Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybory 2019. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybory 2019. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 października 2019

Pod-Grzybki 180

Na rozgrzewkę dowcip z internetu: co się urodzi ze związku Róży THUN z Adrianem ZandBERGiem? Greta THUN-BERG.


*

Przy okazji – sądząc po mieszanych reakcjach świata na ostatnie wystąpienie „św. Grety od klimatu” w ONZ, żagiel z napisem „Greta Thunberg” niedługo zostanie zwinięty. Po prostu mała Greta zaczęła się medialnie „zużywać” - została, jak to się mawia, „przehajpowana” i jej nadaktywność robi się przeciwskuteczna – część ludzi ciągnie sobie z niej łacha, a część zwyczajnie wnerwia swoimi przemądrzałymi kazaniami. I wtedy, gdy nagle wokół niej zrobi się pusto, będzie miała pełne prawo stanąć przed swoimi rodzicami i zapytać, kto ukradł jej dzieciństwo.


*

Ekologia w działaniu. Na jedną z warszawskich wysp położonych na Wiśle sprowadzono swojego czasu stado 60 kóz, które miały robić za naturalne kosiarki i wyjadać różne chaszcze. Niestety, okazało się, że do tej pory padło już 30 zwierząt, które ich opiekun – zatrudniony na czarno bezdomny – musiał na polecenie zleceniodawców zakopywać lub wyrzucać do rzeki. Coś niesamowitego. Koza to przecież bydlę słynące z niesamowitej odporności na trudne warunki – a nawet i to udało się władzom Warszawy schrzanić. Niech zgadnę – opiły się wody z Wisły po „kontrolowanym zrzucie” Trzaskowskiego? I czy w tej sprawie zabrała już głos bojowniczka o „międzygatunkowe siostrzeństwo”, Sylwia Spurek?


*

Swoją drogą, chciałbym być świadkiem spotkania Sylwii Spurek z Krystyną Jandą – może Janda zaprosiłaby panią Sylwię do eleganckiej restauracji w której, jak chwaliła się kilka miesięcy temu aktorka, podano by „okonia z risotto i pietruszką”, a następnie „polędwicę wołową z foie gras i kasztanami”? A Spurek w odpowiedzi wetknęłaby Jandzie w gardło metalową rurę i zmusiła do połknięcia tych pyszności za jednym razem? Rany, jak ja chciałbym to zobaczyć!


*

Warszawiacy są niewzruszeni. Jak wynika z sondażu, blisko 70 proc. mieszkańców stolicy uważa, że „kałboj” Trzaskowski w sprawie awarii „Czajki” stanął na wysokości zadania. I moim skromnym zdaniem ten sondaż wcale nie musiał zostać „skręcony” - opisuje po prostu stan ducha i umysłów wielkomiejskiego elektoratu. Trzaskowski może więc spać spokojnie, bo choćby nawet wykonał „kontrolowany zrzut” nie tylko do Wisły, ale wprost na głowy warszawiaków, to oni ze spokojem się obetrą, a następnie i tak zagłosują na niego tyle razy, ile będzie trzeba – byle tylko nie dopuścić „pisiorów” do władzy. Zgadzam się tutaj z diagnozą Patryka Jakiego, który odbił się od tego mentalnego muru podczas wyborów samorządowych: „jeszcze się zdziwicie wynikiem Jachiry”.


*

Tymczasem Jerzy Stuhr odkrył w sobie domorosłego socjologa i zawyrokował, że głosujący na PiS to potomkowie chłopów folwarcznych, którzy się mszczą za „wielowiekowe ciemiężenie”. Wynikałoby z tego, że wśród pisowców panuje wręcz wzorowa „świadomość klasowa” rodem z nauk marksizmu-leninizmu. Jest tylko jeden problem: przytłaczająca większość obecnych Polaków to właśnie potomkowie chłopstwa, bo warstwy wyższe zostały wyrżnięte w kolejnych kataklizmach dziejowych. Tak, tak, panie Stuhr – ta „oświecona”, wielkomiejska klasa średnia również dopiero co wyrwała się z folwarcznych czworaków, czego zresztą potwornie się wstydzi i głosując na „europejczyków” z PO rozpaczliwie próbuje w symboliczny sposób odciąć się od własnych korzeni. Tyle, że folwarczna mentalność co i rusz wyłazi na wierzch – czego dowodem jest chociażby wspomniane wyżej poparcie dla Trzaskowskiego i gromadny rechot z wygłupów Klaudii Jachiry. Jak podoba się panu taka diagnoza?


*

Jak oni nienawidzą tego 500+... Władze Warszawy ogłosiły, że nie dostały wystarczających środków na wypłaty świadczenia i będą musiały je wstrzymać – co szybko okazało się nieprawdą, bo pieniądze zostały przekazane w prawidłowej ilości. I ten nieudolny przedwyborczy sabotaż mówi o Platformie więcej niż tysiąc słów – a także o wiarygodności zapewnień, że „nic co zostało dane nie będzie odebrane”. Przecież ich boli serce na widok tych miliardów płynących do kieszeni „motłochu” i aż przebierają nogami, by wreszcie się do nich dobrać. Zresztą, kto wie, czy właśnie się nie dobrali – do Ratusza powinna natychmiast wkroczyć kontrola, by wyjaśnić to „manko Trzaskowskiego”. Trzaskowski, nie świruj - oddawaj ludziom kasę!


*

Ale komu oddawać – tym zapyziałym nierobom, mieszkającym w ciemnych klitkach z pamiętającą ubiegły wiek meblościanką ze Swarzędza? Tak przecież, zgodnie z wyborczym klipem PO, żyją „zwykli Polacy” roszczeniowo jęczący, że „coś tam, coś tam”. Słowem, czyste marnotrawstwo. A do roboty, nieroby, dorabiać sobie w „para-dokumentach”! A jakby co, to ten wasz „swarzędz” za kolejnych 20 lat na fali nostalgii będzie designerskim hitem – jak dziś mebelki z głębokiego PRL-u. Potraktujcie to jak inwestycję - wystarczy tylko konserwować i wnuczek spienięży za grubą kasę. A z „rozdawnictwem” się pożegnajcie. W końcu, jak klarował towarzysz Szmaciak: „pula nie jest do kradzieży / pula się cała nam należy”!


*

Przed wyborami uaktywniła się Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich (KRASP) i wyprodukowała dwie rezolucje – w pierwszej zaapelowała o „bezwarunkową odpowiedzialność dyscyplinarną” za kwestionowanie ideologii LGBT (casus prof. Nalaskowskiego), w drugiej zaś zadekretowała klimatyczny dogmat religii „globalnego ocieplenia”, domagając się „pilnych i zdecydowanych działań” w stylu godnym samej Grety Thunberg. Cóż, skoro polskie uczelnie łapią się w najlepszym razie do czwartej setki światowych rankingów, to naszym luminarzom wszechnauk pozostaje już tylko gorliwie epatować lewactwem w nadziei, że ktoś zauważy i doceni poprzebieranych w birety i gronostaje ormowców politycznej poprawności. A ja, zainspirowany przez KRASP, widzę już przyszłość „nowego zielonego ładu” do którego zmierzamy. Widzę ją wyraźnie, jak nigdy dotąd. W mej proroczej wizji każdy człowiek będzie musiał obowiązkowo poruszać się ze szczotką wetkniętą w d..., żeby zamiatać za sobą „ślad węglowy”.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 40 (04-10.10.2019)

czwartek, 26 września 2019

Ostatnia misja Kukiza

Ostatnia misja Kukiza Czy „antysystemowiec” zatopi PSL?

I. „Tonący brzydko się chwyta”

Wieki temu (a konkretnie, w 2015 r.) poświęciłem Pawłowi Kukizowi w siostrzanej „Polsce Niepodległej” aż trzy teksty: „Kukiz – polityk niepolityczny”, „Kukiz, Kukiz, co z ciebie wyrośnie?” oraz „Kukiz, Kukiz, co z ciebie wyrosło?”. Dziś, po czterech latach, korzystam z okazji jaką jest kampania wyborcza, by dopełnić ten cykl - bo wszystko wskazuje na to, że po 13 października zwyczajnie nie będzie już sensu i potrzeby, żeby zajmować się tym (barwnym skądinąd) politycznym meteorem. Nawet jeśli Kukiz wejdzie do Sejmu (czego mu nie życzę, choć nie tyle ze względu na niego, co na „koalicjanta”), nie odegra już w nim żadnej roli, stając się coraz bardziej groteskowym „pyskaczem”, przedłużając co najwyżej o jedną kadencję swą polityczną agonię. Szkoda, bo jego obecność była do pewnego momentu powiewem świeżości – również ze względu na grono ciekawych osób, które wraz z nim weszły do parlamentu. Dziś natomiast, po nieszczęsnym aliansie z PSL, może stanowić żywą ilustrację bon-motu Antoniego Słonimskiego: „tonący brzydko się chwyta”.

Na czym przejechał się Paweł Kukiz? Nawet nie na pustce programowej. Takiemu ruchowi program zwyczajnie nie był potrzebny, ludzie głosowali na Kukiz'15 głównie na złość dotychczasowym elitom, trochę na zasadzie Cejrowskiego i jego słynnego „wszyscy won!”. Nawet sztandarowy postulat jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW) był głównie hasłem samego Kukiza i może kilku jego najbliższych współpracowników, a nie całego, nader eklektycznego ugrupowania. Zresztą, jak pokazało archiwalne nagranie z 2015 r. ujawnione niedawno przez internetową telewizję „Takt.tv”, sam Kukiz do swojego postulatu miał dość cyniczny, utylitarny stosunek – skoro „żre”, to trzeba je „pompować”. Gdyby, wedle jego słów, chwyciło hasło „zielona gruszka dla każdego Polaka”, to również i z takim sloganem należałoby pójść do wyborów. Wszystko po to, by po wyborczym sukcesie móc „niszczyć system”.


II. Fiasko „anty-partyjności”

Podstawowy błąd Kukiza polegał na tym, że chciał być „politykiem niepolitycznym” - „antysystemowcem” rozwalającym „partiokrację” na czele amorficznego ruchu bez normalnych, organizacyjnych struktur. Liderem i gwiazdą na czele pospolitego ruszenia swoich politycznych „fanów”. Dały tu o sobie znać narowy estradowej primadonny, których nie wyzbył się do samego końca. Coś, co na pewnym etapie grało na jego korzyść (obycie sceniczne, dobre łapanie kontaktu z odbiorcami), stało się kulą u nogi, gdy na jaw zaczęła wychodzić ciemniejsza strona „gwiazdorzenia” - niestabilność emocjonalna, strzelanie „fochów”, choleryczne usposobienie, impulsywność i generalny brak samokontroli przeplatany zapędami quasi-dykatatorskimi niczym u frontmana rockowej kapeli, który po uważaniu może wyrzucać ze składu członków zespołu... albo odejść samemu bez oglądania się za siebie (vide – przypadek zespołu „Piersi”). Chyba do tej pory nie zrozumiał, że organizacją polityczną na dłuższą metę nie sposób tak zarządzać. To, co uchodzi muzykowi rockowemu, a nawet stanowi w jakiejś mierze o jego wizerunkowej oryginalności, dla polityka jest zabójcze.

Gwoździem do trumny stało się jednak uporczywe trwanie przy formule „anty-partyjności”. Okazało się, że tak się nie da. System polityczny w Polsce jest bowiem nie tyle „zabetonowany” w sensie niedopuszczania do głosu nowych inicjatyw, ile „nieprzemakalny” dla amatorów, „oddolnych” ruchów odrzucających pewne podstawowe reguły gry. Formuła zaproponowana przez Kukiz'15 - „spontanicznego”, antyestablishmentowego zrywu - była dobra dla politycznego start-upu. Sprawdziła się w kampanii prezydenckiej, w której Paweł Kukiz osiągnął imponujące 20,8 proc. głosów. Ale już w wyborach parlamentarnych ta sama metoda przyniosła raptem 8,8 proc. Dał o sobie znać brak struktur, przetasowania w otoczeniu lidera, wreszcie – potępieńcze swary przy układaniu list wyborczych, kiedy to w lokalnych komitetach różne frakcje wycinały się nawzajem bez pardonu. Normą była sytuacja, gdy kandydat wychodził z „przesłuchania kwalifikacyjnego” przeświadczony, że został wpisany na listę, by nazajutrz dowiedzieć się, że go skreślono, bo w międzyczasie do układania list dorwała się inna grupa kolesiów. Nominalny lider kompletnie nie panował nad tym radosnym „chaosem twórczym”. Efektem była równie chaotyczna kampania i wynik ponad dwukrotnie niższy od indywidualnego osiągnięcia Kukiza z kampanii prezydenckiej.

Ten zimny prysznic nie dał niestety Kukizowi do myślenia. Po wejściu do Sejmu kontynuował anarchiczny styl zarządzania, miotając się od sasa do lasa. Tymczasem, twarda rzeczywistość mówi, że aby polityczna inicjatywa nie okazała się efemerydą, należy po prostu założyć partię. Tak właśnie – partię i nic innego. Żadne stowarzyszenie, żaden „ruch społeczny” nie ma w dłuższej perspektywie racji bytu. Trzeba założyć partię, zbudować struktury, normalną hierarchię organizacyjną i tyrać w terenie. Demokracja? Jasne, można organizować chociażby wewnętrzne głosowania wyłaniające np. kandydatów startujących w kolejnych wyborach – ale to wszystko musi się odbywać w proceduralnych, statutowych ramach. No i nade wszystko – należy wziąć przynależne partiom (i tylko partiom) państwowe dotacje, dające finansowy oddech. Bez tego jakakolwiek inicjatywa skazana jest z góry na niepowodzenie, o czym świadczy żałosny koniec „Nowoczesnej”, która wskutek nieudolności swojego skarbnika została pozbawiona budżetowych pieniędzy.


III. Lot kamikaze

Paweł Kukiz przez cztery lata nie przyjmował tych oczywistych zasad do wiadomości, uporczywie trwając przy swoim. Dzwonkiem ostrzegawczym nie stały się nawet wybory samorządowe w których Kukiz'15 sromotnie przepadł. Można wręcz odnieść wrażenie, że pasowała mu rola nieformalnego „dyktatora” „społecznego ruchu”. Konsekwencje znamy – im bliżej było końca kadencji, tym bardziej klub parlamentarny i cała formacja rozłaziły mu się w rękach. Podejmowane zaś w ostatniej chwili rozpaczliwe negocjacje skończyły się... wciągnięciem niedobitków niegdysiejszych „antysystemowców” na listy ultrasystemowego PSL, dopełniając tym samym miary upadku zarówno ugrupowania, jak i samego lidera. W tym kontekście, wpisanie do „umowy koalicyjnej” wyświechtanego postulatu JOW-ów jest już tylko rechotem historii. Jasne, PSL się zgodził – bo czemu nie? Można wpisać wszystko, nawet te „zielone gruszki”, papier jest cierpliwy.

No właśnie – PSL. Partia, która po 1989 r. czterokrotnie współrządziła Polską. Dwukrotnie w koalicji z SLD i dwukrotnie w koalicji z PO. Żadne inne ugrupowanie w ciągu minionych 30 lat nie może pochwalić się takim wynikiem. Partia, która przyłożyła rękę chyba do wszystkich możliwych patologii polskiego życia publicznego – począwszy od plagi kolesiostwa, nepotyzmu i korupcji, a skończywszy na surowcowo-agenturalnym uzależnieniu od Rosji. Partia do tej pory niezatapialna. Języczek u wagi kolejnych politycznych układów i konfiguracji. Ona ma dać „antysystemowemu” Kukizowi drugie życie – bo lider, „chwytając się brzydko” tej deski ratunku chyba zakumał realia na tyle, by zdać sobie sprawę, że po swej politycznej przygodzie bezpowrotnie „stracił dziewictwo” i nie ma już powrotu do show-businessu, ludzie go już zwyczajnie „nie kupią”. Musi więc brać co dają, by załapać się na jeszcze jedną kadencję – słowem, desperacja.

Ale ma zarazem do odegrania jeszcze jedną, znaczącą rolę – choć wbrew sobie. Otóż jego kandydatura może stać się dla również miotającego się od ściany do ściany i pogrążonego w tożsamościowym kryzysie PSL-u kamieniem młyńskim, który pociągnie to arcyszkodliwe ugrupowanie na dno. I to jest ostatnia, „samobójcza” misja Pawła Kukiza – politycznego „kamikaze”. Swoją drogą, amerykańscy żołnierze na Pacyfiku określali kamikaze japońskim słowem „baka” - „głupek”. I takim „głupkiem”, ale pożytecznym, który zatopi PSL, może stać się Kukiz. Tak więc, panie Pawle, czarka sake dla animuszu – i do dzieła!


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Kukiz – polityk niepolityczny

Kukiz, Kukiz, co z ciebie wyrośnie?

Kukiz, Kukiz, co z ciebie wyrosło?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 34 (23-29.08.2019)

niedziela, 30 czerwca 2019

„Polityka” wg Patryka Vegi

Vega to reżyser, nazwijmy to, „kina dresiarskiego”, który teraz próbuje odgrywać Olivera Stone'a dla ubogich.

I. Kino najważniejszą ze sztuk

Uwaga - będę prorokował. Konkretnie - o filmie „Polityka” Patryka Krzemienieckiego, znanego szerzej jako Patryk Vega. Wpisuje się on w pewien trend, polegający na robieniu kampanii wyborczej siłami popkultury. Najwyraźniej w pewnym momencie liberalno-lewicowy mainstream artystyczno-medialny uznał, że musi wziąć sprawy we własne ręce, bo inaczej „pisiory” będą rządziły do końca świata. Przypomniano więc sobie o leninowskiej maksymie głoszącej, że „kino jest najważniejszą ze sztuk” i rzucono do boju filmowy półświatek pod wodzą różnych domorosłych Eisensteinów. Wskutek tego wkraczamy właśnie w trzecią z rzędu kampanię wyborczą, która w przestrzeni medialnej zdominowana zostanie przez film o jednoznacznie politycznym przesłaniu. Jak było to przy poprzednich tego typu „eventach”, towarzyszyć będzie mu profesjonalnie zorkiestrowany i rozpisany na wiele głosów zgiełk promocyjny, kreujący atmosferę skandalu i niemal drugiego Watergate. Oto bezkompromisowy twórca objawi przed Polakami mroczne zakamarki świata polityki i moralną zgniliznę rządzących.

To również wpisuje się w znany już schemat. Najpierw, przed wyborami samorządowymi uraczono nas „Klerem” Wojciecha Smarzowskiego, który też odsłaniać miał bulwersujące tajemnice duchowieństwa z niedwuznaczną intencją, że „prawda ekranu” uderzy rykoszetem w prawicę. Niedawno, przed wyborami europejskimi, podobnego zadania podjęli się bracia Sekielscy kręcąc na podstawie esbeckich kwitów dokument „Tylko nie mów nikomu” o pedofilii wśród księży i tuszowaniu jej przez biskupów. I to również miało pogrzebać PiS na zasadzie skojarzenia „Kościół = prawica”. No, a teraz, jak wiemy, rzucono na odcinek walki z reakcją Patryka Vegę – najpewniej uznano, że nie ma co się dłużej bawić w półśrodki i należy wprost przywalić w partię rządzącą, bo poprzednim razem głupi lud nie zrozumiał subtelnej aluzji.


II. Wypucować się przed ferajną

Tu, na marginesie, warto poruszyć ciekawy wątek swoistej ekspiacji - albo też, mówiąc językiem knajackim, bardziej pasującym do tego środowiska - „pucowania się” twórców w oczach swojej ferajny. Taki Smarzowski po nakręceniu „Wołynia”, uznanego nie wiedzieć czemu za film „pisowski” (czysty absurd, zważywszy jak długo PiS opierał się rękami i nogami przed zadrażnianiem relacji z Ukrainą na tle historycznych rozliczeń), spotkał się wręcz ze środowiskowym ostracyzmem, czego dobitnym dowodem było demonstracyjne pominięcie „Wołynia” przy rozdaniu najważniejszych nagród na festiwalu filmowym w Gdyni. Musiał więc szybko się naprostować, by zmyć z siebie odium „pisowca” - i brawurowo przeszedł przez ten czyściec „Klerem”, filmem nakręconym już po słusznej, lewackiej linii i na właściwej bazie. Trudno powiedzieć, za co pokutował Tomasz Sekielski wraz ze swym bratem – krew z krwi i kość z kości walterowskiego TVN-u. Za to, że dostał program w państwowej telewizji? W każdym razie, postanowił stać się „twórcą niezależnym”, co to zbiera po ludziach datki na „wstrząsający dokument”. Może zresztą zgłosił się do tej roboty na ochotnika, żeby dodatkowo się wykazać, nieważne. Ważne jest to, że jak ogłosił otwartym tekstem Jan Hartman w tekście „Czy Sekielscy obalą PiS?”, film wprawdzie może i „instrumentalizuje ofiary pedofilii”, lecz „w dobrej wierze i w dobrej sprawie”. Teraz natomiast certyfikat „koszerności” postanowił odzyskać Patryk Vega, który strefił się nieprawomyślnym „Botoksem” z antyaborcyjnym wątkiem i na dodatek jak ten głupi rozpowiadał na prawo i lewo o swym „nawróceniu”, kokietując prawicową publikę. Doprawdy, aż strach pomyśleć, jakie ciśnienia tu oddziałują w ramach środowiskowej presji, choć nieco światła rzucają na to losy aktorów, którzy odważyli się zagrać w „Smoleńsku” - odwracanie się plecami, zrywanie znajomości, niewybredne wyzwiska i oczywiście, uwalona kariera. Jeśli nie ominęło to nawet postaci o formacie i dorobku Jerzego Zelnika, to co mówić o artystach mniej znanych, dla których rola tu, rola tam, to być albo nie być? Środowiskowa dintojra w czystej postaci.


III. Oliver Stone dla ubogich

Po niezbędnym zarysowaniu tła środowiskowo-obyczajowego, przechodzimy teraz do zasadniczej części mojego proroctwa. Otóż z filmu Vegi nic nie będzie. Spójrzmy zresztą. „Kler” Smarzowskiego – najbardziej kasowy kinowy przebój III RP - nie powstrzymał PiS-u przed odwojowaniem szeregu sejmików. „Tylko nie mów nikomu” Sekielskich zebrał rekordową liczbę wyświetleń na You Tube, co nie przeszkodziło PiS w zdecydowanym wygraniu wyborów do europarlamentu, a dosłownie dzień później temat kościelnej pedofilii umarł, dziś ekscytując już tylko fanatycznych klerofobów. Stało się tak dlatego, że histeryczna kampania promocyjna może i napędziła frekwencję, ale jej nachalność i jawny zamiar „dowalenia PiS-owi” sprawiły, że do ludzi dotarło, iż poddawani są manipulatorskiej obróbce – to zaś rodzi efekt przekory, a nierzadko refleksję, że na tle tych oszalałych, antykościelnych fanatyków ten PiS to jednak jest całkiem umiarkowany i normalny. Śmiem wręcz twierdzić, że oba filmy przyniosłyby większy efekt, gdyby nie zostały obudowane tą całą toporną, medialną politgramotą – a tak, zostały odebrane w pakiecie razem z resztą przekazu skrajnego lewactwa, w tym z ekscesami w rodzaju ci...y na kiju podczas gdańskiej gej-parady.

Podobnie będzie z „Polityką” Patryka Vegi. Film ten trafi do dwóch podstawowych grup odbiorców – betonowych zwolenników „totalnej opozycji”, którzy i bez tego „wiedzą”, że PiS to wcielone zło oraz do dumnych posiadaczy ugruntowanego przekonania, że wszyscy politycy to świnie i kanalie. W obu przypadkach film nie spełni swego zadania, bo pierwsi i tak w żadnych okolicznościach na PiS by nie zagłosowali, drudzy zaś najczęściej nie chodzą na wybory, bo skoro wszyscy politycy to jedna złodziejska banda, to po co się fatygować. Rzecz jasna, frekwencja w kinach będzie jak ta lala, bo raz, że Vega to generalnie kasowy reżyser, dwa – machina marketingowa zrobi swoje (już robi) i ludzie pójdą z czystej ciekawości (tak jak ciekawość zagrała na rzecz oglądalności „Kleru” i „Tylko nie mów nikomu”). I właśnie tą frekwencją będą buzowały się przekaziory w przeświadczeniu, że film Vegi „zrobił” im kampanię wyborczą i tylko patrzeć, jak wnerwiona publika ruszy wprost z kinowych sal do lokali wyborczych, by zmieść „pisiorów” z powierzchni ziemi. Będą więc ze swojej strony dowalały do pieca – coraz mocniej, coraz bardziej bez sensu i umiaru, aż w końcu... ze szczętem „przegrzeją” temat.

Swoje zrobi również sam film i charakterystyczna dla Vegi estetyka. Vega to reżyser, nazwijmy to, „kina dresiarskiego”, który teraz próbuje odgrywać Olivera Stone'a dla ubogich (na tę okoliczność publicysta Jakub Majmurek ogłosił już Vegę na łamach „Wyborczej” „wieszczem klasy ludowej”). Tymczasem wystarczy zerknąć na udostępnione w ramach podgrzewania atmosfery fragmenty filmu, by zorientować się, jak to będzie wyglądało: zlepek karykaturalnych stereotypów, postaci przerysowane aż do groteski, kuriozalna charakteryzacja rodem z „rozmów w tłoku” pamiętanych z „Szymon Majewski Show”, gra aktorska jak w „Uchu prezesa”... No i jeszcze „Ferdek” Grabowski w roli Jarosława Kaczyńskiego oraz Zamachowski jako ojciec Rydzyk... litości. „Beki” na seansach będzie co niemiara – i właśnie owa „beka” w połączeniu z natarczywym waleniem widowni cepem po łbach zabije cały polityczny potencjał filmu, skutecznie odstraszając umiarkowany elektorat środka.

Z jednym wyjątkiem – im bardziej wrzaskliwą fetę urządzi lewactwo, im więcej towarzyszyć będzie obrazowi Vegi różnych „przegięć” w przestrzeni publicznej (a idę o zakład, że oni się nie powstrzymają), tym bardziej zmobilizuje się prawicowy elektorat – jak po filmie Sekielskich i z podobnym efektem. Tak więc, możemy sobie spokojnie przygotować popcorn, patrząc na to lewackie panopticum szaleństwa – a potem udać się do urn, z góry ciesząc się na ich skacowane miny dzień po wyborach.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

„Kler”, czyli antykościelny „Żyd Suss”


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 26 (28.06-04.07.2019)

niedziela, 2 czerwca 2019

PiS wygrywa mecz na wyjeździe

Te wybory były „europejskie” tylko z nazwy. Zarówno agenda poruszanych tematów, jak i frekwencja pokazały jasno, że był to plebiscyt stricte krajowy, mający pokazać siłę poszczególnych obozów przed kluczową wyborczą jesienią.

I. Trzy obalone mity

45,38 proc. głosów (27 mandatów) dla PiS do 38,47 proc. (22 mandaty) dla Koalicji Europejskiej – to ostateczny wynik arcytrudnej dla partii rządzącej konfrontacji w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Przewaga 6,91 punktu procentowego jaką uzyskał PiS świadczy o bezapelacyjnym, jednoznacznym zwycięstwie. Nawet jeśli do wyniku KE doliczymy 6,06 proc. uzyskanych przez skrajnie lewacką „Wiosnę” Roberta Biedronia (3 mandaty), to i tak uzyskamy stosunek głosów 45,38 do 44,53 – a więc przewagę 0,85 pkt. proc. (w mandatach – 27 do 25). Rezultat ten należy docenić tym bardziej, że utarło się przekonanie, iż eurowybory są domeną opcji lewicowo-liberalnej. Używając terminologii piłkarskiej – Zjednoczona Prawica wygrała ważny mecz na wyjeździe, odczarowując tym samym boisko przeciwnika. A że bramki na wyjeździe liczą się podwójnie, to na perspektywę wyborów do Sejmu i Senatu można patrzeć ze sporym optymizmem – tym bardziej, że te wybory były „europejskie” tylko z nazwy. Zarówno agenda poruszanych tematów, jak i frekwencja pokazały jasno, że był to plebiscyt stricte krajowy, mający pokazać siłę poszczególnych obozów przed kluczową wyborczą jesienią.

Niejako przy okazji udało się obalić również inny mit – że zwiększona frekwencja zagra w naturalny sposób na korzyść obozu anty-PiS. Liberalni komentatorzy za pewnik przyjęli, że wyborcza mobilizacja dotyczyć będzie głównie wielkich miast, gdzie dominuje elektorat obsesyjnie nienawidzący partii Jarosława Kaczyńskiego i owładnięty „kompleksem Europy”, pragnący za wszelką cenę udowodnić swą wyższość nad prowincjonalnym „ciemnogrodem” poprzez głosowanie na „słuszne” ugrupowania. Widać było to wyraźnie w trakcie wyborczej niedzieli, podczas której np. portal „gazeta.pl” w euforycznym tonie odnotowywał kolejne frekwencyjne rekordy. Tymczasem, nic z tego – wyjątkowo dla tego typu wyborów zmobilizowała się konserwatywna prowincja, w ostatecznym rozrachunku przykrywając wielkomiejskie „fajnopolactwo”. Zwycięstwo w eurowyborach przy frekwencji 45,68 proc. (w 2014 r. było 23,83 proc.) musi smakować w dwójnasób.

No i wreszcie mit trzeci – powrotu „Króla Europy”, czyli Donalda Tuska na białym Timmermansie. Zarówno kampania wyborcza, jak i końcowy wynik pokazały, że magia Tuska przestaje działać. Mimo, że przewodniczący Rady Europejskiej porzucił nawet pozory bezstronności i jednoznacznie zaangażował się na rzecz „totalnej opozycji”, to efekt okazał się mizerny. Mdłe wystąpienia, z których po pięciu minutach nikt nie potrafił zacytować choćby jednego zdania, to z pewnością nie było to, na co liczyli zwolennicy „totalnych”. Nie pomogła nawet feta na trzydziestolecie „Gazety Wyborczej” - „człowiek roku” nie porwał za sobą tłumów. Lata w Brukseli na wygodnej synekurze ewidentnie osłabiły u Tuska polityczny pazur – dziś prezentuje się niczym wyliniały kocur, który chyba nawet nie ma za bardzo ochoty na powrót do polskiej polityki, o ciężkiej pracy nie wspominając. Być może zaangażowanie na krajowym podwórku zostało mu po prostu zlecone i wykonywał zadanie wbrew sobie i bez przekonania. Tak czy owak, Tusk jest obecnie politycznym celebrytą, a nie „game changerem” - przypomina w tym Aleksandra Kwaśniewskiego po zakończeniu prezydentury. Wtedy również obóz lewicowo-liberalny widział w nim patrona, który odnowi i poprowadzi lewicę do boju – jak wiemy, skończyło się na niczym.


II. Pustka programowa obozu „anty-PiS”

Jeżeli spojrzeć przekrojowo na kampanię wyborczą, ze szczególnym uwzględnieniem jej ostatniego etapu, to widać, że „anty-PiS” przynajmniej kilkakrotnie strzelił sobie w kolano. Pierwszoplanowe twarze obozu sprawiały wrażenie, jakby sukces miał przynieść sam fakt zjednoczenia się pod wspólnym szyldem. Kampania toczyła się głównie w mediach i wielkich miastach z kompletnym zlekceważeniem „terenu”. W efekcie PiS wygrał w przytłaczającej większości gmin i powiatów (często również w województwach stanowiących matecznik PO), co jest pomyślnym prognostykiem przed wyborami parlamentarnymi, a Beata Szydło zdobyła 524 951 głosów, co daje w skali Polski poparcie rzędu 3,9 proc. Po oczach biła pustka programowa – Koalicja Europejska jako jedyny komitet nie była w stanie odpowiedzieć na pytania „Latarnika Wyborczego”, poza ogólnikową „europejskością” i „odsunięciem PiS od władzy” nie miała wyborcom literalnie nic do zaoferowania, licząc najwyraźniej, że osiągnie sukces jadąc wyłącznie na antypisowskich emocjach. Na ostatniej prostej usiłowano zatuszować tę nicość urbanoidalnym antyklerykalizmem i palikociarskimi hasłami spod znaku „lewicy rozporkowej”, ścigając się na tym polu z Biedroniem. I kto wie, czy KE właśnie tutaj nie przejechała się najbardziej.

W środowiskowej „bańce” lewicy od jakiegoś czasu pokutuje przekonanie, że Polacy są bardziej liberalni obyczajowo niż mogłoby się wydawać, dlatego należy grać na tej nucie. To po części prawda, świadczy o tym choćby rosnąca ilość związków nieformalnych, czy spadająca liczba wiernych biorących udział w praktykach religijnych – zwłaszcza w młodym pokoleniu. Jednak „obyczajówka” wciąż nie jest czynnikiem decydującym o preferencjach wyborczych, a gdy w grę wchodzi homoseksualna deprawacja nieletnich – działa wręcz odstręczająco. Podobnie z tzw. ludowym antyklerykalizmem – Polacy między sobą lubią wprawdzie popsioczyć na księdza, lecz wciąż reagują negatywnie na antykościelne nagonki i szarganie świętości. Tymczasem KE pod koniec kampanii sprawiała wrażenie, jakby wybory miał jej wygrać film braci Sekielskich – kolejne miliony odsłon na You Tube biorąc za wskaźnik poparcia. Tyle, że machina propagandowa temat pedofilii w Kościele zwyczajnie „przegrzała” i do wyborców dotarło, że problem jest zbyt nachalnie instrumentalizowany na potrzeby brudnej rozgrywki politycznej. Z pewnością nie pomogło jadowicie klerofobiczne wystąpienie Leszka Jażdżewskiego na UW, które na domiar złego częściowo „przykleiło się” do Tuska, czy prowokacje z „tęczową” Matką Boską. Polacy mogą wiele znieść, mogą nawet mieć dystans do Kościoła instytucjonalnego – ale profanacji Matki Boskiej Częstochowskiej nie zdzierżą. Jak bardzo „anty-PiS” zamknął się w lewackim matrixie, że do tego stopnia odkleił się od rzeczywistości? Zapewne swoje zrobił też ekspiacyjny list Episkopatu odczytywany w wyborczą niedzielę w Kościołach oraz... nagłośniona podczas ciszy wyborczej wulgarna gej-parada w Gdańsku, bluźnierczo parodiująca procesję Bożego Ciała z waginą w miejsce Najświętszego Sakramentu. Wyjątkowo boleśnie odczuło to PSL, które wchodząc w lewacką koalicję straciło tradycjonalistyczny, wiejski elektorat na rzecz PiS, które na wsiach zgarnęło ponad 70 proc.


III. Konfederacja – porażka i nadzieja

Na zakończenie kilka słów o Konfederacji. Na porażkę antysystemowców złożyło się kilka czynników – agresywna propaganda propisowskich mediów, odcięcie od telewizji publicznej, wysoka frekwencja oraz podchwycenie przez PiS twardej retoryki ws. ustawy 447. Ale były też błędy po stronie samych Konfederatów – wywiady dla kremlowskiego „Sputnika”, „wrzutki” o batożeniu homoseksualistów (Braun), „lekkiej” pedofilii (Korwin) czy szczeniackie pajacowanie Berkowicza z jarmułką nad głową kandydatki PiS. Słowem, „protokół 2 proc” odpalono zbyt wiele razy, by pozostało to bez konsekwencji. Jednak wynik 4,55 proc. daje nadzieję przed jesienią – o ile zostaną wyciągnięte wnioski i antysystemowcy popracują nad przekazem. Pole do wzrostu jest chociażby w elektoracie upadającego Kukiz'15 oraz w mobilizacji młodzieży (w przedziale 18-29 lat Konfederaci wykręcili trzeci wynik – 18,6 proc.). Konfederacja jest polskiej prawicy potrzebna - minione tygodnie pokazały, że ma zbawienny, dyscyplinujący wpływ na obóz władzy, zmuszając go chociażby do zajęcia jednoznacznego stanowiska wobec żydowskich roszczeń. Jeśli tej radykalnej konkurencji zabraknie, to zachodzi obawa, że PiS w poczuciu politycznego komfortu znów się rozlezie jak dziadowskie gacie.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 22 (31.05-06.06.2019)

niedziela, 26 maja 2019

PiS i „efekt Konfederacji”

Efekt Konfederacji” sprowadza się generalnie do jednego: PiS potrzebuje nad sobą bata.


I. Koalicja PiS-Konfederacja?

Na finiszu przed wyborami do europarlamentu relacje na prawicy między liderującym PiS, a pretendentami z Konfederacji zmieniły się o tyle, że oba ugrupowania postawiły na kopanie się po kostkach. W porównaniu z dotychczasowym bezceremonialnym okładaniem się po gębach jest to, przyznajmy, pewien postęp. Więcej, rozpoczynają się nawet nieśmiałe dusery – Korwin-Mikke oznajmił, że „nie odmówi” Jarosławowi Kaczyńskiemu ewentualnej koalicji po jesiennych wyborach, na co poseł PiS, Marek Ast z równą kurtuazją odrzekł: „Jesteśmy otwarci na rozmowy z formacjami, które podzielają nasze wartości i jeśli nie będziemy mieć większości w przyszłym Sejmie, to myślę, że z Konfederacją, z Januszem Korwin-Mikkem jest możliwa koalicja. Hmm, chciałbym wówczas zobaczyć miny niektórych medialnych zagończyków... Póki co jednak, jest to pisanie palcem na wodzie, tym bardziej, że tradycyjnie im bliżej wyborów, tym sondaże dostają coraz większej głupawki – raz prowadzi PiS, to znów Koalicja Europejska, natomiast Konfederacja na zmianę notuje kilka procent nad progiem wyborczym, by zaraz osunąć się poniżej 5 proc. poparcia. Krótko mówiąc, standard – sondażownie nawet nie udają, że starają się cokolwiek zbadać, tylko wykonują propagandowe zamówienia zleceniodawców.


II. Mit „rozbijania prawicy”

Jedną z największych przeszkód na drodze do powstania hipotetycznej koalicji PiS-Konfederacja jest rozpowszechniona od lat narracja, że jakiekolwiek nowe ugrupowanie po prawej stronie „rozbija patriotyczny elektorat”. Warto rozbroić ten mit, ukuty w ramach tzw. doktryny Lipińskiego i mający uzasadnić monopolistyczną pozycję Prawa i Sprawiedliwości na prawicy. Bazuje on na traumie lat 90-tych, kiedy to rozdrobniona prawica postsolidarnościowa faktycznie kanibalizowała się nawzajem. Ostatecznie z okresu „smuty” zwycięsko wyszedł obóz Jarosława Kaczyńskiego i odtąd swoją pozycję buduje on m.in. na emocjonalnym szantażu, by nie powtórzył się czarny scenariusz z minionej epoki. Rzecz w tym, że zarzut „rozbijactwa” w odniesieniu do Konfederacji jest pustą demagogią, mającą zdeprecjonować na samym starcie potencjalnego konkurenta.

Po pierwsze, nie bardzo wiem, skąd to feudalne przekonanie, że jakakolwiek partia jest „właścicielem” (czy też może raczej - „suwerenem”) „swoich” wyborców, których powinnością z kolei (niczym lojalnych „wasali”) jest oddawanie na nią głosu bez względu na wszystko. W systemie republikańskim taki paternalizm nie powinien mieć miejsca, bo stawia sprawy na głowie. W zdrowym układzie to elektorat jest zwierzchnikiem i pracodawcą polityków, i to wyborcy mają prawo wymagać i rozliczać swych przedstawicieli – również z lojalności. Zarzut o „podbieranie elektoratu” stawia natomiast wyborców w roli bezwolnej masy, stada kwok, które jakiś lis-przybłęda wykrada z partyjnego kurnika. To uwłaczające - przede wszystkim dla ludzi traktowanych niczym pańszczyźniani chłopi „przypisani” do danej siły politycznej i pozbawieni prawa do własnej oceny. Dochodzi do tego, że deklaracja o głosowaniu na opcję inną niż jedynie słuszna, odbierana jest wręcz w kategoriach „zdrady”. Zapamiętajmy więc: to wyborca zawsze jest suwerenem - podmiotem, a nie przedmiotem. Ma prawo zrobić ze swym głosem co uzna za stosowne i nikomu nic do tego.

Druga rzecz – Konfederacja nie tyle „podbiera” głosy, ile konsoliduje elektorat na prawo od PiS – ten bardziej antysystemowy i radykalny. On nie zniknie (choć zapewne PiS i jego medialni akolici bardzo by tego chcieli) i zawsze znajdzie swych reprezentantów. Jeżeli już mówić o walce o głosy, to toczy się ona raczej między Konfederatami, a walczącym o przetrwanie Kukizem (któremu, swoją drogą, przed wyborami w 2015 r. również usiłowano przyszyć różne niecne intencje). I to właśnie w przypadku Kukiz'15 daje się zauważyć odpływ wyborców, w znacznej mierze zniechęconych niestabilnością emocjonalną i różnymi narowami lidera. PiS nieodmiennie zbiera „swoją” pulę – gdyby było inaczej, to od momentu powstania Konfederacji powinien zaliczyć tąpnięcie na poziomie kilku procent, tymczasem nic takiego się nie stało.

Po trzecie wreszcie – Konfederacja mogła co najwyżej częściowo zagospodarować tych wyborców, których PiS z pełną premedytacją porzucił, licząc cynicznie na to, że i tak z braku konkurencji ma zapewnione ich głosy. Nerwowy dygot wziął się stąd, że owa konkurencja właśnie się pojawiła – ale tu PiS może mieć pretensje wyłącznie do siebie.


III. „Efekt Konfederacji”

Jak pisałem przed tygodniem, samo pojawienie się na scenie Konfederacji i realna perspektywa przekroczenia przez nią progu wyborczego podziałała na Prawo i Sprawiedliwość dyscyplinująco – i jest to pierwszy znaczący plus związany z nowym ugrupowaniem. Ów, pozwolę sobie tak nazwać, „efekt Konfederacji” sprowadza się generalnie do jednego: PiS potrzebuje nad sobą bata. Wbrew propagandzie „obozu beneficjentów III RP”, partia rządząca nie jest bowiem bynajmniej radykalna i dawała niejednokrotnie dowody, że miast twardych rozstrzygnięć woli miękką ekwilibrystykę i lawiranctwo, na co niekiedy nakłada się zwykła nieudolność przyprawiona naiwnością – chociażby w relacjach z USA, Izraelem i żydowską diasporą, ale też w stosunkach z Brukselą. Dlatego potrzebne jest ugrupowanie pełniące rolę dyscyplinatora i flankujące PiS z prawej strony. Już teraz Konfederacja i protesty przeciw żydowskim roszczeniom majątkowym wymusiły na PiS utwardzenie stanowiska – z pożytkiem dla Polski. Na razie odbywa się to wprawdzie na poziomie deklaracji, ale mamy za sobą tzw. dobry początek. Tej presji nie wolno odpuszczać, bo blokada procedowania zgłoszonej przez Kukiz'15 anty-ustawy przeciw JUST Act pokazała, że partia rządząca nadal nie jest w stanie wyjść poza retoryczne szarże.

Kolejna rzecz, bardzo istotna. Otóż PiS zdaje się nie dostrzegać, że powstanie Konfederacji wbrew pozorom poszerza jego pole manewru. Na tle „prawicowych ekstremistów” ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego może się prezentować jako siła stosunkowo umiarkowana. Tę samą rolę w stosunku do PO - tylko z lewa - pełni obecnie „Wiosna” Biedronia, a wcześniej, za Tuska, Ruch Palikota. Warto zaimplementować ten schemat po prawej stronie. Powyższe ma także przełożenie na politykę zagraniczną. Dociskany od prawej strony PiS będzie mógł sobie pozwolić (albo zostanie zmuszony) na bardziej asertywną politykę wobec naszego hegemona zza oceanu, Tel-Avivu, środowisk żydowskich i Unii Europejskiej. Innymi słowy, będzie mógł powiedzieć „strategicznym partnerom”: słuchajcie, nie możemy tego a tego dla was zrobić, bo podniesie się wrzask i napędzimy głosów tym „ruskim agentom”, „antysemitom”, „polexitowcom” itp. Co wolicie – nas, czy tych nieobliczalnych populistów, którzy mogą zdestabilizować sytuację nie tylko w Polsce, ale i w całym regionie?

PiS najwyraźniej jeszcze się nie zorientował, co może dzięki Konfederacji zyskać (albo na razie nie ma odwagi zagrać tą kartą). Zorientowali się za to zagraniczni przywódcy. To nie przypadek, że Juncker nagle wystawił PiS-owi „świadectwo proeuropejskości”, szokując tutejszą „totalną opozycję”, która z dnia na dzień musiała połknąć własne języki i przestała wrzeszczeć o groźbie „polexitu”. Nie jest też przypadkiem głos ambasador Mosbacher, która nagle zaczęła nas uspokajać w sprawie „ustawy 447”, po czym z jednej strony potępiła „antysemickie” demonstracje, a z drugiej zapewniła, iż „Mowa nienawiści przedstawicieli skrajnych organizacji nie zakłóci relacji między sojusznikami”. Waszyngton ewidentnie przestraszył się wizji utraty władzy w Warszawie przez „swoich sukinsynów” (jak Amerykanie zwykli pieszczotliwie nazywać pozostające pod ich patronatem rządy). Tylko Żydzi tradycyjnie prezentują postawę głupio-agresywną, ale pewnie i do nich wkrótce dotrze, że tylko pompują „antysemitów”. I to również jest „efekt Konfederacji”, który PiS powinien wykorzystać. Jeżeli tego nie zrobi – wtedy cóż, może naprawdę zacząć tracić głosy...


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

PiS kontra Konfederacja

Szczupak w stawie karpi


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 21 (24-30.05.2019)

niedziela, 19 maja 2019

PiS kontra Konfederacja

Do prawicowego stawu wdarły się „szczupaki” z Konfederacji i stąd nerwowa reakcja pisowskich „karpi”.

I. Potępieńcza wojenka

„Walić w Konfederację czym się da!” - taki przekaz wg posła Roberta Winnickiego miał wyjść z centrali PiS po tym, jak wewnętrzne sondaże zaczęły pokazywać, że Konfederacja KORWIN-Braun-Liroy-Narodowcy przekracza próg wyborczy. No i zaczęło się: część prawicowych mediów (ze szczególnym uwzględnieniem grupy medialnej zogniskowanej wokół „Gazety Polskiej” oraz TVP Kurskiego) ruszyła z kampanią rozmaitych insynuacji i personalnych ataków – m.in. na profesorów Włodzimierza Osadczego czy Jerzego Roberta Nowaka. Z kolei Antoni Macierewicz w felietonie dla Radia Maryja i TV Trwam zaapelował do Konfederatów, by wycofali się z wyborczego wyścigu, bo startując „szkodzą Polsce”. Tomasz Sakiewicz z okazji święta 3 Maja wystosował natomiast do Klubów „Gazety Polskiej” rozpaczliwy list, w którym m.in. przestrzegał przed nową „konfederacją targowicką”, uspokajał w sprawie amerykańskiej ustawy 447 i dyscyplinował klubowiczów, by nie ważyli się brać udziału w inicjatywach i występować w mediach – najogólniej mówiąc – nie autoryzowanych przez szefa tzw. „Strefy Wolnego Słowa”. Swoją drogą, już sam fakt, że tego typu epistoła okazała się konieczna świadczy o jakimś oddolnym fermencie w tym środowisku. W tle pojawiły się oczywiście oskarżenia o „ruskiej agenturze” i chodzeniu na pasku Moskwy. Niejako przy okazji uderzono również w „Warszawską Gazetę” imputując nam... powiązania z Romanem Giertychem (!) i polityczne zaangażowanie na rzecz Konfederacji.


II. Mit „ruskiej agentury”

Warto na początek zdefiniować ową „ruską agenturę”, by mieć już ten absurd za sobą. Otóż „ruskim agentem” jest każdy, kto w jakimkolwiek punkcie nie zgadza się z aktualną linią polityczną PiS i jej medialnego nośnika, czyli „Gazety Polskiej” - jaka w danym momencie owa linia by nie była. Jak widać, „ruskim agentem” w tym ujęciu może zostać właściwie każdy, kto nie wykazuje się odpowiednim refleksem i elastycznością. Przykładowo, Tomasz Sakiewicz przypomina, że swojego czasu to „Gazeta Polska” podejmowała temat wołyńskiego ludobójstwa i żydowskich roszczeń majątkowych – i jest to akurat prawda, jako były czytelnik „GaPola” pamiętam, że faktycznie tak było. Jednak teraz, gdy obowiązuje nowa „mądrość etapu”, podnoszenie tych tematów ma świadczyć o działaniu na rzecz Rosji – no chyba, że znów zmienią się wytyczne. Prawda, jakie to proste? Wystarczy być na bieżąco...

Jako żywo, przypomina to metodę „młotkowania” przeciwników rodem z „Gazety Wyborczej” - z tą różnicą, że „Wyborcza” lubuje się w oskarżeniach o „antysemityzm”, a media okołopisowskie – o „agenturalność”. Przy czym zarzuty te stosowane są czysto instrumentalne, jako polemiczna maczuga na przeciwników, zwalniająca z obowiązku rzeczowej argumentacji. Skutkiem ubocznym jest dewaluacja obu oskarżeń – mało kto przejmuje się już wrzaskami o „antysemityzmie”, podobnie rzecz się ma z zarzutem o „agenturalność”. Konsekwencją niestety może być sytuacja, że gdy w przestrzeni publicznej zaczną harcować prawdziwi agenci, to społeczeństwo okaże się niewrażliwe na ostrzeżenia – dokładnie jak w słynnej bajce o pastuszku, który dla zabawy przestrzegał przed wilkami, a gdy wilki naprawdę nadeszły, nikt nie pospieszył z pomocą, sądząc że to kolejny dowcip przygłupiego pastuszka.

Druga rzecz, czyli rzekome wspieranie przez „Warszawską” Konfederacji. Otóż nie, naszą zasadą pozostaje hasło „nie ma wroga na prawicy” oraz motto „Nie obchodzą nas partie lub te czy owe programy. My chcemy Polski suwerennej, Polski chrześcijańskiej, Polski – polskiej. I stosownie do powyższego, jeżeli Konfederacja podejmuje inicjatywy, które wg nas są pożyteczne, to może liczyć na nasze wsparcie, podobnie jak Prawo i Sprawiedliwość. Żadne poparcie jednak nie może być bezkrytyczne i bezwarunkowe (co najwyraźniej niektórym nie może się pomieścić w głowach i uporczywie wolą doszukiwać się jakichś mętnych powiązań i niecnych intencji). Dlatego też, jeśli którakolwiek z sił politycznych robi coś szkodliwego – jest to przez nas punktowane. Jesteśmy medium tożsamościowym, a nie partyjnym. Tylko tyle i aż tyle.


III. „Karpie” kontra „szczupaki”

No dobrze, ale skąd wzięła się ta potępieńcza wojenka? Otóż PiS, pozbawiony przez lata liczącej się konkurencji po prawej stronie, poczuł się niejako „właścicielem” patriotycznego elektoratu, co dobrze obrazuje tzw. doktryna Lipińskiego, mówiąca, iż „poza PiS-em nie ma życia na prawicy” - a to z kolei przekłada się na przekonanie, że wyborcy „muszą” zagłosować na PiS, by nie zmarnować głosu. Nie trzeba geniusza, by przewidzieć skutek takiego podejścia – partyjny aparat, przekonany o swej monopolistycznej pozycji, coraz bardziej zamieniał się w stado „tłustych karpi”, których główną troską jest to, by w ich stawie nie zalęgły się przypadkiem jakieś szczupaki. Na to nakłada się dodatkowo sprawowanie władzy i związane z tym profity – w tych warunkach nader łatwo utożsamić interes partyjny z interesem państwa.

Do czego prowadziła w ostatnich latach opisana sytuacja? Ano do tego, że w miarę upływu czasu PiS zaczął zaniedbywać najbardziej radykalny elektorat, podążając w kierunku mitycznego „centrum”, mającego mu dać po jesiennych wyborach parlamentarnych pełnię władzy – a najlepiej większość konstytucyjną. Kalkulacja była następująca: głosy „radykałów” i tak mamy w kieszeni, bo nie mają żadnej alternatywy, należy więc sięgnąć teraz po wyborców umiarkowanych, do tego zaś potrzeba pozbyć się balastu w postaci wewnętrznej „ekstremy” i kontrowersyjnych postulatów programowych, oraz generalnie nieco złagodzić linię polityczną. Stąd brak istotnych rozliczeń z ośmioma latami rządów PO-PSL, połowiczna reforma wymiaru sprawiedliwości i „taktyczne kompromisy” w polityce zagranicznej.

Nastąpiło jednak nieprzewidziane: PiS przesuwając się do centrum, zostawił siłą rzeczy miejsce po prawej stronie, licząc na to, że prawicowy „plankton” nie będzie w stanie zagospodarować wyborców. I tu się przeliczył, bowiem ów rozdrobniony „plankton” zjednoczył się pod szyldem Konfederacji, uzyskując efekt synergii. Konfederacji wystarczyło podnieść z ziemi porzucone hasła, takie jak sprzeciw wobec żydowskich roszczeń, twardą postawę wobec historycznych zaszłości polsko-ukraińskich, suwerennościowy eurosceptycyzm czy postulaty środowisk pro-life sabotowanych w obecnym Sejmie. Nie obyło się, rzecz jasna, bez ostrej krytyki rządzącej partii – czasem zasadnej, czasem nie (np. wyjątkowo irytujące mnie osobiście hasło „PiS-PO jedno zło”). Nie obyło się również bez wpadek, takich jak wywiad Grzegorza Brauna dla kremlowskiego „Sputnika”, lecz generalnie okazało się, że Konfederacja „bierze”. Do prawicowego stawu wdarły się „szczupaki” i stąd nerwowa reakcja pisowskich „karpi”.


IV. Pożytki z Konfederacji

Ostatnie tygodnie pokazują, że pojawienie się Konfederacji przynosi pożyteczne efekty w postaci zdyscyplinowania partii rządzącej. Najdobitniej zaznaczyło się to w kwestii żydowskich roszczeń. Ujawnienie poufnej notatki ze spotkania J. Chodorowicz-T. Yazdgerdi oraz protesty przeciw „ustawie 447”, mimo groteskowych prób ich dyskredytowania, wymusiły wreszcie na obozie władzy szereg jednoznacznych deklaracji, że Polska nie jest nikomu nic winna – zwłaszcza jeśli chodzi o tzw. mienie bezdziedziczne. Odwołanie przez stronę polską wizyty izraelskiej delegacji również jest pokłosiem rosnącej presji – jakiekolwiek kontakty i rozmowy ze stroną żydowską w sprawie „odszkodowań” byłyby dziś dla PiS politycznym samobójstwem. Wreszcie – nieodzowna będzie obecność Konfederacji w przyszłym Sejmie, niejako wymuszająca zawarcie szerokiej, prawicowej koalicji, uwzględniającej przynajmniej w jakimś stopniu program na prawo od PiS. Dotyczy to również uchwalenia nowej Konstytucji – dlatego dobrze by się stało, gdyby po obu stronach nieco wyciszono emocje. Oba ugrupowania by realnie coś osiągnąć będą potrzebowały siebie nawzajem, a prawdziwy wróg jest zupełnie gdzie indziej. Warto pamiętać o tym już dziś.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Szczupak w stawie karpi


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 20 (17-23.05.2019)

niedziela, 10 marca 2019

Piątka Kaczyńskiego – bat na lumpenliberałów

Zapowiedziane transfery społeczne są batem na kombinatorów, złodziei i różnych „lobbystów” zadomowionych za czasów PO w ministerialnych gabinetach.


I. PiS w ofensywie

Ostatnimi czasy zdarzało mi się na tych łamach krytykować politykę rządu - teraz więc, dla odmiany, będzie coś pozytywnego. Chodzi mi mianowicie o tzw. „piątkę Kaczyńskiego”, czyli pakiet obietnic wyborczych złożonych podczas konwencji PiS 23 lutego. Jest to, nie zawaham się powiedzieć, istny majstersztyk – i to na kilku poziomach. Po pierwsze, Prawo i Sprawiedliwość nową ofertą programową wychodzi z defensywy do której zostało zepchnięte w ciągu ostatnich kilku miesięcy (sprawa KNF-Czarnecki, zabójstwo Adamowicza przypisane propagandowo „pisowskiej mowie nienawiści”, „dwórki” Glapińskiego, taśmy Birgfellnera, katastrofalny wizerunkowo szczyt bliskowschodni w Warszawie). Po drugie, „piątka Kaczyńskiego” przenosi ciężar publicznej debaty na teren, na którym partia rządząca jest najmocniejsza i najbardziej wiarygodna – szeroko rozumianej polityki społecznej. Po trzecie, realizacja zapowiedzi przynajmniej częściowo stanie się odczuwalna dla obywateli jeszcze w tym roku, co może wywołać „efekt sprawczości” (spełniamy obietnice). W konfrontacji z kompletnie niezborną programowo Koalicją Europejską i zafiksowaną na kwestiach obyczajowych, skrajnie antyklerykalną „lewicą rozporkową” Biedronia buduje to wizerunek PiS jako formacji konkretnej, bliskiej problemom zwykłych ludzi i obliczalnej.

„Totalna opozycja” zresztą zauważyła to niebezpieczeństwo, tylko oczywiście nie byłaby sobą, gdyby zmarnowała okazję do kolejnego samoośmieszenia swą histeryczną i nieskoordynowaną reakcją. Z jednej strony usłyszeliśmy, że PiS „ukradł pomysły”, z drugiej zaś – że wpycha Polskę na drogę Grecji i Wenezueli. Czyli, jak rozumiem, Kaczyński ukradł opozycji pomysły na doprowadzenie Polski do bankructwa? Tradycyjnie swoisty rekord pobiła „Gazeta Wyborcza” zamieszczając na pierwszej stronie krzyczący nagłówek: „PiS hojnie rozdaje NASZE PIENIĄDZE” wraz z wyliczeniami, jak to się obłowią m.in. wojskowi, nauczyciele i pielęgniarki. Ta sama gazeta, dodajmy, kibicowała strajkowi lekarzy-rezydentów czy protestowi opiekunów niepełnosprawnych, obecnie zaś jakoś nie alarmuje, że nauczyciele domagający się podwyżki 1000 zł. pod groźbą strajku w newralgicznym, egzaminowym okresie, to roszczeniowa hołota dybiąca na „nasze pieniądze”. Za to PiS proponujące tymże nauczycielom w zależności od rangi podwyżki od 371 do 508 zł. od września 2019 r. - to już jest „korupcja polityczna” i „kupowanie wyborców”. Ot, „totalna” logika.


II. Pięć uderzeń

Ale przejdźmy do głównych zapowiedzi PiS. „500+” na każde dziecko to logiczne dopełnienie dotychczasowego programu, który wedle wszelkich dostępnych danych radykalnie zmniejszył skalę ubóstwa wśród dzieci – do niedawna jedną z największych patologii III RP. Generalnie zresztą, w ostatnich latach staliśmy się europejskim liderem w zwalczaniu biedy, co nawiasem mówiąc, pokazuje na jakim poziomie całe rzesze Polaków były zmuszone wegetować wcześniej. Teraz pieniądze trafią również do osób dotąd nie kwalifikujących się do świadczenia – w tym przede wszystkim do samotnych matek. Do tej pory bowiem właśnie ta grupa była najbardziej poszkodowana – wystarczyło przekroczenie kryterium dochodowego o kilka złotych. Co ważne, rozszerzone „500+” zacznie obowiązywać już od lipca – a więc bardzo szybko stanie się odczuwalne dla obywateli.

Drugi punkt, to „trzynastki” dla emerytów i rencistów. Świadczenie ma być wypłacane raz do roku w wysokości emerytury minimalnej – czyli obecnie 1100 zł. (ok. 940 „na rękę”). Tu również wypłaty zaczną się już w najbliższych miesiącach. Trzeba dodać, że obecni i przyszli emeryci należą do grup społecznych, które najbardziej ucierpiały na transformacji gospodarczej. Wraz z „terapią szokową” Balcerowicza nastąpiła bowiem zapaść na rynku pracy – zamykano masowo zakłady przemysłowe, czego efektem było rosnące bezrobocie, osiągające w swym apogeum ponad 20 proc. (2003 r.). Co pozostawało? Ano, robota „na czarno” lub z częścią wypłaty „pod stołem”, za minimalne stawki, ewentualnie „u Niemca” na budowie lub przy zbieraniu szparagów. Dodatkowo na powyższe nałożyła się prekaryzacja rynku pracy, czyli nieozusowane „śmieciówki”. Wszystko to odbijało się na okresach składkowych i wysokościach obecnych i przyszłych emerytur. Swoje zrobiła też „wiekopomna” reforma Buzka wyprowadzająca do prywatnych OFE miliardy złotych w imię mirażu „emerytur pod palmami”. Konsekwencje tego będziemy ponosić również w przyszłości, gdy w wiek emerytalny zaczną wchodzić roczniki, które dużą część życia zawodowego przepracowały na różnych „chwilówkach” w ramach „elastycznego rynku zatrudnienia”. Już teraz na granicy egzystencji żyje 300 tys. emerytów, a liczba ta będzie rosnąć. Dodatkowa emerytura to naprawdę minimalna rekompensata za lata harówki i obecne upokorzenie, gdy trzeba wybierać między zakupem jedzenia, leków a opłaceniem rachunków.

Kolejna sprawa – odbudowa połączeń autobusowych na prowincji. Aż szkoda, że PiS nie zgłosił tego postulatu podczas kampanii samorządowej. Tu również mamy do czynienia z próbą nadrobienia wieloletnich zaniedbań i „zwijania się” państwa. PKS-y najpierw wepchnięto samorządom, potem te je prywatyzowały, następnie nowi właściciele (z reguły zagraniczni, jak izraelski „Mobilis” czy niemiecka „Arriva”) likwidowali nieopłacalne linie, w końcu zaś zaczęto zamykać całe oddziały. Efektem było postępujące wykluczenie komunikacyjne – wiele wsi i małych miasteczek zostało wręcz odciętych od świata, co polecam rozwadze różnych estetów narzekających na Polaków jeżdżących dwudziestoletnimi „rzęchami”. A czym niby mają jeździć, skoro ostatni przystanek w ich okolicy zlikwidowano 20 lat temu? Transport zbiorowy, to możliwość dojazdu do urzędu, lekarza, sklepu, kina, a także do położonej nieco dalej pracy. To krótko mówiąc elementarny standard cywilizacyjny i dobrze najpierw się nim zająć, zanim zacznie się inwestować miliardy w obłędnie drogie samochody elektryczne na które stać może promil najbogatszych.

Dwa ostatnie elementy „piątki” to podatki i gospodarka – zwolnienie z podatku PIT osób do 26 roku życia, czyli dopiero wkraczających na rynek pracy i zarabiających stosunkowo najmniej (do tego często na niestabilnych formach zatrudnienia). To zachęta zarówno do aktywizacji zawodowej (aktywność zawodowa tej grupy wiekowej to ok. 35 proc.), jak i dla pracodawców (niższe „narzuty” na koszty pracy). To samo tyczy się projektu obniżenia stawki PIT z 18 do 17 proc. - co ma szansę w różnym stopniu odczuć ok. 25 mln. płatników podatku dochodowego. Mamy więc i akcent liberalny, tu jednak trzeba będzie trochę poczekać na efekty.


III. Bat na złodziei

Podsumowując, nie dziwi, że opozycja zaczęła z nerwów chodzić po ścianach. „Piątka Kaczyńskiego” to bowiem kolejne dziesiątki miliardów złotych (ostrożnie szacując – ok. 40 mld. zł. rocznie). A to z kolei sprawia, że kto by nie wygrał jesiennych wyborów, będzie musiał utrzymywać żelazną dyscyplinę w ściągalności podatków – zero karuzel vatowskich, patrzenie na ręce koncernom usiłującym wyprowadzać pieniądze do rajów podatkowych, mniej pieniędzy dla różnych „Rysiów” itp. Krótko mówiąc – zapowiedziane transfery społeczne są batem na kombinatorów, złodziei i różnych „lobbystów” zadomowionych za czasów PO w ministerialnych gabinetach. Wrośnie deficyt? Dług publiczny? Proszę mnie nie rozśmieszać – przez dwie kadencje poprzedniej władzy wyprowadzano z Polski dziesiątki miliardów rocznie, sama dziura w VAT osiągnęła rekordowe 53 mld. zł., plus niemal drugie tyle „niedoboru” CIT. Do tego dług publiczny i kolejne deficyty budżetowe rosły jak na drożdżach. Na to Polskę było jakoś stać. No to teraz będzie stać na „luzowanie ilościowe” dla obywateli, pieniądze trafią do realnej gospodarki zamiast na Kajmany i będą w dużej części wracać do budżetu w formie podatków. Dla lumpenliberałów z „totalnej opozycji” takie herezje są nie do przyjęcia. Bo co im zostanie do rozkradzenia, jeśli dorwą się do władzy?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Żegnaj biedo

„500+” czyli apokalipsa

Pinćset!

Żerowisko

Niechciany transport publiczny

Wykluczenie komunikacyjne


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 10 (08-14.03.2019)