Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Newsweek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Newsweek. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 października 2018

Prasa – ofiara politycznej wojny

Gazety po obu stronach barykady wpędziły się w ślepą uliczkę na własne życzenie – tak to jest, gdy zacietrzewienie odbiera rozum.

Od dłuższego czasu mamy pogłębiający się kryzys na rynku prasy. Wymienia się różne przyczyny: problemy „Ruchu”, drożejący papier, internet (jak lapidarnie ujął mój znajomy: „teraz gazety czytają tylko dziadki”). Ale to wytłumaczenie nie oddaje całości problemu – na Zachodzie, mimo internetowej konkurencji, kryzys tradycyjnych gazet nie przybrał aż tak dramatycznych rozmiarów. Wynika z tego, że na krajowym podwórku mamy do czynienia z jakąś lokalną specyfiką, nie występującą nigdzie indziej. I chyba wiem, jakie zjawisko jest odpowiedzialne za „pomór” polskiej prasy. Otóż jestem skłonny postawić tezę, że gazety padają ofiarą targającej Polską plemiennej wojny domowej. Żeby było ciekawiej, większość z nich sama kręci pętlę na własną szyję, czynnie angażując się po obu stronach politycznego sporu.

Najpierw jednak kilka liczb, obrazujących skalę zjawiska (dane z sierpnia za branżowym portalem wirtualnemedia.pl). Wśród dzienników politycznych największy spadek rok do roku zanotowały „Gazeta Polska Codziennie” (-17,47 proc. obecna sprzedaż ogółem 14 831 egz.) i „Gazeta Wyborcza” (-12,07 proc., obecna sprzedaż 89 535 egz.). Z kolei wśród tygodników opinii liderem spadków są kolejno: „Sieci” (-30,64 proc. do 43 056 egz.), „Gazeta Polska” (-27 proc. do 24 856 egz.) i „Do Rzeczy” (-16,49 proc. do 33 306 egz.). Dwucyfrowe spadki zanotowały również „Gość Niedzielny” (- 13,66 proc,), „Polityka” (-10,81 proc.) i „Wprost” (-11,14 proc.). Stosunkowo niewiele natomiast spadło „Newsweekowi” (-6,91 proc.), zaś ewenementem jest wzrost sprzedaży „Tygodnika Powszechnego” (+9,05 proc., wzrost do poziomu 25 945 egz.). Gdybyśmy sięgnęli do wcześniejszych zestawień, sytuacja wyglądałaby z grubsza rzecz biorąc podobnie.

Jak łatwo zauważyć, jeśli chodzi o dzienniki, najbardziej tracą tytuły jednoznacznie zaangażowane politycznie – kojarzona z obozem PiS „Gazeta Polska Codziennie” oraz wspierająca „totalną opozycję” „Gazeta Wyborcza”. Natomiast w segmencie tygodników prawdziwą katastrofę odnotowują głównie pisma o profilu prawicowo-konserwatywnym, choć i prasa lewicowo-liberalna nie została oszczędzona. Z czego to wynika? Ano z tego, że gazety w imię „wyższych racji” zrezygnowały z choćby pozorów obiektywizmu i poszły gremialnie na wojnę, wyrzekając się swej tradycyjnej roli, czyli dostarczania informacji i formułowania rzetelnych opinii. Owszem, poszczególne tytuły prasowe zawsze cechowała określona linia redakcyjna, tak jest na całym świecie – jednak wcześniej istniały mimo wszystko jakieś hamulce, zaś wyjątkowo kąśliwe kawałki, różne prowokacje i radykalizmy zostawiano na ogół felietonistom (od tego zresztą są, by subiektywnie, barwnie i bezkompromisowo komentować różne zjawiska).

Czasem w tym kontekście mówi się o erze mediów „tożsamościowych” - tyle, że w mediach „tożsamościowych” nie ma w gruncie rzeczy niczego złego, dzięki nim bowiem poszczególne grupy społeczne zyskują swoich reprezentantów w debacie publicznej. Problem zaczyna się wtedy, gdy ideowa wyrazistość zostaje zaprzęgnięta do partyjnych rydwanów w politycznej nawalance – i właśnie ta granica została przekroczona. Celem tak „sformatowanych” mediów nie jest już przekonywanie do swych racji i pozyskiwanie zwolenników, ale zniszczenie przeciwnika. Narzędziem zaś jest ordynarna, propagandowa młócka, mająca utrzymać czytelników w stanie permanentnego amoku. Tu nie ma miejsca na polemiki i różne punkty widzenia. W efekcie, tworzy się sekty bezkrytycznych wyznawców.

Tylko, że taka „oferta” siłą rzeczy jest adresowana do stosunkowo wąskiego, „żelaznego” grona odbiorców. Większość normalnych czytelników widząc, że w poszczególnych mediach otrzymuje nie tyle nawet odmienne interpretacje i opinie, ile wręcz dwa kompletnie różne światy, daje sobie spokój – w zdrowym odruchu psychicznej samoobrony. No dobrze, ale dlaczego akurat prawicowej prasie spada bardziej? Z prostego powodu – działa mechanizm demobilizacji, skoro „nasi” są u władzy. Największą poczytność prawicowe tytuły notowały, gdy PiS był w opozycji – bo kupno gazety traktowane było jako „cegiełka”, polityczna deklaracja i symboliczne dołożenie się do batalii w imię końcowego zwycięstwa. Podobnie jest dziś z drugą stroną, dlatego prasie opozycyjnej spada mniej – żyje z mobilizacji elektoratu obozu „anty-PiS”. Obecnie „lojalne” gazety futrowane są ogłoszeniami rządowymi i reklamami państwowych spółek – tylko w pierwszym półroczu br. „Sieci”, „Gazeta Polska” i „Do Rzeczy” otrzymały (bez uwzględnienia rabatów) łącznie 23,08 mln. zł. (tak samo rząd Platformy wspomagał „swoje” tytuły i „głodził” media opozycyjne). Ale co będzie po zmianie władzy?

Dziś sytuacja wydaje się bez wyjścia. Gazety po obu stronach barykady zabrnęły tak daleko, że korekta linii obarczona jest śmiertelnym ryzykiem – można stracić zagorzałych czytelników bez gwarancji pozyskania nowych. Ale, jak wspomniałem, wpędziły się w tę ślepą uliczkę na własne życzenie – tak to jest, gdy zacietrzewienie odbiera rozum.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Dlaczego nie kupuję „niepokornych” gazet

Czy Niemcy przejmą „Ruch”?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 42-43 (26.10-08.11.2018)

niedziela, 24 czerwca 2018

Berliński blamaż

Przypomnijmy może kilka wstydliwych zakamarków z pasjonujących dziejów lotniska Berlin-Brandenburg im. Willy'ego Brandta (BER) - bowiem jest o czym mówić.

Kandydat PO na prezydenta Warszawy, Rafał Trzaskowski, skrytykował plany budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego w Baranowie, nazywając je „gigantomanią premiera Morawieckiego”. Natychmiast w sukurs przyszła politykowi część mediów, również pisząc o „politycznej gigantomanii” i „lotnisku PiS”, w czym osobliwą gorliwość wykazywał springerowski „Newsweek”. Ponadto kandydat Trzaskowski raczył się wyjęzyczyć, iż CPK nie jest potrzebny, gdyż „będziemy mieli” w 2020 r. wielkie lotnisko w Berlinie. Nie wiem wprawdzie kogo miał na myśli, mówiąc „my” (i jak owo „będziemy mieli” się ma do inwestycji w innym państwie) - niemniej na jego miejscu aż tak bardzo bym się nie cieszył, bo patrząc na historię berlińskiej budowy, może się okazać, iż jest to radość mocno na wyrost.

Przypomnijmy może kilka wstydliwych zakamarków z pasjonujących dziejów lotniska Berlin-Brandenburg im. Willy'ego Brandta (BER), bowiem jest o czym mówić, a niemiecki projekt doczekał się już nawet poważnych analiz – i to bynajmniej nie pochwalnych, a pokazujących na tym przykładzie jak nie należy przeprowadzać wielkich inwestycji infrastrukturalnych. Prace nad portem lotniczym ruszyły w 2006 r., zaś pierwotny termin oddania do użytku przewidziany był na rok 2011. Szybko jednak skorygowano tę datę na czerwiec 2012 – i to wieczne przesuwanie zakończenia prac szybko stało się jedną z cech rozpoznawczych przedsięwzięcia. Do tej pory oficjalnie przekładano terminy już bodaj cztero- czy pięciokrotnie (proszę mi wybaczyć, ale gdy próbowałem to zrekonstruować po prostu się pogubiłem), zaś pierwszy kosztorys opiewający na 2,5 mld. euro w ciągu kolejnych lat konsekwentnie szybował pod niebo, by zatrzymać się (na razie) na kwocie 6,5 mld. euro. Za te pieniądze powstać ma koniec końców supernowoczesny obiekt zaspokajający potrzeby komunikacyjne nie tylko Berlina, ale i całego regionu – w co święcie wierzy Rafał Trzaskowski (oraz „Newsweek”) twierdząc, że nasz CPK zwyczajnie nie wytrzyma konkurencji z niemieckim gigantem. Póki co jednak...

No właśnie, póki co jednak już dziś wiadomo, że lotnisko będzie „moralnie przestarzałe” na samym starcie, a na dodatek z miejsca trzeba będzie je rozbudować, bo przepustowość „bazowa” przewidziana została na 27 mln. pasażerów rocznie, zaś obecnie działające berlińskie lotniska Tegel i Schonefeld (mają zostać zamknięte po otwarciu BER) już teraz odprawiają grubo ponad 33 mln. podróżnych. Na dodatek Niemcy w 2008 r. optymistycznie zamknęli rzekomo „niepotrzebne” Tempelhof. Rozbudowa ma zapewnić obsługę nawet 50 mln. osób rocznie, tylko... kiedy to będzie? Zresztą, te wieczne modernizacje i zmiany są znakiem firmowym Berlin-Brandenburg. Przykładowo, w pewnym momencie postanowiono przystosować terminal do przyjmowania ogromnych Airbusów A380, to zaś wiązało się z kompleksową przebudową dosłownie wszystkiego – od „rękawów” poprzez ciągi komunikacyjne, aż po instalację przeciwpożarową i system sterowania lotniskiem, które trzeba było w całości wymienić. Nawiasem, zabezpieczenia przeciwpożarowe okazały się bublem, a odpowiedzialna firma dyplomatycznie splajtowała... Prace ślimaczyły się tak długo, że w tym roku z kolei wymieniono wszystkie obsługujące terminal monitory, którym w międzyczasie zdezaktualizowało się pochodzące z 2012 r. oprogramowanie. Monitorów było 750, a że zostały wyprodukowane specjalnie do obsługi tego konkretnego lotniska, to nie sposób było znaleźć na nie kupca – w efekcie poszły do utylizacji. Koszt operacji – 500 mln. euro. Dodajmy, że każdy miesiąc samego utrzymania placu budowy generuje nakłady rzędu 25 mln. euro.

Podkreślam – te absurdy nie dzieją się w „bałaganiarskiej” Polsce, tylko w „uporządkowanych” Niemczech. I pomyśleć, że wzmiankowana już tu gazeta ma czelność pisać o „CPK im. Stanisława Barei”... Jak się wydaje, jedną z przyczyn opisanej tu fatalnej organizacji, chaosu kompetencyjnego i braku koordynacji działań jest trójka publicznych inwestorów – rząd federalny, Brandenburgia i Berlin. To zaś oznacza różne polityczne pomysły od szczebla centralnego po władze landów i marnotrawstwo, nie mówiąc już o uwikłaniach korupcyjnych (o czym też bywało głośno).

Obecnie oficjalną i „ostateczną” datą oddania lotniska do użytku jest jesień 2020 r. Jednak wg medialnych doniesień sprzed kilku miesięcy brakuje ok. miliarda euro na dokończenie robót, a banki nie bardzo kwapią się do kredytowania (gotowe są sfinansować ok. połowy wymaganej sumy). Na dodatek władze Berlina nie chcą słyszeć o dopuszczeniu inwestorów prywatnych. W związku z tym już teraz przebąkuje się, że otwarcie nastąpi dopiero w 2021 r. - a zaraz potem trzeba będzie przystąpić do kolejnych prac modernizacyjnych - i tak bez końca. A zatem, biorąc pod uwagę ten festiwal nieudolności, mam dla naszych niemieckich sąsiadów propozycję: dajcie już spokój, nie marnujcie sobie nerwów, czasu i środków - po prostu poczekajcie cierpliwie na nasz Baranów. W końcu, zawsze możecie otworzyć z powrotem to wasze Tempelhof, prawda?

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 24 (22-28.06.2018)

niedziela, 22 października 2017

Ringier Axel Springer, czyli Imperium kontratakuje

Pozew RAS da się streścić filmowym cytatem - „jeśli cię złapią za rękę, krzycz, że to nie twoja ręka”.


I. RAS idzie w zaparte

Ringier Axel Springer skierował przeciw „Warszawskiej Gazecie” pozew w którym domaga się od nas publikacji przeprosin i 400 tys. zł. odszkodowania na cele społeczne. Szczerze mówiąc, w całej tej sytuacji towarzyszy mi narastające poczucie absurdu. Wiadomo co napisał Mark Dekan do swoich podwładnych w słynnym newsletterze po wyborze Donalda Tuska na stanowisko Przewodniczącego Rady Europejskiej; jego treść została odebrana jednoznacznie przez środowisko dziennikarskie i opinię publiczną jako niedopuszczalna ingerencja w niezależność dziennikarską i swoisty instruktaż; oburzenie wyrażali dziennikarze, w tym m.in. byli pracownicy RAS i Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP. Charakterystyczne jest, że listu Dekana bronili w zasadzie jedynie aktualni pracownicy RAS – dla całej reszty postronnych obserwatorów sprawa była oczywista. W artykule „Medialna V kolumna” od którego zaczęła się awantura, nazwałem jedynie rzeczy po imieniu - i misję tę (bo to jest misja – przedstawiać sprawy tak jak się mają, bez eufemizmów i upiększeń) „Warszawska Gazeta” kontynuowała w kolejnych tekstach. Tymczasem szefostwo Ringier Axel Springer Polska zamiast zapaść się pod ziemię ze wstydu i pozwolić czytelnikom zapomnieć o sobie i nieszczęsnej wpadce z korporacyjnym okólnikiem, postanowiło przejść do kontrataku, wbrew elementarnym faktom i przyzwoitości utrzymując, że Mark Dekan wcale nie napisał tego, co napisał, a jego pismo to były tylko takie utrzymane w europejskim duchu „życzenia wszystkiego najlepszego” (wyjaśniam czytającym zapewne te słowa przedstawicielom RAS – użyłem tu przenośni, więc proszę nie odczytywać tego dosłownie, jak mają Państwo w zwyczaju przy tego typu frazach).

W każdym razie, pozew da się streścić filmowym cytatem - „jeśli cię złapią za rękę, krzycz, że to nie twoja ręka”. Niemiecko-szwajcarski koncern idzie w zaparte utrzymując, jak wynika z jego stanowiska, że nie padły takie zdania, jak „ideologia i prymitywne manipulacje przegrały z wartościami i rozsądkiem”, „w nadchodzącym czasie na autostradzie unijnej integracji pojawia się nie tylko pas szybkiego i wolnego ruchu, ale też parkingi. I to jest właśnie moment, gdy do gry włączają się wolne media, takie jak my” czy „podpowiedzmy im (czytelnikom – PL) co zrobić, żeby pozostać na pasie szybkiego ruchu i nie skończyć na parkingu”. Jak rozumiem, nie było również wyraźnego spozycjonowania się po jednej ze stron politycznego sporu („Razem z Tuskiem wygrali Polacy - wszyscy ci, którzy są dumni z przynależności do Unii Europejskiej”). Podkreślam – to nie jest ogólnikowe przypomnienie o „wartościach”, tylko wyrażone wprost oczekiwanie co do linii redakcyjnej podległych Dekanowi mediów i tonu w jakim dziennikarze powinni informować swoich odbiorców o wydarzeniach politycznych.


II. Bezstronność po niemiecku

Powyższe jest oczywiste dla każdego kto potrafi czytać ze zrozumieniem, dlatego koncern czując zapewne słabość swej argumentacji polegającej na odwracaniu kota ogonem, usiłował zmusić „Warszawską Gazetę” do milczenia śląc pisma przedprocesowe w których domagał się przeprosin i odszkodowań, licząc zapewne na tzw. „efekt mrożący”.

W pozwie szczególnie ubawił mnie fragment, w którym RAS stwierdza, iż „powód przy prowadzeniu działalności nie kieruje się względami politycznymi, nie manipuluje informacjami w celach politycznych, nie organizuje na nikogo nagonki, a przede wszystkim nie działa wbrew czy przeciwko interesom Polski. Powód nie naciska na swoich dziennikarzy, nie wymusza na nich niczego i nie dyktuje im co i jak mają pisać”. Czyli klasyczne zaklinanie rzeczywistości spod znaku: „komu wierzysz – mnie, czy własnym oczom?”. Retoryczne pytanie – czy tekst prezentujący pogląd, że zwycięstwo Tuska wbrew stanowisku polskiego rządu wcale nie jest wygraną „rozsądku i wartości” miałby szansę na zaistnienie w którymś z mediów RAS? Co do braku nacisków – wystarczy przypomnieć historię tekstu „Forbesa” „Kadisz za milion dolarów” po którym pracę stracił redaktor naczelny i autor artykułu, a gazeta zamieściła sążniste przeprosiny czy opisywaną w mediach działalność Petera Priora w „Fakcie” ingerującego w materiały redakcyjne krytyczne wobec PO, by wybuchnąć pustym śmiechem. A jeśli chodzi o nagonki – jak inaczej zinterpretować słynne okładki „Newsweeka” z Antonim Macierewiczem jako talibem, czy Jarosławem Kaczyńskim przedstawionym ze złowrogą miną na tle płomieni i podpisem „Dzień świra”? Z innej beczki – jak odebrać materiał prezentujący wypoczywających nad morzem Polaków, beneficjentów programu 500+, jako zgraję pijanych barbarzyńców zanieczyszczających wydmy?


III. Korzenie „europejskich wartości”

Wydawnictwo RAS bardzo ubodły nawiązania do III Rzeszy w warstwie tekstowej i wizualnej naszych artykułów, z czego należałoby wnosić, że można kogoś porównywać do islamskiego terrorysty (jak Macierewicza), ale np. do Goebbelsa – już nie. Podobnie RAS odżegnuje się od podejrzeń, jakoby realizował aktualną linię polityczną Niemiec, podczas gdy rzekomo jedynie prezentuje „wartości europejskie”. Cóż, jedno z drugim ma związek głębszy, niż mogłoby się na pozór wydawać. Jak trafnie zauważyła Reduta Dobrego Imienia w raporcie analizującym ton niemieckich mediów po wyborze Tuska na szefa Rady UE „w relacjach niemieckich mediów poświęconych wynikom szczytu UE i reelekcji Donalda Tuska na stanowisko przewodniczącego RE dominowała satysfakcja. Wybór Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej uznany został za porażkę polskiego rządu” - wypisz wymaluj, retoryka newslettera Marka Dekana. Więcej - „dla Niemców idea integracji europejskiej wydaje się stanowić element tożsamościowy. Stopień utożsamienia niemieckich elit opiniotwórczych z ideą integracji europejskiej sprawia, że debata/spór traktowane są jako próba podważenia europejskiego ładu”.

I nad tym „elementem tożsamościowym” warto się na chwilę zatrzymać, towarzyszy on bowiem Niemcom nie od dziś. Niedawno miesięcznik „WPiS” w artykule Leszka Sosnowskiego przytoczył fragment „Raportu końcowego gubernatora dystryktu warszawskiego” z grudnia 1944 r. autorstwa oficera SS dr Friedricha Gollerta. Czytamy w nim: „Idea europejska jest szeroko rozpowszechniona wśród narodu polskiego. Dotychczas jednak Polacy obawiali się stale, że nie będzie dla nich miejsca w tej zjednoczonej Europie. Jeśli teraz damy im nadzieję, że w tej nowej Europie będą mogli prowadzić i rozwijać życie zgodnie ze swym charakterem i kulturą, to właśnie obecnie w III Rzeczypospolitej [zabieg autora „WPiS” - chodzi oczywiście o Generalne Gubernatorstwo] przeważająca większość narodu polskiego przyjmie tę politykę niemiecką z największym zrozumieniem”. Porównajcie sobie Państwo ten cytat z retoryką listu Dekana. Brzmi znajomo? Okazuje się, że wzniosłe europejskie frazesy w niemieckim wydaniu są obrośnięte historycznymi kontekstami o których dziś Niemcy wolałyby zapomnieć – więc tym bardziej należy im o tym przypominać.

Patrząc szerzej, trudno wniesiony akurat teraz, po pół roku, pozew traktować inaczej niż jako salwę wyprzedzającą w zbliżającej się kampanii o repolonizację (dekoncentrację) mediów. „Warszawska Gazeta” od zawsze była zwolennikiem tej opcji, ponieważ dominacja zagranicznego kapitału w przestrzeni informacyjnej i opiniotwórczej zawsze niesie ze sobą ryzyko, że krajowa opinia publiczna kształtowana będzie przez obce ośrodki – tym bardziej, jeśli wziąć pod uwagę bliskie związki niemieckich mediów ze światem tamtejszej polityki, wyrażające się chociażby w nieformalnej instytucji „kręgów”. Owe „kręgi” to coś na kształt klubów, w których dziennikarze spotykają się z politykami, by w luźnej atmosferze (np. kolacyjki w restauracjach, grille itp.) uzgadniać przekaz, który następnie idzie w świat jako głos „niezależnych” mediów. Tak wygląda „kontrolna funkcja prasy” w niemieckiej rzeczywistości i nie oszukujmy się – ma to przełożenie także na urabianie opinii publicznej w Polsce.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Media w Niemczech – na służbie władzy


PS. Wklejam treść newslettera Dekana (za wPolityce.pl):



Drogie Koleżanki i Koledzy,
Barcelona kontra PSG 6:1 - co to był za mecz! Jednak to nie te rozgrywki zasłużyły na miano starcia tygodnia. Ta kategoria należała do dwóch Polaków, którzy zmierzyli się ze sobą na arenie europejskiej, a ich spotkanie zakończyło się wynikiem 27:1!
Wyłącznym zwycięzcą nie jest jednak Donald Tusk, tak jak Kaczyński nie jest jedynym przegranym. Razem z Tuskiem wygrali Polacy - wszyscy ci, którzy są dumni z przynależności do Unii Europejskiej.
Badania pokazują, że takie poglądy ma blisko 80% polskiego społeczeństwa. Co do przegranych w tym starciu, to obok Jarosława Kaczyńskiego znalazła się dobra reputacja Polski jako rzetelnego partnera w UE.
Czego się dowiedzieliśmy:
1. Kaczyński, zapewne wbrew sobie, stał się najskuteczniejszym orędownikiem reelekcji Donalda Tuska.
2. Ideologia i prymitywne manipulacje przegrały z wartościami i rozsądkiem. Zarówno rządzone przez Orbana Węgry, jak i pozostałe kraje Grupy Wyszehradzkiej, poparły w głosowaniu Tuska.
3. UE nauczyła się, że o jedność nie warto zabiegać za wszelką cenę. To bardzo cenna lekcja na przyszłość, która z pewnością przyspieszy wdrażanie koncepcji UE różnych prędkości.
Ta ostatnia z lekcji ma kluczowe znaczenie dla Polski. W nadchodzącym czasie na autostradzie unijnej integracji pojawia się nie tylko pas szybkiego i wolnego ruchu, ale też parking. I to jest właśnie moment, gdy do gry włączają się wolne media, takie jak my.
Nigdy nie zapominajmy o podstawowych wartościach, jakie reprezentujemy: opowiadamy się za wolnością, rządami prawa, demokracją i ZJEDNOCZONĄ EUROPĄ.
Pamiętajmy, że większość naszych czytelników i użytkowników należy do tej miażdżącej większości, która popiera członkostwo Polski w UE. Podpowiedzmy im co zrobić, żeby pozostać na pasie szybkiego ruchu i nie skończyć na parkingu.
Stawką w tej grze jest wolność i pomyślność przyszłych pokoleń.
Polacy popierają Unię Europejską.
<Polaków> popiera członkostwo Polski w UE.
Wskazują na to wyniki ankiety przeprowadzonej 9 marca przez Instytut Badań Rynkowych i Społecznych (IBRiS).
osób w wieku 35–44 lat, mieszkających w dużych miastach (pow. 500 tys. mieszkańców) popiera polskie członkostwo w UE - jest to najwyższy poziom akceptacji wśród wszystkich grup wiekowych.
<Polaków > opowiada się za opuszczeniem przez Polskę UE. Jednak w grupie wiekowej 18–24 lat odsetek ten wzrasta do 26%.
Choć wyniki badań napawają optymizmem, to jednocześnie rodzą pytania, na które warto poszukać odpowiedzi.
Dlaczego krytyczna postawa wobec Europy jest widoczna zwłaszcza wśród młodego pokolenia? Dlaczego w mniejszym stopniu wierzy ono w ideę wspólnej Europy?
Z pewnością po części przyczyniło się do tego obrzucanie UE błotem przez populistów oraz kreowany w mediach negatywny obraz pogrążonej w kryzysie Unii. Są to kwestie, na które UE powinna zwrócić większą uwagę.
Obywatele Europy dostrzegli obecność tego trendu wśród młodszego pokolenia i samodzielnie podejmują działania. Swoje poparcie dla zjednoczonej Europy wyrażają poprzez inicjatywę pod nazwą „Pulse of Europe”.
Warto się z nią zapoznać: www.pulseofeurope.eu http://app.getresponse.com/click.html?x=a62b&lc=s0xZO&mc=Iw&s=KbPbmN&u=SeNZj&y=d&
(…)
Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 42 (20-26.10.2017)

niedziela, 23 grudnia 2012

Duchowe gadżeciarstwo

Przemysł pogardy przemysłem pogardy, a numer świąteczny trzeba jakoś sprzedać.

I. Jak przed rokiem...

Rok temu, przed Bożym Narodzeniem, Budyń78 opublikował posta „Raz do roku ludzkim głosem...?”, w którym zrobił świetne zestawienie najbardziej ohydnych okładek „Wprost” i „Newsweeka” - z tupolewem na krzyżu, promocją satanisty Nergala itp. - konfrontując je z „odświętnymi” numerami tychże tygodników. W wersji „bożonarodzeniowej” królowały rzecz jasna Święta Rodzina i cieplutki, „choinkowy” przekaz. W niniejszej notce pozwolę sobie na mały plagiat tamtego kapitalnego pomysłu (mam nadzieję, że Budyń się nie obrazi), bowiem jak się okazuje, przez ostatni rok nic się w tej kwestii nie zmieniło. Przez dwanaście miesięcy atakowani jesteśmy a to Macierewiczem-talibem, a to „tatą w sutannie”, to znów księżowskim homo-seksem „po bożemu”, by nagle, ni z gruchy ni z pietruchy, przy okazji Bożego Narodzenia usłyszeć dochodzący z newsweekowych łamów „ludzki głos” w postaci wizerunku Bogurodzicy z Dzieciątkiem Jezus.

 

II. Business is business

Okazuje się, że przemysł pogardy przemysłem pogardy, a numer świąteczny trzeba jakoś sprzedać. Wojnę z Kościołem i „moherami” należy zawiesić na te dwa tygodnie, bo w okresie Bożego Narodzenia nawet najbardziej zacietrzewiony leming potrzebuje tej choinki, szopki, opłatka i całej reszty świątecznego rekwizytorium. Okładka z, dajmy na to, dwoma biskupami pedalącymi się pod choinką mogłaby przyprawić go o dysonans poznawczy, spowodować uczucie psychicznego dyskomfortu i zaburzyć stan błogiego samozadowolenia. Jeszcze nie ten etap, aczkolwiek niewykluczone, że za parę lat zobaczymy w kioskach również coś w tym guście. Po coś przecież ta propagandowa maszyneria pracuje przez okrągły rok.

Tomasz Lis, obecny naczelny „Newsweeka”, swojego czasu zresztą napisał otwartym tekstem, że prędzej czy później będzie u nas jak na Zachodzie, ze wszystkimi kulturowymi konsekwencjami tego procesu, więc on ma zamiar ten trend wspierać (przytaczam sens tamtego artykułu). Zatem Lis, czując wiatr historii, pozycjonuje się w awangardzie nieubłaganego Postępu, zohydzając ile sił Kościół i katolicką tradycję, wychodząc przy okazji naprzeciw tzw. ludowemu antyklerykalizmowi zasadzającemu się na zawiści wobec fury księdza proboszcza i złośliwej satysfakcji z upadków i słabości różnych przedstawicieli stanu duchownego. Nic nowego, na podobnej zasadzie funkcjonował w latach '90 Jerzy Urban ze swoim „NIE”, zaspokajając lumpenproletariacką potrzebę zajrzenia „klechom” pod sutanny.

III. Duchowe gadżeciarstwo

Póki co jednak, czytelniczy „target” nie jest jeszcze dostatecznie urobiony, by w okresie świątecznym łyknąć ze smakiem kolejną porcję plugastwa. Rechoczący na co dzień z taliba-Macierewicza czy z fotomontażu przedstawiającego księży-pederastów „fajnopolak” potrzebuje bożonarodzeniowego dopieszczenia, jakiejś namiastki sacrum. Podkreślmy to – namiastki, bo prawdziwe sacrum jest zbyt ciężkostrawne, stawia wymagania, żąda uczciwego wejrzenia w siebie i zmusza do autentycznej konfrontacji z naukami Tego, który właśnie przychodzi na świat. No i wysłuchania od czasu do czasu tego całego „kleru”, który ciągle by ludziom czegoś zakazywał i głosi te wszystkie zawstydzająco nieeuropejskie, zaściankowe nauki, których przecież „nikt na poziomie” nie może traktować poważnie.

Jasna sprawa zatem, że „fajnopolak” by utwierdzić się w przekonaniu o swej fajności wybiera to co zawsze: gadżet. Gadżetem jest choinka, opłatek, wigilijny stół, no i rzecz jasna okolicznościowy, podwójny numer tygodnika z Maryją, Dzieciątkiem i aniołkami na okładce. Taki właśnie gadżet, tchnący ciepełkiem i serwujący przekaz przykrojony do okolicznościowego zapotrzebowania, sprzedaje Lis i jemu podobni. Można to-to przekartkować podczas sjesty po świątecznym obżarstwie i strawa duchowa odfajkowana. Błogostan płynący z przeświadczenia, że jednak tradycji stało się zadość, ale jednak tak jakoś fajniej i bardziej na luzie, ugruntowany. Uwiarygodnienie się przed samym sobą, że jednak nie jest się wykorzenionym klonem bez tożsamości – zwieńczone sukcesem. Paleta emocjonalnych potrzeb składających się na „fajnopolackie” rozumienie „odświętnej atmosfery” - spełniona. „Magia świąt” - uratowana.

A od stycznia redaktor Lis ze swą gazetą znów zadbają, by hodowany przez nich czytelniczy „target” miał bardziej stosowne powody do ekscytacji, niż jakieś tam religianckie zabobony. Pierekowka dusz musi postępować konsekwentnie, systematycznie i zgodnie z planem.

Gadający Grzyb

Wszystkim Niepoprawnym - Współblogerom, Komentatorom i Czytelnikom, życzę zdrowych, spokojnych i rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia – przeżywanych pełniej i bardziej autentycznie niż opisano w powyższej notce. Wesołych Świąt!

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

wtorek, 16 października 2012

Symptomy wajchy

Symptomem nadchodzącego przesilenia były nawarstwiające się problemy reżimowych mediodajni z „Agorą” i ITI na czele.

I. Mądrość po fakcie

W tekście „Przed drugim expose Tuska” poświęciłem nieco miejsca rozważaniom o naturze „społecznej wajchy”, który sprawia, że wyborcy do pewnego momentu gotowi są wybaczyć politycznemu obiektowi swego uwielbienia absolutnie wszystko, by po przekroczeniu pewnej nieuchwytnej granicy „przestawić wajchę” emocjonalnego zaangażowania i strącić wybrańców z piedestału, mimo że ci nie zrobili nic, czego nie robiliby do tej pory.

Gdzie leży ta granica, nie wiem. Można oczywiście wskazywać na psychomanipulacyjną rolę mediów, tajnych służb i innych takich, ale sądzę że nie dotyka to sedna problemu. Media i służby są mocne, ale - trzymając się przestrogi prof. Zybertowicza – biorąc ich wpływ pod uwagę, nie należy wpaść w pułapkę przeceniania ich znaczenia. Zagadnienie jest bowiem bardziej skomplikowane, niż schemat: „macherzy ze służb coś postanowili, media transmitują i to ma się przekładać na społeczne zachowania”. Niestety, nie jest to aż tak proste.

Zatem, psychospołeczny mechanizm „wajchy” jest terenem dziewiczym, który czeka na swego odkrywcę wyposażonego w odpowiedni aparat badawczy – przypuszczam, że byłoby to wspaniałe pole do popisu dla tzw. „psychologów społecznych”, gdyby tylko znalazł się jakiś odważny, by wkroczyć na ten grząski grunt. Póki co, odważny się nie znalazł. A szkoda – taka wiedza byłaby warta każdych pieniędzy.

Jako prosty bloger, nie mając narzędzi by wedrzeć się w samą tkankę społecznej świadomości, byłem siłą rzeczy skazany na obserwowanie zewnętrznych symptomów zbliżającego się społecznego przesilenia. I właśnie jeden z takich symptomów objawiał się nam wszystkim od dłuższego czasu. Samokrytycznie muszę stwierdzić, że mając go przed oczyma, ba – opisując go nawet – byłem na tyle tępy, że nie przyszło mi do głowy, by przełożyć go na społeczno-polityczne realia. Pozostaje mi więc jedynie podzielić się mądrością nabytą po fakcie.

II. Zapaść „rodziny ITI”

Otóż, symptomem nadchodzącego przesilenia, które ujawniło się niedawno w sondażach, a którego detonatorem stał się marsz „Obudź się Polsko!”, skorelowany z jesienną ofensywą PiS i skandalem ekshumacyjnym z zamianą ciał Anny Walentynowicz i Teresy Walewskiej-Przyjałkowskiej, były nawarstwiające się problemy reżimowych mediodajni z „Agorą” i ITI na czele.

Niby wszystko szło jak należy: ludziska deklarowali poparcie dla Dyktatury Matołów na zasadzie: PO plus Donek i wieloprocentowa przewaga nad PiS. Na logikę, powinni więc wykupywać „Wyborczą”, będącą głównym rzecznikiem Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP na rynku prasowym i gwarantować swą obecnością przed telewizorami, by „rodzina TVN” nie musiała się martwić o intratnych reklamodawców.

Tymczasem, nic z tego. Na nic spiżowe słowa szefa programowego TVN, Edwarda Miszczaka, że „wyborcy PO to są jednocześnie wyborcy TVN” i w związku z tym „nie chcą, żeby się specjalnie śmiano z Platformy Obywatelskiej” (przy okazji wywalenia z TVN Szymona Majewskiego – żaden bohater, ale warte odnotowania, jak skrupulatnie należy trzymać się ortodoksji, by przetrwać w TVN-owskim światku). ITI ma wyniki finansowe grubo poniżej medialnej pozycji, pracownicy lecą – ostatnio TVN rozstało się z reporterkami Joanną Komolką i Aleksandrą Chalimoniuk, dodatkowo podziękowano grupie researcherów programu „Polska i świat” (za wirtualnemedia.pl).

Jakże kabotyńsko brzmią w zestawieniu z ponurymi realiami słowa czynownika Miecugowa z wywiadu dla „Wyborczej” o „tabloidyzacji odbiorców”, którzy chcą „o 20.00 oglądać rozrywkę przaśną”. No, to równaliście konsekwentnie w dół, a nawet zagrzebaliście się metr pod mułem. Teraz tniecie do gołej kości, zwalniacie swych wyrobników... Warto było? Ale rozumiem, nieoficjalne struktury podległości są ważniejsze – nawet, gdy spada się na pysk. A poza tym – kryzys. Tak, tak - nie zapominajmy o „kryzysie”. Takie oficjalne wytłumaczenie, będące odpowiednikiem PRL-owskich „obiektywnych trudności” z pewnością trafi do przekonania zwalnianej medialnej siły roboczej.

III. Ostatnie paróweczki w „Agorze”

Weźmy jeszcze taką „Agorę”. Proszę sobie wyobrazić, że w „Agorze” powołano związek zawodowy... NSZZ „Solidarność” (szerzej pisałem o tym w notce „Swoje ucapić”). Jakoś nie dali się zauważyć na marszu „Obudź się Polsko!”. Szefem owej Agorowej „Solidarności” jest hipster – związkowiec Wojciech Orliński (ten sam, który onegdaj wyzwierzęcał się nad „biurową klasą średnią”), zaś jego zastępczynią – Magdalena Żakowska. Niedługo, 10 grudnia, tej „Solidarności” stuknie okrągły roczek, zaś całe przedsięwzięcie było konstruowane w konspiracji przed władzami koncernu – by podłączyć się pod prawo chroniące związkowców przed zwolnieniami.

W międzyczasie sprzedaż „Gazety Wyborczej” leciała na łeb na szyję, podobnie jak akcje „Agory”, w których zatrudnione w koncernie sprzedajne mendy lokowały swe materialne nadzieje. Przykład: W ciągu ostatniego roku (od 17.10. 2011 do 12.10.2012) akcje „Agory” straciły na wartości o 46,76 %.

Agora - spadek wartości akcji

Tymczasem, w czerwcu 2012, zarząd spółki przeznaczył na dywidendę nie tylko cały zysk netto z ubiegłego roku, czyli 20,25 mln zł, lecz również postanowił nadszarpnąć kapitał zapasowy na sumę 30,69 mln zł. Krótko mówiąc – są to „ostatnie paróweczki w Agorze S.A.”. Kto się załapał na duży pakiet akcji, może coś dzięki tej dywidendzie jeszcze wyssać, zaś reszta – w tym pracownicy – okazała się bandą frajerów, którzy za bezdurno sprzedali swe sumienia.

Obecnie „Agora” likwiduje magazyn „Happy”, zwija lokalne dodatki do „GW”... Pozostało „futrowanie” niby-reklamami ze strony różnych struktur utrzymywanych z pieniędzy podatników (tu gratulacje dla wPolityce.pl za opisanie procederu). Co się stanie, gdy i tego zabraknie?

Ale to nic. Z pewnością winny jest wszechświatowy kryzys. „Obiektywne trudności” i tak dalej. A już na pewno nie jest powodem to, że pogardzana ludność tubylcza dotarła do granicy za którą jest „przestawienie wajchy”...

IV. Wszystko gra, tylko kasa się nie zgadza

Ach, wiem – jest „Newsweek” Lisa i „Polityka” Sroki-Baczyńskiego. One sobie radzą. Ale Lisowy „Newsweek” obsługuje garniturową żulernię – to taki współczesny odpowiednik „NIE” Urbana. Żulernia zawsze kupi treść „informującą”, że klechy i inni „moralizatorzy” są bardziej zdeprawowani niż czytelnicy, ale nie musi się to przekładać na realne wybory. „Polityka” zaś to pismo „tożsamościowe” i jest niezłym wyznacznikiem żywotności mitu post-peerelowskiej „inteligenckości” a la „socjalistyczno-konserwatywny liberał”. Ale to promil glosujących. Oni kupią „Politykę”, by podkreślić swój „inteligencki sznyt”, lecz nie zrobią nic konkretnego. To ludzie bez tożsamości. Są „bezobjawowi”.

Zwróćmy uwagę – to nie media „przestawiły wajchę”, jak onegdaj wściekał się Donald Tusk. Mediodajnie nadają, jak nadawały. To Polacy z jakichś powodów to „nadawanie” odrzucili. Niby w sondażach wszystko było teges, a jakoś coraz mniej rąk w kioskach sięgało po „Wyborczą”, coraz mniej atrakcyjny dla reklamodawców zrobił się, mówiąc Miszczakiem, „elektorat PO i TVN”. Czyli – wszystko gra, tylko kasa się nie zgadza.

***

Powyżej opisałem zaledwie jeden z symptomów, który odczytany w porę, uzmysłowiłby nam zbliżające się przestawienie społecznej „wajchy”. Ale, jak wspomniałem, to tylko objawy zewnętrzne, sam mechanizm pozostaje niezdiagnozowany. Powtórzę pytanie, będące osią przewodnią niniejszego tekstu: gdzie jest ta niewidoczna granica, do której „elektorat” wybacza wszystko, a po jej przekroczeniu – kosi dotychczasowych wybrańców równo z glebą?

Posiąść tę wiedzę znaczy – panować.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

wtorek, 25 września 2012

Hiena daje głos

Hiena złożyła pozew w którym domaga się przeprosin za nazwanie jej ścierwojadem, gdyż obawia się, że ugodzi to w jej reputację na sawannie.

I. Cierpienia Hienodego Łazarewicza

Hiena złożyła pozew w którym domaga się przeprosin i wpłaty 20 tys zł na cele społeczne za nazwanie jej ścierwojadem, gdyż obawia się, że taka łatka już do niej przylgnie, co narazi na szwank jej dobre imię i ugodzi w jej reputację na sawannie.

Tak można by scharakteryzować pozew, który złożył przeciw Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich pan redaktor Cezary Łazarewicz za przyznanie mu nominacji do tytułu „Hieny Roku”. Przypomnijmy, iż wspomniane wyróżnienie redaktor Łazarewicz otrzymał za brukowy artykuł o Rajmundzie Kaczyńskim w którym opierając się na plotkach dywagował o życiu intymnym ojca braci Kaczyńskich, stosunkach rodzinnych i temu podobnych ślicznościach. Pan Łazarewicz nie był nawet w stanie przedstawić dokumentów potwierdzających rzekomą przynależność Rajmunda Kaczyńskiego do PZPR. Słowem, była to ewidentna „mokra robótka” na polityczne zamówienie, wypełniająca propagandowe zapotrzebowanie Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP. Obozu, dodajmy, którego prominentnym i oddanym przedstawicielem na odcinku reżimowych mediodajni jest naczelny „Newsweeka”, a zwierzchnik Cezarego Łazarewicza – Tomasz Lis. Innymi słowy, pan Łazarewicz dostał lipcową nominację za dyspozycyjność godną najbardziej oślizgłych postaci PRL-owskiej żurnalistyki, choć po prawdzie tę zapowiedź anty-nagrody powinien otrzymać jego pryncypał.

Cóż jednak twierdzi poszkodowana Hyaena? Ano, pan Hienody Łazarewicz w wywiadzie dla „GW” troska się, iż: „- Napisano, że mój tekst został stworzony z powołaniem na anonimowe źródła, i podkreślono, że rozpowszechniam plotki. Uderzono w fundament mojej pozycji dziennikarskiej. Obawiałem się, że ta "hiena" do mnie przylgnie. A to spowoduje, że w przyszłości nikt nie będzie mówił o tym, co napisałem, tylko będzie stwierdzał: "To napisała ta hiena". Takie stygmatyzowanie przez środowisko, dość mocno politycznie zaangażowane, uważam za niesprawiedliwe.”

Zwróćmy uwagę – pan Hienody nie jest w stanie wskazać żadnego odstępstwa od faktów w werdykcie SDP, boć to, że „tekst został stworzony z powołaniem na anonimowe źródła” i „rozpowszechnia plotki” to najszczersza prawda. Clou wywodu pana Hienodego Ł. sprowadza się do subiektywnego poczucia doznanej „niesprawiedliwości” i obawy o swą pozycję dziennikarską, gdyby łatka „hieny” doń „przylgnęła”. No cóż – trzeba było się nie k***ć dla paru groszy i śmierdzącej posady w Lisowym „Newsweeku”, to i nie byłoby żadnej „łatki”. A raczej – hieniej cętki.

Tak nawiasem – wyobrażacie sobie Państwo, by którykolwiek z hollywoodzkich gwiazdorów pozywał jury za „Złotą Malinę”? I to w rozprocesowanej Ameryce!

II. „Hiena” sprzeczna z „zasadami współżycia społecznego”

Najgorsze, że ten kuriozalny pozew ma sporą szansę na wygraną. Nasze prawo skonstruowane jest bowiem w ten sposób, że wystarczy by „niezawisły sąd” uznał, iż pozwany naruszył dobra osobiste powoda, godząc w jego „cześć” i „dobre imię”, tudzież podważył publiczne zaufanie wymagane do pełnienia określonego zawodu, by uznać powództwo i zasądzić co tam do zasądzenia zostało przewidziane. Niezależnie od tego, czy SDP przyznało nominację do „Hieny” zasłużenie, czy niezasłużenie.

Kto wie, być może nawet doczekamy stwierdzenia, iż „przyznawanie wyróżnienia Hieny Roku, jako godzące w dobre imię nagrodzonych, jest sprzeczne z zasadami współżycia społecznego” - na wzór wiekopomnego orzeczenia sędzi Agnieszki Matlak, iż „negatywne treści na temat Adama Michnika redaktora naczelnego Gazety Wyborczej oraz wydawcy tej gazety Agory S.A. są sprzeczne z zasadami współżycia społecznego” (wyrok z dnia 26 września 2005; sygn. III C 1225).

Ten ostatni cytat zaczerpnąłem z listu Jana Krzysztofa Kelusa do Adama Michnika, w którym legendarny pieśniarz pisze:

„podobnie jak p. Rafał Ziemkiewicz, uważam, że pozywając swych krytyków, zastraszasz potencjalnych polemistów, działasz przeciwko wolności słowa i ograniczasz swobodę debaty publicznej.

Po tym stwierdzeniu, oczekując na pozew, apeluję do wszystkich tych, którzy inwestowali lub są skłonni zainwestować w obronę wolności słowa, by podpisali się pod niniejszym oświadczeniem, lub sformułowali oświadczenia podobne.”

Sądzę, że sprawa pozwu Hienodego Łazarewicza przeciw SDP jest dobrą okazją, by odpowiedzieć na ten apel. Zatem, ja również uważam, że Adam Michnik poprzez swe pieniactwo trafiające na podatny grunt „rozgrzanych sędziów” w rodzaju przywołanej tu Agnieszki Matlak działa przeciwko wolności słowa, zastraszając potencjalnych polemistów i tym samym ograniczając swobodę debaty publicznej.

Okazja do wyrażenia solidarności ze stanowiskiem Jana Krzysztofa Kelusa jest tym bardziej uzasadniona, gdyż bez pieniackiej sraczki Ober-redaktora III RP takie pozwy jak ten pana Hienodego byłyby nie do pomyślenia, zaś strony sporu, jak na dziennikarzy przystało, wyżywałyby się w barwnych i kąśliwych polemikach – ku uciesze i pożytkowi czytelników. Dziś natomiast – dzięki „pozwo-twórczej” (określenie J.K.K.) działalności Michnika - taki Łazarewicz z miedzianym czołem ucieka się do sądowego knebla. Swoją drogą, ciekawe czy sam na to wpadł, czy ktoś udzielił mu życzliwej rady i dodał otuchy... Trop z wywiadem udzielonym akurat „GW” może to i owo sugerować.

III. Manipulancik

No dobrze, a teraz przypomnę, dlaczego ja również uważam redaktora Łazarewicza za przedstawiciela „Hyaenidae”. Ano dlatego, że pośrednio zetknąłem się z jego „warsztatem” płodzenia dziennikarskich szmatławców przy okazji artykułu „Sieć sprzeciwu”, traktującym o Kongresie Mediów Niezależnych, którego członkami są m.in. Niepoprawni.pl oraz Niepoprawne Radio PL. Poziom manipulacji opisałem szczegółowo w tekście „Newsweek na tropie Kongresu Mediów Niezależnych” - polecam zwłaszcza lekturę części II - „Kłamstwa i manipulacje Łazarewicza”. Generalnie rzecz ujmując, pan Hienody Łazarewicz wykorzystał udzielane mu w dobrej wierze wypowiedzi do stworzenia karykaturalnej narracji uszytej pod założoną z góry tezę, mającą przedstawić „Kongres Mediów Niezależnych” jako zgraję oszołomów maszerujących w zwartym ordynku pod przewodem PiS i Jarosława Kaczyńskiego. Ba, nawet brak czyjejś wypowiedzi nie przeszkadzał panu Hienodemu wkładać w usta rzekomego interlokutora urojonych kwestii.

Tak się jednak składa, że mając kontakt mailowy z częścią rozmówców Łazarewicza mogłem sobie wyrobić opinię na temat tego, co rzeczywiście zostało powiedziane (bądź NIE powiedziane), a co i w jakiej postaci znalazło się w tekście.

I tak, MarkowiD przypisał stworzenie jakiegoś „matematycznego modelu platfoafery”, czego Marek, jako żywo nie zrobił, ba – nie używa nawet pojęcia „platfoafera”, poprzestając na skrupulatnym katalogowaniu afer PO (http://markd.pl/afery-po-0-748-i-kadencja-rzadow/ i http://markd.pl/afery-po/ ). Zabiegi te, jak wynika z kontekstu, mają panu Hienodemu służyć do ośmieszenia działalności MarkaD. Co ciekawe, MarkD stanowczo odmówił Łazarewiczowi jakichkolwiek wypowiedzi! Co nie przeszkodziło panu Hienodemu napisać tego, co napisał. Jest zlecenie – to wierszówka też musi być.

Z kolei Budyniowi78 pan Łazarewicz zadał pytania po których nie ma śladu w tekście, by następnie wyrwane z kontekstu fragmenty odpowiedzi podrasować, tworząc jakiś groteskowy obraz „Niepoprawnych” jako niszowej przybudówki PiS, leczącej poprzez przynależność do Kongresu Mediów Niezależnych kompleksy wobec dziennikarskiego mainstreamu, na dodatek zaludnionej przez oderwanych od rzeczywistości maniaków. Pozwolę sobie zacytować fragment tekstu „Newsweek na tropie Kongresu Mediów Niezależnych”:

(…) Łazarewicz wkłada w usta Budynia słowa, iż „to duże wyróżnienie, że były prezes Polskiego Radia zwrócił się z ofertą współpracy właśnie do niego, prawicowego blogera.” Co naprawdę powiedział Budyń? Ano rzekł, że dla niego jest nową jakością, że ktoś związany ze światem mediów tradycyjnych dostrzega i chce coś budować razem z ludźmi, tworzącymi nowe media, bo dotąd te światy się raczej rzadko spotykały. Tu już mamy do czynienia z ordynarnym sfałszowaniem udzielonej w dobrej wierze wypowiedzi, na dodatek wpisującym blogosferę w jakąś „służebną” rolę wobec mediów tradycyjnych.

W innym miejscu Łazarewicz przypisuje Budyniowi słowa: „Jak mówi Krzysztof Karnkowski, wtedy właśnie, podczas pierwszego Kongresu Mediów Niezależnych w Warszawie, na dobre rozpocznie się tworzenie struktur wolnych Polaków.” Jakież to protekcjonalne... Tymczasem, Budyń powiedział tylko tyle, że w panelu wezmą udział osoby, które „państwo określacie ironicznie mianem wolnych Polaków". Jest różnica?

„Jak ktoś chce, niech z nimi rozmawia, ale trzeba się liczyć, że nie tylko każde wypowiedziane słowo będzie użyte przeciwko Tobie, ale i słowa, które nie padły również się pojawią. (...) Jednego życzliwego sobie rozmówcę na pewno pan Cezary stracił” - konkluduje Budyń78.

Jest tego znacznie więcej. Jeśli ktoś ciekaw tajników „warsztatu” pana Ł., odsyłam do całości cytowanego tekstu.

Prawda, że zgrabny manipulancik z tego naszego Hienodego?

***

Na koniec, mając na uwadze wszystko co powyższe, musimy jednak zdać sobie sprawę, że tego steku kalumnii z artykułu o Rajmundzie Kaczyńskim i tych manipulanckich, oślizgłych kłamstewek z tekstu o Kongresie Mediów Niezależnych nie byłoby bez zwierzchnika pana redaktora Hienodego Łazarewicza – czyli Tomasza Lisa. To jemu – Lisowi - należy się wyróżnienie „Hieny Roku” za całokształt redaktorowania w kolejnych przedsięwzięciach medialnych z „Newsweekiem” na czele, a nie jakiemuś podrzędnemu wykonawcy poleceń.

A zatem, stwierdzam, że jesteś pan wprawdzie, panie Łazarewicz, hieną - ale z tych pomniejszych, od jakich roi się w reżimowych mediodajniach pozostających ekspozyturą Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy IIII RP. Po prawdzie, „w panu jest tyle demona, co trucizny w zapałce”. Co nie zmienia faktu, że hieną pan jesteś i to gorliwą.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat: http://niepoprawni.pl/blog/287/newsweek-na-tropie-kongresu-mediow-niezaleznych

środa, 22 sierpnia 2012

Przemysł przykrywkowy w działaniu

Tomasz Lis postanowił przekierować negatywne emocje swego „targetu” z afery „Amber Gold” na tradycyjny obiekt zastępczy – czyli Kaczora i „pisiorów”.

I. Nowy „Dramat w trzech aktach”

Powtarza się scenariusz przetrenowany przy okazji „Dramatu w trzech aktach”. Jak pamiętamy, w czerwcu 2001 roku, w trakcie kampanii przed wyborami parlamentarnymi, odpalono za pomocą telewizji, z przeproszeniem, publicznej, dętą „aferę” usiłującą przykleić braci Kaczyńskich do sprawy FOZZ. Na tę okoliczność Olga Lipińska wyszyła pamiętny kuplecik: „Hej, jadą z forsą wory! Hej, a na nich Kaczory! Hej, jadą po raz drugi! Hej, znów się forsa zgubi!”. Przypomnijmy jeszcze, że autorzy „Dramatu...”, Witold Krasucki i Grzegorz Nawrocki, otrzymali od SDP za swe dzieło tytuł „Hien Roku”, zaś po trzech latach procesu TVP poszła na ugodę i przeprosiła braci Kaczyńskich. Marna to jednak pociecha, zważywszy iż te parę procent głosów, które miały zostać odebrane – zostały, tak więc operacja z punktu widzenia jej zleceniodawców zakończyła się pomyślnie.

Z podobną sytuacją mamy do czynienia dzisiaj. Sprawa „Amber Gold” okazała się być „niezamiatywalna” mimo wszelkich wysiłków reżimowych propagandystów wrzeszczących o „nagonce” i „polowaniu na Tuska”, tudzież rozczulających się nad ciężką dolą „premierowicza”. A że manewr na „Madzię z Sosnowca” został chwilowo wyeksploatowany, należało odpalić – tak jak w 2001 - kolejną aferę z PiS. Ponieważ jednak Jarosław Kaczyński nabrał ostatnio wody w usta i nie szło rozpętać histerii oburzenia z powodu jakiejś jego wypowiedzi, co od lat jest klasycznym medialnym samograjem przemysłu pogardy, zaś dym po kapiszonach z Rajmundem Kaczyńskim i „buczeniem” podczas obchodów Rocznicy Powstania Warszawskiego dawno już rozwiał się w powietrzu, a i w sprawie wizyty Cyryla I oraz „pojednania” nie szło z polityków PiS wycisnąć żadnej kontrowersyjnej wypowiedzi, trzeba było wymyślić coś innego.

No, ale od czego Obóz Beneficjentów i Utrwalaczy III RP ma w swej medialnej ekspozyturze takiego asa, jak Tomasz Lis? Ten zawsze gotów jest uruchomić „pisowską aferę” na miarę czasów i możliwości, by zrobić dobrze Dyktaturze Matołów stanowiącej aktualne zabezpieczenie interesów Obozu – oczywiście tylko do chwili, gdy nie zużyje się ze szczętem i nie będzie konieczna operacja „wymiany zderzaków”. Najwyraźniej jednak Dyktatura Matołów zabezpiecza owe interesy na tyle dobrze, że Obóz Beneficjentów i Utrwalaczy III RP wraz ze sprawującą nadzór właścicielski Niewidzialną Ręką postanowili zadbać, by aktualny zderzak w postaci PO i rządu Tuska nie zużył się zbyt wcześnie. Powtórka z afery Rywina nie jest przewidywana.

II. Profilaktyczna pacyfikacja

I taka właśnie jest funkcja zasłony dymnej uruchomionej właśnie przez „Newsweek”. Reżimowy tygodnik nie broni wprawdzie otwartym tekstem Tuska, wokół którego sprawa „Amber Gold” zaczęła ostatnimi czasy niebezpiecznie blisko orbitować, jednak przesłanie artykułu „Srebrny układ” jest jasne: „wszyscy politycy i partie są tak samo umoczone w przekręty, a Kaczyński nie jest lepszy od Tuska”. Zabieg ten ma, rzecz jasna, na celu profilaktyczną pacyfikację niezadowolonych, tak by przypadkiem nie zaczęli zerkać w stronę Prawa i Sprawiedliwości. Zagranie równie prymitywne, jak to z „Dramatem w trzech aktach”, ale proste chwyty bywają najskuteczniejsze, tym bardziej jeśli adresowane są do leminżerii i osób politycznie niezorientowanych, które kupują „Newsweeka” w przeświadczeniu, że to normalna gazeta (poważnie, są tacy) lub ze względu na naczelnego – medialnego celebrytana.

Dla takich ludzi nagle, ni z tego, ni z owego, może okazać się szokiem, że partia dostaje pieniądze z budżetu państwa i co gorsza – wydaje je m.in. na ochronę prezesa, czy wspieranie przyjaznych sobie inicjatyw. Nie skojarzą (łączenie ze sobą elementarnych danych i myślenie przyczynowo-skutkowe jest generalnie w zaniku), że subwencje dostają wszystkie partie po przekroczeniu 3% w wyborach, że to PO jest obecnie największym beneficjentem tego systemu i że to Platforma właśnie gromko domagała się zniesienia finansowania partii z kieszeni podatników, o czym zapomniała zaraz po wyborach.

Nie zatrybią również związku między wzmocnioną ochroną Jarosława Kaczyńskiego a Smoleńskiem, czy łódzkim mordem politycznym popełnionym przez byłego działacza PO i tego, że zbrodnia ta była zbrodnią zastępczą, pierwotnie bowiem Ryszard Cyba miał zamiar zamordować Jarosława Kaczyńskiego, i tylko ze względu na ochronę właśnie odstąpił od tego zamiaru. Wszystko zaś odbyło się z inspiracji „morderców zza biurek” - prowodyrów posmoleńskiego przemysłu nienawiści, o czym dobitnie świadczy treść „listu”, który Cyba przyniósł na salę sądową. Obecny naczelny „Newsweeka” także ma w owej zbrodniczej inspiracji swój znaczący udział. Wreszcie, mało komu przyjdzie do głowy zapytać jak to jest, że wysokonakładowy tygodnik nagle bierze pod lupę wydatki opozycji, nie poświęca zaś ani krzty uwagi temu, co ze swymi pieniędzmi robi PO. Przy czym, tworzy się wokół partyjnych wydatków PiS atmosferę nieokreślonej grozy, mimo że nawet „Newsweek” nie stawia w swym tekście zarzutów o złamanie prawa.

Tego rodzaju pytań i wątpliwości nikt z „targetu”, którego mózgi miał ugotować artykuł „Srebrna sieć” nie sformułuje. Pozostanie czysto emocjonalna wściekłość, że Kaczor śpi na ICH PIENIĄDZACH – słowem, skandal i afera! I dajcie wreszcie spokój z tym „Amber Gold”, ile można o tym słuchać, uczepili się młodego premierowicza, któremu przytrafił się błąd młodości, a poza tym, pazerni frajerzy którzy ulokowali tam kasę, sami są sobie winni...

III. Mokry kapiszon, czy medialny hak na przyszłość?

Tak miało to zadziałać – i wobec tych, do których przesłanie zostało skierowane, czyli hasłowo mówiąc – lemingów narażonych na traumę rozczarowania i zawiedzionych nadziei, bo coś tu nie gra, a Tusk może wcale nie jest aż taki fajny – z pewnością zadziała, przekierowując ich negatywne emocje z „Amber Gold” na tradycyjny obiekt zastępczy – czyli Kaczora i „pisiorów”.

Ja tu zresztą piszę o tym wszystkim raczej w charakterze kolejnego przyczynku do medialnych manipulacji reżimowych mediodajni III RP niż po to, by wieszczyć dla PiS ze strony „Newsweeka” i Lisa jakieś straszne zagrożenie. Przeglądam bowiem onet, wp.pl, interię, gazeta.pl, tvn24.pl i na chwilę obecną (poniedziałek, 20.08, późny wieczór) na „jedynkach” po lisiej aferze ani dudu. W mediodajniach audiowizualnych chyba też nie było nadmiernej ekscytacji. Nikt jakoś nie eksploatuje tematu. Czyżby zatem zdano sobie sprawę z nikłego potencjału wypocin „Newsweeka”, a zasięg tego nowego „Dramatu w trzech aktach” miał się ograniczyć do chwilowej wrzutki-przykrywki? Jeśli w ciągu trzech dni nie padnie jakiś tajemny sygnał od „wajchowych”, pozostanie w powietrzu tylko nikły swąd rozwiewającego się dymu z kolejnego kapiszona.

Chyba, że przetrzymają newsweekowe rewelacje w charakterze medialnych „haków” do późniejszego wykorzystania, choćby w kolejnej kampanii wyborczej, niczym słynną wypowiedź Kaczyńskiego o Merkel. Bo w końcu, nawet jeśli PiS wygra wytoczony „Newsweekowi” proces, to po latach - gdy już nikt nie będzie pamiętał o co poszło.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

sobota, 12 maja 2012

„Newsweek” na tropie Kongresu Mediów Niezależnych

Artykuł Łazarewicza może posłużyć za materiał poglądowy ilustrujący temat „propaganda medialna obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP”.

I. Pisanie „pod tezę”

Jakieś trzy tygodnie temu (w numerze 17/12 – tym z Macierewiczem jako talibem na okładce) Lisowy „Newsweek” piórem Cezarego Łazarewicza postanowił wziąć na warsztat Federację Mediów Niezależnych – organizację powstałą z inicjatywy Krzysztofa Czabańskiego zrzeszającą pozamainstreamowe inicjatywy medialne, łączącą zarówno podmioty tworzone przez profesjonalnych dziennikarzy, jak i te tworzone przez blogerów. Pretekstu do dziennikarskiej obróbki dostarczył Kongres Mediów Niezależnych, który właśnie odbył się w sobotę 12 maja. Z tej to okazji żurnalista Łazarewicz wyprodukował artykuł „Sieć sprzeciwu”, w którym to tekście z właściwą głównemu nurtowi protekcjonalną manierą opisał Federację jako groteskową inicjatywę „pisowców”, mającą „przynieść PiS na tacy środowisko zaangażowanych politycznie internautów” - jak miał ponoć stwierdzić „jeden z działaczy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich” .

Nieprzypadkowo napisałem przed chwilą „miał ponoć stwierdzić”, albowiem z mojego „riserczu” przeprowadzonego wśród osób z którymi kontaktował się Łazarewicz przed spłodzeniem swojego artykułu wynika, że dopuścił się wielu manipulacji, a niekiedy wręcz ordynarnych kłamstw przypisując im słowa które nigdy nie padły, bądź też „po uważaniu” wyrywając wypowiedzi z kontekstu tak, by pasowały do uszytej z góry tezy. A teza jest taka, iż Krzysztof Czabański pragnie „stworzyć coś na kształt drugiego obiegu z lat 80. 
Ale z silnym, kontrolowanym przez PiS ośrodkiem decyzyjnym w postaci Federacji Mediów Niezależnych, w której pierwsze skrzypce gra środowisko /Gazety Polskiej/”. Absurd tego stwierdzenia wręcz bije po oczach i nijak się ma choćby do komunikatu FMN z lutego br..

Zresztą, każdy, kto miał cokolwiek do czynienia z blogosferą i blogerami doskonale wie, jak trudno sterowalny jest to narodek i ostatnią rzeczą jaką można się po nim spodziewać jest karna realizacja jakichś odgórnych, partyjnych wytycznych. Łazarewicz najwyraźniej zastosował tu miarkę właściwą dla reżimowych mediodajni i płatnych trolli harcujących po portalach – no, cóż... A „drugiego obiegu” nie trzeba „tworzyć”, gdyż istnieje on od dawna i ma się coraz lepiej. FMN jest jedynie jedną z wielu współistniejących obok siebie form organizacyjnych, jakie ów Drugi Obieg 2.0 przybiera.

Słowem, opisywany tu tekst może posłużyć za materiał poglądowy ilustrujący temat „propaganda medialna obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP”. Niewykluczone zresztą, że po części został on podyktowany frustracją Łazarewicza, gdyż z tego co mi wiadomo ze środowiska internautów/blogerów mało kto w ogóle chciał z nim gadać. Nie przeszkodziło to jednak dziennikarzowi Łazarewiczowi w wystukaniu swojej wierszówki. Jak mus to mus.

II. Łgarstwa i manipulacje Łazarewicza

Przejdźmy do konkretów.

1) Kłamstwo nr1 - MarkD

Niemal naocznie (jako członek redakcji Niepoprawnego Radia PL miałem wgląd do maili) byłem świadkiem, jak MarkD spławił Łazarewicza odmawiając mu jakichkolwiek wypowiedzi – zresztą, przy pełnym poparciu zespołu redakcyjnego Radia. Co zrobił pan Ł.? Ano, opisał Marka jako nienawistnego maniaka, który oprócz spisania 748 afer PO, miał stworzyć „matematyczny model platfoafery, według którego liczba afer wokół PO rośnie każdego roku trzykrotnie, z czego wynika, że na koniec kadencji sięgnie rekordowej liczby 65 tys. To spowoduje, że nawet wolne media będą miały problemy z ich opisaniem.” Czujecie państwo ten pełen wyższości rechocik? Rzecz w tym, iż MarkD żadnego „modelu matematycznego” nie stworzył – jest to czysty wymysł Łazarewicza. Podobnie określenie „platfoafera” u MarkaD nigdzie nie pada – jest to autorski pomysł Łazarewicza. „Takie przedstawienie mnie dezawuuje zbierane afery jako robotę człowieka chorego z nienawiści” - komentuje sprawę MarkD.

Na dodatek, w dość ironicznym stylu Łazarewicz stwierdza, iż na Kongresie MarkD „wytłumaczy im, jak stworzyć radio”. Naprawdę zaś MarkD miał mówić o zagrożeniach formalnych i prawnych dla działalności medialnej w internecie.

2) Kłamstwo nr2 - Budyń78

Nie mniej swobodnie pan redaktor postąpił z wypowiedziami Budynia78, który bodaj jako jedyny z blogerskiej części FMN potraktował Łazarewicza życzliwie i zgodził się na rozmowę m.in. o Niepoprawnych.pl, odkładając na bok kwestię miejsca w którym Łazarewicz jest zatrudniony i osobę naczelnego „Newsweeka” - Tomasza Lisa, który mu szefuje. Tu pan redaktor pojechał już na całego. Zacznijmy od dwóch pytań, których w artykule nie znajdziemy, ale które ewidentnie miały „ustawić” rozmówcę:

- czy nie przeszkadza nam, że Niepoprawni.pl „kojarzeni są z PiS”? Czyli, pan redaktor „formatuje” portal jako partyjną przybudówkę. Swoją drogą, pytanie można by odwrócić i zapytać pana Ł., czy nie przeszkadza mu, że „Newsweek” kojarzony jest z aktualnym obozem władzy. Ciekawe, co by odpowiedział...

- czy mamy świadomość, że jesteśmy niszowi? Przepraszam, a co w tym złego? Tu panu redaktorowi najwyraźniej nie mieści się w głowie, że można poświęcać wolontaryjnie swój czas i energię na rzecz inicjatywy nie będącej „wiodącym medium” i służącej jakiejś społeczności jako miejsce wymiany poglądów.

Idźmy jednak dalej, bo w artykule mamy prawdziwą erupcję manipulacji. Otóż Budyń78 w rozmowie jako motyw odejścia grupy blogerów z Salonu24 podał chęć posiadania jakiegoś bardziej własnego miejsca w sieci. W „Newsweeku” natomiast wypowiedź ta został „podrasowana” - „Pięć lat temu Krzysztof Karnkowski zaczął się dusić na portalu Salon24.pl.” . Jest różnica? Budyń oczywiście niczego o „duszeniu się” nie powiedział i trudno odczytać tę manipulację Łazarewicza inaczej, niż jako chęć skłócenia blogosfery.

W tym samym akapicie Łazarewicz wkłada w usta Budynia słowa, iż „to duże wyróżnienie, że były prezes Polskiego Radia zwrócił się z ofertą współpracy właśnie do niego, prawicowego blogera.” Co naprawdę powiedział Budyń? Ano rzekł, że dla niego jest nową jakością, że ktoś związany ze światem mediów tradycyjnych dostrzega i chce coś budować razem z ludźmi, tworzącymi nowe media, bo dotąd te światy się raczej rzadko spotykały. Tu już mamy do czynienia z ordynarnym sfałszowaniem udzielonej w dobrej wierze wypowiedzi, na dodatek wpisującym blogosferę w jakąś „służebną” rolę wobec mediów tradycyjnych.

W innym miejscu Łazarewicz przypisuje Budyniowi słowa: „Jak mówi Krzysztof Karnkowski, wtedy właśnie, podczas pierwszego Kongresu Mediów Niezależnych w Warszawie, na dobre rozpocznie się tworzenie struktur wolnych Polaków.” Jakież to protekcjonalne... Tymczasem, Budyń powiedział tylko tyle, że w panelu wezmą udział osoby, które „państwo określacie ironicznie mianem wolnych Polaków". Jest różnica?

„Jak ktoś chce, niech z nimi rozmawia, ale trzeba się liczyć, że nie tylko każde wypowiedziane słowo będzie użyte przeciwko Tobie, ale i słowa, które nie padły również się pojawią. (...) Jednego życzliwego sobie rozmówcę na pewno pan Cezary stracił” - konkluduje Budyń78.

3) Kłamstwo nr 3 - przemilczenie

Ciekawie wyglądały również podchody Łazarewicza pod Agnieszkę Piwar z Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy. Wedle słów pani Agnieszki, która była akurat za granicą, Łazarewicz dość namolnie do niej wydzwaniał, zasypując pytaniami i za nic nie dawał się grzecznie zbyć. Ostatecznie stanęło na tym, że pan redaktor wysłał mailem zestaw pytań dotyczących Kongresu. Otrzymał odpowiedź w postaci materiałów informacyjnych, po czym... kompletnie pominął je w tekście. Nie pasowało do tezy artykułu? Za mało sensacyjne?

4) Manipulacje o Niepoprawnych.pl

Chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na sposób, w jaki Łazarewicz przedstawia „Niepoprawnych”: „to miejsce dla zwolenników zamachu smoleńskiego w średnim wieku, nielubiących ani premiera, ani prezydenta.” Urocze, prawda? Zgraja pisowskich oszołomów. Na szczęście jest „Newsweek”, który zamachowi smoleńskiemu daje odpór, a i prezydent z premierem zawsze mogą w nim liczyć na dobre słowo. Na dodatek powyższe zdanko jest wplecione w rzekome wypowiedzi Budynia78 i u niezorientowanego czytelnika natychmiast wywoła to wrażenie, jakby to Budyń w ten sposób nas zaprezentował. Zaraz bowiem czytamy: „Budyń78 tłumaczy, że wokół takich treści integrują się co prawda niewielkie grupki, ale za to bardzo oddane: – Czytając nas, utwierdzają się w przekonaniu, że nie są sami. Jest ktoś, kto myśli podobnie.” I skąd Łazarewicz wytrzasnął „informację”, że Niepoprawni, to ludzie „w średnim wieku”? Ma wgląd w metryki urodzenia? Tak buduje się przekaz szyty pod MWzWM oparty na podziale „fajni – niefajni”. Na szczęście, pan Łazarewicz jest fajny aż do mdłości i nie ma ryzyka, że czytelnicy dowiedzą się od niego czegokolwiek, co mogłoby im zaburzyć arcyboleśnie prosty ogląd rzeczywistości.

III. Bojkotować mediodajnie!

Podsumowując, pan redaktor Łazarewicz wykonał z pełnym zaangażowaniem robótkę charakterystyczną dla reżimowego dziennikarstwa III RP. Zapewne przedstawiłem tu zaledwie cząstkę propagandowych manipulacji i łgarstw jakich się dopuścił. Przypuszczam, że inni, którzy mieli nieszczęście się z nim kontaktować dorzuciliby co najmniej drugie tyle. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że po oddaniu tekstu do druku nie musiał zdzierać sobie skóry pumeksem, by pozbyć się poczucia nieświeżości. Panu Łazarewiczowi wróżę owocną przyszłość pod skrzydłami Tomasza Lisa, a na zakończenie powtórzę to, czemu dawałem już wyraz w poprzednich notkach (np. TU): z reżimowymi mediodajniami nie ma co gadać, gdyż w ten sposób ułatwiamy im tylko robotę, legitymizując je swą obecnością. Konsekwentny bojkot z naszej strony jest jedynym sensownym podejściem.

Dobrze spuentowała to Ewa Stankiewicz (o ile Łazarewicz znowu czegoś nie przekręcił): „- Nie rozmawiam z osobami reprezentującymi media manipulujące i kłamliwe, do których nie mam zaufania.”. Sądzę, że przytoczone tu przykłady skrajnej nierzetelności są wystarczającym dowodem na słuszność takiego postawienia sprawy.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

Tekst Łazarewicza: http://polska.newsweek.pl/siec-sprzeciwu,91005,1,1.html