Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gazeta Polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gazeta Polska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 sierpnia 2019

Pod-Grzybki 170

Kazio Marcinkiewicz dał czadu. Odwiedził go mianowicie komornik w asyście policji, by dokonać zajęcia mienia na poczet należnych Izabel alimentów. Łebski Kazio jednak przytomnie czmychnął przez okno do ogródka, po czym sforsował żywopłot i przedostał się do pobliskiego parku. Hm, istnieje taki miejski sport zwany „parkour”, polegający na pokonywaniu różnych przeszkód w rodzaju ogrodzeń, murków, ławek, balustrad itp. Marcinkiewicz słynie z zamiłowania do modnych dyscyplin sportowych, niewykluczone więc, że akurat właśnie czystym przypadkiem postanowił potrenować przed najbliższymi zawodami.


*

Parkour to jednak nie wszystko – „Kaz” bowiem właśnie pobił wynik Mateusza Kijowskiego w zaległościach alimentacyjnych. Wisi „Izabel” już ponad 100 tys. złotych. Rywalizacja między „Kazem” a „Kijem” o tytuł Pierwszego Alimenciarza RP przebiega naprawdę pasjonująco i tylko patrzeć, jak stanie się żelaznym punktem rubryk sportowych, detronizując Roberta Lewandowskiego, skoczków narciarskich oraz Roberta Kubicę.


*

Manuela Gretkowska wyznała, iż jest waginą... znaczy nie, wróć - oczywiście, nie żadną „waginą”, tylko „wroginią” - pisowskiego narodu. Dlaczego tylko pisowskiego? Po co tak się ograniczać? W każdym razie, nieprzejednana wagini... tfu, przepraszam - oczywiście, „wrogini”, nie tylko nie podaje ręki pisowcom, ale relacjonuje także duszne boleści i udręki swych znajomych, którzy co ranek sprawdzają internet w poszukiwaniu informacji o śmierci Jarosława Kaczyńskiego. Prośba do jakichś litościwych informatyków - zróbcie specjalną stronę internetową, która co dzień powtarzałaby informację, że Kaczyński nie żyje, bo ci ludzie (i ludzinie) bez tego do reszty oszaleją. A tak, może taki fake-news choć trochę ich uspokoi na zasadzie - „wiem, że to nieprawda, ale zawsze miło poczytać”.


*

Czytelnicy „WG” wiedzą doskonale, że często nie po drodze mi z „Gazetą Polską” (i wzajemnie) – ale trzeba obiektywnie przyznać, że pomysł z naklejkami „Strefa wolna od LGBT”, to strzał w dziesiątkę. Świadczy o tym chociażby totalny ból d..., jakiego dostało lewactwo i wrzaski o rzekomym nawoływaniu do „dyskryminacji”. Dobrze, to ja tylko przypomnę słowa salonowego profesora Radosława Markowskiego, który w szczycie potęgi PO postulował, by się „skutecznie, instytucjonalnie podzielić”, bo „razem się już nie da”, co jako żywo stanowiło wezwanie do wprowadzenia apartheidu. Wcześniej natomiast „społeczna kampania” wzywała, by „zabrać babci dowód”. Tak więc, gońcie się teraz, wy wszyscy moraliści last minute.


*

A propos LGBT - jak wiadomo, skazany za malwersacje na karę więzienia lewacki aktywista Rafał Gaweł zbiegł do Norwegii, gdzie wystąpił o azyl, twierdząc, iż jest ofiarą represji ze względu na swą odkrytą właśnie biseksualność. Żeby było zabawniej, Gaweł ma żonę i dziecko. Na miejscu Gawła tak bardzo bym się swoją rzekomą biseksualnością nie chwalił, bo może się zdarzyć, że jednak trafi za kratki, a wtedy...

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 30 (26.07-01.08.2019)

niedziela, 19 maja 2019

PiS kontra Konfederacja

Do prawicowego stawu wdarły się „szczupaki” z Konfederacji i stąd nerwowa reakcja pisowskich „karpi”.

I. Potępieńcza wojenka

„Walić w Konfederację czym się da!” - taki przekaz wg posła Roberta Winnickiego miał wyjść z centrali PiS po tym, jak wewnętrzne sondaże zaczęły pokazywać, że Konfederacja KORWIN-Braun-Liroy-Narodowcy przekracza próg wyborczy. No i zaczęło się: część prawicowych mediów (ze szczególnym uwzględnieniem grupy medialnej zogniskowanej wokół „Gazety Polskiej” oraz TVP Kurskiego) ruszyła z kampanią rozmaitych insynuacji i personalnych ataków – m.in. na profesorów Włodzimierza Osadczego czy Jerzego Roberta Nowaka. Z kolei Antoni Macierewicz w felietonie dla Radia Maryja i TV Trwam zaapelował do Konfederatów, by wycofali się z wyborczego wyścigu, bo startując „szkodzą Polsce”. Tomasz Sakiewicz z okazji święta 3 Maja wystosował natomiast do Klubów „Gazety Polskiej” rozpaczliwy list, w którym m.in. przestrzegał przed nową „konfederacją targowicką”, uspokajał w sprawie amerykańskiej ustawy 447 i dyscyplinował klubowiczów, by nie ważyli się brać udziału w inicjatywach i występować w mediach – najogólniej mówiąc – nie autoryzowanych przez szefa tzw. „Strefy Wolnego Słowa”. Swoją drogą, już sam fakt, że tego typu epistoła okazała się konieczna świadczy o jakimś oddolnym fermencie w tym środowisku. W tle pojawiły się oczywiście oskarżenia o „ruskiej agenturze” i chodzeniu na pasku Moskwy. Niejako przy okazji uderzono również w „Warszawską Gazetę” imputując nam... powiązania z Romanem Giertychem (!) i polityczne zaangażowanie na rzecz Konfederacji.


II. Mit „ruskiej agentury”

Warto na początek zdefiniować ową „ruską agenturę”, by mieć już ten absurd za sobą. Otóż „ruskim agentem” jest każdy, kto w jakimkolwiek punkcie nie zgadza się z aktualną linią polityczną PiS i jej medialnego nośnika, czyli „Gazety Polskiej” - jaka w danym momencie owa linia by nie była. Jak widać, „ruskim agentem” w tym ujęciu może zostać właściwie każdy, kto nie wykazuje się odpowiednim refleksem i elastycznością. Przykładowo, Tomasz Sakiewicz przypomina, że swojego czasu to „Gazeta Polska” podejmowała temat wołyńskiego ludobójstwa i żydowskich roszczeń majątkowych – i jest to akurat prawda, jako były czytelnik „GaPola” pamiętam, że faktycznie tak było. Jednak teraz, gdy obowiązuje nowa „mądrość etapu”, podnoszenie tych tematów ma świadczyć o działaniu na rzecz Rosji – no chyba, że znów zmienią się wytyczne. Prawda, jakie to proste? Wystarczy być na bieżąco...

Jako żywo, przypomina to metodę „młotkowania” przeciwników rodem z „Gazety Wyborczej” - z tą różnicą, że „Wyborcza” lubuje się w oskarżeniach o „antysemityzm”, a media okołopisowskie – o „agenturalność”. Przy czym zarzuty te stosowane są czysto instrumentalne, jako polemiczna maczuga na przeciwników, zwalniająca z obowiązku rzeczowej argumentacji. Skutkiem ubocznym jest dewaluacja obu oskarżeń – mało kto przejmuje się już wrzaskami o „antysemityzmie”, podobnie rzecz się ma z zarzutem o „agenturalność”. Konsekwencją niestety może być sytuacja, że gdy w przestrzeni publicznej zaczną harcować prawdziwi agenci, to społeczeństwo okaże się niewrażliwe na ostrzeżenia – dokładnie jak w słynnej bajce o pastuszku, który dla zabawy przestrzegał przed wilkami, a gdy wilki naprawdę nadeszły, nikt nie pospieszył z pomocą, sądząc że to kolejny dowcip przygłupiego pastuszka.

Druga rzecz, czyli rzekome wspieranie przez „Warszawską” Konfederacji. Otóż nie, naszą zasadą pozostaje hasło „nie ma wroga na prawicy” oraz motto „Nie obchodzą nas partie lub te czy owe programy. My chcemy Polski suwerennej, Polski chrześcijańskiej, Polski – polskiej. I stosownie do powyższego, jeżeli Konfederacja podejmuje inicjatywy, które wg nas są pożyteczne, to może liczyć na nasze wsparcie, podobnie jak Prawo i Sprawiedliwość. Żadne poparcie jednak nie może być bezkrytyczne i bezwarunkowe (co najwyraźniej niektórym nie może się pomieścić w głowach i uporczywie wolą doszukiwać się jakichś mętnych powiązań i niecnych intencji). Dlatego też, jeśli którakolwiek z sił politycznych robi coś szkodliwego – jest to przez nas punktowane. Jesteśmy medium tożsamościowym, a nie partyjnym. Tylko tyle i aż tyle.


III. „Karpie” kontra „szczupaki”

No dobrze, ale skąd wzięła się ta potępieńcza wojenka? Otóż PiS, pozbawiony przez lata liczącej się konkurencji po prawej stronie, poczuł się niejako „właścicielem” patriotycznego elektoratu, co dobrze obrazuje tzw. doktryna Lipińskiego, mówiąca, iż „poza PiS-em nie ma życia na prawicy” - a to z kolei przekłada się na przekonanie, że wyborcy „muszą” zagłosować na PiS, by nie zmarnować głosu. Nie trzeba geniusza, by przewidzieć skutek takiego podejścia – partyjny aparat, przekonany o swej monopolistycznej pozycji, coraz bardziej zamieniał się w stado „tłustych karpi”, których główną troską jest to, by w ich stawie nie zalęgły się przypadkiem jakieś szczupaki. Na to nakłada się dodatkowo sprawowanie władzy i związane z tym profity – w tych warunkach nader łatwo utożsamić interes partyjny z interesem państwa.

Do czego prowadziła w ostatnich latach opisana sytuacja? Ano do tego, że w miarę upływu czasu PiS zaczął zaniedbywać najbardziej radykalny elektorat, podążając w kierunku mitycznego „centrum”, mającego mu dać po jesiennych wyborach parlamentarnych pełnię władzy – a najlepiej większość konstytucyjną. Kalkulacja była następująca: głosy „radykałów” i tak mamy w kieszeni, bo nie mają żadnej alternatywy, należy więc sięgnąć teraz po wyborców umiarkowanych, do tego zaś potrzeba pozbyć się balastu w postaci wewnętrznej „ekstremy” i kontrowersyjnych postulatów programowych, oraz generalnie nieco złagodzić linię polityczną. Stąd brak istotnych rozliczeń z ośmioma latami rządów PO-PSL, połowiczna reforma wymiaru sprawiedliwości i „taktyczne kompromisy” w polityce zagranicznej.

Nastąpiło jednak nieprzewidziane: PiS przesuwając się do centrum, zostawił siłą rzeczy miejsce po prawej stronie, licząc na to, że prawicowy „plankton” nie będzie w stanie zagospodarować wyborców. I tu się przeliczył, bowiem ów rozdrobniony „plankton” zjednoczył się pod szyldem Konfederacji, uzyskując efekt synergii. Konfederacji wystarczyło podnieść z ziemi porzucone hasła, takie jak sprzeciw wobec żydowskich roszczeń, twardą postawę wobec historycznych zaszłości polsko-ukraińskich, suwerennościowy eurosceptycyzm czy postulaty środowisk pro-life sabotowanych w obecnym Sejmie. Nie obyło się, rzecz jasna, bez ostrej krytyki rządzącej partii – czasem zasadnej, czasem nie (np. wyjątkowo irytujące mnie osobiście hasło „PiS-PO jedno zło”). Nie obyło się również bez wpadek, takich jak wywiad Grzegorza Brauna dla kremlowskiego „Sputnika”, lecz generalnie okazało się, że Konfederacja „bierze”. Do prawicowego stawu wdarły się „szczupaki” i stąd nerwowa reakcja pisowskich „karpi”.


IV. Pożytki z Konfederacji

Ostatnie tygodnie pokazują, że pojawienie się Konfederacji przynosi pożyteczne efekty w postaci zdyscyplinowania partii rządzącej. Najdobitniej zaznaczyło się to w kwestii żydowskich roszczeń. Ujawnienie poufnej notatki ze spotkania J. Chodorowicz-T. Yazdgerdi oraz protesty przeciw „ustawie 447”, mimo groteskowych prób ich dyskredytowania, wymusiły wreszcie na obozie władzy szereg jednoznacznych deklaracji, że Polska nie jest nikomu nic winna – zwłaszcza jeśli chodzi o tzw. mienie bezdziedziczne. Odwołanie przez stronę polską wizyty izraelskiej delegacji również jest pokłosiem rosnącej presji – jakiekolwiek kontakty i rozmowy ze stroną żydowską w sprawie „odszkodowań” byłyby dziś dla PiS politycznym samobójstwem. Wreszcie – nieodzowna będzie obecność Konfederacji w przyszłym Sejmie, niejako wymuszająca zawarcie szerokiej, prawicowej koalicji, uwzględniającej przynajmniej w jakimś stopniu program na prawo od PiS. Dotyczy to również uchwalenia nowej Konstytucji – dlatego dobrze by się stało, gdyby po obu stronach nieco wyciszono emocje. Oba ugrupowania by realnie coś osiągnąć będą potrzebowały siebie nawzajem, a prawdziwy wróg jest zupełnie gdzie indziej. Warto pamiętać o tym już dziś.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Szczupak w stawie karpi


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 20 (17-23.05.2019)

niedziela, 12 maja 2019

Dywersant Sakiewicz

Sakiewicz bardzo się starał, ale przedobrzył – malując rozpaczliwy obraz stanu Polski, mimowolnie uderzył w rząd Prawa i Sprawiedliwości.

I. Majaczenia szefa „Zony Wolnego Słowa”

Coś dziwnego dzieje się ze stanem umysłu szefa „Zony Wolnego Słowa”. Tomasz Sakiewicz opublikował już drugi kuriozalny tekst – wcześniej imputował Konfederacji KORWIN-Braun-Liroy-Narodowcy działanie „w służbie lewactwa”, teraz natomiast nakreślił przed swoimi czytelnikami „scenariusz przyszłej wojny. Spójrzmy.

Wszystko zaczyna się od bójki z udziałem Polaków i Rosjan na dworcu w Suwałkach. Okazuje się, że Rosjanie mają broń i rozbrajają interweniujących policjantów, a następnie ogłaszają okupację dworca. Na pomoc im ruszają z Obwodu Kaliningradzkiego „zielone ludziki” na motocyklach, wyposażeni w lekką broń. Pacyfikują Straż Graniczną, atakują komisariaty i wdają się w utarczki z nielicznymi oddziałami wojska, zaś w międzyczasie cyberatak paraliżuje łączność w całym kraju i uniemożliwia mobilizację polskiej armii. Nie działa kolej, na autostradach tworzą się korki po wypadkach cystern z benzyną i chemikaliami (też w wyniku cyberataku?).

Rodzimym „czarnym ludem” w tekście Sakiewicza są narodowcy (zwani „moczarowcami”), którzy w proteście przeciw „ustawie 447” i mieszaniu się Izraela w polskie sprawy organizują antysemickie ekscesy i podpalają „budynki sakralne” (z kontekstu wynika, że chodzi o synagogi). USA reagują wstrzymaniem pomocy wojskowej dla Polski. Część ministrów rządu podaje się do dymisji, rządząca koalicja traci większość, Sejm pogrąża się w bezwładzie. Z Rosji nadciągają konwoje humanitarne i dalsze oddziały „ludzików”. W Przemyślu ukraińscy nacjonaliści atakują budynki miejscowych władz – Moskwa deklaruje pomoc i powstają polsko-rosyjskie oddziały samoobrony wspierane przez rosyjskich ochotników z Suwałk (ot, tak sobie, przedarli się z Suwałk do Przemyśla?). Kraj popada w totalny chaos. Ujawnia się „słowiańskie odrodzenie narodu” złożone z „sił ultranarodowych”, emerytowanych generałów i byłych funkcjonariuszy PZPR, które przejmuje władzę. Wzywa na pomoc Moskwę. USA z powodu aktów antysemityzmu wycofują wojska z Polski, a na ich miejsce instaluje się wojsko rosyjskie. Kurtyna.


II. Finis Poloniae?

No dobrze, a teraz weźmy głęboki oddech i spróbujmy przez moment potraktować te majaczenia poważnie. Co z nich wynika? Ano to, że Tomasz Sakiewicz rysuje nam obraz „państwa teoretycznego”, które przewraca się z hukiem od byle ruchawki. Cytując klasyka - „ch... d... i kamieni kupa”. I to po niemal czterech latach rządów „dobrej zmiany”. To ci dopiero nowina! Wedle skrzydlatej wizji pana redaktora, do załatwienia Polski wystarczy garstka ruskich bojowców wyposażonych w lekką broń i jakieś śladowe grupki prorosyjskich popłuczyn po Moczarze, PAX-ie czy Zjednoczeniu Patriotycznym „Grunwald”. Coś niesamowitego, zważywszy iż ci „moczarowcy” stanowią dziś margines marginesu (również w środowiskach narodowych) i składają się przeważnie z jakichś stojących nad grobem dziadków, a ich guru Albin Siwak miesiąc temu pożegnał się z tym światem. Jedyną rusofilską siłą dającą się zauważyć w ostatnich latach była partia „Zmiana”, która dziś jest już bytem wirtualnym, a jej lider Mateusz Piskorski od trzech lat siedzi w areszcie. I oni mieliby dokonać przewrotu – niechby i przy wsparciu kilku emerytowanych PRL-owskich trepów? Ale nie – wg Sakiewicza stanowią egzystencjalne zagrożenie dla polskiego państwa. Całe wojsko modernizowane wielkim nakładem kosztów, Straż Graniczna, Policja, różne służby „tajne, widne i dwupłciowe” - wszystko to nic nie znaczy w konfrontacji z kilkunastoma tysiącami „zielonych ludzików” i grupką krzykaczy. A gdzie Wojska Obrony Terytorialnej? Rozpłynęły się w powietrzu? Zdezerterowały? I co, ruscy „motocykliści” mogą sobie hulać swobodnie, przemierzając całą wschodnią Polskę z północy na południe? Ciekawe, co na to Antoni Macierewicz...

Kolejny ciekawy wątek, to siła naszych sojuszy. Okazuje się, że wystarczy kilku wrzaskliwych antysemitów, by Stany Zjednoczone i NATO miały pretekst do wycofania się z Polski i pozostawienia nas sam na sam z Moskwą. Dobrze wiedzieć. Wniosek z tego, że USA są państwem skrajnie irracjonalnym i histerycznym, skoro podejmują strategiczne decyzje pod wpływem ekscesów paru prowokatorów. A jak to świadczy o polskich władzach, które zainwestowały wszystko w sojusz z tak nieobliczalnym partnerem? Wszystko to wynika przecież logicznie z artykułu Sakiewicza.

No i wreszcie kwestia walk w Przemyślu z ukraińskimi nacjonalistami. Tutaj mamy iście kopernikański przełom, bowiem do tej pory z kręgów „Zony Wolnego Słowa” słyszeliśmy zgoła odmienną narrację. Otóż neobanderyzm miał występować na Ukrainie rzekomo w śladowych ilościach i mieć jedynie antyrosyjskie oblicze, zaś każdy kto podważał powyższe i alarmował o potencjalnym zagrożeniu dla Polski (włącznie z groźbą roszczeń terytorialnych) – ten godził w sojusze i najpewniej był „ruskim agentem”. A tu proszę – banderowcy w Przemyślu! I to, jak wynika z tekstu, uzbrojeni i zorganizowani... A kto, przepraszam, ściągał w ostatnich latach masowo do Polski ukraińskich pracowników i studentów, futrując ich dodatkowo stypendiami? Takich pytań red. Sakiewicz nie zadaje – u niego „ukraińscy nacjonaliści” najwyraźniej spadli nagle z Księżyca.

Krótko mówiąc, z przytoczonego artykułu wyłania się Polska bezsilna, przegniła, infiltrowana bezkarnie przez obce agentury, niezdolna do obrony – gorzej niż Ukraina, bo wg Sakiewicza Rosja może nas połknąć za pomocą kilkunastu tysięcy motocyklistów z kałachami.


III. Dywersant Sakiewicz

Oczywiście, ten tekst sprawiający wrażenie pisanego w stanie ciężkiego nerwowego rozstroju, nie powstał przypadkiem. Jest to reakcja na rosnące poparcie dla Konfederacji, która wedle nieoficjalnych przecieków z wewnętrznych sondaży ma już kilka procent ponad progiem wyborczym. Stąd też, jak ujawnił Robert Winnicki, z kierownictwa PiS wyszedł rozkaz: „walić w Konfederację czym się da!”. To właśnie Konfederaci w tym sterowanym odgórnie przekazie mają być owymi mitycznymi „moczarowcami”, którymi straszy Sakiewicz. Kilka tygodni temu pisałem o różnicy między medium tożsamościowym, a medium partyjnym – i artykuł Tomasza Sakiewicza jest doskonałą ilustracją tej różnicy. Najwyraźniej z centrali na Nowogrodzkiej przyszło polecenie „do wykonu” i naczelny „Gazety Polskiej” wziął się do roboty – tylko finezji nieco zabrakło, bo do uprawiania skutecznej propagandy też trzeba mieć talent. Walenie obuchem, tak jak w przypadku omawianego artykułu, może być tylko przeciwskuteczne. Sakiewicz bardzo się starał, ale przedobrzył – malując rozpaczliwy obraz stanu Polski, mimowolnie uderzył w rząd Prawa i Sprawiedliwości. Na miejscu szefostwa rządzącej partii, zmyłbym mu solidnie głowę za taką wizerunkową dywersję. Naczelny „Gazety Polskiej” lubi się przedstawiać jako „partyzant wolnego słowa” - tyle, że ten „partyzant” wskutek lizusowskiej nadgorliwości niepostrzeżenie stał się dywersantem szkodzącym tym, którym służy.

Nie bez znaczenia jest również wątek medialno-rynkowej pozycji mediów zarządzanych przez „dywersanta”, których sprzedaż notuje rekordowe spadki. Stąd nieprzytomne ataki na „Warszawską Gazetę”, uparcie nazywaną przez Sakiewicza „Gazetą Warszawską” - by niezorientowany odbiorca powiązał nas z rynsztokowym portalem o tej nazwie. Ostatni taki atak miał miejsce w liście rozesłanym do Klubów „Gazety Polskiej”, w którym „dywersant” nieudolnie przypisuje nam współpracę z Romanem Giertychem („DJ Koń” musiałby się nieźle zdziwić), a także polityczne zaangażowanie na rzecz Konfederacji, dyscyplinując przy okazji klubowiczów na okoliczność różnych „myślozbrodni”. Cóż, sugerując nam partyjne zaangażowanie, Sakiewicz po prostu mierzy własną miarą: najwyraźniej nie może mu się pomieścić w głowie, że można pisać to, co się naprawdę myśli i nade wszystko – nie traktować swoich czytelników jak idiotów. Natomiast fakt, że ten list do nas trafił wyraźnie świadczy, że nawet najwierniejsi akolici „Gazety Polskiej” nie dają się już nabierać na te toporne banialuki.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Warszawska Gazeta – medium tożsamościowe

Prasa – ofiara politycznej wojny

Dlaczego nie kupuję „niepokornych” gazet


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 19 (10-16.05.2019)

niedziela, 24 marca 2019

„Warszawska Gazeta” – medium tożsamościowe

Nie bez przyczyny przyświeca nam sentencja: „Nie obchodzą nas partie lub te czy owe programy. My chcemy Polski suwerennej, Polski chrześcijańskiej, Polski – polskiej”.

I. Medium tożsamościowe – to brzmi dumnie!

Na początek wyjaśnienie, dlaczego „Warszawską Gazetę” określiłem w tytule mianem „medium tożsamościowego”. Otóż nie jest tajemnicą, że od jakiegoś czasu scena medialna uległa daleko idącej polaryzacji – i nie jest to bynajmniej wyłącznie polska specyfika, podobną ewolucję można zaobserwować również na Zachodzie (np. w Stanach Zjednoczonych, szczególnie po wyborze Donalda Trumpa). Konsekwencją tego procesu jest sytuacja, w której poszczególne tytuły zamiast starać się obiektywnie i bezstronnie opisywać rzeczywistość, stają się przedstawicielami różnych opcji światopoglądowych, ideologicznych i politycznych. Oczywiście, stuprocentowy obiektywizm mediów jest szlachetną utopią, która nigdy i nigdzie nie została wcielona w życie. Zawsze istniały tzw. linie redakcyjne określające profil danej gazety (w tekście skupię się na prasie, ale powyższe dotyczy również mediów elektronicznych, w tym szczególnie internetu). Funkcjonowały więc tytuły o „przechyle” bardziej lewicowym, bądź liberalnym lub dla odmiany - bardziej konserwatywnym. W ten sposób tworzył się naturalny pluralizm debaty publicznej, konfrontujący ze sobą różne poglądy. Stąd również wzięły się takie określenia, jak „tygodnik opinii” czy „medium opiniotwórcze”, z założenia nastawione na przekonywanie czytelnika do swoich racji. Medium tożsamościowe jest zatem jedynie logicznym następstwem, krokiem dalej, polegającym na wyostrzeniu profilu redakcyjnego. I, choć niektórzy puryści medialnej „czystości” mogliby się tu oburzyć, moim zdaniem nie ma w tym nic złego. W ten sposób bowiem określone grupy czytelników zyskują swój głos w publicznym dyskursie, mają własną reprezentację w przestrzeni medialnej. Gazeta staje się ich rzecznikiem i wyrazicielem bliskich im poglądów i wartości. I właśnie takim tytułem – medium tożsamościowym w najlepszym rozumieniu tego pojęcia – jest „Warszawska Gazeta”. Wydajemy ją i piszemy dla Państwa i dzięki Państwu – po to, by niezależny, patriotyczny głos był słyszalny, by nie dało się go zignorować we wszechobecnym zalewie lewackiego jazgotu. Wasze wartości są naszymi wartościami. Krótko mówiąc, medium tożsamościowe – to brzmi dumnie!


II. Prasa tożsamościowa czy partyjna?

By jednak miano medium tożsamościowego można było nosić z dumą, należy spełnić trzy warunki. Pierwszy – swoje poglądy należy głosić z otwartą przyłbicą, bez udawania wzorca z Sevres „obiektywizmu”, bez hipokryzji i zakłamania. Przez lata III RP swoisty anty-standard takiej udającej „bezstronność” manipulatorskiej obłudy praktykowała np. „Gazeta Wyborcza”, na zewnątrz usiłując prezentować się jako „arbiter elegantiarum”, podczas gdy w rzeczywistości od swego zarania była narzędziem propagandy obozu beneficjentów „okrągłego stołu”. W przypływie szczerości wyznał to już w 1990 r. Adam Michnik w rozmowie z ówczesnym dziennikarzem „GW”, Krzysztofem Leskim: „K-k-krzysiu, jeśli ty-ty-ty chcesz tu robić wo-wolną gazetę, to-to-to-to po moim trupie”. „Warszawska Gazeta” nie udaje czegoś, czym nie jest – poglądy naszych publicystów mogą się między sobą różnić, ale zawsze są podawane wprost, bez owijania w bawełnę. Jesteśmy wobec Państwa po prostu szczerzy.

Warunek drugi – przedstawiając swoje stanowisko na dany temat, nie można kłamać i produkować „fake newsów”. Tu również staramy się dochować najdalej idącej rzetelności, co można sprowadzić do zasady: wyrazistość, a nawet kontrowersyjność opinii – tak, jak najbardziej, ale nie można fałszować opisywanych faktów, tworzyć alternatywnej rzeczywistości. Wystarczy zerknąć na łamy rzekomo „obiektywnych” tytułów, pełnych zmyśleń, przeinaczeń i manipulacji, by dostrzec różnicę.

No i wreszcie warunek trzeci, jak zobaczymy dalej, wyjątkowo trudny do spełnienia, bo pokusa, by go nie dochować, jest duża: nie można przekroczyć cienkiej granicy między medium tożsamościowym, a medium partyjnym. Gazeta ma służyć swoim Czytelnikom, a nie tej czy innej sile politycznej. Czasopismo nie jest od tego, by kolportować różne „przekazy dnia”, podporządkowywać się odgórnej, partyjnej linii (a czasem wręcz jednej partyjnej frakcji). Jeżeli tak robi, to powinno mieć w redakcyjnej stopce adnotację, że jest organem prasowym danego ugrupowania – dopiero wtedy byłoby fair wobec odbiorców. Zatem, jeśli przykładowo widzisz Czytelniku, że jakieś medium najpierw wspiera nowelizację ustawy o IPN, a potem równie gorliwie przekonuje, że rejterada rządu pod zewnętrznym naciskiem jest „ogromnym sukcesem” - to, mówiąc klasykiem, „wiedz, że coś się dzieje”. Że jesteś dla takiego pisma obiektem manipulacji i przedmiotem propagandowej obróbki, a nie podmiotem. Podmiotem jest zaś partia polityczna przekazująca redakcji swoje aktualne stanowisko „do wykonu”. My, w „Warszawskiej”, zawsze na pierwszym miejscu stawiamy Czytelnika – w odróżnieniu od innych tytułów, nie traktujemy naszych odbiorców jak dzieci specjalnej troski, którym nie należy mówić pewnych rzeczy dla ich własnego dobra. Jeżeli widzimy, że „dobra zmiana” popełnia błąd, to piszemy o tym otwarcie. Nie ma i nie może być dla nas tematów tabu – to kwestia elementarnego szacunku i uczciwości.


III. Cena niezależności

Za taką postawę płaci się cenę – symboliczną i wymierną. Przyzwyczailiśmy się do tego, że jesteśmy notorycznie opluwani i szkalowani, że stosuje się wobec nas czarny PR – co szczególnie bolesne, również ze strony różnych „niepokornych” i wielce „prawicowych” mediów, upatrujących w nas konkurencję do zniszczenia. Jesteśmy niewygodni, bo z jednej strony „Warszawska” to pismo ze stuprocentowo polskim kapitałem, a z drugiej - funkcjonujemy obok polityczno-partyjnych układów i podwieszeń. Naszym jedynym sponsorem są Czytelnicy, co daje nam komfort niezależności. Tu trzeba dodać, że czytają nas – i to pilnie – również politycy partii rządzącej, choć z niewiadomych względów wstydzą się do tego przyznać.

Jak Państwo widzą przeglądając naszą gazetę, w „Warszawskiej” próżno szukać reklam spółek Skarbu Państwa – i to jest właśnie ta wspomniana wyżej wymierna cena niezależności. Dla kontrastu, spójrzmy, jak wygląda to u naszych konkurentów (wszystkie dane za branżowym portalem wirtualnemedia.pl). W 2018 r. „Sieci Prawdy” zainkasowały reklamy spółek Skarbu Państwa o cennikowej wartości ponad 26,5 mln. zł. „Do Rzeczy” - ponad 13 mln. zł. „Gazeta Polska” - ponad 8,8 mln. zł. Nawet biorąc pod uwagę rabaty i tak wychodzą grube miliony złotych rocznie. Procentowo udział reklam spółek Skarbu Państwa (SPP) prezentuje się jeszcze bardziej okazale – w przypadku „Sieci Prawdy” SPP odpowiadają za niemal 40 proc. przychodów reklamowych; w „Do Rzeczy” - za 22,5 proc.; natomiast w „Gazecie Polskiej” udział reklam SPP to niemal 45 proc. ogółu przychodów reklamowych.

Które spółki okazały się tak hojne? Są to m.in. Orlen, Energa, Totalizator Sportowy, Lotos, PGNiG, Tauron, PKO BP czy Polska Wytwórnia Papierów Wartościowych. Jak wiadomo, takie towary jak prąd elektryczny, gaz ziemny, zakłady w „Totku” czy pieniądze są na tyle niszowe, że wymagają intensywnej promocji, by pozyskać klientów...

Wszystko to wygląda jeszcze bardziej groteskowo, gdy zestawimy powyższe dane ze sprzedażą wymienionych gazet. „Sieci” w styczniu br. sprzedawały 36 416 egzemplarzy, notując spadek o ponad 30 proc. rok do roku; „Do Rzeczy” - 32 285 egz. (spadek o ponad 17 proc.); „Gazeta Polska” - 22 920 egz. (spadek o 26,5 proc.). W tym kontekście, nie sposób nie oprzeć się wrażeniu, że mamy tu do czynienia ze swoistą „premią za lojalność”. Powiem tylko, że „Warszawska” sprzedaje się lepiej – i to pomimo ograniczenia nadziału dla zalegającego z płatnościami „Ruchu”.

Nie płaczemy. Robimy swoje, choć niektórych uwiera to proporcjonalnie do malejącej sprzedaży ich własnych gazet. Ale cóż - nie bez przyczyny przyświeca nam sentencja: „Nie obchodzą nas partie lub te czy owe programy. My chcemy Polski suwerennej, Polski chrześcijańskiej, Polski – polskiej”.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Prasa – ofiara politycznej wojny

Czy Niemcy przejmą „Ruch”?

Dlaczego nie kupuję „niepokornych”' gazet?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 12 (22-28.03.2019)

poniedziałek, 29 października 2018

Prasa – ofiara politycznej wojny

Gazety po obu stronach barykady wpędziły się w ślepą uliczkę na własne życzenie – tak to jest, gdy zacietrzewienie odbiera rozum.

Od dłuższego czasu mamy pogłębiający się kryzys na rynku prasy. Wymienia się różne przyczyny: problemy „Ruchu”, drożejący papier, internet (jak lapidarnie ujął mój znajomy: „teraz gazety czytają tylko dziadki”). Ale to wytłumaczenie nie oddaje całości problemu – na Zachodzie, mimo internetowej konkurencji, kryzys tradycyjnych gazet nie przybrał aż tak dramatycznych rozmiarów. Wynika z tego, że na krajowym podwórku mamy do czynienia z jakąś lokalną specyfiką, nie występującą nigdzie indziej. I chyba wiem, jakie zjawisko jest odpowiedzialne za „pomór” polskiej prasy. Otóż jestem skłonny postawić tezę, że gazety padają ofiarą targającej Polską plemiennej wojny domowej. Żeby było ciekawiej, większość z nich sama kręci pętlę na własną szyję, czynnie angażując się po obu stronach politycznego sporu.

Najpierw jednak kilka liczb, obrazujących skalę zjawiska (dane z sierpnia za branżowym portalem wirtualnemedia.pl). Wśród dzienników politycznych największy spadek rok do roku zanotowały „Gazeta Polska Codziennie” (-17,47 proc. obecna sprzedaż ogółem 14 831 egz.) i „Gazeta Wyborcza” (-12,07 proc., obecna sprzedaż 89 535 egz.). Z kolei wśród tygodników opinii liderem spadków są kolejno: „Sieci” (-30,64 proc. do 43 056 egz.), „Gazeta Polska” (-27 proc. do 24 856 egz.) i „Do Rzeczy” (-16,49 proc. do 33 306 egz.). Dwucyfrowe spadki zanotowały również „Gość Niedzielny” (- 13,66 proc,), „Polityka” (-10,81 proc.) i „Wprost” (-11,14 proc.). Stosunkowo niewiele natomiast spadło „Newsweekowi” (-6,91 proc.), zaś ewenementem jest wzrost sprzedaży „Tygodnika Powszechnego” (+9,05 proc., wzrost do poziomu 25 945 egz.). Gdybyśmy sięgnęli do wcześniejszych zestawień, sytuacja wyglądałaby z grubsza rzecz biorąc podobnie.

Jak łatwo zauważyć, jeśli chodzi o dzienniki, najbardziej tracą tytuły jednoznacznie zaangażowane politycznie – kojarzona z obozem PiS „Gazeta Polska Codziennie” oraz wspierająca „totalną opozycję” „Gazeta Wyborcza”. Natomiast w segmencie tygodników prawdziwą katastrofę odnotowują głównie pisma o profilu prawicowo-konserwatywnym, choć i prasa lewicowo-liberalna nie została oszczędzona. Z czego to wynika? Ano z tego, że gazety w imię „wyższych racji” zrezygnowały z choćby pozorów obiektywizmu i poszły gremialnie na wojnę, wyrzekając się swej tradycyjnej roli, czyli dostarczania informacji i formułowania rzetelnych opinii. Owszem, poszczególne tytuły prasowe zawsze cechowała określona linia redakcyjna, tak jest na całym świecie – jednak wcześniej istniały mimo wszystko jakieś hamulce, zaś wyjątkowo kąśliwe kawałki, różne prowokacje i radykalizmy zostawiano na ogół felietonistom (od tego zresztą są, by subiektywnie, barwnie i bezkompromisowo komentować różne zjawiska).

Czasem w tym kontekście mówi się o erze mediów „tożsamościowych” - tyle, że w mediach „tożsamościowych” nie ma w gruncie rzeczy niczego złego, dzięki nim bowiem poszczególne grupy społeczne zyskują swoich reprezentantów w debacie publicznej. Problem zaczyna się wtedy, gdy ideowa wyrazistość zostaje zaprzęgnięta do partyjnych rydwanów w politycznej nawalance – i właśnie ta granica została przekroczona. Celem tak „sformatowanych” mediów nie jest już przekonywanie do swych racji i pozyskiwanie zwolenników, ale zniszczenie przeciwnika. Narzędziem zaś jest ordynarna, propagandowa młócka, mająca utrzymać czytelników w stanie permanentnego amoku. Tu nie ma miejsca na polemiki i różne punkty widzenia. W efekcie, tworzy się sekty bezkrytycznych wyznawców.

Tylko, że taka „oferta” siłą rzeczy jest adresowana do stosunkowo wąskiego, „żelaznego” grona odbiorców. Większość normalnych czytelników widząc, że w poszczególnych mediach otrzymuje nie tyle nawet odmienne interpretacje i opinie, ile wręcz dwa kompletnie różne światy, daje sobie spokój – w zdrowym odruchu psychicznej samoobrony. No dobrze, ale dlaczego akurat prawicowej prasie spada bardziej? Z prostego powodu – działa mechanizm demobilizacji, skoro „nasi” są u władzy. Największą poczytność prawicowe tytuły notowały, gdy PiS był w opozycji – bo kupno gazety traktowane było jako „cegiełka”, polityczna deklaracja i symboliczne dołożenie się do batalii w imię końcowego zwycięstwa. Podobnie jest dziś z drugą stroną, dlatego prasie opozycyjnej spada mniej – żyje z mobilizacji elektoratu obozu „anty-PiS”. Obecnie „lojalne” gazety futrowane są ogłoszeniami rządowymi i reklamami państwowych spółek – tylko w pierwszym półroczu br. „Sieci”, „Gazeta Polska” i „Do Rzeczy” otrzymały (bez uwzględnienia rabatów) łącznie 23,08 mln. zł. (tak samo rząd Platformy wspomagał „swoje” tytuły i „głodził” media opozycyjne). Ale co będzie po zmianie władzy?

Dziś sytuacja wydaje się bez wyjścia. Gazety po obu stronach barykady zabrnęły tak daleko, że korekta linii obarczona jest śmiertelnym ryzykiem – można stracić zagorzałych czytelników bez gwarancji pozyskania nowych. Ale, jak wspomniałem, wpędziły się w tę ślepą uliczkę na własne życzenie – tak to jest, gdy zacietrzewienie odbiera rozum.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Dlaczego nie kupuję „niepokornych” gazet

Czy Niemcy przejmą „Ruch”?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 42-43 (26.10-08.11.2018)

środa, 27 kwietnia 2016

Pod-Grzybki 45

Po zamachach w Brukseli wylało się morze krytyki na belgijskie służby, które nie zapobiegły tragedii. Niesłusznie, bowiem tamtejsza policja jest bardzo sprawna i operatywna, poza tym ma doskonały przegląd wywrotowej aktywności w internecie. Przekonał się o tym nauczyciel, który zatweetował, że muzułmańscy uczniowie cieszyli się na wieść o zamachach. Jeszcze tego samego dnia zjawili się u niego funkcjonariusze na rozmowę ostrzegawczą. Jak widać, wszystko jest po prostu kwestią odpowiednio postępowych priorytetów.

*

Jeden z kelnerów od „Sowy i Przyjaciół” popełnił książkę, w której m.in. opisuje orgietki urządzane przez polityków z „celebrytkami”. Okazuje się, że celebrysie inkasowały za taki wieczorek stawkę 3000 zł plus wino i żarcie. Taki to mamy nadwiślański high-life'owy półświatek. Trudno się dziwić, że te wszystkie gwiazdeczki znane głównie ze zdjęć na imprezowych „ściankach” tak płaczą za Platformą. Najzwyczajniej w świecie urwał się im „sponsoring”. A teraz? Co najwyżej sąsiad spod czwórki wpadnie z flaszką alpagi. Jak tu żyć?

*

Potwierdziły się również plotki o legendarnym skąpstwie Radka Sikorskiego. Nie dość, że migał się od płacenia rachunków, to jeszcze nigdy nie zostawiał napiwków. A na dodatek zawsze trzeba było po nim sprzątać słomę, którą wypycha swoje oksfordzkie lakierki.

*

Idea Wojskowej Obrony Terytorialnej powoli obleka się w ciało, co stało się powodem spazmatycznych reakcji „Wyborczej” - oto do WOT wstępować będą młodzi patrioci, co grozi powstaniem „10-tysięcznej armii kiboli”. Cóż, patriotyczne siły zbrojne to dla michnikowszczyzny, której antenaci zostali w znacznej mierze przywiezieni na sowieckich tankach, faktycznie upiorna perspektywa. Przecież nie po to tatusiowie zrywali reakcjonistom paznokcie i tępili „leśne bandy”, żeby ten wysiłek miał pójść na marne.

*

A propos resortowych tatusiów. Ryszard Schnepf ambasadorujący w Waszyngtonie wypłakał się na fejsiku, że źli pisowcy z „GaPola” wypominają mu ojca – czerwonoarmistę i ubeka, co ma dowodzić, a jakże, „polskiego antysemityzmu”: „Fala antysemickich hejtów dotarła za ocean (…) skutecznie burząc z mozołem budowany przeze mnie wizerunek Polski tolerancyjnej, bez rasizmu i antysemityzmu”. Cóż, przypomnę jeden tylko epizod z owego „budowania wizerunku” (cyt. za oficjalną stroną polskiej ambasady): „w ramach specjalnego bloku polskiej kinematografii »Spotlight on Polish Cinema« prezentowanego podczas tegorocznego waszyngtońskiego Festiwalu Filmów Żydowskich, w stolicy USA odbył się pokaz wielokrotnie nagrodzonego obrazu »Pokłosie«”. Projekcję poprzedziło specjalne wystąpienie Schnepfa: „»Pokłosie« to film, który pokazuje jak w uczciwy sposób powinniśmy się zmierzyć z trudnymi i nie zawsze chwalebnymi momentami przeszłości naszego kraju”. Czyli po staremu – tatuś zwalczał „polską dzicz” w augustowskich lasach, synek również – tyle, że „na placówce”. A pan Waszczykowski? Boi się narazić B'nai B'rith?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 14 (06-12.04.2016)

piątek, 6 lutego 2015

Abp Wielgus – ofiara okoliczności?

Współpraca arcybiskupa z bezpieką została potraktowana pretekstowo, zaś cała sprawa ma korzenie sięgające o wiele głębiej.

I. Zmowa milczenia

W związku z opublikowanymi pod koniec ubiegłego roku wspomnieniami abp. Stanisława Wielgusa wracają wydarzenia z przełomu lat 2006/2007. A w zasadzie – miałyby szansę powrócić, gdyby książka „Tobie, Panie, zaufałem, nie zawstydzę się na wieki. Historia mojego życia” została dostrzeżona przez media i publicystów, którzy w sprawie arcybiskupa odegrali wówczas wiodącą rolę. Tymczasem, jakoś tak się składa, że wszyscy z „Gazetą Polską” na czele, starannie patrzą w innym kierunku, pomijając publikację wymownym milczeniem. Zastanawiające, tym bardziej, że przecież konfliktowi wokół hierarchy nadano status sporu fundamentalnego dla dalszych losów polskiego Kościoła. Książkę zauważyły – co naturalne – media związane z ojcem Tadeuszem Rydzykiem, które konsekwentnie broniły i bronią dobrego imienia arcybiskupa, natomiast ze strony jego ówczesnych oskarżycieli – cisza. Podobnie było z wcześniejszą o rok książką dziennikarza „Naszego Dziennika”, Sebastiana Karczewskiego „Zamach na Arcybiskupa. Kulisy wielkiej mistyfikacji”. W jednym i drugim przypadku zero odniesień do argumentów, opinii, polemik. Przytoczę tu wymowny obrazek: otóż podczas jednego z niedawnych spotkań w Klubie Ronina ktoś z publiczności zwrócił się do Tomasza Terlikowskiego w tonie, czy ten odnośnie swej postawy wobec abp. Wielgusa nie ma sobie nic do zarzucenia. Skonfundowany publicysta, odwracając głowę, był w stanie rzucić tylko „nie ja go odwoływałem i nie ja werbowałem”. I tyle.

Dlatego dobrze się stało, że autobiografii poświęcił obszerny tekst Sławomir Cenckiewicz. Artykuł „Krzywda i thriller arcybiskupa Wielgusa” zawieszony na portalu tygodnika „Do Rzeczy” pozwala nam wejrzeć w splot okoliczności towarzyszących sprawie aż po dramatyczny finał w trakcie pamiętnego ingresu do warszawskiej archikatedry 7 stycznia 2007. Przyznam się, że sam również prześlepiłem ukazanie się książki, więc z tym większym zaciekawieniem przeczytałem analizę Cenckiewicza.

II. Drugie dno

W tym miejscu muszę powiedzieć, że w czasie trwania wydarzeń składających się na tzw. „sprawę Wielgusa” bez większych zastrzeżeń przyjmowałem narrację „Gazety Polskiej” - TW „Grey” to TW „Grey” i nie powinien obejmować godności kościelnych, koniec kropka. Zresztą, kwestia kościelnej lustracji, nigdy do końca nie przeprowadzonej, wciąż pozostaje aktualna, podobnie jak oczyszczenie wielu innych środowisk oddziałujących na życie publiczne oraz atmosferę intelektualną i duchową współczesnej Polski. W miarę upływu czasu w coraz większym stopniu dopuszczałem jednak możliwość, że współpraca arcybiskupa z bezpieką została potraktowana pretekstowo, zaś cała sprawa ma korzenie sięgające o wiele głębiej.

Jak pamiętamy, przy okazji „sprawy Wielgusa” zawiązały się dość egzotyczne sojusze. Część medialnego mainstreamu doznała nagłego nawrócenia na lustracyjną wiarę powtarzając argumenty tak znienawidzonych w innych okolicznościach rozliczeniowych „inkwizytorów” grzebiących się w „ubeckim szambie”. Z kolei np. Radio Maryja czy „Nasz Dziennik” momentami ocierały się o kopiowanie antylustracyjnej retoryki „Gazety Wyborczej”, która nota bene zajęła wówczas ambiwalentne stanowisko, w pewnym momencie udostępniając nawet atakowanemu arcybiskupowi swe łamy na wywiad w którym znalazła się pochwała linii „Wyborczej”.

Sam abp Wielgus przyczyn nagonki upatruje w zakulisowym działaniu masonerii, której nie w smak były konserwatywne poglądy dostojnika piętnującego wielokrotnie lewacki postmodernizm i lansowane przezeń antywartości. Nie ulega wątpliwości, iż ten konkretny hierarcha na tak prestiżowym stanowisku jak warszawskie arcybiskupstwo był dla wielu osób i środowisk szalenie niewygodny i to z szeregu różnych przyczyn. Metropolita warszawski o tak jednoznacznych i wyrazistych przekonaniach, otwarty sympatyk Radia Maryja, był nie do strawienia dla lewicowych salonów, polityków obozu postmagdalenkowego, czy kościelnych liberałów. Co innego, gdy głosi swe przesłanie w prowincjonalnym Płocku, a co innego, gdyby podobny przekaz wybrzmiewał z archikatedry warszawskiej. Ale nie tylko ta strona mogła mieć interes w usadzeniu hierarchy. I tu pozwolę sobie naszkicować własną hipotezę, która z tego co się orientuję, chyba do tej pory nie zaistniała w przestrzeni publicznej.

III. Akcja polityczna?

Na jej trop naprowadziła mnie lista wrogów i przyjaciół, których arcybiskup wymienia w swej książce. Do przyjaciół zalicza m.in. Romana Giertycha, Andrzeja Leppera, Waldemara Pawlaka, Jana Engelgarda, Bogusława Kowalskiego, Waldemara Gontarskiego i Włodzimierza Blajerskiego. Widać tu pewną prawidłowość – są to albo osoby związane z Radiem Maryja, albo polityczni konkurenci PiS z różnych opcji, w tym narodowo-katolickiej, przy czym obie grupy częściowo się pokrywają. Przypomnijmy sobie teraz polityczną atmosferę końca 2006 i początku 2007 roku. Koalicja PiS-LPR-Samoobrona wisi na włosku. Trwają przepychanki wokół uchwalenia ustawy budżetowej, realna staje się perspektywa przedterminowych wyborów. Polityczne zapasy w łonie koalicji nie ustają ani przez chwilę, dopiero co miała miejsce wykreowana przez TVN afera z „taśmami Beger”. I w tym wszystkim nagle narodowo-katolicka konkurencja PiS po prawej stronie zyskałaby potężnego sojusznika w osobie metropolity warszawskiego – abp. Stanisława Wielgusa. Do tego możnego protektora w szeregach episkopatu pozyskałby ojciec Rydzyk, którego lojalności PiS i bracia Kaczyńscy nigdy nie mogli być do końca pewni i który promował w swych mediach rywali PiS z grona „przystawek”.

W międzyczasie, od 29 października 2006, trwają rozmowy na temat objęcia metropolii warszawskiej przez abp. Wielgusa, ostatecznie papież Benedykt XVI podpisuje bullę nominacyjną 6 grudnia. Wkrótce następuje odpalenie afery – 19 grudnia Tomasz Sakiewicz, nie kryjący się ze swymi sympatiami zwolennik PiS, ogłasza, że nowo mianowany metropolita był tajnym współpracownikiem komunistycznych służb. Rozpoczyna się medialna jatka zakończona, jak wiemy, ustąpieniem arcybiskupa. 3 stycznia 2007 prof. Marek Wichrowski kopiuje w IPN dokumenty dotyczące abp. Wielgusa i przekazuje je Tomaszowi Sakiewiczowi (z czego wynika, że wcześniej Sakiewicz prawdopodobnie dysponował jedynie informacjami z drugiej ręki), fakt współpracy potwierdza 5 stycznia Kościelna Komisja Historyczna, wreszcie dochodzi do narady w nocy 6/7 stycznia w Pałacu Prezydenckim z udziałem prezydenta Lecha Kaczyńskiego, nuncjusza apostolskiego abp. Józefa Kowalczyka, przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski abp Józefa Michalika i sekretarza KEP bp Piotra Libery, podczas której ustalono, że abp Wielgus zrzeknie się urzędu podczas ingresu. Nieco wcześniej do Rzymu udał się Przemysław Gosiewski, który wspólnie z ambasador Hanną Suchocką uzyskał zgodę papieża Benedykta XVI na rezygnację abp Wielgusa. Resztę znamy.

Podsumowując, uważam, że przeciwko abp Wielgusowi zagrał splot różnych czynników i interesów. Widzę to następująco: mainstream polityczno-medialny III RP (i być może ta nieszczęsna masoneria) wszedł w temat, bo nadarzyła się okazja utrącenia niewygodnego ideologicznie hierarchy. W interesie Jarosława Kaczyńskiego i PiS leżało niedopuszczenie do wzmocnienia rywali politycznych po prawej stronie i zbytnie usamodzielnienie się ojca Rydzyka. Swoje, prócz robótki dla PiS, miał tez do ugrania Tomasz Sakiewicz – zależało mu na osłabieniu toruńskich mediów ojca Rydzyka z którym rywalizuje o patriotyczny target i „rząd dusz” na prawicy. No i jeszcze liberalne skrzydło episkopatu, także niechętne redemptoryście. Słowem, chodziło tu o wszystko, tylko nie o lustracyjne pryncypia. Sądzę, że w innych okolicznościach abp Wielgus objąłby godność metropolity bez przeszkód. Pamiętajmy, że abp. Józef Kowalczyk nie ucierpiał w związku ze swą rejestracją jako Kontakt Informacyjny „Cappino”. Nic dziwnego więc, że ówcześni oskarżyciele teraz wolą wspomnień swej politycznej ofiary nie zauważać.

Na marginesie, przypuszczam, że przynajmniej część publicystów mogła w całej aferze uczestniczyć nieświadomie, choć trudno mi uwierzyć, by był to akurat Sakiewicz. Ale już Terlikowski, Pospieszalski czy ks Tadeusz Isakowicz-Zaleski mogli nie zdawać sobie sprawy o co tak naprawdę toczy się gra. Zapewne wielu łyknęło lustracyjny pic – że chodzi tu o oczyszczenie, rozliczenie, naprawę Kościoła itd. Sam tak sądziłem. To trochę jak ze sprawą prof. Kieżuna – ot, wojenka między dwoma tygodnikami wymknęła się spod kontroli, a my się mamy ekscytować „pryncypiami”.

***

Kończąc – abp Stanisław Wielgus nie jest moim bohaterem. Fakt współpracy z SB wydaje się ewidentny. Nie po drodze mi również z niektórymi jego „przyjaciółmi”, antylustracyjnymi poglądami i kilkoma innymi kwestiami. Jednak nie znoszę być traktowany przedmiotowo – niezależnie, czy robią mnie w trąbę „nasi” czy „nie-nasi”. A przede wszystkim, lubię wiedzieć co jest grane – i stąd ten tekst.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 4 (74) 02-08.02.2015

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Dlaczego nie kupuję „niepokornych” gazet

Być może klaskaniem mając obrzękłe prawice, znudzony pieśnią prawicowy lud woła o czyny.

Kolejne wyniki sprzedaży tygodników od dłuższego czasu pokazują stały trend spadkowy prasy konserwatywnej i sądzę, że tego zjawiska nie da się wytłumaczyć jedynie dostosowaniem cen do rynkowej rzeczywistości, bądź konkurencją ze strony internetu. Po okresie wzmożenia, gdy prawicowe tytuły takie jak „Do Rzeczy” oraz „wSieci” rzucały wyzwanie „Newsweekowi” czy „Polityce”, a „Gazeta Polska” wyprzedzała „Wprost” nie został nawet ślad. Zmęczenie materiału? Cóż, pozwolę sobie wyłuszczyć moje osobiste powody, które sprawiły, że przestałem kupować „niepokorne” czasopisma już jakiś czas temu, bo podejrzewam, że w swych motywacjach nie jestem odosobniony.

Przede wszystkim istotną rolę odegrało rozmijanie się deklarowanych celów ideowych z codzienną praktyką. Dla „naszych” mediów misja stała się przede wszystkim biznesem. Zaś w biznesie, jak to w biznesie - jest rywalizacja o patriotyczny target sprzedażowy zaostrzająca się dodatkowo wraz z malejącą zasobnością portfeli prawicowych odbiorców. Mogliśmy to zaobserwować chociażby na przykładzie sprawy prof. Kieżuna - i to z obu stron: tej, która go lansowała na anty-Bartoszewskiego wiedząc o jego przeszłości („wSieci”), by za jego pomocą dołożyć konkurencji, jak i tej, która dokonała demaskacji, choć wcześniej, również zdając sobie sprawę z peerelowskich uwikłań profesora, wpuszczała go na swe łamy („Do Rzeczy”). Nie oszukujmy się – spór o historyczny rewizjonizm to było coś o wiele więcej niż walka światopoglądowa.

Z powyższym wiąże się kolejny grzech „naszych” mediów – jest nim arogancja. Ktoś uznał, że można odbiorcom wciskać spreparowany autorytet i że „ciemny lud to kupi”. Na marginesie tej sprawy stwierdziłem, iż od tej pory będę „niepokorne” media czytał niczym „Gazetę Wyborczą” - łapiąc przekaz między wierszami, sprawdzając o czym nas informują i w jakim kontekście, no i przede wszystkim - czego nam nie mówią, bo uznali, że na jakiś fragment wiedzy nie zasługujemy. Innym przejawem arogancji i środowiskowego sekciarstwa była niedawna radość redaktora Skwiecińskiego z kryzysu blogosfery i dziennikarstwa obywatelskiego, co uznał za oznakę powrotu do „normalności” - czyli monopolu informacyjno-opiniotwórczego zawodowych dziennikarzy. Jak działa to w praktyce przekonujemy się obecnie kiedy to po proteście w PKW „niepokorni” żurnaliści informują wyłącznie o procesach swoich dwóch kolegów po fachu, pomijając milczeniem, że zatrzymano ogółem 12 osób, w tym dwoje dziennikarzy obywatelskich – Hannę Dobrowolską z portalu Solidarni2010.pl i Witolda Zielińskiego z Niepoprawnego Radia PL. Jeśli dodamy do tego formułowane postulaty, że należy „marginalizować” niewygodne postaci życia publicznego, do czego niedawno nawoływał Łukasz Warzecha w odniesieniu do Ewy Stankiewicz i Grzegorza Brauna, to otrzymamy prawicową mutację michnikowszczyzny.

Trzecim powodem jest zaangażowanie nie tyle polityczne, ile wręcz partyjne. Polega ono m.in. na deprecjonowaniu wszelkich inicjatyw pojawiających się poza prawicowym mainstreamem i jedynie słuszną siłą opozycyjną. Jeśli czytam, że za Marszem Niepodległości stoi ruska agentura, że każdy kto ma inną ocenę wydarzeń na Ukrainie lub przypomina o Wołyniu staje w jednym szeregu z Putinem, że wejście do PKW odbyło się za sprawą jakiejś rosyjskiej V kolumny i jest realizacją scenariusza destabilizacji Polski, to odnoszę wrażenie jakiegoś upiornego odklejenia od rzeczywistości w służbie partyjnej propagandy. Czasami owa propagandowa aktywność kończy się ponurą groteską, jak moment, gdy naczelny „Gazety Polskiej” Tomasz Sakiewicz został 11 listopada odznaczony w Krakowie przez Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy. Przepraszam, ale dziennikarz przyjmujący medal od jakiejkolwiek służby specjalnej staje się dla mnie niewiarygodny z definicji.

No i wreszcie grzech ostatni, czyli wtórność. W pewnym momencie przeglądając kolejne publicystyczne wypracowania naszych prawicowych celebrytów nie mogłem się opędzić od wrażenia, że wszystko to już kiedyś czytałem, że obracam się w jakimś dusznym pomieszczeniu wśród tych samych nazwisk i twarzy eksploatujących wciąż te same schematy. Możliwe zresztą, że tu tkwi jedna z przyczyn zniechęcenia czytelników. Być może klaskaniem mając obrzękłe prawice, znudzony pieśnią prawicowy lud woła o czyny. Zamiast tego jednak otrzymuje w kółko ten sam przekaz z tymi samymi oklepanymi motywami, a wszystko to podszyte podjazdowymi wojenkami poszczególnych redakcji. To jak spełniony sen redaktorów Skwiecińskiego i Warzechy – zawodowcy odizolowani w zamkniętym środowisku gdzie każdy zna każdego i wiadomo jaka jest hierarchia dziobania zajmują się pielęgnowaniem własnej wielkości i przeżuwaniem swych intelektualnych wykwitów. W ten sposób otrzymujemy stan idealnej wsobności, możliwe że bardzo odpowiadający prawicowym luminarzom, ale doprawdy nie widzę powodu, by do tego dziennikarskiego dobrostanu dorzucać moje kilka złotych.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/%C5%9Bmierdz%C4%85ca-sprawa#.VH4wCGfYiGc

http://blog-n-roll.pl/pl/frondelkowa-hiena-roku

http://blog-n-roll.pl/pl/ha%C5%84ba-%E2%80%9Eniepokornych%E2%80%9D#.VIXVWcmNAmw

Artykuł ukazał się w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 49 (05-11.12.2014)

czwartek, 13 marca 2014

Ukraińskie echa

Sytuacja na Ukrainie odbija się od czasu do czasu na naszym prawicowym podwórku ciekawymi refleksami.

I. Poprawnościowa cenzura

Sytuacja na Ukrainie odbija się od czasu do czasu na naszym prawicowym podwórku ciekawymi refleksami. Na przykład, z tego co pamiętam, „Gazeta Polska” po objęciu w 2005 roku stanowiska RedNacza przez Tomasza Sakiewicza wydrukowała felieton Kazika Staszewskiego, odrzucony wcześniej przez dodatek telewizyjny „Gazety Wyborczej”, bo Kazik przejechał się w nim po Kwaśniewskim. W efekcie Kazik zrezygnował ze współpracy z „Wyborczą”, a jego felieton ukazał się w „GP”. Był to wyrazisty symbol zmiany polityki redakcyjnej tygodnika, który u schyłku rządów Wierzbickiego staczał się w otchłań salonowszczyzny - obok powtórnego pojawienia się na jego łamach Rafała Ziemkiewicza, zwerbowania do współpracy Stanisława Michalkiewicza czy Waldemara Łysiaka... Któż to jeszcze pamięta?

Dziś natomiast „Gazeta Polska” cenzuruje tekst ks. Isakowicza-Zaleskiego, bo temu nie spodobała się obecność neo-banderowców na Majdanie i w majdanowskim rządzie „samostijnoj” Ukrainy. Wskutek tego ks. Isakowicz-Zaleski zerwał współpracę z mediami Sakiewicza. Takie to czasy – niegdyś „Gazeta Polska” mogła wydrukować autora ocenzurowanego przez „Wyborczą”, choć wiadomo było, że w szeregu spraw poglądy Kazika w dość znaczący sposób odbiegają od generalnej linii pisma, teraz sama cenzuruje zasłużonego, wieloletniego współpracownika, bo ten w jednej sprawie odstąpił od redakcyjnej ortodoksji. O zaleganiu z honorariami (to z kolei przez „GPC”), które w całości były przeznaczane na działalność charytatywną księdza Tadeusza nawet szkoda gadać. „Gazeta Polska” ta sama, ale już nie taka sama...

Oczywiście, nie ma obowiązku zgadzać się z ks. Tadeuszem Isakowiczem-Zaleskim, któremu wątek post-rezuńskich sił w ukraińskiej rewolucji przesłonił szerszy kontekst tamtejszych wydarzeń, a przede wszystkim to, że Ukraina wyłuskana z rosyjskiej strefy wpływów w znaczący sposób ogranicza możliwość kontynuowania neoimperialnej polityki Kremla w odniesieniu do „bliskiej zagranicy” - ze szczególnym uwzględnieniem Polski. Rozumiał to Jerzy Giedroyc, który z braku innych kart przetargowych otwarcie dowartościowywał w swej „Kulturze” ukraińskich nacjonalistów – mimo oburzenia licznych środowisk emigracyjnych. Nie oznacza to jednak, że problem renesansu ukraińskiego szowinizmu nie istnieje i obecnie nie ma doprawdy powodu, by w ramach jakiejś dziecinnej kokieterii tego nie zauważać, czy wprowadzać absurdalną cenzurę przekazu. W przeciwieństwie bowiem do czasów gdy Giedroyc formułował doktrynę ULB (Ukraina-Litwa-Białoruś jako bufor bezpieczeństwa między Polską a Rosją), mamy obecnie nieco więcej możliwości dogadywania się z Ukraińcami niż giedroyciowska historyczna „gruba kreska”. Szerzej pisałem o tym w tekstach „W pętach Giedroycia” i „Post-giedroyciowska dziecinada”, zatem nie będę się tu powtarzał. Zapraszam do lektury.

II. Sekciarstwo narodowców

W podobną pułapkę wąskiej perspektywy wpadli narodowcy – i nie mówię tu o różnych post-PAXowskich, peerelowsko-rusofilskich popłuczynach, tylko o zdominowanym przez endecką młodzież Ruchu Narodowym, który na naszych oczach popełnia spektakularne harakiri. Nie mam informacji na ile w szeregach RN czynni są ruscy szatani i jaki jest ich ewentualny wpływ na postawę młodych narodowców, ale uporczywe sprowadzanie sytuacji na Ukrainie do jednego tylko z nurtów politycznych (choć idącego wraz z pozostałymi na oligarchicznym pasku finansowym), nie najlepiej świadczy o realizmie, który wszak ma być wyznacznikiem odrodzonej formacji narodowej. Zamiast endeckiego realizmu mamy do czynienia z histerią, momentami wręcz powtarzającą kremlowską propagandę.

Czy liderzy Ruchu Narodowego nie zdają sobie sprawy jak to zostanie odebrane w kontekście historycznych uwikłań części endeckich środowisk dla których „realizm” bywał często usprawiedliwieniem dla zwykłej kolaboracji z sowieckim okupantem, a obecnie wiernopoddańczego rusofilstwa utopionego w panslawistycznym sosie? A tu z jednej strony mamy kultywowanie pamięci o Żołnierzach Wyklętych, Marsze Niepodległości i wchodzenie w środowiska kibicowskie wśród których żywa jest tradycja insurekcyjno-niepodległościowa oraz antysowieckie i antyrosyjskie nastroje, a z drugiej – jazgot przeciw ewidentnie antyrosyjskiemu przebudzeniu Ukraińców, w którym RN chce widzieć jedynie odrodzenie banderowszczyzny. Toż to tak niespójne, że aż żal słuchać. Szkoda, bo renesans tradycji narodowej demokracji jest Polsce potrzebny, tymczasem liderzy formacji mającej owego renesansu dokonać miotają się od ściany do ściany niwecząc wypracowany w ostatnich latach kapitał zaufania. Powtarzam, nie wiem, czy jest to efekt działania moskiewskiej agentury w Ruchu Narodowym, czy po prostu jego działacze tak bardzo starają odróżnić się od PiS, że dostali od tego jakiegoś małpiego zacietrzewienia, ale efektem może być jedynie osunięcie się środowisk narodowych na powrót w polityczne sekciarstwo.

III. Błędne taktyki

Mamy zatem do czynienia z dwiema błędnymi taktykami. PiS, którego przedstawicielem jest grupa mediów „Gazety Polskiej” każe milczeć w kwestii recydywy banderowszczyzny i sekuje ks Isakowicza-Zaleskiego, którego spojrzenie mimo różnych wad pozwala zobaczyć kwestię ukraińską z innej perspektywy. Z kolei narodowcy chcą narzucić optykę sprowadzającą się wyłącznie do banderowskiego zagrożenia, co jak raz jest po myśli i linii Putina.

Tymczasem, sytuacja nie jest prosta. Ukraina – z szeregu powodów – wykonała korzystną dla nas woltę, którą warto i należy wspierać na miarę naszych możliwości. Jednak obecne są tam również siły nad którymi nie można ot tak sobie przejść do porządku dziennego. A już kompletną aberracją byłaby jakaś infantylna egzaltacja spod znaku „kochajmy się” i zadekretowana amnezja o polskiej hekatombie na Kresach. Pomijając już absolutnie podstawową kwestię, że jesteśmy winni pamięć setkom tysięcy ofiar, to zamiatanie pod dywan sprawy historycznych zaszłości i obecnego wybielania na Ukrainie ludobójców, byłoby polityczną głupotą. Tak jak nic nie ugrała Polska przymykając oczy na flirt tonącego Juszczenki z banderowcami, tak i obecnie nasze milczenie w tej sprawie może tylko utwierdzić radykalne siły na Ukrainie w przekonaniu, że można z nami wszystko.

A przecież wystarczyło wydać prosty komunikat w stylu: „Niepodległościowy zryw narodu ukraińskiego, prozachodni kurs obecnych władz ukraińskich oraz pragnienie wyjścia z rosyjskiej strefy wpływów oceniamy pozytywnie, gdyż jest to w polskim interesie. W tej materii Ukraina może liczyć na nasze pełne poparcie. Nie zapominamy jednak o przeszłości i w związku z tym niepokoi nas obecność sił politycznych nawiązujących do ludobójczej tradycji OUN i UPA. Wyrażamy w związku z tym nadzieję, że po ustabilizowaniu sytuacji władze Polski i Ukrainy zechcą rozwiązać dzielące nas problemy nie na zasadzie fałszywej „symetrii win”, lecz na gruncie historycznych faktów, zaś siły gloryfikujące zbrodniarzy znajdą się w politycznej izolacji, tak jak w innych krajach izolowane są ruchy nawiązujące do hitleryzmu”. Byłoby to uczciwe i zgodne z polską racją stanu postawienie sprawy. Czy naprawdę takie to trudne?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/krajobraz-po-majdanie#.UyDMoM59BOg

http://niepoprawni.pl/blog/346/ukrainski-klincz

http://niepoprawni.pl/blog/287/ukraina-miedzy-scylla-charybda

http://niepoprawni.pl/blog/287/post-giedroyciowska-dziecinada

http://niepoprawni.pl/blog/287/w-petach-giedroycia