Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 kwietnia 2020

Stress-test

Gołym okiem widać, że pandemia koronawirusa stała się wielkim społecznym laboratorium. To po prostu niesamowita okazja do testowania różnych rozwiązań z zakresu inżynierii społecznej.


W związku z pandemią koronawirusa warto postawić sobie podstawowe w moim przekonaniu pytanie: na ile przemodeluje ona światowy porządek i czy zmiany będą nieodwracalne? Już teraz widać, że mamy do czynienia z globalnym „stress-testem” dotyczącym takich obszarów jak polityka, życie społeczne, gospodarka, a nawet system wartości – i w każdym z nich może dojść do istotnego przewartościowania dotychczasowych priorytetów. Zacznijmy jednak wesoło – tzn. od krajowego, politycznego bagienka.


I. Amok „najgłupszej opozycji świata”

Po wyborach 2019 r. zostaliśmy obdarowani nieco bardziej zróżnicowaną niż dotąd opozycją, co szczególnie wyraziście uzewnętrzniło się po dotarciu koronawirusa do Polski. Spójrzmy: zdawałoby się skrajne ugrupowania, takie jak Lewica i Konfederacja zajęły w obliczu epidemii i działań rządu stanowisko zdumiewająco konstruktywne. Politycy lewicowi nie negując konieczności rządowych wysiłków zwracali uwagę na potrzebę większej ochrony pracowników na „śmieciówkach”, nie objętych zabezpieczeniami wynikającymi z Kodeksu Pracy – a takowych w Polsce jest, bagatela, 2,6 mln. (1,3 mln. na umowach-zleceniach i o dzieło, oraz drugie 1,3 mln. na samozatrudnieniu). Z kolei Konfederacja zaoferowała wykorzystanie swoich wolontariuszy zbierających podpisy dla Krzysztofa Bosaka do pomocy osobom starszym (np. przynoszenia zakupów), podnosząc prócz tego konieczność wprowadzenia ułatwień dla rodzimego, głównie niewielkiego biznesu, najbardziej narażonego na utratę płynności finansowej. Również PSL z Kosiniakiem-Kamyszem powstrzymało się od frontalnego ataku na rząd (jakby nie było, Kosiniak-Kamysz to jednak lekarz, a to do czegoś zobowiązuje). Krótko mówiąc, mamy tu podejście zdroworozsądkowe i odpowiedzialne – kraj znalazł się w wyjątkowej sytuacji, więc nie sypiemy piasku w tryby, co najwyżej zwracając uwagę na sprawy, do których naszym zdaniem rządzący nie przykładają należytej uwagi. Wszystko to jednak bez agresji, w tonie rzeczowej dyskusji – owszem, z pozycji opozycyjnych, ale jednak równocześnie propaństwowych.

Co innego „najgłupsza opozycja świata”, czyli Koalicja Obywatelska wraz ze swoim środowiskowo-medialnym habitatem. Ci nawet nie ukrywają, że epidemię traktują wyłącznie w kategoriach politycznych, a koronawirus jest dla nich istotny jedynie w charakterze kłonicy, którą można przywalić obecnej władzy. Tutaj nie liczy się nic, poza doraźnym politycznym interesem: można siać panikę, podrywać zaufanie obywateli do państwa i jego instytucji, destabilizować i bez tego napiętą już sytuację. Najmniej zaś istotni są w tym wszystkim ludzie, wręcz im więcej zarażonych i ofiar śmiertelnych, tym lepiej – niech wszystko spłonie, byśmy tylko mogli na tych zgliszczach i trupach z powrotem dorwać się do władzy. Ich zacietrzewienie podsyca znana prawidłowość, że w obliczu zagrożenia obywatele w naturalny sposób gromadzą się wokół władzy jako jedynego realnego czynnika sprawczego, dysponującego odpowiednimi instrumentami działania. Stąd też nieustanny amok, prowadzący do zachowań wręcz groteskowych.

Odtwórzmy to sobie. Najpierw rząd miał rzekomo utajniać przypadki koronawirusa w Polsce, by ujawnić je na moment przed konwencją wyborczą Małgorzaty Kidawy-Błońskiej i przyćmić w ten sposób to wiekopomne wydarzenie. Po pierwszych odnotowanych przypadkach pojawiła się narracja, że PiS chowa głowę w piasek i „nic nie robi”, bo wiadomo – „pisiory”, he he, nie dają sobie rady i potrafią tylko rozdawać pieniądze nierobom. Gdy okazało się, że rząd jednak działa i zgłasza spec-ustawę, rozległ się wrzask, że pod pretekstem zwalczania epidemii PiS chce zaprowadzić „stan wojenny”. Ustawa przeszła (żeby było zabawniej, również głosami „totalnych”), a PiS uwzględnił część poprawek opozycji, więc zaczęła się kolejna jazda, zainicjowana przez sztab Kidawy-Błońskiej: rząd nie chroni granic przed napływem zarażonych! - co jest szczególnie groteskowe w kontekście kryzysu migracyjnego z 2015 r., kiedy to na Jarosława Kaczyńskiego posypały się gromy, gdy ostrzegał przed zagrożeniem epidemiologicznym związanym z masowym napływem nachodźców.

Idźmy dalej. Rząd Mateusza Morawieckiego wprowadził stan zagrożenia epidemiologicznego, zamknął granice, wcześniej zaś w kraju szkoły i szereg innych instytucji, na bieżąco podaje do publicznej wiadomości liczbę zarażonych, nakłada kwarantanny, wydaje zalecenia odnośnie środków bezpieczeństwa – i, co najistotniejsze, spotyka się to ze zrozumieniem obywateli. Reakcja? „Koronawirus spadł PiS-owi z nieba”, „Koronawirus jako zbawca PiS”! Ten sam PiS, przypomnijmy, jeszcze chwilę wcześniej miał się na koronawirusie wyłożyć, a z drugiej strony – tenże koronawirus miał się stać lodołamaczem torującym drogę do władzy „totalsom”. Równolegle poboczny atak – Duda jeździ po kraju i robi sobie kampanię! Oczywiście, gdyby nie jeździł, byłoby, że tchórzy i dekuje się w Pałacu Prezydenckim, co widać po atakach na Kaczyńskiego za to, że (będąc z racji wieku w grupie największego ryzyka), nie udziela się publicznie...

No i wreszcie, kolejna brzytwa, której uchwycili się „totalni”: należy przełożyć wybory na jesień! Sęk w tym, że aby przełożyć wybory, należałoby wprowadzić jeden z trzech stanów: stan klęski żywiołowej, stan wyjątkowy, bądź stan wojenny – czyli to, przed czym jeszcze na początku marca ta sama opozycja histerycznie protestowała. Dziś stan wyjątkowy jest już „dobry”, bo „totalsi” liczą na kumulację kilku czynników: zmęczenia obywateli ograniczeniami, społecznego zniecierpliwienia (szczególnie latem, gdy ludzie będą chcieli wyjeżdżać na wakacje) oraz pierwszych efektów spowolnienia gospodarczego. Wszystko podporządkowane partykularnemu, partyjnemu interesowi, zero jakiegokolwiek instynktu państwowego, a nade wszystko – rozpaczliwe miotanie się od ściany do ściany. Ktoś na Twitterze trafnie skomentował, że wszyscy starają się zachowywać rozsądnie, tylko Platforma biega bez ładu i składu niczym kurczak z obciętą głową. Wyobraźmy sobie teraz, że wirus uderza w momencie, gdy prezydentem jest Kidawa-Błońska, premierem Borys Budka, a ministrem zdrowia Ewa Kopacz. A nie, wróć, nie musimy sobie wyobrażać – oni już rządzili podczas znacznie łagodniejszej epidemii świńskiej grypy. Wtedy Polska jako jedyna nie zakupiła szczepionek, zaś Ewa Kopacz uspokajała, że nic się nie dzieje – co zakończyło się 180 zgonami.

Przełożenie wyborów oczywiście nie jest wykluczone, wszystko zależy od rozwoju sytuacji, ale póki co można powiedzieć, że o ile państwo pod obecnymi rządami generalnie zdaje egzamin, o tyle „najgłupsza opozycja świata” swój stress-test oblała na całej linii.


II. Gdzie jest Unia?

Ale dość już o naszych baranach, przejdźmy do spraw poważniejszych. Gdzie jest Unia? Ta omnipotentna, najmądrzejsza Unia Europejska, która pod przewodem kasty światłych mandarynów miała być odpowiedzią na wszelkie problemy, ustawicznie regulując za pomocą tysięcznych dyrektyw i wytycznych najdrobniejsze dziedziny życia? Nie ma Unii. W momencie rzeczywistego kryzysu ci wszyscy wielcy komisarze i eurodeputowani, tak zazwyczaj skorzy do zabierania głosu na każdy temat – począwszy od praw zwierząt, a na ustroju polskiego sądownictwa skończywszy – pochowali się w mysie dziury. Walkę z COVID-19 musiały wziąć na swoje barki państwa narodowe – i całe szczęście, bowiem gdyby zależało to od unijnych urzędników, niemożliwe byłoby wprowadzenie np. kontroli granicznych, co jasno dał do zrozumienia rzecznik Komisji Europejskiej Eric Mamer („Zamykanie granicy, to niekoniecznie najlepsze rozwiązanie w sytuacji, gdy wirus jest już we wszystkich krajach strefy Schengen. Ale uznajemy, że to uprawnienia i decyzje rządów krajów członkowskich”).

Przy okazji, po raz kolejny uwidoczniło się, że „europejska solidarność” kończy się tam, gdzie zaczynają interesy Niemiec. Głośna stała się sprawa przechwycenia przez niemieckie władze transportów maseczek ochronnych zamówionych w Chinach przez Włochy, Austrię i Szwajcarię. Poszło o to, że zamówienie zostało złożone przez niemieckiego pośrednika, co niemieckie władze prawem kaduka potraktowały jako „eksport” i skwapliwie położyły na deficytowym towarze łapę. Co więcej, mimo iż Komisja Europejska wymusiła na niemieckim rządzie „uwolnienie” towaru (jedna z nielicznych dobrych rzeczy, które o władzach UE można dziś powiedzieć), to nikt (z pośrednikiem włącznie) nie jest w stanie powiedzieć, gdzie owe maseczki się znajdują – rozpłynęły się w powietrzu... Inny przykład, to niemiecka reakcja na przymknięcie przez Polskę granic – zostało to pryncypialnie skrytykowane, po czym niemal na drugi dzień Niemcy wprowadziły identyczne obostrzenia w ruchu granicznym. Niepokój Niemiec łatwo wytłumaczyć – otóż polskie firmy transportowe odpowiadają za 25 proc. tamtejszej logistyki zaopatrzeniowej, przez co przed Niemcami stanęło widmo pustych sklepowych półek.

Indolencję Unii najlepiej widać na przykładzie nielegalnej imigracji, która jest problemem samym w sobie, a w obliczu pandemii staje się wręcz sprawą gardłową. Po raz kolejny okazało się, że unijna straż graniczna, czyli osławiony FRONTEX jest tygrysem bez zębów i zajmuje się głównie przeładunkiem „uchodźców” z pontonów na statki, po czym odstawia ich dokładnie tam, gdzie chcieli trafić, czyli na kontynent europejski. Jest to zatem w istocie przedsiębiorstwo przewozowe, ułatwiające robotę gangom przemytników. Wyjątkowo boleśnie przekonała się o tym Grecja, która w końcu wzięła sprawy we własne ręce i zaczęła samodzielnie zwalczać plagę migracji, nie przejmując się wrzaskami różnych „organizacji humanitarnych” - dodajmy, przy cichej akceptacji Brukseli, która mogła odetchnąć z ulgą, że rząd w Atenach wybawił ją z kłopotu.

Coś tam jednak Unia robi. Otóż uruchomiła fundusz o łącznej wartości 37,3 mld euro na walkę... nie, nie tyle z koronawirusem, ile na łagodzenie skutków gospodarczych wywołanych kryzysem – z czego Polsce przypadać ma 7,4 mld euro. Tyle, że wbrew rozpowszechnionemu mniemaniu to nie są żadne dodatkowe pieniądze! Środki te pochodzą z aktualnie obowiązujących w ramach budżetu UE środków spójności. Po prostu Unia wspaniałomyślnie się zgodziła, by poszczególne kraje, w tym Polska, część przysługujących im środków wydały na najniezbędniejsze w tym momencie inwestycje, a nie na to, co akurat figurowało w odgórnej, brukselskiej rozpisce i nieco złagodziła rygorystyczne procedury rozliczania funduszy. Ot, i cała „łaska”. Ach, zapomniałbym – Unia w pocie czoła pracuje nad wspólnotowym przetargiem na leki i sprzęt medyczny w ramach „mechanizmu kryzysowego”, na razie jednak daleki jest on od rozstrzygnięcia.

Euroentuzjaści twierdzą, że bierność Unii spowodowana jest niedostatecznymi kompetencjami i już snują wizje poszerzenia prerogatyw Brukseli na przyszłość. Jest to skrajnie niebezpieczny pogląd. Wyobraźmy sobie, że ten kompletnie niewydolny, biurokratyczny moloch miałby w sytuacji zagrożenia epidemią decydować o zamknięciu granic (i dopilnować wykonania), przetargach na medykamenty, rozdziale funduszy czy wprowadzeniu w poszczególnych krajach stanu zagrożenia epidemiologicznego. Wyobraźmy sobie tylko, że dla każdej z tego typu spraw krajowe rządy musiałyby uzyskać zgodę w unijnej centrali, która skrupulatnie sprawdzałaby, czy aby nie łamana jest któraś z rozlicznych „procedur” - wszystko w momencie, gdy trzeba działać „na wczoraj”.

Podsumowując ten wątek - Unia Europejska „stress-testu” nie przeszła. Nic nie zastąpi państw narodowych w kwestiach bezpieczeństwa i pozostaje mieć nadzieję, że inwazja koronawirusa przyczyni się do odwrócenia tendencji polegającej na zawłaszczaniu przez unijną biurokrację kolejnych obszarów władzy.


III. Wielkie laboratorium

Na koniec sprawy o charakterze bardziej ogólnym. Prawdopodobnie czeka nas, jak napisałem w niedawnym felietonie dla „Gazety Finansowej” „najgłupszy kryzys w historii świata” - bo też skala (i co ważniejsze, śmiertelność) pandemii w niczym nie usprawiedliwia aż takiej paniki na rynkach. Pół żartem, pół serio, zarysuję tu spiskową teorię – może medialna histeria jest celowo indukowana, by odwrócić uwagę od rzeczywistych przyczyn kryzysu, który i tak miał nadejść? Po krachu w 2008 r. opinia publiczna zawrzała oburzeniem na światową oligarchię finansową, która nie dość że doprowadziła do globalnej katastrofy, to jeszcze uszło jej to bezkarnie. Może macherzy, którzy nie zmienili swego postępowania ani o jotę i dalej pompują spekulacyjną bańkę, widząc na horyzoncie rychłe załamanie użyli swych medialnych wpływów, by „usprawiedliwić” koronawirusem nadchodzącą zapaść, tak by złość społeczeństw nie skierowała się przeciw banksterom i sprzedajnym politykom?

Ale, nawet pomijając spiskowe teorie, gołym okiem widać, że pandemia koronawirusa stała się wielkim społecznym laboratorium. To po prostu niesamowita okazja do testowania różnych rozwiązań z zakresu inżynierii społecznej. Do jakiego stopnia ludzie gotowi są pogodzić się z ograniczeniami wolności? Czy tylko na jakiś czas, czy na stałe? Jakimi metodami „naprowadzać” ludzkie masy na właściwe myślenie, tak by w przyszłości np. nie oddały głosów na „populistów”, tylko na „sprawdzony” establishment? Albo pogodziły się z kolejnymi przywilejami dla wielkich korporacji pod pretekstem „rozwiązań antykryzysowych”? Jestem przekonany, że rozliczne sztaby specjalistów od modelowania zbiorowych zachowań pracują w pocie czoła nad stosownymi analizami i wnioskami.

Patrząc bardziej optymistycznie – może uda się z obecnej sytuacji wyciągnąć jakieś konstruktywne wnioski? Może to co się stało nieco przyhamuje bezmyślny, zatraceńczy pęd ku wszechogarniającej globalizacji? Może przyczyni się do dywersyfikacji łańcuchów dostaw i produkcji, tak by nie lokować kluczowych ogniw w jednym regionie świata, czy wręcz w jednym państwie – Chinach? Może do kogoś wreszcie dotrze, że warto mieć elementarne zabezpieczenie w postaci własnego rolnictwa, gwarantującego żywność i własnego przemysłu? Tak by nie wyglądać niczym zbawienia chińskich kontenerowców zawijających do europejskich portów? Przecież to paranoja, żebyśmy nie byli w stanie produkować u siebie zwykłych maseczek chirurgicznych i podstawowych leków, a za produkcję płynu odkażającego musiał się brać w trybie awaryjnym „Orlen” (całe szczęście, że go mamy).

Idąc dalej – może docenimy nasze państwa, granice i zalety suwerenności? Może dotrze do nas, że zbywanie kolejnych uprawnień na rzecz ponadnarodowych instytucji to droga donikąd? Z drugiej strony – może zauważymy zagrożenia wynikające z nadmiernej decentralizacji? Pomyślmy tylko, co by się działo, gdyby Polska zgodnie z postulatami „totalnej opozycji” była dzisiaj luźnym konglomeratem udzielnych samorządowych „księstewek”... I to jest kolejny oblany „stress-test” - tym razem nie zdała go globalizacja.

Pocieszające w tym wszystkim jest to, że choć na chwilę zniknęła z publicznego dyskursu większość lewackiej agendy. Nagle okazało się, że obliczu śmierci „prawa” zwierząt, LGBT, genderyzm, skrajny ekologizm i klimatyzm przestały być najważniejszymi problemami ludzkości. Symboliczna jest tu odezwa Grety Thunberg, która zaapelowała do swych wyznawców, by „strajkowali” na rzecz klimatu – ale w domu... Złą wiadomością jest jednak uległość Kościoła, który we Włoszech i zachodniej Europie wystraszony lewackimi wrzaskami zamknął świątynie, rezygnując tym samym z okazji do choćby częściowego odbudowania swego duchowego przywództwa. W Polsce natomiast lewactwo ma inny cel – ograniczenie praktyk religijnych na czas zarazy ma sprawić, by ludzie „odwykli” od chodzenia do kościoła. Koronawirus oraz propaganda strachu mająca ukazać kościoły jako główny rozsadnik epidemii jest tu orężem w walce z religią. Czas pokaże, czy owa nałożona na wiernych „kwarantanna” przyniesie skutki – oby nie. Niemniej, jest to kolejna odsłona owego „społecznego laboratorium” o którym tu piszę – tym razem dotykająca sfery fundamentalnych wartości. Tak więc, już zupełnie na koniec – podstawowy i najważniejszy „stress-test” to ten, przed którym stoimy my sami.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 04 (kwiecień 2020)

piątek, 5 stycznia 2018

Czas sukcesów

Często słyszymy, że na tle nowoczesnego świata jesteśmy jakimś dziwolągiem. Otóż jest dokładnie odwrotnie – to świat zwariował, my pozostajemy normalni.


Naturalną rolą publicysty jest m.in. specyficzna forma społecznego „whistle-blowingu” - czyli ostrzeganie opinii publicznej przed różnymi niepokojącymi zjawiskami oraz komentowanie tychże. Siłą rzeczy, w konsekwencji obraz świata wyłaniający się z takich publikacji jest mocno przyczerniony, a odbiorca może odnieść wrażenie, że żyje w mrocznych i wrogich mu realiach. Ma to swoją dobrą stronę, bo uwrażliwia na zagrożenia, lecz po przekroczeniu pewnej masy krytycznej łatwo popaść w paranoję, niczym ci nieszczęśnicy wykrzykujący ze śmiertelną powagą, że mamy w Polsce jednocześnie stalinizm, faszyzm i Koreę Północną. Dlatego też warto co jakiś czas wskazać na pozytywy i sądzę, że Nowy Rok jest dobrą okazją na taką optymistyczną odtrutkę, tym bardziej, że ma ona mocne oparcie w rzeczywistości. Polska bowiem, mimo wewnętrznych swarów, indukowanej z premedytacją społecznej histerii oraz zewnętrznych paroksyzmów i szaleństw, jawi się jako kraj dość szczególny, w którym sytuacja generalnie idzie ku lepszemu.


I. Stabilizacja

Po pierwsze, jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało, mamy na tle innych krajów stabilną sytuację wewnętrzną – i to pomimo ostatnich przetasowań w obozie władzy. Protesty „totalnej opozycji” i uliczne hece to głównie domena tzw. rzeczywistości medialnej. Można wręcz wysnuć tezę, że im bardziej histeryczne hasła wznoszą ci, którzy w rozhuśtywaniu nastrojów upatrują szansy na powrót do wpływów i władzy, tym mniejszym cieszą się poparciem. Wychodzi tu zdroworozsądkowe podejście Polaków, wbrew pozorom generalnie niezbyt skłonnych do angażowania się w polityczne awantury – dopóki ktoś ich naprawdę nie zdenerwuje... Ten zdrowy chłopski rozum dyktuje naszym rodakom, że zwyczajnie nie ma sensu urządzać przewrotów – zwłaszcza jeśli miałyby prowadzić do rządów Petru ze Schetyną.

Wygląda to jeszcze bardziej dobitnie, gdy skonfrontujemy ten obraz z zagranicą. We Francji do początku listopada 2017 obowiązywał sześciokrotnie przedłużany stan wyjątkowy, obecnie zastąpiony „ustawą antyterrorystyczną”, w praktyce wprowadzającą państwo policyjne na stałe. Poparcie dla dopiero co wybranego Macrona leci na łeb na szyję, co ten usiłuje sobie zrekompensować nadaktywnością na arenie europejskiej i jałowym pokrzykiwaniem na Polskę. W Hiszpanii z kolei mamy niekończącą się awanturę wokół niepodległości Katalonii okraszoną pałowaniem na ulicach i rozpaczliwymi próbami utrzymania integralności terytorialnej przez rząd w Madrycie – a że ostatnio wybory znów wygrali separatyści, to serial będzie trwał dalej. Włochy wciąż nie mogą wygrzebać się z kryzysu finansowego, ich system bankowy balansuje na krawędzi bankructwa, zaś rozmaite ruchy radykalne rosną w siłę i zapewne najbliższe wybory będą tam prawdziwym trzęsieniem ziemi. Z kolei w Niemczech od ostatnich wyborów trwa kryzys polityczny i wciąż rządzi odziedziczony po poprzedniej kadencji „rząd tymczasowy”, zaś kolejne rozmowy koalicyjne idą jak po grudzie, bądź też kończą się fiaskiem („koalicja jamajska”).

Na powyższe nakłada się wciąż nierozwiązany kryzys migracyjny. Ciarki przechodzą po plecach, gdy się pomyśli, jak niewiele brakowało, byśmy zostali „ubogaceni” na podobieństwo Europy Zachodniej, która najwyraźniej postanowiła popełnić zbiorowe samobójstwo. Wszystkie wewnętrzne problemy jakie mamy bledną przy permanentnym zagrożeniu terrorystycznym i muzułmańskiej fali przekładającej się na ciągłe społeczne napięcia w poddawanych islamizacji krajach „starej Europy”. Ostatni przykład to chociażby policyjny stan podwyższonej gotowości w Niemczech przy okazji Bożego Narodzenia połączony np. z wyrywkowym rewidowaniem wiernych udających się na Pasterkę. Z innej beczki – jeżeli porównamy nasze „ciamajdany” ze zdemolowaniem przez lewactwo Hamburga przy okazji szczytu G-20, to możemy tylko podziękować za tak groteskową opozycję. Opatrzność czuwa.


II. „500+” i gospodarka

Wróćmy na krajowe podwórko. Niewątpliwym, wielowymiarowym sukcesem było wprowadzenie programu „Rodzina 500+” - i im dłużej on funkcjonuje, tym bardziej widać pozytywne efekty. Ubiegłe lata to spektakularny sukces w walce z biedą. Jak podaje październikowy raport EAPN Polska, poziom skrajnego ubóstwa w latach 2014-2016 spadł z 7,4 do 4,9 proc., natomiast pogłębiona deprywacja materialna (czyli sytuacja, gdy rodziny nie stać na co najmniej 4 z 9 podstawowych wydatków, takich jak opłaty, czy odpowiednie jedzenie) - z 10,4 do 6,7 proc. Skrajne ubóstwo wśród dzieci spadło z 11,9 do 5,8 proc. - a więc aż o 51 proc., z czego w latach 2015-2016 był to spadek o 36 proc. - ewidentny efekt „500+”. Z powyższym korespondują dane Eurostatu, wg których jesteśmy europejskim liderem walki z biedą – zagrożenie ubóstwem i wykluczeniem społecznym spada u nas najszybciej spośród wszystkich państw Unii Europejskiej.

„500+” przełożyło się także na wzrost liczby urodzeń. Wg GUS od stycznia do października 2017 urodziło się 341,1 tys. dzieci (czyli o 21,5 tys. więcej niż w analogicznym okresie 2016 r.) i wszystko wskazuje na to, że rok 2017 zakończył się rekordową liczbą ponad 400 tys. urodzeń. Tendencji tej sprzyja również wciąż poprawiająca się sytuacja na rynku pracy – ostatnie dane GUS (z października) informują o najniższej po 1990 r. stopie bezrobocia – 6,8 proc. Dane Eurostatu (wg nieco innej metodologii) są jeszcze bardziej optymistyczne i mówią o stopie bezrobocia na poziomie 4,6 proc., co sytuuje nas na 6 miejscu w UE – między Wlk. Brytanią a Holandią. O pomyślnej sytuacji ekonomicznej Polski świadczy również wzrost PKB na poziomie ponad 4 proc. (wyższy od zakładanego w ustawie budżetowej - 3,6 proc.), w czym niemały udział ma konsumpcja wewnętrzna – Polacy mają więcej pieniędzy i więcej kupują, częściej też korzystają z niedostępnych im wcześniej „luksusów” takich jak wyjazdy na rodzinne urlopy. Nic więc dziwnego, że w 2017 r. badania ufności konsumenckiej (wskaźnik pokazujący jak Polacy oceniają swoje perspektywy finansowe) zanotowały historyczny wynik – po raz pierwszy od czasu transformacji optymiści zaczęli przeważać nad pesymistami.

Wbrew czarnowidzom otwarcie życzącym Polsce bankructwa, do jakiego miało rzekomo doprowadzić „500+”, sytuacja budżetowa jest zdrowsza niż kiedykolwiek wcześniej. Dość powiedzieć, że przez szereg miesięcy, aż do listopada, notowaliśmy nadwyżkę budżetową – ewenement w najnowszej historii. „Pod kreską” znaleźliśmy się dopiero pod koniec roku, lecz i tak deficyt będzie znacząco niższy od pierwotnie zakładanego (najprawdopodobniej poniżej 40 mld. wobec prognozowanych 59 mld. zł.), co również jest zjawiskiem dotąd niespotykanym. Wiąże się to oczywiście m.in. ze znaczącą poprawą ściągalności podatków, w tym ukróceniem karuzel VAT-owskich, przekrętów na akcyzie, przemytu i temu podobnych zjawisk, z którymi przez osiem lat nie mogła sobie poradzić poprzednia ekipa (otwarte pozostaje pytanie, czy jedynie przez własną nieudolność). Mamy wzrost ściągalności VAT o ok. 20 proc., CIT o prawie 13 proc., PIT o ponad 8 proc. itd. Można? Można. Dla mnie osobiście symbolem „dobrej zmiany” jest sytuacja LOT-u. Jeszcze pod koniec rządów PO firma była na skraju bankructwa, a do kupna ustawiała się w kolejce Lufthansa. Dziś LOT jest na plusie, a o sprzedaży nikt już nawet nie wspomina. Wystarczy nie kraść...

Rozwodzę się tutaj nad różnymi aspektami gospodarczymi, ale trudno przejść obok nich obojętnie, mając w świeżej pamięci rozpaczliwe finansowe kuglarstwo „sztukmistrza z Londynu” Jacka Rostowskiego i wpisywanie do budżetu nieprzytomnych milionów dochodu z fotoradarów. Właśnie gospodarka w połączeniu z polepszającą się sytuacją materialną polskich rodzin są dla mnie najlepszym świadectwem polskiego sukcesu.


III. Ostoja normalności

Ze spraw lżejszego kalibru, lecz ważnych dla narodowego samopoczucia, warto wymienić dwie najpopularniejsze dyscypliny sportowe (odpowiednio letnią i zimową) – piłkę nożną i skoki narciarskie. Reprezentacja Adama Nawałki sprawia, że polska piłka notuje najlepsze wyniki od czasów Górskiego, Gmocha i Piechniczka, zaś dowodzona przez Stefana Horngachera kadra skoczków pokazuje zespołową siłę zrywając ze starym schematem „lider, a potem długo nic”.

No i wreszcie kwestie cywilizacyjne. Na tle pogrążającej się w degrengoladzie Europy, Polska wciąż jawi się jako ostoja tradycji, rodziny i patriotyzmu, skutecznie dając odpór ofensywie lewackiej inżynierii społecznej. Małżeństwo nadal pozostaje małżeństwem, a nie „związkiem partnerskim”, patriotyzm ani myśli ustąpić multikulturowemu „tolerancjonizmowi”, a Boże Narodzenie nadal jest dniem narodzenia Pańskiego, nie zaś „zimowymi wakacjami”. Nie zapominamy skąd nasz ród i nie dajemy się nabierać na postępowe plewy. Często w związku z tym słyszymy, że na tle nowoczesnego świata jesteśmy jakimś dziwolągiem, który nie chce się „zmodernizować” pod dyktando lewackiej międzynarodówki. Otóż jest dokładnie odwrotnie – to świat zwariował, my pozostajemy normalni. I tak trzymać. Szczęśliwego Nowego Roku!


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 01 (03-16.01.2018)

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Portret KOD-owca

W miarę liczny udział w manifestacjach jest reakcją obronną KOD-owców na uczucie pogłębiającego się dyskomfortu.

I. Na tropie KOD-owca

Kiedy przeglądam sobie w internecie relacje z dwóch kolejnych antyrządowych „sobotnic” („sobótek”? „subotników”?), zastanawia mnie jedno – kim jest większość uczestników? Nie sądzę bowiem, by te kilka-kilkanaście tysięcy osób składało się wyłącznie z partyjnych działaczy, opłacanych najemników, rodzin prominentów, resortowych dzieci, dyszących nienawiścią sierot po Palikocie i generalnie – kasty „nachapanych” broniących stanu posiadania. To znaczy, oni wszyscy oczywiście w jakimś stopniu są tam obecni, moderują przekaz, wykorzystują sobotnie „eventy” dla swoich celów – niemniej jednak „na oko” większość demonstrantów stanowią zwykli ludzie i to, patrząc choćby po ubiorze, często tacy, którzy symboliczne „ośmiorniczki” jadają jedynie ustami swych przedstawicieli. A jednak coś powoduje, że przychodzą, przynoszą te własnoręcznie wykonane transparenty, utożsamiają się z KOD-em i gotowi są robić za darmowe, demonstracyjne mięso armatnie.

Kim zatem jest przeciętny uczestnik demonstracji – taki, który wychodzi na ulicę, bądź zapisuje się do KOD-u powodowany wewnętrzną potrzebą, a nie ze względów polityczno-organizacyjnych? Myślę, że próba wyjaśnienia tej kwestii jest o tyle istotna, że pomoże nam zrozumieć co tak naprawdę dzieje się w sferze społecznej w Polsce przełomu 2015 i 2016 roku.

Sądzę, że znam odpowiedź na to pytanie – a przynajmniej jej dość istotną część.

Na trop naprowadził mnie wywiad, jakiego „Gazecie Wyborczej” udzielił w połowie października Michał Bilewicz, kierownik działającego na Uniwersytecie Warszawskim Centrum Badań nad Uprzedzeniami. Tu mała dygresja naświetlająca kontekst: owo Centrum Badań nad Uprzedzeniami, jak sama nazwa wskazuje, jest silnie lewicowo zorientowanym projektem, prowadzącym dość wytężoną pracę ideologiczną ubraną w szaty socjologicznych badań z zakresu „stereotypów, uprzedzeń, rasizmu, dyskryminacji i innych zagadnień z obszaru stosunków międzygrupowych”. Poczytuję sobie od czasu do czasu produkowane tam raporty w rodzaju „Postawy wobec mniejszości muzułmańskiej w Polsce”, „Postawy antyizraelskie, a antysemityzm w Polsce”, na podobnej zasadzie, jak zaglądam na strony „Krytyki Politycznej” czy „Wyborczej” - bo zawsze lepiej choć w przybliżeniu wiedzieć, co lęgnie się po tamtej stronie. Tym bardziej, że oni również nie próżnują jeśli chodzi o prześwietlanie prawicy, o czym świadczy chociażby raport „Podłoże prawicowych preferencji wyborczych młodych Polaków”, w którym rozłożono wyborców PiS, Kukiz'15, KORWIN-a i narodowców z przedziału wiekowego 18-29 lat na czynniki pierwsze.

II. „Negatywny autostereotyp”

W każdym razie, wspomniany Michał Bilewicz, młody, 35-letni profesor (co, swoją drogą, pokazuje na czym obecnie warto robić karierę akademicką), przynajmniej na użytek zewnętrzny potrafi wznieść się od czasu do czasu ponad obowiązujące w mainstreamie schematy i w całkiem ciekawy sposób zdiagnozować społeczne podziały, co czyni m.in. w przywołanym wywiadzie dla „GW” - momentami całkiem nie po linii „michnikowszczyzny”. Gros rozmowy dotyczy wprawdzie prawicowej i antyimigranckiej „mowy nienawiści”, lecz na jej marginesie pojawiają się również bardziej interesujące wątki.

Spójrzmy na kilka cytatów. Oto, odnosząc się do zaostrzenia języka publicznej debaty w Polsce, Bilewicz wskazuje jako źródło problemu „podział smoleński”, podkreślając, że początkowo grupa wierząca w zamach była o wiele mniej uprzedzona do grupy wierzącej w wypadek lotniczy, niż na odwrót. Za wzrost agresji odpowiadają głównie zwolennicy hipotezy „wypadkowej” - grupa ta „izolowała się, a często też ustami różnych naukowców, w tym psychologów, używała pogardliwego języka. To wtedy zaczęto mówić o »sekcie smoleńskiej«, o tym, że niektórych trzeba wysłać do psychiatry”. Nałożył się na to podział społeczny: „z jednej strony mamy zamożną »Warszawę«, z drugiej »mohery«, »kiboli«, »prowincję«, z którymi »Warszawa« nie chce mieć wiele do czynienia, bo to świat ludzi zwykle biedniejszych, który uważamy za trochę kompromitujący, a my chcemy być tacy jak Europa”. I dalej: „mamy tendencję do zamykania się w takich bąblach, gdzie już każdy, kto nawet je inaczej: schabowy z ziemniakami zamiast eko, jest postrzegany jako ten gorszy”. (…) „Myślę, że stąd ich reakcja na wypowiedź Tokarczuk - oni czuli, że pisarka nie bije się we własne piersi”.

No i wreszcie clou: „przeprowadzałem badania wśród młodych mieszkańców dużych miast i pojawiło się w nich coś dziwnego, co nie pojawiło się w żadnych innych znanych mi badaniach tego typu w Europie czy w Stanach Zjednoczonych. (…) Negatywny autostereotyp. Kiedy zapytaliśmy ich o to, kim są Polacy, usłyszeliśmy, że to złodzieje, narzekacze, lenie i pijacy. Badania robione na próbach reprezentatywnych na wsi i w małych miastach zupełnie nie pokazywały takiego negatywnego autostereotypu” (...) „Wygląda na to, że Polacy w dużych miastach zapytani o to, kim są Polacy, nie myślą o sobie. Oni są »warszawiakami«, »ruchami miejskimi«, »liberalnymi pracownikami korporacji«, »pracownikami mediów«, »naukowcami«. A Polacy to dla nich, z grubsza mówiąc, elektorat PiS-u”.

III. „Orientacja na dominację”

I tu chyba właśnie mamy odpowiedź na postawione we wstępie pytanie. W kontekście zacytowanych powyżej diagnoz, dotyczących zarówno genezy podziałów jak i wyższościowych aspiracji przepajających, nazwijmy to umownie, wielkomiejską klasę średnią, wychodzi na to, że ludzie ci między innymi zaspokajają emocjonalną potrzebę dowartościowania się. Chcą poczuć się znów przez moment członkami „lepszego towarzystwa”. Przywykli do tego, że „ich” (czy może – podsunięte im) poglądy są jedynie słuszne, że „mohery” z prowincji są wprawdzie straszno-śmieszne, lecz w gruncie rzeczy skazane na wymarcie, że „wszyscy ludzie na poziomie” sądzą... i tu wpisz dowolne, co akurat sądzić wypada. Słowem – że należą do lepszej kasty „już-prawie-europejczyków”, że sprawy muszą iść w dobrym kierunku, skoro chwali nas Berlin i Bruksela, Tuska zaś zrobiono „królem Europy”. A Polacy? Polacy to banda ciemnych nieudaczników, którzy nadają się co najwyżej do klęczenia w kruchcie, lub w najlepszym razie do roboty na zmywaku w Londynie.

Wygrana PiS im to wszystko odebrała.

To musiał być dla nich szok. „Pisowcy” dorwali się do władzy i będą „ten kraj” urządzać teraz po swojemu? Te wąsate Janusze konsumujące schabowe i browary z „Biedronki” mają rządzić? A co z nami? No i, mówiąc Telimeną – „co świat powie na to”? Taki wstyd... W miarę liczny udział w manifestacjach jest reakcją obronną na uczucie pogłębiającego się dyskomfortu. Ta cała obrona demokracji, konstytucji i czego tam jeszcze jest jedynie wtórnym racjonalizowaniem opisywanych tu emocji. Dlatego tak rzucili się na zmanipulowaną wypowiedź Kaczyńskiego o „gorszym sorcie Polaków”. To przekorne określanie się w ten sposób (tak jak prawica na własny użytek obezwładniła inwektywy typu „ciemnogród”) jest formą oporu przeciw uzurpacji prowincjonalnych chamów – nawet jeśli owa „prowincja” zaczyna się nie za rogatkami Warszawy, lecz w blokowiskach Bródna czy innego Bemowa. Chronią w ten sposób poczucie własnej wartości związane z symboliczną przynależnością do lepszego świata. Rolę kastowych totemów może pełnić cokolwiek, co odróżnia „nas” od „onych” - opornik, konstytucja, Trybunał... I dlatego teraz gotowi są dać się pokroić za establishment III RP walczący desperacko o ochronę swych habitatów i żerowisk – bo ów mainstream, ci sędziowie, politycy, też stali się swoistymi totemami. Jakkolwiek absurdalnie by to nie zabrzmiało, ci tzw. „zwykli ludzie” demonstrujący pod Sejmem i Trybunałem, utożsamili się z elitami właścicieli III RP. Bo to ich we własnych oczach wyróżnia spośród roszczeniowego motłochu, który zagłosował na obietnicę 500 zł „na dziecko” i chroni przed deklasacją. Logika plemiennego podziału idealnie wpasowała się w suflowaną im atmosferę zagrożenia. Smutne to, lecz prawdziwe.

Na zakończenie – w uczonych raportach Centrum Badań nad Uprzedzeniami, dość istotną kategorią – przypisywaną, rzecz jasna, prawicy – jest „orientacja na dominację społeczną” („Social Dominance Orientation”, SDO). Oznacza ona „przekonanie, że hierarchia grup ludzkich jest naturalna i potrzebna oraz, że dominacja jednych grup nad innymi jest pożądana; osoby o wysokim poziomie SDO na ogół przeciwstawiają się wszelkim próbom ograniczania nierówności społecznych, a także cechują się wyższym poziomem uprzedzeń”. Wypisz-wymaluj, postawa opisywanych tu „oporników”. Przewrót na politycznej scenie dowartościowujący pogardzaną prowincję jest uderzeniem w ich poczucie społecznej hierarchii. A to powoduje z kolei, że będą bronić swego – niechby i wyimaginowanego – statusu. Ta zimna wojna, niestety, prędko się nie skończy.

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3118-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 50-52 (23.12.2015-12.01.2016)

poniedziałek, 7 lipca 2014

Zjednoczony Obóz IV RP – kolejne podejście

Nie da się zbudować szerokiego zaplecza wyborczego bez ścisłego współdziałania z organizacjami społecznymi.

I. Wektory jednoczenia prawicy

Przyznam się, że inicjatywa zjednoczeniowa PiS-u o której od jakiegoś czasu donoszą media, wywołuje u mnie uczucie deja vu i nie jest to wrażenie budujące, mimo że oczywiście w przypadku powodzenia daje szansę na wyborcze zwycięstwo. Warto przy tym zauważyć, że nie jest to efekt afery podsłuchowej, choć wygląda na to, że pod wpływem afery kierunek akcji zjednoczeniowej uległ pewnemu przewektorowaniu. Otóż 16 czerwca portal wPolityce.pl doniósł za PAP, iż PiS ma zamiar otworzyć się na środowiska społeczne, oddolne i w ten sposób poszerzać swoją bazę przed kolejnymi wyborami. Wówczas mówiono o sojuszu m.in. z Akademickimi Klubami Obywatelskimi im. Lecha Kaczyńskiego, klubami „Gazety Polskiej”, słuchaczami Radia Maryja i różnymi stowarzyszeniami lokalnymi. Co ciekawe, na tamtym etapie nie zakładano współpracy z Solidarną Polską, czy Polską Razem Gowina. Wiadomość ta szybko została jednak wypchnięta z medialnej agendy przez wybuch afery taśmowej. No, a obecnie dowiadujemy się, że zjednoczenie, owszem, tylko że w sojuszu z ziobrystami i gowinowcami, z którymi to mają toczyć się rozmowy. I tym już mediodajnie zajmują się dosyć intensywnie. Przyznają Państwo, że „przewektorowanie” jak na dwa tygodnie – całkiem, całkiem...

PiS i Jarosław Kaczyński ewidentnie zwęszyli krew i postanowili kuć żelazo póki gorące. Sprzyja temu mizeria wyników wyborczych do europarlamentu ugrupowań secesjonistów z dwóch największych partii, tak więc niewykluczone, że z tej mąki jakiś tam chlebek da się upiec - i być może z minimalnym tylko zakalcem. Tyle, że błędem byłoby orientowanie się wyłącznie na twory stricte polityczne. W ten sposób może da się jakoś uzupełnić szkielet organizacyjno-instytucjonalny, ale z pewnością nie bazę wyborczą w rozmiarach gwarantujących samodzielne rządy.

II. Zjednoczony Obóz IV RP – deja vu

Moim zdaniem należy działać dwutorowo – porozumienie z Gowinem i Solidarną Polską to jedno, nie da się jednak zbudować szerokiego zaplecza bez ścisłego współdziałania z organizacjami społecznymi. I tu wracamy do owego uczucia deja vu, o którym wspomniałem na wstępie. W sierpniu 2011 roku, przed wyborami parlamentarnymi, mieliśmy bowiem pierwsze podejście do zmontowania czegoś, co pozwoliłem sobie wówczas określić mianem „Zjednoczonego Obozu IV RP”. Wówczas PiS podpisało porozumienie o współpracy z ok. 20 organizacjami, takimi jak m.in. Ruch Społeczny im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, Stowarzyszenie Twórców dla Rzeczypospolitej, Solidarni 2010, Komitet Katyński, Ruch Odbudowy Polski i wiele innych. Powiało optymizmem, czemu dałem wyraz w notce „Zjednoczony Obóz IV RP”, przestrzegając jednak, iż „przebudzony po 10.04 „ruch niezgody” to ludzie myślący, wymagający i w razie czego potrafiący rozliczyć polityków nawet ze „swojego” obozu, a nie karne wojsko wrzucające karty do urn na rozkaz. (…) Największym błędem ze strony Jarosława Kaczyńskiego i jego „dworu” byłoby natomiast zlekceważenie popierających ich dziś środowisk po wyborach, na zasadzie „murzyn zrobił swoje... a poza tym murzyn i tak nie ma innej opcji niż znów nas wesprzeć i na nas zagłosować”. Efektem takiej arogancji (do której PiS-owski aparat również wykazuje skłonność) byłoby roztrwonienie jedynego realnego potencjału, jaki obecnie PiS ma do swej dyspozycji.”

Mimo wyborczej porażki, zawiązany wówczas sojusz dawał nadzieję, że otwarcie się PiS-u na sprzyjające mu otoczenie społeczne z czasem będzie procentować. Myśl tę kontynuowałem w powyborczej notce z października 2011 „Zjednoczony obóz IV RP – cz. II”, w której postulowałem, iż „PiS powinien pójść do następnych wyborów nie jako pojedynczy podmiot – monopartia, ale w możliwie szerokiej koalicji z autonomicznymi organizacjami społecznymi (...). W ten sposób PiS z Jarosławem Kaczyńskim na czele, pozostając naturalnym przywódcą i główną siłą tego porozumienia, zdejmie z siebie odium politycznej alienacji, partii „niekoalicyjnej” - pokaże się jako reprezentant masowego ruchu społecznego: Zjednoczonego obozu IV RP.” W innym miejscu pisząc, że owe ruchy obywatelskie tworzą „infrastrukturę patriotyzmu” (termin pożyczyłem od Ziemkiewicza), podnosiłem: „To w teren powinny pójść partyjne fundusze, kadry, środki, logistyka, a nie na centralę i paru topornych działaczy szwendających się po różnych TVN-ach.”

Jak pamiętamy, tamte wybory skończyły się kacem spowodowanym chociażby sabotowaniem przez część partyjnych struktur akcji „Uczciwe wybory” i spławianiem wolontariuszy zgłaszających się na mężów zaufania. W kolejnych latach partia konsekwentnie zamykała się w sobie i podpisany w 2011 sojusz społeczny w zasadzie umarł śmiercią naturalną. Przebudzenie nastąpiło dopiero przed ostatnimi eurowyborami wraz z akcją kontrolowania wyborów. Naturalnym kolejnym krokiem było „nowe otwarcie” na czynnik społeczny zasygnalizowane w przytaczanej wyżej informacji z 16 czerwca. Tyle, że w międzyczasie zmarnowano niemal trzy lata podczas których pogrążony w marazmie PiS mógłby za sprawą nowych ludzi i środowisk zyskać drugi oddech, społeczno-partyjny sojusz zaś okrzepnąć i wypracować metody wspólnego, skutecznego działania.

III. „Budapeszt nad Wisłą”

Teraz natomiast o koalicji z organizacjami obywatelskimi znów jakby ciszej, eksponuje się miast tego partyjne dogadywanki z Ziobrą i Gowinem. Ok, może i trzeba z pragmatycznych względów się z nimi porozumieć, nie będę się kłócił. Gdyby to jednak miało się stać kosztem szerokiego sojuszu społecznego, byłoby to niepowetowaną stratą. Z partyjniackimi wycierusami „Budapesztu nad Wisłą” czy „majdanu w Warszawie” się nie zrobi. Krótko mówiąc, na dylemat „myć ręce, czy nogi”, odpowiedź jest znana – jedno i drugie!

O „Budapeszcie” mówił w powyborczym przemówieniu w roku 2011 Jarosław Kaczyński. Obecnie Orban, po tym jak został przez wrogie otoczenie międzynarodowe wepchnięty w ramiona Putina, przestał być wprawdzie idolem naszej prawicy, ale nie znaczy to, że przykład owego „Budapesztu” nie powinien być analizowany, jako wzorzec drogi do politycznego zwycięstwa. Nigdy dość powtarzania, że Orban postawił wtedy właśnie na szeroki ruch obywatelskiego sprzeciwu i to właśnie dzięki niemu wygrał. Tymczasem, czy obecnie jest społeczny potencjał do powtórzenia owego sukcesu w Polsce? Zwróćmy uwagę, że po ujawnieniu taśm Gyurcsany'ego na Węgrzech doszło do wielkich demonstracji i zamieszek. U nas skutkiem afery taśmowej były póki co dość rachityczne protesty. Zupełnie, jakby blisko dwie kadencje rządów PO skutecznie spuściły ciśnienie społeczne, pozostawiając psychiczny zwis i zniechęcenie. Do tego dochodzą wzajemne pretensje na linii PiS – patriotyczny elektorat. Partia narzeka na społeczną bierność, elektorat z kolei na zasklepienie się PiS-u we własnym, politycznym światku. Znów kłaniają się zmarnowane trzy lata.

Pozwolę sobie na jeszcze jeden autocytat z tekstu „Zjednoczony obóz IV RP – cz. II”, już ostatni:

„(...) Budapeszt sam się nie zrobi. Nie wystarczy bierne oczekiwanie na społeczny przełom – trzeba mu dopomóc, inaczej „Budapeszt” ktoś sprzątnie nam sprzed nosa. Tymczasem odnoszę wrażenie, że PiS liczy na władzę, która sama przyjdzie dzięki kryzysowemu odwróceniu „tryndu" społecznego. Błąd. Równie dobrze potencjał społecznego niezadowolenia może przejąć jakaś sprytnie wykreowana na tę okoliczność „wydmuszka" - trybun ludowy ze służbowego rozdzielnika stworzony właśnie po to, by owo niezadowolenie zagospodarować. Był Lepper, jest Palikot – jaki problem by podrzucić w kluczowym momencie sfrustrowanym i ogłupionym wyborcom kogoś, kto podbierze kolejne segmenty elektoratu?” No i proszę – jak raz, mamy Korwin-Mikkego, który wyrasta na pozasystemowy głos niezadowolenia i może zgarnąć akurat tyle, by uniemożliwić PiS-owi samodzielne rządy. Do tej pory żerował na innym elektoracie, ale kto wie, czy z upływem czasu nie sięgnie po jakąś część potencjalnych wyborców Prawa i Sprawiedliwości.

Pora na kilka pytań: czy Prawo i Sprawiedliwość postawi na poważną współpracę ze swym społecznym zapleczem? Czy bierny opór aparatu nie zniweczy tej szansy? Czy zasiedziali działacze (a wielu z nich w opozycji jest wygodnie) zechcą posunąć swe szanowne cztery litery, by dopuścić na listy wyborcze (i to na miejsca „biorące”) ludzi z zewnątrz, wspierających w różnych formach obóz patriotyczno-niepodległościowy od lat? Czy partyjne struktury dostrzegą w nich partnera, czy potraktują jako społeczny kwiatek do partyjnego kożucha? I czy to wszystko nie dzieje się za późno?

Na zakończenie przytoczę coś, co wyczytałem w artykule „Strach przed Kaczyńskim” Mariusza Staniszewskiego z „Do Rzeczy” (nr.27-075, 30.06-06.07.2014), gdzie mowa jest o strachu PO przed rozliczeniami z różnych przekrętów i nadużyć, ale – uwaga – działacze PiS twierdzą, iż „dziś nikt nie prowadzi rejestru 'zbrodni Tuska'”. Że co proszę? To jak będzie miało wyglądać oczyszczenie państwa, skoro w kwestii elementarnych rozliczeń obecnej mafii rządzącej politycy PiS będą poruszać się po omacku? Mam zatem dla szanownych luminarzy opozycji gotowca, podany na tacy oręż do wykorzystania. Coś, co zostało zrobione za darmo przez MarkaD niejako w zastępstwie polityków którym najwyraźniej płaci się za siedzenie w Sejmie i łażenie po reżimowych mediodajniach. „Afery PO”, to wciąż aktualizowany zbiór większych i mniejszych przekrętów, afer i nadużyć partii rządzącej począwszy od 2007 roku do tej pory. Proszę, panowie politycy, którym nie chciało się „prowadzić rejestru 'zbrodni Tuska'”, oto linki:

http://markd.pl/afery-po-0-748-i-kadencja-rzadow/

http://markd.pl/afery-po-cz-1-ii-kadencji-7491499/

http://markd.pl/afery-po-ii-kadencja-cz-ii-od-1500-do-1799/

http://markd.pl/afery-po-ii-kadencja-cz-3-od-1800/

A oto zbiorczy dokument PDF:

http://markd.pl/afery_po.pdf

Na dzień dzisiejszy afer jest 2167. Życzę owocnej lektury.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/346/zjednoczony-oboz-iv-rp

http://niepoprawni.pl/blog/346/zjednoczony-oboz-iv-rp-cz-ii

sobota, 14 lipca 2012

Lemingi i mohery – małe studium podziału

Lemingi od moherów różnią się przede wszystkim zdolnością do zdefiniowania „obowiązków polskich” i gotowością do ich podjęcia.

I. Lemingi według Dmowskiego

Pod notką Budynia78 „Lemingi będą lemingami” wywiązała się ciekawa dyskusja. Generalnie, Budyń twierdzi, że to, iż lemingi same z przekory zaczęły siebie tak określać (zapewne pod wpływem okładkowych tekstów „Uważam Rze” - nr 28(75)/2012) nie sprawia, że przestały być lemingami, podobnie jak „obrazowaniec” nie przestanie być „wykształciuchem”, choćby z kpiarskim dystansikiem mówił tak o sobie przy każdej okazji, a nawet bez okazji, co jak pamiętamy było szalenie modne w pewnych kręgach za czasów rządów PiS. Pojawiły się jednak również głosy, iż podział na linii lemingi-mohery został sztucznie wykreowany. Najdobitniej wyraziła to chyba Anna, pisząc: „Marzę o tym, by podział na lemingi i mohery po prostu zanikł. Jak i inne podziały - wykreowane sztucznie”. W innym zaś miejscu: „Podzielono nas. Poprzez napuszczenie jednych na drugich.” . Polecam zresztą całość – tekst i dyskusję.

Miałem odpowiedzieć pod tekstem Budynia, ale poczułem, że zbiera mi się na grubsze posiedzenie, i w krótkim komentarzu wszystkiego nie dopowiem, zatem odczekałem aż się to wszystko mi urodzi i stąd ten tekst.

Otóż, podział na lemingi i nie-lemingi istniał od zawsze, tyle że było to inaczej nazywane. Zawsze była mniejszość, której o coś chodziło, nie zadowalająca się „małą stabilizacją” i większość, która spełniała warunki bycia dzisiejszymi lemingami. Opisywał to już Roman Dmowski, który w pierwszych słowach „Myśli nowoczesnego Polaka” podał aktualną po dziś dzień definicję leminga:

„Nierzadko spotykamy się ze zdaniem że nowoczesny Polak powinien jak najmniej być Polakiem. Jedni powiadają że w dzisiejszym wieku praktycznym trzeba myśleć o sobie nie o Polsce, u innych Polska zaś ustępuje miejsca – ludzkości. Tej książki nie piszę ani dla jednych, ani dla drugich.”

Czyż powyższy cytat nie oddaje postawy życiowo-światopoglądowej tych, których określamy dziś mianem MWzWM, „młodymi z fejsbuka”, tudzież „lemingami”? No właśnie.

II. Zabetonowane sumienia

Ten naturalny podział został w ostatnich latach - zwłaszcza po Smoleńsku - wyostrzony. Owszem – często za pomocą dość parszywych socjotechnicznych sztuczek, ale w sumie nie ma tego złego... Zamiast złudnej jedności, przynajmniej wiadomo kto jest kim. Dmowski nie miał złudzeń, twardo i realistycznie opisując współczesnych sobie Polaków, nie miejmy ich również i my, bo takie złudzenia kończą się bardzo boleśnie w godzinie próby.

To prawda, Dyktatura Matołów oraz sprzęgnięty z nią „przemysł pogardy” zintensyfikowały ową socjotechnikę dla własnych politycznych celów, jednak nie byłaby ona tak skuteczna, gdyby nie utrafiała w coś realnego. Zagrania, które można było obserwować choćby podczas medialnego pompowania Dominika Tarasa i jego neo-barbarzyńców, trafiły na tak podatny grunt m.in. dlatego, że większość Polaków, po okresie Żałoby Narodowej zwyczajnie stchórzyła, gdy przyszło do konkretów i okazało się, że np. możemy narazić się Rosji. Co innego palenie światełek, a co innego groźba utraty poczucia bezpieczeństwa (choćby złudnego), czy wystawienie się na gniew Kremla. Zwróćmy uwagę – tu nawet nie chodzi o narażenie się na jakieś realne zagrożenie, jak np. wojna z Rosją, tylko o samo czysto hipotetyczne poczucie, że coś mogłoby zburzyć obecny względny błogostan.

Nieco szerzej pisałem o tym mechanizmie w rocznicowej notce z kwietnia „Smoleńskie status quo”, więc pozwolę sobie na poniższe autocytaty: „Generalnie, Polacy poza garścią „niezłomnych” i „obudzonych”, w sprawie Smoleńska zachowali się podle i tchórzliwie. Woleli dawać wiarę kolejnym wrzutkom, woleli poddać się prostackiemu rechotowi z „moherów” i „pisuarów” i niczym trzy małpki nie widzieć, nie słyszeć, nie mówić. Wszystko z lęku przed wybudzeniem z ogłupiającego błogostanu, przed utratą komforciku „małej stabilizacji”.”

I dalej: „Opisana postawa zbyt głęboko wżarła się w dusze, ludzie zbyt emocjonalnie zaangażowali się we własne tchórzostwo, by odrzucić je bez poczucia głębokiego dyskomfortu, jaki pojawia się zawsze, gdy trzeba stanąć przed lustrem i powiedzieć sobie „jestem świnią”.”

No i wreszcie: „Herbertowska fraza o „zdradzonych o świcie” nie raz była przywoływana w kontekście smoleńskiej tragedii (...). Trzeba mieć wszakże świadomość, iż owa zdrada odbywa się również każdego dnia w głowach i w sercach ogromnej większości Polaków, którzy nie chcą słyszeć o Smoleńsku, skrupulatnie betonując własne sumienia.”

III. Rozgrzeszenie instant

Sądzę, że to dość przekonujące wyjaśnienie temperatury obecnego społecznego podziału i psychicznej gotowości do poddawania się manipulacjom. Skoro zachowałem się jak świnia, to zawsze chętniej posłucham tych, którzy w dzisiejszej Polsce trudnią się udzielaniem łatwego rozgrzeszenia na masową skalę – takiego „rozgrzeszenia instant” - mówiąc, że właśnie moja postawa jest słuszna, racjonalna i generalnie „fajnopolacka”, zaś tamci to ciemne mohery, oszołomy i niebezpieczni awanturnicy, których należy izolować, bo zagrażają naszemu szeroko rozumianemu dobrostanowi. Na podobnej zasadzie latem 1920 roku, gdy bolszewicy podchodzili pod Warszawę, spokojni na co dzień warszawscy mieszczanie potrafili pluć na mundury idących na front ochotników – bo to przez nich cała ta „awantura”. Nic nowego.

Z drugiej zaś strony – wśród „moherów” - w naturalny sposób narosła agresja, lub co najmniej skrajna niechęć wobec wyzutych z patriotyzmu, poddających się ogłupiającej propagandowej sieczce lemingów.

Na to wzajemne wykluczenie nałożyły się dodatkowo różnice kulturowe – zakorzeniony w religii tradycjonalizm i patriotyzm kontra podszyte nihilizmem wygodnictwo.

Odwołam się jeszcze do czasów bliższych. Jest taki kawałek Dezertera z lat '80, zatytułowany „Polska złota młodzież”: „ (…) Polska złota młodzież kłótliwa i słaba / Polska złota młodzież krzykliwa i głupawa / Bez sensu i celu, podziały i nienawiść / Komercja, moda, pieniądze i zawiść / Wódka, kurewki, dyskoteka, szkoła / Oto polska młodzież spokojna i wesoła (…) Myśląca bezpiecznie, bo tak wytresowana / Polska złota młodzież wykończy się sama”. To z kolei obraz młodocianych lemingów z lat '80, z czasów junty Jaruzelskiego. Wygląda znajomo? No przecież...

Dobrze napisany punkowy kawałek potrafi powiedzieć o rzeczywistości więcej niż sążnisty, socjologiczny artykuł. Ta „złota młodzież” opisana (ośpiewana?) przez Dezertera dochowała się już swoich dzieci, które nasiąknęły podobnym podejściem do rzeczywistości – przecież te tabuny neo-barbarzyńców nie wzięły się znikąd. A że tego typu postawa łatwo daje się opakować w celofanową pozłotkę z nadrukiem „nowoczesność”, to tym większy opór przed próbami odpakowania i zajrzenia do środka i wściekłość, gdy ktoś kwestionuje jakość kryjącej się pod tą pozłotką zawartości.

IV. Tertium non datur

Podsumowując, gdybym miał zdefiniować czym z punktu widzenia spraw publicznych różni się leming od mohera, to powiedziałbym, że różnią się przede wszystkim zdolnością do zdefiniowania „obowiązków polskich” i gotowością do ich podjęcia.

Szczególnie mocno różnica ta objawiła się po przywoływanej tu Katastrofie Smoleńskiej – ale abstrahować od niej nie sposób. Już teraz bowiem widać, że Smoleńsk stał się doświadczeniem formacyjnym na miarę pokolenia – i to dla obu stron społecznego konfliktu. Niezależnie od tego, co uczynią z nim politycy, ten wypuszczony dżin żyje już własnym życiem. Podgrzewany propagandowo, choć w swym społecznym podglebiu naturalny, podział na „lemingi” i „mohery” miałby szansę osłabnąć i powrócilibyśmy do względnie pokojowej koegzystencji, gdyby nie Smoleńsk właśnie. Każdy, kto chce mieć cokolwiek do powiedzenia o Polsce (lub nadać pozór racjonalności temu, że o Polsce nie ma i nie chce mieć niczego do powiedzenia) musi się wobec Smoleńska określić. Musi być albo lemingiem, albo moherem. Tertium non datur.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

PS. Niektóre notki o zbliżonej tematyce:

http://niepoprawni.pl/blog/287/smolenskie-status-quo

http://niepoprawni.pl/blog/287/ani-dla-jednych-ani-dla-drugich

http://niepoprawni.pl/blog/287/iv-rp-o-muerte-czesc-1

http://niepoprawni.pl/blog/287/iv-rp-o-muerte-czesc-2-ostatnia

sobota, 30 czerwca 2012

O uobywatelnieniu przez własność

Wygrajcie wybory – w jakikolwiek sposób – następnie zaś dajcie Polakom własność, oraz swobodę gospodarowania i rozporządzania tak sobą, jak i swoim mieniem.

I. Tyle „obywatelskości”, ile własności

Znamy wszyscy z Żeromskiego ten obrazek: chłopi zbiegają się na pobojowisko, by obdzierać trupy poległych powstańców styczniowych. Pokazywał on w symboliczny sposób przepaść dzielącą świadomych swej polskości, „uobywatelnionych” ziemian, spośród których rekrutowali się uczestnicy kolejnych powstań, od „pańszczyźnianych”, dla których, w pewnym uproszczeniu, „pańska” zbrojna ruchawka istotna była o tyle, o ile dostarczała łupów ściąganych ze zwłok.

Zdający sobie z powyższego sprawę przedstawiciele polskich elit – czy to narodowo-demokratycznych, czy pozytywistycznych, czy socjalistycznych, ruszyli zatem w drugiej połowie XIX wieku „w lud”, by uświadamiać, edukować, „pracować organicznie”, i – jak ujmowali to Dmowski z Popławskim - „uobywatelniać”, tudzież „polityzować masy”.

Wszystko to jednak na nic by się zdało, a w każdym razie efekt byłby o wiele mizerniejszy od oczekiwań, gdyby nie doszedł jeszcze jeden czynnik, który tę pracę uczynił możliwą. Czynnikiem tym była własność. Dopiero uwłaszczenie chłopów, dokonywane w kolejnych zaborach sprawiło – jak można się domyślać, wbrew intencjom zaborców – że polski chłop przekształcił się we włościanina, co siłą rzeczy wymuszało odpowiedzialność za posiadaną własność, wyrywało z bierności i tworzyło sprzyjające warunki do „uświadamiającej” działalności i „uobywatelnienia”, czy wręcz „unarodowienia” szerokich mas społeczeństwa.

Ten proces ewolucji z „tutejszego” chłopa o perspektywie zawężonej do folwarku do włościanina – Polaka, przebiegł nad podziw szybko. Weźmy zabór rosyjski – dekrety uwłaszczeniowe ogłaszano w latach 1861 – 1863, a już na przełomie XIX i XX stulecia Roman Dmowski w „Myślach nowoczesnego Polaka” zachwycał się rzutkością, zaradnością życiową i rezolutnością włościan, przeciwstawiając pod wieloma względami chłopów zbyt biernej jego zdaniem warstwie szlacheckiej, ziemiańskiej. Wystarczyło jedno pokolenie.

Z takim „materiałem ludzkim” można już było sensownie pracować, i stąd wziął się niesamowity sukces operacji „polityzacji mas”, przekształcający autochtonów, jakichś „prywislańskich Aborygenów” w obywateli znających „obowiązki polskie”. O sukcesie tym najdobitniej świadczy zdany w skrajnie trudnych warunkach egzamin, kiedy to u samego zarania świeżo odzyskanej niepodległości przyszło się bronić przed bolszewicką inwazją. To właśnie chłopi – posesjonaci, lub nawet bezrolni, lecz ukształtowani już w środowisku „Borynów” i nim nasiąknięci, obronili w godzinie próby Polskę przed bolszewikami. Sami ziemianie - choć oczywiście stanowili warstwę przywódczą i kulturotwórczą, z powstańczymi tradycjami, nie daliby rady bez masowego zaplecza, oparcia w rozbudzonym narodzie składającym się bądź to z włościan, bądź z robotników ze świeżymi, chłopskimi korzeniami.

Procentowało to przez kolejne dziesięciolecia, włącznie z czasami komunizmu, kiedy to wbrew usiłowaniom czerwonych nie udało się polskiej wsi skolektywizować. Tam zaś, gdzie pozakładano pegeery, nastąpił błyskawiczny regres i degradacja, której nie zwalczy „socjal” ani żadne „programy pomocowe” - trzeba było rozparcelować ziemie pomiędzy „robotników rolnych”, tak jak uwłaszczono chłopów w XIX stuleciu. Bez tego podstawowego warunku szkoda zachodu.

II. Wyzuci z własności

Piszę o tym ukształtowaniu postaw obywatelskich przez własność, rzecz jasna, nie bez przyczyny. Oto bowiem pod wieloma względami nasza współczesna sytuacja społeczna, z rozpaczliwym deficytem obywatelskości, świadomości „obowiązków polskich”, przypomina tę sprzed ponad półtora wieku. I przyczyna jest podobna: Polacy zostali wyzuci ze swej własności przez komunistycznych okupantów i po 1989 roku im tej własności nie zwrócono. Stało się tak, jak sądzę, nieprzypadkowo.

Zdarzało się mi już powoływać na tę anegdotę, ale przytoczę ją jeszcze raz: oto na zamkniętym zebraniu Unii Demokratycznej – jak wiadomo, „partii ludzi rozumnych” - jeden z prominentnych działaczy miał gardłować, iż nie wolno dopuścić do reprywatyzacji, gdyż wytworzyłaby ona klasę średnią, która „jest naturalnym społecznym zapleczem dla prawicy”. Nawet, jeśli anegdota nie jest autentyczna, to dobrze wymyślona, pokazuje ona bowiem jak w soczewce przesądy, antynarodowe uprzedzenia i wąskie horyzonty postokrągłostołowych „elit”. Oni po prostu boją się Polaków, boją się samej idei narodu i ze wszystkich sił starali i starają się nie dopuścić do upodmiotowienia społeczeństwa – a to upodmiotowienie można osiągnąć w skali masowej tylko przez własność i związane z nią poczucie odpowiedzialności – za siebie, swój domek z ogródkiem i za rodzinę - na którym dopiero można zacząć budować autentyczne poczucie więzi, przynależności do wspólnoty i odpowiedzialności szerszej – za ojczyznę, która tę własność i oparty na niej byt, oraz poczucie życiowego sukcesu gwarantuje. Własność zakorzenia, brak własności – wykorzenia. Tak jesteśmy skonstruowani i żaden mądrala tego nie zmieni.

Własność i oparta na religii wspólnota kulturowa – bez tego nie ma co myśleć o poważnym narodzie z prawdziwego zdarzenia. W chwili obecnej zadbano o to, byśmy własności nie mieli, natomiast toczy się jeszcze walka z Kościołem – drugim filarem narodowej wspólnoty. Gdy i on padnie, wówczas po Polakach zostanie tylko kilka zohydzonych propagandowo kart w historii.

Oczywiście, udeckie antynarodowe gusła to nie wszystko, choć wiele tłumaczą: wykorzenionych niby-Polaków łatwiej przerobić na mierzwę dla Nowego Wspaniałego Świata – kosmopolitycznych „Europejczyków”, których nowoczesność ma się sprowadzać do indukowanego rechotu pod dyktando starszych i mądrzejszych. MWzWM pokazywali już po Smoleńsku co potrafią i będzie ich przybywać. Ale, jak rzekłem, to nie wszystko – wykorzenionych łatwiej też przekazać pod obce panowanie i odebrać im ojczyznę, bo nie będą widzieli interesu ani sensu, by się o tę ojczyznę upominać. Tak, jak to napisał Dmowski: „Nierzadko spotykamy się ze zdaniem że nowoczesny Polak powinien jak najmniej być Polakiem. Jedni powiadają że w dzisiejszym wieku praktycznym trzeba myśleć o sobie nie o Polsce, u innych Polska zaś ustępuje miejsca – ludzkości. Tej książki nie piszę ani dla jednych, ani dla drugich.”

Inną, prócz ideologicznych guseł, przyczyną, wyzucia Polaków z własności, były oczywiście interesy komunistycznej nomenklatury i biznesu z bezpieczniackimi korzeniami. To oni mieli stanowić nową kastę rządzącą (realnie, nie nominalnie) w konstruowanej kartoflanej republice, gdzie o sukcesie miał decydować stopień „zblatowania” w ramach uprzywilejowanej sitwy, a nie jakaś tam samowolka. Dlatego też, po okresie „pieredyszki” pod rządami ustawy o działalności gospodarczej ministra Wilczka, nastąpiło stopniowe dokręcanie śruby, tak by przedsiębiorczość Polaków która wybuchła w okresie „łóżek polowych” nie zagroziła interesom tych, którzy do robienia tychże interesów zostali wyznaczeni. Tak więc, nie dość, że nie zwrócono Polakom własności, to jeszcze nie pozwolono im jej nabyć własnymi siłami.

Udzielono w ten sposób Polakom lekcji: „wyżej d... nie podskoczysz, a jak podskoczysz – to wylecisz”. I Polacy tę lekcję zrozumieli. Stąd ta społeczna bierność, nad którą biadolą różni zatroskani, oraz ekonomiczna emigracja na masową skale, jako żywo przypominająca tę, która w XIX wieku rzuciła tak wielu naszych rodaków do obu Ameryk. To ucieczka z wrogiej struktury: czy to zaborczego imperium, czy to – współcześnie - „polskiego” państwa zaprojektowanego by chronić pozycję uprzywilejowanej kasty – którą nazywam „obozem beneficjentów i utrwalaczy III RP” - kosztem aspiracji reszty społeczeństwa.

III. Sen o elitach

Obecnie mamy w szeroko rozumianym „drugim obiegu 2.0” różne inicjatywy, w których jak mantra przewija się postulat wytworzenia nowych, lepszych, prawdziwie patriotycznych elit. Elity te, tworzone za pomocą jakichś odgórnych zabiegów, szkoleń i kongresów, mają następnie iść – niczym w przywoływanym powyżej XIX stuleciu - „w lud” i „polityzować masy”, aktywizować obywateli, tworzyć „archipelagi polskości”, „uobywatelniać” i tak dalej. Nawet Igor Janke poczuł się ostatnio w obowiązku stworzyć „niepartyjny” think-tank, który „będzie zmieniał jakość polskiej polityki”. I chyba nawet całkiem serio uważa, że ten jego think-tank jest właśnie tym, czego Polska potrzebuje dziś najbardziej. Wszystko to bardzo szlachetne i nie odmawiam nikomu dobrej woli, jednak różni poważni i utytułowani ludzie, którzy tą patriotyczną działalnością się zajmują zapominają, że w XIX wieku sukces przyniosła nie tyle patriotyczna agitacja, ile strzał w stopę, który zafundowali sobie zaborcy uwłaszczając chłopów i tworząc tym samym podglebie dla kształtowania postaw obywatelskich – zrozumienia dla „obowiązków polskich”, że tak jeszcze raz odwołam się do Romana Dmowskiego.

Dziś nasi władcy są mądrzejsi i uwłaszczać Polaków ani myślą, zaś Polacy wedle orientacyjnych danych nie dość, że prawie nic nie mają, to jeszcze są po uszy zadłużeni – szacunkowo (dokładnych danych nikt nie ma, albo się nimi nie dzieli), prywatne zadłużenie Polaków oscyluje w granicach połowy zadłużenia państwowego - czyli jakieś 400 miliardów złotych. W praktyce oznacza to, że mieszkanie wzięte na drakoński kredyt, to „własność” nader iluzoryczna, bardziej przykuwająca „konsumenta” do banku niczym pańszczyźnianego chłopa do ziemi, niż dająca poczucie bezpieczeństwa i swobody podejmowania decyzji.

Dlatego chciałbym się zwrócić do różnych zawodowych patriotów, co to pragną stworzyć prawdziwe, nieumoczone, patriotyczne itd. elity i za ich pomocą kształtować pożądane z punktu widzenia polskiej racji stanu społeczne postawy, tudzież wyrwać Polaków ze stanu narodowej abnegacji. Wygrajcie wybory – w jakikolwiek sposób – następnie zaś dajcie ludziom własność oraz swobodę gospodarowania i rozporządzania tak sobą, jak i swoim mieniem. Wówczas wasza agitacja trafi na właściwy grunt. Ba, naród wytworzy wtedy nawet „autentyczne” elity – i to samodzielnie, oddolnie, bez szkoleń w patriotycznych instytutach i think-tankach. Bez tego podstawowego warunku wszystko inne będzie tylko czczą gadaniną.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

P.S. Niektóre notki na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/ani-dla-jednych-ani-dla-drugich

http://niepoprawni.pl/blog/287/iv-rp-o-muerte-czesc-1

http://niepoprawni.pl/blog/287/iv-rp-o-muerte-czesc-2-ostatnia

sobota, 16 czerwca 2012

Internet a mediodajnie

Mediom elektronicznym (radio, telewizja) w Polsce ufa zaledwie 37 procent badanych, prasie papierowej – 38 procent.

I. Telewizja kłamie

Elektronicznym mediodajniom leci. Tak przynajmniej można sądzić po wynikach badań European Trusted Brands 2012 przeprowadzonych przez „Reader's Digest”, a przytoczonych niedawno przez „Rzeczpospolitą”. Badaniu mającym oszacować zaufanie do różnych mediów poddano obywateli 15 europejskich krajów, w tym Polski. Samo European Trusted Brands obejmuje oczywiście wiele różnych kategorii rynkowych – jest to jedno z najszerszych badań konsumenckich, choć metodologia może budzić pewne wątpliwości, bowiem respondentów dobiera się wyłącznie spośród prenumeratorów miesięcznika „Reader's Digest”, najpierw więc warto by zbadać kim jest przeciętny prenumerator tego periodyku.

Jednak zważywszy, iż jest to ranking dość prestiżowy, zerknijmy: otóż mediom elektronicznym (radio, telewizja) w Polsce ufa zaledwie 37 procent badanych i jest to wskaźnik dalece odbiegający od innych krajów, gdzie tego typu mediom ufa średnio ok. 50 proc. obywateli (w Szwecji i Finlandii nawet 72 i 80 proc.). Prasę papierową darzy zaufaniem 38 procent Polaków, co nie odbiega znacząco od średniej w innych krajach (40 proc.). W pewnym uproszczeniu można powiedzieć, że o ile polską specyfika pozostaje hasło „telewizja kłamie”, to gdzie indziej raczej można mówić o podejściu „prasa kłamie”, jako że w innych krajach właśnie prasa stoi niżej mediów audiowizualnych.

Prawdziwym ewenementem jednak jest poziom zaufania naszych rodaków do internetu – wiadomościom podawanym w sieci ufa aż 56 proc., podczas gdy w innych ankietowanych krajach – 45 proc.

II. Mętlik w głowach

Optymista mógłby wysnuć z powyższych danych wniosek: brawo, naród wybudza się z matrixu. Rozdźwięk między rzeczywistością, a reżimową propagandą suflowaną przez mediodajnie stał się zbyt duży, przegięli i teraz wychodzi im to bokiem. Ja jednak byłbym ostrożniejszy, bowiem, jak kilkakrotnie pisałem (np. TU i TU), Polacy mają olbrzymi problem z powiązaniem ze sobą poszczególnych faktów w elementarne związki przyczynowo-skutkowe, niczym tuwimowscy „straszni mieszczanie”, co to „widzą wszystko osobno”.

Przykładowo, wedle tego samego badania „Reader's Digest” jednym z zawodów o niskim poziomie zaufania jest zawód dziennikarza – ufa im zaledwie 32 procent respondentów. Jak to pogodzić z 37- i 38- procentowym zaufaniem do mediów, w których ci dziennikarze pracują? Ewidentnie jakaś część ankietowanych nie widzi związku między dziennikarzem a mediami w których ten dziennikarz pracuje... Nie jest to wprawdzie wyłącznie nasza specyfika, gdyż w innych krajach poziom zaufania do dziennikarzy jest jeszcze niższy (średnio 28 proc.), przy znacznie wyższym poziomie zaufania do medialnych instytucji, których ci sami dziennikarze są pracownikami! Pomieszanie z poplątaniem.

Innym przykładem mogą być lokalne wyniki zaufania do poszczególnych marek medialnych. Oto nasi „nieufni” rodacy największym zaufaniem wśród stacji telewizyjnych obdarzyli TVN, zaś wśród rozgłośni radiowych – RMF FM. No cóż, na usprawiedliwienie można rzec, iż wielkiego wyboru nie mieli, jako że mainstreamowe szczekaczki nadają z grubsza to samo, jednak wybór TVN-u przy jednoczesnym deklarowaniu braku zaufania do telewizji jest dość porażający.

No i wreszcie – jak ten deklarowany brak zaufania odnieść do wciąż dobrych notowań Platformy, która dwukrotnie wygrała wybory i wciąż, mimo pewnych wahnięć prowadzi w sondażach? Czyli – niby nie ufamy mediodajniom, ale jednocześnie pozwalamy im sobą manipulować, popierając partię, której są tubami propagandowymi.

III. Jest o kogo walczyć

Pocieszający jest wysoki wskaźnik zaufania do treści internetowych, oznacza ono bowiem, że Polacy się aktywizują i próbują sami docierać do informacji, których nie znajdą w mediach tradycyjnych. I tu widzę wielkie wyzwanie dla Drugiego Obiegu 2.0, częściowo zgrupowanym choćby w Federacji Mediów Niezależnych – dotrzeć do tych ludzi ze swym przekazem, zagospodarować ich i wyrwać z objęć matrixu, w którym obecnie pozostają. Polska blogosfera już teraz jest czymś wyjątkowym, a wraz z rozwojem nowych technologii może być tylko lepiej.

Póki co jednak, biorąc pod uwagę to co napisałem powyżej o kojarzeniu związków przyczynowo-skutkowych, przypuszczam, iż to „samodzielne” wyszukiwanie informacji kończy się u większości na największych portalach, powielających mainstreamowy przekaz, uzupełniony celebrycko-skandalizującą papką. Sądzę, że np. ktoś deklarujący nieufność do telewizji – niechby nawet i do przodującego TVN-u – odpala internet i wchodzi na Onet, po czym czuje się wielce usatysfakcjonowany informacjami, do których „samodzielnie dotarł”, nie zdając sobie sprawy, że zarówno telewizja, której „nie ufa”, jak i portal któremu „ufa” należą do tego samego koncernu – ITI...

Niemniej, badanie pokazuje, że przynajmniej jest o kogo walczyć. Zmiany w świadomości postępują opornie, ale są zauważalne. Warto zatem, by zwrócili na to uwagę politycy z opozycyjnej partii, którzy poza internetem i różnymi drugoobiegowymi inicjatywami nie mają w praktyce niczego – nawet jeśli we własnym mniemaniu uważają się za byty nieskończenie lepsze od jakiejś tam szarej internetowej masy. Zamiast bredzić za podszeptem jakiegoś sabotażysty, że „internet to tylko 15 procent”, jak raczył się onegdaj wyrazić Jarosław Kaczyński, warto Panie i Panowie politycy się ku temuż internetowi zwrócić, zanim ktoś zmagazynowany w nim potencjał sprzątnie Wam sprzed nosa. Po raz kolejny dochtór GG zaleca Państwu Terapię Czterech Kroków (recepty TUTAJ i TUTAJ).

Gadający Grzyb

PS. Kraje w których przeprowadzono badania: Austria, Belgia, Chorwacja, Czechy, Finlandia, Francja, Holandia, Niemcy, Polska, Portugalia, Rosja, Rumunia, Słowenia, Szwecja oraz Szwajcaria. Wzięło w nim udział 27 467 respondentów. (dane za „Rzeczpospolitą”).

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL