Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antygodnościowa socjotechnika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antygodnościowa socjotechnika. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 marca 2012

Bitwa o pamięć


„Polskie obozy koncentracyjne” i Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” w optyce „fejginiątek”.


I. Mobilizacja przed 1 Marca

Na temat komunistycznych łagrów w okupowanej przez sowietów Polsce przez długie lata panowało w establishmentowych mediodajniach, z „Wyborczą” na czele, głuche milczenie. Może napomykano coś niecoś przy takich okazjach jak sprawa ekstradycji Salomona Morela, ale generalnie uznano, że nie należy zaprzątać głów ludności autochtonicznej tego typu zaszłościami, mogącymi rzucać cień na rodzinno-towarzyskie koneksje rozmaitych a wpływowych „fejginiątek” (że tak pożyczę określenie Jerzego Targalskiego), stanowiących dziś elitę obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP.

Tak było do momentu, kiedy to jakiś spryciula wpadł na genialny w swej prostocie pomysł, by tych prywislańskich łagrów użyć do uderzenia w pamięć historyczną Polaków i ożenić je z określeniem „polskie obozy koncentracyjne”. Jestem dziwnie pewien, iż od tej pory owe „polskie obozy” będą powracać przy najróżniejszych okazjach, albowiem zostały szczęśliwie wyegzorcyzmowane przez kapłanów sekty z Czerskiej i pobłogosławione jako kolejny element antypedagogiki wstydu, mającej permanentnie zaniżać samoocenę Polaków, by tresowana w antynarodowym duchu lumpeninteligencja tym chętniej „wyrzekła się polskości”.

Moment na ofensywę został wybrany nieprzypadkowo. Przypadający na 1 marca Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” - w rocznicę wykonania w więzieniu mokotowskim wyroku śmierci na siedmiu członkach IV Komendy Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość" – i związane z nim obchody będące kolejnym przejawem oddolnej, społecznej samoorganizacji „Wolnych Polaków” musiał poskutkować wzmożoną mobilizacją i koniecznością zakomunikowania wyznawcom, co powinni sądzić o czasach II konspiracji.

II. „GW” w taktycznym sojuszu z pruskim rewizjonistą

Pretekstu dostarczył film Pawła Siegera „Polskie obozy koncentracyjne” opowiadający o powojennych gułagach na Śląsku. Film można obejrzeć na stronie o wdzięcznej nazwie „siegersraum.com” - pisanej charakterystyczną, gotycką czcionką. Sam autor definiuje siebie jako „Prusaka” (cyt. „Być Niemcem to nie honor - to wyzwanie dla wybitnie odważnych, albo totalnie durnych. Dlatego wolę mówić, że jestem Prusak. Choć Prusak i Niemiec ze mnie jak z cegły myśliwiec bombardujący. Ale jednak Prusak... Albo coś na kształt... A czym jest SIEGERSRAUM? Jest moim „Raum". Moim miejscem, moim Lebensraum.” http://siegersraum.com/pl/index_pl.php?op=1&it=3 ).

Jak widać, dla „GW” nie ma wroga, gdy trzeba poprzez anty-politykę historyczną zrobić kolejny podkop w ramach podrywania godnościowych podstaw patriotyzmu. Może być nawet taktyczny sojusz z pruskim rewizjonistą lansującym przy wsparciu Ruchu Autonomii Śląska zredefiniowany termin, z którym usiłują z różnym powodzeniem walczyć ludzie dobrej woli na całym świecie. I absolutnie nie przeszkadza, że pod innymi względami pan Sieger jest przeciwieństwem kulturowo-obyczajowej linii „Wyborczej”, gromiąc w swym manifeście multikulturalizm i odejście Europy od swych cywilizacyjnych korzeni („Jestem rewizjonista i konserwatysta. I libertarianin. Może, gdybym był homoseksualnym związkowym działaczem bzykającym jakiegoś małego Turka, czy Kurda, albo gdybym był dość odrażającą aktywistką feministyczną, dla której "orgazm" to jedynie termin z Wikipedii, to może mówiłbym/ mówiłabym inaczej.”). To nieistotne, tego się czytelnikom nie powie – no bo ilu z nich zada sobie trud, by zajrzeć na internetową stronę Siegera?

Na gorzką ironię zakrawa fakt, że „GW” zaangażowała się w lansowanie prusko-rewizjonistycznej narracji wkrótce po tym, jak największa amerykańska agencja prasowa Associated Press dzięki akcji Fundacji Kościuszkowskiej i Alexa Storożyńskiego zrezygnowała z używania terminu „polskie obozy koncentracyjne”, co zostało wpisane do firmowego „style booka”.

III. Anty-polityka historyczna

Teraz uwaga. To nie jest tak, że środowisko salonowszczyzny nie uprawia polityki historycznej. Uprawia, jak najbardziej, tylko po swojemu. Ta, jak napisałem wyżej, anty-polityka historyczna jest elementem szerszej antygodnościowej socjotechniki, mającej obezwładnić moralnie Polaków - żeby sobie nie wyobrażali za dużo, tylko pokornie przełykali wstyd i stali się powolną, spętaną kompleksami, łatwo sterowalną masą, nieświadomą własnej historii. Przeszłość ma się jawić jako pasmo czarnych plam, ciąg hańby i śmieszności. Z jednym wyjątkiem – komunistycznych zdrajców. Ci zawsze mogą liczyć na ciepłe słowo i zrozumienie dla „dramatycznych okoliczności” w jakich przyszło im funkcjonować. Kiedy zaś oprawców nie da się usprawiedliwić w żaden sposób, jak w przypadku nadzorców powojennych łagrów, należy zwekslować dyskurs na to, że byli to po prostu Polacy działający z ramienia legalnych władz ówczesnego polskiego państwa, a więc kolejny powód do wstydu.

Otóż nie. Byli to odszczepieńcy, kierujący się mottem Moczara z 1948 roku: „Związek Radziecki jest nie tylko naszym sojusznikiem - to jest powiedzenie dla narodu. Dla nas, partyjniaków, ZSRR jest naszą Ojczyzną, a granice nasze nie jestem w stanie dziś określić, dziś są za Berlinem, a jutro będą na Gibraltarze". Byli to zdrajcy polscy, żydowscy, rosyjscy, którzy wyrzekli się własnych narodowych tożsamości na rzecz komunizmu i którzy w „klasowym patriotyzmie” realizowali się o tyle, o ile utożsamiał się on z sowieckimi interesami. Polacy którzy nie chcieli iść w ich ślady byli wrogiem – jako naród, jako masa do przerobienia, mierzwa pod nowy komunistyczny świat – i to oni od Władywostoku po Śląsk ginęli w komunistycznych koncłagrach z rąk czerwonych oprawców dla których internacjonalistyczna ojczyzna była tam, dokąd sięgały Sowiety.

„Fejginiątka” i ich akolici boją się takiego postawienia sprawy. Zbyt wiele mają rodzinnych i towarzyskich zaszłości, za bardzo boją się Polaków i zbyt mocno uwierzyli w wykreowana przez siebie legendę „endeckiego ciemnogrodu” podbudowaną środowiskową martyrologią Marca 1968, kiedy to w ramach partyjnych rozgrywek niedawny żarliwy internacjonalista Moczar użył narodowo-komunistycznej pałki do wykoszenia konkurencji. Dlatego też powodowani swoistą wewnątrzpolską ksenofobią ruszają do kolejnej bitwy o pamięć, albowiem zadekretowane zostało, iż marzec w społecznej świadomości kojarzyć się winien wyłącznie z ICH Marcem – mitologią „komandosów” mającą stanowić coroczną okazję do walenia tubylców po głowach kłonicą „wyssanego z mlekiem matki antysemityzmu” i utrzymywania polskiej tłuszczy w permanentnym poczuciu winy.

IV. Bitwa o pamięć

Pamięć zbiorowa nie znosi konkurencji, dlatego też marcowe święto ku czci Żołnierzy Wyklętych należy zdezawuować i unieważnić już na starcie, by nie zdołało się zagnieździć w powszechnej świadomości. Tak jak Marsz Niepodległości kojarzyć miał się z burdami i obciachem, tak również i Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” należy obwołać świętem „pisowców” i „moherów”, co jasno zaznaczył przodujący w pracy ideologicznej i wyszkoleniu bojowym Seweryn Blumsztajn, grzmiąc: „Zawsze ci sami: "żałobnicy smoleńscy", skrajna nacjonalistyczna prawica (ONR, Młodzież Wszechpolska, NOP), kluby "Gazety Polskiej", patriotyczni kibole, nieodzowny profesor Jan Żaryn. I oczywiście działacze PiS.” Po tak jednoznacznym wskazaniu ideowego dywersanta, pan Seweryn kończy paradnym finałem: „I zapalając świeczkę na grobie jakiejś stalinowskiej ofiary, będziemy się teraz zastanawiali, w czyim imieniu i komu to służy.”

Szczerze mówiąc, jakoś nie wyobrażam sobie Seweryna Blumsztajna zapalającego choćby ogarek w jakimkolwiek miejscu pamięci, kaźni Żołnierzy Wyklętych. Mentor z „Wyborczej” tylko uczula wczytanych w jego nauki lumpeninteligentów, by przypadkiem żadnemu z nich taka zdrożna myśl w młodym wykształconym łbie nie postała, bo zostanie wyrzucony do czeluści zewnętrznych, gdzie tylko „smoleńscy żałobnicy” i „pisowcy”. Obowiązująca wersja jest bowiem taka, że skoro członków antykomunistycznego podziemia mordowali w „polskich obozach koncentracyjnych” inni „Polacy” o przeciwnych zapatrywaniach politycznych, to mamy do czynienia z jeszcze jedną historyczną hańbą, którą szanujący się leming powinien omijać z daleka.

A gdyby który co bardziej tępy „obrazowaniec” nie zakumał, to „Wyborcza” poczęstuje go łopatologicznym tekstem utrzymanym w militarystycznej retoryce godnej „Żołnierza Wolności”: „W całym kraju zgromadzenia i przemarsze. Zapłoną znicze, w kościołach będą odprawiane uroczyste msze. W tym roku środowiska prawicowe i narodowe z rozmachem przygotowują obchody Dnia Pamięci 'Żołnierzy Wyklętych'” Straszne, prawda? Ale to nic, atmosfera się bowiem zagęszcza: „Chwilę po ukonstytuowaniu sprzymierzeni ogłosili mobilizację wśród polskich patriotów.” I dalej: „Najmocniejsze patriotyczne uderzenie zapowiadane jest w stolicy. Zacznie się na Dworcu Centralnym (...)”. „'Koncentracja' grup biorących udział w obchodach nastąpi przed Grobem Nieznanego Żołnierza. (...)” (wytłuszczenia moje - GG)

Jeśli komuś jeszcze mało, to obok mamy link do zeszłorocznego wywiadu z prof. Rafałem Wnukiem, w którym czytamy: „'Żołnierze wyklęci' byli bardzo różni. Niektórych nie można stawiać za wzór współczesnego obywatelskiego patriotyzmu, bo pod dzisiejszą Polską by się nie podpisali i nie o taką walczyli.

I tutaj pozostaje tylko się zgodzić z diagnozą pana profesora. Pod III RP w jej obecnym kształcie bohaterowie antykomunistycznej II konspiracji nie podpisaliby się z całą pewnością.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

wtorek, 8 listopada 2011

Marsz Wolnych Polaków


Elementem uprawianej wobec Polaków antygodnościowej socjotechniki jest zohydzenie Święta Niepodległości – tak, by kojarzyło się przede wszystkim z ulicznymi zadymami.


I. Cierń w oku

Dzień 11 Listopada był cierniem w oku „Wyborczej” co najmniej od czasu, gdy ś.p. Prezydent Lech Kaczyński postanowił Świętu Niepodległości, wcześniej obchodzonemu jakby mimochodem, nadać odpowiednią rangę. Była to naturalna kontynuacja drogi zapoczątkowanej przez Muzeum Powstania Warszawskiego – polityki historycznej mającej przywrócić Polakom poczucie narodowej dumy ze swej historii i ojczyzny. Tego społeczni pedagodzy sprawujący nad ludnością tubylczą zarząd dusz i umysłów z ramienia obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP zdzierżyć nie mogli. Fachowcy od podrywania godnościowych podstaw patriotyzmu zaczęli dawać odpór.

Pamiętam jak dziś, gdy trzy lata temu w „Wyborczej” ukazał się wyjątkowo wredny artykuł prof. Andrzeja Romanowskiego „Nie lubię 11 Listopada”, w którym autor na kilku stronach pastwił się nad „tournee” Lecha Kaczyńskiego, albowiem bardzo nie podobało mu się, że Prezydent z okazji okrągłej, 90-tej rocznicy odzyskania niepodległości, objeżdża Polskę z cyklem okolicznościowych spotkań-prelekcji. Profesor Romanowski tekst zakończył uroczym zdankiem: „Święto Niepodległości z prezydentem Lechem Kaczyńskim to na pewno nie jest moje święto.”

Rychło okazało się, że to w ogóle nie jest święto profesora i jego kolegów, obojętnie - z Lechem Kaczyńskim, czy bez.

Był wszakże jeden pozytyw: tekst Romanowskiego wnerwił mnie na tyle, że postanowiłem rozpocząć blogowanie i spłodziłem debiutancki tekst „Patriotyzm wczesnego średniowiecza” od którego zaczęła się moja obecność na Niepoprawnych :).

II. Antygodnościowa socjotechnika

No, ale to były niewinne intelektualne igraszki w porównaniu z dniem dzisiejszym, w międzyczasie bowiem dojrzało i doszło do głosu pokolenie pryszczatych hunwejbinów Nowej Lewicy spod znaku „Krytyki Politycznej”, którym ze zmiennym szczęściem usiłują „mentorzyć” geronci z „Wyborczej” pokroju Seweryna Blumsztajna. Z drugiej strony jednak, sierakowszczyzna próbuje coraz śmielej kolonizować ideologicznie „Wyborczą”, ta zaś na to przyzwala i wypożycza swój propagandowy potencjał bo ma doświadczenie w podchwytywaniu mądrości etapu i wyczuwaniu ducha epoki. Czyni to tym chętniej, że ma w tym swój cel – stara się użyć sfanatyzowanych pryszczatych neomarksistów w charakterze narzędzia antygodnościowej socjotechniki, której elementem jest zohydzenie w odbiorze społecznym Święta Niepodległości, tak by kojarzyło się przede wszystkim z ulicznymi zadymami. Mogliśmy tego doświadczyć rok temu, podczas rozróby towarzyszącej Marszowi Niepodległości. W tym roku zobaczymy to samo w wersji do kwadratu.

Pryszczaci niech sobie wierzą, że zwalczają „faszystów” i wykuwają Nowy Wspaniały Świat, jak Gramsci przykazał. Starcy z Czerskiej natomiast bronią zdobyczy obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP, którego są nieodłączną częścią. Do tego zaś potrzeba nie tyle przemodelowania społeczeństwa w duchu neomarksistowskiej Nowej Lewicy, ile utrzymania postkolonialnego motłochu w permanentnym poczuciu wstydu i niższości, by nafaszerowani kompleksami priwislańscy autochtoni pozostawali łatwą do sterowania masą z zaburzonym poczuciem tożsamości.

Tak więc, choć cele starców i pryszczatych są ciut odmienne i obie grupy starają się wzajemnie wykorzystać, to łączy ich wspólny wróg, którym jest te 20-30 procent Wolnych Polaków, którzy wciąż czują się narodem i zaczynają się samoorganizować wokół wspólnych, tradycyjnych wartości. A jak uczy historia, którą potomkowie weteranów KPP znają z rodzinnych przekazów, bądź wręcz sami w jej tworzeniu brali udział, w sprzyjających okolicznościach zdeterminowana mniejszość może zagospodarować społeczne otoczenie i przejąć stery.

Aby do tego nie dopuścić, przedsięwzięli szereg środków zapobiegawczych, m.in. biorąc na czerwony celownik Marsz Niepodległości.

III. Spadkobiercy stalinizmu

Skoro ustaliliśmy już generalia, warto się teraz przyjrzeć kilku szczegółom, są one bowiem tyleż charakterystyczne, co pouczające. Otóż propaganda rozpętana przez „Wyborczą” jako żywo przypomina stalinowskie wzorce – zupełnie jakby dała znać o sobie jakaś pamięć genetyczna. Jak wiemy, a można o tym poczytać choćby u Godziemby, należy przede wszystkim zdehumanizować przeciwnika i zmienić znaczenie pojęć – stąd to nieustanne gardłowanie o „faszystach” zamiennie z „nazistami”, z pominięciem drobnostki - że to nie to samo. I absolutnie nie ma znaczenia, że jako żywo nikt na marsz żadnych brunatnych socjalistów nie zapraszał, albowiem pałki „faszyzmu” używa się tu w znaczeniu stalinowskim: „faszystą” jest ten, kogo my napiętnujemy jako faszystę. Za Stalina nawet zachodni socjaldemokraci robili za „socjalfaszystów”, zatem dzisiejsi wyrobnicy propagandowego frontu są jedynie epigonami semantycznych dokonań Wielkiego Językoznawcy.

Kolejną metodą jest potęgowanie poczucia zagrożenia, by usprawiedliwić w ten sposób własną przemoc. Tu mamy prawdziwy popis manipulacji: lewacy z Porozumienia 11 Listopada postanowili zaprosić do Warszawy bojówkarzy z Antify, bo im samym by rozbić Marsz Niepodległości sił nie dostaje, następnie zaś „Wyborcza” rozpętuje histerię wokół domniemanych prawicowych „radykałów” z różnych krajów Europy, którzy rzekomo mają się stawić na pochodzie. Jako „podkładkę” wykorzystuje list opublikowany na portalu Niepoprawni.pl skierowany do oficjalnych instytucji i polityków, zawiadamiający o spodziewanym najeździe Antify, który według „informatorów” miał zostać rozesłany (przez kogo?) „do wielu radykalnych organizacji z Europy”.

Oczywiście, warunkiem niezbędnym dla skuteczności tego łgarstwa jest zignorowanie wystosowanego przez Redakcję Niepoprawnych sprostowania, które nawiasem mówiąc, zostało pominięte milczeniem również przez media sprzyjające Marszowi i deklarujące poparcie, co dla mnie jest ździebko niezrozumiałe.

W ten sposób zamazuje się za jednym zamachem kilka kwestii bardzo niewygodnych dla pryszczatych „antyfaszystów” i pozostającej z nimi w taktycznym sojuszu Czerskiej: po pierwsze - że mają zamiar bezprawnie zablokować legalny pochód; po drugie - że noszą się z zamiarem użycia przemocy wobec uczestników Marszu i prawdopodobnie również sił porządkowych; po trzecie wreszcie – że na Marszu żadnych neo-hitlerowców nie będzie, bo nikt ich nie zapraszał.

IV. Dyktatura Matołów kontra Wolni Polacy

W tym wszystkim ciekawi mnie jeszcze jak zachowają się siły porządkowe – policja i straż miejska, które schemat przyzwalającej bierności dla poczynań zadymiarzy przetrenowały podczas ubiegłorocznych zajść pod Krzyżem na Krakowskim Przedmieściu. Póki co, Dyktatura Matołów pozostaje w stanie powyborczego przekonania o wszechmocy, zatem niewykluczone, że zapragnie rękami lewackich bandytów dorżnąć kolejną watahę. Możliwe jest również że policja, zamiast separować od siebie obie grupy, z premedytacją dopuści do zamieszek i wkroczy tłukąc wszystkich po równo, gdy zadyma nabierze właściwej dynamiki. Właściwej, czyli takiej, która odpowiednio zaprezentuje się przed kamerami przybyłych na miejsce mediodajni, przebierających mikrofonami by sprzedać tele-gawiedzi odpowiednio krwiste obrazki podrasowane słuszniackim komentarzem o faszystowskich burdach urządzanych przez „prawdziwych Polaków” w sercu Stolicy. Zresztą, co ja tam będę Kolendy czy innych takich uczył. Sami wiedzą.

Jeśli trafnie odczytuję intencje Dyktatury Matołów, to kurs na zohydzenie społeczeństwu wszystkiego co może się kojarzyć z inicjatywami Wolnych Polaków poskutkuje właśnie którymś z powyższych scenariuszy, pięknie wpisujących się w uskuteczniany od czterech lat model pełzającej represjonizacji. Pozaoficjalne obchody najważniejszego święta państwowego, urządzane w duchu niekoniecznie miłym władzy, mają zostać odarte z godności, tak by zbitka 11 Listopada = burdy i obciach wdrukowała się w zwoje odbiorców i zagnieździła w nich na dobre.

No bo, patrząc racjonalnie: udało się ze Smoleńskiem, udało się Krzyżem – to dlaczego nie miałoby się udać i tym razem?

Gadający Grzyb