poniedziałek, 11 stycznia 2016

Portret KOD-owca

W miarę liczny udział w manifestacjach jest reakcją obronną KOD-owców na uczucie pogłębiającego się dyskomfortu.

I. Na tropie KOD-owca

Kiedy przeglądam sobie w internecie relacje z dwóch kolejnych antyrządowych „sobotnic” („sobótek”? „subotników”?), zastanawia mnie jedno – kim jest większość uczestników? Nie sądzę bowiem, by te kilka-kilkanaście tysięcy osób składało się wyłącznie z partyjnych działaczy, opłacanych najemników, rodzin prominentów, resortowych dzieci, dyszących nienawiścią sierot po Palikocie i generalnie – kasty „nachapanych” broniących stanu posiadania. To znaczy, oni wszyscy oczywiście w jakimś stopniu są tam obecni, moderują przekaz, wykorzystują sobotnie „eventy” dla swoich celów – niemniej jednak „na oko” większość demonstrantów stanowią zwykli ludzie i to, patrząc choćby po ubiorze, często tacy, którzy symboliczne „ośmiorniczki” jadają jedynie ustami swych przedstawicieli. A jednak coś powoduje, że przychodzą, przynoszą te własnoręcznie wykonane transparenty, utożsamiają się z KOD-em i gotowi są robić za darmowe, demonstracyjne mięso armatnie.

Kim zatem jest przeciętny uczestnik demonstracji – taki, który wychodzi na ulicę, bądź zapisuje się do KOD-u powodowany wewnętrzną potrzebą, a nie ze względów polityczno-organizacyjnych? Myślę, że próba wyjaśnienia tej kwestii jest o tyle istotna, że pomoże nam zrozumieć co tak naprawdę dzieje się w sferze społecznej w Polsce przełomu 2015 i 2016 roku.

Sądzę, że znam odpowiedź na to pytanie – a przynajmniej jej dość istotną część.

Na trop naprowadził mnie wywiad, jakiego „Gazecie Wyborczej” udzielił w połowie października Michał Bilewicz, kierownik działającego na Uniwersytecie Warszawskim Centrum Badań nad Uprzedzeniami. Tu mała dygresja naświetlająca kontekst: owo Centrum Badań nad Uprzedzeniami, jak sama nazwa wskazuje, jest silnie lewicowo zorientowanym projektem, prowadzącym dość wytężoną pracę ideologiczną ubraną w szaty socjologicznych badań z zakresu „stereotypów, uprzedzeń, rasizmu, dyskryminacji i innych zagadnień z obszaru stosunków międzygrupowych”. Poczytuję sobie od czasu do czasu produkowane tam raporty w rodzaju „Postawy wobec mniejszości muzułmańskiej w Polsce”, „Postawy antyizraelskie, a antysemityzm w Polsce”, na podobnej zasadzie, jak zaglądam na strony „Krytyki Politycznej” czy „Wyborczej” - bo zawsze lepiej choć w przybliżeniu wiedzieć, co lęgnie się po tamtej stronie. Tym bardziej, że oni również nie próżnują jeśli chodzi o prześwietlanie prawicy, o czym świadczy chociażby raport „Podłoże prawicowych preferencji wyborczych młodych Polaków”, w którym rozłożono wyborców PiS, Kukiz'15, KORWIN-a i narodowców z przedziału wiekowego 18-29 lat na czynniki pierwsze.

II. „Negatywny autostereotyp”

W każdym razie, wspomniany Michał Bilewicz, młody, 35-letni profesor (co, swoją drogą, pokazuje na czym obecnie warto robić karierę akademicką), przynajmniej na użytek zewnętrzny potrafi wznieść się od czasu do czasu ponad obowiązujące w mainstreamie schematy i w całkiem ciekawy sposób zdiagnozować społeczne podziały, co czyni m.in. w przywołanym wywiadzie dla „GW” - momentami całkiem nie po linii „michnikowszczyzny”. Gros rozmowy dotyczy wprawdzie prawicowej i antyimigranckiej „mowy nienawiści”, lecz na jej marginesie pojawiają się również bardziej interesujące wątki.

Spójrzmy na kilka cytatów. Oto, odnosząc się do zaostrzenia języka publicznej debaty w Polsce, Bilewicz wskazuje jako źródło problemu „podział smoleński”, podkreślając, że początkowo grupa wierząca w zamach była o wiele mniej uprzedzona do grupy wierzącej w wypadek lotniczy, niż na odwrót. Za wzrost agresji odpowiadają głównie zwolennicy hipotezy „wypadkowej” - grupa ta „izolowała się, a często też ustami różnych naukowców, w tym psychologów, używała pogardliwego języka. To wtedy zaczęto mówić o »sekcie smoleńskiej«, o tym, że niektórych trzeba wysłać do psychiatry”. Nałożył się na to podział społeczny: „z jednej strony mamy zamożną »Warszawę«, z drugiej »mohery«, »kiboli«, »prowincję«, z którymi »Warszawa« nie chce mieć wiele do czynienia, bo to świat ludzi zwykle biedniejszych, który uważamy za trochę kompromitujący, a my chcemy być tacy jak Europa”. I dalej: „mamy tendencję do zamykania się w takich bąblach, gdzie już każdy, kto nawet je inaczej: schabowy z ziemniakami zamiast eko, jest postrzegany jako ten gorszy”. (…) „Myślę, że stąd ich reakcja na wypowiedź Tokarczuk - oni czuli, że pisarka nie bije się we własne piersi”.

No i wreszcie clou: „przeprowadzałem badania wśród młodych mieszkańców dużych miast i pojawiło się w nich coś dziwnego, co nie pojawiło się w żadnych innych znanych mi badaniach tego typu w Europie czy w Stanach Zjednoczonych. (…) Negatywny autostereotyp. Kiedy zapytaliśmy ich o to, kim są Polacy, usłyszeliśmy, że to złodzieje, narzekacze, lenie i pijacy. Badania robione na próbach reprezentatywnych na wsi i w małych miastach zupełnie nie pokazywały takiego negatywnego autostereotypu” (...) Wygląda na to, że Polacy w dużych miastach zapytani o to, kim są Polacy, nie myślą o sobie. Oni są »warszawiakami«, »ruchami miejskimi«, »liberalnymi pracownikami korporacji«, »pracownikami mediów«, »naukowcami«. A Polacy to dla nich, z grubsza mówiąc, elektorat PiS-u.

III. „Orientacja na dominację”

I tu chyba właśnie mamy odpowiedź na postawione we wstępie pytanie. W kontekście zacytowanych powyżej diagnoz, dotyczących zarówno genezy podziałów jak i wyższościowych aspiracji przepajających, nazwijmy to umownie, wielkomiejską klasę średnią, wychodzi na to, że ludzie ci między innymi zaspokajają emocjonalną potrzebę dowartościowania się. Chcą poczuć się znów przez moment członkami „lepszego towarzystwa”. Przywykli do tego, że „ich” (czy może – podsunięte im) poglądy są jedynie słuszne, że „mohery” z prowincji są wprawdzie straszno-śmieszne, lecz w gruncie rzeczy skazane na wymarcie, że „wszyscy ludzie na poziomie” sądzą... i tu wpisz dowolne, co akurat sądzić wypada. Słowem – że należą do lepszej kasty „już-prawie-europejczyków”, że sprawy muszą iść w dobrym kierunku, skoro chwali nas Berlin i Bruksela, Tuska zaś zrobiono „królem Europy”. A Polacy? Polacy to banda ciemnych nieudaczników, którzy nadają się co najwyżej do klęczenia w kruchcie, lub w najlepszym razie do roboty na zmywaku w Londynie.

Wygrana PiS im to wszystko odebrała.

To musiał być dla nich szok. „Pisowcy” dorwali się do władzy i będą „ten kraj” urządzać teraz po swojemu? Te wąsate Janusze konsumujące schabowe i browary z „Biedronki” mają rządzić? A co z nami? No i, mówiąc Telimeną – „co świat powie na to”? Taki wstyd... W miarę liczny udział w manifestacjach jest reakcją obronną na uczucie pogłębiającego się dyskomfortu. Ta cała obrona demokracji, konstytucji i czego tam jeszcze jest jedynie wtórnym racjonalizowaniem opisywanych tu emocji. Dlatego tak rzucili się na zmanipulowaną wypowiedź Kaczyńskiego o „gorszym sorcie Polaków”. To przekorne określanie się w ten sposób (tak jak prawica na własny użytek obezwładniła inwektywy typu „ciemnogród”) jest formą oporu przeciw uzurpacji prowincjonalnych chamów – nawet jeśli owa „prowincja” zaczyna się nie za rogatkami Warszawy, lecz w blokowiskach Bródna czy innego Bemowa. Chronią w ten sposób poczucie własnej wartości związane z symboliczną przynależnością do lepszego świata. Rolę kastowych totemów może pełnić cokolwiek, co odróżnia „nas” od „onych” - opornik, konstytucja, Trybunał... I dlatego teraz gotowi są dać się pokroić za establishment III RP walczący desperacko o ochronę swych habitatów i żerowisk – bo ów mainstream, ci sędziowie, politycy, też stali się swoistymi totemami. Jakkolwiek absurdalnie by to nie zabrzmiało, ci tzw. „zwykli ludzie” demonstrujący pod Sejmem i Trybunałem, utożsamili się z elitami właścicieli III RP. Bo to ich we własnych oczach wyróżnia spośród roszczeniowego motłochu, który zagłosował na obietnicę 500 zł „na dziecko” i chroni przed deklasacją. Logika plemiennego podziału idealnie wpasowała się w suflowaną im atmosferę zagrożenia. Smutne to, lecz prawdziwe.

Na zakończenie – w uczonych raportach Centrum Badań nad Uprzedzeniami, dość istotną kategorią – przypisywaną, rzecz jasna, prawicy – jest „orientacja na dominację społeczną” („Social Dominance Orientation”, SDO). Oznacza ona „przekonanie, że hierarchia grup ludzkich jest naturalna i potrzebna oraz, że dominacja jednych grup nad innymi jest pożądana; osoby o wysokim poziomie SDO na ogół przeciwstawiają się wszelkim próbom ograniczania nierówności społecznych, a także cechują się wyższym poziomem uprzedzeń”. Wypisz-wymaluj, postawa opisywanych tu „oporników”. Przewrót na politycznej scenie dowartościowujący pogardzaną prowincję jest uderzeniem w ich poczucie społecznej hierarchii. A to powoduje z kolei, że będą bronić swego – niechby i wyimaginowanego – statusu. Ta zimna wojna, niestety, prędko się nie skończy.

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3118-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 50-52 (23.12.2015-12.01.2016)

1 komentarz:

  1. Żeby na swoich pustych łbach stawali i podpierali się rzęsami to nie DADZĄ RADY zmienić istniejącego stanu rzeczy.Lisenko postawił o Polakach diagnozę,która okazała się całkowicie fałszywa.Sporo w Polsce ścierwa,które nigdy nie pogodzi się z przegraną.Średniowieczna Targowica to mały pikuś w porównaniu z tą obecną w kraju.Oby wyginęli jak dinozaury!!!

    OdpowiedzUsuń