Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karnowscy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karnowscy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 listopada 2017

Pod-Grzybki 117

George Soros postanowił zostać świętym i rozdał swój majątek ubogim... No nie, tak naprawę, to przelał 18 mld. dolarów swojej fundacji Open Society, zwanej nie wiedzieć czemu „organizacją dobroczynną” - podczas gdy jest to lewacka jaczejka mająca za zadanie rozwalić do reszty łacińską cywilizację różnymi programami z zakresu inżynierii społecznej. Ukrywanie kasy w fundacjach to zresztą znany chwyt, przetestowany jeszcze przez starego Rockefellera - oficjalnie Rockefellerowie są biedni jak myszy kościelne. No więc teraz do grona ubogich dołączył Soros, który zostawił sobie marne 5 mld. dol. - jeśli wierzyć mediom, a zwłaszcza „Wyborczej”, „wujek George” to istny Franciszek z Asyżu!


*

A propos Franciszka – nasz gadatliwy papież wprawdzie ostatnio nie chlapnął niczego krępującego w ramach „nauczania samolotowego”, ale ma w Polsce gorliwego naśladowcę w postaci prymasa Wojciecha Polaka. Ten polazł niedawno do „Tygodnika Powszechnego”, by uraczyć owieczki spod znaku „Kościoła otwartego” różnymi lewackimi komunałami. Stwierdził m.in., że suspenduje księży, którzy poszliby na „antyuchodźczą” demonstrację. Cóż, mam ten komfort, że nie jestem księdzem, więc mnie akurat suspendować nie może (choć zapewne, gdyby się bardzo uparł, mógłby obłożyć mnie ekskomuniką, cóż - pożyjemy, zobaczymy, zwracam tylko uwagę, że w takim razie przewielebny prymas musiałby wraz ze mną ekskomunikować tak na oko ze trzy czwarte narodu). W każdym razie, teraz czekam, aż w swym pałacu prymas Polak wygospodaruje komnaty dla tych „uchodźców” - a może nawet rozda im dywaniki modlitewne i przerobi osobistą kaplicę na meczet.


*

Światowe media dały żenujący popis obłudy po tym, jak dziennikarze „New York Timesa” „odkryli”, że hollywoodzki producent Harvey Weinstein miał w zwyczaju, jak to jest tam ogólnie przyjęte, pukać jakieś aktoreczki. Z miejsca zrobiła się moda na coming-outy w ramach której do bycia molestowanymi przyznają się coraz to nowe gwiazdy i gwiazdeczki, bo wiadomo – bez tego nie ma co się teraz pokazywać na salonach. Słowem, jak w starym rysunku Mleczki: „Odłożył kamerę, kazał się rozebrać i lansował mnie bez przerwy przez dwie godziny”.


*

Bracia Karnowszczaki, którzy jeszcze nie tak dawno buńczucznie się odgrażali, że gotowi są potykać się ze szkopami z Ringier Axel Springer w sądzie, nagle, po jednym piśmie przedprocesowym, zebździli się ze strachu i usunęli z portalu wPolityce.pl komentarz Witolda Gadowskiego w którym dziennikarz przypomniał nazistowskie korzenie założyciela koncernu. Do tego jeszcze zamieścili przeprosiny i samokrytykę. Tacy to z nich nieugięci bojownicy o wolność słowa – jedno groźne zmarszczenie brwi niemieckiego potentata i chowają się w mysiej dziurze niczym Stefek Burczymucha. Cóż, na placu boju pozostaje zatem „Warszawska Gazeta”, która nie robi z gęby cholewy i nie zamierza klękać przed Niemcami, którym się wydaje, że mogą w Polsce dyktować co, komu i jak wolno pisać.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 41 (01-14.11.2017)

piątek, 19 maja 2017

Pod-Grzybki 97

Za nami kolejna miesięcznica smoleńska, tradycyjnie zakłócana przez grupę rekonstrukcyjną palikociarni nazywającą samą siebie „Obywatelami RP”. Zakłócili Mszę Św., potem trąbili na wuwuzelach, wyli, toczyli pianę i tarzali się we własnych ekskrementach... No, to ostatnie może nie – ale generalnie zachowywali się jak ludzie opętani. Hmm, gdyby nie ta autentyczna, wylewająca się nosami nienawiść do Kaczyńskiego, pomyślałbym, że Prezes makiawelicznie wynajął zgraję wariatów, by ich ponagrywać i mieć znakomitego „gotowca” do wykorzystania w klipach wyborczych.


*

Pytanie tylko, po co Kaczyński podczas swych przemówień wdaje się z tą nienawistną tłuszczą w polemiki. Panie Prezesie – nie tędy droga. Zaszczycając ich komentarzem sam się Pan mimowolnie degraduje. Jak napisałem wyżej – trzeba ich po prostu skrupulatnie filmować, a potem wyłuskać najlepsze sceny. Może się okazać, że w kolejnej kampanii wyborczej zrobią dla PiS-u lepsza robotę, niż „Andrzej spod krzyża” dla Platformy.


*

Tymczasem w PiS-ie frakcje skaczą sobie do gardeł na całego, co znajduje odzwierciedlenie w wojenkach medialnych przybudówek – ostatnio np. Sakiewicz pożarł się z Karnowskimi. Zniesmaczona prawicowa publika patrzy na to z rozdziawionymi gębami, a ci w najlepsze wyszarpują sobie „schedę po Kaczyńskim”. Słowem, wystarczyło półtora roku i jedno tąpnięcie w sondażach, żeby wylazły na wierzch wszystkie te małostkowe ambicyjki i pozbawione żenady parcie na kasę – aby tylko zgarnąć jak najwięcej przed katastrofą. Gryźcie się tak dalej, to w końcu ludzie zapakują was na taczki i odwiozą tam, gdzie jest miejsce dla takich ulepionych z łajna, kieszonkowych Napoleonów.


*

Polityk PO Rafał Trzaskowski kupił sobie ciastek za 44 zł., a następnie żebrzącej pod cukiernią kobiecie wręczył z iście wielkopańskim gestem... 20 gr. Wieść niesie, że zainspirowany tym wydarzeniem Kazik ma nagrać piosenkę „20 groszy”. Przy okazji - teraz już wiem, dlaczego PO tak sarka na 500+ i „rozdawnictwo”. Po prostu na widok takiego futrowania biedoty Trzaskowskiemu pieniądze w kieszeni rozmieniają się na dwudziestogroszówki.


*

W Warszawie aresztowano byłego dyplomatę, Jarosława G., który wedle pozyskanych informacji ma być ciężkim zboczeńcem. Pisząc „ciężkim” mam na myśli prawdziwy hardkor – dzieci, ekstremalny sadyzm, zwierzęta, wykorzystywanie chorej psychicznie żony-alkoholiczki... I to rzuca pewne światło na frapującą mnie zagadkę: dlaczego mianowicie, kiedy dyplomata wypowiada się na jakikolwiek temat, normalny człowiek nie może z tego zrozumieć ani słowa. Oni po prostu funkcjonują na tym poziomie szaleństwa, który dla nas nigdy nie będzie osiągalny. Produkuje się ich taśmowo w jakichś piekielnych kazamatach, a potem wypuszcza na powierzchnię, żeby zatruwali świat swoim paranoidalnym bełkotem – podobnie jak artystów, prawników, autorytety moralne i całą resztę funkcjonariuszy tej otaczającej nas machiny kłamstwa. Nie może być inaczej.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 20 (17-23.05.2017)

czwartek, 9 października 2014

Wojna o prof. Kieżuna

Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo, przyjemnie i że problemy lustracyjne dotyczyć będą jedynie ferajny „resortowych dzieci”.

I. Wojna medialna

Wojna podjazdowa po prawej stronie rynku opinii przeszła ze stadium wzajemnych złośliwości i podgryzanek do otwartej konfrontacji. Stało się tak za sprawą zlustrowania profesora Witolda Kieżuna przez autorów „Do Rzeczy” - Piotra Woyciechowskiego i Sławomira Cenckiewicza. O współpracy TW „Tamiza” za chwilę, warto przedtem jednak zarysować tło całej sprawy. Sytuacja przedstawia się następująco. Oto mamy dwa konkurujące ze sobą prawicowe tygodniki opinii, oba wywodzące się z zespołu dawnej „Rzeczpospolitej” i „Uważam Rze”. Po pacyfikacji „Presspubliki” przez zblatowanego z rządem PO biznesmena, Grzegorza Hajdarowicza, ekipa rozpadła się na dwa obozy – jeden pod przywództwem braci Karnowskich, którzy na bazie portalu „wPolityce.pl” założyli pismo „wSieci” pozyskując sponsora w postaci SKOK-ów i drugi pod wodzą Pawła Lisickiego, który z kolei dogadał się z Michałem Lisieckim z Point Group i stworzył „Do Rzeczy”. Przy czym wszystko wskazuje na to, że zapobiegliwi Karnowscy montowali swą inicjatywę medialną jeszcze gdy byli w „URz”, za plecami swego naczelnego i korzystając z redakcyjnego sprzętu „Rzepy” i „Uważaka”.

Z czasem do naturalnej konkurencji tytułów prasowych i personalnych animozji doszła walka wizerunkowa – kto jest bardziej, czy wręcz prawdziwie „niepokorny”, patriotyczny i niezależny z wyraźną intencją zagospodarowania możliwie największego segmentu prawicowych czytelników. Doprowadziło to do ciekawej polaryzacji biznesowo-ideowej: „wSieci” poszło w radykalny patriotyzm „romantyczno-insurekcyjny”, czego naturalną konsekwencją było gloryfikowanie narodowych zrywów, w tym Powstania Warszawskiego, natomiast „Do Rzeczy” postawiło na historyczny rewizjonizm z pozycji „realistycznych”, określany niekiedy mianem „zychowszczyzny” od nazwiska Piotra Zychowicza, autora książek „Pakt Ribbentrop – Beck” i „Obłęd 44”. Ton narzuca tu głównie trójka Sławomir Cenckiewicz - Piotr Zychowicz - Rafał Ziemkiewicz. Nieco na uboczu pozostała „Gazeta Polska”, która wprawdzie podziela stanowisko insurekcjonistyczne, ale obecnie przejawia się ono raczej w tropieniu „ruskich agentów” i „pożytecznych idiotów” wśród osób nie podzielających bezkrytycznego zachwytu nad post-majdanową Ukrainą.

W sferze politycznej „wSieci” dość jednoznacznie popiera PiS, natomiast publicyści „Do Rzeczy” usiłują wynajdywać jakieś, w ich mniemaniu bardziej estetyczne, alternatywy na prawicy. W warstwie przekazu, o ile „wSieci” balansuje na granicy prawicowego populizmu i tabloidalnego grzania emocji, o tyle „Do Rzeczy” pragnie uchodzić raczej za pismo wyważone - taką prawicową „Politykę” - z ambicjami by wychowywać sobie czytelników „krytycznie myślących”, czyli de facto podzielających historyczne obsesje wspomnianego wyżej tercetu autorów.

II. Ofiara systemu?

To musiało doprowadzić do wybuchu. Pismo i portal Karnowskich zarzucały narracji historycznej „Do Rzeczy” wpisywanie się w niemiecką propagandę dążącą do zamazywania odpowiedzialności za II Wojnę Światową, przeciwstawiając krytyce Powstania Warszawskiego autorytet prof. Witolda Kieżuna – światowej sławy naukowca, powstańca i więźnia sowieckich łagrów. Na to „Do Rzeczy” odwinęło się wyciągnięciem „kompromatów” wskazujących na wieloletnią współpracę profesora z bezpieką jako TW „Tamiza”. Cios był potężny.

Tylko co ma z tym zrobić skołowany czytelnik rozrywany między Sasem a Lasem? Najlepiej przyjąć po prostu do wiadomości fakty. Jeśli jesteśmy za lustracją, to musimy być przygotowani na przykre niespodzianki. Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo, przyjemnie i że problemy lustracyjne dotyczyć będą jedynie ferajny „resortowych dzieci”. Z drugiej strony – ewidentnie mamy do czynienia z wendetą na konkurencji i elementem międzyredakcyjnej, środowiskowej wojenki. Z materiałów ujawnionych na stronach „Do Rzeczy” wynika, że prof. Kieżun faktycznie został zarejestrowany jako TW „Tamiza” i w latach 1973-1980 odbywał szereg spotkań z oficerami SB. Ponadto jego postawę wobec PRL-owskiej rzeczywistości trudno określić jako negatywną. W dużym stopniu akceptował tamten system i władzę, udzielał się w oficjalnych gremiach, doradzał, wykładał na partyjnych szkoleniach... Do tego dochodzi członkostwo we władzach „sojuszniczego” Stronnictwa Demokratycznego. Pytanie, jak swe postępowanie oceniał wówczas sam profesor. Wydaje się, że kontakty z SB traktował jako oczywistą w tamtych realiach konieczność, podobnie jak swą ówczesną działalność publiczną. Świadczyłby o tym chociażby fakt, że kilka spotkań z esbecją sam omówił w swej autobiograficznej książce „Magdulka i cały świat” – nie robił więc z tego tajemnicy.

Przypuszczam, że prof. Kieżun dał się wmanipulować w rodzaj „socjalistycznego pozytywizmu" na zasadzie: „rzeczywistość jest jaka jest i trzeba próbować coś zrobić w ramach systemu". Sądzę również, że do końca uważał, iż wszystko - w tym kontakty z SB – ma pod kontrolą. Możliwe, że racjonalizował sobie w ten sposób swe postępowanie - zdolność nawet wybitnych intelektów do samooszukiwania się bywa nieograniczona. Miał do wyboru – albo wegetować gdzieś na marginesie na co skazywałaby go nieprawomyślna biografia, albo ułożyć się jakoś z komuną, bacząc by cena nie była zbyt wysoka, a kompromis nie przekształcił się w zeszmacenie. Wybrał to drugie. Nie jemu jednemu wydawało się, że może „grać” z esbecją i PRL-owską machiną władzy. I nie on jeden przegrał. Jest jeszcze pytanie na ile materiały SB powstawały wskutek bezpośrednich kontaktów z prof. Kieżunem, na ile zaś stanowiły kompilację jego poglądów lub analiz wygłaszanych i publikowanych w różnych okolicznościach. Tu już każdy musi wyrobić sobie opinię przeglądając dostępne w internecie akta, odkładając na bok artykuł Cenckiewicza i Woyciechowskiego. Niemniej, trudno mieć wątpliwości, że współpraca była, choćby nawet sam prof. Kieżun traktował to inaczej.

Osobną ciekawostką jest, że zarejestrowanie go jako TW było w środowisku dziennikarskim i historycznym tajemnicą Poliszynela, musieli o tym wiedzieć także we „wSieci”, a mimo to wyciągnęli profesora Kieżuna na sztandary. Trudno uciec tu od podejrzeń, że Karnowscy potraktowali naukowca instrumentalnie, jako „dyżurny autorytet” do pacyfikowania oponentów. A teraz, u kresu swych dni stał się ofiarą naparzanki między dwiema polityczno-dziennikarskimi koteriami. Smutne.

III. Anty-polityka historyczna

Ponieważ spektakl którego jesteśmy świadkami zaczął się od niezgody profesora na „rewizjonizm” (w skrócie - powinniśmy iść z Hitlerem na Ruskich, a po ich rozgromieniu w kluczowym momencie zmienić sojusze i pójść z zachodnimi aliantami na Hitlera, no i nie wywoływać skazanych na porażkę powstańczych awantur) warto jeszcze wspomnieć kilkoma słowami o tym zjawisku. Początkiem, jak się zdaje, był tekst Rafała Ziemkiewicza opublikowany na łamach „Rzeczpospolitej” w 2009 roku pt. „Polityka realna – czyli jaka?”. Jego myślą przewodnią była konstatacja, że „Zachowanie suwerenności wyszło z naszego realnego zasięgu. Musimy znaleźć się w całości w jednej ze stref wpływów, należy więc zadać sobie pytanie: Rosja czy Niemcy?”. No i Ziemkiewiczowi wyszło, że z dwojga złego, lepiej już znaleźć się pod niemieckim protektoratem.

Nie sposób opędzić się od myśli, że cała propaganda historyczna obecnej „zychowszczyzny” jest pokłosiem tamtego fundamentalnego wyboru geopolitycznego i pozycjonowaniem się pod niemieckiego protektora. Gdyby Ziemkiewiczowi wyszło odwrotnie, to może mielibyśmy dziś teksty gloryfikujące Bolesława Piaseckiego i PAX, Rzewuskiego, Wielopolskiego, Królestwo Kongresowe i wreszcie Jaruzelskiego, jak czyni to na innym biegunie rusofilski odłam polskiej prawicy (i to również z pozycji „realistycznych”). Niewykluczone zresztą, że sami zainteresowani zareagowaliby szczerym oburzeniem na insynuowanie im, że są przyczółkiem opcji niemieckiej na polskiej prawicy, tak jak prof. Kieżun zareagował na wieść, że miałby być komunistycznym konfidentem. Ba, jestem wręcz przekonany, że trzon środowiska „Do Rzeczy” odpowiadający za obecną narrację historyczną tygodnika uważa swe motywacje za z gruntu szlachetne. Oni we własnym mniemaniu tylko za pomocą krytycznej i rzeczowej analizy pragną urzeczywistniać polską rację stanu tak jak ją rozumieją, by uchronić obecną Polskę przed powtórzeniem błędów i tragedii z przeszłości. Nie bez przyczyny wspominam o tej specyficznej anty-polityce historycznej właśnie przy okazji sprawy prof. Kieżuna, bo mamy tutaj do czynienia z identycznym racjonalizowaniem swej kolaboracji intelektualnej z niemiecką linią jak prof. Kieżun racjonalizował swe kontakty z SB, czy generalnie – z PRL-owskim aparatem władzy. Ciekawe, czy trzej panowie C-Z-Z sobie to uświadamiają?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 40 )06.10-12.10.2014)

wtorek, 30 września 2014

Śmierdząca sprawa

Wygląda na to, że „nasze” media należy czytać jak „Gazetę Wyborczą” - badając co nam mówią, a czego według nich w żadnym wypadku mówić nam nie należy...

I. Kreacja symbolu

Sam już nie wiem, co w sprawie prof. Witolda Kieżuna jest bardziej obrzydliwe: czy fakt, że legendarny powstaniec i światowej sławy naukowiec okazał się TW; czy okoliczność, że do publicznej demaskacji doszło w ramach wojenki między dwoma tygodnikami; czy też to, że o współpracy profesora wiedziano od dłuższego czasu w światku dziennikarzy i historyków a mimo wszystko uznano, że ciemna prawicowa gawiedź nie zasługuje na prawdę i pewne rzeczy należy przed patriotyczną częścią opinii publicznej skrzętnie ukrywać, by nie brukać wykreowanego na jej użytek propagandowego mitu.

Od wczoraj brnę mozolnie przez kolejne pliki z upublicznionych akt TW „Tamiza” i w tyle głowy narasta mi przekonanie, że potraktowano nas jak „ciemny lud”, który „kupi” każdą błyskotkę. Jak neokolonialnych Murzynów zarządzanych przez białych mzimu, albo jeszcze lepiej – medialnych szamanów decydujących co i kiedy z tajemnej wiedzy można udostępnić profanom. Na poniedziałkowym (29.09.2014) spotkaniu w Klubie Ronina Sławomir Cenckiewicz powiedział, że o współpracy prof. Kieżuna mówił mu m.in. jeden z dziennikarzy „wSieci”. Z kolei Paweł Lisicki napisał:

„Prawdę powiedziawszy, zdecydowałem się opublikować artykuł po tym, jak usłyszałem, że wiedza o agenturalnej przeszłości profesora jest w kręgach niektórych historyków i publicystów powszechna, ale – jak tłumaczył mi to jeden znawca – lud prawicowy potrzebuje mitów oraz legend, dlatego nie należy mu zbyt wiele mówić. Skoro jest zapotrzebowanie społeczne na symbol, to trzeba się z tym pogodzić, choćby prowadziło to do sytuacji, w której wzorcem postawy patriotycznej i antykomunistycznej może być współpracownik SB.

Już po opublikowaniu artykułu doszedłem do wniosku, że tak właśnie myślano. Kilku znaczących historyków kojarzonych z prawicą przyznało, że o problemie uwikłania Kieżuna wiedziało. Uznawali widać, że inna ma być prawda dla wybrańców, a inna dla mas, które można karmić bajkami.” (wytłuszczenia moje – GG)

II. Zmowa milczenia

Nasuwa się tu kilka pytań:

1) Czy w redakcji „wSieci” wiedziano o przeszłości prof. Kieżuna, gdy wywieszano go na sztandarach jako podręczny autorytet do pacyfikowania rewizjonizmu historycznego spod znaku „zychowszczyzny”?

2) Czy wiedziano o tym w „Do Rzeczy”, gdy w tygodniku zamieszczano wywiady z prof. Kieżunem?

3) Czy wiedziano o tym w pozostałych mediach publikujących artykuły oraz inne materiały w których prof. Kieżun wypowiadał się na szereg tematów – począwszy od fachowej, krytycznej analizy transformacji ustrojowej, a skończywszy na kwestiach patriotyczno-tożsamościowych?

Zwróćmy uwagę: Piotr Woyciechowski w Roninie wyznał, że o TW „Tamizie” dowiedział się na jesieni ubiegłego roku, mniej więcej w podobnym czasie Cenckiewicz dowiedział się o sprawie od kogoś z „wSieci”, a jeszcze w 2014 „Do Rzeczy” jak gdyby nigdy nic udostępniało swe łamy prof. Kieżunowi. Od 13 maja 2014 Woyciechowski spotyka się z prof. Kieżunem w sprawie artykułu, od końca czerwca dołącza jego opiekun naukowy, czyli Sławomir Cenckiewicz, w międzyczasie natomiast trwa w najlepsze „wojna o pamięć” między środowiskiem braci Karnowskich, a „Do Rzeczy” w której profesor Kieżun wystawiany jest przez Karnowskich na pierwszej linii frontu... Został potraktowany w cyniczny, instrumentalny sposób. Inna sprawa, że sam profesor ochoczo w to wszedł. Liczył, że nikt nie ośmieli się wyciągnąć na niego papierów? Że ma aż tak szczelną osłonę medialną? Czy dlatego stanął w pierwszym szeregu rozgrzanego do czerwoności sporu publicznego?

III. „Nasi” jak michnikowszczyzna

Sprawa profesora Kieżuna śmierdzi i to śmierdzi z każdej strony, jak by jej nie obrócić. Dotyczy to zarówno uwikłań TW „Tamizy”, jak i ośrodków opinii lansujących profesora w charakterze autorytetu od wszystkiego. Uznano, że głód symboli jest tak dojmujący, że z braku laku należy publiczności podsunąć symbol z upudrowaną skazą w życiorysie. Innymi słowy, potraktowano nas w podobny sposób jak michnikowszczyzna traktuje swoich lemingów stręcząc im różnych idoli mętnej proweniencji. To jest pogarda w czystej postaci – tam, na parnasach rozsiedli się różni guru i liderzy opinii, którzy będą dawkować nam wiedzę wedle uznania, a jeśli coś ujawnią, to tylko wtedy, gdy będzie wynikało to z wewnętrznej logiki aktualnych sporów i przepychanek.

Wygląda więc na to, że również „nasze” media należy czytać jak „Gazetę Wyborczą” - sprawdzając po trzy razy każdą informację, czytając między wierszami i przede wszystkim - badając co nam mówią, a czego według nich w żadnym wypadku mówić nam nie należy...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

 

wtorek, 2 lipca 2013

Zawrót głowy od sukcesów

Róbmy swoje. Nasza rola i zadania są bowiem z gruntu odmienne, od tych macherów od czyszczenia patriotycznych portfeli.

I. Buldogi na dywanie

Zaraz pewnie ktoś wyskoczy z zarzutem, że tekst, który tu Państwo za chwilę przeczytają jest rozbijacki, godzi w jedność prawicy i generalnie - sieje defetyzm oraz szkodzi Sprawie. Trudno, przeżyję – pewne rzeczy muszą zostać jednak głośno i wyraźnie wyartykułowane.

Otóż, od pewnego czasu jesteśmy świadkami jakiegoś kompletnego obłędu w szeroko rozumianym obozie patriotyczno-niepodległościowym. O. Rydzyk żre się z Sakiewiczem, Sakiewicz osmradza Kongres Ruchu Narodowego, Karnowscy podsrywają Lisickiemu, Lisicki nakłada embargo na publikowanie u Karnowskich, Ruch Narodowy pakuje PiS do jednego wora z PO i postkomuną, PiS robi wrażą „szeptankę” Ruchowi Narodowemu... O co tutaj chodzi?

Ano, drodzy Czytelnicy, sytuacja jest taka, że odbywa się bezpardonowa, biznesowa walka o kolejność dziobania na dość ograniczonym i niezbyt zasobnym rynku patriotycznym. Właśnie o to. Mamy ciężkie czasy, a w końcu ile gazet naraz może wytrzymać ubożejący portfel? Ile wydawanych taśmowo książek tzw. „naszych” dziennikarzy można kupić? No więc, robi się ciasno – to po pierwsze. Po drugie - przecież za chwilę będzie lepiej, bo Tuskowi spada, „naszym” rośnie i gdy „nasi” już wygrają, pojawią się nowe możliwości, zatem należy zawczasu wywalczyć odpowiednie miejsce w kolejce. To charakterystyczne – „nasi” gieroje są już na tyle pewni zwycięstwa, na tyle mocno czują woń tropionego niedźwiedzia, że uznali za stosowne wszcząć prewencyjną rozróbę, która ustali podział skóry, mięsa, flaków i kości.

Krótko mówiąc, mamy do czynienia z przypadłością, którą towarzysz Stalin zdiagnozował jako „zawrót głowy od sukcesów”.

Zwróćmy jeszcze uwagę, że te prawicowe zapasy w kisielu odbywają się bez najmniejszego zażenowania ze strony uczestników – cała jatka odbywa się wprost, na naszych oczach, bez poczucia obciachu i jakichkolwiek zahamowań. Buldogi nie gryzą się już pod dywanem, ale tarzają się na dywanie. Lecz oni, drodzy Państwo, nie rozbijają prawicy – o nie. Oni walczą o Polskę (między sobą) i mają monopol na różne twórcze dyskusje. Z rozbijactwem mamy do czynienia dopiero wtedy, gdy o tym wszystkim napisze jakiś bloger – no bo co on sobie wyobraża i kto go upoważniał do wtykania nosa w pryncypialne spory prawicowych celebrytów? Istot z założenia wyżej usytuowanych, lepszych i mądrzejszych?

II. Patriotyczny biznes, a blogosfera

Jak wobec tego zawstydzającego spektaklu powinna zachować się blogosfera, czyli my wszyscy – zgromadzeni na różnych portalach Czytelnicy, blogerzy i komentatorzy? Pozwolę sobie przedstawić własny punkt widzenia.

Trzymajmy się z daleka. Nie nasze małpy i nie nasz cyrk. A nade wszystko, nie pozwólmy się wmanipulować w branie strony któregokolwiek z tych żrących się ze sobą cwaniaków i ancymonów. Tak się składa, że ostatnio na Festiwalu Filmu Niezależnego „Okno” miałem możność naocznie przekonać się o opłakanych skutkach takiego emocjonalnego wmanipulowania w przykrywaną patriotycznymi sloganami biznesową walkę o wpływy na prawicowym rynku pieniądza i opinii. Pokłóciły się mianowicie dwie dziumdzie-organizatorki o obecność Sakiewicza i o to, czy może on wystąpić na scenie podczas inauguracji, czy też nie. Czujecie to stężenie absurdu? Skończyło się tym, że jedna z tych dziumdź spakowała manatki i trzasnęła drzwiami, wystawiając na szwank przebieg festiwalu, co w skrajnie tendencyjny sposób opisał sympatyzujący z nią niejaki Bodakowski Jan. To jest właśnie to, czego powinniśmy się wystrzegać jak ognia – roli zacietrzewionego mięsa armatniego w wojenkach, które nie odbywają się nawet nad naszymi głowami, ale gdzieś zupełnie obok.

Ktoś może w tym miejscu słusznie zauważyć: a czy blogosfera jest lepsza? Nie ma swoich świętych wojenek, sporów i podziałów? Ależ ma, naturalnie. Prawicowa tradycja rozmnażania przez podział jest wśród nas jak najbardziej żywa i kultywowana. Różnica polega na tym, że my – blogerzy i komentatorzy - nie walczymy tu o przeliczalny na konkretne pieniądze rynek, tylko o Czytelnika, odbiorcę, któremu dajemy to co mamy najcenniejszego – bezinteresowną, wolną giełdę opinii bez zakamuflowanych podtekstów. Jak się komuś podoba i ma parę złotych, to kliknie w ikonkę pay-pala, kupi krzyżyk smoleński czy jakąś koszulkę, by pomóc opłacić serwer lub rozwój portalu - i tyle. Poza tym, blogerskie animozje mają to do siebie, że z reguły, po okresie swarów, gdy opadną już emocje, zwaśnione strony dochodzą do wniosku, że więcej je łączy niż dzieli, w związku z czym wojenkę zastępuje przyjazna neutralność, lub wręcz współpraca. Jest to możliwe dlatego, że nikt z nas nie rywalizuje o kieszenie Czytelników.

III. Róbmy swoje

No więc, róbmy swoje. Nasza rola i zadania są bowiem z gruntu odmienne, niż interesy tych macherów od czyszczenia chudych, patriotycznych portfeli. To dwa światy. My tu nie trzepiemy kasy na publice, nie robimy w prawicowym biznesie. Nie namawiamy ludzi do kupowania pierdyliona egzemplarzy tej samej gazety, czy przepłacania za jakiś cholerny kubek. Pamiętajmy - jeżeli zajmiemy się roztrząsaniem, kto jest tu najbardziej czystym, najprawicowszym, i najbardziej patriotycznym spośród patriotów, to z nami koniec. Rozegrają nas pomiędzy sobą, podzielą, wyprowadzą na manowce i na tychże manowcach skonsumują i wysrają. I tyle będzie z tej naszej blogosfery.

W każdym razie, ja nie zamierzam robić za emocjonalnego zakładnika i bardzo bym nie chciał, by do roli zakładników Sakiewicza, o. Rydzyka, Karnowskich, narodowców, czy Lisickiego, sprowadzone zostały blogerskie portale i zgromadzeni na nich ludzie. Nie mówiąc już o tym, że szantaż emocjonalny (na zasadzie: „nie jesteś z nami - jesteś agentem” / „nie kupisz 'bez kozery powiem: pincet' egzemplarzy naszej gazety – upadnie wolne słowo”) - taki szantaż, powiadam, jest czymś, na co reaguję szczególnie alergicznie i szczerze zalecam nabawienie się tej alergii innym. Przecież cały ten interes oparty jest w znacznej mierze na szantażu właśnie. Szantażu tyleż perfidnym, co obrzydliwym, bo żerującym na najwznioślejszych ludzkich uczuciach: miłości do Ojczyzny i altruizmie.

Zresztą, przestaje bawić mnie podział na te wszystkie prawice i srawice. Ta cała ideologiczna „napinka”. Te hasełka rzucane podekscytowanej gawiedzi, za którymi kryje się ordynarny podział łupów. Dla mnie istnieją dwie partie: pro-polska i anty-polska. Reszta to detale, które możemy rozstrzygnąć po załatwieniu najważniejszego: rozpirzenia obecnego systemu.

Uświadommy sobie jedno – jesteśmy niezależni. Podmiotowi i wewnątrzsterowni. Tamci nie mają dla nas ani marchewki, ani kija. Niech się żrą – co nam do tego? Powtórzę: róbmy swoje.

***

I tak to jest, Panie i Panowie dziennikarze „niepokorni”. Nie oczekuję już od Was niczego. Idźcie robić kolejne świergolące wywiady z Moniką Jaruzelską o tym jak dobrym i porządnym człowiekiem jest jej tata. W końcu, 13 grudnia roku pamiętnego, wystosował do Polaków swój „adres gettysburski”.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/spor-o-drugi-obieg-z-blogerskiego-punktu-widzenia

http://niepoprawni.pl/blog/287/dwa-swiaty

http://niepoprawni.pl/blog/287/prawicowi-celebryci-i-zakon-swietych-jerzykow