Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krytyka Polityczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krytyka Polityczna. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 stycznia 2019

Lewactwo na żebrach

Lewactwo może działać wyłącznie w przyjaznym finansowym habitacie, którego nieodłączną częścią jest suty sponsoring i budżetowe dotacje.

I. Bieda kawiorowej lewicy

Na niespełna tydzień przed świętami Bożego Narodzenia skrajnie lewicowa „Krytyka Polityczna” postanowiła uwierzyć w Świętego Mikołaja i zaapelowała do swych czytelników o wsparcie. Z artykułu podpisanego przez redaktor naczelną internetowej strony „Krytyki” Agnieszkę Wiśniewską oraz członka zespołu redakcyjnego Michała Sutowskiego wynika, że wprawdzie na dzień dzisiejszy „KryPol” jakoś wiąże koniec z końcem, ale generalnie jest chudo – głównie za sprawą wyschnięcia źródełka w postaci publicznych dotacji. Co więcej, zagraniczni grantodawcy mają swoje wymagania – jak obrazowo wyjaśniają autorzy, na każdą otrzymaną złotówkę, sami muszą pozyskać dwie. Do niedawna, jak rozumiem, nie było z tym problemu – owe brakujące złotówki płynęły od instytucji publicznych, w tym Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz warszawskiego ratusza (chociażby wynajmowany po preferencyjnych stawkach lokal redakcyjny na Nowym Świecie – trudno o bardziej ekskluzywną „miejscówkę”). Teraz trzeba jednak wyciągnąć rękę do indywidualnych darczyńców - a z tym, jak się dowiadujemy, jest krucho. Okazuje się, że internetową „Krytykę” wspiera darowiznami zaledwie jeden na 13 tys. czytelników. Trzeba dodać, że zespół „KryPola” na 2019 rok ma ambitne plany, co skutkować będzie niemal podwojeniem wydatków. Hmm, podstawowa logika nakazywałaby raczej w trudnym okresie zaciskanie pasa i czekanie na lepsze czasy, względnie intensyfikację zabiegów o sponsoring – ale lewica, jak wiadomo, rządzi się alternatywną ekonomią. Swoją drogą, ciekawe, czy ktokolwiek z redakcji „Krytyki Politycznej” ma w swoim CV pracę w normalnym, działającym na rynkowych zasadach, wydawnictwie? Przypuszczam, że wątpię, jak mawiał Walery Wątróbka.

No cóż, „Krytyce” powraca czkawką butna wypowiedź Sławomira Sierakowskiego, który w swoim czasie raczył oznajmić na antenie agorowego radiowęzła TOK FM, że „Kaczyński może nam skoczyć”, bo 90 proc. funduszy jego organizacja pozyskuje zza granicy. Tu anegdotka na marginesie: tenże Sierakowski zasłynął w 2011 r. tym, że spławił Grzegorza Napieralskiego, gdy ten przyszedł do niego na polityczną rozmowę. Ówczesny lider SLD dla przełamania lodów przyniósł ze sobą butelkę wina za 100 zł. Szef „Krytyki Politycznej” po uważnym przestudiowaniu etykiety rzucił: „Takich tanich to ja nie piję, sorry”. Ech, gdzie te beztroskie czasy „wrażliwej społecznie” kawiorowej lewicy...


II. Soros i Niemcy

Ale i dziś dzielni lewicowcy bynajmniej nie wydłubują kitu z okien. Snop światła rzuca tu kolejny artykuł pt. „Ile kosztuje krytykapolityczna.pl” autorstwa Michała Boruckiego. Członek zarządu Stowarzyszenia im. Stanisława Brzozowskiego (wydawcy „Krytyki Politycznej”) postanowił „stanąć w prawdzie” i ujawnił strukturę dochodów i wydatków serwisu. Otóż miesięczny budżet internetowej „Krytyki” wynosił w 2018 r. blisko 60 tys. zł. (dokładnie – 59 959 zł.). Blisko połowa tej kwoty (28 750 zł.) to wynagrodzenia członków redakcji – na dzień dzisiejszy jest to pięć osób, więc z prostego rachunku wynika, że każdy z redaktorów przytula co miesiąc średnio 5 750 zł. - a więc grubo powyżej średniej krajowej. Daj Boże każdemu... Widać, że ideowi marksiści byle czego nie zjedzą. Gorzej traktowani są autorzy zewnętrzni, którzy za swoje teksty inkasują nie więcej niż 300 zł. - w ciągu miesiąca daje to sumę 19 500 zł. Reszta to koszty administracyjne oraz promocja, fundraising itp.

Skąd na to wszystko pieniądze? Tak jak szczerze wyznał Sławek Sierakowski – zza granicy. 70 proc. kosztów pokrywa grant od Open Society Foundation (George Soros), dalej zaś mamy m.in. Fundację im. Friedricha Eberta (afiliowaną przy niemieckiej SPD) czy Fundację im. Róży Luksemburg działającą przy również niemieckiej, skrajnie lewicowej partii Die Linke. Krótko mówiąc – Soros i Niemcy. Ale najwyraźniej ostatnimi czasy sponsorzy się zbiesili i zażądali od swych polskich utrzymanków jakichś wymiernych efektów działalności – bo przejadać granty i produkować idącą w próżnię propagandę każdy potrafi. I stąd nagły ból, bo lewactwo musi podnieść się od kawiarnianych stolików i zweryfikować swą działalność poprzez realny, społeczny odzew w postaci datków od czytelników – a z tym nie jest dobrze (jak na lewicowe standardy), bowiem obecnie „Krytyka” od darczyńców otrzymuje „zaledwie” 5 tys. zł. miesięcznie. Jak dramatycznie pisze Michał Borucki „(...) same granty to za mało. Zresztą granty są też uzależnione i będą coraz bardziej od waszych wpłat – do każdej złotówki od OSF (Open Society Foundation – przyp. PL) musimy zdobyć 2 złote z innych źródeł. Nie są to już środki z Ministerstwa Kultury, nigdy nie będą od spółek skarbu państwa. Mamy tylko was”. Czysta rozpacz.

No i jeszcze te wspomniane wyżej plany „rozwojowe” – by w 2019 budżet „Krytyki” się spinał (a planowane jest poszerzenie składu redakcyjnego, podniesienie stawek dla autorów zewnętrznych oraz ponad czterokrotne zwiększenie wydatków na „promocję, grafikę i fundraising”) naszym lewakom będzie brakowało, bagatela, 42 075 zł. miesięcznie. W skali roku – grubo ponad pół miliona złotych. Wszystko to mają pokryć czytelnicy. By żyło się lepiej.


III. Jak żyć?

Każdy, kto choć otarł się o oddolne społeczne inicjatywy, szczególnie prawicowe, widzi, że mówimy tu o kwotach dla przeciętnego zjadacza chleba niewyobrażalnych. Wszystkie „nasze” przedsięwzięcia, zapoczątkowane często jeszcze za rządów PO, w skrajnie nieprzyjaznych warunkach, miały i mają jedną, podstawową cechę wspólną – robione były „po kosztach”, w wolontariacie, dzięki składkom i darowiznom od wiernych sympatyków – nie stał za nimi hojny „wujek George” z workami pieniędzy. I wiele z nich funkcjonuje do tej pory – bo są ludziom potrzebne. Biorąc to pod uwagę, trzeba naprawdę nielichego tupetu, by biadolić nad obcięciem publicznych dotacji i sięgać ludziom do kieszeni, jak czyni to dziś „Krytyka Polityczna”. Powyższe pokazuje, że lewactwo może działać wyłącznie w przyjaznym finansowym habitacie, którego nieodłączną częścią jest suty sponsoring i budżetowe dotacje. W takich warunkach „ruszanie z posad bryły świata” staje się całkiem wygodnym sposobem na życie. Gdy jednak ktoś (jak zrobili to grantodawcy „KryPola”) powie „sprawdzam”, okazuje się, że dookoła naszych wypasionych neomarksistów wieje pustką. Po raz kolejny potwierdza się moja teza, że obecna szeroko rozumiana opozycja powtarza los prawicy z czasów, gdy ta była zepchnięta na margines – tyle, że w przypadku niedawnych pieszczochów i beneficjentów systemu, historia powtarza się jako farsa.

Przypadek „Krytyki Politycznej” to jednak nie wszystko. Już niemal dwa lata temu red. Roman Imielski z „Wyborczej” zaapelował w wywiadzie dla portalu „Euractiv.com”, by Unia Europejska wspomagała grantami „prawilne” gazety, jako „bardzo ważną część życia publicznego i demokracji”. „Możemy oczekiwać, że Unia o nas nie zapomni, że nie zapomni o Polsce” - załkał Imielski. Serce się kraje... Z kolei całkiem niedawno na łamach „Frankfurter Allgemeine Zeitung” Jan Jakub Chromiec z Fundacji Batorego wraz z Franziską Brantner z niemieckich „Zielonych” postulowali, aby z unijnych funduszy wspierać organizacje „walczące o demokrację” w Polsce i na Węgrzech. Mówiąc wprost – mamy do czynienia z jawną żebraniną o jurgielt.

Nie ukrywam, że opisuję te paroksyzmy ze sporą dawką schadenfreude. Latami oglądaliśmy zadowolone z siebie facjaty lewaków przyssanych do różnych, przepraszam, cyców – perorujących na dodatek, jak to prawicowe media i organizacje nie potrafią dać sobie rady na „rynku”. Dziś widać, co to za „rynek” i skąd wzięła się dominacja lewicowego przekazu w przestrzeni publicznej – stała za tym (i wciąż stoi) potężna sieć międzynarodowych fundacji i polityka grantowa instytucji publicznych. Teraz słyszymy płacz i zgrzytanie zębów, bo trzeba będzie zaoszczędzić na wegańskiej paszy i sojowym latte. Doprawdy, jak w takich warunkach walczyć o „nowy, wspaniały świat”? Jak tu w ogóle żyć?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 01 (04-10.01.2019)

poniedziałek, 5 lutego 2018

Miastko, czyli prawica pod lupą

Dla mediów III RP, które uwierzyły we własną propagandę, raport o Miastku stanowił prawdziwy szok poznawczy .

I. Lewicowi gringos pośród dzikich

Chyba żadne badanie socjologiczne w ostatnich latach nie wywołało takiego odzewu, co raport „Dobra zmiana w Miastku. Neoautorytaryzm w polskiej polityce z perspektywy małego miasta”. Jeśli ktoś jakimś cudem jeszcze o nim nie słyszał, to wyjaśniam, że zespół afiliowanego przy „Krytyce Politycznej” lewicowego think-tanku „Instytut Studiów Zaawansowanych” pod kierownictwem dr. hab. Macieja Gduli ruszył w polski interior, by z determinacją godną samego Bronisława Malinowskiego badającego życie seksualne dzikich, pochylić się nad elektoratem PiS. Badacze wytypowali niewielkie miasteczko na Mazowszu (ukryte pod kryptonimem „Miastko”) w którym podczas wyborów w 2015 r. PiS uzyskało niemal 50-proc. poparcie i przeprowadzili dogłębne wywiady z 30 osobami. Nawiasem, jednym ze sponsorów była powiązana z niemiecką SPD Fundacja im. Friedricha Eberta, co może sugerować, że Niemcy są żywotnie zainteresowani w rozgryzieniu mechanizmów społecznego poparcia dla PiS w Polsce.

Generalnie – i tu już piszę bez cienia ironii – badanie potwierdza empirycznie, że wyborcy Prawa i Sprawiedliwości nie różnią się co do zasady od elektoratu Platformy czy Nowoczesnej. Można wśród nich znaleźć przedstawicieli różnych warstw społecznych i zawodów, rozkład poziomu wykształcenia i zamożności również nie odbiega od przeciętnej. Większość z nich wcale nie ma poczucia przegranej, którą miałoby zrekompensować głosowanie na rzekomych „populistów” - dość powszechne jest deklarowanie swojej ścieżki życiowej jako zwyczajnej ale udanej. Również samo Miastko przeczy stereotypowi wyborcy PiS jako mieszkańca „Polski B” - wegetującego w zabitej dechami dziurze, wśród biedy, bezrobocia i ogólnej beznadziei. Miejscowość jest zadbana, ze zrewitalizowanym rynkiem, ścieżkami rowerowymi, funkcjonują sklepy i kawiarnie, przedszkola, szkoły, hala widowiskowo-sportowa, stadion, bezrobocie poniżej 10 proc, na ulicach zwyczajnie wyglądający ludzie... Słowem, jest normalnie. Wszystko to nasi „warszawscy badacze” odnotowują z niejakim zdziwieniem, co samo w sobie jest dość zabawne, ale przynajmniej uczciwie przyznają, że musieli porzucić tu zakorzenione schematy myślowe.


II. Miastko – ostoja zdrowego rozsądku

Jeśli chodzi o poglądy indagowanych autochtonów z Miastka, to można je w skrócie określić jako zdroworozsądkowe.

Przykładowo, programu „500+” nie traktują niczym manny z nieba zesłanej przez „dobre Mzimu”, lecz świadczenie, które ludziom się należało od dawna. Swoje robią podróże na Zachód i świadomość jak tam wygląda polityka socjalna wobec rodzin. PiS jest tu przede wszystkim doceniane jako ugrupowanie, które wreszcie dostrzegło problem i co więcej – spełniło swą obietnicę. Podkreślany jest również wpływ programu na poziom życia rodzin funkcjonujących w bezpośrednim otoczeniu respondentów. Ewentualna krytyka dotyczy jedynie powszechności świadczenia – część badanych jest zdania, że „500+” nie powinno dotyczyć najbogatszych i z drugiej strony – rodzin patologicznych, bądź trwale bezrobotnych, którym powinno wypłacać się ekwiwalent w bonach z przeznaczeniem na żywność, ubrania i artykuły szkolne. Powyższe przeczy więc mitowi o „hołocie kupionej za 500+”.

Pytani o sprawę Trybunału Konstytucyjnego wyborcy PiS przede wszystkim podkreślają wagę demokratyzacji tej instytucji – przywrócenie w niej reprezentatywności różnych opcji. Co więcej, niektórzy dopiero po wybuchu awantury zorientowali się, że sędziowie TK również mają swoje polityczne afiliacje i mogą dzięki swej pozycji blokować inicjatywy demokratycznie wybranej władzy. („Teraz mówią, że jest przystawką, że Trybunał teraz jest przystawką PiS i że to jest fasada, a przez 8 lat to był czyją przystawką? PO”).

W kwestii tak rozpalającej emocje liberalizacji/zaostrzenia prawa aborcyjnego możemy mówić o „ostrożnym konserwatyzmie” - większość (również wśród wyborców PiS) opowiada się na utrzymaniem status quo z pewnymi akcentami na rzecz ostrożnej liberalizacji. Generalnie jednak przebija się ton zachowania obecnego stanu rzeczy.

Natomiast w przypadku przyjmowania „uchodźców” mamy do czynienia z twardym „nie” - i to niezależnie od politycznych preferencji. Pomoc, owszem – ale na miejscu. Argumenty padają różne: koszty utrzymania i niechęć do podejmowania pracy; wskazywanie, że w pierwszej kolejności musimy zadbać o własną wspólnotę; problem zagrożenia przestępczością i terroryzmem; obcość kulturowa, niechęć do asymilacji i podporządkowania się panującym w Europie regułom i stylowi życia; wreszcie – moralny aspekt porzucania przez zdrowych, młodych mężczyzn swych rodzin na rzecz ucieczki do Europy i żerowania na jej systemie socjalnym. Podkreślany jest przy tym obraz słabej i naiwnej Zachodniej Europy, która dopuściła do powstania licznych, stanowiących zagrożenie muzułmańskich wspólnot – w tym kontekście ostry sprzeciw Polski wobec migrantów postrzegany jest jako przejaw mądrości i powód do dumy.

Jak można się domyślić, obecna „totalna opozycja” traktowana jest z głęboką nieufnością. KOD, widziany głównie przez pryzmat Kijowskiego, jawi się jako banda odstawionych od koryta cwaniaków i awanturników, pragnących utorować staremu układowi powrót do władzy – co więcej, nie jest odbierany jako autentyczny, oddolny ruch społeczny, lecz jako „ustawka”. Z kolei „czarny protest” niekiedy bywa odbierany pozytywnie – ale, uwaga – nie jako akceptacja obyczajowych szaleństw feministek, lecz jedynie jako inicjatywa powstrzymująca zaostrzenie ustawy aborcyjnej.

Platforma Obywatelska natomiast postrzegana jest jako ugrupowanie skorumpowane i słabe, co działa demobilizująco również na jej zwolenników, deklarujących często ogólne zniechęcenie do polityki. W tle nastawienia do opozycji wyraźnie pobrzmiewa również wątek krytyki dotychczasowych elit, jako sprzedajnych, wyalienowanych, pogardzających zwykłymi ludźmi i ich problemami oraz nie spełniających odpowiednich standardów moralnych.


III. „Neoautorytaryzm”, czy po prostu demokracja?

Te zarysowane pokrótce opinie dla prawicowego odbiorcy jawią się jako „oczywista oczywistość” (może za wyjątkiem dość liberalnego wśród wielu badanych nastawienia do aborcji) – podobnie jak szeroki przekrój społeczny osób popierających „dobrą zmianę”. Jednak dla mediów III RP, które uwierzyły we własną propagandę, jakoby „pisowcy” rekrutowali się spośród ciemnego, niewykształconego, religianckiego, biednego i na dodatek sprzedajnego („500+”) motłochu, opublikowane wyniki badań stanowiły prawdziwy szok poznawczy. Nagle wszyscy, od „Newsweeka” poprzez różne „parówkowe portale” po „Tygodnik Powszechny” i „Gazetę Wyborczą” doznali olśnienia – nie do wiary, na PiS głosują normalni ludzie! Co ciekawe, o ile niektórzy dziennikarze, przynajmniej deklaratywnie, coś tam jednak z raportu o Miastku zrozumieli, o tyle gotowość do akceptacji płynących z badania wniosków kończy się, gdy spojrzymy „pod kreskę”, na komentarze czytelników. Tam dominuje totalne wyparcie, a normą są wpisy o „polskich kołtunach” i „Januszach” - czyli, po staremu.

Nie sposób się jednak zgodzić z interpretacjami serwowanymi przez dr Macieja Gdulę. Otóż postawa wyborców PiS jest dla niego tytułowym „neoautorytaryzmem”. Postulaty o wypłacaniu 500+ rodzinom patologicznym w postaci bonów, czy niechęć do uchodźców jest dla niego przejawem „poczucia mocy” pozwalającego „wskazywać innym gdzie jest ich miejsce”, natomiast poparcie dla realizowanego przez PiS programu ma jego wyborcom dawać wrażenie sprawczości i współdecydowania o losach kraju, a także symbolicznie dowartościowywać w odniesieniu do elit III RP z jednej, a „uchodźców” i „patologii” z drugiej strony. Przykładowo, autorzy piszą: „Ludzie przyłączają się do władzy, ponieważ chcą się poczuć silniejsi, choć poczucie mocy czerpią z górowania nad słabszymi. I dają się wciągnąć w spiralę działań, których efektów nie znają”. Słowem, wyraźnie widać tu polityczne uprzedzenia i ideologiczne okulary. Gduli oraz jego współpracownikom nie przechodzi przez gardło przyznanie, że prawicowy elektorat potrafi obserwować rzeczywistość i wyciągać z niej zdroworozsądkowe, racjonalne wnioski. Tymczasem, poparcie dla PiS np. w sporze o Trybunał Konstytucyjny, to po prostu demokracja. Nie „demokracja liberalna” polegająca na otorbianiu i paraliżowaniu władzy przez niewybieralne i skolonizowane przez „liberałów” instytucje, lecz demokracja zwyczajna, bezprzymiotnikowa. No, ale fałszywe diagnozy skrajnie lewicowego naukowca i zarazem aktywisty, to już nie nasz problem.

Na koniec ostatnia uwaga. Jesteśmy prześwietlani - nie pierwszy raz. Pisałem już na tych łamach o badaniach przeprowadzanych przez „Centrum Badań nad Uprzedzeniami” UW w których lewicowi socjologowie skrupulatnie brali pod lupę uczestników Marszu Niepodległości. Warto, by jakiś prawicowy think-tank wziął się na podobnej zasadzie za wyborców lewicowo-liberalnych, bo wychodzi na to, że oni mają nas dokładnie rozpracowanych, a my ich - nie.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Polska bastionem... zdrowego rozsądku


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 03 (31.01-13.02.2018)

sobota, 16 grudnia 2017

Pod-Grzybki 120

Ryszard Petru ostatecznie udowodnił, że jest człowiekiem-porażką. W ciągu dwóch lat stracił przywództwo we własnej partii (którą zresztą doprowadził na skraj bankructwa) i rozwalił swoją rodzinę. Niezły wynik. Na otarcie łez Katarzyna Lubnauer zaproponowała mu członkostwo w partyjnej „radzie mędrców”. Hmm, a nie lepiej postawić go na czele Rady Sześciu Króli?


*

Tak nawiasem – zbuntowany harem Rysia nie nacieszył się zbyt długo detronizacją samczyka alfa. Nowoczesna Lubnauer zajrzała bowiem do partyjnego sejfu - a tam nie dość, że pustki, to jeszcze długi. Bo to Rysio, cytuję, „przynosił pieniądze”. Ech, niby doświadczone, a zapomniały o podstawowej zasadzie – przed rozwodem sprawdź konto! I upewnij się, czy w miłosnym zaślepieniu nie podpisałaś intercyzy... albo, że w ogóle nie było ślubu i żyliście na kocią łapę.


*

Wierzyciele Nowoczesnej są zresztą dość szczególni: 2 mln. zł. od państwowego PKO BP na kampanię wyborczą, do tego ok. 900 tys. za niezapłacone do tej pory spoty wyborcze w Polsacie – wszystko jeszcze z 2015 roku. Teraz wyobraźcie sobie Państwo, że zakładacie partię i udajecie się do banku, tudzież jednej z czołowych stacji telewizyjnych i przedstawiacie biznesplan: 1) mam partię; 2) dostanę się do Sejmu; 3) kasę zwrócę wam z dotacji. A oni na to: - jasne, wchodzimy w to, bierz pan ile chcesz! Prawda, jakie to proste?


*

Poważniejąc - rejestr długów Nowoczesnej, to zarazem rejestr interesów tych, którzy w nią zainwestowali. Czego oczekiwali w zamian, możemy się domyślać, obserwując polityczne ruchy tej „Platformy-bis” - ze szczególnym uwzględnieniem ubiegłorocznego „ciamajdanu”. I to również jest proste. Inwestorzy nie przewidzieli tylko, że podopieczny samego Balcerowicza okaże się kretynem. Najwyraźniej Balcerowicz dobiera sobie uczniów na zasadzie selekcji negatywnej – co poniekąd tłumaczy, dlaczego w Polsce przez ostatnie trzy dekady było tak, jak było.


*

Finansową gehennę przeżywa również Mateusz Kijowski. Wziął kajecik, ołówek – i wyliczył, że nie opłaca mu się pracować – bo biorąc pod uwagę długi alimentacyjne musiałby zarabiać 8437 zł. brutto (prawie podwójna średnia krajowa). Po prostu, trawestując Ferdka Kiepskiego - „w tym kraju nie ma pracy dla ludzi z jego wykształceniem”. W związku z tym, „Kiju” oczekuje na sponsoring, bo tak się jakoś przyzwyczaił do życia z „puszek”. Panie Mateuszu – dybaj pan na Trzaskowskiego, kiedy robi zakupy! Może zresztuje mu się kolejne 20 groszy... A serio – Kijowski, miglancu, do roboty!


*

Co ciekawe, od pewnego czasu na swoich stronach dość agresywny crowdfunding uprawia również „Kretynika Polityczna”. I tu zagwozdka – ile oni musieli wcześniej czesać publicznej kasy, że teraz nawet sponsoring od Sorosa im nie wystarcza? Jak tak dalej pójdzie, to wkrótce Sierakowski będzie musiał pić wina poniżej stu peelenów za flaszkę, a reszta tej całej menażerii będzie klęczeć na ulicy z kartkami: „daj pan na sojową latte dla lewaka!”.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 44 (13.12.2017-02.01.2018)

piątek, 16 czerwca 2017

Pod-Grzybki 101

Zdumiewające – niemieckie media odkryły związek między islamem a terroryzmem. Jak na tamtejsze standardy jest to iście kopernikański przełom. Co prawda nie odnalazły jeszcze związku między radykalizacją środowisk muzułmańskich a imigracją, ale nie bądźmy zbyt wymagający jeśli chodzi o zdolność kojarzenia faktów – w końcu ponoć istnieją jeszcze na świecie ludy nie widzące korelacji między seksem a pojawianiem się dzieci. Na ich tle niemiecki establishment i tak wykonał ogromny wysiłek intelektualny.


*

Kto postawił się zamachowcom w jednym z londyńskich pubów? Okazało się, że był to kibic tamtejszego klubu Millwall, którego zwolennicy nie bez przyczyny owiani są chuligańską sławą. „Fuck you, I'm Millwall!” - wykrzyczał do uzbrojonych w maczety napastników. Tak podejrzewałem, że jeżeli ktoś może jeszcze uchronić Europę, to właśnie kibole – chyba ostatnia na kontynencie grupa społeczna, która chce i potrafi się bić.


*

Podczas smoleńskiej miesięcznicy dał o sobie znać Władysław Frasyniuk, którego policja musiała wynieść z nielegalnej blokady. Na tę okoliczność Ewa Siedlecka (też wyniesiona) zachwyciła się, że Frasyniuk wyglądał „jakby ubyło mu 40 lat”. W tym tempie, to na za miesiąc pana Władka przyniosą w beciku (o ile nie będzie miał kolki), a na kolejną okazję Frasyniuka trzeba będzie od nowa spłodzić – o ile uczestniczki „Czarnego Protestu” z rozpędu nie wyskrobią legendarnego bohatera.


*

Wyciekły kolejne „taśmy kelnerów”, na których główną rolę odgrywa znany ksiądz-celebryta „Kazek” Sowa. Okazało się, że wielebny nie dość, że jest patologicznym gadułą, który najzwyczajniej nie potrafi się zamknąć, to jeszcze dybał na „Zonę Wolnego Słowa”, a jego życie kręciło się wokół schematu – tu jakaś bibka, tam spółeczka, ówdzie winko i ploteczki... Na szczęście, abp Jędraszewski już wcześniej nakazał mu powrót do diecezji, więc istnieje szansa, że ks. Sowa wyląduje w jakiejś klasztornej celi. Może nawet przypomni sobie jak nosić sutannę i odmawiać pacierz?


*

Krytyka Polityczna” opublikowała wywiad z niejakim Wiktorem Okwarem – polskim obywatelem nigeryjskiego pochodzenia, który wpadł na pomysł założenia organizacji „Send me back to Africa”, która – na wzór analogicznej fundacji działającej w USA – ma zbierać pieniądze na powrót do Afryki dla mieszkających tutaj Murzynów, mających już dość szalejącego polskiego nacjonalizmu. Widzę tu pole do współpracy ze środowiskami narodowymi – tak jak przed wojną część endecji współpracowała z ruchami syjonistycznymi. Jest jeden problem – na portalu crowdfundingowym organizatorzy deklarują, że chcą pozyskać na początek 11 850 zł., tymczasem póki co wpłynęło... 30 zł. Oznacza to, że nawet „Krytyka Polityczna” poskąpiła grosza, co świadczy o odruchu zdrowego rozsądku naszych lewaków. Z ich punktu widzenia byłoby to czyste marnotrawstwo - no bo, jeśli wyprowadziliby się z Polski wszyscy kolorowi, to kogo Sierakowski i spółka broniliby przed rasizmem?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 24 (14-20.06.2017)

sobota, 7 listopada 2015

Prawica – lewica: dialog i wojna

Lepiej na zmianę toczyć rozmowę i bić się o Polskę z taką lewicą, jak „Razem”, niż z oślizgłymi kanaliami pokroju Millera i Palikota.

I. Prawicowa lewica kontra lewicowa prawica

Korzystając z okresu wyborczego „zawieszenia”, postanowiłem się zapuścić w rejony nawiedzane do tej pory przeze mnie jedynie sporadycznie i marginalnie, a pretekstu do tego dostarczyło medialne wzmożenie wokół Adriana Zandberga i partii „Razem”. Do niedawna można było sądzić, że na partie czyste ideowo nie ma w Polsce zapotrzebowania. Działo się tak w znacznej mierze dlatego, że ich programy rozparcelowały między siebie dwie główne siły polityczne – Platforma i PiS. Prawo i Sprawiedliwość przejęło od lewicy sferę postulatów socjalnych, Platforma zaś warstwę obyczajową. Podobnie stało się z programem konserwatywno-liberalnej prawicy (przyjmijmy, że czym dla lewicy jest obecnie „Razem”, tym dla prawicy są kolejne projekty Korwin-Mikkego): Platforma sięgnęła po retorykę liberalizmu gospodarczego, PiS natomiast – po światopoglądowy konserwatyzm. Oczywiście, oba ugrupowania przejmując zarówno prawicową, jak i lewicową agendę przystosowały ją do swych potrzeb, nadając jej łagodniejszą formę, tak by była strawna dla szerokiego odbiorcy. Niemniej, mamy dwie „prawicowo-lewicowe” partie zagospodarowujące w ten sposób gros przestrzeni politycznej. Nie muszę chyba dodawać, że osobiście bardziej pasuje mi „mix” pisowski.

Ostatnio jednak coś się zmieniło. Rozczarowanie efektami transformacji oraz patologizacja życia publicznego sprawiły, iż powiększyły się szeregi „wkurzonych” - i to pomimo wentylu bezpieczeństwa w postaci masowej emigracji zarobkowej. Wzrosło zapotrzebowanie na treści wyraziste, wręcz radykalne i sądzę, że otwiera to szansę przed niszowymi do tej pory ugrupowaniami – tak z prawicy, jak i z lewicy, choć tutaj zajmę się przede wszystkim tą drugą.

II. Nowa jakość

Do tej pory mieliśmy w Polsce dwie lewice. Pierwsza z nich, to lewica eseldowska, postkomunistyczno-kawiorowa, zblatowana z wyrosłym na bazie PRL-owskich służb oligarchiczno-mafijnym biznesem i kumulująca w sobie wszystkie systemowe patologie III RP. Druga, to lewica kawiarniana, konsumująca krajowe i zagraniczne granty, zafiksowana na wdrażaniu kolejnych cywilizacyjnych szaleństw, lecz w gruncie rzeczy hermetyczna, skupiona na wewnętrznych rozważaniach o różnicach między przodkiem a tyłkiem. Lewicę społeczną, liberalną światopoglądowo acz bez fanatyzmu, próbowano urzeczywistnić w projekcie Unii Pracy, lecz ta szybko bądź została zwasalizowana przez SLD, bądź zawędrowała w inne rejony. Pouczające są losy dwóch liderów tej formacji – Tomasz Nałęcz wylądował ostatecznie jako przy... hm, powiedzmy, że przyboczny Komorowskiego, natomiast Ryszard Bugaj odnalazł się jako doradca prezydenta Lecha Kaczyńskiego, obecnie zaś nadal orbituje w okolicach PiS. Uosabia on zresztą taką lewicę, jaką chciałbym widzieć na naszym „rynku” w szerszej formule – wrażliwą społecznie, lecz zarazem umiarkowaną, stroniącą od dążenia do rozwalenia podstaw naszej cywilizacji, no i przede wszystkim – nastawioną patriotycznie, pro-polsko. Jednak takich współczesnych „pepeesowców” ze świecą szukać.

Na zarysowanym tu tle, partia „Razem” wyrasta na nową jakość. Przyznam się, że początkowo sądziłem, iż jest to kolejna mutacja odrealnionej „loony left” („kopniętej lewicy”) pokroju Zielonych, czy co bardziej odjechanych przedstawicieli środowiska „Krytyki Politycznej” i nie zawracałem sobie nimi głowy. Okazało się jednak, że jest inaczej. Partia ta wyrosła w znacznej mierze ze stowarzyszenia „Młodzi Socjaliści”, które wyłoniło się z kolei z dawnej młodzieżówki Unii Pracy. Zdaje się być impregnowana na postkomunistyczne miazmaty - głównie za sprawą jej obecnego, nieformalnego lidera (partia ma kolegialny, 9-cioosobowy zarząd, bez przewodniczącego), czyli Adriana Zandberga o którym zrobiło się tak głośno po ostatniej przedwyborczej debacie. Może odgrywa tu jakąś rolę uraz z dzieciństwa? Rodzina Zandberga, która wyemigrowała w 1967 r. do Danii, powróciła do Polski w drugiej połowie lat '80. Wyobrażam sobie, że zderzenie z realiami gnijącej komuny późnego Jaruzela musiało być dla kilkuletniego Adriana (rocznik 1979) niemałym szokiem... Drugim zjawiskiem, od którego „Razem” się odcina jest tzw. „lewacki folk” - czyli wspomniana już ekstremistyczna, wyobcowana społecznie „kopnięta lewica”. Sam Zandberg w ciekawym wywiadzie dla „Krytyki Politycznej” określa to tak: „świr, który przychodzi na pikietę w sprawie wyrzuconych z pracy szwaczek przystrojony w sztandar z sierpem i młotem – i nie rozumie, dlaczego szwaczki od niego uciekają. (…) dla niego sierp i młot to styl życia, a szwaczki w gruncie rzeczy niespecjalnie go interesują”, podkreślając zarazem konieczność wyjścia poza „bańkę aktywistów, którzy od lat rozmawiają wyłącznie sami ze sobą”.

III. Przestrzeń dialogu

Rzecz jasna, nie miejmy złudzeń – to są marksiści, z całym ideowym dobrodziejstwem inwentarza, nie na darmo „Młodzi Socjaliści” (trzon obecnej „Razem”) sponsorowani byli przez afiliowaną przy niemieckiej partii „Die Linke” Fundację Róży Luksemburg. Jednak gdy zejdziemy na poziom konkretów okaże się, że ich postulaty mają zaskakująco wiele wspólnego z tym, co głosi „okołopisowska” prawica, choć jej pro-socjalne korzenie wyrastają z chrześcijańskiej demokracji. Gdy Zandberg mówi o prekaryzacji, umowach śmieciowych, niepewności jutra dotykającej rzesze pracowników najemnych, braku mieszkań, wszechwładzy koncernów, znikomym w porównaniu z innymi krajami udziale wynagrodzeń w PKB, to są to poglądy bliskie retoryce Beaty Szydło, czy temu co można przeczytać chociażby w tekstach publikującego w „Gazecie Polskiej” Krzysztofa Wołodźki, Zbigniewa Kuźmiuka, bądź na łamach internetowego czasopisma „Nowa Konfederacja”. Zresztą, sam publikowałem w „Polsce Niepodległej” artykuły o podobnej wymowie (np. „Dekolonizacja Polski”, „Niewolnicy Europy”) i z tego co mi wiadomo, na szczęście nie zostałem zaliczony do lewaków – a to z tego powodu, że wszystkie wymienione tu problemy są obiektywnie istniejącym elementem naszej rzeczywistości. Środowiska narodowe, jeśli czasem wyjdą zza wiecowych transparentów w sferę problematyki społecznej i gospodarczej, również na ogół podnoszą powyższe kwestie w podobnym duchu.

Tutaj mała dygresja – otóż Adrian Zandberg nie podziela lewackiego uczulenia na narodowców, które każe widzieć w nich jedynie „faszystów”. W przytoczonym wywiadzie dla „KP”, w kontekście „odruchu patriotycznego” młodego pokolenia, mówi: „Akurat to ostatnie jest szczepionką na postawę przez lata popularną na polskiej nie-prawicy: religijny kult Europy, bezkrytyczne patrzenie na to, co się dzieje w centrum, z pozycji zawstydzonych półperyferii. Demokratycznej, egalitarnej Polski nikt nie przyśle pocztą dyplomatyczną z Brukseli, musimy ją zbudować sami”, zaś w narodowcach widzi coś na kształt współczesnego proletariatu upominającego się o swoje prawa: „Ale trzeba zrozumieć, skąd bierze się ten ogień. On zwykle nie bierze się z ksenofobii, ze zwierzęcej nienawiści, tylko z mającego realne, ekonomiczne przyczyny gniewu, z poszukiwania wspólnoty, z pragnienia elementarnej kontroli nad światem wokół siebie. To przecież nie jest zła informacja dla lewicy. Po prostu musimy zawalczyć o dusze tych ludzi, pokazać im wiarygodną alternatywę, odwojować ich – a nie odwracać się z estetycznym wstrętem”.

Cóż, może owe ambicje odwojowania przez neo-marksistów patriotycznej młodzieży nie są tym, czego akurat bym „Razem” życzył, niemniej jednak nie da się ukryć, iż biorąc pod uwagę powyższe, otwiera się jakaś przestrzeń do sensownego dialogu, tym bardziej, że Zandbergowi udaje się uniknąć sekciarskiego dogmatyzmu i zacietrzewienia. Bazą do takiego dialogu są po prostu realia i pokrywające się w znacznej mierze zdiagnozowanie najbardziej palących społecznych problemów.

IV. Obszar wojny

Żeby nie było tak różowo: na kwestiach socjalnych możliwość dialogowania się kończy. Warstwa cywilizacyjno-światopoglądowa to klasyczne lewactwo z całym katalogiem postępackiej agendy. To, co odróżnia „Razem” od krzykliwych „genderowych” siostrzyc, aktywu z „marszu szmat”, gej-parad i temu podobnych, to taktyczne „schowanie” tej problematyki na zapleczu oraz niechęć do „lewackiego folkloru”, jako do kompromitującego idee i odstraszającego ludzi swą agresją. Jest to po prostu mądrzejsza i zapewne skuteczniejsza strategia, jednak w niczym nie zmieniająca istoty rzeczy – czyli zamiaru przeorania podstaw łacińskiej cywilizacji. Tu nie może być jeńców, to jest walka o nasze tożsamościowe fundamenty. Tyle, że żyjemy w czasach wojen hybrydowych – Rosja i Ukraina mogą brać się za łby w Donbasie, co nie przeszkadza jednocześnie tej samej Rosji przesyłać Ukrainie gazu, zaś Ukrainie – eksportować do Rosji produkowanych w Zaporożu silników do helikopterów i rakiet. Ot, postmodernizm w działaniu. Sądzę jednak, że lepiej na zmianę toczyć rozmowę i bić się o Polskę z taką lewicą, jak „Razem” - integralną i wewnętrznie uczciwą – niż z oślizgłymi kanaliami pokroju Millera i Palikota.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2716-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 42 (28.10-03.11.2015)

wtorek, 13 października 2015

Pod-Grzybki 22

Nie ma to jak wyposzczona feministka, gdy dorwie się do klawiatury. Kinga Dunin z „Krytyki Politycznej”, zwanej popularnie „Kretyniką”, zaliczyła kolejny ze swych odlotów, widząc w najeżdżających Europę muslimach „pięknych książąt Orientu”, co to jako jedyni będą potrafili uszczęśliwić polskie kobiety. Wynika z tego, że marzeniem Polek wg Dunin jest spędzenie życia z nierobem na zasiłku, rodzenie mu kolejnych dzieci i patrzenie jak z roku na rok tyje (pani Kingo, Arabowie są tacy przystojni tylko do pewnego momentu, potem zamiłowanie do tłustej baraniny i lepkich słodkości nieuchronnie robi swoje). W zasadzie, gdyby Ferdek Kiepski przeszedł na islam, spełniałby wszystkie kryteria. A jeśli pani Kinga woli młodszego „chłopczyka”, to Walduś byłby jak znalazł.

*

Pani Kinga słynie z tego, że gdy poczuje „wolę Bożą”, to robi się namolna do tego stopnia, że potrafi zgwałcić nawet tak szczerego pedała, jak pisarz Karpowicz, potwierdzając tym samym ludową mądrość mówiącą, że „w starym piecu diabeł pali”. Z orientalnymi Adonisami miała by więc jak w (se)raju. Swoją drogą, niezła paranoja: lewactwo tak nienawidzi „polskiego, katolickiego ciemnogrodu”, że gotowe jest zamienić go na cokolwiek – może być nawet taliban.

*

Byłbym zapomniał: „książęta Orientu” wedle pani Kingi są „dzielni i zaradni”. I tu się wyjątkowo zgodzę: orientalni Kiepscy niezwykle „dzielnie i zaradnie” doją socjal gdziekolwiek się znajdą. Receptura jest następująca: Arab poślubia kilka żon, zgodnie z Koranem, następnie produkuje gromadkę dzieci, szanowne małżonki oficjalnie rejestrują się jako samotne matki – i już. Rodzinka ustawiona jest do końca życia. Kończąc wątek, dedykuję pani Kindze znaną biesiadną piosenkę: „Czy chciałaby Pani Araba? / Araba, Araba ach nie / bo Arab to pedał, zaraz by mnie sprzedał...”.

*

Niech żyje europejska wolność! Oto jak donoszą mediodajnie, Polska przyjmie łącznie 6,5 tys. imigrantów, lecz - uwaga! - nie z nakazu Brukseli, ale „z własnej woli”. I któż śmie zaprzeczyć komunistycznej maksymie, że „wolność, to uświadomiona konieczność”? Szczególnie w eurokołchozie.

*

„Der Spiegel” donosi, że Miriam Shaded, szefowa fundacji „Estera”, została obwołana w internecie „piękną twarzą ksenofobii”, gdyż chce sprowadzać z Syrii chrześcijan, a nie muzułmanów. Cóż, porównując „ksenofobiczną” twarz pani Miriam i „tolerancyjną” facjatę Schulza, stwierdzam, że wybór jest oczywisty.

*

W pełni zgadzam się z opinią Marcina Hałasia z ostatniej „Polski Niepodległej” - antysystemowcy nie zdali egzaminu z politycznej dojrzałości, a kieszonkowi mężykowie stanu dowiedli, że mentalnie utkwili gdzieś na poziomie Konwentu św. Katarzyny. W warunkach obecnej ordynacji pozostaje zatem głosowanie na PiS i nadzieja, że za kilka lat kanapowi wodzowie dojdą do przytomności, zaś w tych wyborach Kukiz mimo wszystko zrobi dywersję na tyłach PO i jednak uda mu się uszczknąć te kilka procent zniechęconych do Platformy lemingów.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 38 (30.09-06.10.2015)

niedziela, 3 sierpnia 2014

Delator Jaś Kapela

...czyli smutna historia chłopczyka z dobrego domu.

I. Wybić z głów alienację

Przypadek związanego z „Krytyką Polityczną” Jasia Kapeli, który doniósł do prokuratury na właściciela stron parezja.pl i ndie.pl oraz lidera inicjatywy „Nie dla islamizacji Europy”, zarzucając mu szerzenie „mowy nienawiści” jest kolejnym dowodem tego, że lewactwo w obliczu kontrrewolucji uruchamia atawizmy sięgające korzeniami czasów Pawlika Morozowa. Przyczyny takiego postępowania widzę dwojakie: prócz cech osobniczych w których poczesne miejsce zajmuje zamiłowanie do delatorstwa, istotną rolę odgrywają względy praktyczne. Postępactwo doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że ich ideologiczne wykwity są przez milczącą większość niemal instynktownie odrzucane – i to nawet nie tyle z powodów światopoglądowych, ile po prostu ze zdrowego rozsądku. W związku z tym, aby ruszyć z posad bryłę świata niezbędne staje się prędzej czy później sięgniecie do państwowego aparatu przemocy, by tą drogą wybić z ciemnych łbów alienację, co zresztą jest zgodne z totalniackimi przekonaniami lewicy dawnej i obecnej, co by tam nie plotła o wolności.

„My sowieckimi kolbami nauczymy ludzi w tym kraju myśleć racjonalnie bez alienacji" - pisał w 1948 roku stalinowski filozof Tadeusz Kroński w liście do Czesława Miłosza. Dziś wprawdzie kolby sowieckie wyszły z użycia wraz ze zmianą historycznego etapu, lecz istota rzeczy pozostała niezmieniona. Stalinizm gdzieś po drodze ustąpił miejsca gramscizmowi, lecz oznacza to jedynie modyfikację metod, nie zaś celu ostatecznego, którym niezmiennie pozostaje globalny kołchoz. A że zgodnie z naukami Lenina moralne jest to, co służy Rewolucji, należy więc odrzucić burżuazyjne przesądy i jeśli trzeba jednego z drugim zadenuncjować, to nie ma co bawić się w skrupuły, tylko należy siąść do smarowania donosu.

II. Indoktrynacja aparatu przemocy

Wybijanie alienacji z głowy Damiana Kowalskiego przybrało postać wezwania na policję w charakterze świadka w celu złożenia zeznań, jak się okazało tylko po to, by już na komendzie nastąpiło „cudowne przeistoczenie świadka w podejrzanego”. Kowalskiemu zarzuca się przestępstwo z art. 256 §1KK, czyli „nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość”. Spektrum kar – od grzywny poprzez ograniczenie wolności, aż do 2 lat odsiadki. Następnie na mocy decyzji prokuratury policja przeszukała mieszkanie i zarekwirowała potencjalne dowody, czyli telefon komórkowy, kartę SIM i komputer.

W tym miejscu warto nadmienić, że by aparat przemocy spełniał funkcje wyznaczone mu przez postępactwo, musi zostać uprzednio poddany odpowiedniej obróbce ideologicznej, czyli indoktrynacji. Tylko wtedy bowiem jest w stanie precyzyjnie odczytać stawiane mu wymagania i efektywnie wyłapywać winnych myślozbrodni. I takie przeszkolenie zafundowano na jesieni 2013 r. 49 jednostkom prokuratur na terenie całego kraju w którym wzięło udział ok. 90 prokuratorów. A szkolił ich nie byle kto, bo sami pierwszorzędni fachowcy z organizacji „Otwarta Rzeczpospolita” i „Nigdy Więcej”. Ta druga współpracuje również z PZPN, czego wynikiem jest zakaz dla eksponowania na trybunach symbolu falangi, czy mieczyka Chrobrego, przy jednoczesnej tolerancji dla symboli komunistycznych – czerwonej gwiazdy, tudzież sierpa i młota. Dodajmy, iż zainteresowanie praniem mózgów wyraziło 350 prokuratorów, tak więc widać wyraźnie, że wykonanie polecenia „idziemy po was” jest dopiero w powijakach i wszystko jeszcze przed nami.

Co ciekawe, Jaś Kapela zawiadomienie złożył już w zeszłym roku, ale najwyraźniej przetrawienie zdobytej na warsztatach pożywki ideologicznej musiało prokuraturze iść dość opornie, skoro zdecydowała się zainterweniować dopiero teraz.

III. Profesjonalni delatorzy z „Krytyki Policyjnej”

Teresa Kapela, matka Jasia i działaczka katolicka, konstatuje w rozmowie z Mazurkiem, że „środowisko, do którego trafił, okazało się niesłychanie silne. On się 'Krytyką Polityczną', która jest ciekawym środowiskiem, zachłysnął i tak trwa”. Od siebie dodałbym, że najwyraźniej młodzieńczy bunt przybrał u „Jasia” formę permanentną, która pod wpływem towarzystwa w jakim się obraca płynnie przeszła w degenerację. Ot, historia chłopca z dobrego domu, który na złość porządnym rodzicom uparł się, by przy każdej okazji mówić „dupa”, aż w pewnym momencie odkrywa, że może to być wstępem do interesującej kariery. Pan Jaś bowiem już zastanawia się, czy aby nie donieść na portal wPolityce.pl, tak więc jest pełen zapału i planów na przyszłość.

Przypomnę jeszcze, że donos Kapeli nie jest pierwszym przejawem tego typu aktywności środowiska „Krytyki Policyjnej”, które najwyraźniej wzięło sobie do serca postać z opowiadania Woody'ego Allena. Bohater ów od dzieciństwa marzył, by zostać zawodowym donosicielem – brał nawet lekcje wymowy, by wyraźniej kapować. „- Mój Boże, jak ja lubię donosić na ludzi” - wyrywa mu się w pewnym momencie. We wrześniu 2013 podobnym ciągotom dał upust Tomasz Piątek, który zadenuncjował u jednego z reklamodawców tygodnik „Do Rzeczy” za rzekome popieranie prześladowania homoseksualistów przez Putina. Wcześniej zaś tenże Piątek doniósł do brytyjskiego „Guardiana” na rysownika Andrzeja Krauzego za „homofobiczny” rysunek w „Rzeczpospolitej”. Jak widać pasja delatorska udziela się na podobieństwo opryszczki.

Dla Piątka skończyło się to wprawdzie niewesoło, bo „Krytyka” wyrzuciła go przestraszona, że w rewanżu „Do Rzeczy” zacznie pisać z kolei do ich grantodawców, jednak ziarno zostało zasiane i właśnie obrodziło pierwszymi plonami. Póki co dola delatora na tym świecie bywa jeszcze chwilami ciężkawa i wymagająca pewnego samozaparcia, bo Jaś Kapela skarży się, że doświadcza za swój uczynek hejtu w internecie, zupełnie jakby nie zdawał sobie sprawy z kulturowych konotacji donosicielstwa w kraju takim jak Polska. Jednakże wszystko wskazuje, iż są to jedynie tzw. trudne początki i wraz z doszkalaniem kolejnych państwowych instytucji w zakresie wyłapywania „faszystów” życie donosicieli stopniowo stanie się lepsze i weselsze.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/346/pawlik-morozow-i-mlynskie-kamienie

 

czwartek, 1 maja 2014

Judaizacja „ludu smoleńskiego”

Czy usłyszymy kiedyś ze strony jaśnie oświeconych szermierzy tolerancjonizmu o „judaizacji ludu smoleńskiego”?

I. Oświecona samoizolacja

Wywiad przeprowadzony przez „Super Express” z dr hab. Michałem Bilewiczem nie przebił się w mediodajniach, a szkoda, bo jest podwójnie ciekawy. Raz – z powodu treści, dwa – ze względu na osobę. Otóż dr Bilewicz jest psychologiem społecznym blisko związanym ze środowiskiem „Krytyki Politycznej”, jednak wśród kawiarnianego lewactwa wydaje się być bytem osobnym – ideologia której hołduje nie powoduje u niego (w przeciwieństwie do innych postaci z tego kręgu) impregnacji na społeczną rzeczywistość, a neomarksistowski strychulec nie sprawia, że czuje się zwolniony z dochowania naukowej rzetelności. Dr Bilewicz jest członkiem Centrum Badań nad Uprzedzeniami UW, zaś jego główny projekt badawczy to realizowany wspólnie z CBOS „Polski Sondaż Uprzedzeń”, którego dwie odsłony przeprowadzono w 2009 i 2013 roku.

I właśnie w nawiązaniu do tego badania „SE” przepytał dr Bilewicza na okoliczność społecznych podziałów po tragedii smoleńskiej. Okazało się, że faktycznie owa katastrofa i to co działo się po niej w sposób istotny wpłynęła na polaryzację Polaków i rozluźnienie społecznych więzi. Nie jest jednak tak, jak usiłuje przekonać nas medialny aparat propagandy, że najbardziej wyizolowane środowisko tworzą zwolennicy tezy zamachowej, zwani pogardliwie „ludem smoleńskim”. Jest dokładnie odwrotnie – to właśnie „oświeceni liberałowie”, traktujący siebie jako postępową elitę odgradzają się coraz szczelniejszym kordonem od ludzi o innych poglądach.

II. Smoleński apartheid

Najpierw oczywistości – najwięcej zwolenników tezy zamachowej jest wśród wyborców PiS, PJN i Solidarnej Polski, z kolei zdecydowana większość elektoratu PO, SLD i Ruchu Palikota odrzuca możliwość, że w Smoleńsku mogło dojść do zamachu. Dalej robi się jednak znacznie ciekawiej: oto blisko połowa wyborców PO, SLD i RP nie zna nikogo, kto wierzyłby w zamach! Dla porównania, wśród wyborców, nazwijmy to umownie, centroprawicy, tylko jedna czwarta deklaruje, że nie zna nikogo kto nie podzielałby tezy o zamachu. Obrazuje to skalę wyobcowania „obozu postępu”. Co więcej, owa izolacja nie wypływa z odrzucenia przez drugą stronę, lecz w znacznej mierze jest świadomym wyborem. Jak twierdzi Bilewicz „przeciwnicy teorii zamachu nieco brzydzą się 'obozem smoleńskim'. Zamiast zabrać się do przekonania swoich odmiennie myślących rodaków - starają się od nich odizolować.” I tak, co szósty wyborca PO, SLD i Ruchu Palikota nie zgodziłby się na małżeństwo członka rodziny z osobą przekonaną o zamachu, a co piąty nie chciałby z taką osobą pracować. Oto skala zacietrzewienia tych, którzy przy wielu okazjach definiują się zapewne jako osoby tolerancyjne. „Pod tym względem wyborcy PiS, Solidarnej Polski i PJN są bardziej otwarci - oni znacznie łatwiej zaakceptowaliby 'smoleński mezalians' w swojej rodzinie, gotowi też byliby zaakceptować zwolennika hipotezy o 'nieszczęśliwym wypadku' jako swojego sąsiada czy współpracownika” - mówi dr Bilewicz.

Co charakterystyczne, kiedy starałem się znaleźć więcej informacji o Polskim Sondażu Uprzedzeń, w zasadzie wszystkie odnośniki kierowały mnie do tekstów piętnujących „polski antysemityzm”, który dr Bilewicz dzieli na „tradycyjny”, „spiskowy” i „wtórny”. Na marginesie, nawet z tego badania, interpretującego postawy antysemickie skrajnie szeroko, wynika że zanika stereotypowa korelacja między niechęcią do Żydów a wyznawaniem tradycjonalistycznego światopoglądu, co do niedawna było wiodącym motywem wojującego tolerancjonizmu. Niemniej, pastwienie się nad „antysemityzmem” pochłonęło morze farby drukarskiej, natomiast danych na temat uprzedzeń anty-smoleńskich ani dudu. Jak na dłoni widać tutaj spozycjonowanie wiodących mediodajni jako pasów transmisyjnych pedagogiki wstydu. I tu zapewne tkwi jedna z przyczyn dlaczego ci „światli europejczycy" są tacy zamknięci aż do granic apartheidu. Naczytają się o odrażającej, ciemnej, żydożerczej tłuszczy i dla zachowania własnego statusu, w obawie przed „deklasacją", nie chcą mieć nic wspólnego z tymi, którzy w ich oczach są ucieleśnieniem wstecznickiego zabobonu.

III. Sprawiedliwy w Sodomie

Szacunek dla doktora Bilewicza, że mimo lewicowego światopoglądu sam potrafi się wznieść ponad uprzedzenia i głośno mówić o zjawiskach, które stawiają w niekorzystnym świetle bliskie mu środowiska, bo można się domyślać, że nie przysporzy mu to sympatii w stołecznych kawiarniach. Okazuje się, że nawet w Sodomie można znaleźć sprawiedliwego. Dla porównania przypomnę tu kuriozalną wypowiedź obrazującą postawę skrajnie odmienną, a typową dla opisanej tu anty-smoleńskiej izolacji. Już w 2010 roku prof. Radosław Markowski w rozmowie z Agnieszką Kublik sformułował pogląd, że „nie jest nam potrzebna sztuczna jedność. Trzeba pracować nad tym, żeby się skutecznie instytucjonalnie podzielić. (...) Pora, by zacząć żyć 'obok' siebie, a nie 'razem'.”

Innymi słowy, prof. Markowski wezwał do wewnątrzpolskiego apartheidu. Jak widać, jego postulat w ciągu kilku zaledwie lat przełożył się na społeczną rzeczywistość. Znakomicie komentuje to wypowiedź Michała Bilewicza z omawianego tu wywiadu: „Otwarci z pozoru liberałowie i lewicowcy odgradzają się od swoich adwersarzy już nie tylko psychologicznym murem niechęci - ale też coraz częściej realnymi murami grodzonych osiedli. O ile niegdysiejsze warstwy oświecone (…) starały się przekonywać i edukować ludzi biedniejszych i mniej wykształconych - tak dzisiaj w warstwach tych dominują przekonania pełne pogardy i chęć odizolowania się od nielubianych poglądów 'smoleńskiego motłochu'.

I już tylko uwaga na zakończenie: w postępowym dyskursie od pewnego czasu robi furorę słówko „judaizacja”, mające oznaczać wykluczenie i dyskryminację różnorakich mniejszości. W tym kontekście mówi się m.in. o „judaizacji geja”. Czy usłyszymy kiedyś ze strony jaśnie oświeconych szermierzy tolerancjonizmu o „judaizacji ludu smoleńskiego”?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł został opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 17-18 (28.04 – 11.05.2014)

 

piątek, 20 września 2013

Pawlik Morozow i młyńskie kamienie

Biedny Piątek – niedoszły Pawka Morozow - trafił między młyńskie kamienie kapitału i te kamienie go zmiażdżyły.

I. Szpicel z powołania

Woody Allen w jednym ze swych opowiadań stworzył bohatera, który od najmłodszych lat marzył o tym, by zostać zawodowym donosicielem. Brał nawet lekcje wymowy, żeby wyraźniej kapować. „- Mój Boże, jak ja lubię donosić na ludzi” - mówi w pewnym momencie. Podobny syndrom „kapusia z powołania” dotknął najwyraźniej lewackiego pisarza i publicystę Tomasza Piątka, znanego m.in. z felietonów na stronach „Krytyki Politycznej”. Wyczytał on mianowicie, że naczelny „Do Rzeczy”, Paweł Lisicki, pochwalił we wstępniaku ustawę Putina zabraniającą homoseksualnej propagandy, zwłaszcza wobec nieletnich. Lisicki wprawdzie umiejscowił swą pochwałę w kontekście – jak Putin morduje swych przeciwników i fałszuje wybory to świat milczy; tenże postępowy świat budzi się dopiero, gdy rosyjska władza uderza w deprawacyjną działalność homolobby – ale tego już Tomasz Piątek nie dopowie, bo i po co?

W każdym razie, Piątek doznał rewolucyjnego wzmożenia i postanowił trochę podonosić do reklamodawców tygodnika, pytając m.in. „Czy świadomie wspierają Państwo swoimi pieniędzmi tygodnik, który popiera prześladowanie homoseksualistów przez Putina?” . Swoją drogą, jak to jest, że wśród sił postępu w obliczu kontrrewolucji niemal automatycznie włączają się atawizmy rodem już nawet nie z przywołanego opowiadania Woody'ego Allena, ale wręcz z Pawlika Morozowa? Bo warto w tym miejscu przypomnieć, iż podobny numer próbowało zastosować swojego czasu branżowe pismo „Press”, molestując reklamodawców starego „Uważam Rze”, czy nie przeszkadza im aby „wizerunek upolitycznionej i skrajnej w opiniach gazety”. Sam Tomasz Piątek zaś zasłynął po raz pierwszy na donosicielskiej niwie smarując list do „Guardiana”, by brytyjska gazeta zerwała współpracę z Andrzejem Krauze, który pozwolił sobie na „homofobiczny” rysunek w „Rzeczpospolitej” (facet w Urzędzie Stanu Cywilnego mówi do kozy w welonie „Jeszcze tylko ci panowie wezmą ślub i zaraz potem my!”). Brawo, towarzyszu Piątek, teraz pora na masówki w zakładach pracy.

II. Moralność rewolucyjna

No, ale jeden z reklamodawców wyciął Piątkowi numer i przekazał jego donos redakcji „Do Rzeczy”. Jednym słowem, sprawa się rypła, a Bronisław Wildstein odwinął się listem otwartym do „Krytyki Politycznej”, w którym nazwał Piątka „małym donosicielem”. Wyobrażam sobie, że w tym momencie „mały donosiciel” musiał doświadczyć poczucia najgłębszej zdrady. Relacja donosiciel-władza (a reklamodawcy są dla mediów swojego rodzaju „władzą”) jest bowiem relacją nader intymną, opierającą się na zaufaniu i przeświadczeniu, że bezpieczniacka etyka nigdy nie pozwoli zdekonspirować konfidenta. To tak, jakby NKWD zamiast rozstrzelać ojca Pawki Morozowa, pobiegła do niego z ostrzeżeniem jakiego to ma synalka. Widział kto takie rzeczy? Parszywe czasy...

Toteż z listu Tomasza Piątka do TokFM przebija krzywda, skarga, że ktoś zakapował kapusia. Przy czym Piątek w swych żalach wydaje się być absolutnie szczery – on chciał dobrze, nie ma sobie nic do zarzucenia, a tu jeszcze „Krytyka Polityczna” wywaliła go za drzwi. On - uwaga – praktykował jedynie „wolność słowa” i chciał sprowokować „bojkot konsumencki”. To swoją drogą ciekawe rozumowanie, które warto podrzucić wszystkim Tewusiom figurującym w papierach IPN – owszem, donosiłem do bezpieki, ale tak właśnie pojmuję wolność słowa i nikomu nic do tego!

„Prawo dziennikarza i nie tylko dziennikarza do zadawania pytań jest podstawowym elementem wolności słowa. Jak się ma do wolności słowa brutalne zastraszanie publicysty, który zadaje niewygodne pytania?” - pyta Piątek a propos listu Wildsteina. I do głowy mu nie przyjdzie, że czym innym jest publiczne formułowanie zarzutów, czy wzywanie do bojkotu, a czym innym potajemne donosicielstwo za plecami zainteresowanego. Dla Piątka nie ma tu różnicy, bo w walce z „kontrą” nie ma miejsca na burżuazyjną moralność. Moralne jest to, co służy Rewolucji, koniec kropka. W tym wypadku Piątkowi wydała się moralna akcja „z partyzanta” mająca zniechęcić reklamodawców wrażego medium. I gdyby sprawa nie wyszła na jaw, wciąż pisałby do „Krytyki Politycznej”, chwaląc się zapewne w środowisku swymi przewagami i zbierając od kolegów pochwały za swoje bezkompromisowe kozactwo.

III. I jak tu robić rewolucję?

Tak się jednak nie stało, „Krytyka” wyrzuciła go ze swych łamów, przy czym powody rozstania z Piątkiem są dość charakterystyczne. Otóż, „Krytyka Polityczna” twierdzi, iż Piątek nie uzgodnił z nimi swej „akcji”, bo gdyby ich uprzedził, to „moglibyśmy przedyskutować wspólnie jej celowość”. W innym miejscu redakcja zauważa: „Nawet z przeciwnikami nie walczyliśmy nigdy, namawiając do wyrzucenia ich z pracy, lokalu, odebrania dotacji państwowych lub reklam.” Czyli, niby „nie walczyliśmy”, ale „moglibyśmy przedyskutować”. Rozumiem, że kwestią priorytetową byłaby spodziewana skuteczność „dywersji” i prawdopodobieństwo utrzymania sprawy w tajemnicy, tak by nie musieli „za naszego autora przepraszać co miesiąc”...

A tak naprawdę poszło o pieniądze. Rozgoryczony Piątek pisze bowiem – i nie ma powodu, by mu nie wierzyć – że, cytuję, „Powiedziano mi, że zadając pytania reklamodawcom, zagroziłem bytowi 'Krytyki'. 'No bo jeśli my piszemy do ich reklamodawców, to oni zaczną pisać do naszych grantodawców'. Granty to stypendia, które "KP" uzyskuje na swoje działania od różnych instytucji.” No i wszystko jasne – nie zaglądamy sobie nawzajem do kasy i będzie dobrze. Jest wprawdzie różnica między prywatnymi sponsorami, a grantami z publicznych środków, ale zasada - „my nie ruszamy waszych, wy nie ruszacie naszych” tak czy inaczej musi być zachowana. I jak tu z takimi robić rewolucję?

Biedny Piątek – niedoszły Pawka Morozow - trafił między młyńskie kamienie kapitału i te kamienie go zmiażdżyły. Biedny Piątek, powtórzę - uwierzył, że to wszystko naprawdę, a tu okazało się, że chodzi tylko o to, by na koszt podatnika („grantodawców”) wypić, zakąsić i polansować się w lewackim duchu po kawiarniach. Naiwny - to predylekcja Sierakowskiego do drogich win nic mu wcześniej nie powiedziała? I tak ma pozostać, bo jak się urwie futrowanie kawiarnianej kontestacji przez państwo, to ten cały rewolucyjny pryncypializm będzie sobie można wraz tomami Lenina i rocznikami „Krytyki Politycznej” wsadzić tam, gdzie ludowe masy mogą pana Sierakowskiego w dupę pocałować.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

wtorek, 8 listopada 2011

Marsz Wolnych Polaków


Elementem uprawianej wobec Polaków antygodnościowej socjotechniki jest zohydzenie Święta Niepodległości – tak, by kojarzyło się przede wszystkim z ulicznymi zadymami.


I. Cierń w oku

Dzień 11 Listopada był cierniem w oku „Wyborczej” co najmniej od czasu, gdy ś.p. Prezydent Lech Kaczyński postanowił Świętu Niepodległości, wcześniej obchodzonemu jakby mimochodem, nadać odpowiednią rangę. Była to naturalna kontynuacja drogi zapoczątkowanej przez Muzeum Powstania Warszawskiego – polityki historycznej mającej przywrócić Polakom poczucie narodowej dumy ze swej historii i ojczyzny. Tego społeczni pedagodzy sprawujący nad ludnością tubylczą zarząd dusz i umysłów z ramienia obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP zdzierżyć nie mogli. Fachowcy od podrywania godnościowych podstaw patriotyzmu zaczęli dawać odpór.

Pamiętam jak dziś, gdy trzy lata temu w „Wyborczej” ukazał się wyjątkowo wredny artykuł prof. Andrzeja Romanowskiego „Nie lubię 11 Listopada”, w którym autor na kilku stronach pastwił się nad „tournee” Lecha Kaczyńskiego, albowiem bardzo nie podobało mu się, że Prezydent z okazji okrągłej, 90-tej rocznicy odzyskania niepodległości, objeżdża Polskę z cyklem okolicznościowych spotkań-prelekcji. Profesor Romanowski tekst zakończył uroczym zdankiem: „Święto Niepodległości z prezydentem Lechem Kaczyńskim to na pewno nie jest moje święto.”

Rychło okazało się, że to w ogóle nie jest święto profesora i jego kolegów, obojętnie - z Lechem Kaczyńskim, czy bez.

Był wszakże jeden pozytyw: tekst Romanowskiego wnerwił mnie na tyle, że postanowiłem rozpocząć blogowanie i spłodziłem debiutancki tekst „Patriotyzm wczesnego średniowiecza” od którego zaczęła się moja obecność na Niepoprawnych :).

II. Antygodnościowa socjotechnika

No, ale to były niewinne intelektualne igraszki w porównaniu z dniem dzisiejszym, w międzyczasie bowiem dojrzało i doszło do głosu pokolenie pryszczatych hunwejbinów Nowej Lewicy spod znaku „Krytyki Politycznej”, którym ze zmiennym szczęściem usiłują „mentorzyć” geronci z „Wyborczej” pokroju Seweryna Blumsztajna. Z drugiej strony jednak, sierakowszczyzna próbuje coraz śmielej kolonizować ideologicznie „Wyborczą”, ta zaś na to przyzwala i wypożycza swój propagandowy potencjał bo ma doświadczenie w podchwytywaniu mądrości etapu i wyczuwaniu ducha epoki. Czyni to tym chętniej, że ma w tym swój cel – stara się użyć sfanatyzowanych pryszczatych neomarksistów w charakterze narzędzia antygodnościowej socjotechniki, której elementem jest zohydzenie w odbiorze społecznym Święta Niepodległości, tak by kojarzyło się przede wszystkim z ulicznymi zadymami. Mogliśmy tego doświadczyć rok temu, podczas rozróby towarzyszącej Marszowi Niepodległości. W tym roku zobaczymy to samo w wersji do kwadratu.

Pryszczaci niech sobie wierzą, że zwalczają „faszystów” i wykuwają Nowy Wspaniały Świat, jak Gramsci przykazał. Starcy z Czerskiej natomiast bronią zdobyczy obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP, którego są nieodłączną częścią. Do tego zaś potrzeba nie tyle przemodelowania społeczeństwa w duchu neomarksistowskiej Nowej Lewicy, ile utrzymania postkolonialnego motłochu w permanentnym poczuciu wstydu i niższości, by nafaszerowani kompleksami priwislańscy autochtoni pozostawali łatwą do sterowania masą z zaburzonym poczuciem tożsamości.

Tak więc, choć cele starców i pryszczatych są ciut odmienne i obie grupy starają się wzajemnie wykorzystać, to łączy ich wspólny wróg, którym jest te 20-30 procent Wolnych Polaków, którzy wciąż czują się narodem i zaczynają się samoorganizować wokół wspólnych, tradycyjnych wartości. A jak uczy historia, którą potomkowie weteranów KPP znają z rodzinnych przekazów, bądź wręcz sami w jej tworzeniu brali udział, w sprzyjających okolicznościach zdeterminowana mniejszość może zagospodarować społeczne otoczenie i przejąć stery.

Aby do tego nie dopuścić, przedsięwzięli szereg środków zapobiegawczych, m.in. biorąc na czerwony celownik Marsz Niepodległości.

III. Spadkobiercy stalinizmu

Skoro ustaliliśmy już generalia, warto się teraz przyjrzeć kilku szczegółom, są one bowiem tyleż charakterystyczne, co pouczające. Otóż propaganda rozpętana przez „Wyborczą” jako żywo przypomina stalinowskie wzorce – zupełnie jakby dała znać o sobie jakaś pamięć genetyczna. Jak wiemy, a można o tym poczytać choćby u Godziemby, należy przede wszystkim zdehumanizować przeciwnika i zmienić znaczenie pojęć – stąd to nieustanne gardłowanie o „faszystach” zamiennie z „nazistami”, z pominięciem drobnostki - że to nie to samo. I absolutnie nie ma znaczenia, że jako żywo nikt na marsz żadnych brunatnych socjalistów nie zapraszał, albowiem pałki „faszyzmu” używa się tu w znaczeniu stalinowskim: „faszystą” jest ten, kogo my napiętnujemy jako faszystę. Za Stalina nawet zachodni socjaldemokraci robili za „socjalfaszystów”, zatem dzisiejsi wyrobnicy propagandowego frontu są jedynie epigonami semantycznych dokonań Wielkiego Językoznawcy.

Kolejną metodą jest potęgowanie poczucia zagrożenia, by usprawiedliwić w ten sposób własną przemoc. Tu mamy prawdziwy popis manipulacji: lewacy z Porozumienia 11 Listopada postanowili zaprosić do Warszawy bojówkarzy z Antify, bo im samym by rozbić Marsz Niepodległości sił nie dostaje, następnie zaś „Wyborcza” rozpętuje histerię wokół domniemanych prawicowych „radykałów” z różnych krajów Europy, którzy rzekomo mają się stawić na pochodzie. Jako „podkładkę” wykorzystuje list opublikowany na portalu Niepoprawni.pl skierowany do oficjalnych instytucji i polityków, zawiadamiający o spodziewanym najeździe Antify, który według „informatorów” miał zostać rozesłany (przez kogo?) „do wielu radykalnych organizacji z Europy”.

Oczywiście, warunkiem niezbędnym dla skuteczności tego łgarstwa jest zignorowanie wystosowanego przez Redakcję Niepoprawnych sprostowania, które nawiasem mówiąc, zostało pominięte milczeniem również przez media sprzyjające Marszowi i deklarujące poparcie, co dla mnie jest ździebko niezrozumiałe.

W ten sposób zamazuje się za jednym zamachem kilka kwestii bardzo niewygodnych dla pryszczatych „antyfaszystów” i pozostającej z nimi w taktycznym sojuszu Czerskiej: po pierwsze - że mają zamiar bezprawnie zablokować legalny pochód; po drugie - że noszą się z zamiarem użycia przemocy wobec uczestników Marszu i prawdopodobnie również sił porządkowych; po trzecie wreszcie – że na Marszu żadnych neo-hitlerowców nie będzie, bo nikt ich nie zapraszał.

IV. Dyktatura Matołów kontra Wolni Polacy

W tym wszystkim ciekawi mnie jeszcze jak zachowają się siły porządkowe – policja i straż miejska, które schemat przyzwalającej bierności dla poczynań zadymiarzy przetrenowały podczas ubiegłorocznych zajść pod Krzyżem na Krakowskim Przedmieściu. Póki co, Dyktatura Matołów pozostaje w stanie powyborczego przekonania o wszechmocy, zatem niewykluczone, że zapragnie rękami lewackich bandytów dorżnąć kolejną watahę. Możliwe jest również że policja, zamiast separować od siebie obie grupy, z premedytacją dopuści do zamieszek i wkroczy tłukąc wszystkich po równo, gdy zadyma nabierze właściwej dynamiki. Właściwej, czyli takiej, która odpowiednio zaprezentuje się przed kamerami przybyłych na miejsce mediodajni, przebierających mikrofonami by sprzedać tele-gawiedzi odpowiednio krwiste obrazki podrasowane słuszniackim komentarzem o faszystowskich burdach urządzanych przez „prawdziwych Polaków” w sercu Stolicy. Zresztą, co ja tam będę Kolendy czy innych takich uczył. Sami wiedzą.

Jeśli trafnie odczytuję intencje Dyktatury Matołów, to kurs na zohydzenie społeczeństwu wszystkiego co może się kojarzyć z inicjatywami Wolnych Polaków poskutkuje właśnie którymś z powyższych scenariuszy, pięknie wpisujących się w uskuteczniany od czterech lat model pełzającej represjonizacji. Pozaoficjalne obchody najważniejszego święta państwowego, urządzane w duchu niekoniecznie miłym władzy, mają zostać odarte z godności, tak by zbitka 11 Listopada = burdy i obciach wdrukowała się w zwoje odbiorców i zagnieździła w nich na dobre.

No bo, patrząc racjonalnie: udało się ze Smoleńskiem, udało się Krzyżem – to dlaczego nie miałoby się udać i tym razem?

Gadający Grzyb