Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Do Rzeczy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Do Rzeczy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 marca 2019

„Warszawska Gazeta” – medium tożsamościowe

Nie bez przyczyny przyświeca nam sentencja: „Nie obchodzą nas partie lub te czy owe programy. My chcemy Polski suwerennej, Polski chrześcijańskiej, Polski – polskiej”.

I. Medium tożsamościowe – to brzmi dumnie!

Na początek wyjaśnienie, dlaczego „Warszawską Gazetę” określiłem w tytule mianem „medium tożsamościowego”. Otóż nie jest tajemnicą, że od jakiegoś czasu scena medialna uległa daleko idącej polaryzacji – i nie jest to bynajmniej wyłącznie polska specyfika, podobną ewolucję można zaobserwować również na Zachodzie (np. w Stanach Zjednoczonych, szczególnie po wyborze Donalda Trumpa). Konsekwencją tego procesu jest sytuacja, w której poszczególne tytuły zamiast starać się obiektywnie i bezstronnie opisywać rzeczywistość, stają się przedstawicielami różnych opcji światopoglądowych, ideologicznych i politycznych. Oczywiście, stuprocentowy obiektywizm mediów jest szlachetną utopią, która nigdy i nigdzie nie została wcielona w życie. Zawsze istniały tzw. linie redakcyjne określające profil danej gazety (w tekście skupię się na prasie, ale powyższe dotyczy również mediów elektronicznych, w tym szczególnie internetu). Funkcjonowały więc tytuły o „przechyle” bardziej lewicowym, bądź liberalnym lub dla odmiany - bardziej konserwatywnym. W ten sposób tworzył się naturalny pluralizm debaty publicznej, konfrontujący ze sobą różne poglądy. Stąd również wzięły się takie określenia, jak „tygodnik opinii” czy „medium opiniotwórcze”, z założenia nastawione na przekonywanie czytelnika do swoich racji. Medium tożsamościowe jest zatem jedynie logicznym następstwem, krokiem dalej, polegającym na wyostrzeniu profilu redakcyjnego. I, choć niektórzy puryści medialnej „czystości” mogliby się tu oburzyć, moim zdaniem nie ma w tym nic złego. W ten sposób bowiem określone grupy czytelników zyskują swój głos w publicznym dyskursie, mają własną reprezentację w przestrzeni medialnej. Gazeta staje się ich rzecznikiem i wyrazicielem bliskich im poglądów i wartości. I właśnie takim tytułem – medium tożsamościowym w najlepszym rozumieniu tego pojęcia – jest „Warszawska Gazeta”. Wydajemy ją i piszemy dla Państwa i dzięki Państwu – po to, by niezależny, patriotyczny głos był słyszalny, by nie dało się go zignorować we wszechobecnym zalewie lewackiego jazgotu. Wasze wartości są naszymi wartościami. Krótko mówiąc, medium tożsamościowe – to brzmi dumnie!


II. Prasa tożsamościowa czy partyjna?

By jednak miano medium tożsamościowego można było nosić z dumą, należy spełnić trzy warunki. Pierwszy – swoje poglądy należy głosić z otwartą przyłbicą, bez udawania wzorca z Sevres „obiektywizmu”, bez hipokryzji i zakłamania. Przez lata III RP swoisty anty-standard takiej udającej „bezstronność” manipulatorskiej obłudy praktykowała np. „Gazeta Wyborcza”, na zewnątrz usiłując prezentować się jako „arbiter elegantiarum”, podczas gdy w rzeczywistości od swego zarania była narzędziem propagandy obozu beneficjentów „okrągłego stołu”. W przypływie szczerości wyznał to już w 1990 r. Adam Michnik w rozmowie z ówczesnym dziennikarzem „GW”, Krzysztofem Leskim: „K-k-krzysiu, jeśli ty-ty-ty chcesz tu robić wo-wolną gazetę, to-to-to-to po moim trupie”. „Warszawska Gazeta” nie udaje czegoś, czym nie jest – poglądy naszych publicystów mogą się między sobą różnić, ale zawsze są podawane wprost, bez owijania w bawełnę. Jesteśmy wobec Państwa po prostu szczerzy.

Warunek drugi – przedstawiając swoje stanowisko na dany temat, nie można kłamać i produkować „fake newsów”. Tu również staramy się dochować najdalej idącej rzetelności, co można sprowadzić do zasady: wyrazistość, a nawet kontrowersyjność opinii – tak, jak najbardziej, ale nie można fałszować opisywanych faktów, tworzyć alternatywnej rzeczywistości. Wystarczy zerknąć na łamy rzekomo „obiektywnych” tytułów, pełnych zmyśleń, przeinaczeń i manipulacji, by dostrzec różnicę.

No i wreszcie warunek trzeci, jak zobaczymy dalej, wyjątkowo trudny do spełnienia, bo pokusa, by go nie dochować, jest duża: nie można przekroczyć cienkiej granicy między medium tożsamościowym, a medium partyjnym. Gazeta ma służyć swoim Czytelnikom, a nie tej czy innej sile politycznej. Czasopismo nie jest od tego, by kolportować różne „przekazy dnia”, podporządkowywać się odgórnej, partyjnej linii (a czasem wręcz jednej partyjnej frakcji). Jeżeli tak robi, to powinno mieć w redakcyjnej stopce adnotację, że jest organem prasowym danego ugrupowania – dopiero wtedy byłoby fair wobec odbiorców. Zatem, jeśli przykładowo widzisz Czytelniku, że jakieś medium najpierw wspiera nowelizację ustawy o IPN, a potem równie gorliwie przekonuje, że rejterada rządu pod zewnętrznym naciskiem jest „ogromnym sukcesem” - to, mówiąc klasykiem, „wiedz, że coś się dzieje”. Że jesteś dla takiego pisma obiektem manipulacji i przedmiotem propagandowej obróbki, a nie podmiotem. Podmiotem jest zaś partia polityczna przekazująca redakcji swoje aktualne stanowisko „do wykonu”. My, w „Warszawskiej”, zawsze na pierwszym miejscu stawiamy Czytelnika – w odróżnieniu od innych tytułów, nie traktujemy naszych odbiorców jak dzieci specjalnej troski, którym nie należy mówić pewnych rzeczy dla ich własnego dobra. Jeżeli widzimy, że „dobra zmiana” popełnia błąd, to piszemy o tym otwarcie. Nie ma i nie może być dla nas tematów tabu – to kwestia elementarnego szacunku i uczciwości.


III. Cena niezależności

Za taką postawę płaci się cenę – symboliczną i wymierną. Przyzwyczailiśmy się do tego, że jesteśmy notorycznie opluwani i szkalowani, że stosuje się wobec nas czarny PR – co szczególnie bolesne, również ze strony różnych „niepokornych” i wielce „prawicowych” mediów, upatrujących w nas konkurencję do zniszczenia. Jesteśmy niewygodni, bo z jednej strony „Warszawska” to pismo ze stuprocentowo polskim kapitałem, a z drugiej - funkcjonujemy obok polityczno-partyjnych układów i podwieszeń. Naszym jedynym sponsorem są Czytelnicy, co daje nam komfort niezależności. Tu trzeba dodać, że czytają nas – i to pilnie – również politycy partii rządzącej, choć z niewiadomych względów wstydzą się do tego przyznać.

Jak Państwo widzą przeglądając naszą gazetę, w „Warszawskiej” próżno szukać reklam spółek Skarbu Państwa – i to jest właśnie ta wspomniana wyżej wymierna cena niezależności. Dla kontrastu, spójrzmy, jak wygląda to u naszych konkurentów (wszystkie dane za branżowym portalem wirtualnemedia.pl). W 2018 r. „Sieci Prawdy” zainkasowały reklamy spółek Skarbu Państwa o cennikowej wartości ponad 26,5 mln. zł. „Do Rzeczy” - ponad 13 mln. zł. „Gazeta Polska” - ponad 8,8 mln. zł. Nawet biorąc pod uwagę rabaty i tak wychodzą grube miliony złotych rocznie. Procentowo udział reklam spółek Skarbu Państwa (SPP) prezentuje się jeszcze bardziej okazale – w przypadku „Sieci Prawdy” SPP odpowiadają za niemal 40 proc. przychodów reklamowych; w „Do Rzeczy” - za 22,5 proc.; natomiast w „Gazecie Polskiej” udział reklam SPP to niemal 45 proc. ogółu przychodów reklamowych.

Które spółki okazały się tak hojne? Są to m.in. Orlen, Energa, Totalizator Sportowy, Lotos, PGNiG, Tauron, PKO BP czy Polska Wytwórnia Papierów Wartościowych. Jak wiadomo, takie towary jak prąd elektryczny, gaz ziemny, zakłady w „Totku” czy pieniądze są na tyle niszowe, że wymagają intensywnej promocji, by pozyskać klientów...

Wszystko to wygląda jeszcze bardziej groteskowo, gdy zestawimy powyższe dane ze sprzedażą wymienionych gazet. „Sieci” w styczniu br. sprzedawały 36 416 egzemplarzy, notując spadek o ponad 30 proc. rok do roku; „Do Rzeczy” - 32 285 egz. (spadek o ponad 17 proc.); „Gazeta Polska” - 22 920 egz. (spadek o 26,5 proc.). W tym kontekście, nie sposób nie oprzeć się wrażeniu, że mamy tu do czynienia ze swoistą „premią za lojalność”. Powiem tylko, że „Warszawska” sprzedaje się lepiej – i to pomimo ograniczenia nadziału dla zalegającego z płatnościami „Ruchu”.

Nie płaczemy. Robimy swoje, choć niektórych uwiera to proporcjonalnie do malejącej sprzedaży ich własnych gazet. Ale cóż - nie bez przyczyny przyświeca nam sentencja: „Nie obchodzą nas partie lub te czy owe programy. My chcemy Polski suwerennej, Polski chrześcijańskiej, Polski – polskiej”.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Prasa – ofiara politycznej wojny

Czy Niemcy przejmą „Ruch”?

Dlaczego nie kupuję „niepokornych”' gazet?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 12 (22-28.03.2019)

poniedziałek, 29 października 2018

Prasa – ofiara politycznej wojny

Gazety po obu stronach barykady wpędziły się w ślepą uliczkę na własne życzenie – tak to jest, gdy zacietrzewienie odbiera rozum.

Od dłuższego czasu mamy pogłębiający się kryzys na rynku prasy. Wymienia się różne przyczyny: problemy „Ruchu”, drożejący papier, internet (jak lapidarnie ujął mój znajomy: „teraz gazety czytają tylko dziadki”). Ale to wytłumaczenie nie oddaje całości problemu – na Zachodzie, mimo internetowej konkurencji, kryzys tradycyjnych gazet nie przybrał aż tak dramatycznych rozmiarów. Wynika z tego, że na krajowym podwórku mamy do czynienia z jakąś lokalną specyfiką, nie występującą nigdzie indziej. I chyba wiem, jakie zjawisko jest odpowiedzialne za „pomór” polskiej prasy. Otóż jestem skłonny postawić tezę, że gazety padają ofiarą targającej Polską plemiennej wojny domowej. Żeby było ciekawiej, większość z nich sama kręci pętlę na własną szyję, czynnie angażując się po obu stronach politycznego sporu.

Najpierw jednak kilka liczb, obrazujących skalę zjawiska (dane z sierpnia za branżowym portalem wirtualnemedia.pl). Wśród dzienników politycznych największy spadek rok do roku zanotowały „Gazeta Polska Codziennie” (-17,47 proc. obecna sprzedaż ogółem 14 831 egz.) i „Gazeta Wyborcza” (-12,07 proc., obecna sprzedaż 89 535 egz.). Z kolei wśród tygodników opinii liderem spadków są kolejno: „Sieci” (-30,64 proc. do 43 056 egz.), „Gazeta Polska” (-27 proc. do 24 856 egz.) i „Do Rzeczy” (-16,49 proc. do 33 306 egz.). Dwucyfrowe spadki zanotowały również „Gość Niedzielny” (- 13,66 proc,), „Polityka” (-10,81 proc.) i „Wprost” (-11,14 proc.). Stosunkowo niewiele natomiast spadło „Newsweekowi” (-6,91 proc.), zaś ewenementem jest wzrost sprzedaży „Tygodnika Powszechnego” (+9,05 proc., wzrost do poziomu 25 945 egz.). Gdybyśmy sięgnęli do wcześniejszych zestawień, sytuacja wyglądałaby z grubsza rzecz biorąc podobnie.

Jak łatwo zauważyć, jeśli chodzi o dzienniki, najbardziej tracą tytuły jednoznacznie zaangażowane politycznie – kojarzona z obozem PiS „Gazeta Polska Codziennie” oraz wspierająca „totalną opozycję” „Gazeta Wyborcza”. Natomiast w segmencie tygodników prawdziwą katastrofę odnotowują głównie pisma o profilu prawicowo-konserwatywnym, choć i prasa lewicowo-liberalna nie została oszczędzona. Z czego to wynika? Ano z tego, że gazety w imię „wyższych racji” zrezygnowały z choćby pozorów obiektywizmu i poszły gremialnie na wojnę, wyrzekając się swej tradycyjnej roli, czyli dostarczania informacji i formułowania rzetelnych opinii. Owszem, poszczególne tytuły prasowe zawsze cechowała określona linia redakcyjna, tak jest na całym świecie – jednak wcześniej istniały mimo wszystko jakieś hamulce, zaś wyjątkowo kąśliwe kawałki, różne prowokacje i radykalizmy zostawiano na ogół felietonistom (od tego zresztą są, by subiektywnie, barwnie i bezkompromisowo komentować różne zjawiska).

Czasem w tym kontekście mówi się o erze mediów „tożsamościowych” - tyle, że w mediach „tożsamościowych” nie ma w gruncie rzeczy niczego złego, dzięki nim bowiem poszczególne grupy społeczne zyskują swoich reprezentantów w debacie publicznej. Problem zaczyna się wtedy, gdy ideowa wyrazistość zostaje zaprzęgnięta do partyjnych rydwanów w politycznej nawalance – i właśnie ta granica została przekroczona. Celem tak „sformatowanych” mediów nie jest już przekonywanie do swych racji i pozyskiwanie zwolenników, ale zniszczenie przeciwnika. Narzędziem zaś jest ordynarna, propagandowa młócka, mająca utrzymać czytelników w stanie permanentnego amoku. Tu nie ma miejsca na polemiki i różne punkty widzenia. W efekcie, tworzy się sekty bezkrytycznych wyznawców.

Tylko, że taka „oferta” siłą rzeczy jest adresowana do stosunkowo wąskiego, „żelaznego” grona odbiorców. Większość normalnych czytelników widząc, że w poszczególnych mediach otrzymuje nie tyle nawet odmienne interpretacje i opinie, ile wręcz dwa kompletnie różne światy, daje sobie spokój – w zdrowym odruchu psychicznej samoobrony. No dobrze, ale dlaczego akurat prawicowej prasie spada bardziej? Z prostego powodu – działa mechanizm demobilizacji, skoro „nasi” są u władzy. Największą poczytność prawicowe tytuły notowały, gdy PiS był w opozycji – bo kupno gazety traktowane było jako „cegiełka”, polityczna deklaracja i symboliczne dołożenie się do batalii w imię końcowego zwycięstwa. Podobnie jest dziś z drugą stroną, dlatego prasie opozycyjnej spada mniej – żyje z mobilizacji elektoratu obozu „anty-PiS”. Obecnie „lojalne” gazety futrowane są ogłoszeniami rządowymi i reklamami państwowych spółek – tylko w pierwszym półroczu br. „Sieci”, „Gazeta Polska” i „Do Rzeczy” otrzymały (bez uwzględnienia rabatów) łącznie 23,08 mln. zł. (tak samo rząd Platformy wspomagał „swoje” tytuły i „głodził” media opozycyjne). Ale co będzie po zmianie władzy?

Dziś sytuacja wydaje się bez wyjścia. Gazety po obu stronach barykady zabrnęły tak daleko, że korekta linii obarczona jest śmiertelnym ryzykiem – można stracić zagorzałych czytelników bez gwarancji pozyskania nowych. Ale, jak wspomniałem, wpędziły się w tę ślepą uliczkę na własne życzenie – tak to jest, gdy zacietrzewienie odbiera rozum.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Dlaczego nie kupuję „niepokornych” gazet

Czy Niemcy przejmą „Ruch”?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 42-43 (26.10-08.11.2018)

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Dlaczego nie kupuję „niepokornych” gazet

Być może klaskaniem mając obrzękłe prawice, znudzony pieśnią prawicowy lud woła o czyny.

Kolejne wyniki sprzedaży tygodników od dłuższego czasu pokazują stały trend spadkowy prasy konserwatywnej i sądzę, że tego zjawiska nie da się wytłumaczyć jedynie dostosowaniem cen do rynkowej rzeczywistości, bądź konkurencją ze strony internetu. Po okresie wzmożenia, gdy prawicowe tytuły takie jak „Do Rzeczy” oraz „wSieci” rzucały wyzwanie „Newsweekowi” czy „Polityce”, a „Gazeta Polska” wyprzedzała „Wprost” nie został nawet ślad. Zmęczenie materiału? Cóż, pozwolę sobie wyłuszczyć moje osobiste powody, które sprawiły, że przestałem kupować „niepokorne” czasopisma już jakiś czas temu, bo podejrzewam, że w swych motywacjach nie jestem odosobniony.

Przede wszystkim istotną rolę odegrało rozmijanie się deklarowanych celów ideowych z codzienną praktyką. Dla „naszych” mediów misja stała się przede wszystkim biznesem. Zaś w biznesie, jak to w biznesie - jest rywalizacja o patriotyczny target sprzedażowy zaostrzająca się dodatkowo wraz z malejącą zasobnością portfeli prawicowych odbiorców. Mogliśmy to zaobserwować chociażby na przykładzie sprawy prof. Kieżuna - i to z obu stron: tej, która go lansowała na anty-Bartoszewskiego wiedząc o jego przeszłości („wSieci”), by za jego pomocą dołożyć konkurencji, jak i tej, która dokonała demaskacji, choć wcześniej, również zdając sobie sprawę z peerelowskich uwikłań profesora, wpuszczała go na swe łamy („Do Rzeczy”). Nie oszukujmy się – spór o historyczny rewizjonizm to było coś o wiele więcej niż walka światopoglądowa.

Z powyższym wiąże się kolejny grzech „naszych” mediów – jest nim arogancja. Ktoś uznał, że można odbiorcom wciskać spreparowany autorytet i że „ciemny lud to kupi”. Na marginesie tej sprawy stwierdziłem, iż od tej pory będę „niepokorne” media czytał niczym „Gazetę Wyborczą” - łapiąc przekaz między wierszami, sprawdzając o czym nas informują i w jakim kontekście, no i przede wszystkim - czego nam nie mówią, bo uznali, że na jakiś fragment wiedzy nie zasługujemy. Innym przejawem arogancji i środowiskowego sekciarstwa była niedawna radość redaktora Skwiecińskiego z kryzysu blogosfery i dziennikarstwa obywatelskiego, co uznał za oznakę powrotu do „normalności” - czyli monopolu informacyjno-opiniotwórczego zawodowych dziennikarzy. Jak działa to w praktyce przekonujemy się obecnie kiedy to po proteście w PKW „niepokorni” żurnaliści informują wyłącznie o procesach swoich dwóch kolegów po fachu, pomijając milczeniem, że zatrzymano ogółem 12 osób, w tym dwoje dziennikarzy obywatelskich – Hannę Dobrowolską z portalu Solidarni2010.pl i Witolda Zielińskiego z Niepoprawnego Radia PL. Jeśli dodamy do tego formułowane postulaty, że należy „marginalizować” niewygodne postaci życia publicznego, do czego niedawno nawoływał Łukasz Warzecha w odniesieniu do Ewy Stankiewicz i Grzegorza Brauna, to otrzymamy prawicową mutację michnikowszczyzny.

Trzecim powodem jest zaangażowanie nie tyle polityczne, ile wręcz partyjne. Polega ono m.in. na deprecjonowaniu wszelkich inicjatyw pojawiających się poza prawicowym mainstreamem i jedynie słuszną siłą opozycyjną. Jeśli czytam, że za Marszem Niepodległości stoi ruska agentura, że każdy kto ma inną ocenę wydarzeń na Ukrainie lub przypomina o Wołyniu staje w jednym szeregu z Putinem, że wejście do PKW odbyło się za sprawą jakiejś rosyjskiej V kolumny i jest realizacją scenariusza destabilizacji Polski, to odnoszę wrażenie jakiegoś upiornego odklejenia od rzeczywistości w służbie partyjnej propagandy. Czasami owa propagandowa aktywność kończy się ponurą groteską, jak moment, gdy naczelny „Gazety Polskiej” Tomasz Sakiewicz został 11 listopada odznaczony w Krakowie przez Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy. Przepraszam, ale dziennikarz przyjmujący medal od jakiejkolwiek służby specjalnej staje się dla mnie niewiarygodny z definicji.

No i wreszcie grzech ostatni, czyli wtórność. W pewnym momencie przeglądając kolejne publicystyczne wypracowania naszych prawicowych celebrytów nie mogłem się opędzić od wrażenia, że wszystko to już kiedyś czytałem, że obracam się w jakimś dusznym pomieszczeniu wśród tych samych nazwisk i twarzy eksploatujących wciąż te same schematy. Możliwe zresztą, że tu tkwi jedna z przyczyn zniechęcenia czytelników. Być może klaskaniem mając obrzękłe prawice, znudzony pieśnią prawicowy lud woła o czyny. Zamiast tego jednak otrzymuje w kółko ten sam przekaz z tymi samymi oklepanymi motywami, a wszystko to podszyte podjazdowymi wojenkami poszczególnych redakcji. To jak spełniony sen redaktorów Skwiecińskiego i Warzechy – zawodowcy odizolowani w zamkniętym środowisku gdzie każdy zna każdego i wiadomo jaka jest hierarchia dziobania zajmują się pielęgnowaniem własnej wielkości i przeżuwaniem swych intelektualnych wykwitów. W ten sposób otrzymujemy stan idealnej wsobności, możliwe że bardzo odpowiadający prawicowym luminarzom, ale doprawdy nie widzę powodu, by do tego dziennikarskiego dobrostanu dorzucać moje kilka złotych.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/%C5%9Bmierdz%C4%85ca-sprawa#.VH4wCGfYiGc

http://blog-n-roll.pl/pl/frondelkowa-hiena-roku

http://blog-n-roll.pl/pl/ha%C5%84ba-%E2%80%9Eniepokornych%E2%80%9D#.VIXVWcmNAmw

Artykuł ukazał się w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 49 (05-11.12.2014)

czwartek, 9 października 2014

Wojna o prof. Kieżuna

Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo, przyjemnie i że problemy lustracyjne dotyczyć będą jedynie ferajny „resortowych dzieci”.

I. Wojna medialna

Wojna podjazdowa po prawej stronie rynku opinii przeszła ze stadium wzajemnych złośliwości i podgryzanek do otwartej konfrontacji. Stało się tak za sprawą zlustrowania profesora Witolda Kieżuna przez autorów „Do Rzeczy” - Piotra Woyciechowskiego i Sławomira Cenckiewicza. O współpracy TW „Tamiza” za chwilę, warto przedtem jednak zarysować tło całej sprawy. Sytuacja przedstawia się następująco. Oto mamy dwa konkurujące ze sobą prawicowe tygodniki opinii, oba wywodzące się z zespołu dawnej „Rzeczpospolitej” i „Uważam Rze”. Po pacyfikacji „Presspubliki” przez zblatowanego z rządem PO biznesmena, Grzegorza Hajdarowicza, ekipa rozpadła się na dwa obozy – jeden pod przywództwem braci Karnowskich, którzy na bazie portalu „wPolityce.pl” założyli pismo „wSieci” pozyskując sponsora w postaci SKOK-ów i drugi pod wodzą Pawła Lisickiego, który z kolei dogadał się z Michałem Lisieckim z Point Group i stworzył „Do Rzeczy”. Przy czym wszystko wskazuje na to, że zapobiegliwi Karnowscy montowali swą inicjatywę medialną jeszcze gdy byli w „URz”, za plecami swego naczelnego i korzystając z redakcyjnego sprzętu „Rzepy” i „Uważaka”.

Z czasem do naturalnej konkurencji tytułów prasowych i personalnych animozji doszła walka wizerunkowa – kto jest bardziej, czy wręcz prawdziwie „niepokorny”, patriotyczny i niezależny z wyraźną intencją zagospodarowania możliwie największego segmentu prawicowych czytelników. Doprowadziło to do ciekawej polaryzacji biznesowo-ideowej: „wSieci” poszło w radykalny patriotyzm „romantyczno-insurekcyjny”, czego naturalną konsekwencją było gloryfikowanie narodowych zrywów, w tym Powstania Warszawskiego, natomiast „Do Rzeczy” postawiło na historyczny rewizjonizm z pozycji „realistycznych”, określany niekiedy mianem „zychowszczyzny” od nazwiska Piotra Zychowicza, autora książek „Pakt Ribbentrop – Beck” i „Obłęd 44”. Ton narzuca tu głównie trójka Sławomir Cenckiewicz - Piotr Zychowicz - Rafał Ziemkiewicz. Nieco na uboczu pozostała „Gazeta Polska”, która wprawdzie podziela stanowisko insurekcjonistyczne, ale obecnie przejawia się ono raczej w tropieniu „ruskich agentów” i „pożytecznych idiotów” wśród osób nie podzielających bezkrytycznego zachwytu nad post-majdanową Ukrainą.

W sferze politycznej „wSieci” dość jednoznacznie popiera PiS, natomiast publicyści „Do Rzeczy” usiłują wynajdywać jakieś, w ich mniemaniu bardziej estetyczne, alternatywy na prawicy. W warstwie przekazu, o ile „wSieci” balansuje na granicy prawicowego populizmu i tabloidalnego grzania emocji, o tyle „Do Rzeczy” pragnie uchodzić raczej za pismo wyważone - taką prawicową „Politykę” - z ambicjami by wychowywać sobie czytelników „krytycznie myślących”, czyli de facto podzielających historyczne obsesje wspomnianego wyżej tercetu autorów.

II. Ofiara systemu?

To musiało doprowadzić do wybuchu. Pismo i portal Karnowskich zarzucały narracji historycznej „Do Rzeczy” wpisywanie się w niemiecką propagandę dążącą do zamazywania odpowiedzialności za II Wojnę Światową, przeciwstawiając krytyce Powstania Warszawskiego autorytet prof. Witolda Kieżuna – światowej sławy naukowca, powstańca i więźnia sowieckich łagrów. Na to „Do Rzeczy” odwinęło się wyciągnięciem „kompromatów” wskazujących na wieloletnią współpracę profesora z bezpieką jako TW „Tamiza”. Cios był potężny.

Tylko co ma z tym zrobić skołowany czytelnik rozrywany między Sasem a Lasem? Najlepiej przyjąć po prostu do wiadomości fakty. Jeśli jesteśmy za lustracją, to musimy być przygotowani na przykre niespodzianki. Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo, przyjemnie i że problemy lustracyjne dotyczyć będą jedynie ferajny „resortowych dzieci”. Z drugiej strony – ewidentnie mamy do czynienia z wendetą na konkurencji i elementem międzyredakcyjnej, środowiskowej wojenki. Z materiałów ujawnionych na stronach „Do Rzeczy” wynika, że prof. Kieżun faktycznie został zarejestrowany jako TW „Tamiza” i w latach 1973-1980 odbywał szereg spotkań z oficerami SB. Ponadto jego postawę wobec PRL-owskiej rzeczywistości trudno określić jako negatywną. W dużym stopniu akceptował tamten system i władzę, udzielał się w oficjalnych gremiach, doradzał, wykładał na partyjnych szkoleniach... Do tego dochodzi członkostwo we władzach „sojuszniczego” Stronnictwa Demokratycznego. Pytanie, jak swe postępowanie oceniał wówczas sam profesor. Wydaje się, że kontakty z SB traktował jako oczywistą w tamtych realiach konieczność, podobnie jak swą ówczesną działalność publiczną. Świadczyłby o tym chociażby fakt, że kilka spotkań z esbecją sam omówił w swej autobiograficznej książce „Magdulka i cały świat” – nie robił więc z tego tajemnicy.

Przypuszczam, że prof. Kieżun dał się wmanipulować w rodzaj „socjalistycznego pozytywizmu" na zasadzie: „rzeczywistość jest jaka jest i trzeba próbować coś zrobić w ramach systemu". Sądzę również, że do końca uważał, iż wszystko - w tym kontakty z SB – ma pod kontrolą. Możliwe, że racjonalizował sobie w ten sposób swe postępowanie - zdolność nawet wybitnych intelektów do samooszukiwania się bywa nieograniczona. Miał do wyboru – albo wegetować gdzieś na marginesie na co skazywałaby go nieprawomyślna biografia, albo ułożyć się jakoś z komuną, bacząc by cena nie była zbyt wysoka, a kompromis nie przekształcił się w zeszmacenie. Wybrał to drugie. Nie jemu jednemu wydawało się, że może „grać” z esbecją i PRL-owską machiną władzy. I nie on jeden przegrał. Jest jeszcze pytanie na ile materiały SB powstawały wskutek bezpośrednich kontaktów z prof. Kieżunem, na ile zaś stanowiły kompilację jego poglądów lub analiz wygłaszanych i publikowanych w różnych okolicznościach. Tu już każdy musi wyrobić sobie opinię przeglądając dostępne w internecie akta, odkładając na bok artykuł Cenckiewicza i Woyciechowskiego. Niemniej, trudno mieć wątpliwości, że współpraca była, choćby nawet sam prof. Kieżun traktował to inaczej.

Osobną ciekawostką jest, że zarejestrowanie go jako TW było w środowisku dziennikarskim i historycznym tajemnicą Poliszynela, musieli o tym wiedzieć także we „wSieci”, a mimo to wyciągnęli profesora Kieżuna na sztandary. Trudno uciec tu od podejrzeń, że Karnowscy potraktowali naukowca instrumentalnie, jako „dyżurny autorytet” do pacyfikowania oponentów. A teraz, u kresu swych dni stał się ofiarą naparzanki między dwiema polityczno-dziennikarskimi koteriami. Smutne.

III. Anty-polityka historyczna

Ponieważ spektakl którego jesteśmy świadkami zaczął się od niezgody profesora na „rewizjonizm” (w skrócie - powinniśmy iść z Hitlerem na Ruskich, a po ich rozgromieniu w kluczowym momencie zmienić sojusze i pójść z zachodnimi aliantami na Hitlera, no i nie wywoływać skazanych na porażkę powstańczych awantur) warto jeszcze wspomnieć kilkoma słowami o tym zjawisku. Początkiem, jak się zdaje, był tekst Rafała Ziemkiewicza opublikowany na łamach „Rzeczpospolitej” w 2009 roku pt. „Polityka realna – czyli jaka?”. Jego myślą przewodnią była konstatacja, że „Zachowanie suwerenności wyszło z naszego realnego zasięgu. Musimy znaleźć się w całości w jednej ze stref wpływów, należy więc zadać sobie pytanie: Rosja czy Niemcy?”. No i Ziemkiewiczowi wyszło, że z dwojga złego, lepiej już znaleźć się pod niemieckim protektoratem.

Nie sposób opędzić się od myśli, że cała propaganda historyczna obecnej „zychowszczyzny” jest pokłosiem tamtego fundamentalnego wyboru geopolitycznego i pozycjonowaniem się pod niemieckiego protektora. Gdyby Ziemkiewiczowi wyszło odwrotnie, to może mielibyśmy dziś teksty gloryfikujące Bolesława Piaseckiego i PAX, Rzewuskiego, Wielopolskiego, Królestwo Kongresowe i wreszcie Jaruzelskiego, jak czyni to na innym biegunie rusofilski odłam polskiej prawicy (i to również z pozycji „realistycznych”). Niewykluczone zresztą, że sami zainteresowani zareagowaliby szczerym oburzeniem na insynuowanie im, że są przyczółkiem opcji niemieckiej na polskiej prawicy, tak jak prof. Kieżun zareagował na wieść, że miałby być komunistycznym konfidentem. Ba, jestem wręcz przekonany, że trzon środowiska „Do Rzeczy” odpowiadający za obecną narrację historyczną tygodnika uważa swe motywacje za z gruntu szlachetne. Oni we własnym mniemaniu tylko za pomocą krytycznej i rzeczowej analizy pragną urzeczywistniać polską rację stanu tak jak ją rozumieją, by uchronić obecną Polskę przed powtórzeniem błędów i tragedii z przeszłości. Nie bez przyczyny wspominam o tej specyficznej anty-polityce historycznej właśnie przy okazji sprawy prof. Kieżuna, bo mamy tutaj do czynienia z identycznym racjonalizowaniem swej kolaboracji intelektualnej z niemiecką linią jak prof. Kieżun racjonalizował swe kontakty z SB, czy generalnie – z PRL-owskim aparatem władzy. Ciekawe, czy trzej panowie C-Z-Z sobie to uświadamiają?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 40 )06.10-12.10.2014)

wtorek, 30 września 2014

Śmierdząca sprawa

Wygląda na to, że „nasze” media należy czytać jak „Gazetę Wyborczą” - badając co nam mówią, a czego według nich w żadnym wypadku mówić nam nie należy...

I. Kreacja symbolu

Sam już nie wiem, co w sprawie prof. Witolda Kieżuna jest bardziej obrzydliwe: czy fakt, że legendarny powstaniec i światowej sławy naukowiec okazał się TW; czy okoliczność, że do publicznej demaskacji doszło w ramach wojenki między dwoma tygodnikami; czy też to, że o współpracy profesora wiedziano od dłuższego czasu w światku dziennikarzy i historyków a mimo wszystko uznano, że ciemna prawicowa gawiedź nie zasługuje na prawdę i pewne rzeczy należy przed patriotyczną częścią opinii publicznej skrzętnie ukrywać, by nie brukać wykreowanego na jej użytek propagandowego mitu.

Od wczoraj brnę mozolnie przez kolejne pliki z upublicznionych akt TW „Tamiza” i w tyle głowy narasta mi przekonanie, że potraktowano nas jak „ciemny lud”, który „kupi” każdą błyskotkę. Jak neokolonialnych Murzynów zarządzanych przez białych mzimu, albo jeszcze lepiej – medialnych szamanów decydujących co i kiedy z tajemnej wiedzy można udostępnić profanom. Na poniedziałkowym (29.09.2014) spotkaniu w Klubie Ronina Sławomir Cenckiewicz powiedział, że o współpracy prof. Kieżuna mówił mu m.in. jeden z dziennikarzy „wSieci”. Z kolei Paweł Lisicki napisał:

„Prawdę powiedziawszy, zdecydowałem się opublikować artykuł po tym, jak usłyszałem, że wiedza o agenturalnej przeszłości profesora jest w kręgach niektórych historyków i publicystów powszechna, ale – jak tłumaczył mi to jeden znawca – lud prawicowy potrzebuje mitów oraz legend, dlatego nie należy mu zbyt wiele mówić. Skoro jest zapotrzebowanie społeczne na symbol, to trzeba się z tym pogodzić, choćby prowadziło to do sytuacji, w której wzorcem postawy patriotycznej i antykomunistycznej może być współpracownik SB.

Już po opublikowaniu artykułu doszedłem do wniosku, że tak właśnie myślano. Kilku znaczących historyków kojarzonych z prawicą przyznało, że o problemie uwikłania Kieżuna wiedziało. Uznawali widać, że inna ma być prawda dla wybrańców, a inna dla mas, które można karmić bajkami.” (wytłuszczenia moje – GG)

II. Zmowa milczenia

Nasuwa się tu kilka pytań:

1) Czy w redakcji „wSieci” wiedziano o przeszłości prof. Kieżuna, gdy wywieszano go na sztandarach jako podręczny autorytet do pacyfikowania rewizjonizmu historycznego spod znaku „zychowszczyzny”?

2) Czy wiedziano o tym w „Do Rzeczy”, gdy w tygodniku zamieszczano wywiady z prof. Kieżunem?

3) Czy wiedziano o tym w pozostałych mediach publikujących artykuły oraz inne materiały w których prof. Kieżun wypowiadał się na szereg tematów – począwszy od fachowej, krytycznej analizy transformacji ustrojowej, a skończywszy na kwestiach patriotyczno-tożsamościowych?

Zwróćmy uwagę: Piotr Woyciechowski w Roninie wyznał, że o TW „Tamizie” dowiedział się na jesieni ubiegłego roku, mniej więcej w podobnym czasie Cenckiewicz dowiedział się o sprawie od kogoś z „wSieci”, a jeszcze w 2014 „Do Rzeczy” jak gdyby nigdy nic udostępniało swe łamy prof. Kieżunowi. Od 13 maja 2014 Woyciechowski spotyka się z prof. Kieżunem w sprawie artykułu, od końca czerwca dołącza jego opiekun naukowy, czyli Sławomir Cenckiewicz, w międzyczasie natomiast trwa w najlepsze „wojna o pamięć” między środowiskiem braci Karnowskich, a „Do Rzeczy” w której profesor Kieżun wystawiany jest przez Karnowskich na pierwszej linii frontu... Został potraktowany w cyniczny, instrumentalny sposób. Inna sprawa, że sam profesor ochoczo w to wszedł. Liczył, że nikt nie ośmieli się wyciągnąć na niego papierów? Że ma aż tak szczelną osłonę medialną? Czy dlatego stanął w pierwszym szeregu rozgrzanego do czerwoności sporu publicznego?

III. „Nasi” jak michnikowszczyzna

Sprawa profesora Kieżuna śmierdzi i to śmierdzi z każdej strony, jak by jej nie obrócić. Dotyczy to zarówno uwikłań TW „Tamizy”, jak i ośrodków opinii lansujących profesora w charakterze autorytetu od wszystkiego. Uznano, że głód symboli jest tak dojmujący, że z braku laku należy publiczności podsunąć symbol z upudrowaną skazą w życiorysie. Innymi słowy, potraktowano nas w podobny sposób jak michnikowszczyzna traktuje swoich lemingów stręcząc im różnych idoli mętnej proweniencji. To jest pogarda w czystej postaci – tam, na parnasach rozsiedli się różni guru i liderzy opinii, którzy będą dawkować nam wiedzę wedle uznania, a jeśli coś ujawnią, to tylko wtedy, gdy będzie wynikało to z wewnętrznej logiki aktualnych sporów i przepychanek.

Wygląda więc na to, że również „nasze” media należy czytać jak „Gazetę Wyborczą” - sprawdzając po trzy razy każdą informację, czytając między wierszami i przede wszystkim - badając co nam mówią, a czego według nich w żadnym wypadku mówić nam nie należy...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

 

piątek, 20 września 2013

Pawlik Morozow i młyńskie kamienie

Biedny Piątek – niedoszły Pawka Morozow - trafił między młyńskie kamienie kapitału i te kamienie go zmiażdżyły.

I. Szpicel z powołania

Woody Allen w jednym ze swych opowiadań stworzył bohatera, który od najmłodszych lat marzył o tym, by zostać zawodowym donosicielem. Brał nawet lekcje wymowy, żeby wyraźniej kapować. „- Mój Boże, jak ja lubię donosić na ludzi” - mówi w pewnym momencie. Podobny syndrom „kapusia z powołania” dotknął najwyraźniej lewackiego pisarza i publicystę Tomasza Piątka, znanego m.in. z felietonów na stronach „Krytyki Politycznej”. Wyczytał on mianowicie, że naczelny „Do Rzeczy”, Paweł Lisicki, pochwalił we wstępniaku ustawę Putina zabraniającą homoseksualnej propagandy, zwłaszcza wobec nieletnich. Lisicki wprawdzie umiejscowił swą pochwałę w kontekście – jak Putin morduje swych przeciwników i fałszuje wybory to świat milczy; tenże postępowy świat budzi się dopiero, gdy rosyjska władza uderza w deprawacyjną działalność homolobby – ale tego już Tomasz Piątek nie dopowie, bo i po co?

W każdym razie, Piątek doznał rewolucyjnego wzmożenia i postanowił trochę podonosić do reklamodawców tygodnika, pytając m.in. „Czy świadomie wspierają Państwo swoimi pieniędzmi tygodnik, który popiera prześladowanie homoseksualistów przez Putina?” . Swoją drogą, jak to jest, że wśród sił postępu w obliczu kontrrewolucji niemal automatycznie włączają się atawizmy rodem już nawet nie z przywołanego opowiadania Woody'ego Allena, ale wręcz z Pawlika Morozowa? Bo warto w tym miejscu przypomnieć, iż podobny numer próbowało zastosować swojego czasu branżowe pismo „Press”, molestując reklamodawców starego „Uważam Rze”, czy nie przeszkadza im aby „wizerunek upolitycznionej i skrajnej w opiniach gazety”. Sam Tomasz Piątek zaś zasłynął po raz pierwszy na donosicielskiej niwie smarując list do „Guardiana”, by brytyjska gazeta zerwała współpracę z Andrzejem Krauze, który pozwolił sobie na „homofobiczny” rysunek w „Rzeczpospolitej” (facet w Urzędzie Stanu Cywilnego mówi do kozy w welonie „Jeszcze tylko ci panowie wezmą ślub i zaraz potem my!”). Brawo, towarzyszu Piątek, teraz pora na masówki w zakładach pracy.

II. Moralność rewolucyjna

No, ale jeden z reklamodawców wyciął Piątkowi numer i przekazał jego donos redakcji „Do Rzeczy”. Jednym słowem, sprawa się rypła, a Bronisław Wildstein odwinął się listem otwartym do „Krytyki Politycznej”, w którym nazwał Piątka „małym donosicielem”. Wyobrażam sobie, że w tym momencie „mały donosiciel” musiał doświadczyć poczucia najgłębszej zdrady. Relacja donosiciel-władza (a reklamodawcy są dla mediów swojego rodzaju „władzą”) jest bowiem relacją nader intymną, opierającą się na zaufaniu i przeświadczeniu, że bezpieczniacka etyka nigdy nie pozwoli zdekonspirować konfidenta. To tak, jakby NKWD zamiast rozstrzelać ojca Pawki Morozowa, pobiegła do niego z ostrzeżeniem jakiego to ma synalka. Widział kto takie rzeczy? Parszywe czasy...

Toteż z listu Tomasza Piątka do TokFM przebija krzywda, skarga, że ktoś zakapował kapusia. Przy czym Piątek w swych żalach wydaje się być absolutnie szczery – on chciał dobrze, nie ma sobie nic do zarzucenia, a tu jeszcze „Krytyka Polityczna” wywaliła go za drzwi. On - uwaga – praktykował jedynie „wolność słowa” i chciał sprowokować „bojkot konsumencki”. To swoją drogą ciekawe rozumowanie, które warto podrzucić wszystkim Tewusiom figurującym w papierach IPN – owszem, donosiłem do bezpieki, ale tak właśnie pojmuję wolność słowa i nikomu nic do tego!

„Prawo dziennikarza i nie tylko dziennikarza do zadawania pytań jest podstawowym elementem wolności słowa. Jak się ma do wolności słowa brutalne zastraszanie publicysty, który zadaje niewygodne pytania?” - pyta Piątek a propos listu Wildsteina. I do głowy mu nie przyjdzie, że czym innym jest publiczne formułowanie zarzutów, czy wzywanie do bojkotu, a czym innym potajemne donosicielstwo za plecami zainteresowanego. Dla Piątka nie ma tu różnicy, bo w walce z „kontrą” nie ma miejsca na burżuazyjną moralność. Moralne jest to, co służy Rewolucji, koniec kropka. W tym wypadku Piątkowi wydała się moralna akcja „z partyzanta” mająca zniechęcić reklamodawców wrażego medium. I gdyby sprawa nie wyszła na jaw, wciąż pisałby do „Krytyki Politycznej”, chwaląc się zapewne w środowisku swymi przewagami i zbierając od kolegów pochwały za swoje bezkompromisowe kozactwo.

III. I jak tu robić rewolucję?

Tak się jednak nie stało, „Krytyka” wyrzuciła go ze swych łamów, przy czym powody rozstania z Piątkiem są dość charakterystyczne. Otóż, „Krytyka Polityczna” twierdzi, iż Piątek nie uzgodnił z nimi swej „akcji”, bo gdyby ich uprzedził, to „moglibyśmy przedyskutować wspólnie jej celowość”. W innym miejscu redakcja zauważa: „Nawet z przeciwnikami nie walczyliśmy nigdy, namawiając do wyrzucenia ich z pracy, lokalu, odebrania dotacji państwowych lub reklam.” Czyli, niby „nie walczyliśmy”, ale „moglibyśmy przedyskutować”. Rozumiem, że kwestią priorytetową byłaby spodziewana skuteczność „dywersji” i prawdopodobieństwo utrzymania sprawy w tajemnicy, tak by nie musieli „za naszego autora przepraszać co miesiąc”...

A tak naprawdę poszło o pieniądze. Rozgoryczony Piątek pisze bowiem – i nie ma powodu, by mu nie wierzyć – że, cytuję, „Powiedziano mi, że zadając pytania reklamodawcom, zagroziłem bytowi 'Krytyki'. 'No bo jeśli my piszemy do ich reklamodawców, to oni zaczną pisać do naszych grantodawców'. Granty to stypendia, które "KP" uzyskuje na swoje działania od różnych instytucji.” No i wszystko jasne – nie zaglądamy sobie nawzajem do kasy i będzie dobrze. Jest wprawdzie różnica między prywatnymi sponsorami, a grantami z publicznych środków, ale zasada - „my nie ruszamy waszych, wy nie ruszacie naszych” tak czy inaczej musi być zachowana. I jak tu z takimi robić rewolucję?

Biedny Piątek – niedoszły Pawka Morozow - trafił między młyńskie kamienie kapitału i te kamienie go zmiażdżyły. Biedny Piątek, powtórzę - uwierzył, że to wszystko naprawdę, a tu okazało się, że chodzi tylko o to, by na koszt podatnika („grantodawców”) wypić, zakąsić i polansować się w lewackim duchu po kawiarniach. Naiwny - to predylekcja Sierakowskiego do drogich win nic mu wcześniej nie powiedziała? I tak ma pozostać, bo jak się urwie futrowanie kawiarnianej kontestacji przez państwo, to ten cały rewolucyjny pryncypializm będzie sobie można wraz tomami Lenina i rocznikami „Krytyki Politycznej” wsadzić tam, gdzie ludowe masy mogą pana Sierakowskiego w dupę pocałować.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/