Pokazywanie postów oznaczonych etykietą elity III RP. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą elity III RP. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 lipca 2017

„Ludowa rewolucja” kontra rokosz elit

Jeśli na ulice ruszyło się młode, wielkomiejskie pokolenie, to trzeba ogłosić, że od tej pory PiS już ma z kim przegrać.


I. Chór kanalii

Przy okazji trwającej właśnie wojny o sądy mamy do czynienia z kolejnym etapem „rokoszu elit”. Rokoszu, który prócz doraźnych interesów sprowadzających się do obrony status quo tam, gdzie tylko jest to możliwe, ma również głębokie, emocjonalne podglebie. Bynajmniej nie chodzi tu tylko o poczucie zagrożenia, że jak PiS opanuje sądy, to zacznie masowo wsadzać „totalną opozycję” do lochów, czego widomym znakiem był histeryczny happening senatora Rulewskiego w więziennym drelichu. Nie chodzi również wyłącznie o pozycję i partykularny interes prawniczego establishmentu, tudzież innych sitw czujących, że grunt usuwa się im spod nóg. Ten strach i wściekłość każące sięgać po najniższe chwyty w obronie skompromitowanej w oczach społeczeństwa „nadzwyczajnej kasty ludzi” i orkiestrować istny „chór kanalii”, wywołane są świadomością, że oto PiS rozpoczął realizację kolejnego etapu swoistej „ludowej rewolucji”. A to właśnie ów „lud” wywołuje u naszych „obrońców demokracji” odruch niekontrolowanego obrzydzenia. By to bliżej wyjaśnić, odwołam się do słynnej wypowiedzi prof. Sadurskiego, który tak się składa, jest m.in. również prawnikiem: „O to mam największe pretensje do Kaczyńskiego, że z cynicznych powodów dał nieoświeconemu plebsowi poczucie dostępu do władzy”.

Tu ich boli. Otóż Sadurskiego i jego formację cechuje głębokie przeżywanie własnej elitarności - przynależność do „lepszego towarzystwa” stanowi wręcz podstawę ich wysokiej samooceny. Dlatego, gdy ktoś tę elitarność i płynącą z niej redystrybucję prestiżu w jakiejkolwiek formie zaneguje, choćby głosując nie tak jak trzeba, traktują to jako osobisty policzek, obrazę – głosowanie wbrew ich wskazówkom odbierają bowiem jako symboliczną odmowę uznania ich przywódczego statusu. W konsekwencji, nie przyjmują do wiadomości wyników „niesłusznych” wyborów, uznając je za z zasady nieważne, za rodzaj uzurpacji ze strony „plebsu”. To zaś powoduje dysonans poznawczy i pogłębiający się rozdźwięk między własnymi wyobrażeniami, a rzeczywistością, co z kolei wywołuje rosnące napięcie, którego wykwitem bywają właśnie takie nieprzytomne bluzgi jak Sadurskiego, ale też np. Mikołejki perorującego o „Edkach” siedzących „z piwskiem w łapie i w gaciach do kolan”.


II. Demokracja bez demosu

Mówiąc pół żartem, pół serio - oni są wyznawcami specyficznego modelu harmonii, czegoś co określiłbym mianem zwulgaryzowanego platonizmu z jego „państwem filozofów”, połączonego z czymś na kształt lewackiej odmiany konfucjanizmu, gdzie każdy ma trwale przypisane sobie miejsce. Wedle tego wzorca „demokracja” ma polegać na przywództwie elit kierujących masami, dlatego wszelkie rozstrojenie owej „harmonii” sprawia, że ze wszystkich sił próbują ją oraz należną sobie pozycję w jej ramach - przywrócić. To jest ich główna i bazowa motywacja - zaś krzyki o Trybunale, sądownictwie, konstytucji i praworządności, są jedynie wtórną racjonalizacją tego pierwotnego poczucia przyrodzonego ładu. To wizja ściśle hierarchiczna, klasowa, w swej istocie nie mająca nic wspólnego z demokracją czy jakąkolwiek odmianą republikanizmu - ale właśnie ją uważają za demokrację i to jeszcze w dodatku – liberalną.

Ta kastowa wizja społeczeństwa dotyczy również w ogromnej mierze środowiska sędziowskiego. Oni też czują się współprzewodnikami stada, co widać niekiedy w moralizatorskich uzasadnieniach wyroków, dalece wykraczających poza interpretację przepisów i zamieniających się nierzadko w publicystykę (sędzia Łączewski, Tuleya). Stąd też antykonstytucyjne w swej wymowie słowa prof. Popiołka, że suwerenem są wartości zapisane w prawie których strażnikiem są sądy - a nie jacyś tam „wyborcy”. Czyli mamy demokrację bez rządów demosu. A to oznacza, że pod jej pozorami dostajemy oligarchię, gerontokrację lub jeszcze coś innego.


III. Przebudzenie „symetrystów”

Teraz są sprowadzani na ziemię - a to boli. Dlatego tak entuzjastycznie reagują na ostatnie demonstracje, na których poza dyżurną „kodowszczyzną” zaczęli się pojawiać również tzw. zwykli obywatele, bo to w ich mniemaniu oznacza, że tłum za ich plecami jeszcze nie całkiem się przerzedził, że jeszcze są zdolni kogoś poprowadzić. Mylą się, bo ci ludzie przychodzą niezależnie od ich nawoływań - ale to właśnie powinno poważnie zaniepokoić obóz „dobrej zmiany”.

Otóż w ramach protestów po raz pierwszy na ulice wyszli „symetryści”. To już nie są jakieś groteskowe „diduszki” wyciągnięte z kazamatów „Krytyki Politycznej”, lecz autentyczni młodzi ludzie, którzy wprawdzie nie przepadają za złodziejami z PO, banksterami z „Nowoczesnej” i „gerontami III RP” od Michnika, lecz zarazem nie chcą zmiany a la PiS. Dotąd byli zdystansowani wobec obu stron politycznego sporu, za co zagniewani geronci zarzucali im „jazdę na gapę”. Zatem skoro teraz dali się jednak namówić, by protestować razem z beneficjentami III RP, to robi się nieciekawie. Dopóki przekrój demonstrantów był taki, jak na manifestacjach KOD, czy podczas grudniowego puczu pod Sejmem, PiS mogło spać spokojnie. Jeśli jednak na ulice ruszyło się młode, wielkomiejskie pokolenie, to trzeba ogłosić, że od tej pory PiS już ma z kim przegrać. O symetryzmie i symetrystach pisałem tu całkiem niedawno, więc nie będę powtarzał tamtej analizy, dodam tylko, iż jest to pokolenie autentycznych, integralnych lewicowców w najgorszym stylu: zwolenników obyczajowego postępu, wprawdzie wrażliwych społecznie lecz zarazem nieodwracalnie skażonych np. antyklerykalizmem i kosmopolityzmem - i to właśnie oni mogą stać się kluczową grupą wyborców w 2019 r. Bo skoro wyszli na ulice, to znaczy, że pójdą też do urn - i do wyborów ruszy ich wielokrotnie więcej niż na manifestacje w Warszawie czy we Wrocławiu. Czy PiS to dostrzega i czy zdaje sobie sprawę, że ma bardzo mało czasu, by rozbroić tę tykającą społeczną bombę? Niestety, wątpię.

Warto sobie w związku z powyższym uświadomić jedną rzecz. Mianowicie, okupujący kamery i mikrofony „liderzy” pokroju Schetyny, Petru czy Frasyniuka nie są ważni – dlatego zamiast zajmować się poczynaniami tych zużytych figur woskowych, należy spojrzeć szerzej i głębiej, by zorientować się jakie społeczne procesy zachodzą na zapleczu. A tam, niepostrzeżenie, wyrosła cała nowa generacja obecnych dwudziestoparo- i trzydziestolatków stanowiących niejako rewers młodzieży patriotycznej. Zachwyceni młodymi ludźmi w koszulkach z żołnierzami wyklętymi i husarią, przegapiliśmy ich rówieśników, przeważnie rekrutujących się z nowej, wielkomiejskiej klasy średniej. Fakt, dotąd niespecjalnie rzucali się w oczy, byli dość wycofani jeśli chodzi o publiczne zaangażowanie, co najwyżej ograniczając się do lokalnych ruchów miejskich. Teraz jednak zaczynają zabierać głos – może niekoniecznie w duchu, który spodobałby się Michnikowi, bo ich krytyka III RP i dorobku transformacji jest dość miażdżąca, ale – co ważne – jest to krytyka z pozycji radykalnego lewicowego liberalizmu. Może nie tak lewackiego jak „Razem” Zandberga i spółki, ale ideowe afiliacje są jednoznaczne. Przykładowo, ich główny zarzut wobec rządów PO, prócz złodziejstwa oraz uderzającego w nich bezpośrednio sprekaryzowania rynku pracy, to zaniechanie wprowadzenia homomałżeństw i liberalizacji aborcji. Słowem, Platforma jest dla nich zbyt zachowawcza obyczajowo.


IV. Bunt młodych?

Do tej pory „totalna opozycja” wraz ze swym zapleczem intelektualnym nie potrafiła zagospodarować tych rodzących się po lewej stronie społecznych emocji, tkwiąc w nabzdyczonym stuporze. Jednak jakaś siła polityczna się pojawi (zawsze się pojawia) i zaabsorbuje ten „symetryczny” potencjał sprzeciwu zarówno wobec PiS-u, jak i „pokolenia Magdalenki”, bo takie procesy się stopniowo, po cichu kumulują i wybuchają w najmniej oczekiwanych momentach – tak jak „bunt gówniarzy” (jak ich określił Michnik) wybuchł w twarze salonu w 2015 r. Ale rok 2015 to już przeszłość – w 2019 r. może z kolei nastąpić „bunt symetrystów”. Tymczasem politycy zwykli w swej imaginacji „zamrażać” wyborców w takim stanie, w jakim owi wyborcy na nich głosowali. A to tak nie działa. Wyborcy ewoluują, społeczeństwo się zmienia - to jest dziki, żywy, nieokiełznany organizm. Dlatego jeśli PiS nie zadba o odpowiednią społeczną komunikację i chociażby wyjaśnienie, dlaczego zmiany w sądownictwie są potrzebne i warto je nawet „przepchnąć kolanem”, to szeregi niezadowolonych będą rosnąć, a odpowiedni specjaliści ów narastający „bunt symetrystów” przejmą i powiodą przeciw Polsce. A wtedy nastąpi taki „odpał”, takie odbicie wahadła w lewą stronę, że się nie pozbieramy.

Kraczę? Przesadzam? Oby - naprawdę chciałbym się mylić. Jednak warto zwrócić uwagę, że w ostatnich latach to właśnie młodzież była motorem zmian politycznych. Przypomnę, że to młodzi ludzie zmanipulowani akcją „zmień kraj, idź na wybory” zadecydowali w 2007 r. o oddaniu władzy PO na osiem lat. To młodzi w 2015 zagłosowali na PiS i Kukiza – i to młodzi zadecydują o zmianie w najbliższych bądź kolejnych wyborach.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Symetryzm i postpopulizm – nowe zaklęcia liberałów


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 30 (26.07-01.08.2017)

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Pińćset!

Już sam fakt, że program „Rodzina 500+” okazał się w naszych warunkach taką rewolucją, mówi wiele o modelu polskich przemian.

I. Polityczny Armageddon

„Pińćset!” - alarmują doniesienia medialne. „Pińćset!” - wylewa się z internetowych forów. „Pińćset!” - pomstują autorytety i beneficjenci transformacji. Gdyby zawitał tu ktoś nie obeznany z polskimi realiami i wziął na poważnie ten histeryczny harmider, mógłby dojść do wniosku, że właśnie odbywa się bitwa na polach Armageddonu, a owo nienawistnie cedzone przez zęby, wysykiwane spomiędzy zaciśniętych warg „pińćset” jest jakimś nowym imieniem Bestii. Hipotetyczny przybysz musiałby być nieźle zdziwiony, gdyby w końcu dotarło do niego, że „pińcset” to po prostu nowe świadczenie socjalne przyznawane rodzinom z dwójką i więcej dzieci, a po spełnieniu kryterium pułapu dochodu – również tym z jednym potomkiem. Słowem, nic nadzwyczajnego – ot, element polityki prorodzinnej funkcjonującej w różnych wariantach w wielu europejskich krajach.

Już sam fakt, że program „Rodzina 500+” okazał się w naszych warunkach taką rewolucją, mówi wiele o modelu polskich przemian i systemie społeczno-gospodarczym III RP. Niemniej, apokaliptyczna intuicja wspomnianego gościa byłaby na swój sposób trafna: świadczenie to - nie tyle nawet przez swoją wysokość, ile przez powszechność - uderza bowiem w splot różnorakich interesów i dla czerpiących profity z dotychczasowego układu faktycznie zaczął się Armageddon.

Po pierwsze, 500+ obnaża skrajny egoizm dotychczasowej kasty rządzącej Polską, skoncentrowanej dotąd na zgarnianiu pod siebie i dzieleniu łupów, na zmianę z wysługiwaniem się obcym potencjom, których patronatowi zawdzięczała swą uprzywilejowaną pozycję. Patronatowi, oraz, ma się rozumieć, aktowi założycielskiemu III RP, jakim było zblatowanie starannie dobranych elit „z obu stron historycznego podziału” przypieczętowane kontraktowymi wyborami 1989 r. z dopisaną naprędce II turą (wbrew jednoznacznemu werdyktowi wyborców z 4 czerwca), wyborem Jaruzelskiego na prezydenta i symbolicznym w swej wymowie obaleniem rządu Jana Olszewskiego równo trzy lata później. To wtedy światłe elity powiedziały narodowi „bujajcie się” - i tak już zostało przez następne ćwierćwiecze. Rządzić miały naprzemiennie kolejne mutacje tego samego, co najwyżej uzupełniając się metodą kooptacji. A ludzie? A kto by się tym motłochem przejmował?

No więc właśnie, ktoś się wreszcie przejął. I stąd to wycie. Demonstrowana troska o budżet państwa, stabilność finansową, deficyt itd. jest jedynie parawanem mającym zakamuflować prawdziwą przyczynę strachu: ludzie, którzy wreszcie dostali cokolwiek do ręki, nie będą już na nas głosować! Dobrze ujął to pisujący do „Wyborczej” dziennikarz Filip Springer, zarzucając poprzedniej władzy idiotyzm, że nie sięgnęła po tak oczywiste z obecnej perspektywy rozwiązania jak „pięćset na dziecko”, czy ogłoszone niedawno „Mieszkanie+”: jak im to wyjdzie, to będą im tak słupki leciały do góry, że jak zechcą, to Trybunał Konstytucyjny wyślą w kontenerze na Kamczatkę. A opiniami Komisji Europejskiej będą się podcierać”.

II. Cios w społeczną hierarchię III RP

Druga sprawa, to strącone z piedestału (w symbolicznym wymiarze, od strony materialnej wciąż niczego im nie brakuje) dotychczasowe elity społeczne, intelektualne, artystyczne – władcy dusz i liderzy opinii maszerujący dziś w pochodach ZBOWiD-owców III RP, oraz ci, którzy się z nimi utożsamiają i na tej – niechby nawet iluzorycznej - przynależności do „lepszego towarzystwa” budowali dotąd poczucie własnej wartości. Przyzwyczaili się do roli awangardy postępu w „tym kraju”, łącząc ją płynnie z głęboką pogardą dla ciemnej prowincji. Przywołam tu cytowaną już kiedyś w tekście „Portret KOD-owca” wypowiedź lewicowego socjologa, prof. Michała Bilewicza: Kiedy zapytaliśmy ich (przedstawicieli wielkomiejskiej klasy średniej – GG) o to, kim są Polacy, usłyszeliśmy, że to złodzieje, narzekacze, lenie i pijacy. Badania robione na próbach reprezentatywnych na wsi i w małych miastach zupełnie nie pokazywały takiego negatywnego autostereotypu (...) Wygląda na to, że Polacy w dużych miastach zapytani o to, kim są Polacy, nie myślą o sobie.

No właśnie, a teraz ci „Polacy”, w domyśle – czerń, skazywana jeszcze niedawno na wymarcie – stanowi trzon elektoratu zwycięskiej partii. Odbierane jest to w kategoriach buntu: oto zrewoltowany motłoch podnosi łeb, dopieszczony na dodatek finansowo przez 500+, zaś oni, „wykształceni, z dużych miast” – we własnych oczach z natury rzeczy predestynowani do roli przewodniej siły narodu – muszą cierpieć rolę „gorszego sortu”. Tak dramatyczne przewartościowanie musi skutkować głębokim zaburzeniem psychicznego dobrostanu i frustracją, to zaś z kolei wywołuje potrzebę odreagowania. Dlatego właśnie z tej grupy płyną najbardziej jadowite „hejty” pod adresem hołoty z czworaków, która „dała się kupić za pińćset”. Co gorsza, tak długo, jak „hołota” będzie te swoje „pińćset” dostawać, to „pisiory” z „kurduplem” będą pozostawać u władzy. Mamy więc kolejny efekt programu „500+” - tym razem w warstwie symbolicznego odwrócenia społecznej hierarchii, co uwiera dotychczasową „klasę panującą” w nie mniejszym stopniu, niż utrata politycznej władzy i apanaży.

Bodaj najdobitniej owo poczucie degradacji wyraził prof. Zbigniew Mikołejko, który wychodząc od swego sformułowanego w 2012 r. obrzydzenia wobec „wózkowych matek”, dla których dzieci są „pretekstem, by nic nie robić, nie pracować, nie rozwijać się”, dopowiada dziś, iż „stały się częścią armii Kaczyńskiego, co pokazuje statystka, bo 54 proc. kobiet w wieku rozrodczym poparło PiS. Zostały kupione programem 500 + i mają w nosie naszą wolność”. Proszę zwrócić uwagę: o ile jeszcze cztery lata temu Mikołejko wypowiadał się z wyżyn dyskursu pogardy, o tyle dziś – piekląc się w poczuciu bezsilności – konstatuje porażkę swego środowiska.

III. Koniec Bangladeszu Europy

No i wreszcie trzecia warstwa oddziaływania programu „500+”: pełzająca rewolucja w patologicznych do tej pory stosunkach pracy. Niedawno obiegły media hiobowe wieści o rozpaczliwej sytuacji przedsiębiorców na Pomorzu i Mazurach - szczególnie w branży gastronomicznej i hotelarskiej, ale też plantatorów. Tuż przed szczytem sezonu turystycznego rozpaczliwie brakuje rąk do pracy. Nie można znaleźć chętnych do niskopłatnych prac fizycznych: sprzątanie, kuchnia, zbiór truskawek, obsługa w lokalach gastronomicznych. Oczywiście, wszystko za najniższą krajową, czyli niecałe 1,3 tys. zł na rękę, lub 1,5 zł za koszyk truskawek. Wedle pracodawców ludzie są „rozbestwieni” i wprost mówią, że po skorzystaniu z programu „500+” bardziej opłaca im się zostać w domu. Wiem, że polskie państwo, delikatnie mówiąc, nie rozpieszcza rodzimego biznesu, zwłaszcza małego i średniego, w przeciwieństwie do zagranicznych koncernów, które mogą liczyć na wszystkie udogodnienia, z pomocą publiczną i zwolnieniami podatkowymi na czele, choć często wcale nie płacą ludziom więcej. Niemniej, takie sieci handlowe szybko połapały się w „zagrożeniach” wynikających z „pińćset” i zgrzytając zębami podniosły nieco wynagrodzenia dla szeregowych pracowników, nawet specjalnie nie ukrywając, że czynią tak z obawy, że „nie będzie kim robić”. Do naszych przedsiębiorców to jeszcze nie dotarło i teraz przeżywają niemiłe zaskoczenie. Co, ludziom, kurna, pracować się nie chce za kilka złotych za godzinę? Zawsze tyle płaciliśmy i tak ma być! Teraz tęsknie wyczekują na Ukraińców i Białorusinów – którzy przyjadą, albo i nie, a na pewno nie w takiej liczbie, by obsadzić większość wakatów. Na dłuższą metę jednak będą zwyczajnie musieli podnieść pensje, albo zwijać interes.

Szczytem ignorancji i arogancji popisał się Tomasz Limon z Pracodawców Pomorza twierdząc, że kobieta zamiast pracować woli dostać 1500 zł na dzieci, zostać w domu i „nic nie robić” oraz różne businesswomen biadające, że „rola kobiety znowu została spłaszczona do garów i pieluch”. Jak się domyślam, przy trójce dzieci kobieta bezproduktywnie leży i pachnie, zamiast realizować się zawodowo jadąc na szmacie w hotelu, czy trzaskając garami w jakiejś jadłodajni. I nikomu nie postanie w głowie pytanie: co się do tej pory działo, co było nie tak, że te 500 czy 1000 złotych miesięcznie jest tak znaczącym zastrzykiem finansowym dla tak wielu polskich rodzin? Podpowiem: dominanta (najczęściej otrzymywana pensja) wynosi w Polsce 2469,47 zł brutto, czyli niespełna 1800 zł na rękę.

I właśnie ta presja na zwyżkę wynagrodzeń jest kolejnym pozytywem wyklinanego „pińćset na dziecko”, prowadząc w dłuższym okresie do przeorania relacji pracodawca-pracownik. Nie sposób wiecznie konkurować tanią siłą roboczą opartą na „pracującej biedocie”, żyjącej od „chwilówki” do „chwilówki”, a Polska nie może wiecznie pozostawać Bangladeszem Europy.

Elementem łączącym wszystkie trzy omówione tu warstwy jest bowiem szeroko rozumiane upodmiotowienie Polaków – w sferze politycznej, społeczno-symbolicznej i ekonomicznej - oraz związane z tym odzyskanie godności. „Pińćset” oznacza rewolucję – i gwarancję, że stare już nie powróci.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Batalia o polską rodzinę”

„500+ czyli apokalipsa”

„Portret KOD-owca”

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3892-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 24 (15-21.06.2016)

sobota, 11 czerwca 2016

Ta uciążliwa suwerenność

Jak wyobrażamy sobie dalsze funkcjonowanie w Unii pod nieustanną presją brukselskiego szantażu?

Mało kiedy można spotkać tak otwartą autodemaskację, jak ta, która miała miejsce podczas sejmowej debaty nad uchwałą o obronie suwerenności. Posłanka Agnieszka Pomaska drąca na mównicy projekt uchwały już na stałe wpisze się w polski krajobraz polityczny jako symbol stosunku establishmentu III RP do kwestii podmiotowości własnego kraju („tego kraju” w nomenklaturze tzw. „Polski jasnej”). Przy tym, posłanka Pomaska, szczera w swej głupocie, objawiła jedynie publicznie to, co w jej środowisku formułowane jest po cichu. W ich języku nie istnieje słowo „zdrada” - bo też i nie istnieje dla nich pojęcie ojczyzny, którą mieliby zdradzić. Obszar Rzeczypospolitej jest dla nich jedynie terytorium zamieszkałym przez jakichś bliżej niesprecyzowanych autochtonów, żywioł, któremu trzeba się raz na jakiś czas podlizać, by wydębić głosy wyborcze, ale którym jednocześnie się pogardza do samych trzewi – tym bardziej, że samemu się spośród owego „żywiołu” wyszło. „Odseparowujesz się od tego folkloru, od tego syfu” - słowa Jacka Krawca z rozmowy z Pawłem Grasiem o brukselskiej karierze Tuska są doskonałym podsumowaniem tego podejścia oraz aspiracji napędzających całe środowisko.

Skoro zatem Polska jawi się w ich oczach jako bantustan do drenowania, żerowisko przynależne im – o czym są głęboko przekonani – z racji przynależności do „lepszego towarzystwa”, to nic dziwnego, że każda wzmianka o suwerenności wywołuje ich drwiący uśmieszek (kiedy są u wpływów i władzy), bądź wściekłość i agresję (gdy zostali odsunięci od koryta). Dzieje się tak dlatego, że z ich punktu widzenia suwerenna Polska jest zagrożeniem dla ich żywotnych interesów. Są kastą kompradorską, postkolonialną elitą zastępczą, osobiste kariery tej warstwy są uzależnione od przychylności zagranicznych ośrodków, którym się wysługuje – i to jest prawdziwe oblicze „murzyńskości” o jakiej mówił w innej z podsłuchanych rozmów Radosław Sikorski. Zerwanie przez Polskę owych nitek podległości siłą rzeczy oddala widoki na powrót do żłoba – i stąd to potępieńcze wycie na dźwięk słowa „suwerenność”. Klasa zarządzająca do niedawno nadwiślańską kolonią, owa warstwa „lepszych Murzynów”, nie chce suwerenności, niepodległości, podmiotowości – bo to trudne i nieopłacalne. Doskonale wiedzą, że akurat oni nie są „temu krajowi” do niczego potrzebni – potrzebni są jedynie Berlinowi i Brukseli jako gwaranci zachowania obcych wpływów, a cała ich nadzieja w tym, że na skutek zewnętrznych nacisków w jakiś sposób wrócą na posady i do kręcenia lodów.

W takiej sytuacji logiczne jest, że gros swej energii, prócz ekscytowania społecznych niepokojów, koncentrują na antyszambrowaniu w brukselskich korytarzach i nakręcaniu antypolskich inicjatyw w ramach metody znanej jako „ulica i zagranica”, co oczywiście spotyka się z życzliwym przyjęciem europejskich mandarynów, pozostających z kolei politycznym narzędziem Berlina. Najnowszym tego przykładem jest wyciek pisma Trybunału Konstytucyjnego z instruktażem, jak w Brukseli należy zapatrywać się na nowelizację ustawy o TK i wizyta delegacji kodowców u Tuska. Skoro w ich świadomości nie istnieje coś takiego jak zdrada, ojczyzna i suwerenność – to niby co miałoby ich ograniczać?

Co do samej uchwały – jest to oczywiście symboliczny, polityczny gest, ale m.in. z takich gestów składa się polityka zagraniczna. Trudno sobie wyobrazić, by polskie władze zareagowały w inny sposób na ewidentny dowód, że Komisja Europejska nie szuka żadnego „kompromisu”, tylko oczekuje bezwzględnego podporządkowania się jej dyktatowi. Wszelkie rozmowy ze strony tego gremium były jedynie pozorowaniem „dialogu”, a stanowisko końcowe zostało z góry przygotowane, zaś jego radykalny język sugeruje, że sformułowano je w gabinecie politycznym Platformy. Jeżeli stawia się nam ultimatum w stylu „albo do poniedziałku spełnicie nasze żądania, albo wypowiemy wam wojnę” - bo do tego sprowadza się groźba Timmermansa i reszty brukselskich „guyów”, że „wydadzą opinię” w kwestii naszej praworządności – to jakiekolwiek ustępstwa nie wchodzą w rachubę, oznaczałoby to bowiem kapitulację i byłoby sygnałem, że można nas „dociskać” również w innych sprawach.

Teraz pora na montowanie koalicji. Wprawdzie Węgry już wcześniej ogłosiły, że nie poprą żadnych sankcji wobec Polski w Radzie Europejskiej, ale dobrze byłoby nie być uzależnionym od jednego państwa. Tu Grupa Wyszehradzka powinna mówić jednym głosem – tak jak w sprawie imigrantów. Warto uświadomić naszym sąsiadom z Czech i Słowacji, że za chwilę również i oni mogą pod byle pretekstem stać się ofiarami podobnego ostrzału. No a nade wszystko należy rozważyć podstawowy problem: jak wyobrażamy sobie dalsze funkcjonowanie w Unii pod nieustanną presją brukselskiego szantażu?

*

A poza tym:

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3875-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr nr 21 (27.05-02.06.2016)