Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kampania wyborcza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kampania wyborcza. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 lipca 2019

Program PO-KO – analiza kitu

Jeżeli PiS wprowadza „500+”, to mamy do czynienia z nieodpowiedzialnym „rozdawnictwem”. Jeżeli natomiast PO zapowiada, że dołoży od siebie drugie tyle – wówczas jest to „odpowiedzialny” i „pragmatyczny” program.

I. Forum POgrobowe

Mamy kanikułę, w polityce zastój... a nie, wróć – wszak odbyła się konwencja programowa Koalicji Obywatelskiej (PO plus Nowoczesna, plus jakiś lewacki plankton), zatem chyba wypada się nią zająć na zasadzie „z braku laku, dobry i kit”. I właśnie analizą owego kitu wyborczego pozwolę sobie zaprzątnąć Państwa uwagę – bo też jest to ciemnota w typowym platformerskim stylu rodem z czasów Donalda Tuska i słynnego „3x15” mającego uczynić z Polski „drugą Irlandię”. Pamiętamy to jeszcze, prawda? Traf chciał, że zaraz potem za sprawą kryzysu finansowego Irlandia popadła w gigantyczne tarapaty i narracja jakby wystygła – tym bardziej, że i Polska była bliska podzielenia jej losu, bo ośmioletnie rządy PO-PSL zadłużyły nasz kraj na niemal drugie tyle, co wszystkie poprzednie ekipy po 1989 r. razem wzięte, na co nałożyła się gigantyczna dziura podatkowa w ściągalności VAT i CIT, której nie zasypał ani skok na środki z OFE, ani podwyżka VAT. Skończyło się na objęciu Polski unijną procedurą nadmiernego deficytu, a londyński sztukmistrz Rostowski rozpaczliwie wpisywał do budżetu 1,5 mld. zł. przychodów z fotoradarów, żeby chociaż na papierze wszystko się „spinało”. Mimo to, Polacy dwukrotnie dali się uwieść gładkiej gadce Tuska, który czarował elektorat z wdziękiem i wprawą Kalibabki – a potem, niczym wytrawny oszust matrymonialny zwiał do Brukseli, zostawiając całe gruzowisko nieszczęsnej Ewie Kopacz, która mogła w zasadzie już tylko usiąść na kamieni kupie i zapłakać. Dziś Tusk jakby stracił na atrakcyjności i wywołuje dreszcze ekscytacji jedynie wśród owładniętych syndromem sztokholmskim najbardziej zaślepionych akolitów obozu III RP.

To pokrótce zarysowane tło historyczne jest niezbędne dla właściwego odczytania nowego programu wyborczego Platformy z przystawkami. Mamy bowiem powrót do tego samego – tyle, że zamiast teflonowego Tuska z jego najlepszych lat, obietnice wygłasza toporny Grzegorz Schetyna, co już na samym starcie jest zabójcze dla ich wiarygodności i przydaje propozycjom walor niezamierzonej autoparodii. Na dodatek, Schetyna z kamienną twarzą Bustera Keatona postanowił wejść w prosocjalne buty Jarosława Kaczyńskiego i przebić jego „piątkę” własną „szóstką”, co znów ociera się o satyrę i kabaret. Nie dziwi zatem, że nawet członkowie jego własnej partii nie mogli na Twitterze dojść do ładu, czy uczestniczą w „Forum Programowym”, czy też „Forum POgromowym” lub zgoła „POgrobowym”.


II. „Odpowiedzialność” kontra „populizm”

No dobrze, co zatem tam mamy? Na pierwszy ogień poszły „związki partnerskie”, czyli stary, poczciwy konkubinat – do pewnego momentu praktykowany zupełnie jawnie w kręgach arystokratycznych, by następnie, po odbiciu historycznego wahadła, stać się domeną marginesu społecznego i wszelkiej patologii, czego dowodzą kroniki kryminalne utrzymane w stylu „konkubent Zdzisław Z. podczas alkoholowej libacji ugodził ośmiokrotnie nożem swą konkubentkę Barbarę W.” itd. Dziś, jak widzimy, owa forma współżycia wraca do łask za sprawą nowej, lewicowo-liberalnej lumpen-arystokracji z pretensjami do urządzania świata i przeorania norm społecznych – m.in. za sprawą sodomitów robiących w tym dziejowym rozdaniu za taran i lemiesz postępu. Jednak na miejscu ciotek (a wręcz „ciot”) rewolucji tak bardzo bym się do obietnic pana Grzegorza nie przywiązywał, bowiem jeszcze w piątek twierdził stanowczo, że o żadnych „związkach partnerskich” nie ma mowy, by w sobotę ogłosić, że jak najbardziej będą - i nikt nie może zagwarantować, co w tej materii stwierdzi za tydzień, o jesieni nie wspominając.

To jest zresztą zadziwiające, jak oni uporczywie odmawiają uczenia się na błędach w imię forsowania swojego „ideolo”. Po wyborach do europarlamentu odmiennym stanem świadomości spektakularnie błysnął Sławomir Neumann, mówiąc, iż KE wygrałaby w każdym kraju poza Polską i Węgrami. To jest wyższa forma surrealizmu – startować w Polsce i profilować kampanię, jakby była to Holandia. Teraz, jak widzimy, brną w powtórkę, w czym wyczuwam wkład intelektualny pani Barbary Nowackiej.

Ale legalizacja konkubinatu to dopiero aperitif. Prawdziwa jazda zaczyna się przy kwestiach socjalnych. Oto każdy, kto zarabia mniej niż 4,5 tys. zł. brutto (dwukrotność płacy minimalnej) ma otrzymać od państwa specjalne dopłaty do pensji (dla zarabiających najniższą krajową byłoby to 500 zł.), a do tego minimalne wynagrodzenie ma ustawowo wynosić połowę średniej krajowej, co miałoby podnieść najniższe płace nawet o 600 zł. Ponadto narzuty na płace (PIT, ZUS, NFZ) mają zostać zredukowane do 35 proc. wynagrodzenia, a osoby do 25 roku życia rozpoczynające działalność gospodarczą zostaną w ogóle zwolnione od składek na ZUS i NFZ. Aha, no i jeszcze 13 emerytura ma być na stałe.

Teraz zamknijmy oczy i wyobraźmy sobie, że coś takiego proponuje PiS. Jakie byłyby reakcje? „Rozdawnictwo!”, „populizm!”, „przekupstwo!”, „korupcja polityczna!”, „grecki scenariusz!”, „bankructwo!”, „druga Wenezuela!”. Ja, szczerze mówiąc, nie podejmuję się nawet z grubsza wyliczyć, ile to będzie kosztowało, ale czuję się o tyle usprawiedliwiony, że „eksperci” Platformy na czele z prof. Rzońcą (związanym z Forum Obywatelskiego Rozwoju Leszka Balcerowicza) również nie podają kosztów ani źródeł finansowania. Nota bene, owe dopłaty do pensji obejmą jedynie osoby na etacie, więc cała rzesza zatrudnianych na śmieciówkach obejdzie się smakiem. Po drugie – dopłaty do niskich wynagrodzeń są jawną zachętą dla pracodawców by zamrozić pensje (bo „państwo” i tak dopłaci), co jest przerzuceniem na ogół podatników części kosztów zatrudnienia. Na takiej samej zasadzie w USA Wal-Mart zamiast podwyższać wynagrodzenia instruuje pracowników, jak efektywnie korzystać z pomocy socjalnej. Natomiast zwolnienie z ZUS i NFZ uruchomi falę wypychania młodych ludzi na fikcyjne samozatrudnienie, co już jest zmorą naszego rynku pracy. W efekcie otrzymamy pogłębienie obecnych patologii.

Ale od czego jest Czerska? Na portalu Gazeta.pl z miejsca „wytłumaczono” czytelnikom, że „opozycja postawiła na odpowiedzialność, a nie populizm” i zamierza „pokonać PiS bez rozdawnictwa”. Czym różni się „odpowiedzialność” od „populizmu”? Proszę się skupić. Jeżeli PiS wprowadza programy społeczne, finansując je w większości z uszczelnienia systemu podatkowego, to mamy do czynienia z nieodpowiedzialnym „rozdawnictwem” dla „patologii” i „nierobów”, co niechybnie doprowadzi do bankructwa w grecko-wenezuelskim stylu. Jeżeli natomiast PO ustami Schetyny zapowiada, że nie tylko niczego z pisowskiego „rozdawnictwa” nie uszczknie, ale jeszcze dołoży od siebie drugie tyle (w tym 13-tą emeryturę na stałe) – wówczas jest to „odpowiedzialny” i „pragmatyczny” program. W tym momencie nawet nie ma sensu pytać, w jaki sposób PO ma zamiar naprawić służbę zdrowia i skrócić oczekiwanie do specjalisty do 21 dni, a czas przyjęcia na SOR-ach do 60 minut. Zresztą, pytanie takie zadał posłowi Brejzie dziennikarz „Wirtualnej Polski” i został w dość obcesowym tonie odesłany... do obecnego ministra zdrowia z PiS-u, który jako żywo takich farmazonów nie obiecywał. Z kronikarskiego obowiązku odnotujmy jeszcze plan całkowitej „dekarbonizacji” Polski do 2040 r. - niemieckie koncerny „wiatrakowe” już ostrzą sobie zęby.


III. Prawdziwy program – po wyborach!

No dobrze, dajmy już spokój tym gruszkom na wierzbie, jak bowiem w przeddzień „Forum POgrobowego” przyznał Grzegorz Schetyna, „czas na pokazanie programu przyjdzie po wyborach”. I słuszna jego racja, gdyż prawdziwy, taki „najmojszy” program ugrupowania poznajemy wtedy, gdy to ugrupowanie zaczyna rządzić - to jest kluczowy „stress test”, bo wcześniej jest to, umówmy się, konkurs piękności połączony z ruletką. Na szczęście, mamy już skalę porównawczą: widzieliśmy i doświadczyliśmy na własnej skórze rządów Platformy z „Peezelem” - i wiemy też, jak od blisko czterech lat rządzi PiS. Co ja tu się będę dłużej wymądrzał - wybór jest chyba oczywisty, prawda?

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 29 (19-25.07.2019)

niedziela, 30 czerwca 2019

„Polityka” wg Patryka Vegi

Vega to reżyser, nazwijmy to, „kina dresiarskiego”, który teraz próbuje odgrywać Olivera Stone'a dla ubogich.

I. Kino najważniejszą ze sztuk

Uwaga - będę prorokował. Konkretnie - o filmie „Polityka” Patryka Krzemienieckiego, znanego szerzej jako Patryk Vega. Wpisuje się on w pewien trend, polegający na robieniu kampanii wyborczej siłami popkultury. Najwyraźniej w pewnym momencie liberalno-lewicowy mainstream artystyczno-medialny uznał, że musi wziąć sprawy we własne ręce, bo inaczej „pisiory” będą rządziły do końca świata. Przypomniano więc sobie o leninowskiej maksymie głoszącej, że „kino jest najważniejszą ze sztuk” i rzucono do boju filmowy półświatek pod wodzą różnych domorosłych Eisensteinów. Wskutek tego wkraczamy właśnie w trzecią z rzędu kampanię wyborczą, która w przestrzeni medialnej zdominowana zostanie przez film o jednoznacznie politycznym przesłaniu. Jak było to przy poprzednich tego typu „eventach”, towarzyszyć będzie mu profesjonalnie zorkiestrowany i rozpisany na wiele głosów zgiełk promocyjny, kreujący atmosferę skandalu i niemal drugiego Watergate. Oto bezkompromisowy twórca objawi przed Polakami mroczne zakamarki świata polityki i moralną zgniliznę rządzących.

To również wpisuje się w znany już schemat. Najpierw, przed wyborami samorządowymi uraczono nas „Klerem” Wojciecha Smarzowskiego, który też odsłaniać miał bulwersujące tajemnice duchowieństwa z niedwuznaczną intencją, że „prawda ekranu” uderzy rykoszetem w prawicę. Niedawno, przed wyborami europejskimi, podobnego zadania podjęli się bracia Sekielscy kręcąc na podstawie esbeckich kwitów dokument „Tylko nie mów nikomu” o pedofilii wśród księży i tuszowaniu jej przez biskupów. I to również miało pogrzebać PiS na zasadzie skojarzenia „Kościół = prawica”. No, a teraz, jak wiemy, rzucono na odcinek walki z reakcją Patryka Vegę – najpewniej uznano, że nie ma co się dłużej bawić w półśrodki i należy wprost przywalić w partię rządzącą, bo poprzednim razem głupi lud nie zrozumiał subtelnej aluzji.


II. Wypucować się przed ferajną

Tu, na marginesie, warto poruszyć ciekawy wątek swoistej ekspiacji - albo też, mówiąc językiem knajackim, bardziej pasującym do tego środowiska - „pucowania się” twórców w oczach swojej ferajny. Taki Smarzowski po nakręceniu „Wołynia”, uznanego nie wiedzieć czemu za film „pisowski” (czysty absurd, zważywszy jak długo PiS opierał się rękami i nogami przed zadrażnianiem relacji z Ukrainą na tle historycznych rozliczeń), spotkał się wręcz ze środowiskowym ostracyzmem, czego dobitnym dowodem było demonstracyjne pominięcie „Wołynia” przy rozdaniu najważniejszych nagród na festiwalu filmowym w Gdyni. Musiał więc szybko się naprostować, by zmyć z siebie odium „pisowca” - i brawurowo przeszedł przez ten czyściec „Klerem”, filmem nakręconym już po słusznej, lewackiej linii i na właściwej bazie. Trudno powiedzieć, za co pokutował Tomasz Sekielski wraz ze swym bratem – krew z krwi i kość z kości walterowskiego TVN-u. Za to, że dostał program w państwowej telewizji? W każdym razie, postanowił stać się „twórcą niezależnym”, co to zbiera po ludziach datki na „wstrząsający dokument”. Może zresztą zgłosił się do tej roboty na ochotnika, żeby dodatkowo się wykazać, nieważne. Ważne jest to, że jak ogłosił otwartym tekstem Jan Hartman w tekście „Czy Sekielscy obalą PiS?”, film wprawdzie może i „instrumentalizuje ofiary pedofilii”, lecz „w dobrej wierze i w dobrej sprawie”. Teraz natomiast certyfikat „koszerności” postanowił odzyskać Patryk Vega, który strefił się nieprawomyślnym „Botoksem” z antyaborcyjnym wątkiem i na dodatek jak ten głupi rozpowiadał na prawo i lewo o swym „nawróceniu”, kokietując prawicową publikę. Doprawdy, aż strach pomyśleć, jakie ciśnienia tu oddziałują w ramach środowiskowej presji, choć nieco światła rzucają na to losy aktorów, którzy odważyli się zagrać w „Smoleńsku” - odwracanie się plecami, zrywanie znajomości, niewybredne wyzwiska i oczywiście, uwalona kariera. Jeśli nie ominęło to nawet postaci o formacie i dorobku Jerzego Zelnika, to co mówić o artystach mniej znanych, dla których rola tu, rola tam, to być albo nie być? Środowiskowa dintojra w czystej postaci.


III. Oliver Stone dla ubogich

Po niezbędnym zarysowaniu tła środowiskowo-obyczajowego, przechodzimy teraz do zasadniczej części mojego proroctwa. Otóż z filmu Vegi nic nie będzie. Spójrzmy zresztą. „Kler” Smarzowskiego – najbardziej kasowy kinowy przebój III RP - nie powstrzymał PiS-u przed odwojowaniem szeregu sejmików. „Tylko nie mów nikomu” Sekielskich zebrał rekordową liczbę wyświetleń na You Tube, co nie przeszkodziło PiS w zdecydowanym wygraniu wyborów do europarlamentu, a dosłownie dzień później temat kościelnej pedofilii umarł, dziś ekscytując już tylko fanatycznych klerofobów. Stało się tak dlatego, że histeryczna kampania promocyjna może i napędziła frekwencję, ale jej nachalność i jawny zamiar „dowalenia PiS-owi” sprawiły, że do ludzi dotarło, iż poddawani są manipulatorskiej obróbce – to zaś rodzi efekt przekory, a nierzadko refleksję, że na tle tych oszalałych, antykościelnych fanatyków ten PiS to jednak jest całkiem umiarkowany i normalny. Śmiem wręcz twierdzić, że oba filmy przyniosłyby większy efekt, gdyby nie zostały obudowane tą całą toporną, medialną politgramotą – a tak, zostały odebrane w pakiecie razem z resztą przekazu skrajnego lewactwa, w tym z ekscesami w rodzaju ci...y na kiju podczas gdańskiej gej-parady.

Podobnie będzie z „Polityką” Patryka Vegi. Film ten trafi do dwóch podstawowych grup odbiorców – betonowych zwolenników „totalnej opozycji”, którzy i bez tego „wiedzą”, że PiS to wcielone zło oraz do dumnych posiadaczy ugruntowanego przekonania, że wszyscy politycy to świnie i kanalie. W obu przypadkach film nie spełni swego zadania, bo pierwsi i tak w żadnych okolicznościach na PiS by nie zagłosowali, drudzy zaś najczęściej nie chodzą na wybory, bo skoro wszyscy politycy to jedna złodziejska banda, to po co się fatygować. Rzecz jasna, frekwencja w kinach będzie jak ta lala, bo raz, że Vega to generalnie kasowy reżyser, dwa – machina marketingowa zrobi swoje (już robi) i ludzie pójdą z czystej ciekawości (tak jak ciekawość zagrała na rzecz oglądalności „Kleru” i „Tylko nie mów nikomu”). I właśnie tą frekwencją będą buzowały się przekaziory w przeświadczeniu, że film Vegi „zrobił” im kampanię wyborczą i tylko patrzeć, jak wnerwiona publika ruszy wprost z kinowych sal do lokali wyborczych, by zmieść „pisiorów” z powierzchni ziemi. Będą więc ze swojej strony dowalały do pieca – coraz mocniej, coraz bardziej bez sensu i umiaru, aż w końcu... ze szczętem „przegrzeją” temat.

Swoje zrobi również sam film i charakterystyczna dla Vegi estetyka. Vega to reżyser, nazwijmy to, „kina dresiarskiego”, który teraz próbuje odgrywać Olivera Stone'a dla ubogich (na tę okoliczność publicysta Jakub Majmurek ogłosił już Vegę na łamach „Wyborczej” „wieszczem klasy ludowej”). Tymczasem wystarczy zerknąć na udostępnione w ramach podgrzewania atmosfery fragmenty filmu, by zorientować się, jak to będzie wyglądało: zlepek karykaturalnych stereotypów, postaci przerysowane aż do groteski, kuriozalna charakteryzacja rodem z „rozmów w tłoku” pamiętanych z „Szymon Majewski Show”, gra aktorska jak w „Uchu prezesa”... No i jeszcze „Ferdek” Grabowski w roli Jarosława Kaczyńskiego oraz Zamachowski jako ojciec Rydzyk... litości. „Beki” na seansach będzie co niemiara – i właśnie owa „beka” w połączeniu z natarczywym waleniem widowni cepem po łbach zabije cały polityczny potencjał filmu, skutecznie odstraszając umiarkowany elektorat środka.

Z jednym wyjątkiem – im bardziej wrzaskliwą fetę urządzi lewactwo, im więcej towarzyszyć będzie obrazowi Vegi różnych „przegięć” w przestrzeni publicznej (a idę o zakład, że oni się nie powstrzymają), tym bardziej zmobilizuje się prawicowy elektorat – jak po filmie Sekielskich i z podobnym efektem. Tak więc, możemy sobie spokojnie przygotować popcorn, patrząc na to lewackie panopticum szaleństwa – a potem udać się do urn, z góry ciesząc się na ich skacowane miny dzień po wyborach.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

„Kler”, czyli antykościelny „Żyd Suss”


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 26 (28.06-04.07.2019)

niedziela, 19 maja 2019

PiS kontra Konfederacja

Do prawicowego stawu wdarły się „szczupaki” z Konfederacji i stąd nerwowa reakcja pisowskich „karpi”.

I. Potępieńcza wojenka

„Walić w Konfederację czym się da!” - taki przekaz wg posła Roberta Winnickiego miał wyjść z centrali PiS po tym, jak wewnętrzne sondaże zaczęły pokazywać, że Konfederacja KORWIN-Braun-Liroy-Narodowcy przekracza próg wyborczy. No i zaczęło się: część prawicowych mediów (ze szczególnym uwzględnieniem grupy medialnej zogniskowanej wokół „Gazety Polskiej” oraz TVP Kurskiego) ruszyła z kampanią rozmaitych insynuacji i personalnych ataków – m.in. na profesorów Włodzimierza Osadczego czy Jerzego Roberta Nowaka. Z kolei Antoni Macierewicz w felietonie dla Radia Maryja i TV Trwam zaapelował do Konfederatów, by wycofali się z wyborczego wyścigu, bo startując „szkodzą Polsce”. Tomasz Sakiewicz z okazji święta 3 Maja wystosował natomiast do Klubów „Gazety Polskiej” rozpaczliwy list, w którym m.in. przestrzegał przed nową „konfederacją targowicką”, uspokajał w sprawie amerykańskiej ustawy 447 i dyscyplinował klubowiczów, by nie ważyli się brać udziału w inicjatywach i występować w mediach – najogólniej mówiąc – nie autoryzowanych przez szefa tzw. „Strefy Wolnego Słowa”. Swoją drogą, już sam fakt, że tego typu epistoła okazała się konieczna świadczy o jakimś oddolnym fermencie w tym środowisku. W tle pojawiły się oczywiście oskarżenia o „ruskiej agenturze” i chodzeniu na pasku Moskwy. Niejako przy okazji uderzono również w „Warszawską Gazetę” imputując nam... powiązania z Romanem Giertychem (!) i polityczne zaangażowanie na rzecz Konfederacji.


II. Mit „ruskiej agentury”

Warto na początek zdefiniować ową „ruską agenturę”, by mieć już ten absurd za sobą. Otóż „ruskim agentem” jest każdy, kto w jakimkolwiek punkcie nie zgadza się z aktualną linią polityczną PiS i jej medialnego nośnika, czyli „Gazety Polskiej” - jaka w danym momencie owa linia by nie była. Jak widać, „ruskim agentem” w tym ujęciu może zostać właściwie każdy, kto nie wykazuje się odpowiednim refleksem i elastycznością. Przykładowo, Tomasz Sakiewicz przypomina, że swojego czasu to „Gazeta Polska” podejmowała temat wołyńskiego ludobójstwa i żydowskich roszczeń majątkowych – i jest to akurat prawda, jako były czytelnik „GaPola” pamiętam, że faktycznie tak było. Jednak teraz, gdy obowiązuje nowa „mądrość etapu”, podnoszenie tych tematów ma świadczyć o działaniu na rzecz Rosji – no chyba, że znów zmienią się wytyczne. Prawda, jakie to proste? Wystarczy być na bieżąco...

Jako żywo, przypomina to metodę „młotkowania” przeciwników rodem z „Gazety Wyborczej” - z tą różnicą, że „Wyborcza” lubuje się w oskarżeniach o „antysemityzm”, a media okołopisowskie – o „agenturalność”. Przy czym zarzuty te stosowane są czysto instrumentalne, jako polemiczna maczuga na przeciwników, zwalniająca z obowiązku rzeczowej argumentacji. Skutkiem ubocznym jest dewaluacja obu oskarżeń – mało kto przejmuje się już wrzaskami o „antysemityzmie”, podobnie rzecz się ma z zarzutem o „agenturalność”. Konsekwencją niestety może być sytuacja, że gdy w przestrzeni publicznej zaczną harcować prawdziwi agenci, to społeczeństwo okaże się niewrażliwe na ostrzeżenia – dokładnie jak w słynnej bajce o pastuszku, który dla zabawy przestrzegał przed wilkami, a gdy wilki naprawdę nadeszły, nikt nie pospieszył z pomocą, sądząc że to kolejny dowcip przygłupiego pastuszka.

Druga rzecz, czyli rzekome wspieranie przez „Warszawską” Konfederacji. Otóż nie, naszą zasadą pozostaje hasło „nie ma wroga na prawicy” oraz motto „Nie obchodzą nas partie lub te czy owe programy. My chcemy Polski suwerennej, Polski chrześcijańskiej, Polski – polskiej. I stosownie do powyższego, jeżeli Konfederacja podejmuje inicjatywy, które wg nas są pożyteczne, to może liczyć na nasze wsparcie, podobnie jak Prawo i Sprawiedliwość. Żadne poparcie jednak nie może być bezkrytyczne i bezwarunkowe (co najwyraźniej niektórym nie może się pomieścić w głowach i uporczywie wolą doszukiwać się jakichś mętnych powiązań i niecnych intencji). Dlatego też, jeśli którakolwiek z sił politycznych robi coś szkodliwego – jest to przez nas punktowane. Jesteśmy medium tożsamościowym, a nie partyjnym. Tylko tyle i aż tyle.


III. „Karpie” kontra „szczupaki”

No dobrze, ale skąd wzięła się ta potępieńcza wojenka? Otóż PiS, pozbawiony przez lata liczącej się konkurencji po prawej stronie, poczuł się niejako „właścicielem” patriotycznego elektoratu, co dobrze obrazuje tzw. doktryna Lipińskiego, mówiąca, iż „poza PiS-em nie ma życia na prawicy” - a to z kolei przekłada się na przekonanie, że wyborcy „muszą” zagłosować na PiS, by nie zmarnować głosu. Nie trzeba geniusza, by przewidzieć skutek takiego podejścia – partyjny aparat, przekonany o swej monopolistycznej pozycji, coraz bardziej zamieniał się w stado „tłustych karpi”, których główną troską jest to, by w ich stawie nie zalęgły się przypadkiem jakieś szczupaki. Na to nakłada się dodatkowo sprawowanie władzy i związane z tym profity – w tych warunkach nader łatwo utożsamić interes partyjny z interesem państwa.

Do czego prowadziła w ostatnich latach opisana sytuacja? Ano do tego, że w miarę upływu czasu PiS zaczął zaniedbywać najbardziej radykalny elektorat, podążając w kierunku mitycznego „centrum”, mającego mu dać po jesiennych wyborach parlamentarnych pełnię władzy – a najlepiej większość konstytucyjną. Kalkulacja była następująca: głosy „radykałów” i tak mamy w kieszeni, bo nie mają żadnej alternatywy, należy więc sięgnąć teraz po wyborców umiarkowanych, do tego zaś potrzeba pozbyć się balastu w postaci wewnętrznej „ekstremy” i kontrowersyjnych postulatów programowych, oraz generalnie nieco złagodzić linię polityczną. Stąd brak istotnych rozliczeń z ośmioma latami rządów PO-PSL, połowiczna reforma wymiaru sprawiedliwości i „taktyczne kompromisy” w polityce zagranicznej.

Nastąpiło jednak nieprzewidziane: PiS przesuwając się do centrum, zostawił siłą rzeczy miejsce po prawej stronie, licząc na to, że prawicowy „plankton” nie będzie w stanie zagospodarować wyborców. I tu się przeliczył, bowiem ów rozdrobniony „plankton” zjednoczył się pod szyldem Konfederacji, uzyskując efekt synergii. Konfederacji wystarczyło podnieść z ziemi porzucone hasła, takie jak sprzeciw wobec żydowskich roszczeń, twardą postawę wobec historycznych zaszłości polsko-ukraińskich, suwerennościowy eurosceptycyzm czy postulaty środowisk pro-life sabotowanych w obecnym Sejmie. Nie obyło się, rzecz jasna, bez ostrej krytyki rządzącej partii – czasem zasadnej, czasem nie (np. wyjątkowo irytujące mnie osobiście hasło „PiS-PO jedno zło”). Nie obyło się również bez wpadek, takich jak wywiad Grzegorza Brauna dla kremlowskiego „Sputnika”, lecz generalnie okazało się, że Konfederacja „bierze”. Do prawicowego stawu wdarły się „szczupaki” i stąd nerwowa reakcja pisowskich „karpi”.


IV. Pożytki z Konfederacji

Ostatnie tygodnie pokazują, że pojawienie się Konfederacji przynosi pożyteczne efekty w postaci zdyscyplinowania partii rządzącej. Najdobitniej zaznaczyło się to w kwestii żydowskich roszczeń. Ujawnienie poufnej notatki ze spotkania J. Chodorowicz-T. Yazdgerdi oraz protesty przeciw „ustawie 447”, mimo groteskowych prób ich dyskredytowania, wymusiły wreszcie na obozie władzy szereg jednoznacznych deklaracji, że Polska nie jest nikomu nic winna – zwłaszcza jeśli chodzi o tzw. mienie bezdziedziczne. Odwołanie przez stronę polską wizyty izraelskiej delegacji również jest pokłosiem rosnącej presji – jakiekolwiek kontakty i rozmowy ze stroną żydowską w sprawie „odszkodowań” byłyby dziś dla PiS politycznym samobójstwem. Wreszcie – nieodzowna będzie obecność Konfederacji w przyszłym Sejmie, niejako wymuszająca zawarcie szerokiej, prawicowej koalicji, uwzględniającej przynajmniej w jakimś stopniu program na prawo od PiS. Dotyczy to również uchwalenia nowej Konstytucji – dlatego dobrze by się stało, gdyby po obu stronach nieco wyciszono emocje. Oba ugrupowania by realnie coś osiągnąć będą potrzebowały siebie nawzajem, a prawdziwy wróg jest zupełnie gdzie indziej. Warto pamiętać o tym już dziś.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Szczupak w stawie karpi


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 20 (17-23.05.2019)

poniedziałek, 29 października 2018

Gorzkie zwycięstwo PiS

Zamiast wzmożenia prawicowego elektoratu nastąpiło uśpienie - zmobilizowała się natomiast druga strona.

I. W terenie bez zmian

Zgodnie z moimi obawami sprzed tygodnia, wybory samorządowe nie przyniosły zasadniczego przełomu. Wg sondażu late poll pracowni Ipsos (dane z losowo wybranych komisji wyborczych) PiS osiągnęło w skali kraju 33 proc., Koalicja Obywatelska – 26,7, PSL – 13,6. Przełożyło się to na zwycięstwo PiS w 9 województwach – w 1/3 jest to jednak triumf symboliczny. W momencie, gdy piszę te słowa, Prawo i Sprawiedliwość na samodzielne rządy może liczyć w 6 sejmikach – podkarpackim, podlaskim, małopolskim, lubelskim, łódzkim i świętokrzyskim. Być może uda się jeszcze gdzieś sklecić koalicję, ale póki co, w stosunku do wyborów z 2014, PiS udało się odwojować pięć regionów – w pozostałych KO z PSL wspólnymi siłami są w stanie przelicytować partię rządzącą. Krótko mówiąc, mimo poprawy wyniku z 2014 o ponad 6 pkt. proc. historia się powtarza – PiS swą wygraną będzie w stanie skonsumować w stosunkowo niewielkim stopniu, a w terenie przeważnie wszystko zostanie po staremu (10 z 16 sejmików zachowa status quo). Widać wyraźnie, że aby osiągnąć realny polityczny sukces, należało co najmniej powtórzyć wynik z wyborów parlamentarnych (37,58 proc.), a najlepiej – poprawić go. Tymczasem, nastąpił tu regres o niemal 5 pkt. proc., do czego walnie przyczynił się dwucyfrowy wynik PSL. Partia ta z reguły jest nadreprezentowana w samorządach, co zawdzięcza silnemu zakorzenieniu w terenie. Za rok, w wyborach do Sejmu, z pewnością nawet nie zbliży się do podobnego rezultatu, niemniej pogłoski o śmierci ludowców okazały się stanowczo przesadzone.


A zatem, mamy pewien postęp, lecz osiągnięty wynik jest zdecydowanie słabszy, niż mógłby być – a już na pewno jest poniżej oczekiwań, o czym świadczy również nader powściągliwa reakcja Jarosława Kaczyńskiego, który w swym wystąpieniu podkreślił przede wszystkim ogrom pracy czekającej jego ugrupowanie przed przyszłorocznymi wyborami parlamentarnymi. Trzeba dodać jeszcze zdecydowaną porażkę w wielkich miastach - poza Gdańskiem i Krakowem kandydaci PiS polegli już w I turze.


II. PSL złapało drugi oddech

Nieskrywaną intencją Prawa i Sprawiedliwości w kampanii wyborczej było ostateczne znokautowanie PSL i wydarcie Polski gminno-powiatowej z rąk tego bodaj najbardziej szkodliwego ugrupowania. To się zdecydowanie nie udało, na prowincji obroniły się stare układy, co ludowcy zawdzięczają w dużej mierze rozbudowanym, zasiedziałym strukturom i związaną z tym zdolnością do realizacji swego jedynego prawdziwego programu – Posady Swoim Ludziom. PSL to po prostu liczący się pracodawca z rzeszą wiernych beneficjentów. Ale koniecznie trzeba tu zaznaczyć, że sukces ludowców jest również pokłosiem błędów i zaniechań PiS z ostatnich lat. Po pierwsze, mści się sposób budowania partii jako ugrupowania „kadrowego”, zamiast „partii masowej”. Przekłada się to na stosunkowo niewielką liczbę członków i związaną z tym słabość organizacyjną w terenie. Na prowincji PiS do PSL-u zwyczajnie „nie ma wstanu”. Druga rzecz, to szereg niefortunnych posunięć, z których wymieniłbym trzy podstawowe: zbyt restrykcyjna ustawa o obrocie ziemią, utrudniająca rolnikom zbywanie i poszerzanie gospodarstw; absurdalny projekt ustawy o ochronie zwierząt forsowany przez Krzysztofa Czabańskiego; no i wreszcie brak reformy skupu płodów rolnych opanowanego dziś przez kartel pośredników z zagranicznym kapitałem.


Spójrzmy na to oczyma rolnika: hodowla zwierząt futerkowych jest jedną z nielicznych branży, gdzie Polska należy do światowych potentatów. I na to przychodzi jakiś nawiedzony wegetarianin pragnący jednym pociągnięciem pióra, z czysto ideologicznych pobudek, zniszczyć dorobek tysięcy przedsiębiorców.
Takie postępowanie się mści i PiS zapłaciło rachunek za lewackie szajby Czabańskiego – co gorsza, przeprowadzane przy osobistym poparciu Jarosława Kaczyńskiego. Kolejna sprawa, to tzw. malina-gate, czyli wysyłanie przy poparciu rządu sadzonek malin na Ukrainę wraz z organizowaniem fachowych szkoleń dla tamtejszych plantatorów. Ja wiem, że w gruncie rzeczy ta akcja miała rozmiary symboliczne, lecz polityka i ludzkie emocje mają to do siebie, że przez takie drobiazgi można przerżnąć wybory. W tym roku mieliśmy kryzys na rynku owoców miękkich – i w takim momencie rolnik, który nie mógł sprzedać swoich malin po godziwej cenie usłyszał, że rząd będzie wspomagał zagraniczną konkurencję. Po takim sygnale krew zalewa człowieka, a ręce same wyciągają się po widły.


Skutek powyższego jest taki, że PiS w oczach znacznej części mieszkańców polskiej wsi wciąż pozostaje ugrupowaniem „miastowych” - z „miastowymi” fanaberiami w rodzaju załamywania rąk nad losem biednych norek. A „pesel” to zawsze „pesel” - miejscowi, swoi. Lepszego prezentu PiS nie mogło zrobić konkurencji i PSL skrzętnie go wykorzystało.
W efekcie, PiS przegrało władzę w szeregu sejmików i wielu małych miejscowościach w dużej mierze na własne życzenie. Wybory, które miały złożyć ludowców do grobu, dały im drugi oddech, a samorządowe sitwy czekają kolejne cztery spokojne lata.


III. Błędy kampanii

Roztrząsając wynik wyborczy trzeba też powiedzieć co nieco o samej kampanii. Otóż sądzę, że na notowaniach PiS w znaczący sposób zaważyła jazgotliwa i toporna propaganda sukcesu uprawiana przez rządową telewizję Jacka Kurskiego, z którą ścigały się sprzyjające władzy tytuły prasowe prezentujące linię już nawet nie „prawicową” czy „tożsamościową”, ile po prostu partyjną. Oczywiście rozumiem, że za hojne futrowanie reklamami spółek Skarbu Państwa wypada się odwdzięczyć, lecz funkcjonariusze agit-propu zwyczajnie przedobrzyli, wyświadczając tym samym PiS niedźwiedzią przysługę. Dzień w dzień trwało napawanie się coraz bardziej bombastycznymi sondażami w których PiS „miażdżył” rywali, do tego stały przekaz w którym partia rządząca była nieodmiennie fantastyczna i bez wad, a bruździła jedynie „targowica i zagranica”. Na wytykanie błędów i wpadek, a nawet na życzliwą, konstruktywną krytykę nie było miejsca. Kto zgłaszał jakieś zastrzeżenia – ten defetysta, albo zgoła „ruski agent”. Na dłuższą metę taka monotonna młócka jest po prostu nie do zniesienia, co potwierdza dramatycznie malejąca sprzedaż prawicowych tygodników opinii (z wyjątkiem „Warszawskiej Gazety”, za co jesteśmy naszym Czytelnikom nieodmiennie wdzięczni). Efekt? Zamiast wzmożenia prawicowego elektoratu nastąpiło uśpienie, bo „nasi” wszak mają zwycięstwo w kieszeni... Natomiast zmobilizowała się druga strona, co ewidentnie widać po frekwencji (54 proc. przy 47 proc. w 2014) - bo za wszelką cenę trzeba było „powstrzymać PiS”. Inna sprawa, że sondaże faktycznie były dość optymistyczne, więcej – o ile wcześniej PiS w badaniach było z reguły niedoszacowane, to tym razem sytuacja była odwrotna. Czyżby sondażownie chciały w ten sposób zdemobilizować prawicowych wyborców?


No i wreszcie błędy samego PiS i jego kandydatów.
Spot wyborczy z uchodźcami był klasycznym strzałem w kolano. Podejrzewam, że ludzie potraktowali go jako cyniczną, nachalną próbę odgrzania emocji z 2015 r. - stojącą ponadto w sprzeczności z polityką rządu Morawieckiego ściągającego na potęgę imigrantów zarobkowych, również z krajów egzotycznych, co przecież widać na co dzień na ulicach. Z kolei Patryk Jaki przeszarżował z totalną krytyką stanu Warszawy, co zostało odebrane jako dezawuowanie nie tylko HG-W, ale również samych warszawiaków, którzy trzykrotnie ją wybrali. Próba „delegalizacji” Hanny Zdanowskiej w Łodzi została potraktowana jako brutalne usiłowanie ręcznego sterowania wyborami, co wręcz idealnie pokrywało się z lansowanym przez opozycję wizerunkiem PiS jako partii zamordystów, więc wyborcy w odruchu sprzeciwu zagłosowali „na przekór”. A jeszcze można dodać lekceważenie własnego, twardego elektoratu przejawiające się w braku rozliczeń poprzedniej władzy czy dziwnym meandrowaniu w kierunku mitycznego centrum...


Skutkiem jest wynik poniżej możliwości. To wprawdzie wciąż zwycięstwo - ale zwycięstwo cokolwiek gorzkie.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Na podobny temat:

Wybory samorządowe – gra o Polskę


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 43 (26.10-01.11.2018)

piątek, 9 października 2015

Kampania w cieniu sztandaru Proroka

O ile jeszcze do niedawna można było się zastanawiać, czy PO osiągnie w przyszłym Sejmie mniejszość „blokującą”, o tyle teraz można ze spokojem stwierdzić, że jesteśmy świadkami uwertury do pogrzebu tego ugrupowania.

I. Uwertura do pogrzebu

Histeryczna reakcja Ewy Kopacz na przemówienie Jarosława Kaczyńskiego podczas sejmowej debaty o imigrantach może służyć za podręcznikowy przykład politycznej autodestrukcji. Do niedawna Platforma niszczyła wyłącznie poszczególne obszary polskiego państwa, topiąc je w bagnie korupcyjnych układów, bądź zwyczajnej nieudolności – obecnie ów gen zniszczenia obrócił się przeciw niej samej. Inna sprawa, że wystąpienie prezesa PiS było swoistym majstersztykiem – nie dość, że podkreślając zagrożenia związane z napływem muzułmańskich imigrantów utrafił idealnie w społeczne nastroje, to jeszcze spowodował „wkręcenie” Platformy w proimigracyjną narrację serwowaną nam przez reżimowe mediodajnie. Symboliczna była tu scena, gdy na skierowane do ław koalicyjnych pytanie Kaczyńskiego, czy chcą, by Polacy przestali być gospodarzami we własnym kraju, poseł PO Jerzy Fedorowicz odkrzyknął: „Tak!”. W ten oto sposób schemat radykalnego „antykaczymu”, na którym Platforma opierała latami swą propagandową narrację, obrócił się przeciw niej samej. Rekord „samozaorania” należał jednak do Ewy Kopacz, która zmuszona sytuacją sejmowej konfrontacji, chcąc nie chcąc, musiała ustawić się w kontrze do lidera opozycji, wchodząc tym samym w rolę zwolennika przyjmowania przybyszów – i to pod nieskrywanym szantażem Berlina – co, jak można się spodziewać, pogrzebało ostatecznie szanse Platformy na jakikolwiek przyzwoity wynik wyborczy. Słowem – mistrzostwo świata.

Opinia Polaków jest jednoznaczna: nie chcemy w kraju żadnych przybyszów z Bliskiego Wschodu i Afryki. Widzimy w nich potencjalne zagrożenie i czynnik destabilizujący nasze państwo. Do tego dochodzą standardy socjalne, które należy zapewnić „uchodźcom” - znacznie powyżej tego, na mogą liczyć rzesze rodaków wegetujących poniżej progu ubóstwa. Co więcej, podobne stanowisko podziela w zdecydowanej większości - i tak systematycznie topniejący - elektorat PO. Jak tak dalej pójdzie, to wkrótce zostanie z niego jedynie garstka fanatyków, którym strach przed Kaczyńskim do reszty zaburzył ogląd rzeczywistości. Być może Ewa Kopacz, która miast merytorycznej polemiki wybrała po raz kolejny wariant demonizowania lidera PiS – tym razem w wersji „jak PiS dojdzie do władzy, to wyprowadzi Polskę z Unii” - złożyła pokłon właśnie temu twardogłowemu segmentowi swych wyborców, ale jeśli faktycznie taka była jej intencja, to świadczy ona jedynie o pogłębiającej się desperacji pani premier.

Sprawa kryzysu imigracyjnego będzie wiodącym tematem kampanii wyborczej i nie uda się jej przykryć fajerwerkami w rodzaju propozycji przedstawionych na ostatniej konwencji PO – na dodatek rzuconych w formie luźnych pomysłów, które dopiero należy doprecyzować i zrobić konkretne wyliczenia, bo póki co, najtęższe ekonomiczne głowy nie są w stanie zgodzić się, ile będą kosztowały konsekwencje „rewolucji” w progach podatkowych, czy budżetowego „dopłacania” do składek ZUS i NFZ. Natomiast kwestia imigrantów jest nośna, utrafia w społeczne (zupełnie uzasadnione, dodajmy) lęki i w naturalny sposób gra na korzyść opozycji. Tak więc, o ile jeszcze do niedawna można było się zastanawiać, czy PO osiągnie w przyszłym Sejmie mniejszość „blokującą”, o tyle teraz można ze spokojem stwierdzić, że jesteśmy świadkami uwertury do pogrzebu tego ugrupowania.

II. Medialna młotkownia

Dodatkowo, rząd Ewy Kopacz pogrążają sojusznicze media, serwujące społeczeństwu w obliczu imigracyjnego najazdu propagandową kanonadę połączoną z waleniem po łbach opornych. Z prawdziwą radością stwierdzam, że nie wyciągnięto żadnych wniosków z przegranej kampanii Komorowskiego i postanowiono funkcjonować na zasadzie: więcej tego samego! Niczym Bourbonowie okresu Restauracji o których mówiono, że niczego nie zapomnieli i niczego się nie nauczyli, rządowe media postanowiły młotkować Polaków w tym samym stylu, co dotychczas – nabzdyczonych, przepojonych poczuciem wyższości pouczeń. Różnica jest jedynie taka, że podczas kampanii prezydenckiej wbijano nam do głów, że powinniśmy odczuwać dumę z 25-lecia III RP, teraz natomiast peroruje się równie mentorskim tonem, co światły Europejczyk i „człowiek na poziomie” powinien sądzić o „uchodźcach”, jeśli nie chce zostać zaszeregowany do grona ksenofobicznego, prowincjonalnego ciemnogrodu. W obu przypadkach mamy do czynienia z kompletnym rozjechaniem się przekazu z odczuciami potężnych grup społecznych, zatem i efekt siłą rzeczy będzie podobny. To wygląda wręcz na wizerunkowe samobójstwo – zupełnie, jakby medialni funkcjonariusze wraz ze swymi redakcjami postanowili wykopać sobie grób na tym samym cmentarzu, tuż obok mogiły ustępującej partii władzy.

Jeżeli podczas wspomnianej tu sejmowej debaty telewizja pokazuje jednocześnie starcia na węgierskiej granicy, żywym obrazem zaprzeczając temu, co pada z ust przedstawicieli rządu z sejmowej mównicy, to u widza może to skutkować jedynie przeświadczeniem, że „oni”, ze swoimi zapewnieniami, że nie ma się czego obawiać, kompletnie już odkleili się od rzeczywistości. Medialny mainstream nie wyciągnął również wniosków ze sprawności z jaką internet jest w stanie obnażyć kolejne wrzutki. Innymi słowy, propagandyści działają tak, jakby wciąż funkcjonowali w warunkach opiniotwórczego monopolu jedynie słusznej opcji – a to już od lat dawno i nieprawda. Dobrym przykładem jest fiasko akcji „Więcej wiedzy, mniej strachu” w którą zaangażowało się 40 redakcji. Internauci z miejsca zaczęli przypominać, co te same redakcje pisały o islamskich radykałach jeszcze nie tak dawno temu.

W momencie, gdy tuzy salonowego dziennikarstwa z Tomaszem Lisem, Jackiem Żakowskim, Piotrem Kraśką, Pawłem Wrońskim i całą resztą tej lewackiej menażerii próbują narodowi wmówić, że przygarnięcie najeźdźców szturmujących unijne granice - w większości młodych, zdrowych mężczyzn - oznacza dla nas samo dobro, „ubogacenie” i generalnie, zaistnienie „kolorowej Rzeczypospolitej”, to każdy przytomny odbiorca dojdzie do wniosku, że albo jest to bredzenie paranoików, albo, że ci ludzie zwyczajnie nienawidzą Polski i zrobią wszystko, by ją zniszczyć – wraz z naszą kulturą, tradycjami, wiarą, stylem życia. Niemal każdy ma członka rodziny, bądź kogoś ze znajomych na emigracji i w związku z tym wie z pierwszej ręki, jak owo zachwalane nam „otwarte społeczeństwo” funkcjonuje w praktyce. Jeżeli przepojeni ojkofobicznymi projekcjami medialni pałkarze wrzeszczą na nas, że musimy wykazywać się „europejską solidarnością” pod dyktando kanclerzycy Merkel, bo „Unia nam płaci” i mamy wobec Zachodu dług wdzięczności, na dodatek donosząc na Polaków do niemieckich gazet (vide - enuncjacje Grossa i Michnika w „Die Welt”) i szczując zagraniczną opinię publiczną na nasz kraj – to odpowiedzią może być jedynie odruch buntu przeciw werbalnej przemocy. Chyba od czasu żałoby po Smoleńsku i pomstowania na „duszne opary polskiego mesjanizmu” wyobcowanie z narodowej tkanki samozwańczych elit wraz z ich postępackimi mądrościami nie objawiło się z taką wyrazistością.

III. Kres politycznego Frankensteina

Platforma – i tu zgadzam się z diagnozą Rafała Ziemkiewicza – nie przetrwa w opozycji. Sitwę tę spaja jedynie możliwość kręcenia lodów, stołki, apanaże i pozostałe profity władzy. Spójrzmy na inne partie – SLD, mimo podziałów, łączy w znacznej mierze wspólnota komunistycznych biografii i związana z nią środowiskowa lojalność – przynajmniej na jakimś elementarnym poziomie. PSL jest partią branżową i tu również trudno wyobrazić sobie dezintegrację, choćby ze względu na umocowanie w licznych strukturach samorządowych. PiS, pomimo secesji „PJoNków” i ziobrystów, posiada ideowy kręgosłup, a przede wszystkim Jarosława Kaczyńskiego, dzięki któremu partia nie rozlazła się przez osiem lat opozycyjnego postu; nie wolno też zapominać o cementującym wymiarze smoleńskiej traumy. Platforma nie spełnia żadnego z powyższych warunków zachowania spoistości. Jest sztucznym tworem, politycznym Frankensteinem, powołanym do życia w znacznej mierze dzięki zaangażowaniu ludzi służb oraz ich podwykonawców (Gromosław Czempiński, Andrzej Olechowski), zwycięstwo wyborcze w 2007 i trwanie przy władzy zawdzięcza poparciu Niemiec (przypominam tekst śp. Rewizora „Jak zmanipulowano wybory 2007 roku” - do „wyguglania”, naprawdę warto) – zatem procesy gnilne rozpoczną się zaraz po odłączeniu od aparatury władzy.

Możemy tylko się domyślać jak poważne uwikłania wchodzą w grę, skoro Ewa Kopacz postanowiła – wbrew stanowisku Grupy Wyszehradzkiej - przypieczętować swą klęskę zgodą na odgórne, unijne „kwoty” (w czym dopomógł jej Donald Tusk proceduralnym kruczkiem, tak by formalne zobowiązanie zostało podjęte na dzień przed szczytem Rady Europejskiej, na spotkaniu ministrów spraw wewnętrznych). Ta sprawa nie przyschnie do wyborów, a reakcją będzie potężny ładunek wściekłości, która znajdzie ujście w październiku przy urnach, kiedy całe to sprzedajne towarzystwo zostanie pognane do wszystkich diabłów.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2545-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 37 (23-29.09.2015)

poniedziałek, 18 maja 2015

Komorowski, czyli arogancja ukarana

Komorowski pokazał Polakom swoje inne, skrzętnie skrywane do tej pory oblicze – nadętego satrapy, skorego do pogróżek i łajania oponentów.

Nie dziwię się Bronisławowi Komorowskiemu, że po powrocie z Japonii stwierdził tęsknie, iż kampania wyborcza powinna trwać w Polsce 12 dni – tyle, co u samurajów. W zasadzie, tylko tak krótki limit czasowy dawałby mu szansę na reelekcję – no chyba, że układ rządzący postanowi pójść „na rympał” i ordynarnie sfałszuje wyniki II tury, co wciąż jest możliwe. Okazało się bowiem, że podstawowym powodem, który sprawił, iż urzędujący prezydent przegrał (choć minimalnie) pierwszą turę, staczając się z pułapu 60. do 33,77 proc. była właśnie zbyt długa kampania.

U jej startu, przypomnijmy, wydawało się, że Komorowski gładko pokona Dudę i to w pierwszej turze. Tymczasem kampania wyborcza unaoczniła szerokiemu spektrum wyborców wszystkie deficyty prezydenta, o których do tej pory wiedzieli tylko jego najbliżsi współpracownicy i żelazny elektorat PiS-u wychwytujący kolejne blamaże. Liczne wpadki i lapsusy, które dało się medialnie maskować przez całą kadencję, w trakcie kampanii i inwazji „bronkobusów” na polską prowincję, zostały nagle wywalone społeczeństwu przed oczy w swej pełnej, kompromitującej okazałości. Ludzie nagle zobaczyli nie jowialnego wujka Bronka z dwururką lecz osobnika na skraju demencji, najprawdopodobniej z postępującą miażdżycą (jeszcze 5 lat temu Komorowski był, jak na jego standardy oczywiście, w o wiele lepszej kondycji intelektualnej i generalnie, psychofizycznej), nie potrafiącego wygłosić krótkiej mowy bez kartki, a jak już zaczynał mówić „z głowy”, to nie wiadomo było gdzie oczy podziać od tej siary i żenady. Rubaszne powiedzonka w rodzaju tego o krótkich mowach i długich kiełbasach kreujące niegdyś jego wizerunek jako „swojego chłopa”, zamieniły się w bełkotliwe „suchary” o specjalistach od kur, przerywane niekontrolowanymi wybuchami gniewu.

No właśnie – gniew. Bronisław Komorowski w ostatnich miesiącach pokazał Polakom swoje inne, skrzętnie skrywane do tej pory oblicze – nadętego satrapy, skorego do pogróżek i łajania oponentów. Nie lekceważąc znaczenia popisów takich jak wchodzenie na fotel w japońskim parlamencie, co wywarło skrajnie negatywne wrażenie na Polakach tradycyjnie bardzo wyczulonych na to, jak widzi nas i naszych reprezentantów zagranica, to właśnie owe maniery nabzdyczonego „jaśnie pana” skorego do sięgania po szpicrutę, ilekroć ktoś z plebsu śmie mu napyskować, mogły zrazić wielu wyborców. Akcje borowców w rodzaju zaklejania ust taśmą protestującemu obywatelowi – to zwyczajnie nie mogło zostać dobrze odebrane. I znów, jak z opisaną powyżej kondycją intelektualną prezydenta – te, mówiąc oględnie, mało sympatyczne cechy Komorowskiego, o których wiedział dotąd jedynie jego zdeklarowany negatywny elektorat, zostały objawione wszem i wobec.

Komorowski wreszcie, dał się poznać jako arogant. Protekcjonalne traktowanie Andrzeja Dudy oraz pozostałych kontrkandydatów, czego najpełniejszym wyrazem była ostentacyjna odmowa udziału w debacie i postawienie na bezpieczne rozmowy w zaprzyjaźnionych telewizjach, również zadziałały na jego niekorzyść. Tu mała anegdotka – dzień po debacie w TVP usłyszałem na poczcie dialog: „- Oglądałeś debatę? - No, tak... - A Komorowski co, nie przyszedł? - No, nie przyszedł... coś mi się wydaje, że on jednak przegra”. No właśnie. Zresztą, nawet w rozmowie w TVN24 „wujek Bronek” obnażył swą drugą twarz, sztorcując Rymanowskiego, gdy ten zadał pytanie o książkę Wojciecha Sumlińskiego. Niejasne groźby, pouczenia jakich pytań i znajomości dziennikarz powinien się wystrzegać - znów, arogancja, buta, wywyższanie się i ogólnie odpychający sposób bycia. Tego Polacy nie lubią.

Bronisławowi Komorowskiemu wydawało się, że przejdzie przez wybory suchą nogą, wygrywając w pierwszej turze – niczym Kwaśniewski w 2000 roku. Tyle, że Kwaśniewski wtedy jeszcze miał wolę walki, zaś Komorowski przypominał spasionego na belwederskiej diecie kocura, któremu już się nie chce łowić myszy. Gdy okazało się, że zaczyna tracić w sondażach (które jednak aż do końca dawały mu przewagę – tradycyjny już u nas kryminał), po prostu się obraził. To naprawdę tak wyglądało – ten facet był zwyczajnie odęty na rzeczywistość; na to, że kogoś musi jednak do siebie przekonywać i że w terenie nie wszyscy witają go z kwiatami i nie zawsze śmieją się z jego dowcipów, za to dużo częściej z niego samego. A prezydent nie może pozwolić sobie na śmieszność - takiego przeciętny wyborca, pragnący widzieć w głowie państwa pewien paternalistyczny symbol, nie wybierze, tylko każe mu macać kury.

No i media. Kwaśniewski trafił w sedno mówiąc w wyborczy wieczór, że Polacy nie tylko mają dość politycznego establishmentu, ale i dziennikarzy (w domyśle – którzy są tegoż establishmentu częścią). Tak więc – zwracam się do medialnych funkcjonariuszy - jeszcze więcej obraźliwych okładek, agresywnych propagitek i lizusostwa. Istnieje spora szansa, że właśnie dzięki temu wykopiecie polityczny grób swemu kandydatowi.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/1631-pod-grzybki-3

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 20 (15-21.05.2015)

środa, 16 kwietnia 2014

Tusk i propaganda strachu

Mamy do czynienia z próbą rozbudzenia i zagospodarowania społecznych emocji, a następnie zarządzania nimi poprzez wytworzenie atmosfery zagrożenia.

I. Narracja strachu

Ostatnie kampanijne tygodnie przed wyborami do europarlamentu pokazały jasno, że spośród różnych politycznych „narracji” Tusk wraz ze swoją ekipą postawił na element grozy. W zasadzie nic nowego - wszak straszenie „pisiorami” i „moherami” było stale obecne w reżimowej propagandzie Dyktatury Matołów i sprzęgniętych z nią mediodajni („jak PiS dojdzie do władzy...” - że przypomnę pamiętny skecz kabaretowy wyśmiewający rządowy przekaz). W momentach kluczowych wybijano ten element na plan pierwszy, jak chociażby w spocie wyborczym z 2011 roku straszącym opinię publiczną zmontowanymi w nienawistnych paroksyzmach obrońcami Krzyża z Krakowskiego Przedmieścia. O ile jednak wcześniej Platforma starała się jeszcze łagodzić przekaz pokazując swe „konstruktywne” oblicze spod znaku „nie róbmy polityki, budujmy drogi”, o tyle dziś ma do zaoferowania wyborcom jedynie strach przed różnorakimi zagrożeniami, których bezpośrednią, lub pośrednią przyczyną ma być opozycja.

Tak więc mamy do czynienia z próbą rozbudzenia i zagospodarowania społecznych emocji, a następnie zarządzanie nimi poprzez wytworzenie atmosfery zagrożenia.

II. Straszenie wojną

Te właśnie tony pobrzmiewały w przemówieniu Tuska, podczas którego padła fraza o wyborach do PE, które zdecydują, czy pierwszego września polskie dzieci będą mogły pójść do szkoły. W najoczywistszy sposób Tusk postanowił żerować na atawistycznym strachu większości Polaków przed wojną jako taką, a przed wojną z Rosją w szczególności. Rządowa propaganda kieruje opinię publiczną ku myśleniu - lepiej już niech rządzi Tusk, który liże tyłek Szkopom i Ruskim, bo może wtedy zostawią nas w spokoju, a jak Kaczyński dojdzie do władzy, to Putin zrobi z nami to samo co z Ukrainą. Bez sensu? Owszem, ale zbiorowe emocje nie muszą poddawać się logice, szczególnie w umiejętnie zbudowanym nastroju bliżej nieokreślonego niepokoju.

Trzeba przyznać, że reżimowi pijarowcy trafnie rozpoznali społeczne nastroje, o czym świadczy chociażby ostatnie sondażowe wahnięcie na korzyść Platformy. Przeciętny Polak bowiem pragnie świętego spokoju, codzienna krzątanina wokół spraw bytowych zaprząta całą jego uwagę i ostatnią rzeczą jakiej pragnie jest wpędzenie Polski w jakąś awanturę, mogącą skutkować utratą choćby najskromniejszych owoców jego harówki. Wbrew temu co pragnęlibyśmy o sobie mniemać, nie jesteśmy narodem bohaterskich powstańców, lecz w dużej mierze pozostajemy zglajszachtowaną postsowiecką masą na dorobku, u której sama myśl o zadarciu z którymkolwiek z możnych sąsiadów – choćby tylko na polu dyplomacji, czy symboliki – wywołuje marskość pośladków. Niemcy imponują nam swym ordungiem i bogactwem, Rosji zaś panicznie się boimy niczym oprycha w ciemnej ulicy, nominalnym sojusznikom nie dowierzamy ze względu na historyczne rozczarowania, zatem w powszechnej opinii powinniśmy siedzieć cicho i się nie sadzić, bo oberwiemy. Ponadto podejrzewam, że część podskórnie czuje, iż za Smoleńskiem stoi jednak Putin, a skoro mógł się posunąć do takiej zbrodni, to tym lepiej z nim nie zadzierać. Na tym jedzie obecnie Tusk, wplatając umiejętnie masowe obawy w kontekst obecnych wydarzeń na Ukrainie – i póki co, dobrze na tym wychodzi.

III. Tworzenie wroga metodą prowokacji

Jednak zagrożenie zewnętrzne to nie wszystko. Dla pełni przekazu potrzebny jest również wróg wewnętrzny pragnący wywołać wojnę domową, niczym ci wspomniani na wstępie obrońcy Krzyża ze spotu sprzed wyborów parlamentarnych w roku 2011.

I tym kolejnym etapem budowania atmosfery grozy było przytoczenie przez Tuska na konferencji prasowej pogróżek pod adresem jego córki. To już była jazda bez trzymanki. Spójrzmy na treść i formę owych gróźb, ma ona bowiem swoje znaczenie, o czym za chwilę: „Twoje bękarty zdechną, a ty zostaniesz zabita, rozszarpana na strzępy z całą rodziną. Jesteście parszywym pomiotem smoleńskiego mordercy. Przekaż ryżemu kundlowi, że zostanie zabity za mord smoleński"; „Ty bezrobotna dziwko, ty też zostaniesz zabita i cała wasza rodzina. Bo ścierwo ryżego kundla musi być wytępione do pięciu pokoleń"; „Chciałem spytać, czy już wiesz, gdzie będziesz próbowała się ukryć i uciec, bo chyba świadoma jesteś, że jak kundlowi zdejmiemy ochronę, to i z was nikt nie przeżyje".

Podobne treści miały też przychodzić do Donalda Tuska oraz innych członków jego rodziny i miało być ich „kilkaset”. Cóż, być może faktycznie znalazło się paru niezrównoważonych maniaków, sądzę jednak, że generalnie jest to ukartowana mistyfikacja. Już tłumaczę dlaczego. Otóż, nie wiem jak dla Państwa, ale dla mnie język jakim te groźby zostały sformułowane jako żywo przypomina język esbeckich anonimów z czasów PRL-u. To samo stężenie plugastwa, ta sama stylistyka. Przypuszczam, że zostały na użytek wyborczego „pijaru" wyprodukowane w tych samych kazamatach, w których siedzą uczniowie i następcy „pierwszorzędnych fachowców" resortu „człowieka honoru", generała Kiszczaka. Zwróćmy uwagę, że bliźniaczego języka (choć w nieco złagodzonej wersji) używał osławiony „Andrzej spod Krzyża”, co wykorzystano w przywoływanym już spocie wyborczym z 2011 roku. Andrzej Hadacz okazał się być koniec końców prowokatorem, który objawił się następnie u boku „konstruktu służb”, czyli Janusza Palikota na gej-paradzie.

To jest dokładnie ten sam poziom szamba, rodem z wpisów jakie codziennie dyżurne trolle zamieszczają w internecie pod adresem PiS-u i Jarosława Kaczyńskiego, to samo stężenie nienawiści, które popchnęło do zabójstwa Ryszarda Cybę - tyle, że ukierunkowane w drugą stronę. Ewidentna, służbowa prowokacja zmontowana wyłącznie po to, by Tusk mógł jej użyć w ramach przedwyborczej rozgrywki do budowania poczucia zagrożenia i „zarządzania poprzez strach".

IV. 10 służb

Do powyższej hipotezy skłania mnie jeszcze jedna przesłanka: oto w Polsce działa 10 służb specjalnych uprawnionych do inwigilowania obywateli, które nie wahają się korzystać ze swych prerogatyw, a nawet znacznie je przekraczać, o czym świadczyć może chociażby prywatna sprawa wytoczona „Rzeczpospolitej” przez wiceszefa ABW ppłk. Jacka Mąkę. Przedstawiono w niej jako materiał dowodowy stenogramy z podsłuchów rozmów telefonicznych Cezarego Gmyza i Bogdana Rymanowskiego z Wojciechem Sumlińskim. Stenogramy te były w posiadaniu ABW i nie zniszczono ich, mimo że Agencja miała taki prawny obowiązek.

I co - mam uwierzyć, że te 10 służb gromadzących wszelkie możliwe dane nie było w stanie namierzyć autorów pogróżek? Jeśli przyszły esemesami, to operatorzy sieci komórkowych zobowiązani są na własny koszt przechowywać dane - zarówno treści SMS-ów (!!!) jak i bilingi. Jeśli przyszły mailem, to przecież cóż prostszego niż namierzyć IP, zwrócić się do dostawcy internetu o odpowiednie dane? Jeśli natomiast przyszły pocztą tradycyjną, to również są odpowiednie metody, które służby specjalne mają do dyspozycji. Przypomnijmy sobie o „koronkowej" akcji chłopaków-abewiaków wobec „Brunobombera”, kiedy to najpierw przez długi czas podpuszczano go i „wkręcano" w zamach za pomocą podstawionych prowokatorów, by w odpowiednim momencie z przytupem ogłosić „sukces" akcji i ujęcie groźnego „terrorysty”. Tymczasem, w przypadku ewidentnych gróźb karalnych pod adresem premiera rządu RP i jego rodziny - cisza... Nikt nie jest w stanie wykryć sprawców. I to w najbardziej inwigilowanym przez spec-służby kraju w całej Unii Europejskiej.

A może mamy uwierzyć, że pan premier taki dobrotliwy, że machnął na sprawę ręką? Każdy, kto pamięta historię Piotra „Starucha" Staruchowicza, który za hasło „Donald matole, twój rząd obalą kibole" stal się na szereg miesięcy „prywatnym więźniem Donalda Tuska", może tylko wybuchnąć szczerym śmiechem na myśl o nagłym przypływie łaskawości Ober-Matoła wobec autorów pogróżek.

***

Powyższe wątpliwości jednak do przeciętnego zjadacza medialnej papki nie dotrą. Przeciętny wyborca ma się bać wojny i wewnętrznej destabilizacji sprokurowanej przez nienawistnych pisowskich fanatyków dyszących żądzą mordu. I póki co, powtórzę, Tusk całkiem nieźle na tej strategii wychodzi...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

 

czwartek, 4 października 2012

Wielowektorowy przekaz PiS-u

Wreszcie mamy do czynienia w wykonaniu PiS z dywersyfikacją przekazu, zdolną obsłużyć różne segmenty elektoratu.

I. Wizerunkowa monokultura

Chciałoby się powiedzieć: wreszcie! Wreszcie mamy do czynienia w wykonaniu Prawa i Sprawiedliwości z dywersyfikacją przekazu, zdolną obsłużyć różne segmenty elektoratu. Do tej pory bowiem PiS miotał się od ściany do ściany, zastępując jedną wizerunkową monokulturę inną monokulturą. Albo (w okresach między kampaniami) smoleński „hardkor” odwołujący się wyłącznie do żelaznego elektoratu, albo (podczas kampanii wyborczych w 2010 i 2011) jakieś uładzanie wizerunku na siłę, groteskowe „formatowanie” Jarosława Kaczyńskiego jako dobrodusznego misia, który wygłasza sklerotyczne pochwały pod adresem Gierka, w nadziei przejęcia wyborców głosujących na postkomuszych „polityków średnio-starszego pokolenia”.

Jak się to kończyło, wiemy. Porażki w wyborach, które absolutnie były do wygrania, zaś gwałtowne zmiany politycznej stylistyki, robione z dnia na dzień kolejne wolty o 180 stopni, przyczyniły się jedynie do utrwalenia wizerunku Kaczyńskiego jako osoby dwulicowej, bez skrupułów manipulującej zbiorowymi emocjami, byle tylko dorwać się do władzy.

Celowo zostawiam tu na boku kwestię reżimowych mediodajni, propagandowych szczekaczek pozostających nieodłączną częścią postmagdalenkowego establishmentu, który pozwalam sobie określać mianem Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy IIII RP. Wiadomo czego się po nich spodziewać i nie mamy na to wpływu, a jeśli jednemu, czy drugiemu mądrali od pijaru wydaje się, że z medialnym mainstreamem III RP można podjąć jakąś „grę” i „użyć” go do „naszych” celów, to takiego kretyna należy jak najszybciej odsunąć od wpływu na cokolwiek, bowiem gość zwyczajnie żyje w alternatywnej rzeczywistości.

Tę lekcję przerabiali już różni cwaniacy, którym wydawało się, że obłaskawią esbeków, albo postkomunistyczny aparat państwowy, który teraz będzie służył „naszym”, tak jak służył komunie. Podobnie jest z mediami – po Smoleńsku do każdego, choćby w minimalnym stopniu kumatego politykiera, musiało dotrzeć, że te wszystkie „zaprzyjaźnione” przekaziory mają własne hierarchie i systemy podległości pozostające poza naszym zasięgiem. Dlatego próba flirtu z nimi zawsze kończy się smutno i niesmacznie – jak każda iluzja.

Zostawmy zatem na boku mediodajnie i skupmy się na tym, co realnie od „naszych” zależy. Otóż, jak nadmieniłem wyżej, głównym błędem PiS w sferze komunikacyjnej był monoprzekaz. Najpierw walenie ludzi po głowach miesiącami tematem zamachu smoleńskiego z Macierewiczem w roli frontmana, by nagle wraz ze startem kolejnych kampanii wyborczych odsyłać Macierewicza na tyły i kreować wizerunek umiarkowanej, centrystycznej partii z uśmiechniętymi „aniołkami” i przytulastym misiem-Kaczyńskim. Następuje festiwal „fajności”, wygładzania kantów i prezentowania się jako „konstruktywna siła polityczna” z „konkretnymi propozycjami dla Polski” – wszystko w tonie nieznośnej kokieterii, której nikt normalny nie kupi, a już na pewno nie mediodajnie ze swymi Suboticiami. Rekord pobiła tutaj oczywiście kampania Kluzik-Rostkowskiej z tańczącym Migalskim bawiącym się w hippisa, ale i zeszłoroczna kampania parlamentarna pod wodzą Tomasza Poręby wyglądała miejscami tak, jakby znaleziono jakieś skrypty po Kluzikowej i postanowiono je zaadaptować w lekko zmodyfikowanej formie.

No, a potem było tradycyjnie – przegrana i powrót do ostrej retoryki, ponowne wyciągnięcie na czoło Antoniego Macierewicza, bo trzeba jakoś zmobilizować elektorat po ponownej porażce. Czysty obłęd.

II. Dywersyfikacja przekazu

Rozpisuję się o tym wszystkim nie po to, by rozdrapywać rany, ale dlatego, że w ostatnich tygodniach zaobserwowałem wreszcie rozsądne zmiany na lepsze. Oto PiS, zamiast dotychczasowej wizerunkowej miotaniny nareszcie zaczął grać na wielu fortepianach. Zamiast w ramach „jesiennej ofensywy” „wyciszać Smoleńsk” i chować Antoniego Macierewicza do składziku na szczotki, dołożył po prostu kolejny element – tzw. „merytorykę” znaną do tej pory jedynie z okresów przedwyborczych. I o to właśnie chodzi, panowie. Należy postawić na wielowektorowy przekaz. Nie albo-albo, tylko jedno i drugie. Tak, jak dzieje się w tej chwili: nie odpuszczając kwestii związanych ze Smoleńskiem i obnażaniem degrengolady struktur państwa chodzących na rosyjskim pasku, należy równolegle prezentować propozycje zmian – czy to w gospodarce, czy w innych dziedzinach życia publicznego. Na równorzędnych prawach.

W ten sposób można dotrzeć do wyborców zniechęconych nieudolnością Platformy, którym coraz trudniej się żyje, bez konieczności uciekania się do absurdalnych, odbierających wiarygodność, przebieranek. Tych ludzi może mało obchodzi zamach smoleński, może zwyczajnie boją się prawdy, ale przyciągnąć ich może alternatywny przekaz w pozostałych sprawach. Pomyślą – no dobrze, wiadomo, że „pisiory” mają hopla na punkcie Smoleńska i kumają się z Rydzykiem, ale w pozostałych sprawach mówią do rzeczy. Więc niech sobie dłubią przy tym Smoleńsku, byle oprócz tego sprawili, że znowu będę miał z czego spłacać kredyt i co wrzucić na grilla.

I tak ma być – dla „twardych” konsekwentne wyjaśnianie Smoleńska aż do samego śmierdzącego dna tej sprawy, zaś dla „miękkich” - projekty ustaw, konferencja gospodarcza i stonowany, konstruktywny pan profesor jako szef „gabinetu cieni”. A dla wszystkich – demonstracja, taka jak ta ostania, gdzie współgrały ze sobą najróżniejsze hasła i postulaty.

A „zaprzyjaźnione telewizje” niech ujadają. Coraz mniej ludzi daje się otumaniać propagandą. Wyniki finansowe TVN, czy „Agory” mówią same za siebie, zaś „Wyborcza” bez rządowych kroplówek z reklam zeszłaby już dawno ze szczętem na dziady. Zresztą, rozmiarów sobotniego Marszu nawet one nie były w stanie do cna zakłamać, podobnie jak konferencji ekonomistów pod auspicjami PiS, czy prezentacji profesora Glińskiego. To poszło w świat i zaprocentuje, choć sondażami bym się nie ekscytował. Poza tym, Drugi Obieg 2.0 skazany na skrajnie nieprzyjazne otoczenie zahartował się i okrzepł, znacznie przyczyniając się do pluralizacji masowego przekazu – i to pomimo blokowania TV Trwam dostępu do multipleksu. Medialni potentaci zwyczajnie nie są już w stanie zamiatać niewygodnych tematów pod dywan i ich „unieważniać”, choć trzeba przyznać, że bardzo się starają. Konsekwentny bojkot ze strony opozycyjnych polityków i szanujących się dziennikarzy niewątpliwie przyśpieszyłby koniec reżimowych przekaziorów, o czym zresztą kilka razy pisałem, ale parcie na szkło to najwyraźniej zbyt potężna siła...

III. Na dobrej drodze

Jeden tylko aspekt nieco mąci mi ten optymistyczny obraz, jaki rysuje się po pierwszych tygodniach „jesiennej ofensywy” PiS. Taki mianowicie, że ta harmonijna wielotorowość przekazu mogła wyjść trochę przypadkiem. Kiedy gdzieś wyczytałem, że pijarowskim architektem owej „ofensywy” ma być Tomasz Poręba, odpowiedzialny za koncertową plajtę kampanii parlamentarnej z zeszłego roku, zrobiłem mniej więcej tak:

                                         Baranek

Pierwsze posunięcia zdawały się potwierdzać moje obawy, że będziemy mieli do czynienia z kopią tego, co opisałem w pierwszej części tekstu, a co po kwietniu 2010 poskutkowało dwiema porażkami – czyli z wymianą „monokultur przekazu”. Znów bowiem zaczęto „wygładzać kanty” w ramach „konstruktywizacji wizerunku”, znów zaczęto marginalizować Antoniego Macierewicza i Zespół Parlamentarny. Ba, dopuszczono do tego, że raport „28 miesięcy po Smoleńsku” przeszedł niemal bez echa, wyjąwszy skandal ze sprzedawaniem go przez księgarnię wysyłkową „Gazety Polskiej” za 65 złotych, co było pięknym prezentem dla zwolenników tezy o „biznesie smoleńskim”. Na to nałożyła się zapewne obawa przed utratą sympatii Kościoła zaczadzonego iluzją „pojednania” z rosyjską Cerkwią, czemu jasno dał wyraz abp. Michalik w wywiadzie dla KAI, a czego ewidentnym pokłosiem było odesłanie z kwitkiem przez abp. Nycza organizatorów Marszu „Obudź się Polsko”.

No, a potem zaczęła się „ofensywa”. Pojawili się eksperci, program gospodarczy, debata... wszystko w mdłej konwencji charakterystycznej dla kampanijnego stylu Poręby. I wtedy wybuchł skandal z zamianą ciał ofiar Tragedii Smoleńskiej i ekshumacjami. Okazało się, że Smoleńska zwyczajnie nie da się przemilczeć i wyciszyć. Że kolejne fakty zawsze wypłyną i to często w najmniej oczekiwanym momencie. Dopiero ten Smoleńsk od którego ludzie w rodzaju Poręby chcieliby uciec jak najdalej, bo jest „trudny” wizerunkowo i ogólnie „przeszkadza”, nadał właściwej wymowy i dynamiki zarówno „ofensywie” PiS-u, jak i marszowi „Obudź się Polsko”.

Ostatecznie, te nowe fakty, prujące kolejne fragmenty rządowej smoleńskiej narracji, pomogły PiS-owi w zrównoważeniu przekazu – chyba po raz pierwszy od kwietnia 2010. Okazało się, że można zgłaszać propozycje naprawy państwa i podejmować inne polityczne inicjatywy nie rezygnując ze smoleńskiego kontekstu, ba – że te dwa obszary nawzajem się uzupełniają i wspierają. Mam nadzieję, że da to partyjnym sztabowcom i samemu Jarosławowi Kaczyńskiemu do myślenia. Bo teraz wystarczy tylko konsekwentnie wytrwać na tej drodze.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

P.S. Na zbliżony temat - moje notki o kampanii parlamentarnej PiS z 2011 roku:

http://niepoprawni.pl/blog/287/czy-jaroslaw-kaczynski-chce-wygrac-wybory

http://niepoprawni.pl/blog/287/kampania-powtorzonych-bledow

http://niepoprawni.pl/blog/287/bledy-kampanii

I o właściwym podejściu do mediodajni:

http://niepoprawni.pl/blog/287/terapia-czterech-krokow

http://niepoprawni.pl/blog/287/pis-mediodajnie

http://niepoprawni.pl/blog/287/zer-dla-mediodajni