Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niezależność dziennikarska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niezależność dziennikarska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 marca 2019

„Warszawska Gazeta” – medium tożsamościowe

Nie bez przyczyny przyświeca nam sentencja: „Nie obchodzą nas partie lub te czy owe programy. My chcemy Polski suwerennej, Polski chrześcijańskiej, Polski – polskiej”.

I. Medium tożsamościowe – to brzmi dumnie!

Na początek wyjaśnienie, dlaczego „Warszawską Gazetę” określiłem w tytule mianem „medium tożsamościowego”. Otóż nie jest tajemnicą, że od jakiegoś czasu scena medialna uległa daleko idącej polaryzacji – i nie jest to bynajmniej wyłącznie polska specyfika, podobną ewolucję można zaobserwować również na Zachodzie (np. w Stanach Zjednoczonych, szczególnie po wyborze Donalda Trumpa). Konsekwencją tego procesu jest sytuacja, w której poszczególne tytuły zamiast starać się obiektywnie i bezstronnie opisywać rzeczywistość, stają się przedstawicielami różnych opcji światopoglądowych, ideologicznych i politycznych. Oczywiście, stuprocentowy obiektywizm mediów jest szlachetną utopią, która nigdy i nigdzie nie została wcielona w życie. Zawsze istniały tzw. linie redakcyjne określające profil danej gazety (w tekście skupię się na prasie, ale powyższe dotyczy również mediów elektronicznych, w tym szczególnie internetu). Funkcjonowały więc tytuły o „przechyle” bardziej lewicowym, bądź liberalnym lub dla odmiany - bardziej konserwatywnym. W ten sposób tworzył się naturalny pluralizm debaty publicznej, konfrontujący ze sobą różne poglądy. Stąd również wzięły się takie określenia, jak „tygodnik opinii” czy „medium opiniotwórcze”, z założenia nastawione na przekonywanie czytelnika do swoich racji. Medium tożsamościowe jest zatem jedynie logicznym następstwem, krokiem dalej, polegającym na wyostrzeniu profilu redakcyjnego. I, choć niektórzy puryści medialnej „czystości” mogliby się tu oburzyć, moim zdaniem nie ma w tym nic złego. W ten sposób bowiem określone grupy czytelników zyskują swój głos w publicznym dyskursie, mają własną reprezentację w przestrzeni medialnej. Gazeta staje się ich rzecznikiem i wyrazicielem bliskich im poglądów i wartości. I właśnie takim tytułem – medium tożsamościowym w najlepszym rozumieniu tego pojęcia – jest „Warszawska Gazeta”. Wydajemy ją i piszemy dla Państwa i dzięki Państwu – po to, by niezależny, patriotyczny głos był słyszalny, by nie dało się go zignorować we wszechobecnym zalewie lewackiego jazgotu. Wasze wartości są naszymi wartościami. Krótko mówiąc, medium tożsamościowe – to brzmi dumnie!


II. Prasa tożsamościowa czy partyjna?

By jednak miano medium tożsamościowego można było nosić z dumą, należy spełnić trzy warunki. Pierwszy – swoje poglądy należy głosić z otwartą przyłbicą, bez udawania wzorca z Sevres „obiektywizmu”, bez hipokryzji i zakłamania. Przez lata III RP swoisty anty-standard takiej udającej „bezstronność” manipulatorskiej obłudy praktykowała np. „Gazeta Wyborcza”, na zewnątrz usiłując prezentować się jako „arbiter elegantiarum”, podczas gdy w rzeczywistości od swego zarania była narzędziem propagandy obozu beneficjentów „okrągłego stołu”. W przypływie szczerości wyznał to już w 1990 r. Adam Michnik w rozmowie z ówczesnym dziennikarzem „GW”, Krzysztofem Leskim: „K-k-krzysiu, jeśli ty-ty-ty chcesz tu robić wo-wolną gazetę, to-to-to-to po moim trupie”. „Warszawska Gazeta” nie udaje czegoś, czym nie jest – poglądy naszych publicystów mogą się między sobą różnić, ale zawsze są podawane wprost, bez owijania w bawełnę. Jesteśmy wobec Państwa po prostu szczerzy.

Warunek drugi – przedstawiając swoje stanowisko na dany temat, nie można kłamać i produkować „fake newsów”. Tu również staramy się dochować najdalej idącej rzetelności, co można sprowadzić do zasady: wyrazistość, a nawet kontrowersyjność opinii – tak, jak najbardziej, ale nie można fałszować opisywanych faktów, tworzyć alternatywnej rzeczywistości. Wystarczy zerknąć na łamy rzekomo „obiektywnych” tytułów, pełnych zmyśleń, przeinaczeń i manipulacji, by dostrzec różnicę.

No i wreszcie warunek trzeci, jak zobaczymy dalej, wyjątkowo trudny do spełnienia, bo pokusa, by go nie dochować, jest duża: nie można przekroczyć cienkiej granicy między medium tożsamościowym, a medium partyjnym. Gazeta ma służyć swoim Czytelnikom, a nie tej czy innej sile politycznej. Czasopismo nie jest od tego, by kolportować różne „przekazy dnia”, podporządkowywać się odgórnej, partyjnej linii (a czasem wręcz jednej partyjnej frakcji). Jeżeli tak robi, to powinno mieć w redakcyjnej stopce adnotację, że jest organem prasowym danego ugrupowania – dopiero wtedy byłoby fair wobec odbiorców. Zatem, jeśli przykładowo widzisz Czytelniku, że jakieś medium najpierw wspiera nowelizację ustawy o IPN, a potem równie gorliwie przekonuje, że rejterada rządu pod zewnętrznym naciskiem jest „ogromnym sukcesem” - to, mówiąc klasykiem, „wiedz, że coś się dzieje”. Że jesteś dla takiego pisma obiektem manipulacji i przedmiotem propagandowej obróbki, a nie podmiotem. Podmiotem jest zaś partia polityczna przekazująca redakcji swoje aktualne stanowisko „do wykonu”. My, w „Warszawskiej”, zawsze na pierwszym miejscu stawiamy Czytelnika – w odróżnieniu od innych tytułów, nie traktujemy naszych odbiorców jak dzieci specjalnej troski, którym nie należy mówić pewnych rzeczy dla ich własnego dobra. Jeżeli widzimy, że „dobra zmiana” popełnia błąd, to piszemy o tym otwarcie. Nie ma i nie może być dla nas tematów tabu – to kwestia elementarnego szacunku i uczciwości.


III. Cena niezależności

Za taką postawę płaci się cenę – symboliczną i wymierną. Przyzwyczailiśmy się do tego, że jesteśmy notorycznie opluwani i szkalowani, że stosuje się wobec nas czarny PR – co szczególnie bolesne, również ze strony różnych „niepokornych” i wielce „prawicowych” mediów, upatrujących w nas konkurencję do zniszczenia. Jesteśmy niewygodni, bo z jednej strony „Warszawska” to pismo ze stuprocentowo polskim kapitałem, a z drugiej - funkcjonujemy obok polityczno-partyjnych układów i podwieszeń. Naszym jedynym sponsorem są Czytelnicy, co daje nam komfort niezależności. Tu trzeba dodać, że czytają nas – i to pilnie – również politycy partii rządzącej, choć z niewiadomych względów wstydzą się do tego przyznać.

Jak Państwo widzą przeglądając naszą gazetę, w „Warszawskiej” próżno szukać reklam spółek Skarbu Państwa – i to jest właśnie ta wspomniana wyżej wymierna cena niezależności. Dla kontrastu, spójrzmy, jak wygląda to u naszych konkurentów (wszystkie dane za branżowym portalem wirtualnemedia.pl). W 2018 r. „Sieci Prawdy” zainkasowały reklamy spółek Skarbu Państwa o cennikowej wartości ponad 26,5 mln. zł. „Do Rzeczy” - ponad 13 mln. zł. „Gazeta Polska” - ponad 8,8 mln. zł. Nawet biorąc pod uwagę rabaty i tak wychodzą grube miliony złotych rocznie. Procentowo udział reklam spółek Skarbu Państwa (SPP) prezentuje się jeszcze bardziej okazale – w przypadku „Sieci Prawdy” SPP odpowiadają za niemal 40 proc. przychodów reklamowych; w „Do Rzeczy” - za 22,5 proc.; natomiast w „Gazecie Polskiej” udział reklam SPP to niemal 45 proc. ogółu przychodów reklamowych.

Które spółki okazały się tak hojne? Są to m.in. Orlen, Energa, Totalizator Sportowy, Lotos, PGNiG, Tauron, PKO BP czy Polska Wytwórnia Papierów Wartościowych. Jak wiadomo, takie towary jak prąd elektryczny, gaz ziemny, zakłady w „Totku” czy pieniądze są na tyle niszowe, że wymagają intensywnej promocji, by pozyskać klientów...

Wszystko to wygląda jeszcze bardziej groteskowo, gdy zestawimy powyższe dane ze sprzedażą wymienionych gazet. „Sieci” w styczniu br. sprzedawały 36 416 egzemplarzy, notując spadek o ponad 30 proc. rok do roku; „Do Rzeczy” - 32 285 egz. (spadek o ponad 17 proc.); „Gazeta Polska” - 22 920 egz. (spadek o 26,5 proc.). W tym kontekście, nie sposób nie oprzeć się wrażeniu, że mamy tu do czynienia ze swoistą „premią za lojalność”. Powiem tylko, że „Warszawska” sprzedaje się lepiej – i to pomimo ograniczenia nadziału dla zalegającego z płatnościami „Ruchu”.

Nie płaczemy. Robimy swoje, choć niektórych uwiera to proporcjonalnie do malejącej sprzedaży ich własnych gazet. Ale cóż - nie bez przyczyny przyświeca nam sentencja: „Nie obchodzą nas partie lub te czy owe programy. My chcemy Polski suwerennej, Polski chrześcijańskiej, Polski – polskiej”.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Prasa – ofiara politycznej wojny

Czy Niemcy przejmą „Ruch”?

Dlaczego nie kupuję „niepokornych”' gazet?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 12 (22-28.03.2019)

niedziela, 22 października 2017

Ringier Axel Springer, czyli Imperium kontratakuje

Pozew RAS da się streścić filmowym cytatem - „jeśli cię złapią za rękę, krzycz, że to nie twoja ręka”.


I. RAS idzie w zaparte

Ringier Axel Springer skierował przeciw „Warszawskiej Gazecie” pozew w którym domaga się od nas publikacji przeprosin i 400 tys. zł. odszkodowania na cele społeczne. Szczerze mówiąc, w całej tej sytuacji towarzyszy mi narastające poczucie absurdu. Wiadomo co napisał Mark Dekan do swoich podwładnych w słynnym newsletterze po wyborze Donalda Tuska na stanowisko Przewodniczącego Rady Europejskiej; jego treść została odebrana jednoznacznie przez środowisko dziennikarskie i opinię publiczną jako niedopuszczalna ingerencja w niezależność dziennikarską i swoisty instruktaż; oburzenie wyrażali dziennikarze, w tym m.in. byli pracownicy RAS i Centrum Monitoringu Wolności Prasy SDP. Charakterystyczne jest, że listu Dekana bronili w zasadzie jedynie aktualni pracownicy RAS – dla całej reszty postronnych obserwatorów sprawa była oczywista. W artykule „Medialna V kolumna” od którego zaczęła się awantura, nazwałem jedynie rzeczy po imieniu - i misję tę (bo to jest misja – przedstawiać sprawy tak jak się mają, bez eufemizmów i upiększeń) „Warszawska Gazeta” kontynuowała w kolejnych tekstach. Tymczasem szefostwo Ringier Axel Springer Polska zamiast zapaść się pod ziemię ze wstydu i pozwolić czytelnikom zapomnieć o sobie i nieszczęsnej wpadce z korporacyjnym okólnikiem, postanowiło przejść do kontrataku, wbrew elementarnym faktom i przyzwoitości utrzymując, że Mark Dekan wcale nie napisał tego, co napisał, a jego pismo to były tylko takie utrzymane w europejskim duchu „życzenia wszystkiego najlepszego” (wyjaśniam czytającym zapewne te słowa przedstawicielom RAS – użyłem tu przenośni, więc proszę nie odczytywać tego dosłownie, jak mają Państwo w zwyczaju przy tego typu frazach).

W każdym razie, pozew da się streścić filmowym cytatem - „jeśli cię złapią za rękę, krzycz, że to nie twoja ręka”. Niemiecko-szwajcarski koncern idzie w zaparte utrzymując, jak wynika z jego stanowiska, że nie padły takie zdania, jak „ideologia i prymitywne manipulacje przegrały z wartościami i rozsądkiem”, „w nadchodzącym czasie na autostradzie unijnej integracji pojawia się nie tylko pas szybkiego i wolnego ruchu, ale też parkingi. I to jest właśnie moment, gdy do gry włączają się wolne media, takie jak my” czy „podpowiedzmy im (czytelnikom – PL) co zrobić, żeby pozostać na pasie szybkiego ruchu i nie skończyć na parkingu”. Jak rozumiem, nie było również wyraźnego spozycjonowania się po jednej ze stron politycznego sporu („Razem z Tuskiem wygrali Polacy - wszyscy ci, którzy są dumni z przynależności do Unii Europejskiej”). Podkreślam – to nie jest ogólnikowe przypomnienie o „wartościach”, tylko wyrażone wprost oczekiwanie co do linii redakcyjnej podległych Dekanowi mediów i tonu w jakim dziennikarze powinni informować swoich odbiorców o wydarzeniach politycznych.


II. Bezstronność po niemiecku

Powyższe jest oczywiste dla każdego kto potrafi czytać ze zrozumieniem, dlatego koncern czując zapewne słabość swej argumentacji polegającej na odwracaniu kota ogonem, usiłował zmusić „Warszawską Gazetę” do milczenia śląc pisma przedprocesowe w których domagał się przeprosin i odszkodowań, licząc zapewne na tzw. „efekt mrożący”.

W pozwie szczególnie ubawił mnie fragment, w którym RAS stwierdza, iż „powód przy prowadzeniu działalności nie kieruje się względami politycznymi, nie manipuluje informacjami w celach politycznych, nie organizuje na nikogo nagonki, a przede wszystkim nie działa wbrew czy przeciwko interesom Polski. Powód nie naciska na swoich dziennikarzy, nie wymusza na nich niczego i nie dyktuje im co i jak mają pisać”. Czyli klasyczne zaklinanie rzeczywistości spod znaku: „komu wierzysz – mnie, czy własnym oczom?”. Retoryczne pytanie – czy tekst prezentujący pogląd, że zwycięstwo Tuska wbrew stanowisku polskiego rządu wcale nie jest wygraną „rozsądku i wartości” miałby szansę na zaistnienie w którymś z mediów RAS? Co do braku nacisków – wystarczy przypomnieć historię tekstu „Forbesa” „Kadisz za milion dolarów” po którym pracę stracił redaktor naczelny i autor artykułu, a gazeta zamieściła sążniste przeprosiny czy opisywaną w mediach działalność Petera Priora w „Fakcie” ingerującego w materiały redakcyjne krytyczne wobec PO, by wybuchnąć pustym śmiechem. A jeśli chodzi o nagonki – jak inaczej zinterpretować słynne okładki „Newsweeka” z Antonim Macierewiczem jako talibem, czy Jarosławem Kaczyńskim przedstawionym ze złowrogą miną na tle płomieni i podpisem „Dzień świra”? Z innej beczki – jak odebrać materiał prezentujący wypoczywających nad morzem Polaków, beneficjentów programu 500+, jako zgraję pijanych barbarzyńców zanieczyszczających wydmy?


III. Korzenie „europejskich wartości”

Wydawnictwo RAS bardzo ubodły nawiązania do III Rzeszy w warstwie tekstowej i wizualnej naszych artykułów, z czego należałoby wnosić, że można kogoś porównywać do islamskiego terrorysty (jak Macierewicza), ale np. do Goebbelsa – już nie. Podobnie RAS odżegnuje się od podejrzeń, jakoby realizował aktualną linię polityczną Niemiec, podczas gdy rzekomo jedynie prezentuje „wartości europejskie”. Cóż, jedno z drugim ma związek głębszy, niż mogłoby się na pozór wydawać. Jak trafnie zauważyła Reduta Dobrego Imienia w raporcie analizującym ton niemieckich mediów po wyborze Tuska na szefa Rady UE „w relacjach niemieckich mediów poświęconych wynikom szczytu UE i reelekcji Donalda Tuska na stanowisko przewodniczącego RE dominowała satysfakcja. Wybór Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej uznany został za porażkę polskiego rządu” - wypisz wymaluj, retoryka newslettera Marka Dekana. Więcej - „dla Niemców idea integracji europejskiej wydaje się stanowić element tożsamościowy. Stopień utożsamienia niemieckich elit opiniotwórczych z ideą integracji europejskiej sprawia, że debata/spór traktowane są jako próba podważenia europejskiego ładu”.

I nad tym „elementem tożsamościowym” warto się na chwilę zatrzymać, towarzyszy on bowiem Niemcom nie od dziś. Niedawno miesięcznik „WPiS” w artykule Leszka Sosnowskiego przytoczył fragment „Raportu końcowego gubernatora dystryktu warszawskiego” z grudnia 1944 r. autorstwa oficera SS dr Friedricha Gollerta. Czytamy w nim: „Idea europejska jest szeroko rozpowszechniona wśród narodu polskiego. Dotychczas jednak Polacy obawiali się stale, że nie będzie dla nich miejsca w tej zjednoczonej Europie. Jeśli teraz damy im nadzieję, że w tej nowej Europie będą mogli prowadzić i rozwijać życie zgodnie ze swym charakterem i kulturą, to właśnie obecnie w III Rzeczypospolitej [zabieg autora „WPiS” - chodzi oczywiście o Generalne Gubernatorstwo] przeważająca większość narodu polskiego przyjmie tę politykę niemiecką z największym zrozumieniem”. Porównajcie sobie Państwo ten cytat z retoryką listu Dekana. Brzmi znajomo? Okazuje się, że wzniosłe europejskie frazesy w niemieckim wydaniu są obrośnięte historycznymi kontekstami o których dziś Niemcy wolałyby zapomnieć – więc tym bardziej należy im o tym przypominać.

Patrząc szerzej, trudno wniesiony akurat teraz, po pół roku, pozew traktować inaczej niż jako salwę wyprzedzającą w zbliżającej się kampanii o repolonizację (dekoncentrację) mediów. „Warszawska Gazeta” od zawsze była zwolennikiem tej opcji, ponieważ dominacja zagranicznego kapitału w przestrzeni informacyjnej i opiniotwórczej zawsze niesie ze sobą ryzyko, że krajowa opinia publiczna kształtowana będzie przez obce ośrodki – tym bardziej, jeśli wziąć pod uwagę bliskie związki niemieckich mediów ze światem tamtejszej polityki, wyrażające się chociażby w nieformalnej instytucji „kręgów”. Owe „kręgi” to coś na kształt klubów, w których dziennikarze spotykają się z politykami, by w luźnej atmosferze (np. kolacyjki w restauracjach, grille itp.) uzgadniać przekaz, który następnie idzie w świat jako głos „niezależnych” mediów. Tak wygląda „kontrolna funkcja prasy” w niemieckiej rzeczywistości i nie oszukujmy się – ma to przełożenie także na urabianie opinii publicznej w Polsce.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Media w Niemczech – na służbie władzy


PS. Wklejam treść newslettera Dekana (za wPolityce.pl):



Drogie Koleżanki i Koledzy,
Barcelona kontra PSG 6:1 - co to był za mecz! Jednak to nie te rozgrywki zasłużyły na miano starcia tygodnia. Ta kategoria należała do dwóch Polaków, którzy zmierzyli się ze sobą na arenie europejskiej, a ich spotkanie zakończyło się wynikiem 27:1!
Wyłącznym zwycięzcą nie jest jednak Donald Tusk, tak jak Kaczyński nie jest jedynym przegranym. Razem z Tuskiem wygrali Polacy - wszyscy ci, którzy są dumni z przynależności do Unii Europejskiej.
Badania pokazują, że takie poglądy ma blisko 80% polskiego społeczeństwa. Co do przegranych w tym starciu, to obok Jarosława Kaczyńskiego znalazła się dobra reputacja Polski jako rzetelnego partnera w UE.
Czego się dowiedzieliśmy:
1. Kaczyński, zapewne wbrew sobie, stał się najskuteczniejszym orędownikiem reelekcji Donalda Tuska.
2. Ideologia i prymitywne manipulacje przegrały z wartościami i rozsądkiem. Zarówno rządzone przez Orbana Węgry, jak i pozostałe kraje Grupy Wyszehradzkiej, poparły w głosowaniu Tuska.
3. UE nauczyła się, że o jedność nie warto zabiegać za wszelką cenę. To bardzo cenna lekcja na przyszłość, która z pewnością przyspieszy wdrażanie koncepcji UE różnych prędkości.
Ta ostatnia z lekcji ma kluczowe znaczenie dla Polski. W nadchodzącym czasie na autostradzie unijnej integracji pojawia się nie tylko pas szybkiego i wolnego ruchu, ale też parking. I to jest właśnie moment, gdy do gry włączają się wolne media, takie jak my.
Nigdy nie zapominajmy o podstawowych wartościach, jakie reprezentujemy: opowiadamy się za wolnością, rządami prawa, demokracją i ZJEDNOCZONĄ EUROPĄ.
Pamiętajmy, że większość naszych czytelników i użytkowników należy do tej miażdżącej większości, która popiera członkostwo Polski w UE. Podpowiedzmy im co zrobić, żeby pozostać na pasie szybkiego ruchu i nie skończyć na parkingu.
Stawką w tej grze jest wolność i pomyślność przyszłych pokoleń.
Polacy popierają Unię Europejską.
<Polaków> popiera członkostwo Polski w UE.
Wskazują na to wyniki ankiety przeprowadzonej 9 marca przez Instytut Badań Rynkowych i Społecznych (IBRiS).
osób w wieku 35–44 lat, mieszkających w dużych miastach (pow. 500 tys. mieszkańców) popiera polskie członkostwo w UE - jest to najwyższy poziom akceptacji wśród wszystkich grup wiekowych.
<Polaków > opowiada się za opuszczeniem przez Polskę UE. Jednak w grupie wiekowej 18–24 lat odsetek ten wzrasta do 26%.
Choć wyniki badań napawają optymizmem, to jednocześnie rodzą pytania, na które warto poszukać odpowiedzi.
Dlaczego krytyczna postawa wobec Europy jest widoczna zwłaszcza wśród młodego pokolenia? Dlaczego w mniejszym stopniu wierzy ono w ideę wspólnej Europy?
Z pewnością po części przyczyniło się do tego obrzucanie UE błotem przez populistów oraz kreowany w mediach negatywny obraz pogrążonej w kryzysie Unii. Są to kwestie, na które UE powinna zwrócić większą uwagę.
Obywatele Europy dostrzegli obecność tego trendu wśród młodszego pokolenia i samodzielnie podejmują działania. Swoje poparcie dla zjednoczonej Europy wyrażają poprzez inicjatywę pod nazwą „Pulse of Europe”.
Warto się z nią zapoznać: www.pulseofeurope.eu http://app.getresponse.com/click.html?x=a62b&lc=s0xZO&mc=Iw&s=KbPbmN&u=SeNZj&y=d&
(…)
Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 42 (20-26.10.2017)