Pokazywanie postów oznaczonych etykietą młodzież. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą młodzież. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 sierpnia 2018

Pani Wellman, do kogo ta mowa?

Pani Wellman, ideowi młodzi ludzie są. Noszą koszulki z orłem i Żołnierzami Wyklętymi. Nazywacie ich „faszystami”.

I. W obronie „zdobyczy kapitalizmu”

W obozie „totalnej opozycji” robi się coraz bardziej groteskowo. Sfrustrowani kodomici widząc na swoich wiecach wciąż te same, coraz bardziej zgrane twarze, wzięli się za sztorcowanie młodzieży, że się nie angażuje, nie walczy o demokrację i ma ich awantury głęboko w tyle. Stanowi to zresztą kolejne potwierdzenie mojej tezy, że obecna opozycja przerabia drogę prawicy z czasów, gdy ta zepchnięta była do narożnika – tyle, że tym razem historia powtarza się jako farsa. Pamiętam, że za czasów potęgi PO po „naszej” stronie też pojawiały się lamenty, że nie ma młodych, dominuje powszechna lemingoza - i, generalnie, co z nich wyrośnie, pani kochana... W tym samym czasie salonowszczyzna nasładzała się „młodymi z fejsbuka”, którzy „zabrali babci dowód”, są nowocześni, europejscy i nie działają na nich patriotyczne zrzędzenia „moherów”, które miały „wymrzeć jak dinozaury”. Pamiętamy to, prawda?

No więc, dziś karta się odwróciła i kodziarstwo w wieku okołoemerytalnym zaczyna przelewać frustracje na pokolenie swoich dzieci (a nierzadko już wnuków) wytykając im, mówiąc językiem poprzedniej epoki, społeczną alienację. W ich optyce młodzi ludzie są dłużnikami tych, którzy zafundowali im fantastyczną III RP, Unię Europejską i możliwość podróżowania na Zachód – a teraz nadszedł czas, by ów kredyt wdzięczności spłacić, najlepiej pomagając w obaleniu „Kaczora-dyktatora”. Nie tak dawno działacz KOD, niejaki Theo Nawrocki, popełnił utrzymany w tym duchu wpis na Facebooku, z którego później nabijało się pół internetu, zamieszczając coraz bardziej odjechane parodie. Wedle pana Nawrockiego życie młodzieży w Polsce to istna sielanka - „fura”, „klamoty z butiku”, własna kawalerka, zimowy snowboard w Solden i letni „adventure-camp” w Nowej Zelandii. Mówi to wiele o odrealnieniu autora oraz „bańce” towarzyskiej w jakiej się obraca – niewykluczone, że wśród tego promila polskiej populacji faktycznie podobne ekstrawagancje są dla pokolenia dwudziestoparolatków normą. A ponieważ zawdzięczają to swoim rodzicom (w co akurat nie wątpię) – więc, cytując, mają „powyłączać kompy” i „ruszyć d...y na ulice”. Dlaczego tak? Bo oczywiście złowrogi PiS zaraz im zabierze te wszystkie „zdobycze kapitalizmu”.


II. Politruk od młodzieży

W podobną poetykę weszła niedawno Dorota Wellman – najpierw przemawiając do młodzieży na owsiakowym festiwalu „Pol'and'Rock” w ramach tzw. „Akademii Sztuk Przepięknych”, a następnie powtarzając swój apel drukiem w gazetowyborczym magazynie „Wysokie Obcasy”. Najpierw jednak dygresja naświetlająca szerszy kontekst. Otóż owa „Akademia Sztuk Przepięknych” to takie młodzieżowe kursy z politgramoty, podczas których Owsiak stręczy młodemu pokoleniu w charakterze idoli kolejne skamieliny III RP - i żeby było zabawniej, przekonuje, że klaskanie ludziom z samego jądra establishmentu jest wielce kontestatorskie i buntownicze. W istocie, Owsiak urabia w ten sposób nastoletnią publikę, by zaakceptowała III RP z całym dobrodziejstwem inwentarza - w tym, z patologiczną strukturą opartą na społecznym darwinizmie i kastą „nachapanych” resortowych dzieci na szczycie piramidy dziobania. Służyć temu ma prezentowanie różnych pieszczochów systemu jako fajnych kolesi z którymi „da się pogadać”, co jako żywo przypomina PRL-owskie ustawki spod znaku „towarzysz iksiński spotyka się z młodzieżą”.

To zresztą wpisuje się w działalność Owsiaka od samego początku - już za zdychającej komuny był de facto politrukiem oddelegowanym na młodzieżowy odcinek, ze swym Towarzystwem Przyjaźni Chińskich Ręczników, niby-kontestatorskim festiwalem „Letnia Zadyma w Środku Zimy”, hasełkiem „uwolnić słonia” (gdy ludzie naprawdę ideowi gnili po więzieniach), wreszcie - próbą „oswojenia” Jarocina. A w tle nieodmiennie majaczył cień Waltera Chełstowskiego - zawodowego specjalisty od śpiewu i mas. Późniejsze mutacje - WOŚP, Przystanek Woodstock i wreszcie KOD, którego Chełstowski był jednym z inicjatorów - to wszystko są działania wg tej samej sztancy: pozorowany bunt w interesie uprzywilejowanego establishmentu. Za każdym razem chodziło o to samo – skanalizować pokoleniową kontestację i przekierunkować ją w bezpieczne dla systemu koleiny. Chcecie się buntować? - pyta Owsiak – to się buntujcie, ale przeciw klechom, rodzicom i prawicy. Od III RP i jej „autorytetów” - wara, bo ich nie lubią tylko nienawistni „faszyści”.


III. Do kogo ta mowa?

W takich to okolicznościach przyrody wystąpiła pani Wellman, wzywając – jakże by inaczej – do „buntu” przeciw pisiorom w obronie zagrożonej demokracji. Młodzież zamiast pić piwko nad Wisłą ma się „ruszyć” w obronie wolności, zanim ktoś zabierze im paszporty i internet. W „Wysokich Obcasach” zaprezentowała z kolei wizję braku „cafe latte z sojowym mlekiem” i wyłączonego Netflixa. Zaczęła przy tym wszystkim najgorzej jak się da: szantażem emocjonalnym w stylu „za moich czasów młodzi walczyli z komuną, a wy co?”. Potem było już tylko lepiej: „Teraz mamy młodych ludzi bez właściwości, bezideowych”. I wreszcie: „To jest wasz kraj i wasza ojczyzna. Nie możecie jej mieć w dupie!”.

Pomijając histeryczne diapazony (ona chyba naprawdę wierzy, że PiS wyłączy internet, zabierze paszporty i zamknie kawiarnie), uwagę zwraca podejście pani Wellman (a wcześniej cytowanego Theo Nawrockiego) do młodego pokolenia sprowadzonego do roli bezmyślnych konsumentów – jak się zdaje, jest to w środowisku „kodziarskim” powszechna opinia. Aż chciałoby się zapytać – pani Wellman, do kogo ta mowa? Do hipsterów ze „Zbawixa”? Zaręczam, że młodzi ludzie w Polsce mają zgoła inne problemy, niż dostępność sojowego latte – prekaryzacja rynku pracy skazująca na wieczną niestabilność życiową, brak mieszkania, praca za wynagrodzenie rzędu 1600 „na rękę” (w tych okolicach oscyluje od lat tzw. dominanta, czyli najczęściej wypłacana pensja), perspektywa emigracji zarobkowej i takie tam drobiazgi... Taką Polskę zafundowaliście młodemu pokoleniu, które teraz chcecie pognać na ulice w charakterze janczarów w waszej wojence o zagrożone apanaże.

Swoją drogą, jeszcze kilka lat temu środowisko pani Wellman nie mogło się wprost nachwalić młodocianej palikociarni, która pod wodzą Dominika Tarasa zorganizowała pod Krzyżem na Krakowskim Przedmieściu „radosny Hyde Park” z krucyfiksem z puszek po piwie i ukrzyżowanym misiem. Wtedy młodzież była dobra, a teraz jest zła i jej nie zależy? Gdzie się zatem tamci młodzi podziali? Powiem Pani. Otóż oni dorośli, zderzyli się ze „szklanym sufitem”, groszową pracą na „śmieciówkach” i brakiem perspektyw - a następnie wyjechali za granicę. Ci nasto- oraz dwudziestolatkowie, do których przemawiała Pani na owsiakowym spędzie, znają takie historie ze swych rodzin i najbliższego otoczenia. Większość z nich nie pochodzi z „warszawki” lecz z prowincji – widzieli np. swych rodziców, którym godność i pracę odebrała III RP urządzona przez tych wszystkich lansowanych przez Owsiaka jako wzór dla młodzieży nachapanych beneficjentów „transformacji”.

A poza tym - kto tę „bezideową” młodzież wychował? Czy aby nie pokolenie zachwycone hasełkiem „wybierzmy przyszłość” Kwaśniewskiego? Kpiące z „kombatanctwa” działaczy pierwszej „Solidarności”? Wmawiające, że wartości się nie liczą, tylko trzeba ustawić się i zgarniać ile wlezie pod siebie? Zapatrzone w egoistyczny, neoliberalny model gospodarczy a la Balcerowicz?

A teraz pani Wellman jak gdyby nigdy nic nagle wyjeżdża z tym samym solidarnościowym „kombatanctwem”, z którego jej środowisko jeszcze tak niedawno darło łacha. Teraz nagle się okazuje, że ta stara „Solidarność” znów jest trendy - oczywiście w odpowiednio spreparowanej i zinstrumentalizowanej wersji, w której jest miejsce dla „legendarnego” Frasyniuka i innych zadowolonych z siebie architektów Okrągłego Stołu, ale po staremu nie ma miejsca dla tysięcy działaczy „S” wyrzuconych przez tę cudowną III RP na margines. Nie ma miejsca dla robotników zwalnianych z likwidowanych, bądź wykupywanych za bezcen zakładów pracy, którym na odchodne przyklejono, dla większego upodlenia, etykietkę „roszczeniowych warchołów” i „homo sovieticus”. Droga pani Wellman - ta młodzież bawiąca się na Woodstocku, to często dzieci i wnuki tych wykluczonych, tego „zaścianka” i „motłochu”, którym na co dzień tak serdecznie gardzicie. Oni widzieli na własne oczy jak wygląda ta rajska III RP - na prowincji, w umierających od beznadziei miastach gdzie zlikwidowano przemysł, w staczających się w patologię i biedę blokowiskach z których każdy kto mógł wiał gdzie pieprz rośnie – choćby na zmywak w Londynie. Latami albo nie przyjmowaliście do wiadomości ich istnienia, albo kwitowaliście, że sami są sobie winni. A teraz żądacie od ich dzieci solidarności i nawet przypomniało się wam na tę okoliczność słowo „ojczyzna”? A kim wy u diabła jesteście, żeby kogokolwiek pouczać?

Natomiast co do ideowych młodych ludzi – oni są. Noszą koszulki z orłem i Żołnierzami Wyklętymi. Nazywacie ich „faszystami”.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 16 (22.08-11.09.2018)

czwartek, 7 września 2017

Trudna młodzież

Młodzi wystający ze świeczkami sami wyborów nie wygrają, ale odpowiednio ukierunkowani mogą spełnić rolę języczka u wagi.


I. Gorąca jesień

Szanowni Państwo, nadchodzi gorąca jesień, a wraz z nią nieuchronne demonstracyjne wzmożenie – bo powodów nie zabraknie. Pierwszy, to prezydenckie projekty ustaw o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa mające wkrótce wpłynąć do Sejmu w miejsce tych zawetowanych przez Andrzeja Dudę. W ciemno można obstawiać, że jeżeli będą one zakładały jakiekolwiek zmiany mające ukrócić sądokrację, to będziemy mieli powtórkę ulicznego cyrku w obronie „trójpodziału władzy”. Druga rzecz, to zapowiedziana przez Jarosława Kaczyńskiego walka o dekoncentrację mediów, co również spotka się z histerycznym oporem w imię, ma się rozumieć, „wolności prasy”. Można się spodziewać, że protesty będą jeszcze lepiej zorganizowane niż te lipcowe, bo ich uczestnicy się policzyli, zadzierzgnęli kontakty, nade wszystko zaś – dzięki wspomnianym prezydenckim wetom przekonali się, że mogą wygrać, a to bardzo podnosi morale.

W tym miejscu chciałbym po raz kolejny zwrócić uwagę naszych czcigodnych wybrańców, czyli polityków „dobrej zmiany”, na pewną specyficzną grupę protestujących, która objawiła się właśnie przy okazji niedawnych manifestacji, a która do tej pory nie angażowała się czynnie w życie publiczne. Grupą tą jest lewicowo-liberalne pokolenie 20- i 30-latków, które opisywałem już na tych łamach w takich tekstach jak „Nowa generacja” czy „Ludowa rewolucja kontra rokosz elit”. Czynię tak nie dlatego, że podzielam ich poglądy (zwłaszcza w sferze kulturowo-obyczajowej), lecz dlatego, że głupotą byłoby wpychanie ich w objęcia „totalnej opozycji” od której – przynajmniej na tę chwilę – wyraźnie się dystansują. Na dodatek, na co również zwracałem uwagę – oni nie są obarczeni atawistycznym odruchem nienawiści wobec, mówiąc hasłowo, „pięćsetplusów” i „pisiorów”, nie ma więc sensu robić sobie z nich przeciwników większych, niż obecnie. To kwestia czysto praktyczna – nie dopuścić do powiększania i jednoczenia się szeregów wroga.


II. Młodzi – języczek u wagi

Dlatego też na dzień dobry uczulam przedstawicieli obozu „dobrej zmiany” i wszystkich, którzy sądzą, że im szerzej walną na odlew tym lepiej, by wystrzegali się idiotyzmów w rodzaju nazywania dwudziestoparoletnich dziewczyn „ubeckimi wdowami” i demonstrowania hurtowej pogardy wobec wszystkich oponentów jak leci – bez różnicowania kim tak naprawdę są. Swoje bojowe zapały zostawcie na beneficjentów III RP, zaplutą w nienawistnym amoku kodowszczyznę z ich Mazgułami czy neopalikociarnię od „UBywateli RP” - bo z nimi faktycznie nie da się i nie ma sensu postępować inaczej. Natomiast ci, o których będzie tu mowa, to jednak inna para kaloszy – jest to, upraszczając, wielkomiejski prekariat, któremu często transformacja i post-balcerowiczowski model rozwoju dały w tyłek równie mocno jak nam. I oni o tym wiedzą, tyle że na autentyczne problemy znaleźli fałszywą odpowiedź (znów upraszczając - „postęp” obyczajowy i socjalizm). Póki co, na widok Schetyny czy innego Petru dostają drgawek. Nie znaczy to jednak, że ktoś ich w końcu nie zagospodaruje. I właśnie tego należy się ustrzec.

Oczywiście, ci młodzi wystający ze świeczkami sami wyborów nie wygrają, ale odpowiednio ukierunkowani mogą spełnić rolę języczka u wagi. Oni już się zaktywizowali i tego nie odwrócimy – a pamiętajmy, że na każdego demonstranta przypada X osób z jego grupy rówieśniczej na które oddziałuje. Zgodnie z teorią wieloetapowego przepływu informacji kluczowy wpływ na poglądy i decyzje ma bezpośrednie oddziaływanie najbliższego otoczenia. Rzecz w tym, żeby nie doprowadzać ich do desperacji, która sprawi, że zatykając nos zagłosują na zasadzie „wszystko, byle nie PiS”. Pamiętajmy, że oni z zasady nie ufają prawicy, bo podejrzewają ją o autorytarne zapędy - natomiast chodzi o to, by się nie zradykalizowali. A taka radykalizacja może nastąpić w każdej chwili. Już teraz dali się wmanipulować w obronę prawniczego establishmentu, bo wmówiono im, że w ten sposób bronią wolności (to dla nich pojęcie kluczowe), zapewne też pogalopują bronić mediów – o ile jednak jakieś nadgorliwe orły nie zaczną ich wyzywać od „ubeków”, to ich udział w protestach nie musi się przełożyć na głosy dla „totalnej opozycji”, co pokazał sondaż przeprowadzony po lipcowych demonstracjach – PO i Nowoczesnej nie przyrosło. Czyli, lewicowa młodzież demonstrowała nie w imieniu opozycyjnego mainstreamu, lecz niejako „obok”. Także żałosna akcja PO na plażach i Woodstocku oraz drętwe próby kokietowania młodzieży okazały się klapą. Wszystko to na kilometr jechało sztucznością i młodzi tego nie kupili.

Tyle, że za chwilę wezmą się za nich zawodowi spece od kreowania społecznych nastrojów (oni nie zwykli przegapiać takich okazji), co będzie o tyle łatwiejsze, że z obecnej perspektywy społecznej PiS to nie jest żadna „partia zmiany” (to już nie jest 2015 rok!), lecz po prostu ugrupowanie władzy. W lipcu macherzy z branży PR – Jakub Bierzyński (OMD) i Jakub Benke zgłosili projekt „społecznej organizacji, która w profesjonalny, systematyczny sposób zajmie się prodemokratycznym (i częściowo antyrządowym) marketingiem: cele, strategia, kreacja i publikacja w mediach. Ludzi i całych firm chętnych do darmowej pomocy znajdziemy teraz aż za wiele”. Słowem - „astroturfing” na masową skalę, a jego „targetem” w pierwszej kolejności będą właśnie opisywani tu młodzi ludzie, którym wmówi się, że działają w imię wyższych celów i wartości – po to, by utorowali drogę do władzy jakiejś zliftingowanej wersji starych układów.


III. Wygrać z astroturfingiem

Na szczęście, ten planowany „astroturfing” wcale nie musi się udać – o ile nie padnie na podatny grunt i nie stanie się rezonatorem oraz wzmacniaczem autentycznych, oddolnych emocji. Należy tylko uświadomić sobie kilka kwestii. Po pierwsze – perspektywa pokoleniowa. Obecne młode pokolenie w 2004 r., gdy wstępowaliśmy do Unii Europejskiej, było jeszcze dziećmi w wieku szkolnym, a 1989 r. to dla nich już w ogóle prehistoria. Dlatego narracja oparta na kombatanckich resentymentach na nich nie zadziała. Gdy ktoś ich nazywa „ubekami”, to sięgają po smartfony, by dowiedzieć się co to znaczy, a gdy się już dowiedzą, to wybuchają pustym śmiechem – w ten sposób PiS może się w ich oczach tylko skutecznie „zaorać”. Taki sam błąd popełniła z fatalnym dla siebie skutkiem druga strona hurtem zaliczając młodzież patriotyczną do „faszystów”. Młodzież lewicowa w tej chwili przechodzi w przyśpieszonym tempie ten sam proces, który stał się udziałem ich prawicowych odpowiedników w czasach dominacji salonowszczyzny. Po prawej stronie zaowocowało to chociażby półmilionowym Marszem Niepodległości. Chcemy mieć za chwilę analogiczne lewackie demonstracje? No właśnie.

Dzięki Bogu, PO i Petru również traktują ich protekcjonalnie, myśląc, że to taka młodsza wersja KOD-u. I ten błąd opozycji należy wykorzystać, tym bardziej, że sami młodzi odżegnują się od podpinania pod partyjne szyldy. Oni jeszcze nie są „zagospodarowani”. Jeszcze jest czas, by do nich wyjść i normalnie porozmawiać (również poprzez internet i media) - a wbrew pozorom, da się, trzeba tylko chcieć i umieć. Więcej, właśnie takim otwartym podejściem można ich skutecznie zneutralizować. Na PiS wprawdzie nie zagłosują, ale na tamtych też nie – i o to właśnie chodzi. Niech lewicowa młodzież, skoro już musi, głosuje zgodnie z własnym sumieniem – na jakichś „Zielonych”, na „Razem” - i niech się Zandberg cieszy, że ma te swoje 3 procent... Dlatego warto podsycać w nich niechęć do partyjnego establishmentu i weteranów salonowszczyzny, do całej tej nachapanej kasty beneficjentów III RP - bo też obiektywnie młodych prekariuszy z nimi nic nie łączy, nie mają wspólnych interesów. Tamci, niczym Bourbonowie po rewolucji, chcą wyłącznie restauracji starego porządku, nie mają dla młodych żadnej oferty – i na tej strunie warto pograć. Trzeba im unaoczniać czym jest tak naprawdę kasta sędziowska i że ich protesty utwierdzają ją jedynie w aroganckim poczuciu bezkarności. Tylko, błagam, z wyczuciem, a nie w stylu topornej propagandy a la Kurski, bo to ich nawet nie irytuje, tylko zwyczajnie śmieszy.

Niestety, PiS po znakomitych kampaniach wyborczych z 2015 r. znów zatraciło umiejętność przejrzystej i sprawnej komunikacji, powracając do oblicza siermiężnej prawicy, co skutkuje wrażeniem „obciachowości”. I tu pytanie do „dobrej zmiany” - macie ludzi zdolnych do podjęcia się zarysowanego tu zadania, czy też zafiksowaliście się już ze szczętem na wewnętrznych wojenkach? Drodzy politycy, poza wszystkim, zechciejcie łaskawie uwzględnić, że w tym i poprzednich wzmiankowanych na wstępie artykułach odwaliłem za was kawał roboty, którą powinniście byli wykonać sami, lecz bądź to z gnuśności, bądź to z przyrodzonej tępoty jakoś tego nie zrobiliście. Upraszam więc o pochylenie się nad tym tekstem, by nie skończyło się na rzucaniu pereł przed wieprze. Kończąc, przypomnę hasło niedawnej kampanii przeprowadzonej na Węgrzech: „nie pozwólmy, by Soros śmiał się ostatni”.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Nowa generacja

Ludowa rewolucja kontra rokosz elit

Symetryzm i postpopulizm – nowe zaklęcia liberałów


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 35 (30.08-05.09.2017)

piątek, 11 sierpnia 2017

Nowa generacja

Najgorsze co można zrobić, to zapiec się w dogmatycznym oglądzie rzeczywistości - a raczej własnych wyobrażeniach o niej - i zatracić słuch społeczny.


I. Przebudzenie

Muszę wyznać, że podczas lektury różnych komentarzy z prawej strony, dotyczących demonstracji przeciw reformie sądownictwa, towarzyszyło mi poczucie rosnącej irytacji. Otóż zarówno „nasze” media, jak i „nasi” politycy zbyt łatwo ustawiali sobie przeciwnika do bicia, zaliczając hurtowo manifestujących do, mówiąc hasłowo, obozu beneficjentów III RP, a tak w ogóle to zwalając wszystko na „astroturfing”. Tym samym - z premedytacją, bądź z intelektualnego lenistwa – przeoczyli istotną jakościową zmianę: mianowicie, po raz pierwszy w przestrzeni publicznej zaistniało w zauważalnej skali nowe, młode pokolenie – generacyjnie należące do rówieśników młodzieży patriotycznej. Śmiem twierdzić, iż od tej pory należałoby wręcz mówić o dwóch równoległych pokoleniach dwudziesto- i trzydziestolatków: z jednej strony mamy widoczną od dawna młodzież w koszulkach z Polską Walczącą i Żołnierzami Wyklętymi, z drugiej natomiast – pokolenie ukształtowane w duchu lewicowo-liberalnym. I to drugie właśnie zaczyna dochodzić do głosu. Nie znaczy to, że wcześniej nie istniało – po prostu nie było tak widoczne, angażując się np. w różne ruchy miejskie czy inicjatywy kulturalne. W ten sposób jednak zbudowało sobie pewne ramy i zyskało doświadczenie (np. w organizacji eventów), które teraz zaowocowało.

Co tych młodych ludzi odróżnia od dotychczasowej „totalnej opozycji”? Właśnie brak owej „totalności” i krytyczny stosunek do elit III RP oraz efektów transformacji ustrojowej. W odróżnieniu od KOD-u czy Schetyny i Petru, oni nie walczą o to, „żeby było tak jak było”. Nie demonstrowali na rzecz partyjnych interesów Platformy i Nowoczesnej o których często mają jak najgorsze zdanie – wyszli na ulicę POMIMO tego, że stali na niej również politycy, czego widomym znakiem jest, że „totalnej opozycji” bynajmniej nie przyrosło w sondażach. Nie działa na nich kombatancko-peerelowska retoryka, nie kupują oskarżeń o „ubeckość”, czy straszenia powrotem PRL-u. To nie ich język, nie ich emocje, nie ich doświadczenie. Patrząc na podtykane im pod nos „legendy Solidarności” pytają: a jak urządziliście tę nową Polskę w której myśmy się urodzili i dorastali? Nie wpisują się w prostą dychotomię PiS - anty-PiS, czasem wręcz podkreślają, że programy w rodzaju „500+” czy „Mieszkanie +” to krok w kierunku bardziej sprawiedliwej Polski. Są natomiast bardzo wyczuleni na wszystko co związane jest z wolnością – i tu tkwiło źródło ich niedawnej mobilizacji. PiS jak zwykle olało komunikację społeczną i stąd owa młodzież doszła do wniosku, że za chwilę obudzi się w kraju upolitycznionego sądownictwa. Przy czym, nie jest również tak, że nie widzą nieprawidłowości w obecnym systemie – po prostu uznali, że recepta PiS-u jest gorsza od choroby.

II. Podmiotowość

Kolejną wyróżniającą ich cechą jest poczucie własnej podmiotowości i odrębności. Ostatnie czego sobie życzą, to zapisanie ich do grupy partyjnych kiboli. Tam, gdzie swe „łańcuchy światła” organizowali samodzielnie (np. w Poznaniu), obowiązywała formuła „no logo” - czyli bez partyjnych szyldów. I takie właśnie – nie tyle „apolityczne”, co „apartyjne” protesty - bardzo nie podobały się liderom opozycyjnego establishmentu. Wystarczy zresztą sięgnąć do internetowej „Kultury Liberalnej”, która w ostatnim czasie stała się swoistą trybuną młodych lewicowych liberałów i poczytać, co oni sami o tym mówią. Na porządku dziennym było użeranie się z usiłującymi zawłaszczać manifestacje politykami partii opozycyjnych - gdy jednoznacznie im komunikowano, że ich miejsce jest co najwyżej na widowni, posuwali się nawet do sabotowania imprez i walki „na megafony”. Z KOD-owcami też mieli pod górkę, bo protesty były rzekomo za mało wyraziste i zbyt „piknikowe”, zaś organizatorzy bardzo dbali o to, by nie pojawiały się hasła typu „precz z PiS-lamem”, czy zawołania o „Kaczorze-dyktatorze”.

Jeszcze jedno - oni nie chcą umierać za gerontów III RP, nie są „wojskiem” Michnika, czy kogokolwiek z tego towarzystwa. Trafia ich szlag na widok Balcerowicza, któremu zawdzięczają brak normalnej pracy, bezpieczeństwa socjalnego i perspektyw. Mają gdzieś Frasyniuka z jego grubymi żartami i pozerstwem. Oni protestują we własnym imieniu i nie życzą sobie instruktaży, tudzież połajanek od weteranów Salonu w rodzaju opisywanego tu niedawno psioczenia Janickiego i Władyki na „symetrystów”. Mało też ich obchodzą protekcjonalne pochwały ze strony luminarzy salonowszczyzny, bo nie są dla nich autorytetami – a to z tego względu, że nie oceniają ich poprzez pryzmat opozycyjnych biografii z lat 70- i 80-tych czy resentymentów z czasów „wojny na górze”, lecz poprzez dokonania w III RP. Nie bronią też stołków i apanaży, bo ich zwyczajnie nie mają - rekrutują się często spośród wielkomiejskiego prekariatu i stąd m.in. ich niechęć do Balcerowicza oraz warstwy „nachapanych” beneficjentów III RP.

Następna sprawa, bardzo istotna, to językowa warstwa przekazu. Na tych demonstracjach, na których mieli coś do powiedzenia, skrupulatnie unikali retoryki pogardy, wykluczenia, nienawiści. Mówił o tym w Warszawie pisarz Jacek Dehnel wzywając, by zaniechać obelżywych sformułowań wobec ludzi korzystających z 500+ czy wyborców PiS. Poza kwestią skuteczności – drastyczny przekaz KOD-u okazał się odrzucający dla normalnych ludzi – oni językiem agresji są zwyczajnie zmęczeni. Doszliśmy do punktu, w którym nawet najcięższe inwektywy spowszedniały, straciły swoją moc i mogą działać jedynie na najbardziej nieprzejednany, żelazny elektorat – i to po obu stronach. Dlatego programowo unikają mściwych wrzasków o „Kaczorze” i „kaczystach”, którzy „pójdą siedzieć” - to nie jest ich, powiedzmy, wrażliwość estetyczna. Oprócz uczulenia na język pogardy, te nienawistne hasła „starych” z KOD-u, czy hunwejbinów od „Obywateli RP” są dla nich zwyczajnie głupie. Im autentycznie nie zależy na eskalowaniu wojny domowej - tym różnią się od „gerontów III RP” broniących za wszelką cenę stanu posiadania. I to również należy odnotować.

Dlaczego piszę o nich w tak łagodnym tonie, mimo że ideowo różni nas niemal wszystko? Bo na to zasługują - w przypadku wściekłych zombies III RP z KOD-u czy „UBywateli RP” nie miałem i nie mam oporów, by po nich „jechać” bez litości, podobnie jak wcześniej po zdziczałym bydle od Palikota. Ci młodzi są jednak inni, co warto zauważyć i wyciągnąć wnioski. Co ciekawe – jakkolwiek egzotycznie by to dla nas nie zabrzmiało – oni zupełnie szczerze uważają się za patriotów. Wzięli się chociażby za odzyskiwanie narodowej symboliki, adaptując ją do własnej wrażliwości i to bynajmniej nie w stylu czekoladowego orła – taką żenadę zostawiają pokoleniu Komorowskiego. Na ich manifestacjach śpiewanie czterech zwrotek hymnu nie jest już obciachem. Uważają, że prawica im te narodowe symbole zabrała, wiec je sobie odbierają.

III. Fatalna reakcja

Na to wszystko, przykro pisać, „nasza strona” zareagowała w najgorszy możliwy sposób – obelgami, sprowadzając protesty do schematu kodowszczyzny i zapluwających się z nienawiści do „Kaczora” starców, tudzież bredząc, jak pewien polityk z PiS, o „ubeckich wdowach”. Otóż nie - to już nie są demonstracje wyłącznie zacietrzewionych dziadów z KOD-u, jak w 2016 i trzeba tę jakościową zmianę naszym politykom uświadomić, również dla ich własnego dobra. Pisałem niedawno w tym miejscu, że politycy mają tendencję do „zamrażania” w swej wyobraźni społeczeństwa w takim stanie, w jakim oddało na nich swe glosy – i dlatego kolejny wynik wyborczy stanowi dla nich tak często nieprzyjemny szok. Im szybciej to zrozumieją, tym lepiej, bo jeśli nie znajdą języka, którym mogliby się z tymi młodymi ludźmi porozumieć, to ktoś ich bunt przejmie i zagospodaruje - a wtedy PiS przerżnie wybory.

„Nasi” politycy wrzucający młodych do jednego wora z KOD, PO i „UBywatelami RP” popełniają kolosalny błąd - i co gorsza, nie ma komu im tego powiedzieć, bo nie widzę po prawej stronie chęci do postawienia uczciwej diagnozy. Język wojennej konfrontacji tak bardzo wszedł w krew dużej części mediów prawicowych, że już nie potrafią inaczej komunikować się ze światem (zresztą - jakim światem? Mówią już od dawna tylko do zamkniętej grupy współwyznawców). Politykom wygodniej jest wszystkich zapisywać do potomków ubecji (co wy wiecie o motywacjach dziewczyny rocznik '92 tyrającej na śmieciówce – to ma być „ubecka wdowa”?), a dziennikarze z mediów uzależnionych od rządowych pieniędzy z nowego rozdania też wolą pisać to, co w ich mniemaniu chcieliby usłyszeć sponsorujący ich z publicznej kasy politycy. W ten sposób nakręca się spirala prawicowego matrixu - a to przepis na katastrofę, wg dokładnie takiego samego schematu, jaki przerobiła opcja beneficjentów III RP.

Najgorsze co można zrobić, to zapiec się w dogmatycznym oglądzie rzeczywistości - a raczej własnych wyobrażeniach o niej - i zatracić słuch społeczny. Powtarzam - sytuacja jest gatunkowo inna niż rok temu i podczas wyborów 2015. Albo to zrozumiecie i odpowiednio zareagujecie, albo przegracie.

Gadający Grzyb

Na podobny temat:

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 32-33 (09-22.08.2017)

piątek, 28 lipca 2017

„Ludowa rewolucja” kontra rokosz elit

Jeśli na ulice ruszyło się młode, wielkomiejskie pokolenie, to trzeba ogłosić, że od tej pory PiS już ma z kim przegrać.


I. Chór kanalii

Przy okazji trwającej właśnie wojny o sądy mamy do czynienia z kolejnym etapem „rokoszu elit”. Rokoszu, który prócz doraźnych interesów sprowadzających się do obrony status quo tam, gdzie tylko jest to możliwe, ma również głębokie, emocjonalne podglebie. Bynajmniej nie chodzi tu tylko o poczucie zagrożenia, że jak PiS opanuje sądy, to zacznie masowo wsadzać „totalną opozycję” do lochów, czego widomym znakiem był histeryczny happening senatora Rulewskiego w więziennym drelichu. Nie chodzi również wyłącznie o pozycję i partykularny interes prawniczego establishmentu, tudzież innych sitw czujących, że grunt usuwa się im spod nóg. Ten strach i wściekłość każące sięgać po najniższe chwyty w obronie skompromitowanej w oczach społeczeństwa „nadzwyczajnej kasty ludzi” i orkiestrować istny „chór kanalii”, wywołane są świadomością, że oto PiS rozpoczął realizację kolejnego etapu swoistej „ludowej rewolucji”. A to właśnie ów „lud” wywołuje u naszych „obrońców demokracji” odruch niekontrolowanego obrzydzenia. By to bliżej wyjaśnić, odwołam się do słynnej wypowiedzi prof. Sadurskiego, który tak się składa, jest m.in. również prawnikiem: „O to mam największe pretensje do Kaczyńskiego, że z cynicznych powodów dał nieoświeconemu plebsowi poczucie dostępu do władzy”.

Tu ich boli. Otóż Sadurskiego i jego formację cechuje głębokie przeżywanie własnej elitarności - przynależność do „lepszego towarzystwa” stanowi wręcz podstawę ich wysokiej samooceny. Dlatego, gdy ktoś tę elitarność i płynącą z niej redystrybucję prestiżu w jakiejkolwiek formie zaneguje, choćby głosując nie tak jak trzeba, traktują to jako osobisty policzek, obrazę – głosowanie wbrew ich wskazówkom odbierają bowiem jako symboliczną odmowę uznania ich przywódczego statusu. W konsekwencji, nie przyjmują do wiadomości wyników „niesłusznych” wyborów, uznając je za z zasady nieważne, za rodzaj uzurpacji ze strony „plebsu”. To zaś powoduje dysonans poznawczy i pogłębiający się rozdźwięk między własnymi wyobrażeniami, a rzeczywistością, co z kolei wywołuje rosnące napięcie, którego wykwitem bywają właśnie takie nieprzytomne bluzgi jak Sadurskiego, ale też np. Mikołejki perorującego o „Edkach” siedzących „z piwskiem w łapie i w gaciach do kolan”.


II. Demokracja bez demosu

Mówiąc pół żartem, pół serio - oni są wyznawcami specyficznego modelu harmonii, czegoś co określiłbym mianem zwulgaryzowanego platonizmu z jego „państwem filozofów”, połączonego z czymś na kształt lewackiej odmiany konfucjanizmu, gdzie każdy ma trwale przypisane sobie miejsce. Wedle tego wzorca „demokracja” ma polegać na przywództwie elit kierujących masami, dlatego wszelkie rozstrojenie owej „harmonii” sprawia, że ze wszystkich sił próbują ją oraz należną sobie pozycję w jej ramach - przywrócić. To jest ich główna i bazowa motywacja - zaś krzyki o Trybunale, sądownictwie, konstytucji i praworządności, są jedynie wtórną racjonalizacją tego pierwotnego poczucia przyrodzonego ładu. To wizja ściśle hierarchiczna, klasowa, w swej istocie nie mająca nic wspólnego z demokracją czy jakąkolwiek odmianą republikanizmu - ale właśnie ją uważają za demokrację i to jeszcze w dodatku – liberalną.

Ta kastowa wizja społeczeństwa dotyczy również w ogromnej mierze środowiska sędziowskiego. Oni też czują się współprzewodnikami stada, co widać niekiedy w moralizatorskich uzasadnieniach wyroków, dalece wykraczających poza interpretację przepisów i zamieniających się nierzadko w publicystykę (sędzia Łączewski, Tuleya). Stąd też antykonstytucyjne w swej wymowie słowa prof. Popiołka, że suwerenem są wartości zapisane w prawie których strażnikiem są sądy - a nie jacyś tam „wyborcy”. Czyli mamy demokrację bez rządów demosu. A to oznacza, że pod jej pozorami dostajemy oligarchię, gerontokrację lub jeszcze coś innego.


III. Przebudzenie „symetrystów”

Teraz są sprowadzani na ziemię - a to boli. Dlatego tak entuzjastycznie reagują na ostatnie demonstracje, na których poza dyżurną „kodowszczyzną” zaczęli się pojawiać również tzw. zwykli obywatele, bo to w ich mniemaniu oznacza, że tłum za ich plecami jeszcze nie całkiem się przerzedził, że jeszcze są zdolni kogoś poprowadzić. Mylą się, bo ci ludzie przychodzą niezależnie od ich nawoływań - ale to właśnie powinno poważnie zaniepokoić obóz „dobrej zmiany”.

Otóż w ramach protestów po raz pierwszy na ulice wyszli „symetryści”. To już nie są jakieś groteskowe „diduszki” wyciągnięte z kazamatów „Krytyki Politycznej”, lecz autentyczni młodzi ludzie, którzy wprawdzie nie przepadają za złodziejami z PO, banksterami z „Nowoczesnej” i „gerontami III RP” od Michnika, lecz zarazem nie chcą zmiany a la PiS. Dotąd byli zdystansowani wobec obu stron politycznego sporu, za co zagniewani geronci zarzucali im „jazdę na gapę”. Zatem skoro teraz dali się jednak namówić, by protestować razem z beneficjentami III RP, to robi się nieciekawie. Dopóki przekrój demonstrantów był taki, jak na manifestacjach KOD, czy podczas grudniowego puczu pod Sejmem, PiS mogło spać spokojnie. Jeśli jednak na ulice ruszyło się młode, wielkomiejskie pokolenie, to trzeba ogłosić, że od tej pory PiS już ma z kim przegrać. O symetryzmie i symetrystach pisałem tu całkiem niedawno, więc nie będę powtarzał tamtej analizy, dodam tylko, iż jest to pokolenie autentycznych, integralnych lewicowców w najgorszym stylu: zwolenników obyczajowego postępu, wprawdzie wrażliwych społecznie lecz zarazem nieodwracalnie skażonych np. antyklerykalizmem i kosmopolityzmem - i to właśnie oni mogą stać się kluczową grupą wyborców w 2019 r. Bo skoro wyszli na ulice, to znaczy, że pójdą też do urn - i do wyborów ruszy ich wielokrotnie więcej niż na manifestacje w Warszawie czy we Wrocławiu. Czy PiS to dostrzega i czy zdaje sobie sprawę, że ma bardzo mało czasu, by rozbroić tę tykającą społeczną bombę? Niestety, wątpię.

Warto sobie w związku z powyższym uświadomić jedną rzecz. Mianowicie, okupujący kamery i mikrofony „liderzy” pokroju Schetyny, Petru czy Frasyniuka nie są ważni – dlatego zamiast zajmować się poczynaniami tych zużytych figur woskowych, należy spojrzeć szerzej i głębiej, by zorientować się jakie społeczne procesy zachodzą na zapleczu. A tam, niepostrzeżenie, wyrosła cała nowa generacja obecnych dwudziestoparo- i trzydziestolatków stanowiących niejako rewers młodzieży patriotycznej. Zachwyceni młodymi ludźmi w koszulkach z żołnierzami wyklętymi i husarią, przegapiliśmy ich rówieśników, przeważnie rekrutujących się z nowej, wielkomiejskiej klasy średniej. Fakt, dotąd niespecjalnie rzucali się w oczy, byli dość wycofani jeśli chodzi o publiczne zaangażowanie, co najwyżej ograniczając się do lokalnych ruchów miejskich. Teraz jednak zaczynają zabierać głos – może niekoniecznie w duchu, który spodobałby się Michnikowi, bo ich krytyka III RP i dorobku transformacji jest dość miażdżąca, ale – co ważne – jest to krytyka z pozycji radykalnego lewicowego liberalizmu. Może nie tak lewackiego jak „Razem” Zandberga i spółki, ale ideowe afiliacje są jednoznaczne. Przykładowo, ich główny zarzut wobec rządów PO, prócz złodziejstwa oraz uderzającego w nich bezpośrednio sprekaryzowania rynku pracy, to zaniechanie wprowadzenia homomałżeństw i liberalizacji aborcji. Słowem, Platforma jest dla nich zbyt zachowawcza obyczajowo.


IV. Bunt młodych?

Do tej pory „totalna opozycja” wraz ze swym zapleczem intelektualnym nie potrafiła zagospodarować tych rodzących się po lewej stronie społecznych emocji, tkwiąc w nabzdyczonym stuporze. Jednak jakaś siła polityczna się pojawi (zawsze się pojawia) i zaabsorbuje ten „symetryczny” potencjał sprzeciwu zarówno wobec PiS-u, jak i „pokolenia Magdalenki”, bo takie procesy się stopniowo, po cichu kumulują i wybuchają w najmniej oczekiwanych momentach – tak jak „bunt gówniarzy” (jak ich określił Michnik) wybuchł w twarze salonu w 2015 r. Ale rok 2015 to już przeszłość – w 2019 r. może z kolei nastąpić „bunt symetrystów”. Tymczasem politycy zwykli w swej imaginacji „zamrażać” wyborców w takim stanie, w jakim owi wyborcy na nich głosowali. A to tak nie działa. Wyborcy ewoluują, społeczeństwo się zmienia - to jest dziki, żywy, nieokiełznany organizm. Dlatego jeśli PiS nie zadba o odpowiednią społeczną komunikację i chociażby wyjaśnienie, dlaczego zmiany w sądownictwie są potrzebne i warto je nawet „przepchnąć kolanem”, to szeregi niezadowolonych będą rosnąć, a odpowiedni specjaliści ów narastający „bunt symetrystów” przejmą i powiodą przeciw Polsce. A wtedy nastąpi taki „odpał”, takie odbicie wahadła w lewą stronę, że się nie pozbieramy.

Kraczę? Przesadzam? Oby - naprawdę chciałbym się mylić. Jednak warto zwrócić uwagę, że w ostatnich latach to właśnie młodzież była motorem zmian politycznych. Przypomnę, że to młodzi ludzie zmanipulowani akcją „zmień kraj, idź na wybory” zadecydowali w 2007 r. o oddaniu władzy PO na osiem lat. To młodzi w 2015 zagłosowali na PiS i Kukiza – i to młodzi zadecydują o zmianie w najbliższych bądź kolejnych wyborach.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Symetryzm i postpopulizm – nowe zaklęcia liberałów


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 30 (26.07-01.08.2017)

czwartek, 1 stycznia 2015

Piotr Lisiewicz – wódz młodzieży

Pozostaje mieć nadzieję, że młodzi ludzie zrzeszeni w różnych organizacjach nie pozwolą się napuszczać na siebie nawzajem i będą w stanie nawiązać współpracę.

 

I. Opozycyjny rachunek sumienia

Piotr Lisiewicz opublikował na łamach „Gazety Polskiej” i portalu Niezależna.pl istotny tekst, w którym zastanawia się m.in. „jak zbudować siłę, która stworzy polski Majdan”. Trzeba autorowi oddać, że w przeciwieństwie do wielu innych „niepokornych” publicystów stara się wystrzegać intelektualnych sideł do jakich prowadzi stosowanie utartych, propagandowych schematów, choć z drugiej strony nie udaje mu się to do końca – ale o tym później. Warto docenić, że wspominając demonstrację przed PKW z 20 listopada i wynikłą później okupację sali konferencyjnej, potrafił odnieść się krytycznie do nieprzytomnego tekstu Joanny Lichockiej w którym publicystka zarzuca Grzegorzowi Braunowi i Ewie Stankiewicz, iż „zrealizowali scenariusz, który mógłby być napisany w siedzibie MSW na Rakowieckiej. Uważam też, że nagłaśnianie ich akcji, jej afirmacja, a także po prostu zagrzewanie do wychodzenia na ulicę, z którymi można było się spotkać m.in. na łamach telewizji Republika, było w czasie kampanii wyborczej poważnym, politycznym błędem, za które opozycja zapłaciła w wyborach.” Lisiewicz na szczęście unika pułapki kategoryzowania manifestacji jako przejawu domniemanej agenturalności bądź oszołomstwa, zauważając, że nawet ewentualne prowokacje przy odpowiedniej masowości protestów spalą na panewce, gdyż prowokatorzy - tak jak stało się w 1980 roku - zwyczajnie nie będą w stanie kontrolować wydarzeń, zaś w innym miejscu dodając trafnie: „wyniki kandydatów PiS na prezydenta w II turze były zaskakująco dobre i podejrzewam, że wkurzenie ludzi na fałszerstwo raczej się im przysłużyło”.

Cóż zatem jest przyczyną porażki? Lisiewicz definiuje ją jako efekt długoletnich zaniedbań. Otóż to! Być może dla wielu z Państwa jest to oczywiste, ale przyznajmy, że taka diagnoza ogłoszona na łamach medium, które uchodzi wręcz za organ prasowy Prawa i Sprawiedliwości, może stanowić dla czytelników „GaPola” odkrycie iście kopernikańskie. Jednym z najpoważniejszych zaniechań jest odpuszczenie przez PiS młodzieży – nie tyle w sensie docierania z przekazem, ile w znaczeniu organizacyjnym (zwracał nieco wcześniej na to uwagę również Jerzy Targalski). W efekcie, młodzież notorycznie spławiana przez lokalne pisowskie struktury angażuje się albo w polityczne inicjatywy Korwin-Mikkego, albo przystępuje do którejś z organizacji narodowych – ONR, MW itd. Dla mnie, rzecz jasna, takie ukierunkowanie energii młodych ludzi nie stanowi problemu, bowiem w odróżnieniu od wielu zwolenników jedynie słusznej siły opozycyjnej nie traktuję narodowców jako „czarnego luda”, a i z korwinowców wyrastają ludzie, co jako były wyborca UPR i pana Janusza, który „zmarnował” na niego w latach 90-tych kilkakrotnie swój głos, mogę zaświadczyć na własnym przykładzie. Rozumiem jednak, że dla zadeklarowanych zwolenników PiS może stanowić to pewien problem i powód do zgryzot.

II. Młodzież w okowach narodowców

Zgryzotom tym redaktor Lisiewicz daje zresztą upust narzekając, że narodowcy zagospodarowując patriotyczną młodzież, m.in. ze środowisk kibicowskich „przyszli na gotowe” - bo podglebie, wedle Lisiewicza, przygotował uprzednio on sam wraz z „Gazetą Polską”. I tu mam wątpliwości, z tego bowiem co się orientuję, środowiska narodowe wykonały i wykonują wśród młodzieży gigantyczną pracę formacyjną i, nazwijmy to, cywilizacyjno-kulturową. To, że młody narodowiec, patriota, przestał się kojarzyć z wizerunkiem tępego „naziola” z bejsbolem w łapie, jest w ogromnej mierze właśnie zasługą organizacji w rodzaju ONR czy Młodzieży Wszechpolskiej. Pogłębianie świadomości historycznej, erupcja popularności zakazanych do pewnego momentu tematów, takich jak Żołnierze Niezłomni, Narodowe Siły Zbrojne, przybliżanie dorobku przedwojennej endecji – ba, samo przywrócenie tego nurtu naszej tradycji patriotyczno-niepodległościowej do zbiorowej pamięci obecnego pokolenia jest również niezaprzeczalną zasługą mrówczego wysiłku współczesnych następców narodowej demokracji. Zdaję sobie sprawę z tego, że Lisiewicza może to uwierać, ale odmawianie zasług trąci jednak płytką małostkowością.

Zresztą – i tu wracam do zasygnalizowanego na wstępie spostrzeżenia, że Lisiewiczowi nie udało się do końca wyzwolić z propagandowej narracji – dla dziennikarza „GP” problemem jest chyba nie tyle oblicze ideowe, ile domniemana prorosyjskość narodowców. Publicysta obawia się, że energia młodych zostanie przez przywódców ugrupowań narodowych skanalizowana i użyta ze szkodą dla polskich interesów. I tu właśnie Piotr Lisiewicz popada w propagandową pułapkę – mam nadzieję, że nieświadomie. Wrzucanie do jednego worka ewidentnie sympatyzującego z putinowskim reżimem Korwina z, dajmy na to, Ruchem Narodowym, jest co najmniej nadużyciem, podobnie zresztą jak rozciąganie na ogół narodowców pojedynczych – kretyńskich, przyznajmy – wypowiedzi poszczególnych polityków z szeroko rozumianego obozu narodowego, każących nam upatrywać w Rosji i Putinie przeciwwagi, lub zgoła sojusznika w walce z demoliberalną zgnilizną. Dla każdego w miarę kumatego uczestnika bądź obserwatora życia publicznego oczywistym jest, że konserwatywna narracja Kremla to zwyczajne mydlenie oczu i traktowane czysto instrumentalnie narzędzie sprawowania władzy, oraz utrwalania putinowskiej satrapii. Poza tym, w pewnym miejscu sam Lisiewicz przyznaje, że większość narodowej młodzieży nie dała się nabrać na te plewy, zatem imputowanie jej en masse ruskiego „pożytecznoidiotyzmu” jest tym bardziej bezprzedmiotowe. Piotr Lisiewicz raczej nie jest typem doktrynera i ciasnego dogmatyka, więc tym bardziej mógłby sobie darować – choćby z szacunku dla samego siebie – podobne wycieczki.

 III. Nie ma barykady!

Koniec końców Lisiewicz dochodzi jednak do konstruktywnego wniosku. Należy mianowicie stworzyć młodzieżową strukturę zbliżoną pod względem polityczno-ideowym do PiS, lecz niezależną organizacyjnie. To cenne przedsięwzięcie i kibicuję mu z całego serca. Przy różnych okazjach podkreślam, że tradycja piłsudczykowska i endecka to dwa płuca polskiego patriotyzmu, które w obecnej sytuacji powinny ze sobą współpracować – a przynajmniej nie atakować się nawzajem. Inaczej z odzyskania Polski i obalania „republiki okrągłego stołu” nici. Jeśli miałoby to skutkować poszerzeniem oferty dla tej części młodych ludzi, którzy nie identyfikują się z narodowcami, bądź przystąpili np. do ONR-u „z braku laku” - to szczerze życzę powodzenia. Antymoskiewskie oblicze przyszłego ruchu, podobnie jak postulowany format – miałoby to być coś na kształt dawnej Ligi Republikańskiej – również sprawia, że można inicjatywie tylko przyklasnąć. Warto pamiętać jednakże, iż z Ligi Republikańskiej wyszedł zarówno Mariusz Kamiński (bezkompromisowy szef CBA), jak i (fetowana ongiś przez „Gazetę Polską”) Julia Pitera, która szybko przerzuciła się z antykorupcyjnej działalności w Transparency International i ścigania „układu warszawskiego” na kolejne platformerskie synekury...

Lisiewicz słusznie zauważa, że na czele powinni stanąć ideowcy, nie zaś karierowicze pazerni na kasę i posady. Hm, czyżby to właśnie on widział siebie w roli „wodza młodzieży”? Byłoby ciekawie, szczególnie w kontekście happeningowej aktywności Akcji Alternatywnej „Naszość”... Martwi jedynie, że możliwość współpracy z organizacjami narodowymi redaktor widzi dopiero gdy ta nowa formacja stanie się wśród młodzieży siłą dominującą. Czyli, może to trochę potrwać... Oby ta troska, by nie paść łupem strasznych narodowców nie sprawiła, że lisiewiczowska młodzież zachowa polityczne dziewictwo, a w tym czasie Polska wraz z nieskuteczną opozycją utonie w bagnie marazmu fundowanego przez tutejszy odpowiednik meksykańskiej Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej.

Można w tym miejscu zapytać, jak wyobrażam sobie koegzystencję i współdziałanie młodzieżówek wywodzących się z dwóch stron polityczno-ideowej, patriotycznej barykady. Otóż z mojej perspektywy nie ma żadnej barykady – a przynajmniej być jej nie powinno. Pozostaje mieć nadzieję, że młodzi ludzie zrzeszeni w różnych organizacjach – czy to narodowych, czy okołopisowskich - nie pozwolą się napuszczać na siebie nawzajem i będą w stanie nawiązywać współpracę, jeśli nawet nie w sensie instytucjonalnym, to chociażby na płaszczyźnie oddolnej, poziomej. W razie konieczności – bez oglądania się na partykularne interesy swoich przywódców.

 Gadający Grzyb

 Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

 Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 51-53 (22.12.2014-11.01.2015)

sobota, 21 sierpnia 2010

Kosmopolita.


Naszym elitom udał się zakrojony na ogólnospołeczną skalę eksperyment wychowawczy.

I. „Ja nie wiem, co ja jestem”.

Miałem niedawno okazję rozmawiać z pewnym człowiekiem... no właśnie, jak go określić? Formalnie jest to Polak pochodzący ze Śląska, mieszkający obecnie w Niemczech i podwójny, polsko – niemiecki obywatel, przemieszczający się w interesach miedzy oboma krajami. Zapytany o samoidentyfikację, odparł z rozbrajającą szczerością (i wyraźnym śląskim akcentem): „Ja nie wiem, co ja jestem”. Kosmopolityczny człowiek sukcesu, spełniony biznesmen, słowem – chodzący ideał „Wyborczej”, gdyby nie to, że wykształcenie zakończył pewnie gdzieś w okolicach zawodówki (świadczył o tym ubogi zasób słów i niezdolność do formułowania własnych wypowiedzi, zastępowana wykrzykiwaniem gazetowych sloganów), zaś wiekowo oscylował około sześćdziesiątki.

Jak to bywa przy wódce, rozmowa zeszła na politykę. Okazało się, że rozmówca prezentuje zestaw poglądów charakterystyczny dla mediodajnianego mainstreamu w tak krystalicznej formie, że było to wręcz... fascynujące. Do tego dochodziło uwielbienie dla Niemiec i sformułowania (z pozycji wyższości) typu: „wy, Polacy...”

W punktach dałoby się to przedstawić następująco:

- po co grzebać się w przeszłości (rozpamiętywać krzywdy, wywlekać jakieś papiery jak te popaprańce z IPN-u);

- Kaczory to zacięte, złośliwe kurduple, gnębiący niewinnych ludzi (przykład – doktor Mirosław G.);

- obrońcy Krzyża to banda zdewociałych fanatyków;

- Polska za Kaczorów jazgotała na Rosję niczym ratlerek na buldoga, zamiast siedzieć cicho;

- uznanie własnej niższości powinno cechować Polskę również w stosunku do Niemiec;

- Lech Kaczyński z „tymi, no wiesz, innymi” nie powinien był pchać się do Gruzji, bo tylko wnerwił Rosję;

- jak będziemy wobec mocarstw grzeczni, to może pozwolą nam sobie z nimi pohandlować (a jak pozwolą, mamy się cieszyć i nie podskakiwać);

- na podobnej zasadzie lepiej dać sobie spokój z naciskaniem na wyjaśnienie katastrofy smoleńskiej...

... i te de, i te pe.

Jako, że jestem przyzwyczajony, iż w niemal każdym towarzystwie (prócz Niepoprawnych;)) jestem odosobniony ze swymi poglądami, podjąłem z facetem polemikę, która sama w sobie była wielce frapująca – on był dla mnie obiektem badawczym jako modelowy okaz wykorzenienia podpartego intelektualnym gulaszem serwowanym przez mediodajnie, ja dla niego – przykładem patrioty o poglądach jakie do tej pory znał jedynie z medialnych przekazów i które mają rzekomo ograniczać się do garstki moherowych staruszek.

Jednym z większych komplementów, jakimi obdarzył mnie rozmówca, było stwierdzenie, że nadawałbym się do tych „popaprańców” od Wałęsy – Cenckiewicza i tego drugiego, jak mu tam... Facet nie mógł uwierzyć, że to co dla niego jest formą anatemy, dla niektórych może być powodem do dumy.

II. Pokolenie Marii Peszek.

Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że wg mnie takich jak on będzie przybywać. O ile w pokoleniu mojego rozmówcy – pięćdziesięcio, - sześćdziesięcio latków, takie totalne wykorzenienie jest zjawiskiem jeszcze stosunkowo rzadkim (nawet komuniści, by chronić swe biografie deklarują jakąś formę patriotyzmu), o tyle „pokolenie Marii Peszek” faktycznie w przypadku „sytuacji militarnej” może masowo „spieprzać jak najdalej”, gdyż jak naucza Marek Kondrat „Polska nie jest najważniejsza”. Postawa charakteryzująca się zacytowanym na początku tekstu stwierdzeniem „ja nie wiem, co ja jestem”, choć może wyrażona lepszą polszczyzną będzie się upowszechniać. Patrzenie na czubek własnego nosa i brak wspólnotowych więzi od dwudziestu lat umiejętnie hodowane i nobilitowane przez intelektualny parnas, wsparte tendencjami demograficzno – społecznymi powoduje, że za chwilę decydujący wpływ na sprawy Polski będzie miało pokolenie rozpieszczonych, ukierunkowanych na hedonizm („róbta co chceta”) jedynaków. Degrengolada szkolnictwa z okrojonymi do absurdu lekcjami historii i jechaną na brykach literaturą dopełnia obrazu spustoszenia.

Można powiedzieć, że opisywany tu polsko – niemiecki Ślązak jest swoistym prekursorem tych, którzy wnet nadejdą. Odnoszę wrażenie, że doskonale dogadałby się z zebraną niedawno na Krakowskim Przedmieściu za sprawą Dominika Tarasa młodocianą barbarią. Łączy ich bowiem jeszcze jedno: tłumione poczucie prowincjonalizmu każące pogardliwie traktować wszelkie przejawy polskości i z cielęcym zachwytem wpatrywać się we wszystko, co pochodzi z „Reichu”, czy szerzej – Zachodu.

Po dwudziestu latach można śmiało powiedzieć, że naszym elitom udał się zakrojony na ogólnospołeczną skalę eksperyment wychowawczy. A że produkty owego eksperymentu „nie wiedzą, co oni są”? Tym lepiej. Taka wiedza tylko zamyka nas w zaścianku i budzi „demony polskiego patriotyzmu”, jednym słowem – same z nią problemy...

III. Epilog.

Następnego dnia dotarła do mnie wieść, że ów człowiek wspominając naszą dyskusję powiedział wspólnym znajomym: „no, z takim patriotą to ja jeszcze nie gadałem”. Nie wiem, czy powinienem uznać to za komplement. Czy odezwała się w nim nutka niechętnego podziwu, czy przeciwnie – takich jak ja traktuje jako skazaną na wymarcie zoologiczną ciekawostkę...

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

środa, 11 sierpnia 2010

Egzamin.


Mija właśnie czwarty miesiąc od chwili, kiedy to „Państwo Polskie zdało egzamin”. Odtąd zdaje egzamin nieustannie, bijąc kolejne rekordy zdawalności.



I. Egzamin młodzieży.

W nocy z dziewiątego na dziesiątego sierpnia A.D. 2010 egzamin zdali kolejni młodzi, wykształceni przedstawiciele wielkomiejskiej inteligencji, (inteligencję takową można rozpoznać bezbłędnie po pisowni haseł na transparentach: „Mochery na stos” i „Rzydokomuna pozdrawia”). Wyrafinowane metody polemiczne szlifowano zresztą już co najmniej od 3 sierpnia przy życzliwej postawie Policji Państwowej, co prześledzić można w licznych relacjach pisanych i nagrywanych. Policja zresztą również zdała egzamin, a był to egzamin ważny - z miłości: nie czepiała się drobiazgowo sympatycznych młodych ludzi, którzy po wzmocnieniu wątłych umysłów odpowiednią dawką „wody rozmownej” szli polemizować z modlącymi się kołtunami za pomocą oddawania moczu, sklejania krucyfiksu z puszek po piwie marki, która już nigdy nie skala moich ust, roztrącania zniczy, wesołych przyśpiewek, wyzwisk, argumentów ręczno – fizycznej proweniencji i reszty zestawu z niepisanego podręcznika nowoczesnego, zionącego tolerancją polemisty.

II. Egzamin służb miejskich.


1.Konserwatorzy.

Kolejne egzaminy zdają śpiewająco służby samorządowe począwszy od stołecznego konserwatora zabytków, pani Ewy Nekandy – Trepki i zastępcy, pana Artura Zbiegieniego, którzy z rewolucyjną czujnością zapobiegli dewastacji przestrzeni architektonicznej Krakowskiego Przedmieścia i ocalili „symetrię i układ funkcjonalny” dziedzińca Pałacu Prezydenckiego przed zakusami katolickich wandali, pragnących zburzyć harmonię miejsca, niczym Talibowie wysadzający posągi Buddy w Afganistanie. Wprawdzie podobnych obiekcji w/w para konserwatorów nie wykazała przy okazji rozbiórki zabytkowej parowozowni obok Dworca Wileńskiego, czy fabryki Kemlera przy ulicy Dzielnej, ale świadczy to tylko i wyłącznie o jakże pożądanym „wyczuciu etapu” - kiedy należy interweniować, a kiedy nie należy psuć zblatowanym inwestorom humoru i nie leźć w oczy ze zbędnym rygoryzmem.

2. Straż Miejska.


Nie od rzeczy byłoby wspomnieć o Straży Miejskiej, której w dniach kwietniowej żałoby próżno było szukać pod Pałacem. Strażnicy do tego stopnia taktownie nie narzucali się żałobnikom, że 11 kwietnia, gdy sprowadzano trumnę z ciałami ś.p. Lecha i Marii Kaczyńskich, kordon zapewniający jako taką drożność musiały sformować harcerki. Miasto, które nie było w stanie zmobilizować Straży do zabezpieczenia porządku na Krakowskim Przedmieściu kiedy krzyż stawiano, wykazało się niezwykłą gorliwością mobilizacyjną 3 sierpnia, kiedy przyszło do nieudanej próby jego usuwania... Ot, widać priorytety...

3. Priorytety HG-W.


Za powyższe, należy się władzom miasta z katoliczką Hanną Gronkiewicz – Waltz na czele, piątka z tłustym plusem, albowiem prawidłowa gradacja priorytetów jest podstawą skutecznego działania. A cóż może być ważniejszego od pacyfikacji wyalienowanych ze zdrowej tkanki narodu nienawistnych awanturników, którzy pragnęli zakłócić przebieg podniosłej ceremonii wysiudania ze sfery publicznej, ehm... przepraszam, chciałem powiedzieć – przeniesienia w „godniejsze miejsce" symbolu, na którym mogły by się pożywić demony polskiego patriotyzmu?

Jest oczywistą sprawą, że stan mobilizacji nie może trwać wiecznie, zatem Straż Miejska jak się pojawiła, tak też i znikła, zostawiając przestrzeń dla nieustającego egzaminu zdawanego nocną porą przez opisanych w punkcie pierwszym młodych, zdolnych (do wszystkiego) ludzi.

III. Egzamin „Niemca” i WSI.


1. Trudna przeszłość obywatela „Niemca”.

Warto też docenić zew obywatelskiego obowiązku, który przywiódł w okolice smoleńskiego krzyża nawróconego gangstera Zbigniewa S., pseudonim „Niemiec”, o czym donosi portal Niezalezna.pl . Obywatel ów zasłynął napadami na warszawskie agencje towarzyskie a podczas jednego z nich wziął udział w zbiorowym gwałcie na ciężarnej właścicielce, która wskutek tego poroniła. W 1997 roku świadomy obywatel „Niemiec” został za swe swawole skazany na 9 lat więzienia, jednak od 2008 roku współuczestniczył w znanym szantażowaniu senatora Krzysztofa Piesiewicza. Obecnie toczy się przeciw Zbigniewowi S. postępowanie.

2. Obywatelskie nawrócenie.

Ale cóż – nigdy nie wiadomo, kiedy obywatelska powinność weźmie w człeku górę, wtykając mu do ręki transparent z hasłem: „Wykorzystanie krzyża do walki politycznej TO JEST DZIEŁO SZATANA!!! Jarosławie Kaczyński, opamiętaj się!” i każe noc w noc wystawać w pobliżu krzyża do piątej nad ranem. Szczególnie, jeśli owa powinność ma oblicze oficera prowadzącego d. WSI, o których to związkach obywatela „Niemca” ćwierkają niektórzy dziennikarze. W takiej sytuacji, panu Zbigniewowi pozostaje tylko wyprężyć się służbiście, wsiąść do czarnego Mercedesa S500 i w pocie czoła animować spontaniczny sprzeciw wobec krzyża, pracując tym samym na nadzwyczajne złagodzenie, lub zgoła – uniknięcie kary w procesie o szantaż.

3. WSI zawsze wierne.

A że tak się składa iż, jak na katolika przystało, prezydent Komorowski czuje słuszną odrazę do mamroczących modlitwy katoli, to semper fidelis WSI zawsze gotowe jest się odwdzięczyć swemu heroicznemu obrońcy i podesłać w okolice krzyża obywatela „Niemca” wraz z wesołą kompaniją, by realizowali swój patriotyczny obowiązek. Policyjni zwierzchnicy zaś szepną czule na ucho podwładnym, by nie interesowali się przesadnie grupką „happenerów” tego sympatycznego pana w różowej bluzie z którym tak lubią fotografować się modne aktorki. Zresztą, jak nie Zbigniew S., to zawsze można znaleźć innego zatroskanego o laickość państwa obywatela gotowego nieść ciemnym moherom kaganek oświaty.

***

Krótko – dla obywatela Zbigniewa S. i pozujących z nim do zdjęć aktorek - Anny Muchy, Katarzyny Glinki, Małgorzaty Sochy i Katarzyny Zielińskiej, a także dla funkcjonariuszy Policji - po piątce. Egzamin zdany. Dla WSI natomiast spokojnie szóstkę, za skuteczność służbowych działań mimo rozwiązania...

IV. Katole oblały.

Aby jednak nie popaść w samozachwyt, należy ze smutkiem zauważyć, że egzaminu nie zdała grupka sfanatyzowanych awanturników, którzy zamiast pokornie wymrzeć, albo przynajmniej zaszyć się w czterech ścianach, by za pomocą wiodących mediodajni chłonąć atmosferę nowoczesności i laickiej tolerancji, wzniecali burdy za pomocą ostentacyjnych modlitw, prowokacyjnych katofaszystowskich pieśni, jątrzącego trwania na klęczkach przed dzielącym ludzi krzyżem i nienawistnego rozniecania zniczy (wiadomo – dzisiaj znicze, jutro stosy...). Absolutnie nieczuli na merytoryczną polemikę ze strony Polski „jasnej”, której przedstawiciele wraz z zatroskanym obywatelem Zbigniewem S. tak tłumnie przyszli do nich z dobrym słowem i propozycją wspólnej zabawy, tkwią obskurancko, adorując samowolę budowlaną, oddając się średniowiecznym zabobonom i przynosząc nam wstyd przed całym światem. Wprawdzie, choćby pobieżny przegląd zagranicznych stron internetowych pokazuje, że świat ma aktualnie na głowie zupełnie inne sprawy, ale prawdziwie światłego Europejczyka rodzimego chowu nie powinno to w najmniejszym stopniu powstrzymywać przed przemożnym poczuciem wstydu, niższości i cywilizacyjnego zapóźnienia z powodu klerykalizacji przestrzeni publicznej i fundamentalistycznej rewolty jaką szykuje nam wszystkim garść moherowych katoli.

***

Siły jasności jednak nie poddają się w zbożnym, tfu, chciałem rzec - laickim dziele krzewienia tolerancji. A wszak, żeby skutecznie krzewić, wiadomo - wpierw należy wykrzewić to, co krzewieniu przeszkadza. Przygotować grunt pod zasiew, że się tak wyrażę. Wykorzeni się wpierw Krzyż wraz ze związaną z nim zbiorową pamięcią i garstką fanatyków, zaś grupy postępowej młodzieży brylującej co noc pod wodzą obywatela „Niemca” w okołokrzyżowych „dyskusjach”, stanowić będą forpocztę na drodze wiodącej z moherowego Krakowskiego Przedmieścia do Nowego (Wspaniałego) Świata.

Gadający Grzyb


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl