Pokazywanie postów oznaczonych etykietą propaganda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą propaganda. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 czerwca 2019

Sondaże czy horoskopy?

Sondaże nie służą opisywaniu preferencji, tylko kształtowaniu opinii publicznej – kluczową rolę odgrywa tu społeczny konformizm, każący iść za głosem większości i trzymać z silniejszymi.

Na początek uwaga porządkująca. W ubiegłym tygodniu opublikowałem tu krytyczny felieton o zaostrzeniu art. 212 KK (zniesławienie) – w ramach nowelizacji Ministerstwo Sprawiedliwości chciało do niego dodać art. 212 par.2a, kryminalizujący m.in. zniesławiające fake newsy, które na dodatek miałyby być ścigane z urzędu. Projekt przeszedł przez Sejm, na szczęście już po skierowaniu gazety do druku min. Ziobro nieco się zreflektował i wycofał kontrowersyjną nowelizację z Senatu. Dobre i to, choć sama kwestia ścigania karnego „za słowo” wciąż pozostaje nierozwiązana, mimo licznych apeli organizacji międzynarodowych i pozarządowych.

A teraz, do rzeczy. Za nami wybory do europarlamentu, które przyniosły dość zaskakujące rozstrzygnięcia – PiS zdeklasowało konkurencję osiągając rekordowy wynik 45,38 proc. głosów i 27 mandatów, wygrywając różnicą 6,91 punktu procentowego z Koalicją Europejską (38,47 proc. i 22 mandaty). Nad kreską znalazła się również „Wiosna” Roberta Biedronia (6,06 proc. i 3 mandaty), natomiast Konfederacja, której niemal wszystkie sondaże (włącznie z exit poll robionym przed lokalami wyborczymi) wróżyły przekroczenie progu, ostatecznie uzyskała zaledwie 4,55 proc.

Krótko mówiąc, jesteśmy świadkami kolejnego (którego to już?) blamażu sondażowni. Nic nowego, zważywszy, że z podobnym rozjazdem między prognozami a ostatecznym wynikiem mieliśmy do czynienia także przy okazji innych wyborów. Do legendy przeszedł sondaż GfK Polonia dla „Faktów” TVN, który w 2005 r. na 11 dni przed drugą turą wyborów prezydenckich dawał Donaldowi Tuskowi 62 proc. przy 38 proc. Lecha Kaczyńskiego. Inne „ośrodki badawcze” (cudzysłów zamierzony, bo trudno traktować te instytucje poważnie) były nieco bardziej wstrzemięźliwe: 18 października 2005 r. (na 5 dni przed II turą) TNS OBOP oraz PBS zgodnie dawały Tuskowi 55 proc. poparcia przy 45 proc. Lecha Kaczyńskiego. Ostatecznie, jak wiemy, Lech Kaczyński wygrał niemal dokładnie odwrotnym stosunkiem głosów, otrzymując 54,04 proc. przy 45,96 proc. Donalda Tuska. Nie zmąciło to bynajmniej dobrego samopoczucia czarodziejów od sondaży – Elżbieta Gorajewska, ówczesna rzecznik odpowiedzialności dyscyplinarnej w zrzeszającej największe firmy badawcze organizacji OFBOR (Organizacja Firm Badania Opinii i Rynku), stwierdziła z pełną dezynwolturą, iż „pomyłki” wynikają z tego, że... „ludzie kłamią ankieterom”. Podobne przypadki można mnożyć.

Nie inaczej było i tym razem. Na stronie „ewybory.eu” mamy zestawienie sondaży wiodących pracowni od lutego do 24 maja 2019 r. Spójrzmy na ostatnie dni kampanii. Średnie poparcie uzyskane przez poszczególne komitety wyborcze w dniach 22-24 maja (z uwzględnieniem osób niezdecydowanych) wynosiło: PiS – 37,9 proc.; Koalicja Europejska – 36,9; Wiosna – 7,7; Konfederacja – 6,2; Kukiz'15 – 5,5. Z kolei średnia z całego miesiąca (biorąca pod uwagę jedynie osoby zdecydowane, zatem bez „doważania” głosów) wynosiła: PiS – 39,1; Koalicja Europejska – 38,0; Wiosna – 8,0; Konfederacja – 6,4; Kukiz'15 – 5,6 proc. Czyli, wyniki sondażowe nijak się miały do tych rzeczywistych – takiego rozdźwięku nie sposób wytłumaczyć błędem statystycznym, mogącym teoretycznie sięgać maksymalnie 2-3 pkt. proc. Czyżby tu ludzie także notorycznie i uparcie „kłamali ankieterom”? Wolne żarty. Jeżeli natomiast spojrzymy na poszczególne badania, to okaże się, że literalnie żadnemu ośrodkowi badania opinii publicznej nie udało się choćby zbliżyć do odkrycia faktycznych preferencji wyborczych społeczeństwa – i to niezależnie od zastosowanej metody. W zestawieniu mamy cały przekrój: uznawany za „najdokładniejszy” CATI (wywiad telefoniczny wspomagany komputerowo), CAWI (wspomagany komputerowo wywiad przy użyciu strony WWW) oraz CAPI (wywiad bezpośredni przy użyciu komputera) – wszystkie strzelały „Panu Bogu w okno”. Wyjątkowo kuriozalny okazał się sondaż kojarzonego z Platformą Obywatelską IBSP (Instytut Badań Spraw Publicznych) dla springerowskiego „Newsweeka” przeprowadzony 22-23 maja, dający KE 42,51 proc., a PiS jedynie 36,32 proc. W drugą stronę z kolei przegiął rządowy CBOS dając PiS 43 proc., a KE zaledwie 28 proc.

Oczywiście, wszystkie te „badania” powstają „na obstalunek” zamawiającego. Rąbka tajemnicy uchylił niegdyś Przemysław Wipler opowiadając, jak zlecił w 2013 r. instytutowi Homo Homini (dziś IBRIS) sondaż dający jego stowarzyszeniu Republikanie 19 proc. poparcia. Koszt niewygórowany – 6 tys. zł. Powstaje pytanie, czy nie taniej byłoby zamówić horoskop u wróża Macieja? No cóż – chodzi tutaj o „perswazyjną funkcję sondaży” spłodzonych przez „niezależne firmy”, obliczoną na efekt wywołania „społecznego dowodu słuszności”. Innymi słowy, sondaże nie służą opisywaniu preferencji, tylko kształtowaniu opinii publicznej – kluczową rolę odgrywa tu społeczny konformizm, każący iść za głosem większości i trzymać z silniejszymi. Tylko, czy po tych wszystkich spektakularnych „wtopach” jeszcze ktokolwiek wierzy radosnej twórczości płatnych propagandystów?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Bourbonowie od sondaży


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 22 (31.05-06.06.2019)

poniedziałek, 19 listopada 2018

Marsz przeszedł, ale...

Jeżeli władza chce swojego, „grzecznego” i niekontrowersyjnego pochodu – niech go sobie zorganizuje, zamiast sięgać po cudze.

I. Próba wrogiego przejęcia

Marsz przeszedł, ale niesmak pozostał – tak można by skomentować tegoroczny, wyjątkowy Marsz Niepodległości zapowiadany przez organizatorów hasłem „marsz miliona na stulecie”. Dodajmy od razu, że niesmak ten nie dotyczy środowisk narodowych zrzeszonych w Stowarzyszeniu Marsz Niepodległości lecz strony rządowo-prezydenckiej i jej zakusów na przejęcie wydarzenia. Zacznijmy jednak od początku. Preludium zapowiadającym nastawienie z jakim PiS przystąpił do organizowania 100-lecia odzyskania niepodległości było tchórzliwe zbojkotowanie przez Kancelarię Prezydenta narodowców, którzy nie zostali zaproszeni do powołanego przy prezydencie komitetu organizującego obchody. Krok ten ewidentnie był podyktowany względami wizerunkowymi – by Andrzeja Dudy nie skojarzono, broń Boże, z „faszystami”. Znalazło się za to miejsce dla Hanny Gronkiewicz-Waltz, co samo w sobie jest wymowne. Do tego momentu można było jeszcze od biedy powiedzieć – w porządku, nie to nie, rząd zorganizuje swoje „oficjałki”, a ludzie po staremu przejdą w społecznym, oddolnym pochodzie. Jednak im bliżej było granicznej daty 11 listopada, tym bardziej atmosfera zaczęła gęstnieć. Rząd zorientował się, że gigantyczny budżet (200 mln. zł.) gdzieś się rozpłynął – nie zorganizowano żadnego centralnego wydarzenia, ani tym bardziej nie pozostawiono żadnego materialnego świadectwa (typu pomnik czy muzeum), które pozostałoby w pamięci. Okazało się, że jak zwykle największą imprezą święta pozostanie marsz organizowany przez narodowców.

I wtedy, za pięć dwunasta, zaczęły się dziwne podchody. Organizatorzy Marszu jak zwykle zaprosili głowę państwa, w odpowiedzi jednak spotkali się ze stawianiem zadziwiających warunków i groteskowym hamletyzowaniem ze strony przedstawicieli prezydenta i rządu. Podczas siedmiu (!) spotkań „negocjacyjnych” usłyszeli, że na Marszu obowiązywać mają wyłącznie biało-czerwone flagi (czego przy tej liczbie uczestników zwyczajnie nie sposób zagwarantować), a poza tym najlepiej, gdyby formalnym organizatorem został prezydencki komitet – ten sam, do którego nie raczono ich zaprosić. Na kilometr pachniało to próbą „wrogiego przejęcia” i nic dziwnego, że przedstawiciele Stowarzyszenia Marsz Niepodległości nie mogli zgodzić się na tak zaporowy warunek – bo niby z jakiej racji? Od lat to oni tworzyli wydarzenie (finansowane ze społecznych zbiórek, bez wsparcia publicznego), angażowali swój czas i siły, ryzykowali policyjnymi szykanami – rząd nie kiwnął tu palcem i nie wyrażał zainteresowania włączeniem się w inicjatywę aż do ostatniego momentu, kiedy stało się jasne, że po oficjalnych obchodach zostanie co najwyżej kilka przemówień i okolicznościowych wieńców. W efekcie powyższego, doszło do kuriozalnej sytuacji – prezydent najpierw zapraszał publicznie na Marsz, by po kilku dniach samemu się z niego „wyprosić” ze względu na „napięty kalendarz”.


II. Dwa w jednym

I wtedy, niespodziewanie, wspólnotowy charakter wydarzenia uratowała... Hanna Gronkiewicz-Waltz swym bezprawnym zakazem. Narodowcy oczywiście zaskarżyli decyzję, jednak strona rządowa wyczuła okazję i nie czekając na rozstrzygnięcie sądu, bez porozumienia ze stroną społeczną, ogłosiła, że w tym samym miejscu i czasie odbędzie się marsz „państwowy”. Trudno opisać, jakie to wszystko było małostkowe i krętackie. Na szczęście, władze Stowarzyszenia Marsz Niepodległości zachowały się nad wyraz odpowiedzialnie i dojrzale – nie poszli na konfrontację, lecz wynegocjowali formułę „dwa w jednym”. Ostatecznie, jak wiemy, najpierw ruszył marsz „prezydencko-rządowy” „Dla Ciebie Polsko”, po nim zaś, oddzielony „buforem bezpieczeństwa”, właściwy Marsz Niepodległości pod hasłem „Bóg, Honor, Ojczyzna”.

Tegoroczny Marsz zanotował niewątpliwie największy sukces frekwencyjny – wg policyjnych szacunków wzięło w nim udział 250 tys. ludzi. Można się było zresztą tego spodziewać – zarówno ze względu na wyjątkową okazję, jak i zakaz HG-W dodatkowo podgrzewający nastroje (wiadomo, zakazać czegoś Polakowi, to jakby trzy razy go namówić). Było hucznie, szumnie, a biało-czerwone flagi i tak stanowiły dominującą część symbolicznej oprawy, bez dodatkowych zakazów i nakazów, mających sztucznie „ugrzecznić” imprezę. Nie znaczy to jednak, że obyło się bez zgrzytów. Przedstawiciele narodowców jeszcze przed wydarzeniem alarmowali, że organizatorzy wyjazdów zbiorowych do Warszawy byli nagabywani przez służby państwowe m.in. „rozmowami ostrzegawczymi” mającymi zniechęcić do udziału. Generalnie zresztą, policja i ABW dostały ewidentny rozkaz, by wyeliminować różne „elementy niepożądane” - czasem zasadnie, a czasem nie – co sprawiło, że powrócił duch Bartłomieja „idziemy po was” Sienkiewicza. Charakterystyczne, że po dojściu rządowej kolumny do Ronda Waszyngtona, VIP-y czym prędzej zapakowały się do limuzyn, nie czekając aż Marsz dobiegnie końca – zapewne dał o sobie znać ów słynny „napięty kalendarz”... A mówiąc poważnie – widać było, że strona rządowa jak ognia chce uniknąć skojarzenia z idącymi z tyłu „ekstremistami”. Próżny trud, bo zarówno krajowe, jak i zagraniczne przekaziory zgodnie ze sztancą napisały, że prezydent z premierem poszli na czele „skrajnej prawicy”. Równie dobrze można było się tak demonstracyjnie nie odcinać.


III. W oparach propagandy

Z prawdziwym popisem obłudy mieliśmy jednak do czynienia przy okazji różnych zabiegów wizerunkowo-medialnych. Do tego, że media lewackie w swych relacjach łżą na potęgę, zdążyliśmy się przyzwyczaić – tu nie było niczego nowego. Jednak niestety, po raz kolejny dała o sobie znać toporna propaganda wylewająca się z ekranów TVP Jacka Kurskiego. Gdyby wierzyć przekazowi rządowej telewizji, Marsz był wyłączną inicjatywą władz państwowych, a ćwierć miliona ludzi posłuchało wezwania Andrzeja Dudy. Pokazywano i mówiono wyłącznie o części partyjno-rządowej, narodowców zaś starannie „wygumkowano”. W tendencję tę wpisali się przedstawiciele rządu i prezydenta - do tej pory, przy okazji składanych podziękowań żadnemu z nich nie przeszło przez gardło, by wspomnieć o rzeczywistych organizatorach ze Stowarzyszenia Marsz Niepodległości, bez których cała impreza skończyłaby się niczym niesławne ustawki Komorowskiego - w najlepszym razie przeszłoby może parę tysięcy urzędników, partyjnych działaczy i najbardziej zagorzałych zwolenników nagonionych przez medialne przybudówki obozu władzy. Widać wyraźnie, że skoro nie udało się przejąć marszu formalnie, to postanowiono go zawłaszczyć w publicznym przekazie. Nie wróży to dobrze na przyszłość.

Dlatego, na zakończenie trzeba powiedzieć jasno: Marsz Niepodległości zawsze był wydarzeniem społecznym i oddolnym, dalece wykraczającym swym zasięgiem poza środowiska narodowe. Jego uczestnicy latami ryzykowali spałowanie, postrzał z broni gładkolufowej, potraktowanie gazem łzawiącym, represje, prowokacje i areszty. W tę oddolną tożsamość inicjatywy nieodłącznie wpisana jest rebeliancka atmosfera – w najlepszym rozumieniu tego słowa. Marsz bowiem wziął się z radykalnego sprzeciwu wobec „republiki okrągłego stołu” - i dopóki ta przegniła republika nie sczeźnie, taki właśnie winien pozostać. Mają być radykalne transparenty, emblematy wszystkich biorących w nim udział środowisk, niepoprawne hasła i okrzyki, wreszcie – race. Tak właśnie – ma być racowisko, jako symbol oporu przeciw systemowi i fantastyczna wizualna oprawa wydarzenia, a zakaz ich używania (wprowadzony na fali antykibicowskiej histerii) winien być czym prędzej zniesiony. Również spalenie unijnej szmaty podczas demonstracji jest jak najbardziej na swoim miejscu. Próby karania za tego typu ekspresję poglądów pod pretekstem naruszenia przepisów porządkowych są niczym więcej jak tępą szykaną – słyszał pan, panie ministrze Brudziński? Jeżeli natomiast władza chce swojego, „grzecznego” i niekontrowersyjnego pochodu – niech go sobie zorganizuje, zamiast sięgać po cudze. Tylko wpierw niech dobrze policzy i zastanowi się, czy warto.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Przed marszem miliona

Czy Roman Dmowski był w Wersalu?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 46 (16-22.11.2018)

poniedziałek, 29 października 2018

Gorzkie zwycięstwo PiS

Zamiast wzmożenia prawicowego elektoratu nastąpiło uśpienie - zmobilizowała się natomiast druga strona.

I. W terenie bez zmian

Zgodnie z moimi obawami sprzed tygodnia, wybory samorządowe nie przyniosły zasadniczego przełomu. Wg sondażu late poll pracowni Ipsos (dane z losowo wybranych komisji wyborczych) PiS osiągnęło w skali kraju 33 proc., Koalicja Obywatelska – 26,7, PSL – 13,6. Przełożyło się to na zwycięstwo PiS w 9 województwach – w 1/3 jest to jednak triumf symboliczny. W momencie, gdy piszę te słowa, Prawo i Sprawiedliwość na samodzielne rządy może liczyć w 6 sejmikach – podkarpackim, podlaskim, małopolskim, lubelskim, łódzkim i świętokrzyskim. Być może uda się jeszcze gdzieś sklecić koalicję, ale póki co, w stosunku do wyborów z 2014, PiS udało się odwojować pięć regionów – w pozostałych KO z PSL wspólnymi siłami są w stanie przelicytować partię rządzącą. Krótko mówiąc, mimo poprawy wyniku z 2014 o ponad 6 pkt. proc. historia się powtarza – PiS swą wygraną będzie w stanie skonsumować w stosunkowo niewielkim stopniu, a w terenie przeważnie wszystko zostanie po staremu (10 z 16 sejmików zachowa status quo). Widać wyraźnie, że aby osiągnąć realny polityczny sukces, należało co najmniej powtórzyć wynik z wyborów parlamentarnych (37,58 proc.), a najlepiej – poprawić go. Tymczasem, nastąpił tu regres o niemal 5 pkt. proc., do czego walnie przyczynił się dwucyfrowy wynik PSL. Partia ta z reguły jest nadreprezentowana w samorządach, co zawdzięcza silnemu zakorzenieniu w terenie. Za rok, w wyborach do Sejmu, z pewnością nawet nie zbliży się do podobnego rezultatu, niemniej pogłoski o śmierci ludowców okazały się stanowczo przesadzone.


A zatem, mamy pewien postęp, lecz osiągnięty wynik jest zdecydowanie słabszy, niż mógłby być – a już na pewno jest poniżej oczekiwań, o czym świadczy również nader powściągliwa reakcja Jarosława Kaczyńskiego, który w swym wystąpieniu podkreślił przede wszystkim ogrom pracy czekającej jego ugrupowanie przed przyszłorocznymi wyborami parlamentarnymi. Trzeba dodać jeszcze zdecydowaną porażkę w wielkich miastach - poza Gdańskiem i Krakowem kandydaci PiS polegli już w I turze.


II. PSL złapało drugi oddech

Nieskrywaną intencją Prawa i Sprawiedliwości w kampanii wyborczej było ostateczne znokautowanie PSL i wydarcie Polski gminno-powiatowej z rąk tego bodaj najbardziej szkodliwego ugrupowania. To się zdecydowanie nie udało, na prowincji obroniły się stare układy, co ludowcy zawdzięczają w dużej mierze rozbudowanym, zasiedziałym strukturom i związaną z tym zdolnością do realizacji swego jedynego prawdziwego programu – Posady Swoim Ludziom. PSL to po prostu liczący się pracodawca z rzeszą wiernych beneficjentów. Ale koniecznie trzeba tu zaznaczyć, że sukces ludowców jest również pokłosiem błędów i zaniechań PiS z ostatnich lat. Po pierwsze, mści się sposób budowania partii jako ugrupowania „kadrowego”, zamiast „partii masowej”. Przekłada się to na stosunkowo niewielką liczbę członków i związaną z tym słabość organizacyjną w terenie. Na prowincji PiS do PSL-u zwyczajnie „nie ma wstanu”. Druga rzecz, to szereg niefortunnych posunięć, z których wymieniłbym trzy podstawowe: zbyt restrykcyjna ustawa o obrocie ziemią, utrudniająca rolnikom zbywanie i poszerzanie gospodarstw; absurdalny projekt ustawy o ochronie zwierząt forsowany przez Krzysztofa Czabańskiego; no i wreszcie brak reformy skupu płodów rolnych opanowanego dziś przez kartel pośredników z zagranicznym kapitałem.


Spójrzmy na to oczyma rolnika: hodowla zwierząt futerkowych jest jedną z nielicznych branży, gdzie Polska należy do światowych potentatów. I na to przychodzi jakiś nawiedzony wegetarianin pragnący jednym pociągnięciem pióra, z czysto ideologicznych pobudek, zniszczyć dorobek tysięcy przedsiębiorców.
Takie postępowanie się mści i PiS zapłaciło rachunek za lewackie szajby Czabańskiego – co gorsza, przeprowadzane przy osobistym poparciu Jarosława Kaczyńskiego. Kolejna sprawa, to tzw. malina-gate, czyli wysyłanie przy poparciu rządu sadzonek malin na Ukrainę wraz z organizowaniem fachowych szkoleń dla tamtejszych plantatorów. Ja wiem, że w gruncie rzeczy ta akcja miała rozmiary symboliczne, lecz polityka i ludzkie emocje mają to do siebie, że przez takie drobiazgi można przerżnąć wybory. W tym roku mieliśmy kryzys na rynku owoców miękkich – i w takim momencie rolnik, który nie mógł sprzedać swoich malin po godziwej cenie usłyszał, że rząd będzie wspomagał zagraniczną konkurencję. Po takim sygnale krew zalewa człowieka, a ręce same wyciągają się po widły.


Skutek powyższego jest taki, że PiS w oczach znacznej części mieszkańców polskiej wsi wciąż pozostaje ugrupowaniem „miastowych” - z „miastowymi” fanaberiami w rodzaju załamywania rąk nad losem biednych norek. A „pesel” to zawsze „pesel” - miejscowi, swoi. Lepszego prezentu PiS nie mogło zrobić konkurencji i PSL skrzętnie go wykorzystało.
W efekcie, PiS przegrało władzę w szeregu sejmików i wielu małych miejscowościach w dużej mierze na własne życzenie. Wybory, które miały złożyć ludowców do grobu, dały im drugi oddech, a samorządowe sitwy czekają kolejne cztery spokojne lata.


III. Błędy kampanii

Roztrząsając wynik wyborczy trzeba też powiedzieć co nieco o samej kampanii. Otóż sądzę, że na notowaniach PiS w znaczący sposób zaważyła jazgotliwa i toporna propaganda sukcesu uprawiana przez rządową telewizję Jacka Kurskiego, z którą ścigały się sprzyjające władzy tytuły prasowe prezentujące linię już nawet nie „prawicową” czy „tożsamościową”, ile po prostu partyjną. Oczywiście rozumiem, że za hojne futrowanie reklamami spółek Skarbu Państwa wypada się odwdzięczyć, lecz funkcjonariusze agit-propu zwyczajnie przedobrzyli, wyświadczając tym samym PiS niedźwiedzią przysługę. Dzień w dzień trwało napawanie się coraz bardziej bombastycznymi sondażami w których PiS „miażdżył” rywali, do tego stały przekaz w którym partia rządząca była nieodmiennie fantastyczna i bez wad, a bruździła jedynie „targowica i zagranica”. Na wytykanie błędów i wpadek, a nawet na życzliwą, konstruktywną krytykę nie było miejsca. Kto zgłaszał jakieś zastrzeżenia – ten defetysta, albo zgoła „ruski agent”. Na dłuższą metę taka monotonna młócka jest po prostu nie do zniesienia, co potwierdza dramatycznie malejąca sprzedaż prawicowych tygodników opinii (z wyjątkiem „Warszawskiej Gazety”, za co jesteśmy naszym Czytelnikom nieodmiennie wdzięczni). Efekt? Zamiast wzmożenia prawicowego elektoratu nastąpiło uśpienie, bo „nasi” wszak mają zwycięstwo w kieszeni... Natomiast zmobilizowała się druga strona, co ewidentnie widać po frekwencji (54 proc. przy 47 proc. w 2014) - bo za wszelką cenę trzeba było „powstrzymać PiS”. Inna sprawa, że sondaże faktycznie były dość optymistyczne, więcej – o ile wcześniej PiS w badaniach było z reguły niedoszacowane, to tym razem sytuacja była odwrotna. Czyżby sondażownie chciały w ten sposób zdemobilizować prawicowych wyborców?


No i wreszcie błędy samego PiS i jego kandydatów.
Spot wyborczy z uchodźcami był klasycznym strzałem w kolano. Podejrzewam, że ludzie potraktowali go jako cyniczną, nachalną próbę odgrzania emocji z 2015 r. - stojącą ponadto w sprzeczności z polityką rządu Morawieckiego ściągającego na potęgę imigrantów zarobkowych, również z krajów egzotycznych, co przecież widać na co dzień na ulicach. Z kolei Patryk Jaki przeszarżował z totalną krytyką stanu Warszawy, co zostało odebrane jako dezawuowanie nie tylko HG-W, ale również samych warszawiaków, którzy trzykrotnie ją wybrali. Próba „delegalizacji” Hanny Zdanowskiej w Łodzi została potraktowana jako brutalne usiłowanie ręcznego sterowania wyborami, co wręcz idealnie pokrywało się z lansowanym przez opozycję wizerunkiem PiS jako partii zamordystów, więc wyborcy w odruchu sprzeciwu zagłosowali „na przekór”. A jeszcze można dodać lekceważenie własnego, twardego elektoratu przejawiające się w braku rozliczeń poprzedniej władzy czy dziwnym meandrowaniu w kierunku mitycznego centrum...


Skutkiem jest wynik poniżej możliwości. To wprawdzie wciąż zwycięstwo - ale zwycięstwo cokolwiek gorzkie.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Na podobny temat:

Wybory samorządowe – gra o Polskę


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 43 (26.10-01.11.2018)

piątek, 9 października 2015

Kampania w cieniu sztandaru Proroka

O ile jeszcze do niedawna można było się zastanawiać, czy PO osiągnie w przyszłym Sejmie mniejszość „blokującą”, o tyle teraz można ze spokojem stwierdzić, że jesteśmy świadkami uwertury do pogrzebu tego ugrupowania.

I. Uwertura do pogrzebu

Histeryczna reakcja Ewy Kopacz na przemówienie Jarosława Kaczyńskiego podczas sejmowej debaty o imigrantach może służyć za podręcznikowy przykład politycznej autodestrukcji. Do niedawna Platforma niszczyła wyłącznie poszczególne obszary polskiego państwa, topiąc je w bagnie korupcyjnych układów, bądź zwyczajnej nieudolności – obecnie ów gen zniszczenia obrócił się przeciw niej samej. Inna sprawa, że wystąpienie prezesa PiS było swoistym majstersztykiem – nie dość, że podkreślając zagrożenia związane z napływem muzułmańskich imigrantów utrafił idealnie w społeczne nastroje, to jeszcze spowodował „wkręcenie” Platformy w proimigracyjną narrację serwowaną nam przez reżimowe mediodajnie. Symboliczna była tu scena, gdy na skierowane do ław koalicyjnych pytanie Kaczyńskiego, czy chcą, by Polacy przestali być gospodarzami we własnym kraju, poseł PO Jerzy Fedorowicz odkrzyknął: „Tak!”. W ten oto sposób schemat radykalnego „antykaczymu”, na którym Platforma opierała latami swą propagandową narrację, obrócił się przeciw niej samej. Rekord „samozaorania” należał jednak do Ewy Kopacz, która zmuszona sytuacją sejmowej konfrontacji, chcąc nie chcąc, musiała ustawić się w kontrze do lidera opozycji, wchodząc tym samym w rolę zwolennika przyjmowania przybyszów – i to pod nieskrywanym szantażem Berlina – co, jak można się spodziewać, pogrzebało ostatecznie szanse Platformy na jakikolwiek przyzwoity wynik wyborczy. Słowem – mistrzostwo świata.

Opinia Polaków jest jednoznaczna: nie chcemy w kraju żadnych przybyszów z Bliskiego Wschodu i Afryki. Widzimy w nich potencjalne zagrożenie i czynnik destabilizujący nasze państwo. Do tego dochodzą standardy socjalne, które należy zapewnić „uchodźcom” - znacznie powyżej tego, na mogą liczyć rzesze rodaków wegetujących poniżej progu ubóstwa. Co więcej, podobne stanowisko podziela w zdecydowanej większości - i tak systematycznie topniejący - elektorat PO. Jak tak dalej pójdzie, to wkrótce zostanie z niego jedynie garstka fanatyków, którym strach przed Kaczyńskim do reszty zaburzył ogląd rzeczywistości. Być może Ewa Kopacz, która miast merytorycznej polemiki wybrała po raz kolejny wariant demonizowania lidera PiS – tym razem w wersji „jak PiS dojdzie do władzy, to wyprowadzi Polskę z Unii” - złożyła pokłon właśnie temu twardogłowemu segmentowi swych wyborców, ale jeśli faktycznie taka była jej intencja, to świadczy ona jedynie o pogłębiającej się desperacji pani premier.

Sprawa kryzysu imigracyjnego będzie wiodącym tematem kampanii wyborczej i nie uda się jej przykryć fajerwerkami w rodzaju propozycji przedstawionych na ostatniej konwencji PO – na dodatek rzuconych w formie luźnych pomysłów, które dopiero należy doprecyzować i zrobić konkretne wyliczenia, bo póki co, najtęższe ekonomiczne głowy nie są w stanie zgodzić się, ile będą kosztowały konsekwencje „rewolucji” w progach podatkowych, czy budżetowego „dopłacania” do składek ZUS i NFZ. Natomiast kwestia imigrantów jest nośna, utrafia w społeczne (zupełnie uzasadnione, dodajmy) lęki i w naturalny sposób gra na korzyść opozycji. Tak więc, o ile jeszcze do niedawna można było się zastanawiać, czy PO osiągnie w przyszłym Sejmie mniejszość „blokującą”, o tyle teraz można ze spokojem stwierdzić, że jesteśmy świadkami uwertury do pogrzebu tego ugrupowania.

II. Medialna młotkownia

Dodatkowo, rząd Ewy Kopacz pogrążają sojusznicze media, serwujące społeczeństwu w obliczu imigracyjnego najazdu propagandową kanonadę połączoną z waleniem po łbach opornych. Z prawdziwą radością stwierdzam, że nie wyciągnięto żadnych wniosków z przegranej kampanii Komorowskiego i postanowiono funkcjonować na zasadzie: więcej tego samego! Niczym Bourbonowie okresu Restauracji o których mówiono, że niczego nie zapomnieli i niczego się nie nauczyli, rządowe media postanowiły młotkować Polaków w tym samym stylu, co dotychczas – nabzdyczonych, przepojonych poczuciem wyższości pouczeń. Różnica jest jedynie taka, że podczas kampanii prezydenckiej wbijano nam do głów, że powinniśmy odczuwać dumę z 25-lecia III RP, teraz natomiast peroruje się równie mentorskim tonem, co światły Europejczyk i „człowiek na poziomie” powinien sądzić o „uchodźcach”, jeśli nie chce zostać zaszeregowany do grona ksenofobicznego, prowincjonalnego ciemnogrodu. W obu przypadkach mamy do czynienia z kompletnym rozjechaniem się przekazu z odczuciami potężnych grup społecznych, zatem i efekt siłą rzeczy będzie podobny. To wygląda wręcz na wizerunkowe samobójstwo – zupełnie, jakby medialni funkcjonariusze wraz ze swymi redakcjami postanowili wykopać sobie grób na tym samym cmentarzu, tuż obok mogiły ustępującej partii władzy.

Jeżeli podczas wspomnianej tu sejmowej debaty telewizja pokazuje jednocześnie starcia na węgierskiej granicy, żywym obrazem zaprzeczając temu, co pada z ust przedstawicieli rządu z sejmowej mównicy, to u widza może to skutkować jedynie przeświadczeniem, że „oni”, ze swoimi zapewnieniami, że nie ma się czego obawiać, kompletnie już odkleili się od rzeczywistości. Medialny mainstream nie wyciągnął również wniosków ze sprawności z jaką internet jest w stanie obnażyć kolejne wrzutki. Innymi słowy, propagandyści działają tak, jakby wciąż funkcjonowali w warunkach opiniotwórczego monopolu jedynie słusznej opcji – a to już od lat dawno i nieprawda. Dobrym przykładem jest fiasko akcji „Więcej wiedzy, mniej strachu” w którą zaangażowało się 40 redakcji. Internauci z miejsca zaczęli przypominać, co te same redakcje pisały o islamskich radykałach jeszcze nie tak dawno temu.

W momencie, gdy tuzy salonowego dziennikarstwa z Tomaszem Lisem, Jackiem Żakowskim, Piotrem Kraśką, Pawłem Wrońskim i całą resztą tej lewackiej menażerii próbują narodowi wmówić, że przygarnięcie najeźdźców szturmujących unijne granice - w większości młodych, zdrowych mężczyzn - oznacza dla nas samo dobro, „ubogacenie” i generalnie, zaistnienie „kolorowej Rzeczypospolitej”, to każdy przytomny odbiorca dojdzie do wniosku, że albo jest to bredzenie paranoików, albo, że ci ludzie zwyczajnie nienawidzą Polski i zrobią wszystko, by ją zniszczyć – wraz z naszą kulturą, tradycjami, wiarą, stylem życia. Niemal każdy ma członka rodziny, bądź kogoś ze znajomych na emigracji i w związku z tym wie z pierwszej ręki, jak owo zachwalane nam „otwarte społeczeństwo” funkcjonuje w praktyce. Jeżeli przepojeni ojkofobicznymi projekcjami medialni pałkarze wrzeszczą na nas, że musimy wykazywać się „europejską solidarnością” pod dyktando kanclerzycy Merkel, bo „Unia nam płaci” i mamy wobec Zachodu dług wdzięczności, na dodatek donosząc na Polaków do niemieckich gazet (vide - enuncjacje Grossa i Michnika w „Die Welt”) i szczując zagraniczną opinię publiczną na nasz kraj – to odpowiedzią może być jedynie odruch buntu przeciw werbalnej przemocy. Chyba od czasu żałoby po Smoleńsku i pomstowania na „duszne opary polskiego mesjanizmu” wyobcowanie z narodowej tkanki samozwańczych elit wraz z ich postępackimi mądrościami nie objawiło się z taką wyrazistością.

III. Kres politycznego Frankensteina

Platforma – i tu zgadzam się z diagnozą Rafała Ziemkiewicza – nie przetrwa w opozycji. Sitwę tę spaja jedynie możliwość kręcenia lodów, stołki, apanaże i pozostałe profity władzy. Spójrzmy na inne partie – SLD, mimo podziałów, łączy w znacznej mierze wspólnota komunistycznych biografii i związana z nią środowiskowa lojalność – przynajmniej na jakimś elementarnym poziomie. PSL jest partią branżową i tu również trudno wyobrazić sobie dezintegrację, choćby ze względu na umocowanie w licznych strukturach samorządowych. PiS, pomimo secesji „PJoNków” i ziobrystów, posiada ideowy kręgosłup, a przede wszystkim Jarosława Kaczyńskiego, dzięki któremu partia nie rozlazła się przez osiem lat opozycyjnego postu; nie wolno też zapominać o cementującym wymiarze smoleńskiej traumy. Platforma nie spełnia żadnego z powyższych warunków zachowania spoistości. Jest sztucznym tworem, politycznym Frankensteinem, powołanym do życia w znacznej mierze dzięki zaangażowaniu ludzi służb oraz ich podwykonawców (Gromosław Czempiński, Andrzej Olechowski), zwycięstwo wyborcze w 2007 i trwanie przy władzy zawdzięcza poparciu Niemiec (przypominam tekst śp. Rewizora „Jak zmanipulowano wybory 2007 roku” - do „wyguglania”, naprawdę warto) – zatem procesy gnilne rozpoczną się zaraz po odłączeniu od aparatury władzy.

Możemy tylko się domyślać jak poważne uwikłania wchodzą w grę, skoro Ewa Kopacz postanowiła – wbrew stanowisku Grupy Wyszehradzkiej - przypieczętować swą klęskę zgodą na odgórne, unijne „kwoty” (w czym dopomógł jej Donald Tusk proceduralnym kruczkiem, tak by formalne zobowiązanie zostało podjęte na dzień przed szczytem Rady Europejskiej, na spotkaniu ministrów spraw wewnętrznych). Ta sprawa nie przyschnie do wyborów, a reakcją będzie potężny ładunek wściekłości, która znajdzie ujście w październiku przy urnach, kiedy całe to sprzedajne towarzystwo zostanie pognane do wszystkich diabłów.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2545-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 37 (23-29.09.2015)

wtorek, 10 lutego 2015

Mentalna kolonizacja

Historia nie jest domeną nauki, tylko polityki i propagandy.

Przy okazji 70. rocznicy wyzwolenia Auschwitz po raz kolejny przećwiczyliśmy na własnej skórze efekty skutecznej polityki historycznej – rzecz jasna, nie naszej. A to w światowych mediach przewinęła się zbitka „polskie obozy koncentracyjne”, to znów jakiś austriacki szmatławiec domagał się od Polaków, by przyznali się wreszcie do współudziału w holocauście. Czy powinniśmy się dziwić i oburzać? Owszem, możemy, lecz reakcje tego typu są cokolwiek jałowe. Proszę zwrócić uwagę, że mimo wnoszonych protestów, w antypolskiej narracji zasadniczo nic się nie zmienia. Oprotestowana gazeta czy telewizja coś tam skoryguje w konkretnym materiale, po czym wszystko wraca do stanu poprzedniego, tzn. za kilka miesięcy znów pojawia się gdzieś wzmianka o „polskich obozach”, my protestujemy, oni przepraszają, albo i nie... i tak w koło Macieju.

Z czego to wynika? Ano z tego, że historia nie jest domeną nauki, tylko polityki i propagandy. Oczywiście, są historycy którzy posługując się naukowym warsztatem coś tam sobie dłubią na tych swoich uniwersytetach, tyle że w praktyce nie ma to większego znaczenia, bowiem efekty tej dłubaniny są starannie przesiewane przez gęste, polityczne sito. Ta skrupulatna procedura służy do wyselekcjonowania memów użytecznych z punktu widzenia odpowiednich centrów dyspozycyjnych, które to memy następnie są przeznaczane do masowej dystrybucji w kraju i za granicą. Dystrybucja obejmuje zarówno procesy edukacyjne, jak i szeroko zakrojoną propagandę medialną. Analiza wydalonej tym sposobem treści pozwala nam stwierdzić, czy mamy do czynienia z państwem suwerennym i podmiotowym, czy też bytem kolonialnym, realizującym obce, z reguły wrogie scenariusze.

Zatem, sytuacja jest następująca: mamy uniwersytet – fabrykę produkującą memy, które po stosownej selekcji przeznaczane są do wszczepiania w mózgownice poddawanych indoktrynacji mas społecznych. Człowiek, który owe memy przyswoi sobie w zadowalającym stopniu, otrzymuje stosowny certyfikat, taki jak dyplom wyższej uczelni - i od tej pory nazywany jest inteligentem. Natomiast inteligent snujący na bazie zaabsorbowanych memów jakieś własne dywagacje, po zatwierdzeniu przez czynniki wyższe staje się intelektualistą oraz „liderem opinii”. I tak to się kręci, Panie i Panowie.

Powyższe dotyczy zresztą nie tylko historii, ale całego spektrum nauk humanistycznych i swojego czasu mieliśmy na tej niwie, jako państwo, swoje sukcesy. Weźmy taki Sobór w Konstancji. Politolog Paweł Włodkowic podczas kolejnych kursokonferencji występuje z szeregiem pism w których definiuje wojny sprawiedliwe i niesprawiedliwe, kwestionuje prawo papieża i cesarza do dysponowania ziemiami pogan oraz ideę nawracania siłą - wszystko to w kontekście sporu z Zakonem Krzyżackim i polemiki z paszkwilem Jana Falkenberga. Innymi słowy, zaszczepił w polityczno-intelektualnym, tudzież propagandowym obiegu ówczesnej Europy memy wypracowane na Akademii Krakowskiej i służące naszym interesom. Tak się to powinno robić. Podobną drogą usiłował pójść śp. prezydent Lech Kaczyński, tu jednak na zebranie pozytywnych owoców polityki historycznej zabrakło czasu i co ważniejsze – siły wewnętrznej Polski, podgryzanej na różne sposoby przez neokolonialne elity. Za propagandą musi bowiem stać potęga państwa – dopiero wtedy brana jest pod uwagę, jak podczas wspomnianego Soboru, inaczej wywołuje jedynie irytację ościennych potencji.

Spójrzmy teraz jakie memy produkowane są w III RP i komu służą. Otóż memy te, określane niekiedy zbiorczym mianem „pedagogiki wstydu”, służą wszystkim, tylko nie nam. Mieliśmy bon-mot Bartoszewskiego o brzydkiej, nieposażnej pannie na wydaniu ustawiający nas w charakterze petenta podczas procesu akcesyjnego do struktur europejskich i obowiązujący po dziś dzień. Mieliśmy histerię wokół Jedwabnego i przeprosiny Aleksandra Kwaśniewskiego wzmocnione następnie słowami Bronisława Komorowskiego, iż „naród ofiar musiał uznać tę niełatwą prawdę, że bywał także sprawcą”. Mamy fetowanie ponurych łgarstw J.T. Grossa oraz „Pokłosie” wyświetlane podczas specjalnych pokazów w polskich ambasadach, ostatnio zaś promowanie na rynkach międzynarodowych „Idy” zamiast chociażby „Miasta 44” Jana Komasy. O tchórzliwym pominięciu dzieci rotmistrza Pileckiego podczas obchodów w Auschwitz aż wstyd pisać.

Cóż z tego, że są wspaniali historycy pokroju profesorów Jana Żaryna czy Andrzeja Nowaka pracującego nad monumentalnymi „Dziejami Polski”. Ich memy są odsiewane przez system w pierwszej kolejności na rzecz memów służących kolonizatorom. Na „polski antysemityzm” zawsze znajdą się fundusze i moce przerobowe, podobnie jak na całą resztę importowanych wynalazków ułatwiających mentalną okupację Polaków. Krótko mówiąc – obecnie to nie my zaszczepiamy nasz przekaz światu, tylko świat zaszczepia swój przekaz nam. I dopóki nie staniemy na własnych nogach, ten stan rzeczy się nie zmieni.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 6 (06-12.02.2015)

niedziela, 27 kwietnia 2014

Orban, Franciszek i Jan Paweł II jako byty wirtualne

Obserwujemy proces kreacji swoistych fantomów medialnych, które tylko udają realnie istniejące postaci z krwi i kości.

I. Fantomatyka stosowana

Postępująca wirtualizacja rzeczywistości przejawia się nie tylko pozorowaniem działalności publicznej, co znamy pod nazwą „postpolityki”, która miast realnych czynów opierać się ma na „narracjach”, czyli ładnie opakowanych bajeczkach obliczonych na uwodzenie wyborczej gawiedzi. Sprawy posunęły się niestety znacznie dalej. Obserwujemy mianowicie proces kreacji swoistych fantomów medialnych, które tylko udają faktycznie istniejące postaci z krwi i kości. Co ciekawe, w procederze tym uczestniczą media kojarzone z obiema stronami polityczno-światopoglądowego sporu – domyślam się, że w ten sposób zaspokajają jakieś emocjonalne deficyty zarówno swoje, jak i kibicującej im publiczności.

Dwa najbardziej jaskrawe przykłady owej „fantomizacji” z ostatniego czasu, to moim zdaniem obróbka jakiej dopuszczono się z jednej strony wobec Viktora Orbana (media, nazwijmy umownie „prawicowe”), z drugiej natomiast – wobec papieża Franciszka (media lewicowo-liberalne). Przyjrzyjmy się temu nieco bliżej.

II. Orbanowski „mesjanizm”

W narracji serwowanej nam przez prasę i dziennikarzy z obozu patriotyczno-niepodległościowego Viktor Orban przez długi czas przedstawiany był jako polityczny mesjasz Europy Środkowo-Wschodniej. Człowiek, który miał oswobodzić neokolonialną, kondominijną przestrzeń powstałą po rozpadzie bloku sowieckiego, a będącą obecnie polem rozgrywki i podziału wpływów między Rosją a Zachodem. Chyba najbardziej dobitnym przykładem owego pomieszania zmysłów i porządków były nawoływania do „Budapesztu nad Wisłą” rozumianego nie tylko jako stricte polityczne przejęcie władzy w wymiarze umożliwiającym zreformowanie kraju, ale wręcz jako prometejski zaczątek jakiegoś nowego ładu w naszej części kontynentu. Pokłosiem takiego podejścia były wyprawy Klubów Gazety Polskiej na Węgry z pozowaniem Tomasza Sakiewicza na współczesnego Józefa Bema i z ledwie tylko skrywanym podtekstem, że Orban, prawda, powinien się jakoś zrewanżować za przeszłe zasługi naszego generała, działając w kierunku budowy jakiegoś strategicznego sojuszu Międzymorza o antyrosyjskim obliczu.

Powrót do rzeczywistości okazał się, jak zwykle w takich przypadkach, dość przykry. Orbanowi ani w głowie umierać, czy choćby tylko narażać siebie i swój kraj w jakikolwiek sposób za Polskę czy region, w imię jakichś mglistych geopolitycznych miraży. Mówiąc poetą, nie od tego go naród płaci. Okazał się politykiem do bólu pragmatycznym i polityczno-gospodarczym realistą. Działając między unijnym młotem a rosyjskim kowadłem postawił na grę między obiema potęgami i bez skrupułów podpisał z Rosją porozumienie o budowie elektrowni jądrowej, ponadto ani myśli odżegnywać się od partycypowania w South Streamie. Uznał najzwyczajniej, że Węgry mogą sobie na taki flirt pozwolić, nawet biorąc pod uwagę ryzyko związane z traktowaniem przez Rosję kwestii surowcowo-energetycznych jako strategicznego narzędzia polityki zagranicznej. Nie mówię, że Polska powinna w tej kwestii Orbana kopiować – każdy kraj ma swoje specyficzne interesy, położenie i związane z tym zagrożenia. Twierdzę natomiast, że warto się uczyć od Węgier pragmatycznego zorientowania na własne interesy.

Igor Janke, który napisał o Orbanie książkę ale najwyraźniej nie zrozumiał przedmiotu swych dziennikarskich zapałów, dał wyraz swemu gorzkiemu rozczarowaniu pisząc, iż węgierski premier „popełnił strategiczny błąd”. Otóż nie, błąd popełnili jego nadwiślańscy wielbiciele, kreując Orbana na kogoś kim nigdy nie był. Więcej napisałem o tym w tekście „Orban na linie”, zatem nie będę się już tu powtarzał. W środowisku „Gazety Polskiej” zachwyty również jakby nieco przycichły - szczególnie po, delikatnie mówiąc, wstrzemięźliwym stanowisku Węgier wobec wydarzeń na Ukrainie.

III. Franciszek jako kościelny rewolucjonista

Bliźniaczo podobną kreację zastosował lewicowo-liberalny mainstream w odniesieniu do papieża Franciszka. Po nieudanych łowach na kard. Bergoglio, kiedy to usiłowano mu przyszyć kolaborację z argentyńską juntą i co najmniej bierność wobec krwawych represji, postanowiono Franciszka „sformatować" w duchu lewacko-postępowym. I – podobnie jak prawica w przypadku Orbana – również rodzina „czerskich” uwierzyła we własny przekaz. Obserwując wyrażane głośno nadzieje na temat nowego pontyfikatu można było odnieść wrażenie, że mamy oto na Stolicy Piotrowej księdza-rewolucjonistę rodem z popkulturowej wizji teologii wyzwolenia. Normalnie, taki „Che” Guevara w sutannie. Jeszcze chwila, powiadano, a zniesie celibat, wprowadzi kapłaństwo kobiet, zezwoli na kondomy i skrobanki, śluby pederastów, komunię dla rozwodników, eutanazję, zapłodnienie in wiadro i całą resztę intelektualnych obsesji postępowych salonów.

Krótko mówiąc, oczekiwano, że papież Franciszek z dnia na dzień zaneguje całe moralne nauczanie Kościoła, najbardziej zresztą uwierające tych, którzy z katolicyzmem mieli kontakt co najwyżej przelotny i powierzchowny, ale też z jakichś względów chcieliby poczuć się hurtowo rozgrzeszeni i to bez konieczności dopełniania warunków dobrej spowiedzi. Kiedy okazało się, że Papież ani myśli odstępować od katolickiej ortodoksji, a za skromnością w obejściu i rygorystycznym podejściem do kwestii zwalczania pedofilii wśród duchowieństwa nie kryją się teologiczne fantazmaty rodem z pism Hansa Künga, salony zawyły ze zgrozy. A już prawdziwym kamieniem obrazy stała się sprawa księdza Lemańskiego. Jak to, tutaj za Lemańskim wstawiają się wszystkie wiodące mediodajnie wraz z dyżurnymi autorytetami od wszystkiego, a papież nic? Co w ogóle ten cały Franciszek sobie wyobraża, by tak kpić w żywe oczy z pani Katarzyny Wiśniewskiej z „Wyborczej” i pani profesorki Środy? Nie dał popalić temu Hoserowi? Nie podważył dyscypliny i hierarchiczności Kościoła? Czysta bezczelność. Nic zatem dziwnego, że rychło, po oddaleniu przez Watykan rekursu księdza z Jasienicy, dały się słyszeć odgłosy, iż sprawa ks. Lemańskiego jest największym rozczarowaniem tego pontyfikatu. Miał być taki fajny, postępowy papież, który pogoni kota polskim spasionym purpuratom, a tu się wszystko wzięło i skichało. Jak teraz żyć i mieszać gawiedzi w mózgach warząchwią „katolicyzmu otwartego”?

IV. Instrumentalizacja Jana Pawła II

Owa „wirtualizacja" Franciszka i Orbana poza wszystkim innym świadczy o dojmującej potrzebie mitu, jakiegoś współczesnego herosa - i to zarówno po postępowo-kosmopolitycznej jak i konserwatywno-patriotycznej stronie konfliktu cywilizacyjnego. W obu przypadkach kończy się to rozczarowaniem, kiedy rozgrzane oczekiwania boleśnie zderzają się z rzeczywistością.

Nie bez przyczyny powyższe przemyślenia naszły mnie w okolicach kanonizacji Jana Pawła II. Obawiam się, że z postacią Papieża-Polaka może pójść im lepiej, bo ten już nie żyje, co otwiera pole do dowolnej i wybiórczej interpretacji jego spuścizny w przekazie publicznym, jako że pamięć ludzka bywa zawodna, a na dodatek za kilka lat wejdzie w dorosłość pokolenie, któremu nie dane było przeżyć znacznej części życia w blasku jego pontyfikatu. Już teraz obserwujemy żenujący festiwal „przeciągania” JP II na różne strony – jedni twierdzą, że Papież byłby „wściekły” na III RP, drudzy, że wręcz przeciwnie – byłby zachwycony „skokiem cywilizacyjnym” i unijnymi dobrodziejstwami. A co tak naprawdę mówił Papież? A kogo to obchodzi? Liczy się instrumentalna narracja jako narzędzie osiągania bieżących celów. Tak, tak, moi drodzy – wiele wskazuje na to, że spektakl sprzed kilkunastu lat „upupiający” Jana Pawła II jako dobrotliwego staruszka od wadowickich kremówek, to był zaledwie niewinny początek.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/orban-na-linie#.U1vs-aJdxOg

 

czwartek, 10 października 2013

Kawał rzetelnej, chińskiej propagandy

„Dopóki jestem w stanie kontrolować emisję pieniądza w danym kraju, nie dbam o to, kto w nim stanowi prawo.” - Mayer Rothschild

I. Propaganda faktu

Podczas lektury legendarnej już książki Song Hongbinga „Wojna o pieniądz. Prawdziwe źródła kryzysów finansowych” towarzyszyły mi zmienne refleksje i odczucia. Najpierw było zachłyśnięcie się precyzją wywodu i analitycznym podejściem do historii kreacji pieniądza jako długu - począwszy od założenia Banku Anglii w 1694 roku, a skończywszy na systemie rezerw cząstkowych, ostatecznym porzuceniu parytetu złota i obecnym szaleństwie spekulacyjnym zakończonym krachem w 2008 roku. W międzyczasie natomiast mamy bezpardonową i często krwawą wojnę o ekonomiczną (a więc i polityczną) władzę nad kolejnymi państwami, do której to władzy kluczem jest pieniądz i kontrolowanie jego emisji. Stopniowo jednak, w miarę lektury, zaczęły narastać we mnie wątpliwości... aż doszedłem do wniosku, którego owocem jest tytuł niniejszej notki. Mamy mianowicie do czynienia z kawałem rzetelnej, chińskiej propagandy.

Od razu dodam, iż powyższa konstatacja w niczym nie umniejsza merytorycznych walorów dzieła chińskiego analityka finansowego. Przede wszystkim bowiem Song Hongbing prezentuje fakty. Autor rzadko zapuszcza się w spekulacje – czyni to głównie przy okazji omawiania licznych zamachów na prezydentów USA (miały za nimi bez wyjątku stać kręgi bankierskie, gdy przywódcy ośmielali się prowadzić politykę wbrew ich planom), czy podnosząc tezę o dążeniu międzynarodowej finansjery do utworzenia Rządu Światowego, czego zwieńczeniem miałaby być nowa, ogólnoświatowa waluta. Te dygresje są zresztą uprawdopodobnione licznymi poszlakami – ale, jako się rzekło, otrzymujemy nade wszystko fakty składające się na fascynującą opowieść – i to takie, o których nie wspomina się w „oficjalnej” ekonomii czy gospodarczych rubrykach gazet.

I właśnie w tym tkwi siła propagandowego przekazu Song Hongbinga. Kto twierdzi, że propaganda musi być kłamliwa? O wiele większą moc oddziaływania ma propaganda misternie utkana z niewygodnych lecz prawdziwych danych, które strona przeciwna najchętniej zamiotła by pod dywan. Dlatego też propagandę Song Hongbinga nazwałem „rzetelną”. To propaganda faktu.

II. Wojna ekonomiczna

W czyim imieniu i przeciw komu wytacza zatem swe działa Song Hongbing? Otóż Autor nie kryje, że pisze w interesie Chin – wrogiem zaś w toczącej się ekonomicznej wojnie jest patologiczny system finansowy skonstruowany na przestrzeni stuleci przez zachodnich bankierów.

U źródeł całego zła stoi emitowanie przez prywatne banki centralne pieniędzy jako swoistych skryptów dłużnych rządów wobec tychże banków pod zastaw przyszłych podatków obywateli. W tym modelu budżet państwa staje się przepompownią bogactwa – obywatele myślą, że płacą podatki rządowi, by ten za nie realizował swe zadania, w praktyce zaś płacą te podatki instytucjom finansowym wobec których rządy poszczególnych krajów mają wieczysty, wciąż rosnący i niemożliwy do spłacenia dług. Dług ten powstaje w momencie emisji pieniądza, dla którego zabezpieczeniem są rządowe papiery wartościowe. A gwarantem rządowych papierów są podatnicy.

Do tego dochodzi emisja „prywatna” banków, napędzająca przy okazji inflację. Generalnie, polega ona na tym, że wąska grupa finansowych oligarchów jest w stanie za pomocą dostępnych im narzędzi ekonomicznych w krótkim czasie nadąć „bańkę spekulacyjną”, by nagle, w dogodnym dla siebie momencie, przekłuć ją powodując krach – jest to etap realizacji zysków kosztem graczy, którzy „umoczyli” i nazywa się go w żargonie „strzyżeniem owiec”. Weźmy np. kredyt jako narzędzie tworzenia pieniądza – kredyt zaksięgowany po stronie „aktywów” banku oznacza de facto powstanie pieniądza - plus instrumenty pochodne, z których każdy staje się księgowym „aktywem” napędzającym dalszą kreację... W pewnym momencie wystarczy „odciąć prąd” - i gotowe. W ten sposób załatwiono np. Japonię i inne gospodarki wschodnioazjatyckie.

Ten mechanizm z punktu widzenia Chin jest potencjalnie bardzo niebezpieczny. Dlatego Song Hongbing przeciwny jest otwieraniu się chińskiego systemu finansowego na napływ spekulacyjnej pseudo-prosperity. W odpowiedzi na zagrożenie Autor postuluje powrót do kruszców jako ostatecznej formy bogactwa – i pieniądza emitowanego przez państwo, a nie prywatne instytucje. Pieniądz taki miałby pokrycie w rezerwach złota, nie zaś w długu, który oznacza kreację „z niczego” pod zastaw przyszłych zobowiązań.

III. Prawda i przemilczenia

Aby uzasadnić swe stanowisko, Song Hongbing prowadzi nas przez stulecia „wojny o pieniądz”, opisując drogę bankierskich elit z Rothschildami na czele, do zdobycia realnej władzy, opisanej stwierdzeniem Mayera Rothschilda: „Dopóki jestem w stanie kontrolować emisję pieniądza w danym kraju, nie dbam o to, kto w nim stanowi prawo.” Ujawnia zakulisowe działania oraz sens kolejnych celowo indukowanych kryzysów, które każdorazowo kończyły się poszerzeniem bankierskich wpływów na międzynarodową skalę. Do pewnego momentu ogranicznikiem był parytet złota – dopóki ktoś nie wpadł na pomysł, zrealizowany przez Keynesa oraz jego następców, że „złoto to barbarzyński przeżytek”. Wszak o wiele więcej pola manewru daje pieniądz fiducjarny – czysto matematyczny twór oparty na arbitralnie ustalanych przelicznikach. W momencie upadku systemu z Bretton-Woods w 1971 roku i ostatecznym wycofaniu się Ameryki z parytetu złota, wrota przed ekonomiczną destrukcją zostały otwarte ostatecznie.

Jak już nadmieniłem, Song Hongbing nie kryje, że jest patriotą, którego działania podporządkowane są chińskiej racji stanu. A najlepsze, że nie musi kłamać – wszystko co opisuje jest jak najbardziej weryfikowalne. Dlatego też, proszę zauważyć, nikt z gospodarczego mainstreamu świata Zachodu z nim nie polemizuje. Potencjalni polemiści chcący wystąpić w interesie światowego bankierstwa musieliby odnieść się merytorycznie do danych dotyczących systematycznej grabieży („strzyżenia owiec”) jaką jest obecny system finansowy oraz jego grzechów z przeszłości. I z tego powodu oficjalny przekaz woli „Wojnę o pieniądz” przemilczać.

Przemilczenia jednak zdarzają się również Autorowi książki. Przykładowo, opisując futrowanie Hitlera przez rekinów z Wall Street, pomija rolę tychże w zwycięstwie komunizmu w Rosji (a jak miało się to w przypadku Chin?). Przy okazji demaskacji łupieżczego modelu „transformacji ustrojowej” byłych demoludów nie wspomina o systemowej niewydolności socjalistycznej gospodarki. Gdy pisze o Chinach, nie znajdziemy choćby szczątkowych wzmianek o społecznych kosztach gospodarczego „boomu” i quasi-feudalnym charakterze chińskiego kapitalizmu. Cóż, propaganda wojenna, nawet najrzetelniejsza, również wymaga ofiar – w tym przypadku wyeksponowania tylko jednej strony medalu kosztem całościowego obrazu. Jednak tego, co zostało w „Wojnie o pieniądz” opisane wystarczy, by sięgnąć po tę pozycję. I to niejeden raz.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

czwartek, 27 czerwca 2013

Schoeps i Bauman kontra „zaplute karły reakcji”

W swym oglądzie Armii Krajowej prof. Schoeps w zasadzie powiela optykę ideową młodego kabewiaka Baumana.

Zadyma z wygwizdaniem Zygmunta Baumana przez członków NOP i kibiców przed jego wykładem na Uniwersytecie Wrocławskim nasunęła mi skojarzenia z pewnym epizodem dotyczącym sprawy serialu „Nasze matki, nasi ojcowie”, którym w ramach postkolonialnego kulturkampfu uraczyła nas niedawno TVP. Konkretnie - mam na myśli wypowiedź jednego z konsultantów filmu, prof. Juliusa H. Schoepsa wygłoszoną podczas wywiadu udzielonego dziennikarzowi TVP. Jak pamiętamy, żydowsko-niemiecki profesor podkreślając rzekomy antysemityzm panoszący się w szeregach AK, przyznał zarazem łaskawie, iż „były też dobre ugrupowania, lewicowe, które pomagały Żydom”.

Zastanówmy się, jakież to „dobre” i „lewicowe” ugrupowania mógł mieć na myśli prof. Schoeps, przeciwstawiając je złym AK-owcom? Ani chybi, komunistyczną, pro-moskiewską partyzantkę z GL i AL, rzecz jasna przy optymistycznym założeniu, że pan konsultant jako tako orientuje się w zawiłościach polityczno-organizacyjnych polskiego podziemia w czasach II Wojny Światowej.

Tutaj należy dodać, że zachodnie ośrodki uniwersyteckie, jeśli w ogóle wykazywały zainteresowanie antyniemiecką partyzantką na ziemiach polskich, to przez kilkadziesiąt lat po wojnie skutecznie infekowane były odnośną literaturą sowiecką i peerelowską, operującą właśnie tą uroczą dychotomią, którą lapidarnie przedstawił nam prof. Schoeps - „faszyści” z AK, kontra „dobrzy komuniści” z AL. Wedle tego „czarnego pijaru” AK, to nie tylko „zaplute karły reakcji”, ale również antysemici, szmalcownicy i hitlerowscy kolaboranci. Inna sprawa, że te wszystkie grzechy, metodą przeniesienia zdjęto przede wszystkim właśnie z „bojców” komunistycznych, by przypisać je partyzantce niepodległościowej. Ale tego oczywiście prof. Schoeps, ani inni, podobni mu „konsultanci” wiedzieć nie muszą – bo i na cóż im taka reakcyjna wiedza?

No i w tym miejscu prof. Schoeps spotyka się z prof. Zygmuntem Baumanem, który za młodu w szeregach bezpieki (licznie rekrutującej się m.in. spośród „dobrej, lewicowej partyzantki” z AL) toczył sławetne boje z „reakcyjnymi bandami” (cyt.z raportu: „Przez 20 dni dowodził grupą, która wyróżniła się schwytaniem wielkiej ilości bandytów”), by na starość uwodzić zachodnie salony opowieściami o „ponowoczesności”. Obaj są wytworem tej samej, przeżerającej cywilizację Zachodu, a zaprojektowanej w Moskwie, formacji intelektualnej. Oczywiście z tą różnicą, że Bauman formację tę odebrał z pierwszej ręki, a następnie sam ją współtworzył, zaś Schoeps jest jej obiektem docelowym, produktem finalnym, jako oczadziały lewicowy liberał, nasączony po dziurki w nosie zasuflowaną mu propagandą wykoncypowaną pod kątem zachodnich „użytecznych idiotów” w murach Łubianki.

Zwróćmy uwagę: w swym oglądzie Armii Krajowej prof. Schoeps w zasadzie powiela optykę ideową młodego kabewiaka Baumana. Jestem pewien, że gdyby dane im było pogadać, to doskonale by się zrozumieli – i to nie tylko na gruncie, powiedzmy, wspólnoty etnicznej – ale przede wszystkim powinowactwa ideowego właśnie. Bauman do tej pory przyrównuje krwawą pacyfikację podziemia niepodległościowego przez KBW do „walki z terroryzmem” - i przypuszczam, że prof. Schoeps chętnie by się z nim zgodził. Wywiad udzielony TVP przy okazji filmu „Nasze matki...” dobitnie pokazuje, że człowiek ten organicznie nie jest zdolny do zweryfikowania wdrukowanej mu ponurej legendy AK, nawet w obliczu konfrontacji z niezaprzeczalnymi faktami. To co dobre może pochodzić jedynie od „lewicy”, zaś skoro podczas wojny wydarzyło się tyle zła, to zrozumiałe, że pochodzić może ono jedynie od zezwierzęconych „faszystów” - w tym polskich, antykomunistycznych partyzantów.

Na zakończenie warto dodać, że „faszyzm”, z którym „walka” ostatnio uległa takiemu wzmożeniu na skutek pamiętnego sabatu „Wyborczej”, definiowany jest tutaj w sposób stricte stalinowski - „faszystą” jest ten, kto zostanie wskazany jako faszysta. W stalinowskiej propagandzie w pewnym momencie wedle tego klucza nawet zachodnich socjaldemokratów określano jako „socjalfaszystów”. Tak oto walczący z AK-owskim „faszystowskim” „terroryzmem” pułkownik KBW Bauman i piętnujący współcześnie tychże „terrorystów” za „antysemityzm” na bazie wzorców komunistycznej propagandy Schoeps są żywymi dowodami na poparcie tezy, że komunizm ma nieskończoną zdolność do przepoczwarzania się i wyłażenia na powierzchnię w najmniej oczekiwanych okolicznościach.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/nasze-matki-nasi-ojcowie-jako-test-zderzeniowy

http://niepoprawni.pl/blog/287/postkolonialny-kulturkampf-ii

sobota, 16 czerwca 2012

Internet a mediodajnie

Mediom elektronicznym (radio, telewizja) w Polsce ufa zaledwie 37 procent badanych, prasie papierowej – 38 procent.

I. Telewizja kłamie

Elektronicznym mediodajniom leci. Tak przynajmniej można sądzić po wynikach badań European Trusted Brands 2012 przeprowadzonych przez „Reader's Digest”, a przytoczonych niedawno przez „Rzeczpospolitą”. Badaniu mającym oszacować zaufanie do różnych mediów poddano obywateli 15 europejskich krajów, w tym Polski. Samo European Trusted Brands obejmuje oczywiście wiele różnych kategorii rynkowych – jest to jedno z najszerszych badań konsumenckich, choć metodologia może budzić pewne wątpliwości, bowiem respondentów dobiera się wyłącznie spośród prenumeratorów miesięcznika „Reader's Digest”, najpierw więc warto by zbadać kim jest przeciętny prenumerator tego periodyku.

Jednak zważywszy, iż jest to ranking dość prestiżowy, zerknijmy: otóż mediom elektronicznym (radio, telewizja) w Polsce ufa zaledwie 37 procent badanych i jest to wskaźnik dalece odbiegający od innych krajów, gdzie tego typu mediom ufa średnio ok. 50 proc. obywateli (w Szwecji i Finlandii nawet 72 i 80 proc.). Prasę papierową darzy zaufaniem 38 procent Polaków, co nie odbiega znacząco od średniej w innych krajach (40 proc.). W pewnym uproszczeniu można powiedzieć, że o ile polską specyfika pozostaje hasło „telewizja kłamie”, to gdzie indziej raczej można mówić o podejściu „prasa kłamie”, jako że w innych krajach właśnie prasa stoi niżej mediów audiowizualnych.

Prawdziwym ewenementem jednak jest poziom zaufania naszych rodaków do internetu – wiadomościom podawanym w sieci ufa aż 56 proc., podczas gdy w innych ankietowanych krajach – 45 proc.

II. Mętlik w głowach

Optymista mógłby wysnuć z powyższych danych wniosek: brawo, naród wybudza się z matrixu. Rozdźwięk między rzeczywistością, a reżimową propagandą suflowaną przez mediodajnie stał się zbyt duży, przegięli i teraz wychodzi im to bokiem. Ja jednak byłbym ostrożniejszy, bowiem, jak kilkakrotnie pisałem (np. TU i TU), Polacy mają olbrzymi problem z powiązaniem ze sobą poszczególnych faktów w elementarne związki przyczynowo-skutkowe, niczym tuwimowscy „straszni mieszczanie”, co to „widzą wszystko osobno”.

Przykładowo, wedle tego samego badania „Reader's Digest” jednym z zawodów o niskim poziomie zaufania jest zawód dziennikarza – ufa im zaledwie 32 procent respondentów. Jak to pogodzić z 37- i 38- procentowym zaufaniem do mediów, w których ci dziennikarze pracują? Ewidentnie jakaś część ankietowanych nie widzi związku między dziennikarzem a mediami w których ten dziennikarz pracuje... Nie jest to wprawdzie wyłącznie nasza specyfika, gdyż w innych krajach poziom zaufania do dziennikarzy jest jeszcze niższy (średnio 28 proc.), przy znacznie wyższym poziomie zaufania do medialnych instytucji, których ci sami dziennikarze są pracownikami! Pomieszanie z poplątaniem.

Innym przykładem mogą być lokalne wyniki zaufania do poszczególnych marek medialnych. Oto nasi „nieufni” rodacy największym zaufaniem wśród stacji telewizyjnych obdarzyli TVN, zaś wśród rozgłośni radiowych – RMF FM. No cóż, na usprawiedliwienie można rzec, iż wielkiego wyboru nie mieli, jako że mainstreamowe szczekaczki nadają z grubsza to samo, jednak wybór TVN-u przy jednoczesnym deklarowaniu braku zaufania do telewizji jest dość porażający.

No i wreszcie – jak ten deklarowany brak zaufania odnieść do wciąż dobrych notowań Platformy, która dwukrotnie wygrała wybory i wciąż, mimo pewnych wahnięć prowadzi w sondażach? Czyli – niby nie ufamy mediodajniom, ale jednocześnie pozwalamy im sobą manipulować, popierając partię, której są tubami propagandowymi.

III. Jest o kogo walczyć

Pocieszający jest wysoki wskaźnik zaufania do treści internetowych, oznacza ono bowiem, że Polacy się aktywizują i próbują sami docierać do informacji, których nie znajdą w mediach tradycyjnych. I tu widzę wielkie wyzwanie dla Drugiego Obiegu 2.0, częściowo zgrupowanym choćby w Federacji Mediów Niezależnych – dotrzeć do tych ludzi ze swym przekazem, zagospodarować ich i wyrwać z objęć matrixu, w którym obecnie pozostają. Polska blogosfera już teraz jest czymś wyjątkowym, a wraz z rozwojem nowych technologii może być tylko lepiej.

Póki co jednak, biorąc pod uwagę to co napisałem powyżej o kojarzeniu związków przyczynowo-skutkowych, przypuszczam, iż to „samodzielne” wyszukiwanie informacji kończy się u większości na największych portalach, powielających mainstreamowy przekaz, uzupełniony celebrycko-skandalizującą papką. Sądzę, że np. ktoś deklarujący nieufność do telewizji – niechby nawet i do przodującego TVN-u – odpala internet i wchodzi na Onet, po czym czuje się wielce usatysfakcjonowany informacjami, do których „samodzielnie dotarł”, nie zdając sobie sprawy, że zarówno telewizja, której „nie ufa”, jak i portal któremu „ufa” należą do tego samego koncernu – ITI...

Niemniej, badanie pokazuje, że przynajmniej jest o kogo walczyć. Zmiany w świadomości postępują opornie, ale są zauważalne. Warto zatem, by zwrócili na to uwagę politycy z opozycyjnej partii, którzy poza internetem i różnymi drugoobiegowymi inicjatywami nie mają w praktyce niczego – nawet jeśli we własnym mniemaniu uważają się za byty nieskończenie lepsze od jakiejś tam szarej internetowej masy. Zamiast bredzić za podszeptem jakiegoś sabotażysty, że „internet to tylko 15 procent”, jak raczył się onegdaj wyrazić Jarosław Kaczyński, warto Panie i Panowie politycy się ku temuż internetowi zwrócić, zanim ktoś zmagazynowany w nim potencjał sprzątnie Wam sprzed nosa. Po raz kolejny dochtór GG zaleca Państwu Terapię Czterech Kroków (recepty TUTAJ i TUTAJ).

Gadający Grzyb

PS. Kraje w których przeprowadzono badania: Austria, Belgia, Chorwacja, Czechy, Finlandia, Francja, Holandia, Niemcy, Polska, Portugalia, Rosja, Rumunia, Słowenia, Szwecja oraz Szwajcaria. Wzięło w nim udział 27 467 respondentów. (dane za „Rzeczpospolitą”).

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

sobota, 19 maja 2012

Klątwa Kaczyńskiego II

Wszystko przez Kaczyńskiego, bo gdyby w dwa lata wybudował to, czego nie udało się przez pięć lat wybudować Platformie, to dziś nie byłoby problemu.

I. Robimy putinadę!

Tym razem Donald Tusk nie przywdział kryzysowej kurteczki, bo by się zgrzał, biedaczek, a może zresztą pijarowcy od Ostachowicza podpowiedzieli mu, że z tej kurteczki pół Polski już się śmieje i żeby się nie wygłupiał, nie robił wiochy i w ogóle. Zamiast tego ubrano go w kryzysową koszulę po robociarsku rozpiętą pod szyją, bez marynarki i krawata. Po robociarsku, bo też umiłowany Ober-Matoł ruszył do jedynej roboty w której się spełnia jak nikt - żenienia kitu na masową skalę w sojuszu z „zaprzyjaźnioną telewizją”, która bez wytchnienia transmitowała na żywo i w powtórkach jak premier wsiada do helikoptera, wysiada z helikoptera, wsiada do pociągu, wysiada z pociągu, kupuje bilet do wagonu drugiej klasy (taki równiacha), rozmawia z prostym ludem, łaje, chwali, „śmieszy, tumani, przestrasza”.

No, słowem - trzeba było przykryć jakoś tę gigantyczną kompromitację z autostradami co to miały być wybudowane, potem już tylko „przejezdne”, a ostatecznie pozostały rozkopane jak były. Jakoś trzeba odwrócić uwagę pospólstwa od sztukowanych naprędce objazdów wąskimi, dziurawymi drogami, też w znacznej mierze w niekończących się remontach, od przypudrowanych dworców i linii kolejowych grożących katastrofą bo nigdy nie wiadomo, czy zapali się odpowiedni semafor, a poza tym jeździć nimi można przeważnie z minimalną prędkością, bo stopień wyeksploatowania niedoinwestowanej infrastruktury nie pozwala na normalne użytkowanie.

Co tam jeszcze trzeba było zamieść pod dywan przed weekendem? „Reformę” polegającą na kradzieży emerytur, bo mniej osób dożyje do „złotej jesieni”, protesty społeczne przeciw tejże, sprawę TV Trwam, głodówki przeciw rugowaniu lekcji historii, blokadę komunikacyjną centrum Warszawy, „infoaferę”, chamstwo Niesioła, wyrok w sprawie łapówkary Sawickiej, zapowiedzi demonstracji w trakcie Euro, dramat bankructw podwykonawców którzy uwierzyli w „Polskę w budowie”... podaję w kolejności przypadkowej, z pewnością nie wymieniłem wszystkiego co składa się na wszechstronną degrengoladę państwa pod rządami Dyktatury Matołów.

Rada na to może być tylko jedna: robimy putinadę! Media sprężone, reżimowi publicyści pobudzeni, służby prasowe w gotowości by wrzucać kolejne fotki do internetu... a premier obiecuje zdesperowanym podwykonawcom pieniądze (pod warunkiem, że nikt nie zapyta się „jak żyć”, bo na takich warchołów są inne sposoby), mobilizuje do działania, uprzedza, że będzie rozmawiał z niezadowolonymi, by nie robili mu koło pióra w trakcie Euro, dodając zarazem ostrzegawczo, że jakby co, to „w razie potrzeby policja będzie interweniowała”. Zaraz jednak dobrotliwie uzupełnia: „Nie użyłbym słowa 'pałowała', bo dziś mamy lepsze, spokojniejsze i nowocześniejsze metody rozładowywania napięć, a pałka to ostateczność" (cyt. za „Rzeczpospolitą”) Ciekawią mnie te „nowocześniejsze metody” - czyżby Ober-Matoł miał na myśli osławione LRAD-y do obezwładniania dźwiękiem, które zakupiono, a następnie nowelizowano w pośpiechu prawo, by policja mogła ich używać?

II. KOKO-SPOKO!

Ale, generalnie – byczo jest, albo raczej Euro-spoko! Albowiem:

„Premier podkreślił, że czuje potrzebę położenia kresu nieustannemu narzekaniu w związku z Euro. - Jeśli wszyscy zamienimy się narzekających i takich smutasów, którzy będą udowadniali sobie i światu, że tutaj w Polsce nic się nie udało, że nie można nigdzie przejechać, stadiony się zawalają, (...) to rzeczywiście osiągniemy ten efekt, o jaki niektórym chodzi – mówił.

- Ale ja wiem, że w Polsce stadiony są najnowocześniejsze w Europie, że terminale mamy najnowocześniejsze w Europie, że te lotniska przypominają Polskę z naszych marzeń - przekonywał Tusk.” (cyt. za „Rzeczpospolitą”)

Przypomina mi to stary rysunek na którym widać jakiegoś partyjnego buca na mównicy, który na mankiecie ma napisaną treść przemówienia: JEZD DOBRZE. A jeśli do kogoś nie dotrze ogrom sukcesu, to pozostaje metoda zobrazowana przez Andrzeja Krauzego w „Uważam Rze”: inny buc dusi orła w koronie i wrzeszczy mu prosto w dziób: KOKO-SPOKO! Dotarło do jednego z drugim? Jest KOKO-SPOKO, bo jak nie, to w ryj! Albo LRAD-em po bębenkach usznych.

Swoją drogą, z tą naszą „gotowością do Euro” musi być naprawdę przeraźliwie, skoro nie dość, że sięgnięto w desperacji po tak toporną propagandę rodem z głębokiego PRL-u, to jeszcze akcję zainicjowano w Święty Czwartek. Niezorientowanym wyjaśniam, iż czwartek jest dniem w którym Donald Tusk zwykł kończyć swój wielce umowny tydzień pracy i pakuje się do samolotu, czy innego helikoptera, by zamiast na rozgrzebaną A2 lecieć do Sopotu i nie pokazywać się w Warszawie aż do poniedziałku. A tu jeszcze na dodatek putinada przeciągnęła się również na piątek. Piątek! Toż to już weekend pełną gębą. I sobota!! Jezusie słodki... Ciekawe, kto kazał mu duszyć rupę, poprawić makijaż i jechać w interior, jakby to była jakaś kampania wyborcza, bo że on tak sam z siebie, to nigdy nie uwierzę.

III. Klątwa Kaczyńskiego

Ale, notka ma tytuł „Klątwa Kaczyńskiego”, a ja ciągle o Tusku. Otóż, wszystko to dzieje się przez Kaczyńskiego, bo gdyby w dwa lata wybudował to, czego nie udało się przez pięć lat wybudować Platformie, to dziś nie byłoby problemu. Proste? Tak powiedział kwarcówkowy minister Nowak. To, że Jarosław Kaczyński odpowiada za wszystko, gdyż rząd Tuska z definicji za nic odpowiadać nie może, więc musi odpowiadać ktoś inny, jest powszechnie wiadome. I nawet znam mechanizm tej odpowiedzialności, który objawiłem już w czerwcu zeszłego roku, ale do czynników rządowych najwyraźniej nie doszło.

Powtarzam zatem teraz, zaś drogie czynniki rządowe uprasza się o wyjęcie ołówków, kajecików i notowanie: jak wiadomo, podczas pamiętnej zadymy o Dolinę Rospudy Jarosław Kaczyński rzucił na Polskę klątwę, mówiąc, że jeżeli nie da się wybudować obwodnicy Augustowa, będzie to znaczyło, iż w Polsce niczego nie da się wybudować. Działa? Działa, i to nie tylko w przypadku dróg, ale również drugiej linii metra, kolei, Muzeum Sztuki Współczesnej i tak dalej.

Zatem, drogie czynniki rządowe, macie jedyne wyjście – zróbcie wreszcie tę cholerną obwodnicę Augustowa. Pod Rospudą, przez Rospudę nad Rospudą – obojętnie. To jedyny ratunek, by zdjąć klątwę, bo pijarowska magia waszego Ober-Matoła zaczyna się niebezpiecznie wyczerpywać. Skoro nie udało się dokończyć tych inwestycji nawet przy takiej mobilizacji, pod presją jednej z najbardziej prestiżowych imprez sportowych na świecie, to znaczy, że po Euro nie uda się dokończyć tym bardziej i zostaniemy z tą „Polską w budowie” do us...j śmierci. Mieszkam przy totalnie rozkopanym fragmencie „gierkówki” i widzę jak oszałamiające jest tempo prac, więc wiem co mówię.

Jedyne, co poprawia mi humor, to świadomość, że podczas tego całego „Euro-spoko” na bank ucierpi trochę Szkopów, którzy pod wpływem szoku po nagłym przestawieniu się z ichniejszych, gładziutkich i szerokich „autobahnów” na nasze „przejezdne” wyroby drogopodobne, będą rozbijali się na potęgę – na dziurach, na drzewach, na słupach, zderzając się ze sobą... Szykuje się największy pogrom Teutonów od czasów Grunwaldu. No chyba, że potem w ramach retorsji cofną nam euro-fundusze, a Erika Steinbach stanie na czele Związku Pokiereszowanych i zażąda reparacji.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

Na podobny temat: http://niepoprawni.pl/blog/287/klatwa-kaczynskiego