarstwa i schizmy.

Coś poszło jednak nie tak. To, co wydarzyło się 3 sierpnia pokazało, że twórców planu po raz kolejny totalnie zaskoczyła siła społecznej mobilizacji. Znów nie docenili potrzeby pamięci, przed którą tak przemożny strach odczuwa nadwiślańskie parnasiarstwo i postępujący wedle jego wytycznych bezwolni eliciarze.

Sądzili zapewne, że ów żar, który po dziesiątym kwietnia wybuchł im z taką mocą prosto w opuchłe od samozadowolenia mordy, wygasł. Że pamięć wyblakła, uniesienia zaś rozeszły się po kościach. A tu – nie. Nie przyszła bronić smoleńskiego krzyża garstka moherowych staruszek z parasolkami, jak zapewne się spodziewano. Pod Pałacem był cały przekrój społeczny – świadomi swych praw obywatele, którzy doskonale widzieli, że ktoś próbuje zrobić ich w konia, zadeptać pamięć i że nie jest to PiS, czy Jarosław Kaczyński.

Krzyża nie przeniesiono.

II. Etap drugi.

Przez chwilę w szeregach „Polski jasnej” zapanowała dezorientacja. Poskrobano się jednak w mądre głowy i postanowiono kontynuować operację „Przeniesienie” nieoficjalnymi, na poły improwizowanymi metodami, obliczonymi na zniechęcenie garstki stróżujących. Rozpoczął się conocny festiwal „spontanicznego” nękania obrońców smoleńskiego krzyża przez wielkomiejskich wychowanków antypedagogiki tolerancjonizmu. Wszystko przy bierności Policji Państwowej i absencji Straży Miejskiej, a współanimowane przez gangstera Zbigniewa S., pseudonim „Niemiec”.

Punktem kulminacyjnym była nocna demonstracja zorganizowana przez niejakiego Dominika Tarasa, przy owacyjnej wrzawie tolerancjonistycznych mediodajni i cichej aprobacie władz miasta, którym na tę okoliczność przestały przeszkadzać militarystyczne fotki. Wiadomo – militarysta prawicowy być zły, militarysta lewicowy być przepełnionym troską o neutralność światopoglądową obywatelem, który dawać wyraz swym poglądom we właściwy dla swego pokolenia sposób. Było głośno, hucznie i ze wsparciem autorytetów („parnasiarzy”).

Nic z tego, fundamentalni „katole” trwali w swym zapiekłym, nienawistnym uporze, miast wynieść się do kruchty. Szerzej pisałem o tym w notce „Egzamin”.

III. Etap trzeci (akcja "Tablica").

Cóż począć - trzeba było uruchomić etap trzeci. Rozpoczął się od pozornego ustępstwa i „aktu dobrej woli”, jakim było upamiętnienie w pół – konspiracyjnej formie setek tysięcy ludzi, którzy gromadzili się w dniach żałoby na Krakowskim Przedmieściu. Zwróćmy uwagę – podobnie jak w etapie pierwszym, odbyło się to w dzień powszedni i w godzinach pracy. Różnica jest taka, że tym razem akcję zachowano w głębokim sekrecie. To interpretacja przy maksimum dobrej woli (i naiwności).

Interpretacja realna ponurej hecy z przedpołudnia 12.08.2010 jest taka, że Platformę i prezydenta Komorowskiego osobiście, nie mówiąc już o eliciarsko – parnasiarskich „władcach opinii”, wciąż trawi dojmujący strach. Są na tyle owładnięci psychozą możliwego „kultu Lecha Kaczyńskiego” i pamięci o nie rokującej szans na rzetelne wyjaśnienie smoleńskiej katastrofie, że gotowi są na wszystko, by ten dręczący ich koszmar zadeptać wszelkimi sposobami.

Pomnik na dziedzińcu jednego z najważniejszych miejsc w Polsce promieniujący pamięcią o niewyjaśnionej tragedii, to bomba pod tyłkami rządzących, która może wybuchnąć w najmniej spodziewanym momencie. I oni doskonale o tym wiedzą. Martwy Lech Kaczyński (a właściwie – pamięć o nim) stał się groźnym przeciwnikiem.

Wmurowano więc chyłkiem – boczkiem to „coś”, nie informując nikogo i poszło przesłanie: „mata tę waszą tabliczkę i spierdalajta”. Przesłanie owo, wyrażane rzecz jasna w innej formie, podchwyciły mediodajnie – te niezawodne pasy transmisyjne, wciąż pamiętające gorycz wstydu z kwietniowych dni, gdy pokazano im gdzie ich miejsce. Starannie ignoruje się przy tym fakt, że tablica owa nie służy upamiętnieniu ofiar, tylko żałobników. Że akcję przeprowadzono w sposób haniebnie wręcz skryty, jak na rangę wydarzenia, które ma upamiętniać. Że demonstracyjnie zlekceważono rodziny ofiar.

Szczytem cynizmu było oświadczenie, że para prezydencka owszem, będzie miała swoją tablicę, ale... w kaplicy Pałacu Prezydenckiego! Czytaj – tak, aby nikt z zewnątrz, a ciemny „motłoch” w szczególności nie miał do niej dostępu.

Kościół hierarchiczny, który wbrew medialnemu stereotypowi, wcale nie jest „propisowski”, ponadto, niezależnie od aktualnej władzy, każdorazowo zdradza ciągoty do sojuszu z „tronem” też ma tu do odegrania swoją rolę w rozmywaniu obrazu wydarzeń.

***

Przygnębiającym widokiem było oglądanie konferencji prasowej obrońców krzyża, gdzie obstąpieni przez mediodajnianą swołocz ludzie z wypisanym na twarzy zmęczeniem, zmuszeni byli odgryzać się dziennikarskiej psiarni, która na tę okoliczność porzuciła resztki pozorów nie tyle obiektywizmu (tego nikt przytomny nie oczekuje od dawna) ile zwykłej, ludzkiej empatii. Mówi się, że tłum pozbawiony jest uczuć wyższych i zachowuje się w sposób właściwy psychopatom. Dotyczy to także działających tłumnie dziennikarzy, których pytania, zadawane z coraz większą natarczywością, sprowadzały się do jednego: kiedy dacie sobie spokój i przestaniecie kłuć w oczy swoją obecnością?

Odpowiedzi były często emocjonalne, ostre. Nie dziwię się – poczucie krzywdy, osamotnienia, fizyczne wyczerpanie i zszarpane nerwy nie służą wyważaniu opinii. Dała się zresztą zauważyć wśród obrońców różnica zdań i podział, umownie rzecz ujmując, na „umiarkowanych” i „radykałów”. I kto wie, czy uwidocznienie owego podziału nie było jednym z celów akcji „tablica”...

Dziś jednak nurtuje mnie inne pytanie: Jaki będzie czwarty etap operacji „Przeniesienie”?

Gadający Grzyb

P.S. Jako ilustracji użyłem miniatury fotomontażu autorstwa Akiko. Pozwoliłem sobie zapisać go pod tytułem „Egzamin”.

P.S. II. Wmurowana tablica ma upamiętniać dni żałoby i żałobników. Jako jeden z żałobników dziękuję, czuję się usatysfakcjonowany. Tylko, że będzie mi trochę głupio, gdy przybędę któregoś dnia do Warszawy i stanę przed tą tablicą. Bo co – kwiaty mam samemu sobie złożyć, czy świeczkę zapalić?

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

środa, 7 lipca 2010

Polityka mrożonego g...na.


Prezydentura Bronisława Komorowskiego w aspekcie międzynarodowym.

Tym, którym tytuł niniejszej notki wydaje się zbyt drastyczny / niesmaczny, wyjaśniam, iż na termin „polityka mrożonego gówna” natknąłem się w książce Wiktora Suworowa pt. „Klęska”, a konkretnie - w motcie rozdziału 6 zawierającym cytat z „Literaturnej gaziety”(20.11.1996r.), którym to plastycznym sformułowaniem rosyjski tygodnik opisał ostatnie 30 lat istnienia Związku Radzieckiego, kiedy to niewspółmiernym kosztem usiłowano przedłużyć życie i prestiż międzynarodowy skrajnie niewydolnego sowieckiego systemu. Innymi słowy - „mrożono” radzieckie g...no, żeby nie śmierdziało.

Pozwoliłem sobie ową metaforę potraktować nieco szerzej.

Uprzedzam – to długi wywód.

I. Głosowanie „pożytecznych idiotów”.


Jak wiadomo, Polacy zgodnie z życzeniem pani Cornelii Pieper, tudzież reszty międzynarodowego Salonu wybrali na prezydenta Bronisława Komorowskiego. To dobry moment, by przyjrzeć się naszej międzynarodowej (szczególnie regionalnej) pozycji w perspektywie ostatniego dwudziestolecia.

Pozornie jest OK. Weszliśmy do głównych zachodnich struktur – UE, NATO... W praktyce jednak nasza realna podmiotowość jest nader ograniczona.

Spójrzmy.

1)
Niemiecka agentura wpływu tresuje słowiańskich ubermenschen w rozumieniu tego, co należy postrzegać jako „europejskie” i „modernizacyjne”, a co – jako „szowinistyczne” i „zaściankowe”. Przy czym, dziwnym trafem, każdorazowo okazuje się, iż to co jest „europejskie” zgodne jest z interesem Niemiec, zaś to co „zaściankowe” jest z tymże interesem sprzeczne. Pełne satysfakcji pomruki niemieckiej prasy i politycznego mainstreamu na zwycięstwo Bronisława Komorowskiego, okraszone „modernizacyjną” retoryką, są wielce wymowne.

2) Rosyjska agentura wpływu tresuje z kolei mieszkańców Priwislańskiego Kraju co do tego, jakie nasze zachowania sprzyjają „ociepleniu”, czy wręcz „pojednaniu” i rozwijaniu konstruktywnej współpracy, jakie zaś są „niekonstruktywne”, a wręcz „wrogie”. I tu również, dziwnym trafem, każdorazowo okazuje się, iż to co służy „ociepleniu” i „pojednaniu” zgodne jest z interesem Rosji, zaś to co „niekonstruktywne” jest z tymże interesem sprzeczne. Wydawać pełnych satysfakcji odgłosów na elekcję Komorowskiego Rosjanie nie muszą. Od momentu przekazania im smoleńskiego śledztwa i bez tego trzymają nas w gołębim uścisku pojednania. Ich milczenie w sprawie beneficjenta moskiewskiego jarłyku również jest wielce wymowne. Gdyby zwyciężył ktoś im niemiły, z pewnością zaczęli by krzyczeć.

3) Amerykańska agentura wpływu tresuje „Polaczków” w sztuce „bycia dobrym sojusznikiem”, „wiarygodnym partnerem” i w umiejętnościach podtrzymywania „więzi atlantyckich”. Przy czym, „bycie dobrym sojusznikiem / wiarygodnym partnerem” każdorazowo zbiega się z interesami Stanów Zjednoczonych... i tak dalej. Każdy, kto przeczytał poprzednie akapity, wie o co mi chodzi.

My zaś mamy europejsko – dobrosąsiedzko - transatlantycki „obowiązek” zaspokoić trzech głównych graczy. Na raz. Nie licząc graczy pomniejszych, którzy również mają swoje interesy.

Istna międzynarodowa kamasutra.

II. Międzynarodowa dziwka.


No cóż. Skoro zrządzeniem historii (aczkolwiek nie bez własnej winy) od schyłku I Rzeczypospolitej jesteśmy międzynarodową dziwką, zawsze w służbie komuś, zawsze, z przeproszeniem, dymaną w interesie obcych potencji, to przynajmniej powinniśmy nauczyć się wyciągania maksimum profitów z naszego nieszczęsnego położenia. Opanować sztukę dojenia klienta. Dzięki umiejętnemu rozgrywaniu sprzecznych interesów stron wyrywających sobie postaw czerwonego sukna, można było wiele osiągnąć dla naszej korzyści. Tyle, że nasi parnasiarze z chronicznym deficytem niezawisłości ducha tego nie potrafią. Potrafią jedynie wpatrywać się z cielęcym zachwytem parweniuszy w kolejnych możnych protektorów, słuchać i wypełniać polecenia

Inteligentna dziwka zostaje z czasem burdelmamą. Dziwka głupia kończy w rynsztoku.

Mieliśmy szansę zostać „burdelmamą” naszego „postjagiellońskiego” regionu. Szansę tę zmarnowaliśmy.

Teraz rozgrywanie wzajemnych animozji rywalizujących o Polskę mocarstw będzie nader utrudnione. Może wręcz niemożliwe. Z prostego powodu: wczorajsi rywale najwyraźniej porozumieli się (przynajmniej z grubsza) co do wpływów w Polsce. Przy czym, w owym trójporozumieniu prym wiodą, jak przed rozbiorami, Niemcy (wówczas – Prusy) i Rosja.

Stanom Zjednoczonym przypadła ciut pośledniejsza rola Austrii, tym bardziej, iż „obamowcy” swe geopolityczne interesy skierowali w inne punkty globu, od naszego regionu wymagając jednego: świętego spokoju. Albo spokoju jakiegokolwiek, niechby nawet bezprzymiotnikowego. Co nie znaczy, że nie skorzystają z kawałka tortu, gdy tylko nadarzy się okazja.

I tu trzeba będzie pilnować na jakich warunkach dopuścimy amerykańskie firmy do ewentualnej eksploatacji gazu łupkowego.

No dobra, poniosła mnie fantazja. Już widzę, jak tego dopilnujemy...

III. „Mrożona” polityka wschodnia.


Mieliśmy niemal dwadzieścia lat, by stworzyć w regionie, którego jesteśmy ponoć „naturalnym liderem”, sprawną i rozbudowaną agenturę wpływu. No, wiecie – instytuty, centra badawcze, fundacje... Mogliśmy pozyskać dla tych inicjatyw miejscowe autorytety. Albo wykreować własne. Poszłyby za tym media, za mediami zaś – ludzie. Głosowaliby po naszemu, tak jak dziś większość Polaków głosuje po myśli Niemiec i Rosji. Dla poważnego państwa dwie dekady na realizację takiego zadania to aż nadto.

Gdybyśmy byli poważnym państwem, zrobilibyśmy to.

Tymczasem Ukraina pod rządami Janukowycza bezpowrotnie osuwa się w rosyjską strefę wpływów. O Białorusi nie ma nawet co gadać. Pribałtika również okazała się wyzwaniem ponad nasze możliwości. Tym bardziej, że co i rusz, różni „dobrzy ludzie” ostrzegali nas przed „wymachiwaniem szabelką” i „aktywną polityką wschodnią”.

Posłuchaliśmy „dobrych ludzi”. I przegraliśmy region. Jedyny antrakt w spektaklu naszej niemocy, to okres między „pomarańczową rewolucją” (przełom lat 2004/2005), a wygraną ekipy Tuska (2007), z późniejszym heroicznym epizodem wyprawy pięciu przywódców pod przewodem Prezydenta Lecha Kaczyńskiego do Gruzji w sierpniu 2008 (wbrew woli Rządu RP!). Zwieńczeniem - tragiczny finał w Smoleńsku.

Dlaczego nie potrafiliśmy stworzyć skutecznej agentury wpływu i szerzej – konsekwentnej polityki zagranicznej? Bo analogiczna agentura innych państw usadowiona u nas do tego nie dopuściła. A nasi parnasiarze i podążający w ślad za nimi eliciarze byli aż nadto chętni by się światłym zaleceniom „życzliwych” nam „partnerów” podporządkować, wszelkie przejawy zbytniej samodzielności Polski traktując jako szkodliwą chimerę.

Poczynania obecnej ekipy rządzącej, świadomie odchodzącej od idei „polityki jagiellońskiej”, która tak drażniła dysponentów rezydujących u nas agentur wpływu, na rzecz „płynięcia z głównym nurtem” oznacza jedno: wybór Bronisława Komorowskiego na prezydenta III RP jest sygnałem, iż w kwestii stosunków międzynarodowych będziemy kontynuować „politykę mrożonego g..na”. Nie zmieni tego faktu kurtuazyjne nazwanie tego co Polska zrobi „polityką piastowską”, powrotem do „realizmu” (w miejsce wcześniejszych rzekomych „mrzonek”), czy czymkolwiek innym.

Zostaniemy z „partnerstwem wschodnim” - wirtualnym bytem nie przekładającym się na realia. Wszystko okraszone uśmiechami ze strony tych, którzy porozumieli się co do naszego losu.

Niby funkcjonujemy w „przestrzeni międzynarodowej”, niby się z nami liczą i prawią czułe słówka... Łajno, póki co, jest zmrożone.

***

Po zwycięstwie Bronisława Komorowskiego pojawił się rządowy apel o 500 dni spokoju. Przekładając z języka sloganów na język konkretów, oznacza to: dajcie nam 500 dni polityki mrożonego... sami wiecie czego. Nie tylko w warstwie zagranicznej, którą zarysowałem powyżej, lecz również w polityce wewnętrznej. Rząd będzie udawał, że rządzi. Media wzmogą pijarowską kołysankę, nucącą, iż modernizacja postępuje i szafa gra, zaś Prezydent Bronisław Komorowski jest witany z przyjazną akceptacją we wszystkich stolicach i na wszystkich planetach Wszechświata.

Ale historia ma to do siebie, że prędzej czy później przychodzi czas odwilży. I wtedy to, co było zamrożone, nagle daje znać o sobie.

A my zostaniemy z twarzami w tym, co odmarzło.

Gadający Grzyb


Inne moje notki o podobnej tematyce:

http://niepoprawni.pl/blog/287/kres-pomaranczowej-ukrainy

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/komorowski-polecial-po-jarlyk
http://www.niepoprawni.pl/blog/287/aksamitny-protektorat
http://niepoprawni.pl/blog/287/po-co-te-wybory

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

sobota, 26 czerwca 2010

Po co te wybory.


Możni tego świata już wybrali nam prezydenta.

No to mamy nowego prezydenta, chociaż wielu nie zdaje sobie jeszcze z tego sprawy. Kłopotów z dokonaniem wyboru oszczędziły nam Niemcy do spółki z okupującą obecnie Stany Zjednoczone administracją Obamy.

I. Przesłanie do ubermenschen.


Pełnomocnik niemieckiego rządu do spraw kontaktów z Polską, pani Cornelia Pieper raczyła wskazać miłego sercu naszych unijnych patronów kandydata. Uczyniła to z iście teutońskim wdziękiem: „Albo Polska opowie się za powrotem na polityczne ubocze, albo pozostanie motorem reform i będzie kroczyć drogą do strefy euro”. Zaprawdę, spiżowe te słowa, uzupełnione o garść obaw co do Jarosława Kaczyńskiego jasno wskazują na kogo w przyszłą niedzielę powinni zagłosować słowiańscy ubermenschen. W Niemczech słowa pani minister spotkały się tu i ówdzie z pewną krytyką, ale wyrażaną głównie w kontekście obaw co do tego, by przypadkiem ich efekt nie okazał się przeciwskuteczny. Wiecie, takie dobrotliwe połajanki utrzymane w duchu: „nie tak koleżanko, trzeba bardziej subtelnie, bo ci ciemni Polacy gotowi jeszcze zagłosować na złość nam”.

II. Obywatelska podmiotowość.


Bez obaw. Polacy to nie Amerykanie. Gdy do amerykańskiego wyborcy docierają wieści, że jakiś kandydat na prezydenta ma za granicą wyjątkowo dobrą prasę i „świat” życzy sobie, by obywatele USA zagłosowali według wytycznych międzynarodowego „Salonu”, wówczas automatycznie w umysłach zapala się czerwone światełko: „Uwaga! Ktoś tu chce zadecydować za nas!”. I w Stanach, faktycznie takie obce zalecenia przynoszą na ogół skutki odwrotne do zamierzonych. Tak działa w praktyce poczucie obywatelskiej podmiotowości, które legło u podstaw tego państwa. Prezydentura Obamy w tym kontekście jest jedynie wypadkiem przy pracy i wszystko wskazuje na to, że ów epizod skończy się na pierwszej kadencji, zaś lekcja wyciągnięta z głosowania po myśli „światowej opinii publicznej” zostanie zapamiętana tam na długo.

III. Hrabiowie i Telimeny.


Inaczej w Polsce. Znaczna część naszych rodaków zdaje się bowiem czerpać niezrozumiałą dla mnie satysfakcję z głosowania po myśli Wielkiego Euro – Brata; myśli wyrażanej, dodajmy, najczęściej w Berlinie, który jest dla nas swoistym probierzem europejskości i cywilizacyjnego zaawansowania. Ten euro – kompleks jest umiejętnie hodowany i skwapliwie podsycany przez równie zakompleksione tubylcze „elity”, przypominające, wypisz wymaluj, zachwycającego się italskim niebem Hrabiego z „Pana Tadeusza”, zanim ten wyewoluował w kierunku świadomego patrioty. Tyle, że nasi parnasiarze na podobną ewolucję raczej nie mają szans. Ducha i poczucia podmiotowości nie dostaje, ot co. Pozostaną raczej na mentalnym poziomie Telimeny rozpamiętującej wspaniałości „Peterburka” tak kontrastujące z siermięgą Soplicowskiej wiochy. Z tą różnicą, że teraz ów „Petersburg” położony jest na Zachodzie. Jeżeli ktoś potrzebuje przykładu takiej postawy, odsyłam chociażby do blogu pana Ziętkiewicza na Salonie 24. Materiału poglądowego pod dostatkiem. Reakcja Władysława Bartoszewskiego, który wsławił się onegdaj przyrównaniem Polski do brzydkiej i nieposażnej panny, zaś obecnie w słowach swej niemieckiej odpowiedniczki nie widzi niczego niestosownego, jest równie znamienna.

Krótko mówiąc, do amerykańskiej podmiotowości brakuje nam ho – ho i jeszcze trochę. U siebie mamy wyborcę w znacznej mierze uprzedmiotowionego, który swego pełnego kompleksów uprzedmiotowienia albo nie dostrzega, albo wręcz się nim napawa. Mechanizm ten zadziałał choćby w ostatnich wyborach parlamentarnych, gdzie jednym z motorów „anty – kaczyzmu” było wbijane konsekwentnie do tubylczych łbów przekonanie, że Kaczory kompromitują nas za granicą. Słynna kwestia Telimeny „Co świat powie na to?” narzuca się sama.

IV. Hillary Clinton, czyli dyskretne wsparcie.

Nasi partnerzy mają pełną świadomość tej trawiącej tęsknoty za międzynarodowym dopieszczeniem, wyrażającym się w dość powszechnym przekonaniu, że Polska „liczy się” nie wtedy, gdy twardo walczy o swoje interesy, lecz wtedy, gdy spolegliwi przywódcy są tyleż przyjaźnie, co protekcjonalnie poklepywani po ramieniu. I wedle tego schematu zagrała administracja Obamy, przysyłając do nas „sekretarkę” Stanu, Hillary Clinton, by właściwy kandydat mógł w przeddzień wyborów ogrzać się w blasku supermocarstwa. Poniekąd zresztą, nie było wyjścia. Przypominam, że to polskie MSZ jest organizatorem Kongresu Wspólnoty Demokracji i to ono zadecydowało o jego dacie (2 – 4 lipca). Oto sposób na ominięcie ciszy wyborczej - Cornelia Pieper ze swym nachalnym dydaktyzmem może się schować. Idę o zakład, że doniesienia z Kongresu z brylującym wśród międzynarodowej śmietanki (ponad 100 ministrów spraw zagranicznych) Bronisławem Komorowskim będą wylewać się z mediodajni. To będzie temat! A mediodajnie, niczym Eustachy ze znanej reklamy, jak widzą temat, to wytarzałyby się w nim dosłownie...

Nadmienię jeszcze, że ważne jest również to, czego Hillary Clinton nie zrobi. Otóż, nie złoży kwiatów w wawelskiej krypcie na sarkofagu ś.p. Lecha i Marii Kaczyńskich. Zapewne, by uniknąć posądzeń o przedwyborczą agitację... Zaś „drogi Bronisław nr 2”, tak konstruktywny wobec Rosji z którą Stany Zjednoczone pod rządami tandemu Obama – Clinton przeżywają właśnie ognisty romans, to zupełnie co innego, tym bardziej, jeśli zważyć na zasługi Platformy, położone w uwaleniu znienawidzonego przez Demokratów bushowskiego projektu tarczy antyrakietowej. Taka postawa zasługuje na nagrodę w postaci dyskretnego wsparcia w wewnętrznym konflikcie politycznym.

Aż dziwne, że oficjalnego, lub pół - oficjalnego stanowiska nie zajęła Rosja, ale być może w ramach podziału obowiązków, udziela poparcia wielbicielowi WSI na niejawnym froncie kampanii.

V. Po co wybory w protektoracie?

No i powiedzcie sami – po co w ogóle te wybory? Nie taniej byłoby wpisać do konstytucji, że decyzję co do obsady stanowiska prezydenta priwislańskiego protektoratu podejmuje triumwirat Niemcy – USA – Rosja? Tym bardziej, że tym Polaczkom po smoleńskiej katastrofie znów odbiło i gotowi jeszcze zagłosować w skrajnie nieodpowiedzialny sposób, jak nie przymierzając, pięć lat temu. Bo to, widzicie, z tymi Polaczkami nic do końca nie wiadomo. Już – już wydają się spacyfikowani i grzeczni, a tu nagle, ni z tego ni z owego, wywijają jakiś numer. 36 procent z hakiem poparcia dla tego, tfu, Jarosława Kaczyńskiego, wyobrażacie sobie?

Rozbrykanego gówniarza należy wziąć za rączkę i dla jego własnego dobra wykierować na ludzi. Na razie perswazją, po dobroci...

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

piątek, 4 czerwca 2010

Wojna domowa.


Doniesień z frontu ciąg dalszy.

Motto: „To jest wojna domowa, to jest walka o wszystko!” – Andrzej Wajda

I. Pokwietniowy stan ducha salonowszczyzny.


Trochę już o tym pisałem, ale wrócę do tematu, albowiem sytuacja jest rozwojowa. Przypomnę, że podczas słynnego wystąpienia w warszawskich Łazienkach (tzw. "sabat łazienkowski"), pan Andrzej Wajda zadeklarował stan wojny domowej, która to teza zdawała się nie budzić wątpliwości zgromadzonego tam tłumnie geriatrycznego post-udeckiego parnasiarstwa. Oczywiście, wystarczy rozejrzeć się dookoła, by stwierdzić, że – jak to w demokracji – ludzie mają najróżniejsze poglądy polityczne i zgodnie z nimi głosują. Są też tacy (większość), którzy nie mają żadnych poglądów i wówczas, albo głosują na tych, na których sądzą, że głosować wypada, albo podczas wyborów zostają w domach.

Zatem, Andrzej Wajda nie opisuje rzeczywistości, tylko to, co jako rzeczywistość postrzega – mikrokosmos swój i znajomych. Innymi słowy, opisuje stan ducha i umysłu salonowszczyzny. Zresztą, jak niegdyś przyznał sam wojenny herold: „19 lat codziennego czytania "Gazety Wyborczej" nie mogło pozostać bez wpływu na moją biedną głowę”.

Co nam to mówi o stanie ducha środowiska, którego wzmiankowany reżyser jest prominentnym reprezentantem?

II. Pluralizm według "bogów demokracji".

Przede wszystkim to, iż wzmiankowane środowisko bardzo źle się czuje w warunkach nawet obecnego, ułomnego, polityczno – światopoglądowego pluralizmu. Owszem, pluralizm „być” dobry, ale tylko wtedy gdy „być” przez nas w pełni kontrolowany.

Orędzie Wajdy adresowane do TVP, by wspomogła w wojennym wysiłku "przyjaciół z TVN i drugiej stacji prywatnej”, kwituje tę postawę.

Przecież, tak na dobrą sprawę, wskutek politycznego dealu, obecna „telewizja publiczna” stała się najbardziej publiczną od niepamiętnych czasów. Jest w niej miejsce zarówno dla Ziemkiewicza, jak i dla Żakowskiego. Dla Pospieszalskiego i dla Lisa. Dla „Wiadomości” i dla „Panoramy”. Brać – wybierać!

Ale nie. To jest pluralizm destrukcyjny. Pisowski. Dzielący ludzi.

Parnasiarskie rozumienie pluralizmu jest bowiem następujące – ma to być w pełni kontrolowalny oligopol opinii. Powrót do lat 90-tych. Kilka prawicowych pisemek może sobie wegetować na obrzeżach i kanalizować frustracje. Ale żeby do telewizji? Radia? Radiokomitet ma być nasz i basta!

A jeśli nie mamy władzy nad spektrum dopuszczalnych poglądów, to wtedy znaczy, że tubylcza ciemnota i nienawiść podnosi ze swych piekielnych otchłani smoliste głowy przeciw hufcom jasności i postępu, których naturalnym przeznaczeniem jest stać na czele miejscowego, mówiąc Bartoszewskim, "bydła" i cywilizować – z "bydłem", mimo "bydła", a gdy trzeba – wbrew "bydłu".

Nic zatem dziwnego, że otwarta odmowa uznania przywódczej roli salonowszczyzny musi oznaczać tylko jedno – stan wojny domowej. Tu my – namaszczeni, tam oni – rebelizanci.

Onegdaj opisałem ten mentalny typ na przykładzie Waldemara Kuczyńskiego w notce „Bogowie demokracji”. Zasadniczą tezą było, iż „Bogowie demokracji każdy zamach na ich osobistą pozycję kwalifikują jako zamach na demokrację jako taką.” Kwietniowy stan społecznego wzmożenia, kiedy to ludzie zaczęli głośno wyrażać opinie podważające oficjalny światopogląd III RP, co zostało utrwalone na taśmie filmowej i, co gorsza, wyemitowane w publicznej telewizji, musiał zostać przez naszych "bogów demokracji" odebrany właśnie w kategoriach zamachu.

III. Oberkapelan salonowszczyzny.

W powyższy sposób myślenia i towarzyszący mu stan ducha znakomicie wpisuje się wypowiedź znanego publicysty i celebryty, pełniącego przy okazji funkcję metropolity lubelskiego. Arcybiskup Józef Życiński uznał bowiem za stosowne przy okazji Bożego Ciała wygłosić homilię, w której stwierdził m.in.:

"Dziś niektóre środowiska chciałyby koniecznie skłócić prosty lud z elitami. To jest nieporozumienie, to jest niechrześcijańskie"

Hierarcha raczył również zauważyć, iż:

"Niektórzy specjalizują się w tym, żeby wykazywać, że nie ma autorytetów, że wszyscy są źli, skorumpowani i zepsuci. Na przykładach podaje się to, co prymitywne, nie widzi się tego, co piękne, co wrażliwe. A trzeba się głęboko pochylić, by dostrzec przejawy piękna"

Owi "niektórzy":

"Wszędzie widzą wrogów i nie potrafią dostrzec wartości, jakie nas jednoczą, ani Chrystusa, ani godności człowieka, bo oni mają potrzebę walki, żeby było widać ich genialność"

I jeszcze:

"Nie naśladujcie tego stylu i nigdy nie przenośmy stylu walk na teren modlitwy, na teren Kościoła"

(wszystkie wytłuszczenia moje – G.G.)

No proszę. Myślałem, że już nic mnie nie zaskoczy, a tu sam oberkapelan salonowszczyzny piętnuje wyskok Andrzeja Wajdy, który wojną domową jak nic skłóca wszak "prosty lud" z "elitami". Czcigodny arcybiskup nie sprecyzował wprawdzie jak "głęboko" należy się "pochylić", by "dostrzec przejawy piękna" w personach pokroju wymienionego tu reżysera, czy "strasznego dziadunia" Bartoszewskiego, którzy po wielokroć demonstrowali "potrzebę walki, żeby było widać ich genialność", niemniej autorefleksyjnie uderzył się w pierś i obiecał poprawę co do przenoszenia "stylu walk" "na teren Kościoła".

Tak serio: ze słów dostojnika przebija na każdym kroku charakterystyczna dla nadwiślańskiego parnasiarstwa pogarda dla "prostego ludu", który ma milczeć i podążać za swymi "elitami", bo jak nie, to mamy do czynienia wywoływaniem społecznych podziałów i niszczeniem demokracji która, jak wykazałem powyżej, jest utożsamiana z jednomyślnością i osobistą pozycją samozwańczych przewodników stada.

IV. Wojna o ks. Popiełuszkę.

Arcybiskupowi Życińskiemu starczyło tupetu, by wmieszać w to wszystko bł. księdza Jerzego Popiełuszkę, którego cała posługa zwieńczona męczeńską śmiercią świadczyła o tym, że był jak najdalszy od napuszonego poczucia wyższości nad ciemnymi tubylcami, tak charakterystycznego dla wojującego od dwudziestu lat z własnym narodem Salonu.

Osobiście, śmiem twierdzić, że gdyby ks. Jerzy dożył obecnych czasów, to nie fraternizowałby się z Jaruzelskim i nie pił wódki z Urbanem czy Kiszczakiem. Pielęgnowałby raczej maryjny, ludowy i "płytki" katolicyzm, który taką odrazą napawa środowisko "bogów demokracji" i trzymałby z tymi, których III RP wyrzuciła na margines, a nie z beneficjentami "przemian" i quasi – mafijnymi oligarchami kartoflanej republiki. Nazywałby rzeczy po imieniu i za swoją postawę również w obecnej Polsce zapłaciłby wysoką cenę. Cenę pogardy i zakwalifikowania do grona "chorych z nienawiści" "oszołomów". Wystarczy spojrzeć na los innego kapelana "Solidarności" – ks. Isakowicza – Zaleskiego. Zaś abp. Życiński mówiłby o Popiełuszce to samo, co dziś mówi o ks. Zaleskim.

Ale cóż – wojna domowa toczy się również w warstwie symbolicznej, przeciwnikowi należy zatem odebrać symbole wokół których mógłby się grupować i zaprząc je do własnego wojennego rydwanu. Próbowano tak swojego czasu uczynić ze Zbigniewem Herbertem, używając do tego celu wdowy po Obywatelu – Poecie, teraz podobny "numer" próbuje się wykręcić z beatyfikowanym ks. Jerzym.

Wojna domowa sięgnęła ołtarzy. Działa na froncie grzmią coraz donośniej.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

niedziela, 7 marca 2010

Bunt w salonie…


…czyli o próbie sił między michnikoidalną gerontokracją a sierakowszczyzną słów kilka.

Indeks autorów i ksiąg nieczytanych.

W ostatnich latach dało się zaobserwować rosnącą listę książek i pisarzy, co do których salonowi luminarze deklarują, że ich „nie czytają”, „nie biorą do ręki”, „brzydzą się” itd. Za owymi „parnasiarzami” postępuje liczna grupa akolitów, znajdujących w ten sposób podkładkę i usprawiedliwienie dla własnego intelektualnego lenistwa.

Spójrzmy: Zdzisław Krasnodębski? Ależ, „ludzie na poziomie go nie czytają”. Cenckiewicz z Gontarczykiem? Toż to „oszalali lustratorzy”. Paweł Zyzak? Jakiś chłystek - ci, którzy dali mu magisterkę, powinni do śmierci jeździć wraz z nim na wózkach widłowych w hipermarkecie. Ks. Isakowicz – Zaleski? Nie dość, że „lustrator”, to jeszcze zdrajca swej kapłańskiej korporacji i antyukraiński „jątrzyciel”. Marek Migalski? Akademicki renegat, kolejny „lustrator”, a nade wszystko - pisowiec. Do wymienionych przykładów należy doliczyć hurtem wszystkie publikacje „pisowskiego” IPN-u (w skali kraju, licząc zarówno centralę, jak i terenowe oddziały, są to już tysiące pozycji książkowych i setki autorów – a jeszcze periodyki…).

Tymczasem, taki Krasnodębski czy inny Migalski, to analiza politologiczno – socjologiczna stanu współczesnej Polski (i naszego regionu) w europejskim kontekście. „Młodzi gnoje” z IPN-u zaś, to wiedza o najnowszej historii, będąca efektem benedyktyńskiej orki pracowników Instytutu.

Paranoidalne wyobcowanie.

Ale - Salon ma to gdzieś. Salon nie potrzebuje faktów. Salon olewa, pogrążając się w paranoidalnym odlocie własnych fantasmagorii – „katoendeckich” demonów, „fundamentalistów” od Rydzyka, „kaczystowskich” zagrożeń dla demokracji, „policjantów pamięci” z IPN…Lata płyną, tymczasem opisywane środowisko wciąż tkwi mentalnie w latach 90-tych, kiedy to sprawowało z wysokości swych parnasów niepodzielny rząd dusz. Rząd dusz nad społeczeństwem z którego salonowe elity na własne życzenie kompletnie się wyobcowały.

Od pewnego czasu do wyobcowania społecznego dołącza wyobcowanie intelektualne. Wciąż poszerzająca się lista pozycji wciąganych na „indeks ksiąg nieczytanych” grozi w nieodległej perspektywie, jakby tu rzec… powstaniem znaczących luk w oczytaniu i tzw. „wiedzy ogólnej” środowiska „ludzi rozumnych”. Zostanie kurcząca się i tetryczejąca sekta za murami redakcji przy ulicy Czerskiej.

Osobiście, jestem ciekaw, czy członkowie sekty otrzymują aktualizowany na bieżąco wykaz autorów i dzieł, których czytać nie należy – bo spamiętać trudno.

Bunt na pokładzie.

Już się wydawało, że sekta z ulicy Czerskiej ostatecznie zwarła szeregi, by trwać pod przewodem Jaśnie Oświeconych w swych okopach… Aż tu nagle – kij w plecy i nóż w szprychy, tudzież woda na młyn mrowiska! Słowem – zdrada! Zdrada jest tym bardziej wstrząsająca, że zalęgła się w sercu salonowego matecznika. Popełnił ją Artur Domosławski książką „Kapuściński non-fiction” - napisaną zresztą, z generalnie słusznych, antykapitalistyczno – alterglobalistycznych pozycji, wg których taka, dajmy na to, współpraca z wywiadem komunistycznego państwa przeciw „imperialistom”, to żaden wstyd.

Ale, żeby tak bez uzgodnienia? Bez środowiskowej kolaudacji? Jak on mógł?

Panie i Panowie, mógłby ogłosić Michnik – mamy bunt na pokładzie.

Próba sił.

Dlaczego tak się stało? Ano, zasygnalizowany powyżej indeks „autorów i ksiąg nieczytanych”, jest zaledwie jednym z wielu przejawów wszechogarniającej listy zakazów i nakazów obowiązujących „wiecznych czeladników”, tyrających pod okiem Autorytetów w manufakturze „michnikowszczyzny”. Młodzi lewicowcy poczuli się stłamszeni „czapą” Autorytetów na tyle, by spróbować emancypacji. Są świadomi śmieszności rozlicznych, niewytrzymujących racjonalnej krytyki, biograficzno – historycznych „tabu”. Widzą prace powstające w IPN-ie, czy innych „Arcanach”… i chcą wydawać podobne, tylko napisane z przeciwstawnych pozycji. Tę możliwość jest w stanie udostępnić środowisko „Krytyki Politycznej” zgrupowane wokół Sławomira Sierakowskiego. Książka Domosławskiego w tym kontekście jawi się jako balon próbny, wypuszczony w celu porachowania własnych szeregów, tudzież sprawdzenia siły dotychczasowych patronów.

I, dodajmy, jako bunt przeciw intelektualnemu wyobcowaniu.

Sierakowszczyzna kontra michnikowszczyzna.

Wygląda na to, że – patrząc z perspektywy Salonu - do „młodych gnoi” z IPN-u, doszlusowali równie „młodzi gnoje” zgrupowani wokół „Krytyki Politycznej”. Do tych drugich dołączają ludzie z ekipy „Wyborczej”, mający powyżej uszu uciążliwej dominacji i zrzędliwych pouczeń starzejących się „mistrzów”.

Fakt, że właśnie ich wychowanek - „alterglobalista” Domosławski, postanowił chrzanić odwieczne zakazy i napisać książkę w której z jednej strony otwarcie sięga do „ipeenowskiego szamba” (choć interpretuje owo „szambo” zgodnie z duchem „Nowej Lewicy”), z drugiej zaś wkracza w zastrzeżoną sferę osobistą „upomnikowionej” postaci, jest wielce symptomatyczny. Świadczy o tym, że „sierakowszczyzna” rośnie w siłę i w najbliższych latach będzie usiłowała (z wszelkimi rytualnymi honorami) odesłać „michnikowszyznę” na emeryturę.

Na miejscu prominentnych saloniarzy zacząłbym się poważnie obawiać: z prawej strony są podgryzani przez rozbeszczelnionych „gnojków” z IPN–u, z lewej zaś – przez podobnie rozbeszczelnionych „gnojków” od Sierakowskiego.

Lewica – prawica: następne starcie.

Jeżeli moje proroctwo o uwiądzie michnikoidalnej gerontokracji się spełni (a względy metrykalne za tym przemawiają), oznacza to, że anachroniczni już dzisiaj „gazeciarze” z Czerskiej nie będą w najbliższej przyszłości podstawowym przeciwnikiem ideologiczno – polityczno – światopoglądowym prawicy. Będzie nim nabierająca sił i wigoru „sierakowszczyzna”, próbująca skupić wokół siebie rozliczne nurty współczesnej lewicy, jak chociażby kilkukrotnie opisywani przeze mnie „racjonaliści”.

Przykład Hiszpanii pod rządami Zapatero pokazuje jak bardzo realna jest to perspektywa.

Gadający Grzyb

P.S. „Młodzi gnoje” to określenie powstałe podczas pamiętnej pogwarki Michnika z Urbanem. Wówczas odnosiło się do dziennikarzy, ale z powodzeniem można zastosować je każdych, pokoleniowo młodszych „elementów”, podnoszących rękę na parnasiarską gerontokrację.

pierwotna publikacja: "http://www.niepoprawni.pl">

środa, 8 lipca 2009

Uprowadzenie pytajnika - (?).


Wypisy z Epoki Miłości.

Wielkie dobrodziejstwo się wydarzyło. Dobrodziejstwo niesłychane. Otóż, ktoś, niechybnie jakiś samotny, szlachetny bojownik, kierowany altruistycznym porywem, uprowadził pytajnik.

Nie ma pytajnika w książkach i wszelakich innych publikacjach. Pytajnika nie ma ludzkich duszach. Pozbawiony pytajnika w duszy osobnik, nawet gdy zobaczy znak zapytania (?), dajmy na to w, tfu, Internecie, przechodzi nad nim do porządku dziennego, albowiem nie ma go do czego odnieść. Gdy chce zadać pytanie, język mu kołowacieje, serce zaś okrywa się lodem. W efekcie, z pytań wychodzą zdania twierdzące i to też nie każde, albowiem brak pytajnika w duszach nie dopuszcza żadnych wątpliwości, jeno bezrefleksyjną akceptację.

Wygląda to mniej więcej tak:

– Ukradł mi Pan dwadzieścia złotych.

– Tak, ukradłem.

– Nie jest to zabronione.

– Nie, nie jest.

I obaj obywatele rozchodzą się w spokoju. Bez karczemnych burd, wyzwisk i zamieszek.
O ileż prostsze stało się dzięki temu życie w naszych szczęśliwych czasach!

***

Z pacyfikującego efektu braku pytajnika rychło zdały sobie sprawę władze, tudzież Mediodajnie (gdyż od momentu uprowadzenia nikt już nie wątpił w ich przekaz.) i, wychodząc na przeciw społecznemu oczekiwaniu, opodatkowały wszystkie pozostałe znaki przestankowe, następnie zaś powołały komisję złożoną z Niekwestionowanych Autorytetów (bo też nikt nie mógł ich zakwestionować, skoro z dusz, świadomości i języka zarówno potocznego, jak i literackiego wyparował pytajnik – siewca wątpliwości.). Tedy, obywatele, pozbawieni, ku swemu szczęściu, wątpliwości, ochoczo zatwierdzili werdykt Autorytetów, który po konsultacji z Władzami (Ministrem Propagandy Finansowej w szczególności), brzmiał:

- Brak jakichkolwiek poważnych, naukowych ustaleń, by domniemany znak przestankowy kiedykolwiek istniał;

- Kwestia przydatności domniemanego znaku przestankowego, znanego pod umowną nazwą „pytajnik”, w kontekście wydajności gospodarczej jest nieistotna;

- Generalnie, interpunkcja jest zbędnym luksusem w warunkach ogólnoświatowego kryzysu finansowego, z którym to kryzysem nasz Umiłowany Rząd radzi sobie nieustannie coraz lepiej.

- A zatem, My, Bezstronne Autorytety, pozostające w Porozumieniu z Władzą Miłości oraz wiodącymi, niezmiennie obiektywnymi Mediodajniami; wychodząc na przeciw społecznym oczekiwaniom co do używania znaków przestankowych, postanawiamy wprowadzić nowy znak przestankowy – jednostajnik ___, który, w przeciwieństwie do innych znaków, opodatkowanych od tej chwili na 22%, będzie opodatkowany jedynie na 7%.

***

Nazajutrz zrobiono Konferencję Prasową, jakiej tubylcze bydło jeszcze nie widziało.

- Gołym okiem widać, iż obywatele odniosą z tej ustawy same korzyści – prawił Minister Finansowej Propagandy, wspierany przez intelektualne zaplecze złożone z Bezstronnych Autorytetów, podzielonych na odpowiednie Chóry.

Chór Pierwszy składał się z Autorytetów Pierwszoplanowych (występujących solo), Chór Drugi zaś z Autorytetów Wtórujących (dających głos gromadnie).

- Dzięki temu rozwiązaniu pozbędziemy się plagi dysfunkcjonalności interpunkcyjnej w naszych szkołach! – entuzjazmowała się Minister Edukacyjnej Propagandy.

- Do tego – dodał moderujący konferencję rzecznik – dla nieprzystosowanych wprowadzimy roczny okres przejściowy i odpowiednie kursokonferencje jak zastępować wszelakie znaki przestankowe jednostajnikiem. Przypominam wygląd znaku (tu rzecznik, niemiłosiernie skrzypiąc kredą, z namaszczeniem nagryzmolił na tablicy grubą krechę).

Krecha wyglądała tak: ___

Gdy przeciągnął wzrokiem po sali i upewnił się, iż wszyscy są pod należytym wrażeniem, dodał:

- Co więcej, planujemy rozszerzenie opodatkowania na deklinację, konkretnie - na wołacz.

- Ach, jak cudownie! – rozmarzyła się Minister Edukacyjnej Propagandy.

Jak na zawołanie, uaktywnił się Solowy Chór Autorytetów Pierwszoplanowych.

- Na co komu wołacz. Ten beznadziejny siódmy przypadek. Tylko wprowadza zbędne bogoojczyźniane, inwokacyjne zaśpiewy do naszej laickiej mowy –wyjaśniał Bezstronny Autorytet Pierwszoplanowy nr 1. – Te wszystkie, uczciwszy uszy – „Mój Boże!”, czy (tu Autorytet aż się zaczerwienił od tłumionej pasji) – „Jezus, Maria!”.

- Używanie wołacza zdradza nacechowanie emocjonalne, które w kulturalnym towarzystwie nie uchodzi – wyburczał zza brody Autorytet Pierwszoplanowy nr 2.

- Neutralny światopoglądowo jednostajnik ___ jest przyszłością języka tubylczego – uznał za stosowne stwierdzić Autorytet Pierwszoplanowy nr 3.

W tym miejscu Chór Autorytetów Wtórujących chciał już wydać uwielbieńczy okrzyk, lecz napotkał zmarszczenie brwi Autorytetu Pierwszoplanowego nr 1 i wszystkie Autorytety Wtórujące, tak jakoś jednocześnie, zorientowały się, iż wykrzykniki, zdradzające mentalne powiązania z wołaczem w tzw. międzyczasie stały się passe. Ochłonęli zatem i przemówili jak należy, miarowo i jednostajnie:

- Panie i Panowie – rzeźbimy przyszłość. Od tej pory staramy się głosić nasze blaskomiotne mądrości używając możliwie bezosobowego tembru głosu.

- Oooo taak, tak mi dobrze, róbcie mi tak dalej... Odcinamy interpunkcję grubą linią... – publiczny odlot Ministerki od Edukacyjnej Propagandy wprawił w zażenowanie nawet najbardziej postępowych dziennikarzy płci obojga.

***

Ale, zażenowanie mija. Rasowy dziennikarz zmywa z siebie dyskomfort przez ocieranie się o podobnych sobie, którzy mówią mu – jesteś świetny. Zwłaszcza, gdy ich dusze zostały pozbawione pytajnika.

Konferencję zakończono.

Dziennikarze zmyli się do swych mediodajni smarować tyleż sążniste, co bezosobowe komentarze.

Przepisy weszły w życie.

***

Wszystkie Wiodące Mediodajnie podchwyciły i rozpropagowały w odpowiednim naświetleniu plan rządowy. Szczególnie ukontentowani byli Mediodajniani Bonzowie, w których duszach zbędnych pytajników i tak nie było, gdyż już w młodości zauważyli, że pytajnik szkodzi karierze. Wyskrobali go zatem skrupulatnie ze swych sumień, zastępując zawczasu jednostajnikiem ___. Można rzec, że ich pieczołowicie, latami hodowany konformizm osiągnął perfekcję, gdyż był w stanie antycypować mające dopiero nadejść, nieprzewidywalne wydarzenia.

Zresztą, wołacz też nigdy nie był trendy . Kto zbyt często używał tego przypadku, na ogół wylatywał z pracy.

Rządowa inicjatywa, przy wsparciu Niekwestionowanych Autorytetów wychodziła, jak raz, na przeciw ich, bonzo-medialnym, społecznym oczekiwaniom. Wskaźniki bezrefleksyjnej oglądalności sięgały sufitu. Biznes się kręcił jak ta lala, bowiem wszystkie reklamowane produkty schodziły na pniu.

Zagraniczni przywódcy chwalili postęp i rozwój, rozdając przyjacielskie klepnięcia po ramieniu (chadecy), tudzież po zadkach (postępowi socjaliści, nieustannie sprawdzający, czy aby negatywna reakcja na klepnięcie w tylną część ciała nie da im pretekstu do oskarżenia klepanego osobnika o homofobię).

Społeczeństwo wygrzewało się w blasku odbitym od pośladków władzy, niczym w solarium…

***

Powstała również nowa ___wyzbyta emocjonalnego nacechowania literatura___ obłożona zaledwie siedmioprocentowym podatkiem od jednostajnika ___

Wyglądała tak:

Nogi szeroko___ oznajmił On___

___ O tak___ głęboko ___ mocno___ kocham cię___ oznajmiła Ona___



Nikt tego nie czytał, ale każdy bezwątpliwościowo kupował, ponieważ Mediodajnie mówiły mu, iż jest to dobre. Wskutek tego, pozbawieni samokrytycznego pytajnika Artyści płodzili co im wpadło do głowy i wychwalali modernizacyjne prądy, gdyż dzięki bezpytajnikowemu odbiorowi publiki, żyli jak pączki w maśle.

Klasyków przystosowano. A jeżeli z którymś się nie dało, cóż – tym gorzej dla niereformowalnego klasyka.

Litwa___ ojczyzna moja___ ty jesteś jak zdrowie___



***


Szczęście zapanowało wszechogarniające. Obywatele spożywali szczęście na śniadanie, drugie śniadanie, obiad, podwieczorek i kolację. Oddychali szczęściem, szczęście trawili i szczęściem srali. Niekiedy nawet pod siebie. Szczęście wylewało się z ich oczodołów. Łykając szczęście ściekające po policzkach, czuli się jeszcze bardziej uszczęśliwieni – sami w sobie. Brak pytajnika, wołacza i serce skuwane lodem przy każdej próbie wyartykułowania wątpliwości, gwarantowały powszechny spokój.

Władza rządziła, a lud szczęśliwiał.

Dzień po dniu. Nieustannie.

Zapanował Raj na Ziemi.



Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: "http://www.niepoprawni.pl">

piątek, 30 stycznia 2009

Dobrzy faszyści...

Dobrzy faszyści z cycem + uchachany Michnik

czyli o saloniarskich konserwatystach słów kilka.

I. Publicystyczne soft – porno w roli sprzączki figowej.

Którejś leniwej niedzieli, gdy w standartowym stanie średnio znudzonego Polaka, polegiwałem sobie na kanapie cykając od niechcenia pilotem po rodzimo - cudzoziemskich mediodajniach, natrafiłem na wykwit telepublicystycznej działalności redaktora Tomasza Wołka, pod nazwą „Plusy dodatnie, plusy ujemne”. Mniejsza z tym, co mówili zaproszeni goście – bo mówili to, czego można się spodziewać. Spójrzmy zresztą na przekrój dyskutantów: Wiesław Dębski – „Trybuna”, Jerzy Baczyński – „Polityka”, Maciej Łętowski – niezależny. Jak odgaduję zamysł gospodarza tych cyklicznych nasiadówek, zapewne Dębski robić ma za lewicę, Sroka - Baczyński za centrum (już jest fajnie), Maciej Łętowski zaś za tzw. „cywilizowaną prawicę”.

Fajnie jest tak leżeć sobie i nabijać się wewnętrznie z bandy konformistycznych bubków, którzy masturbują się nawzajem intelektualnie, „pięknie się różniąc”. Dokładnie tak, jak w filmikach soft – porno nadawanych nocną porą na antenie tej samej stacji - „bohaterowie” niby robią, co trzeba, ale bez efektu. Skąd to znam, zapytacie, (ach, ten retoryczny młot na prawicowców). Czy godzi się oglądać takie filmy – ależ godzi się, godzi – tylko należy z tej pseudopornograficznej „sztuki” wysnuć praktyczne wnioski – przywołując Mleczkę – „Obywatelu! Nie pieprz bez sensu !”.

Wspomnijmy dla porządku, że „plusoujemny” wałęsowski szlagwort po raz pierwszy wykorzystał Rafał Ziemkiewicz, używając go jako tytułu swej audycji w „Radiu Plus” ( nota bene w zupełnie innym kontekście – była to świetna próba przeszczepienia na polski grunt amerykańskiej konwencji talk radio; odkłamania absurdów zarówno nadwiślańskiej, jak i ogólnoświatowej political correctness ).

Tak, po prawdzie, gdy Wołkowe „Plusy…” wystartowały, śledziłem je przez jakiś czas w miarę regularnie. Czyniłem tak z czystej ciekawości, na zasadzie – a może jednak? Może będzie to kawałek w miarę rzetelnej publicystyki w zakłamanej mediorzeczywistości? Zresztą, w pierwszych odsłonach RAZ był honorowym gościem, dając tym samym placet gospodarzowi na dalsze dysponowanie cytatem. Wołkowi nie stało dowcipu by doszperać się w odmętach historii równie zgrabnego bonmociku, więc to, co wpadło mu w ręce skrzętnie zawłaszczył dla swoich potrzeb.

Sam Ziemkiewicz, po okresie karencji, przestał w wołkowym saloniku bywać, ku nieskrywanej uldze prowadzącego., który, wraz z kolejnymi odcinkami programu, nawet nie próbował ukryć fizjonomicznej irytacji, ilekroć Ziemkiewicz otwierał twarz i tworzył zbędny dysonans perorując wbrew saloniarskim dogmatom. Jak sądzę, rozstali się bez żalu.

Zaś stacja, której imienia nie powiem, by wypełnić obowiązki polityczno – oligarchiczno – ustawowe, trzyma wciąż na antenie program Wołka w charakterze sprzączki figowej, wypełniającej niezbędne minimum „misji” między durnymi serialami a pokazami gołych cycków.

II. Dobrzy faszyści.

Zdziwko.

„Ale, ale…” – jak bełkotał przy okazji swych ukraińskich wojaży nasz, szczęśliwie były, eksprezydent ze stakanem w ręku – po co w ogóle się nad tym całym Wołkiem rozwodzę?
Ano, po to, gdyż się dziwię. I, jak powiedziałby poeta, sam własnemu zdziwieniu nie mogę się nadziwić. Przykład Tomasza Wołka i opisywanego wyżej programu stanowi bowiem exemplum szerszego zjawiska, które określam mianem „saloniarskiego konserwatyzmu”. Każdorazowo, gdy widzę facjaty tego typu person naszego życia publicznego, bądź gdy czytam ich teksty, międlą mi się w głowie wciąż te same, upierdliwe pytania:

Co jest, do diaska, z ludźmi, którzy mienią się konserwatystami, a w praktyce robią to, co robią?

Co sprawia, że gotowi są zaprzedać siebie dla towarzystwa osób, w oczach których mogą liczyć, co najwyżej, na status „dobrego faszysty”?

Pieniądze? Eliciarskie pragnienie poczucia przynależności do „wyższych sfer”?

Widzę tu różne postaci – Tomasz Wołek, Piotr Wierzbicki (pierwszy redaktor naczelny „Gazety Polskiej”(sic!), toczący swego czasu ostre boje z salonowymi parnasiarzami), Aleksander Hall, Cezary Michalski (tu uwaga - ten ma własne ambicje…), Jarosław Gowin (choć ten ostatnio podpadł)…

Co nimi wszystkimi powoduje?

Demiurgiczne rojenia.

Z Michalskim sprawa jest stosunkowo prosta - zadziałał tu syndrom niezaspokojenia intelektualno - demiurgicznych ciągot a’la Michnik. Redaktor Cezary widzi „prawicę” idącą z duchem czasu (czyli odpowiednio „europejską” co do poglądów i praktyki), lecz z ambicjonalnych względów z Salonem mu nie po drodze – pragnąłby bowiem stworzyć własny ośrodek myśli i czynu, gdzie sam piastowałby funkcję „Michnika – oberparnasiarza”, czytaj, intelektualno-politycznej wyroczni. Po lewej stronie podobne ciągoty zdaje się zdradzać Sierakowski. Łączy ich jedno – nie po to tyle się nastudiowali i naczytali różnych mądrości, by teraz łykać, jak karmna gęś kluski, wskazówki podtykane im pod gęby przez autorytety i tkwić w szeregu, czekając na łaskawy awans towarzyski, podczas gdy miejsca w lożach parnasiarzy są zajęte od dawien dawna, role zaś rozdzielone. Salonowi parnasiarze cierpią bowiem na przypadłość analogiczną do znanego powiedzenia o sędziach Sądu Najwyższego USA – nigdy nie rezygnują, zaś umierają stanowczo zbyt rzadko. Michalski tworzy zatem własną alternatywę (co samo w sobie mogło by być intrygującym urozmaiceniem), nie dostrzegając jednak, iż jego propozycje prowadzą de facto do modelu prawicy w stylu współczesnej „Starej Europy”, gdzie nominalni chadecy są do tego stopnia sterroryzowani, iż gotowi są przegłosować cokolwiek – od gejowskich pseudomałżeństw po eutanazję.

Niemniej, Michalski, orząc na progresywistycznym poletku, czyni to, jakby tu rzec, ciut z osobna.

Co z innymi?

Błędne kalkulacje.

Gryzę się i toczę wojnę z myślami – a może to jest tak, że niektórzy po prostu błędnie kalkulowali? Jak np. Wołek, wypuszczając niegdyś Jacka Łęskiego i Rafała Kasprówa na Kwacha. „Wakacje z agentem” walnie przyczyniły się do upadku „Życia”, w myśl oligarchicznej zasady: masz na pieńku z władzą – nie masz reklam, bo jak damy ci reklamy, to wtedy sami będziemy mieć z władzą na pieńku, a tego nie chcemy, bo szkodzi to naszym interesom. Wołek – notoryczny wałęsiarz - wtedy przedobrzył. Z czasem skruszał, zwłaszcza po nietrafionej próbie reanimacji swej gazety. A że w słowach jest gładki, jak nie przymierzając, Helenka Kurcewiczówna przed orgią dziewiczych tortur, zafundowanych jej przez Sienkiewicza, to rychło na fali antykaczystowskiej histerii przystosował się do odpowiednich nurtów. Teraz Salon na nowo „odkrył” Wałęsę… i Wołek na tym odcinku znakomicie się znalazł, tym bardziej, że na każdym kroku demonstruje właściwą odrazę w stosunku do lustracji. Dodajmy do tego kasę za figuranckie stanowisko w stacji… której imienia konsekwentnie nie powiem…

Czy tylko mnie chce się od tego rzygać?

Wypalenie, syndrom niedopieszczenia i głód akceptacji.

No, dobrze, ale kasa to tylko kasa – nie zaspokaja ona wszystkich potrzeb duchowych konserwatysty pretendującego do Salonu.

Jest jeszcze zwyczajne, ludzkie wypalenie i pragnienie spokojnej emerytury, stabilizacji po latach bezowocnego użerania się z komuną i post – komuną. Jak długo można znosić rolę wiecznego opozycjonisty, który w wolnej Polsce otoczony jest pogardą i zbiera cięgi nie tylko od postkomunistów (to naturalne), lecz również od swoich, całkiem niedawnych, towarzyszy broni? Jak długo można znosić chorobę chronicznego ostracyzmu zafundowanego przez tych, z którymi, całkiem niedawno przecież, „ramię w ramię”…itd.…itp.…

Czy to syndrom niedopieszczenia, czy wyrachowanie, czy też pomieszanie powyższych składników skłoniło starszych „walczaków” do zejścia na pozycje maskotek kontentujących się np. fuchą recenzenta muzyki poważnej? Może też było coś na rzeczy w kolejnych nie spełnionych miłościach – taki Piotr Wierzbicki (autor m. in. niezapomnianej satyry „Podręcznik Europejczyka”, czy „Traktatu o gnidach”), zakochiwał się kolejno w Wałęsie, ROP-ie i Olszewskim… potem były jeszcze jakieś kolejne przelotne miłostki (obserwowałem to z perspektywy czytelnika „Gazety Polskiej”)… zaś na koniec „dał se siana” stwierdzając, że zawsze czuł się „warszawskim inteligentem” – i – zapewne zdając sobie doskonale sprawę z tego, iż obecna „warszawka” ma się do przedwojennej inteligencji jak pięść do nosa, zgodził się na „wybiórczy” ersatz, byle by poczuć się choć na chwilę „między swemi”. Zyskać poczucie środowiskowej akceptacji.

Tyczy się to również innych saloniarskich konserwatystów.

Jakoś mi szkoda pastwić się tu szczególnie nad Aleksandrem Hallem, którego kolejne inicjatywy polityczne, kończyły się sromotnymi klapami (Partia Konserwatywna, Stronnictwo Konserwatywno – Ludowe) przyprawiając na poziomie lokalnym, uczciwych samorządowych pozytywistów o permanentny ból głowy (nie wiem, jak było gdzie indziej, ale w mojej miejscowości w latach 90-tych sympatykami Halla byli naprawdę wartościowi ludzie – przeważnie nauczyciele z powołania – wyzbyci rutyniarskiego belferstwa społecznicy, którym „chciało się chcieć”). A potem, Hall, który (chyba?) miał nadzieję na stworzenie prawicy „pięknie różniącej się” od udecji, sam został przez nią pożarty, znikając z politycznego horyzontu zaraz po przegranych wyborach w 2001 r., w których startował z ramienia PO. Wszechmocna wówczas „Agora” (przypomnę, były to czasy sprzed afery Rywina), w tak zwanym międzyczasie, użyczała mu swych łamów jako felietoniście. No i cóż, komplementowano go jako „Don Kichota polskiej prawicy”, wydano mu książkę ze zbiorem felietonów „Widziane z prawej strony”…zaś potem, jakoś tak, po cichu, wypadł z obiegu.

Do obecnego obiegu wróciła jego żona w charakterze „ministerki” od edukacji. Tu już nie ma nawet pozorów konserwatyzmu.

Dom, cichy kąt… i psy.

Śmiem twierdzić, ze w przypadku większości z saloniarskich konserwatystów mamy do czynienia, w różnych proporcjach, z wypadkową opisanych wyżej przyczyn, które kumulując się latami sprawiły, że bohaterowie niniejszego tekstu postanowili znaleźć jak śpiewał „Dżem” „…dom, cichy kąt i psa”.

I, faktycznie, znaleźli Dom – tyle, że w Domu tym jest Salon. A w Salonie reguły życia i hierarchię ustalają parnasiarze. „Dobrzy faszyści” dostali – jak z łaski – cichy kąt. Lecz psa nie dostali. Sami stali się psami.

I Salon odpowiednio ich traktuje – to skarci, to pogłaszcze…

Mózg mi wylatuje spod czupryny, gdy o tym myślę.

III. Łaska pańska… pstry koń… i PAX na salonach.

I po co to wszystko? Jeszcze raz pytam: po kiego ch…a im to było?

Status „dobrego faszysty” można wszak stracić z łatwością odwrotnie proporcjonalną do trudu włożonego w jego osiągnięcie.

Przekonał się o tym ostatnio choćby Jarosław Gowin, który był tolerowany ze względu na przynależność do partii, z którą „GW” aktualnie sympatyzuje. Gdy tylko przedstawił odmienne zdanie w kwestii „in vitro”, ten skądinąd umiarkowany, łagodny konserwatysta z miejsca zaczął robić w „Wyborczej” za fundamentalistycznego, religijnego radykała, pryncypialnie obsobaczanego zarówno z pozycji fachowo – profesorskich, jak i ideologiczno – kulturowych.

Inni są ostrożniejsi. Mądrzejsi. Tak się bowiem dziwnie składa, iż deklarując przywiązanie do konserwatywnych wartości, interpretują je w taki sposób, by nie naruszyć przepisów etykiety, czytaj – tak, by efekt końcowy tej dwójmyśleniowej dedukcji był zgodny z aktualną linią wiodącego organu. Wymaga to wprawdzie nielichej ekwilibrystyki umysłowej, jednak ich cyrkowe intelekty z wprawą wyćwiczonego akrobaty są w stanie tej sztuce sprostać.

Ciekaw jestem, czy zdają sobie sprawę z tego, że w oczach salonowych parnasiarzy pełnią rolę prawicowych „użytecznych idiotów”, że stanowią jedynie dopełnienie obrazka środowiska „ludzi rozumnych”, alibi dla prób intelektualnego zawłaszczenia przestrzeni publicznej. Innymi słowy, są dla Salonu tym samym, czym był PAX, tudzież „księża – patrioci” dla PZPR-u. Dzięki nim bowiem parnasiarze mogą głosić z właściwym sobie bezwstydem, iż „rozsądna prawica” podziela ich wyważone przekonania, co najwyżej nieco inaczej rozkładając akcenty, zaś „środowisko” obejmuje całe spektrum akceptowalnych poglądów. Wszystko, co poza nimi „od diabła pochodzi” - ma na wieki wieków pozostać fanatyczną, oszalałą ekstremą z pochodniami w faszystowskich dłoniach.

IV. Zakończenie, czyli księża i rabini.

Kończąc te przydługie refleksje chciałbym przypomnieć stary szmonces o tym, jak ksiądz starał się nawrócić rabina. Po dłuższym czasie z pomieszczenia w którym toczyła się dysputa, wychodzi spocony, czerwony na twarzy rabin i zgromadzonej w korytarzu publiczności rzuca: „uff… trochę to trwało, ale w końcu udało mi się go przekonać”. Jakoś nie mogę oprzeć się wrażeniu, że analizowani powyżej „dobrzy faszyści” znaleźli się w sytuacji owego księdza nawróconego na judaizm. Z jednym zastrzeżeniem – oni nawet nie próbowali „rabinów” nawracać.

I chyba nie jest im nawet specjalnie głupio.

Gadający Grzyb

P.S. Sprawozdanie z Wołkowych „Plusów” zapodane w cz. I nie dotyczy ostatniej niedzieli. Nie wiem, nie oglądałem – i jakoś dziwnie nie jestem ciekaw…



Pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl 26.01.2009 http://www.niepoprawni.pl/blog/287/dobrzy-faszysci

niedziela, 11 stycznia 2009

Prezes, Prezes, über alles…

Trybunał Konstytucyjny

Pamiętacie może postać wszechmocnego Prezesa spółdzielni mieszkaniowej z serialu
”Alternatywy 4”? Tego, który poniżał Dionizego Cichockiego, każąc mu wystawać w sekretariacie wśród, a to nadętych, to znów chichoczących (w zależności od cyklu menstruacyjnego) biurew? Zwodzącego natrętnych petentów czczymi obietnicami? Tego samego, który załatwił bez problemów (za drobną grzeczność, co prawda) mieszkanie wpływowemu aparatczykowi, tow. Winnickiemu?

Pamiętacie tamten sznyt, układy i zerową decydowalność lokatorów co do ich „spółdzielczych” mieszkań?

No to, kurwa, oznajmiam Wam, że nic się od tamtej pory nie zmieniło.

Zadbał o to 17.12 b.r. miłościwie nam panujący Trybunał Konstytucyjny.

Przez rodzime medialne jadłodajnie wiadomość ta przeszła niemal bez echa – ot, jakiś drobny artykulik w rubryce gospodarczej, komentarzyk stwierdzający, ze może dobrze się stało a może źle, czy, wprawdzie nieco szersze, omówienie w prasie prawniczej, ale którego standartowy mediotrawca i tak nie przeczyta.

I. Wokół wyroku.

Cóż takiego się stało?

Otóż, Trybunał Konstytucyjny uznał, że przenoszenie własności lokali przez spółdzielnie mieszkaniowe na swoich członków po preferencyjnych cenach jest… niezgodne z Konstytucją!
(Tu mała dygresja nr 1 nie związana z materią sprawy - kto dziś pamięta, że konstytucja ta była pisana m.in. przeciw Wałęsie – wszak jego panowanie pod rządami tzw. „Małej Konstytucji” było taką traumą dla naszych, pożal się, Boże, parnasiarzy, wynoszących dziś naszego „euro-mędrca” pod niebiosa, że uszczuplenie prezydenckich prerogatyw stało się jednym z priorytetów jej tworzenia; zresztą, jak wskazuje ich obecna postawa wobec prezydenta Kaczyńskiego, który śmie korzystać ze swoich konstytucyjnych uprawnień – chętnie wyciupali by sam prezydencki urząd w niebyt, albo sprowadzili go do roli symbolicznego „autorytetu” w stylu Niemiec - a i to pod warunkiem, że będzie to „nasz” autorytet…)

Ale, dygresje na bok. Przejdźmy, jak mawiał anegdotyczny aparatczyk, do „adremu”. Rzecz cała rozpoczęła się od wniosku skierowanego do TK przez wielce błyskotliwy Sąd Rejonowy Łódź – Śródmieście, który pytał (cytat za Gazetą Prawną) o „konstytucyjność samej zasady, zgodnie z którą spółdzielca jedynie po uregulowaniu kosztów wybudowania mieszkania może stać się jego pełnym właścicielem. W ocenie łódzkiego sądu to wywłaszczenie spółdzielni z jej mienia, za które powinna ona uzyskać odszkodowanie lub cenę proporcjonalną do obecnej wartości rynkowej mieszkań”.

Paradne, prawda?

Za komuny, drogi obywatelu, wpłacasz wkład, po latach oczekiwań otrzymujesz „własne” „M–x” (M-2, M-3, czasem nawet M–4 – to ostatnie dla „Winnickich”), płacisz na bieżąco opłaty, na które nie masz najmniejszego wpływu, gdyż zarówno dostawcy prądu, gazu, ciepłej wody, jak i twoja „spółdzielcza” zwierzchność są jedynie różnymi przejawami tego samego partyjnego molocha, który zawłaszczył państwo. Latami żerują na tobie kliki kolesi w coraz to innych konfiguracjach, a następnie, gdy chcesz się wyzwolić z tego parafeudalnego jarzma, masz im płacić odszkodowanie gdyż, w międzyczasie, ceny mieszkań poszły w górę!

Ale ta, zdawało by się, jawna bezczelność łódzkiego sądu spotkała się ze zrozumieniem Miłościwie Panującego nam Trybunału. „W PRL otrzymali mieszkania sponsorowane przez państwo (sic!), teraz wykup sponsorowany przez spółdzielnie mieszkaniowe - mówiła w uzasadnieniu Łętowska” (znów cytat za „Gazetą Prawną ). Doprawdy, ciśnie się na usta niezapomniana tyrada, którą tow. Szmaciak zafundował Deptale:

„…A teraz, nędzny obiboku,
powiedz, w czym mieszkasz?
Mieszkasz w bloku!
A kto tych domów wzniósł ogromy?
No, proszę, kto wzniósł?
Właśnie — to my!
Co?! Twierdzić śmiesz, że dziesięć roków
już na mieszkanie czekasz w bloku,
a mieszkasz na przedmieściu w norze
z wspólną wygódką?! Ty potworze!
We łbie ci miesza się od wódki!
Lat dziesięć to jest termin krótki!
I jakie będziesz miał widoki,
gdy zbudujemy wreszcie bloki!”

Dobra, zdaję sobie sprawę z tego, że spółdzielnie posiadają osobowość prawną i korzystają, w związku z tym, z prawa do ochrony mienia. Tyle tylko, ze wspomniane „mienie” było przez długie lata współtworzone przez „spółdzielców” (czyt. lokatorów), i to w warunkach, delikatnie mówiąc, dalece odbiegających od zasad rzeczywistej spółdzielczości (co podniosła w swym zdaniu odrębnym sędzia Teresa Liszcz). Pani sędzia Łętowska tworzy natomiast sztuczną interpretację prawną, która w praktyce na powrót przykuwając osoby posiadające „spółdzielcze własnościowe prawo do lokalu” do spółdzielni! Ot, współczesny chłop post-pańszczyźniany.

Nie pierwszy to zresztą wykwit tego typu orzecznictwa – w roku 2001 Konstytucyjny Trybunał w podobnym stylu zawetował przepisy umożliwiające wykup mieszkania za 3% wartości.

(Znów dygresja – nie zapomnę Moniki Olejnik przepytującej z całą surowością na tę okoliczność J.M. Rokitę. „Stokrotka” upierała się wówczas, jak wielce niesprawiedliwe są tego typu przepisy. Stosowała wielce wysublimowaną argumentację, typu „ktoś sobie wykupi, a ktoś nie, w związku z czym, ten kto nie wykupi będzie miał gorzej, a najgorzej ten, co wykupił wcześniej po cenie rynkowej, no i co pan na to”. J.M. Rokita, urągając pod wpływem stresu wszelkiej frazeologii, kilkakrotnie z maniackim uporem myląc powiedzenia „pies Pawłowa” i „pies ogrodnika”, powtarzał: „nie bądźmy psem Pawłowa”(!). Wot – i mamy kolejny teleabsurdzik, obnażający miałkość papki serwowanej przez kucharzy medialnych jadłodajni – „Stokrotka” nie zareagowała nawet słówkiem na kuriozalną frazeologię zaproszonego dyskutanta).

Sędzina Ewa Łętowska nie omieszkała zresztą w uzasadnieniu przypomnieć o obowiązującej linii orzecznictwa, wspominając o niegdysiejszym zakwestionowaniu „trzyprocentówki”.

Jakie to konkretnie artykuły Konstytucji miała naruszać ustawa? Są to: Art. 2 („Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej” – jakim cudem oddanie mieszkań spółdzielcom miało by naruszać zasady sprawiedliwości społecznej, wie zapewne tylko Nasz Wysoce Oświecony Trybunał); Art. 31, § 3 („Ograniczenia w zakresie korzystania z konstytucyjnych wolności i praw mogą być ustanawiane tylko w ustawie i tylko wtedy, gdy są konieczne w demokratycznym państwie dla jego bezpieczeństwa lub porządku publicznego, bądź dla ochrony środowiska, zdrowia i moralności publicznej, albo wolności i praw innych osób. Ograniczenia te nie mogą naruszać istoty wolności i praw”); Art.21 § 2 („Wywłaszczenie jest dopuszczalne jedynie wówczas, gdy jest dokonywane na cele publiczne i za słusznym odszkodowaniem”); Art. 64 § 2 i 3 („Własność, inne prawa majątkowe oraz prawo dziedziczenia podlegają równej dla wszystkich ochronie prawnej”, ”Własność może być ograniczona tylko w drodze ustawy i tylko w zakresie, w jakim nie narusza ona istoty prawa własności”).

Czyli, mamy tu ogólne przepisy Konstytucji dotyczące ochrony praw, ze szczególnym uwzględnieniem prawa własności, w których nie ma ani słowa o jakiejkolwiek ekstraordynaryjnej ochronie własności spółdzielczej, a z których dało by się równie dobrze wywieść uzasadnienie nadzwyczajnych uprawnień dla spółdzielców co do nabycia współtworzonego przez nich majątku, który przed laty został de facto zagrabiony na rzecz państwa i który kwestionowana ustawa pozwala im odzyskać.

Ale, to reakcyjne myślenie jest najwyraźniej nie do pojęcia dla mózgownic naszych prawniczych luminarzy, nasączonych marksistowskim dogmatem o wyższości własności kolektywnej nad indywidualną. Czy jest to jeszcze interpretacja prawa, czy już prawotwórstwo TK – osądźcie sami.

Wielce charakterystyczny jest rozkład sił między sędziami wskazujący, że podczas obrad musiało być gorąco. Część z nich zgłosiła bowiem zdania odrębne, stając po stronie spółdzielców (sędziowie: Zbigniew Cieślak, Maria Gintowt-Jankowicz, Mirosław Granat, Marek Kotlinowski i Teresa Liszcz), część zaś zakwestionowało 12-miesięczny okres karencji, nim przepisy przestaną obowiązywać (Bohdan Zdziennicki – prezes, Ewa Łętowska, Janusz Niemcewicz oraz Mirosław Wyrzykowski). Czyli, ci drudzy chcieli by pozbawić lokatorów prawa wykupu „za wkład” – już teraz! Natychmiast! Zresztą, „od ręki” (tj. od chwili ogłoszenia wyroku), udało się uchylić odpowiedzialność karną prezesów spółdzielni za niedopełnienie rozpatrzenia wniosku w terminie trzech miesięcy.

Czyli, trawestując piosenkę Lecha Janerki, „jak swobodnie się lata”, ich „dupsko jest wolne od bata”.

II. Konsekwencje.

Nie sposób nie zapytać o społeczne skutki tak konsekwentnej (dwa wyroki) obrony status quo w „naszych” spółdzielniach.

Trybunał Konstytucyjny swoim wyrokiem pogrzebał na dłuższy czas szansę na materialne upodmiotowienie znacznej części społeczeństwa (licząc spółdzielców wraz z rodzinami, będą to miliony) – wszak nie od dziś wiadomo, że „tyle wolności, ile własności”. Odnoszę nieodparte wrażenie, że TK po raz kolejny (po wyrokach w sprawie lustracji, czy poszerzenia dostępu do zawodów prawniczych) wystąpił w roli rzecznika konkretnej grupy interesu. Tym razem jest to grupa „zawodowych spółdzielców”, przeważnie postkomunistycznych działaczy, którzy w takich niszach ekologicznych znaleźli doskonałe żerowiska (fakt, ze ustawę zaskarżył klub SLD wiele tłumaczy). Takich enklaw, oplecionych mętnymi sitwami jest zresztą więcej – liczne związki sportowe obrosły już legendą, ale jest też choćby taki Polski Związek Działkowców – i wiele, wiele innych struktur, mających swe korzenie w PRL – ale to temat na kolejne opowieści.

Wróćmy jednak do naszych baranów. Jako udzielni feudałowie na „spółdzielczych” włościach są oni obecnie panami lokatorskiego, poddańczego losu i potrafią ze swej władzy korzystać z iście "pańskim" rozmachem. Gdy tylko któryś z ze zbuntowanych „chamów” śmie podnosić łeb, wykazując np. niebezpieczną dociekliwość w kwestii zatrudniania w administracji krewnych i powinowatych, czy też nieprzyjemnie drąży szczegóły spółdzielczych przetargów, lub innych obszarów zarezerwowanych na kręcenie lodów przez wybranych, błyskawicznie znajdują się na takiego delikwenta dyby i batogi. Przez media co i rusz przemykają przykłady permanentnego terroru stosowanego przez władze spółdzielni wobec niepokornych „wichrzycieli”, aż do pozbawienia mieszkania przy współudziale zaprzyjaźnionych sądów i organów ścigania, włącznie.
Zakwestionowana przez Trybunał ustawa groziła rozbiciem tych lokalnych paramafii i utratą przez ich bossów bardzo przyjemnych źródeł dochodu. Nic dziwnego, że padł na nich blady strach i jęli gorączkowo apelować do wszystkich nie-świętych, w stosunku do lokatorów przyjmując taktykę biernego oporu, przeciągając „prawem i lewem” procedury (choćby naliczanie wziętych z sufitu kosztów remontów sztucznie obciążających mieszkanie).

Teraz, po wyroku, mogą odetchnąć i wziąć się za opracowywanie nowych sposobów na udupianie lokatorskiej „czerni”.

III. Stracone perspektywy i ogólna niemożność.

A mogło być tak pięknie. W rękach prywatnych, zindywidualizowanych podmiotów miał szansę znaleźć się nieruchomy i nieobciążony majątek o stosunkowo znacznej wartości, dającej się wyliczyć choćby dla potrzeb kredytowych. Majątek ten mógł przyczynić się do powstania prawdziwej, uwłaszczonej klasy średniej bez której przedsiębiorczości nie ma co marzyć o zasobnej Rzeczypospolitej (pod zastaw takiego mieszkania można by wziąć np. kredyt na rozruch własnej firmy).

(Tu dygresja nr 3 – Ziemkiewicz w swoim „Polactwie” przytacza zasłyszaną anegdotę o tym, jak na zamkniętym zebraniu Unii Demokratycznej pewien działacz perorował, że nie można dopuścić do odrodzenia się w Polsce klasy średniej, gdyż stanowi ona „naturalne zaplecze dla prawicy”. Jest coś na rzeczy, czy też nie? Znów - osądźcie sami).

Nieruchome dobra spółdzielcze miały szansę na urynkowienie w najlepszym rozumieniu tego słowa – przechodząc do ludzi, którzy, jak ponownie podkreślam – już raz za nie zapłacili i to w sensie zarówno finansowym, jak i czasowym – oczekując latami na przydział. („Przecież ja w ’98 miałem dostać mieszkanie!” – pamiętacie tę kwestię Maksa z „Seksmisji”?).

Zastanawiam się, dlaczego ten skandaliczny wyrok nie spowodował szerszego społecznego odzewu – czy to wina przedświątecznego amoku, czy też ogólny tumiwisizm, marazm i pokomunistyczne mentalne zglajszachtowanie („aby po równo”)? Dlaczego PiS nie zrobił wokół sprawy szumu? Wypowiedzi Zbonikowskiego, czy Szczypińskiej, to za mało. Boją się doprawienia (po raz kolejny) gęby antyinteligenckich oszołomów? W sytuacji, gdy protest ma gotową podbudowę merytoryczną w postaci zdań odrębnych (przypomnę – pięcioro sędziów)? A może zniechęcenie przeżarło partię do tego stopnia, że nie jest zdolna wychwycić nawet tak ewidentnej okazji? Wszak, zdawało by się, silny sprzeciw wobec rozstrzygnięcia uderzającego w najbardziej żywotne interesy obywateli powinien być naturalną, „oczywistą oczywistością” dla partii opozycyjnej podkreślającej swój „społeczny solidaryzm”.

Cóż, mamy teraz rok oczekiwania na to, co Sejm zrobi z pasztetem zgotowanym mu przez Trybunał. Warto przyglądać się pod tym kątem zarówno PiS-owi, jak i Platformie, tym bardziej, że PO była jedną z partii popierających zanegowaną ustawę.

Pożyjemy, zobaczymy.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja 27.12.2008 http://www.niepoprawni.pl/blog/287/prezes-prezes-ueber-alles%E2%80%A6