Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wolni Polacy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wolni Polacy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 grudnia 2012

Smoleńsk jako doświadczenie formacyjne

Lud smoleński zgłasza gotowość do podjęcia „obowiązków polskich” - sekta pancernej brzozy nie chce nawet przyjąć do wiadomości ich istnienia.

I. „Lud smoleński”

W niegdysiejszej notce „Lemingi i mohery – małe studium podziału” postawiłem tezę, że Tragedia Smoleńska stała się doświadczeniem formacyjnym – i to dla obu stron społecznej barykady. Postaram się dziś – między kolejną miesięcznicą, a rocznicą stanu wojennego - tę myśl rozwinąć.

Dlaczego akurat Smoleńsk? Ano dlatego, że jest to wydarzenie przełomowe – przed Smoleńskiem różne kulturowo-polityczne podziały były jeszcze możliwe do zasypania, po Smoleńsku – już nie, a przynajmniej nie w dającej się przewidzieć perspektywie. Stosunek do tej tragedii, nawet odkładając chwilowo na bok spór o to, czy był to zamach, czy też splot nadzwyczajnych okoliczności, wyostrzył bowiem dwie fundamentalnie różne postawy. Z jednej strony mamy do czynienia z przebudzeniem sporej społecznej grupy, którą Rymkiewicz ochrzcił mianem „Wolnych Polaków”, reżimowa propaganda zaś pogardliwie nazwała „ludem smoleńskim”, z drugiej natomiast – z rzeszą ludzi kultywujących postawę „moja chata z kraja”, będących targetem „przemysłu pogardy”.

Ów „lud smoleński”, które to pojęcie warto by odczarować z pogardliwej otoczki, tak jak udało się odwojować epitety w rodzaju „moherów” i „oszołomów”, charakteryzuje się, najkrócej rzecz ujmując tym, że zarówno sam zamach, jak i tzw. „katastrofa po-smoleńska”, czyli wszystko to, co nastąpiło już po Tragedii, stały się dlań soczewką skupiającą całą niewydolność i wszechobecną degrengoladę obecnego państwa polskiego. Innymi słowy, kwestia wyjaśnienia tego co stało się na Siewiernym i pociągnięcie do odpowiedzialności winnych jest niezbędnym warunkiem i wstępem do wszechstronnej sanacji przegniłych struktur III RP. Państwo polskie bowiem nie zdało egzaminu, okazało się niezdolne do zabezpieczenia swych najbardziej fundamentalnych interesów. W wymiarze międzynarodowym okazało się bezwolne i podatne na rozgrywki ościennych mocarstw, w wymiarze wewnętrznym zaś – nie było w stanie przeprowadzić niezbędnych działań oczyszczających i naprawczych. Więcej nawet – kasta rządząca, aparat polityczno-urzędniczy, zaczął jawić się wręcz jako struktura wroga narodowi, skupiona na zabezpieczaniu własnych partykularnych korzyści kosztem dobra wspólnego.

Powyższa diagnoza legła u podstaw postawy z gruntu propaństwowej, jaką jest niezgoda na bylejakość szeroko rozumianego życia publicznego oraz na rezygnację z narodowych interesów i aspiracji. Nawiązując do Dmowskiego, „lud smoleński” zdaje sobie sprawę z istnienia „obowiazków polskich”, zgłasza gotowośc do ich podjęcia i wymaga tego samego od swoich elit. Jest to postawa z gruntu racjonalna i jedynie możliwa, jeśli chcemy zabezpieczyć jakąkolwiek wspólnotową przyszłość i byt państwowy. Dlatego też np. Ewa Stankiewicz i Solidarni 2010, odpierając zarzuty o rzekomy irracjonalizm i tworzenie „religii smoleńskiej” wskazują, że bez realizacji postulatów w sprawie wyjaśnienia i rozliczenia Tragedii nie sposób myśleć o jakiejkolwiek trwałej zmianie na lepsze.

II. Anty-smoleńszczyzna

Ale, ta konstytuująca się od 10 kwietna 2010 roku grupa „obudzonych” ze swą propaństwową postawą ma oczywiście swój rewers w postaci „antysmoleńszczyzny”, zwanej również „sektą pancernej brzozy”. Dla nich Smoleńsk również stał się wydarzeniem formacyjnym, tyle że w drugą stronę. Zostali bowiem poddani masowej psychomanipulacji polegającej na bombardowaniu kolejnymi, bez wyjątku fałszywymi „wrzutkami” (naciski, gen. Błasik w kokpicie itd.), skorelowanymi z nawrotem „przemysłu pogardy”.

Operację tę przeprowadzono na kilku poziomach. Po pierwsze, należało rozbić odradzajace się w pierwszych dniach Żałoby Narodowej poczucie jedności i wspólnoty, które przeraziło zarówno rządzących, jak i całą formację Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP. Po drugie, miała na celu przerzucenie w powszechnym odbiorze winy za Tragedię na polityczne ambicje braci Kaczyńskich połączone z niekompetencją i brakiem asertywności pilotów, co odwracało uwagę od odpowiedzialności rządu Tuska i strony rosyjskiej. Po trzecie, wychodziła naprzeciw tchórzostwu ogromnej części Polaków i ich pragnieniu „małej stabilizacji” - nawet za cenę zabetonowania sumień. Bo gdyby się jednak okazało, że to nie „błąd pilota” i „naciski”, to należałoby się wybudzić z ogłupiającego błogostanu i podjąć – znów mówiąc Dmowskim - „obowiązki polskie”. A istnienia tychże „obowiązków” zdecydowana większość Polaków zwyczajnie nie chce przyjąć do wiadomości. Po czwarte wreszcie, erupcja przemysłu pogardy z jej kulminacyjnym punktem jakim była batalia o Krzyż na Krakowskim Przedmieściu, miała na celu uświnienie jak największej części społeczeństwa i emocjonalną mobilizację, zwłaszcza młodych, przeciw „pisuarom”, „moherom” i „oszołomom”.

Operacja ta powiodła się znakomicie, głównie dlatego, że spełniała zapotrzebowanie wszystkich tych, którzy jeszcze przed Tragedią dawali się prowadzić jak na sznurku suflowanemu rechotowi z „Kaczorów” i po Smoleńsku zaczynało robić im się łyso – a nikt nie lubi się tak czuć. To dlatego właśnie „antysmoleńska” część społeczeństwa skupiona wokół „sekty pancernej brzozy” reaguje emocjonalnym wyparciem na niezależne ustalenia, zadające kłam oficjalnej wersji wydarzeń zadekretowanej w raportach MAK i komisji Millera. Ustalenia te bowiem powodują u nich psychiczny dyskomfort. Gdyby je przyjęli, musieliby zarazem stwierdzić, że w sprawie Smoleńska zachowali się podle, jak ostatnie świnie - wybierające tchórzliwie własne korytko, niezdolne do skonfrontowania się z rzeczywistością i prawdą o stanie państwa. Swoje znaczenie ma również głęboko zakorzeniony, atawistyczny niemal lęk przez Rosją – bo gdyby się okazało, że to był zamach, to czeka nas „wojna”. To jest dokładnie ten sam sort ludzi, którzy po dziś dzień popierają Jaruzelskiego i stan wojenny.

III. Socjotechnika stanu wojennego

Proszę zwrócić uwagę, z jakim mamy tu do czynienia zapętleniem, z jakim pomieszaniem pojęć. Ci, którzy w Tragedii Smoleńskiej widzą odbicie stanu państwa, z jego wszechobecną bylejakością, tumiwisizmem i „jakoś to będzie”, których żądania w sprawie śledztwa i podważanie oficjalnych ustaleń wynikają z fundamentalnej troski o dobro wspólne, traktowani są jak zgraja irracjonalnych fanatyków. Z kolei tzw. „sekta pancernej brzozy”, która z tchórzostwa i krótkowzrocznego wygodnictwa woli łykać oficjalny przekaz, zaś na każdą negację swej postawy reaguje agresją i wrzaskiem „rzygam już tym Smoleńskiem”, przedstawiana jest w reżimowej propagandzie jako „zdrowy trzon” społeczeństwa, racjonalny i nie poddający się „histerii”. Pewną nadzieję na przyszłość daje co prawda rosnący stopniowo, w miarę sypania się kolejnych elementów „antysmoleńskiej narracji”, odsetek wątpiących w rządową wersję wydarzeń, ale na dzień dzisiejszy do jakiegoś przełomu jeszcze daleko, choć tendencja ta pokazuje, że walenie głową w mur w dalszej perspektywie może przynieść efekty.

Kiedyś już mieliśmy do czynienia z podziałem Polaków wedle podobnego klucza: „warchoły” i „ekstremiści” godzący w ustrojowe fundamenty i podważający sojusze, kontra spokojna większość chcąca pod kierownictwem Partii i Rządu budować ludową ojczyznę. Warto o tej odgrzewanej na naszych oczach socjotechnice pamiętać – i to nie tylko przy okazji kolejnej rocznicy stanu wojennego.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/lemingi-i-mohery-%E2%80%93-male-studium-podzialu

http://niepoprawni.pl/blog/287/smolenskie-status-quo

sobota, 23 czerwca 2012

Dwa światy

Prawicowi dziennikarze, a prawicowa blogosfera.

I. Zamilczanie blogosfery

MarkD w swej notce „Niezależna przegrała z prawicowym Onetem!” pokazując przemilczenie w artykule na niezalezna.pl portali stworzonych przez blogerów i konfrontowanie się „Niezależnej” z tworami w rodzaju Salonu24 czy Nowego Ekranu, nazwanych tam na dodatek „konkurentami po prawej stronie” (sic!), wskazał na istotny problem, jakim są relacje między prawicowymi dziennikarzami, a prawicową blogosferą. Otóż relacje te, mimo inicjatywy jaką jest Federacja Mediów Niezależnych, można streścić jednym słowem – zamilczanie. Ponieważ dotykałem już tej tematyki – przede wszystkim w tekście „Spór o drugi obieg z blogerskiego punktu widzenia”, oraz fragmentarycznie w „Terapia Czterech Kroków – kontynuacja” (ostatni akapit podrozdziału II - „Wyniosłe milczenie”), to i ja pozwolę sobie na kilka uwag.

Mianowicie, zamilczanie prawicowej blogosfery jest elementem szerszej choroby „wsobności”, która dotyka tzw. „naszych" dziennikarzy. Konkurencja (a rynek wąski) - to raz. Dwa - myślę, że wchodzą również w grę kwestie ambicjonalne: jakoś nie mogą przełknąć perspektywy, że oni, profesjonaliści, mogliby być konfrontowani, porównywani z jakimiś tam amatorami. Mają do nas stosunek w najlepszym razie protekcjonalny, pobłażliwy. Po trzecie wreszcie - oni utrzymują się z tego, co my robimy za darmo. Psujemy im po prostu rynek.

Na razie więc sytuacja wygląda tak, że niby „działamy” wspólnie w Federacji Mediów Niezależnych, z czego na co dzień kompletnie nic nie wynika. Tymczasem, wzajemna promocja powinna być standardem, gdyż w ostatecznym rozrachunku działa to na korzyść nas wszystkich. Póki co jednak wygrywa ze strony świata dziennikarskiego inne podejście – traktowanie blogosfery jak niedorobionych gówniarzy i konsekwentne odwracanie wzroku – mimo że nas czytają, tylko jakoś niesporo im się do tego publicznie przyznać.

II. Nierównorzędność relacji

Podam przykład, jak pewna część konserwatywnego, prawicowego mainstreamu widzi model stosunków z „amatorami” – oto do Niepoprawnego Radia PL zgłosiła się agencja reklamowa, która od czasu do czasu podsuwa nam książki różnych wydawnictw z prośbą o wsparcie medialne. Współpraca rozwija się owocnie, z obopólną korzyścią – wydawnictwa mają promocję, za co odwdzięczają się umieszczając u siebie logo Radia i przesyłając nam egzemplarze książek, które my z kolei rozdajemy słuchaczom w konkursach i wszyscy są zadowoleni.

Tym razem jednak, prośba o promocję była wyjątkowo jednostronna: mieliśmy oto zareklamować książkę „za darmo”, bo nawet nie za „dziękuję” ze strony zainteresowanego podmiotu. Przedstawicielka agencji obiecywała, że postara się wpłynąć na wydawnictwo, by zamieściło na swojej stronie internetowej nasze logo (o egzemplarzach promocyjnych z góry mogliśmy zapomnieć), ale jak do tej pory chyba nic z tego. Nadmienię, iż wydawnictwo jest szacowne i konserwatywne, wydaje szacowny i konserwatywny dwumiesięcznik, którego naczelnym jest wielce szacowny i konserwatywny profesor. Zresztą, relacje ze spotkań z jego udziałem wielokrotnie gościły na antenie Radia.

I tak to w wielu przypadkach wygląda – blogerzy mają w sieci nagłośnić inicjatywy „starszych i mądrzejszych”, naganiać ludzi na spotkania, promować ich książki, filmy, czy co tam urodzą – i cieszyć się, że dane im było otrzeć się o znakomitości. Blogerzy mają też linkować do ich profesjonalnych portali (niemal nigdy nie spotykając się ze wzajemnością), komentować to co napisali w swoich gazetach (co również jest formą reklamy), no i oczywiście, kupować te gazety (najlepiej całymi stertami) pielęgnując w sobie poczucie, że oto przyczyniają się do ratowania Wolnego Słowa, co samo w sobie powinno być dla szarej masy wystarczającą nagrodą.

I jakoś nikomu nie przyjdzie do głowy wymagać od Państwa Dziennikarzy – niezależnych, niepokornych, prawicowych, niepodległościowych... (i te de, i te pe), by oni również raczyli wspomóc Wolne Słowo, na którym rzekomo tak im zależy, choćby przez linkowanie do blogerskich portali, czy ciekawych notek - niejednokrotnie lepiej napisanych i staranniej zredagowanych od tego, co można przeczytać na stronach „profesjonalnych”.

Minimum wzajemności w relacjach – tego należy bezwzględnie wymagać od światka „naszych” żurnalistów, jeśli faktycznie ciągniemy w tym samym kierunku.

III. Spadochroniarze walczą o monopol na opiniotwórczość

Na razie jednak sytuacja przedstawia się tak, jakby trwała jakaś podskórna batalia o monopolizację „niezależnego” przekazu – i to bynajmniej nie ze strony blogosfery. Przeciwnie, to raczej w odniesieniu do profesjonalnych dziennikarzy i tworzonych przez nich mediów można mieć wrażenie, iż programowo ignorując blogosferę dążą, by za wszelką cenę wypchnąć ją z szerszej świadomości, zanim jeszcze się na dobre w niej zagnieździła. Robią miejsce dla siebie: jedynych uprawnionych przedstawicieli - ust, piór, kamer i mikrofonów - „wolnego słowa”, tudzież „opcji niepodległościowej”. Trafili do „drugiego obiegu” wyrzuceni z głównonurtowych mediodajni, przychodząc niejako „na gotowe”, gdyż podglebie stworzyła przed nimi właśnie blogosfera – i zawłaszczają przekaz, bezwzględnie grając na siebie.

„Ba, momentami dają wręcz do zrozumienia, iż to właśnie ONI – medialni wyjadacze - są drugim obiegiem! Oczywiście nie wątpię, że czują się do pełnienia podobnych funkcji wobec „Wolnych Polaków” predestynowani. Każdy, kto zna tyleż głęboko ugruntowane, co kompletnie bezzasadne poczucie wyższości przepajające dziennikarski światek z pewnością to potwierdzi.” - Przepraszam za ten autocytat z mojej wcześniejszej notki „Spór o 'drugi obieg'...”, ale niestety od stycznia, gdy ją pisałem, nic się nie zmieniło.

My zaś, niczym jacyś prostaczkowie, rozdziawiamy gęby ilekroć któraś z gwiazd „prawicowego” dziennikarstwa roztoczy przed nami swój pawi ogon. A tu, okazuje się, trwa walka o to, kto będzie głosem „wolnych Polaków”, czerpiąc z tej pozycji gdy już karta się odwróci odpowiednie profity i robiąc za nową elitę „IV RP”.

Notkę pozwolę sobie podsumować jeszcze jednym autocytatem z tego samego tekstu (polecam zresztą całość):

„Teraz zmuszeni są od czasu do czasu poocierać się o nas, a nawet wydusić okazjonalnie kilka zdawkowych słów pochwały i pokokietować, bo przecież ktoś musi oglądać te filmy, kupić „Uważam Rze”, zapełnić salę na spotkaniu, nagłośnić w sieci jakąś inicjatywę, czy kliknąć na portal braci Karnowszczaków, ale nie łudźmy się. Dla spadochroniarzy z głównego nurtu stanowimy mierzwę, niczym – uczciwszy proporcje - „Solidarność” dla KOR-owskich „doradców”. Nie mówiąc już o tym, że patrzą na nas jak na frajerów, bo piszemy i działamy za darmo, a swe inicjatywy finansujemy ze zrzutek „co łaska”.

Jak to mówił Jacek Kuroń? 'Rozpędzonego stada mustangów nie da się powstrzymać. Trzeba wskoczyć na grzbiet pierwszego, mocno trzymać się grzywy, a kiedy pęd osłabnie, powoli wykręcać'. No właśnie.”

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

wtorek, 10 kwietnia 2012

Smoleńskie status quo


Herbertowska „zdrada o świcie” odbywa się każdego dnia w sercach i głowach Polaków, którzy nie chcą słyszeć o Smoleńsku, skrupulatnie betonując własne sumienia.


I. Status quo

Przepatrywałem sobie ostatnio teksty, które ukazały się przed rokiem - przy okazji I Rocznicy Tragedii Smoleńskiej - i prawdę rzekłszy, większość z nich mogłaby ukazać się również dziś, co najwyżej po zmianie drugorzędnych detali. Można zatem powiedzieć, że w kwestii smoleńskiej i okołosmoleńskiej utrzymuje się status quo. Z jednej strony mamy wciąż trzymany pod parą przemysł pogardy, usiłujący dokonać swoistej „delegitymizacji pamięci”, oraz pozostającą pod jego większym bądź mniejszym wpływem społeczną większość, z drugiej zaś zdeterminowaną mniejszość rymkiewiczowskich „Wolnych Polaków” dopominających się o prawdę i bijących głową w mur wrogości lub obojętności.

II. Cień Moskwy

Nad tymi paroksyzmami rozpościera się złowrogi cień Moskwy, która od dawna już przestała udawać cokolwiek i okazuje bez zahamowań, że traktuje „stronę polską” jak bandę pętaków, wobec których rozgrywa swoją grę, składającą się na zmianę z drobnych gestów przeplatanych upokorzeniami. Tak jak dzisiaj, 10.04.2012, kiedy piszę te słowa – wręczono nam 2 tomy akt rosyjskiego śledztwa, lecz by Polaczkom we łbach się nie poprzewracało zapowiedziano twardo, że o wydaniu wraku Tupolewa będziemy mogli rozmawiać dopiero po zakończeniu postępowania przez rosyjskie organa, co w praktyce oznacza stwierdzenie – oddamy wam „Tutkę” (albo i nie), kiedy będzie nam się podobało. Z kolei obietnica wybudowania pod Smoleńskiem pomnika „zrównoważona” została postawieniem w ostatniej chwili na czele rosyjskiej delegacji zamiast ministra kultury Aleksandra Awdiejewa, przewodniczącego Dumy, Siergieja Naryszkina – kagiebisty, zaufanego współpracownika Putina znanego z antypolskich wypowiedzi i niedawnego cenzora zadaniowanego do ścigania niewygodnych z rosyjskiego punktu widzenia publikacji historycznych jako przewodniczący Prezydenckiej Komisji Federacji Rosyjskiej ds. Przeciwstawiania się Próbom Fałszowania Historii ze Szkodą dla Interesów Rosji.

Strona polska oczywiście nawet nie kwiknęła, tylko pokornie uczestniczyła w ramach oficjalnych obchodów w groteskowej uroczystości bicia pokłonów przed Pancerną Brzozą, sankcjonując w ten sposób po raz kolejny kłamstwa raportu Anodiny. Czyli tutaj również wszystko pozostaje po staremu, jakby nic się nie wydarzyło, jakby nie było nowych ustaleń rozsypujących w drobny mak rosyjską narrację i coraz mocniej wskazujących na zamach, jakby nie było Zespołu Parlamentarnego Antoniego Macierewicza, odczytów z czarnych skrzynek negujących tezy naciskowe, czy analiz niezależnych ekspertów obnażających nicość raportu MAK i tzw. komisji Millera.

W tej sytuacji do roli symbolu urasta podkreślanie konieczności zalania betonem pobojowiska na Siewiernym – już, już, szybciutko, do października, zanim przyjdą mrozy, tak, by monument gotów był na następne obchody. Podobno teren ma zostać uprzednio przebadany przez archeologów. Na wniosek rodzin, dodajmy, gdyż polski rząd sam z siebie oczywiście nie widział takiej konieczności. Już widzę, te „badania”. Najpierw będą mnożone rozliczne „trudności”, a następnie, gdy ekipa archeologiczna zostanie w końcu dopuszczona do prac, okaże się, że mają w najlepszym razie kilka dni, bo pospiech, bo czekają betoniarki, zaś wszystko co ewentualnie uda się wygrzebać przekazane zostanie na wieczne nieoddanie Rosjanom. Następnie zaś betoniarki zaleją pamięć i przesiewanie ziemi na metr w głąb zostanie już na zawsze tylko w kłamstwach pani Kopacz, po których próżno szukać śladu w sfałszowanym sejmowym stenogramie.

III. "Konformiści" kontra "niezłomni"

To zalanie betonem pamięci o Smoleńsku jak raz pasuje również do obrazu sytuacji w Polsce – i nie mówię tu jedynie o rządzących oraz ich reżimowych szczekaczkach. Tych zostawmy na chwilę na boku, bo wiadomo, że niczego innego po Dyktaturze Matołów i ich medialnych wyrobnikach nie sposób się spodziewać. Spójrzmy jednak na społeczeństwo – tutaj podobnie jak w przypadku „czynników oficjalnych” nie nastąpił żaden przełom – jest jak przed rokiem i to pomimo wszystkiego, co w przeciągu ostatnich miesięcy wypłynęło na światło dzienne, jednoznacznie wskazując, że to zwyczajnie nie mogła być zwykła katastrofa, że zamach jest na dzień dzisiejszy bardziej prawdopodobny, niż kiedykolwiek przedtem.

W Polsce bowiem dokonał się podział trafnie zdiagnozowany przez Rymkiewicza słowami „To co nas podzieliło – to się już nie sklei” ; podział – widać to wyraźnie – na okres co najmniej pokolenia. To narodowe status quo trwa w zasadzie od momentu zakończenia żałoby. Możemy co najwyżej mieć nadzieję, że uda się obudzić jeszcze kilka osób z „tamtej strony”, ale musimy się także liczyć z tym, że i wśród nas nie sposób będzie utrzymać permanentnej mobilizacji – że ludzie będą się zniechęcać, wykruszać, uciekać w prywatność... - że powtórzy się schemat katyński. Generalnie jednak linia podziału na 25-30% „niezłomnych” i całą resztę „konformistów” będzie się utrzymywała.

Dzieje się tak dlatego, że zdecydowana większość Polaków, o czym pisałem szerzej w tekście „Ani dla jednych, ani dla drugich”, nie tylko gremialnie odmawia przyjęcia na siebie „obowiązków polskich” (a jednym z tych obowiązków jest zarówno Smoleńsk, jak i szeroko rozumiana „katastrofa po-smoleńska”), ale wręcz kategorycznie odmawia przyjęcia do wiadomości samego ich istnienia. Roman Dmowski we Wstępie do „Myśli nowoczesnego Polaka” pisał: „Jestem Polakiem więc mam obowiązki polskie: są one tym większe i tym silniej się do nich poczuwam, im wyższy przedstawiam typ człowieka.” W innym zaś miejscu: „Jestem nim (Polakiem – GG) nie dlatego tylko, że mówię po polsku (...), ale także dlatego, że (…) obok swoich spraw i interesów osobistych znam sprawy narodowe, interesy Polski, jako całość, interesy najwyższe, dla których należy poświęcić to, czego dla osobistych spraw poświęcić nie wolno. (skróty i wytłuszczenia moje - GG) Dziś takiej postawy próżno u większości naszych rodaków szukać.

IV. Zabetonować sumienie

Generalnie, Polacy poza garścią „niezłomnych” i „obudzonych”, w sprawie Smoleńska zachowali się podle i tchórzliwie. Woleli dawać wiarę kolejnym wrzutkom, woleli poddać się prostackiemu rechotowi „moherów” i „pisuarów” i niczym trzy małpki nie widzieć, nie słyszeć, nie mówić. Wszystko z lęku przed wybudzeniem z ogłupiającego błogostanu, przed utratą komforciku „małej stabilizacji”. Bo gdyby się okazało, że to jednak Ruscy zamordowali nam elitę z Prezydentem na czele, to... no właśnie, co? Wypowiemy Rosji wojnę? Porozmawiajcie z jakimkolwiek przedstawicielem „tamtych” - jeśli nie spławi was z miejsca wrzaskiem, że „rzyga już Smoleńskiem”, to prędzej czy później pojawi się ten niemal atawistyczny, paraliżujący strach przed potęgą Kremla, podparty niby-zdroworozsądkową argumentacją, że lepiej się dogadać, nie fikać i handlować, bo przecież Rosja to, panie, taaki rynek i nie ma co narażać kontaktów na szwank z powodu jednego „Kaczora”.

Tak będzie jeszcze długo. Opisana postawa zbyt głęboko wżarła się w dusze, ludzie zbyt emocjonalnie zaangażowali się we własne tchórzostwo, by odrzucić je bez poczucia głębokiego dyskomfortu, jaki pojawia się zawsze, gdy trzeba stanąć przed lustrem i powiedzieć sobie „jestem świnią”.

Herbertowska fraza o „zdradzonych o świcie” nie raz była przywoływana w kontekście smoleńskiej tragedii – ostatnio w rocznicowym przemówieniu Jarosława Kaczyńskiego na Krakowskim Przedmieściu. Trzeba mieć wszakże świadomość, iż owa zdrada odbywa się również każdego dnia w głowach i w sercach ogromnej większości Polaków, którzy nie chcą słyszeć o Smoleńsku, skrupulatnie betonując własne sumienia.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

niedziela, 29 stycznia 2012

Drugi Obieg 2.0 – cz. II


Nasze pozornie słabe i rozproszone inicjatywy są jak rój. Można utłuc jedną czy drugą pszczołę, ale koniec końców rój zawsze wygrywa.


Wprowadzenie

W poprzedniej części wyjaśniłem pokrótce znaczenie terminu Drugi Obieg 2.0, następnie omówiłem genezę tego nurtu społecznego, opisałem czym jest i jakie przyświecają mu założenia polityczno-ideowe. W części drugiej pozostaje nam zająć się rolą w życiu społeczno-politycznym oraz relacjami z mainstreamem III RP.

IV. Rola w życiu społeczno-politycznym

Pierwszym i podstawowym zadaniem Drugiego Obiegu 2.0 jest tworzenie infrastruktury patriotyzmu, do tego bowiem sprowadzają się wszystkie podejmowane działania. Jak nadmieniłem wcześniej, opcja niepodległościowa wypchnięta ze społeczno-politycznego mainstreamu zaczęła samorzutnie - bez centrum decyzyjnego, w rozproszony sposób – tworzyć rój spontanicznych inicjatyw: stowarzyszenia, gazety, media tradycyjne oraz internetowe, blogowiska, instytucje eksperckie... Tego typu działalność ma jedną, bardzo istotną cechę: wymusza osobiste zaangażowanie, rodzi poczucie wspólnoty i promieniuje na otoczenie. Zasada jest prosta: lokalne stowarzyszenie zaprosi Pospieszalskiego, czy Ewę Stankiewicz do Pcimia Dolnego, z kolei w Górnej Bździnie jakiś Iksiński rozkolportuje blogerski biuletyn, a w innym jeszcze miejscu ktoś zbierze podpisy pod petycją czy obywatelskim projektem ustawy... Mało spektakularne? Owszem, ale – mówiąc Łysiakiem – cierpliwości. Trawa z czasem zmienia się w mleko.

Drugi Obieg 2.0 potrzebny jest bowiem m.in. po to, by z tych quasi-podziemnych pozycji wychodzić w przestrzeń publiczną i „polityzować masy”. Temu celowi mają służyć te wszystkie projekcje „zakazanych filmów”, spotkania z „niesłusznymi” twórcami, naukowcami, intelektualistami, oraz dystrybuowanie zapisów wśród możliwie najszerszej rzeszy publiczności. Bez flirtów i koncesji na rzecz głównego nurtu, bo on jest w niepodzielnym władaniu obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP, który to obóz najżywotniej jest zainteresowany utrzymaniem obecnego stanu rzeczy i dlatego każdego naiwniaka pragnącego wchodzić z nim w konszachty przeżuje i wypluje.

Obiektywnie patrząc, zarówno poprzez kultywowany w nim system wartości, jak i podejmowane działania „organiczne”, Drugi Obieg 2.0 służy budowie IV RP. Budowie nie odgórnej, gdyż takowa może nastąpić tylko w wyniku wygranych wyborów, ale oddolnej, polegającej na codziennym, mozolnym budzeniu świadomości Polaków. To budzenie siłą rzeczy nie może przynieść efektów natychmiastowych, jest procesem rozłożonym w czasie, zatem różnym mędrkom, nie dostrzegającym świata poza wiodącymi mediodajniami, jawi się często jako bezproduktywne „gadanie do przekonanych”. Otóż nie. To „gadanie do przekonanych” oddziałuje na zewnątrz. Świadczą o tym różne sygnały – od widowni filmów produkowanych przez „Gazetę Polską” po poczytność portali, również blogerskich, których „klikalność” dalece wykracza poza „oszołomski” margines. Warto również zastanowić się, czy w ostatnim Marszu Niepodległości poszłoby tyle osób, gdyby nie „drugi obieg” właśnie.

Widzę tu ogromną przewagę nad obozem beneficjentów i utrwalaczy III RP, którego ekspozyturą jest obecna Dyktatura Matołów. Oni nie mają nawet namiastki podobnego ruchu obywatelskiego. Mogą liczyć na aparat państwa w rodzaju „rozgrzanych sądów”, służby, ewentualne „cuda przy urnach” i broń masowego ogłupienia – pozostające w ich rękach wiodące mediodajnie i zmanipulowanych, bądź „uśpionych” lemingów. Jest to siła typu PZPR-owskiego – bezideowa i interesowna, której potencjał, zwłaszcza wśród lemingowatego elektoratu będzie się nieuchronnie kurczył wraz z pogarszaniem się sytuacji w kraju i rozwojem drugoobiegowej działalności.

Ostatecznym celem politycznym jest przekucie wysiłku na sukces wyborczy, czyli zwycięstwo ugrupowania reprezentującego reformatorskie oczekiwania „drugoobiegowców” wobec państwa jako najwyższego wyraziciela narodowych aspiracji i realizującego polską rację stanu. Temu służyć ma tworzenie społecznego podglebia i dlatego wielce istotnym jest, by zaistniał realny sojusz, oparty na partnerskich relacjach, między światem polityki, a drugoobiegowymi społecznikami tworzącymi fenomenalny, niezależny od establishmentu, obywatelski pas transmisyjny dystrybuujący idee, informacje, opinie, z pominięciem reżimowych mediodajni.

Celem cywilizacyjno-kulturowym jest oczywiście wyłonienie autentycznych elit, autorytetów i stopniowa rekonkwista „rządu dusz” z rąk ich obecnych dzierżycieli – w sferze kultury, nauki, myślenia o państwie - i przebudowa fundamentów aksjologicznych życia społecznego.

V. Drugi Obieg 2.0 a mainstream III RP

W dyskursie drugoobiegowym sporo miejsca zajmuje kwestia postawy wobec oficjalnego, głównego nurtu III RP, sankcjonującego obecny porządek - zwłaszcza wobec mediów. Odwołam się tu do przykładu, który przytaczałem onegdaj w tekście „PiS a mediodajnie” i oparty na tym przykładzie wywód w znacznej części powtórzę. Otóż, od lipca 2008 do stycznia 2009 (pół roku) PiS bojkotował TVN. Bojkot ten, wbrew ponurym wróżbom, nie zachwiał słupkami poparcia. Okazało się, że obecność w Tusk Vision Network nie jest PiS-owi do niczego potrzebna. Bojkot odwołano, gdyż zbliżały się wybory do Parlamentu Europejskiego, no i cierpiące na syndrom odstawienia „spinki”, które później stworzyły PJN, bardzo płakały, bo nie miały się gdzie lansować. Koniec końców, PiS naraził się na szkody wizerunkowe i śmieszność, ale nie z powodu bojkotu jako takiego, tylko z powodu niekonsekwencji zatrącającej o koniunkturalizm, zaś w wyborach i tak dostał te swoje 27% z kawałkiem.

Ciekawa była reakcja TVN-u. Mianowicie, po początkowym okresie oburzenia przeplatanego drwinami, mediodajnia ta zaczęła wysyłać sygnały w stylu: „no co wy, wróćcie, przecież was nie zjemy...”. Co z tego wyszło, wiadomo – ciąg dalszy programów–egzekucji, w konwencji „trzech gości plus prowadzący na jednego pisowca”.

Dlaczego to przywołuję? Ano dlatego, że należy mieć świadomość, iż reżimowe mediodajnie i szerzej – cały mainstream III RP – by wodzić za nos społeczeństwo musi otoczyć się nimbem obiektywizmu, pluralizmu i całej reszty tych szamańskich zaklęć, niezbędnych do uprawiania skutecznej propagandy. Innymi słowy, aby skutecznie spełniać swą rolę, potrzebuje ciągłego uwiarygadniania się w oczach społeczeństwa. Tę swoistą legitymizację osiąga zapraszając „na alibi” do programu jakiegoś „oszołoma”, który choćby nie wiem jak się uwijał, to nie przegada czwórki pozostałych „dyskutantów” i będzie miał szczęście, jeśli akurat się zagapią i dadzą mu dokończyć choćby jedną myśl, jedno zdanie.

Kogo przekona w takich warunkach? Do kogo się przebije ze swym przesłaniem? Kto tu czerpie korzyści? No przecież, że nie my, tylko kołchoźniki perorujące później, że przecież są dla wszystkich, zapraszają gości z najróżniejszych opcji... i tele-gawiedź to łyka. Dotyczy to również innych sytuacji, gdzie z jakichś powodów usiłowanoby dokooptować któregoś z „drugoobiegowców” w charakterze kwiatka do kożucha.

Wiedzmy jedno: bojkot stanowi problem dla nich, nie dla nas, bowiem zaburza im misternie szytą narrację i grę pozorów. Nasza nieobecność jest wyraźnym sygnałem, krzyczącym oskarżeniem, nie mówiąc już o tym, że bez draki na ekranie i glanowania „mohera” spadają słupki oglądalności – czy jest w naszym interesie dostarczać „mięcha” cyklicznym seansom nienawiści? Dlatego należy odmówić udziału w legitymizowaniu tego chorego systemu, nie uwiarygadniać „onych” swoją obecnością, nie dawać im pożywki.

Na przeszkodzie staje tu rozpowszechniony mit wszechmocy mediów. Wedle tego mitu, należy „istnieć” nawet w skrajnie nieprzyjaznych miejscach, by przebić się ze swym komunikatem do masowego odbiorcy. Jak wykazałem powyżej, jest to szkodliwa bzdura. Gdyby choć połowę tej energii, którą zaangażowano w odwojowywanie przekazu „tamtych” i „zaistnienie” przeznaczono na budowę własnych kanałów dystrybuowania polityczno-społecznego przekazu i idei, już dawno bylibyśmy potęgą.

Drugi Obieg 2.0 to pozornie nic w porównaniu ze znaczeniem tradycyjnych reżimowych przekaziorów, ale gdyby to naprawdę było „nic”, to komuniści nie ścigaliby niegdyś podziemnej bibuły, a obecnie nie próbowano by dezawuować na każdym kroku alternatywnego przekazu. Ignorowano by nas po prostu, jak w latach 90-tych, bo komu może zagrozić garstka „oszołomów”... Tymczasem jest odwrotnie – mainstream i jego elity szaleją, sami już nie wiedzą czy nami straszyć, czy nas wykpiwać. Nic dziwnego. Taka jest logika tego systemu: musi być hermetycznie domknięty, albo pada. Każda szczelina powoduje prędzej czy później jego rozsadzenie. Zatem, zamiast akceptować narzucane reguły gry i robić z siebie kopanych po nerach durniów i frajerów, niezdarnie odgryzających się prześladowcom ku uciesze lemingowatej ludożery, należy skupić się na rozbudowie własnych, alternatywnych form przekazu. Wzmacniać współczesny Drugi Obieg 2.0. Konsekwentnie, z uporem docierać do ludzi.

Albowiem, Drugi Obieg 2.0 - te wszystkie pozornie słabe i rozproszone inicjatywy - są jak rój. Można utłuc jedną czy drugą pszczołę, ale koniec końców rój zawsze wygrywa.

Gadający Grzyb

O Drugim Obiegu 2.0 pisałem, bądź wzmiankowałem w notkach:

http://niepoprawni.pl/category/tagi-z-blogow/drugi-obieg-20

środa, 25 stycznia 2012

Drugi Obieg 2.0 – cz. I


Drugi Obieg 2.0 jest to wielowątkowy, oddolny nurt społeczny skupiający 20-30% obywateli kultywujących patriotyczny światopogląd.


Wstęp

Skoro już gdzieś tak od grudnia toczy się ten „najważniejszy spór publiczny od okresu zaczętego katastrofą smoleńską” (jak spór o „drugi obieg” określił Krzysztof Kłopotowski), to i ja, skromny bloger, skrobnę coś „w temacie”. Co sądzę o sporze i jego okolicznościach napisałem TUTAJ. Dziś będzie już o samym zjawisku - pisałem wprawdzie o „drugim obiegu” dużo wcześniej, ale zawsze przy okazji innych zagadnień, warto więc dokonać małego resume i pozbierać refleksje w jednym miejscu.

Na początek wyjaśnię, dlaczego postanowiłem używać nazwy Drugi Obieg 2.0. Chodzi o rozróżnienie między drugimi obiegami z czasów rozbiorów, okupacji i komuny, kiedy to działano w warunkach konspiracji, przy braku państwa, lub w państwie niesuwerennym (kadłubowe Królestwo Polskie, PRL), a czasami obecnymi, gdy „drugi obieg” działa legalnie, w warunkach państwa nominalnie suwerennego, choć konsekwentnie zbywającego swą suwerenność na rzecz podmiotów międzynarodowych i kręcących tymiż podmiotami potęg. Oznaczenie „2.0” sygnalizuje również, rzecz jasna, rozwój nowoczesnych technologii komunikacji, ze szczególnym uwzględnieniem internetu, bez których niemożliwe byłoby funkcjonowanie Drugiego Obiegu 2.0 w obecnym kształcie.

I. Geneza

Skąd się wziął Drugi Obieg 2.0? Otóż, towarzyszył on III RP na niemal całej przestrzeni czasowej jej istnienia. Najprościej i najtrafniej byłoby powiedzieć, iż jest on odpowiedzią na systematyczne wypychanie poza nawias życia publicznego całych grup społecznych i marginalizację wyznawanych przez nich patriotyczno-niepodległościowych wartości w debacie publicznej. Polska po '89 roku stała się bowiem polem kolejnego eksperymentu z zakresu inżynierii społecznej. Projekt modernizacyjny podjęty przez okrągłostołowe „elity” zakładał (prócz zachowania żerowisk dla postesbecko-nomenklaturowych sitw) „unowocześnienie” i „europeizację” Polaków w duchu lewicowo-liberalnym, poprzez eliminację z ich życia tradycjonalistycznego systemu wartości. „My wam gwarantujemy kasę i nietykalność, wy nam oddajecie rząd dusz” - tak można by streścić niepisany sens okrągłostołowej umowy zawartej między „konstruktywną” opozycją a „liberalną” częścią PZPR.

Konsekwencje są znane: monopolizacja „rynku opinii” a la „Gazeta Wyborcza”, pedagogika wstydu, wyszydzanie religii i patriotyzmu, brak rozliczeń komunistycznych zbrodni, „przemysł pogardy” wobec polskiej „ciemnoty”, „zaściankowości” oraz osób „starszych, gorzej wykształconych, z małych ośrodków” (gładko przeniesiony potem na ś.p. prezydenta Lecha Kaczyńskiego). W efekcie, znaczna część Polaków została symbolicznie wyrugowana z własnej ojczyzny, nie pasowali bowiem do narzucanego odgórnie „nowoczesnego” schematu.

Tymczasem okazało się, że państwo się nie modernizuje, przeciwnie, przeżera je korupcja i postępująca niewydolność, wszechwładzę samozwańczych „autorytetów moralno-intelektualnych” nieodwracalnie nadszarpnęła afera Rywina, zaś skazana na wymarcie w zapomnieniu „mniej wartościowa” część ludności tubylczej zaczęła się samoorganizować obok oficjalnych struktur państwa. Prócz istniejących już Rodzin Radia Maryja zaczęły powstawać Kluby Gazety Polskiej, zakładano coraz więcej stowarzyszeń, w środowiskach intelektualnych wyewoluowała idea IV RP, w międzyczasie nastąpił przełom w postaci rozpowszechnienia dostępu do internetu, narodziła się i rozwinęła blogosfera...

Aż wybuchł Smoleńsk, a zaraz po nim nastąpiła „katastrofa po-smoleńska” obnażająca degrengoladę struktur państwa i zaprzaństwo establishmentu, który na ołtarzu strachu przed tłumami na Krakowskim przedmieściu, strachu przed widmem come backu znienawidzonego "Kaczora" i dla piarowskiego efektu polsko-rosyjskiego „pojednania”, złożył fundamentalną powinność, jaką jest wyjaśnienie katastrofy. Nastąpił czas opadania masek, czas kiedy ostatecznie okazało się, kto jest kim. Na fali posmoleńskiego „przebudzenia” Drugi Obieg 2.0 nabrał niesamowitej dynamiki, jednocześnie zaś mainstream III RP dołożył wszelkich starań, by ostatecznie usankcjonować nieformalny, wewnątrzpolski apartheid zwerbalizowany przez prof. Markowskiego: „Trzeba pracować nad tym, żeby się skutecznie, instytucjonalnie podzielić”. W ramach antysmoleńskiej kontrakcji Dyktatura Matołów rozpętała „bitwę” o Krzyż Smoleński wraz z całym wachlarzem prowokacji oraz uruchomiła przyśpieszone „dożynanie watah” w mediach publicznych i wszędzie gdzie tylko formalnie, bądź zakulisowo mogła to uczynić. Efektem było stosunkowo niedawne doszlusowanie do drugiego obiegu tzw. „nazwisk” o konserwatywnych poglądach, wyrzuconych z medialnego mainstreamu.

System został domknięty. Mamy sytuację jasną, jak nigdy do tej pory. Z jednej strony stoi indyferentny ideowo, dzierżący rządy i dominujący obóz beneficjentów i utrwalaczy III RP – czerpiący korzyści z obecnego stanu państwa. Z drugiej strony jest opozycyjny „ruch niezgody” znajdujący dla siebie formułę w „Drugim Obiegu 2.0”, będącym – podkreślę raz jeszcze - reakcją na celową marginalizację całych grup społecznych i „delegalizację” określonego spektrum poglądów w nominalnie suwerennym i demokratycznym państwie.

II. Czym jest Drugi Obieg 2.0?

Jak zdefiniować Drugi Obieg 2.0? Moim zdaniem, jest to wielowątkowy, oddolny nurt społeczny skupiający 20-30% obywateli kultywujących patriotyczny światopogląd, których J.M. Rymkiewicz ochrzcił mianem „Wolnych Polaków”. Nie posiada on jednolitej struktury – to konglomerat rozproszonych inicjatyw, tworzących, jak to określił prof. Zybertowicz - „archipelag polskości”, który składa się na „infrastrukturę patriotyzmu” (to z kolei określenie Rafała Ziemkiewicza). Ja używam czasem nazwy: Zjednoczony Obóz IV RP, dla podkreślenia, że: po pierwsze – mimo organizacyjnej niejednorodności, nurtowi temu przyświecają zbliżone cele (człon „Zjednoczony...”); po drugie - jednym z fundamentów owego ruchu jest niezgoda na dalsze funkcjonowanie Polski w obecnym kształcie i silnie akcentowana potrzeba budowy państwa opartego na z gruntu odmiennych założeniach (człon „...Obóz IV RP”).

Na Drugi Obieg 2.0 składają się: organizacje społeczne (Rodziny Radia Maryja, Kluby Gazety Polskiej, stowarzyszenia w rodzaju Solidarnych 2010, fundacje i in.), profesjonalne media ogólnopolskie (takie jak „koncern” o. Rydzyka, czy grupa mediów stworzonych wokół „Gazety Polskiej”), sieć portali internetowych, gazety lokalne, blogosfera, ludzie kultury, naukowcy oraz instytucje eksperckie (Fundacja Republikańska, Instytut Sobieskiego). Wymienione podmioty samorzutnie stworzyły alternatywne kanały wymiany poglądów i informacji, integrujące drugoobiegową społeczność. Efekt można było zaobserwować choćby na ostatnim Marszu Niepodległości, który był swoistym „przeglądem wojsk” Drugiego Obiegu 2.0. Tu podkreślić należy wysoki poziom „uobywatelnienia” - w przeciwieństwie do establishmentu III RP, który musi polegać na socjotechnicznej sprawności i medialnej sile rażenia służącej permanentnemu ogłupianiu lemingów.

Jak widać, głębokim nieporozumieniem byłoby sprowadzanie drugiego obiegu do obszaru mediów, do czego miewają tendencje rozpolemizowani dziennikarze. Świadomie zostawiam na boku świat polityki na czele z „główną partią opozycyjną”, bowiem wzajemne stosunki bywają tu trudne i niejednoznaczne, głównie ze względu na brak chęci nawiązania przez zawodowych polityków partnerskich relacji z „drugoobiegowcami”.

III. Założenia polityczno-ideowe

Jako się rzekło, jednym z fundamentów Drugiego Obiegu 2.0 jest niezgoda na dalsze funkcjonowanie Polski w obecnym kształcie, którym są jawne i niejawne ramy organizacyjne III RP wyznaczone przy Okrągłym Stole. Mamy więc do czynienia ze sprzeciwem wobec państwa zaprojektowanego jako żerowisko dla różnych sitw współtworzących obóz beneficjentów i utrwalaczy III RP, często sterowanych przez zagraniczne ośrodki dyspozycyjne i traktujących suwerennościowe atrybuty państwa w sposób czysto instrumentalny. Ten „ruch niezgody” dotyka również obecnej pozycji międzynarodowej Polski, która – szczególnie po Smoleńsku – coraz bardziej stacza się do roli „obrotowej bliskiej zagranicy” zdominowanej przez możnych sąsiadów, zaś jej establishment i spora część społeczeństwa zdradza niepokojące objawy „zmęczenia suwerennością”, popadając miejscami wręcz w narodowo-państwową abnegację.

W warstwie pozytywnej formułowana jest potrzeba zbudowania państwa będącego najwyższym wyrazicielem narodowych aspiracji, kierującego się racją stanu tak w polityce wewnętrznej, jak i na arenie międzynarodowej. Państwa zorientowanego na obywatela, które tworzy środowisko do gospodarowania w interesie własnym i przyszłych pokoleń, zakładania rodziny, rozwoju wspólnoty - słowem, do życia. Drugi Obieg 2.0 jest zatem wyrazem podmiotowości znacznej części polskiego narodu. Często w głównonurtowym dyskursie III RP taka postawa określana jest mianem „antysystemowej” (W. Kuczyński) i można się z tym zgodzić, z zastrzeżeniem, iż owa „antysystemowość” w rzeczywistości sprowadza się do odzyskania państwa, „systemowo” rozdrapywanego przez „swoje” i obce sitwy, dla obywateli.

Najpełniejszy jak do tej pory przegląd słabości III RP i proponowanych środków zaradczych dał ubiegłoroczny kongres Polska Wielki Projekt zorganizowany pod auspicjami Instytutu Sobieskiego i Fundacji Republikańskiej. Nie wiem wprawdzie, czy obie instytucje zaliczyłyby siebie do Drugiego Obiegu 2.0, ale obiektywnie patrząc, pozostają w nim – niezależnie od swej woli. Milczenie dominujących mediów na temat tego głównego intelektualnego wydarzenia 2011 roku było aż nadto wymownym wskazaniem miejsca w szeregu.

Wracając do drugoobiegowych założeń, podkreślić należy, że jego uczestnicy oczekują od państwa nie tyle post-politycznej „małej stabilizacji”, przysłowiowej już „ciepłej wody w kranie” połączonej z piarowskim cyrkiem, ile poważnego traktowania swych wewnętrznych i zewnętrznych zadań - i z tego przede wszystkim rozliczają polityczne elity. Dlatego też tak istotną rolę w cementowaniu Drugiego Obiegu 2.0 odegrały zbrodnicze zaniedbania władz w sprawie śledztwa smoleńskiego. „Drugoobiegowcy” postrzegają państwo jako wielkie wspólnotowe zobowiązanie, zaś niepodległość – jako niezbędny warunek realizacji tak wspólnotowych, jak indywidualnych przedsięwzięć. Ta wysoka świadomość obywatelska jest kolejną cechą wyróżniającą ich na tle społecznej większości.

Podsumowując tę część, drugi obieg zgrupowany wokół różnych pozamainstreamowych inicjatyw jest jedyną realną siłą państwowotwórczą, myślącą kategoriami interesu narodowego i „znającą obowiązki polskie”, jaką obecnie nasz kraj ma do dyspozycji.

CDN

Gadający Grzyb

P.S. O Drugim Obiegu 2.0 pisałem, bądź wzmiankowałem w notkach:

http://niepoprawni.pl/category/tagi-z-blogow/drugi-obieg-20

sobota, 21 stycznia 2012

Spór o „drugi obieg” z blogerskiego punktu widzenia


Dla spadochroniarzy z głównego nurtu stanowimy mierzwę, niczym – uczciwszy proporcje - „Solidarność” dla KOR-owskich „doradców”.


I. „Najważniejszy spór publiczny...”

Krzysztof Kłopotowski zauważył, że spór o „drugi obieg” „jest najważniejszym sporem publicznym od okresu zaczętego katastrofą smoleńską”. Rzecz jasna, obieg ów istniał na długo przed polemiką Warzecha-Ziemkiewicz, czego żywym i nieustającym dowodem jest blogosfera. Sam „około-przebudzeniowy” spór w „Rzepie” jedynie „usankcjonował” temat jako „dyskutowalny” w „oficjalnej” przestrzeni. Wcześniej, przy okazji premiery „Mgły”, o „drugim obiegu” powiedziała Joanna Lichocka, choć nie dam głowy, czy podświadomie nie zawężała – przynajmniej wtedy – wielkiego społecznego nurtu do wyautowanych koleżanek i kolegów dziennikarzy.

W każdym razie, fakt że dopiero teraz każdy kto żyw, z publicystami „Wyborczej” włącznie, uznaje za stosowne o drugim obiegu mówić, określać się jakoś wobec niego oraz roztrząsać zasadność jego istnienia i funkcjonowania, świadczy o głębokiej patologizacji naszej debaty publicznej, w której „problem” nie istnieje, dopóki z jakichś powodów nie uznają za stosowne podjąć go w ramach branżowych przekomarzanek żurnaliści. Bo widzicie, jakoś nie jestem przekonany, czy ci państwo tym całym istniejącym już szmat czasu „drugim obiegiem” zaprzątaliby sobie mądre głowy, gdyby kilka osób nie straciło roboty w publicznych mediodajniach, a wskazany przez Dyktaturę Matołów biznesmen nie przejął „Presspubliki”.

II. Na gotowe

Nieco na boku zostawiam tu „Gazetę Polską”, bo ona akurat, być może w odruchu samoobrony, hodując grono oddanych czytelników, czynnie ten „drugi obieg” współtworzyła: w czasach, gdy walczyła o przetrwanie, nie mogąc marzyć o obecnym poziomie sprzedaży, sponsorze takim jak SKOK, czy sfinansowaniu choćby najskromniejszej filmowej produkcji. Sakiewicz zakładał więc Kluby „Gazety Polskiej”, otwierał gazetę na różne środowiska (m.in. Akcję Alternatywną „Naszość” Lisiewicza), równolegle rozwijała się blogosfera, jakieś lokalne inicjatywy, wcześniej istniały już Rodziny Radia Maryja... - słowem, mozolnie powstawał drugi obieg. Mainstream ów obieg ignorował, czasem kwitował kpiną, my zaś olewaliśmy mainstream. Trwało to tak przez jakiś czas, aż nagle wybuchł Smoleńsk i „katastrofa po-smoleńska”, obnażająca wszechstronną degrengoladę państwa. Czas wstrząsu i przebudzenia dla wielu ludzi. Czas, kiedy ostatecznie okazało się, kto jest kim. Drugi obieg nabrał niesamowitej dynamiki, a równolegle Dyktatura Matołów uruchomiła przyśpieszone dożynanie watach w mediach publicznych i wszędzie gdzie tylko formalnie, bądź zakulisowo mogła to uczynić.

Joanna Lichocka, którą zresztą uważam za jedną z bardziej pozytywnych postaci tego towarzystwa, w rozmowie z Mazurkiem powiedziała: „Ja sobie drugiego obiegu nie wybrałam z kaprysu, ale zostałam do niego wrzucona” . Ta deklaracja mówi nam o środowisku „naszych”, „prawicowych” dziennikarzy więcej, niż chciałaby powiedzieć autorka. Bo oni wszyscy, z małymi wyjątkami (chcę wierzyć, że należy do nich Lichocka), zostali do nas – drugoobiegowców – wrzuceni wbrew sobie. Co, myśleliście, że sami przyszli, bo się w nas nagle zakochali? A skoro zostali już wyrzuceni na margines, to zaczęli się rozglądać i kombinować (nawyk zawodowy), jakby tu sobie urządzić odskocznię do powrotu gdy karta się odwróci i zagospodarować publikę. Łatwo im idzie, bo w sumie przyszli na gotowe, grunt przygotował kto inny. Tu uwaga - nie wątpię, że oni wierzą, przeżywają swą opozycyjność, nonkonformizm, walkę o lepszą Polskę itd. Umiejętność wzbudzania w sobie emocji stosownych do okoliczności jest cechą bardzo ułatwiającą funkcjonowanie w tym zawodzie.

III. Stado mustangów

Niemniej trzeba przyznać, że obecnie, po części zmuszeni okolicznościami, wykonują pożyteczną robotę, choć ich ambicje by pełnić role duchowo-intelektualnych przywódców, a także inne tego typu uroszczenia i uzurpacje wyglądają cokolwiek groteskowo. Ba, momentami dają wręcz do zrozumienia, iż to właśnie ONI – medialni wyjadacze - są drugim obiegiem! Oczywiście nie wątpię, że czują się do pełnienia podobnych funkcji wobec „Wolnych Polaków” predestynowani. Każdy, kto zna tyleż głęboko ugruntowane, co kompletnie bezzasadne poczucie wyższości przepajające dziennikarski światek z pewnością to potwierdzi. Wystarczy spojrzeć, jak traktowana jest przez nich „oszołomska” blogosfera (dobrym materiałem poglądowym jest Salon24, ale chodzi również o szerszy kontekst), by pozbyć się wszelkich złudzeń.

Teraz zmuszeni są od czasu do czasu poocierać się o nas, a nawet wydusić okazjonalnie kilka zdawkowych słów pochwały i pokokietować, bo przecież ktoś musi oglądać te filmy, kupić „Uważam Rze”, zapełnić salę na spotkaniu, nagłośnić w sieci jakąś inicjatywę, czy kliknąć na portal braci Karnowszczaków, ale nie łudźmy się. Dla spadochroniarzy z głównego nurtu stanowimy mierzwę, niczym – uczciwszy proporcje - „Solidarność” dla KOR-owskich „doradców”. Nie mówiąc już o tym, że patrzą na nas jak na frajerów, bo piszemy i działamy za darmo, a swe inicjatywy finansujemy ze zrzutek „co łaska”.

Jak to mówił Jacek Kuroń? „Rozpędzonego stada mustangów nie da się powstrzymać. Trzeba wskoczyć na grzbiet pierwszego, mocno trzymać się grzywy, a kiedy pęd osłabnie, powoli wykręcać". No właśnie.

Gadający Grzyb

czwartek, 12 stycznia 2012

IV RP o muerte! (część 2, ostatnia)


Dziś zajmiemy się zagadnieniem, dlaczego przyszła Polska MUSI przyjąć formułę IV RP i państwowotwórczą rolą Drugiego Obiegu 2.0.


Wprowadzenie

W poprzedniej części (http://niepoprawni.pl/blog/287/iv-rp-o-muerte-czesc-1) opowiedzieliśmy sobie o suwerenności i podmiotowości w życiu państwa oraz narodu, a także o zależnościach między nimi w kontekście racji stanu. Scharakteryzowaliśmy również postawę narodowo-państwowej abnegacji cechującą znaczną część współczesnych Polaków, następnie zaś przeszliśmy do wyjaśnienia kwestii po co nam silna, praworządna, podmiotowa i suwerenna Polska oraz naród rozumiejący „obowiązki polskie”.

Dziś natomiast zajmiemy się zagadnieniem, dlaczego przyszła Polska MUSI przyjąć formułę IV RP i państwowotwórczą rolą Drugiego Obiegu 2.0.

IV. IV RP o muerte!

Tytułowy okrzyk „IV RP lub śmierć!” parafrazujący słynne zawołanie kubańskich rewolucjonistów („socialismo o muerte!”), nie jest przejawem taniego efekciarstwa, czy tępego doktrynerstwa. Jest wyrazem pewnej konieczności, mówiącym, że albo nastąpi sanacja Polski wedle założeń z gruntu odmiennych od tych, które przyświecały tworzeniu III RP, albo niedługo Polski nie będzie w ogóle. III RP bowiem, jak wspomniałem w części poprzedniej, została zaprojektowana jako twór słaby, stanowiący dogodne żerowisko dla różnych sitw i grup interesów. Wyczerpującą diagnozę przyniósł w zeszłym roku zorganizowany przez Instytut Sobieskiego kongres „Polska Wielki Projekt”, gdzie paneliści z różnych specjalizacji dokonali miażdżącej krytyki stanu państwa i wskazali środki zaradcze. Nie wikłając się w szczegóły, należy powiedzieć, że obecna Polska jest państwem „zwijającym się” i to na wszelkich płaszczyznach – od abdykacji z podmiotowej polityki zagranicznej, czy rezygnacji z walki o utrzymanie sektorów przemysłu, które inne państwa europejskie jakoś są w stanie obronić, po tak pozornie błahe sprawy, jak likwidacja małych posterunków policji, czy placówek pocztowych.

Współczesna III RP przeżywa stadium potencjalnie śmiertelnego „zmęczenia suwerennością” - elity polityczne, przy poklasku ośrodków opiniotwórczych i bierności społeczeństwa coraz chętniej cedują prerogatywy państwa na zagraniczne i międzynarodowe ośrodki decyzyjne, zostawiając sobie kompetencje nadzorców autonomicznej prowincji i stosownie do tego zmniejszoną odpowiedzialność. Takie państwo nie może na dłuższą metę funkcjonować.

Dlatego właśnie IV RP - rozumiana jako państwo będące najwyższym wyrazicielem podmiotowości narodu, kierujące się w swej polityce wewnętrznej i zagranicznej racją stanu, działające na wszystkich obszarach w interesie swych obywateli i pozostające liczącym się graczem na arenie międzynarodowej – tak rozumiana IV RP jest koniecznością, podobnie jak koniecznością dla Francuzów jest silna Francja, a dla Niemców – silne Niemcy. Bo projekt „IV RP” tak naprawdę nie jest niczym nadzwyczajnym – to jak najbardziej zrozumiałe dla każdego obywatela dysponującego minimum dobrej woli i instynktu samozachowawczego, wołanie o normalne, sprawne państwo.

Tyle, że w kontekście założeń i praktyki funkcjonowania III RP, takie wołanie siłą rzeczy musi jawić się jako „antysystemowe”, zaś grupy podnoszące tego typu postulaty obwoływane są – jak czyni to np. Waldemar Kuczyński - „opozycją antysystemową”. Tymczasem, owa „antysystemowość” w rzeczywistości sprowadza się do odzyskania państwa, „systemowo”rozdrapywanego przez „swoje” i obce sitwy, dla obywateli.

V. Drugi Obieg 2.0

Na dzień dzisiejszy, siłą społeczną która najpełniej wyraża te państwowotwórcze postulaty jest „obóz IV RP”, działający w ramach tzw. „drugiego obiegu”, który ja nazywam „Drugim Obiegiem 2.0” - w odróżnieniu od „drugich obiegów”, które funkcjonowały podczas rozbiorów, okupacji, czy w PRL. O ile w przeszłości musiano prowadzić działalność w warunkach konspiracji, przy braku państwa, lub w państwie niesuwerennym (PRL) i ta konspiracja była wynikiem społecznej samoorganizacji przeciw zaborcy, okupantowi, bądź władzy pozostającej na usługach „Wielkiego Brata”, o tyle obecnie ów „Drugi Obieg 2.0” działając jawnie, jest zarazem efektem celowej marginalizacji całych grup społecznych i „delegalizacji” określonego spektrum poglądów w nominalnie suwerennym i demokratycznym państwie.

Ten swoisty wewnątrzpolski apartheid, zwerbalizowany choćby przez prof. Radosława Markowskiego (cyt. „Trzeba pracować nad tym, żeby się skutecznie, instytucjonalnie podzielić”) doprowadził do powstania dwóch obozów: dzierżącego rządy i dominującego obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP – czyli tych, którzy czerpią korzyści z obecnego stanu państwa oraz zmanipulowanych przez nich lemingów, oraz zepchniętego do Drugiego Obiegu 2.0 „Obozu IV RP” - czyli dwudziesto-, trzydziesto- procentowej mniejszości, ochrzczonej przez Rymkiewicza mianem „wolnych Polaków”. Ten drugi obóz, jest obozem niezgody na degrengoladę Polski i formułuje postulaty sanacyjne, zaś bezpośrednim katalizatorem zaostrzającym polaryzację była oczywiście katastrofa smoleńska i „katastrofa po-smoleńska”, czyli obnażenie wszechstronnej słabości państwa, a także ciąg posunięć oraz zaniechań rządu i szeroko rozumianych elit III RP w sprawie śledztwa.

Trzeba zauważyć, iż powstanie Drugiego Obiegu 2.0 nie było samoistnym wyborem, lecz skutkiem pogardliwego wypchnięcia przez „mainstream” części społeczeństwa z „oficjalnej” przestrzeni. Krótko mówiąc: Drugi Obieg 2.0 jest odpowiedzią na niedostatek pluralizmu debaty publicznej w III RP. W efekcie, poza oficjalnym obiegiem, zaczął tworzyć się zybertowiczowski „archipelag polskości” - stowarzyszenia, portale internetowe, inicjatywy społeczne, gazety itd. Samorzutnie zaczęły się tworzyć alternatywne kanały wymiany poglądów i informacji integrujące drugoobiegową społeczność (blogosfera!). Przy okazji warto nadmienić, iż to, co może się wydawać słabością – rozproszenie inicjatyw - jest zarazem siłą: brak jednego centrum decyzyjnego uniemożliwia rządowi rozprawienie się ze współczesnym „drugim obiegiem” za pomocą jednego, skoncentrowanego uderzenia. Wielką rolę odgrywa tutaj internet, którego, mimo różnych zakusów, nie udało się władzy obezwładnić.

Drugiemu Obiegowi 2.0 i kontrowersjom wokół niego przyjdzie pewnie niedługo poświęcić osobną notkę, jednak na potrzeby niniejszego tekstu zauważę jeszcze jedno: drugi obieg jest wyrazem podmiotowości znacznej części polskiego narodu. Obiektywnie patrząc, zarówno poprzez kultywowany w nim system wartości, jak i podejmowane działania „organiczne”, służy budowie IV RP, rozumianej jako państwo będące najwyższym wyrazicielem narodowych aspiracji i realizujące polską rację stanu. Budowie nie odgórnej, gdyż takowa może nastąpić tylko w wyniku wygranych wyborów, ale oddolnej, polegającej na codziennym, mozolnym budzeniu świadomości Polaków. To budzenie siłą rzeczy nie może przynieść efektów natychmiastowych, jest procesem rozłożonym w czasie, zatem różnym mędrkom, nie dostrzegającym świata poza wiodącymi mediodajniami, jawi się często jako bezproduktywne „gadanie do przekonanych”. Otóż nie. To „gadanie do przekonanych” promieniuje na zewnątrz. Świadczą o tym różne sygnały – od widowni filmów produkowanych przez „Gazetę Polską” po poczytność portali, również blogerskich, których „klikalność” dalece wykracza poza „oszołomski” margines. Warto również zastanowić się, czy w ostatnim Marszu Niepodległości poszłoby tyle osób, gdyby nie „drugi obieg” właśnie.

Innymi słowy, społeczności zgrupowane wokół różnych pozamainstreamowych inicjatyw są jedyną realną siłą państwowotwórczą, jaką obecnie ma do dyspozycji Polska. Warto, by świat zawodowej polityki, na czele z największą partią opozycyjną, był łaskaw o tym pamiętać. Jeśli ktoś jednak taką państwowotwórczą siłę widzi gdzie indziej, proszę mi ją pokazać. Chętnie się przypatrzę.

Gadający Grzyb

P.S. Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/ani-dla-jednych-ani-dla-drugich

http://niepoprawni.pl/blog/287/iv-rp-o-muerte-czesc-1

http://niepoprawni.pl/blog/287/nowa-podmiotowosc-lewiatana

http://niepoprawni.pl/blog/287/obrotowa-bliska-zagranica

poniedziałek, 21 listopada 2011

Marsz Niepodległości AD 2012 – akcja licznikowa na NP.pl!


Nie będą komunisty robić ze mnie faszysty! - z dedykacją dla „GW”


Zainspirowały mnie wpisy Antysalona, w tytułach których autor konsekwentnie odlicza dni do kolejnego Marszu Niepodległości. Postanowiłem „pociągnąć” ten pomysł w nieco zmodyfikowanej formie. Otóż proponuję, żeby wszyscy blogerzy na Niepoprawnych, którzy solidaryzują się z ideą Marszu, zamieścili na swych blogach liczniki odmierzające czas do 11 Listopada 2012 roku, kiedy to – daj Boże – Marsz Niepodległości znowu przejdzie ulicami Warszawy.

Niech będzie to znakiem naszego szacunku i wyrazem pamięci o tych, którzy poświęcili się idei Niepodległej Polski, świadectwem patriotycznego światopoglądu, a zarazem deklaracją udziału w przyszłorocznym Marszu.

Liczniki Niepodległości będą jednocześnie pełniły rolę swoistych „wirtualnych oporników” przeciw potokowi kłamliwych pomyj wylewanych przez mediodajnie będące propagandową ekspozyturą obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP. Obozu – nie zapominajmy - tkwiącego korzeniami w antypolskiej, zbrodniczej i zdradzieckiej tradycji KPP i PZPR. Niech ci, którzy w dzień Święta Niepodległości nie wahali się sięgać po niemieckie bojówki przeciw polskim patriotom i szkalować Wolnych Polaków oskarżeniami o „faszyzm” zobaczą, że ich łgarstwa i manipulacje nie robią na nas wrażenia.

A „Gazeta Wyborcza”, która w manipulancki sposób zarzuciła „Niepoprawnym” wzywanie zagranicznych „prawicowych radykałów” niech się napatrzy, skoro tak „wnikliwie” monitoruje nasz Portal.

Cytując treść jednego z transparentów Marszu: „Nie będą komunisty robić ze mnie faszysty!”.


Teraz wskazówki techniczne. Przykładowy licznik można zobaczyć w prawej kolumnie mojego bloga i wygląda tak:

Pochodzi on ze strony: http://edodatki.pl/widget/odliczanie-dat. W necie takich stronek z licznikami jest więcej, ale żeby nie mieszać będę się trzymał tego, co umieściłem u siebie.

Jak wstawić licznik?

1) Na stronie http://edodatki.pl/widget/odliczanie-dat w rubryce „Data” wpisujemy "2012-11-11" i godzinę "15:00" (o tej porze miał planowo ruszyć tegoroczny Marsz Niepodległości).

2) W rubryce „Napis” wpisujemy „Marsz Niepodległości”.

3) Wybieramy z podanej na stronie palety kolor czcionki i zaznaczamy „ptaszkiem” okienko „Odliczanie do”.

4) W rubryce „Napis po zakończeniu odliczania” wpisujemy „Marsz Niepodległości!” (rubryka mieści napisy do 20 znaków).

5) Wybieramy kolor i kształt licznika.

6) Następnie zaznaczamy wygenerowany poniżej kod i kopiujemy do schowka (ctrl-c).

7) Na swoim blogu na Niepoprawnych wchodzimy do zakładki „Moje konto”, następnie zaś klikamy „Edytuj”.

8) Następnie w rubryce „Opis bloga” wklejamy kod licznika (ctrl-v).

9) Klikamy „Dodaj” i gotowe! (Opcjonalnie można wykasować fragment kodu zawierający reklamę ;) ). Nad kodem licznika warto dodać jakiś opis. Ja wpisałem "<p><b>Do Marszu Niepodległości AD 2012 zostało:</b></p>" (bez cudzysłowu).

I tak w kilku prostych krokach (parę minut roboty) uzbroiliśmy się w licznik. Jeśli ktoś prowadzi bloga również na innych portalach – wiadomo: też wklejać! Niestety, na Salonie24 nie da rady – sprawdzałem, ten portal nie jest „Java friendly” ;)) - ale proszę próbować w innych miejscach.

Jeśli mimo wszystko ktoś będzie miał problemy z wklejeniem licznika na swojego bloga – proszę o zgłoszenie w komentarzu pod tekstem (lub prywatną pocztą). Chętnie pomogę, lub sam wkleję (oczywiście, za zgodą użytkownika).

Gadający Grzyb

wtorek, 8 listopada 2011

Marsz Wolnych Polaków


Elementem uprawianej wobec Polaków antygodnościowej socjotechniki jest zohydzenie Święta Niepodległości – tak, by kojarzyło się przede wszystkim z ulicznymi zadymami.


I. Cierń w oku

Dzień 11 Listopada był cierniem w oku „Wyborczej” co najmniej od czasu, gdy ś.p. Prezydent Lech Kaczyński postanowił Świętu Niepodległości, wcześniej obchodzonemu jakby mimochodem, nadać odpowiednią rangę. Była to naturalna kontynuacja drogi zapoczątkowanej przez Muzeum Powstania Warszawskiego – polityki historycznej mającej przywrócić Polakom poczucie narodowej dumy ze swej historii i ojczyzny. Tego społeczni pedagodzy sprawujący nad ludnością tubylczą zarząd dusz i umysłów z ramienia obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP zdzierżyć nie mogli. Fachowcy od podrywania godnościowych podstaw patriotyzmu zaczęli dawać odpór.

Pamiętam jak dziś, gdy trzy lata temu w „Wyborczej” ukazał się wyjątkowo wredny artykuł prof. Andrzeja Romanowskiego „Nie lubię 11 Listopada”, w którym autor na kilku stronach pastwił się nad „tournee” Lecha Kaczyńskiego, albowiem bardzo nie podobało mu się, że Prezydent z okazji okrągłej, 90-tej rocznicy odzyskania niepodległości, objeżdża Polskę z cyklem okolicznościowych spotkań-prelekcji. Profesor Romanowski tekst zakończył uroczym zdankiem: „Święto Niepodległości z prezydentem Lechem Kaczyńskim to na pewno nie jest moje święto.”

Rychło okazało się, że to w ogóle nie jest święto profesora i jego kolegów, obojętnie - z Lechem Kaczyńskim, czy bez.

Był wszakże jeden pozytyw: tekst Romanowskiego wnerwił mnie na tyle, że postanowiłem rozpocząć blogowanie i spłodziłem debiutancki tekst „Patriotyzm wczesnego średniowiecza” od którego zaczęła się moja obecność na Niepoprawnych :).

II. Antygodnościowa socjotechnika

No, ale to były niewinne intelektualne igraszki w porównaniu z dniem dzisiejszym, w międzyczasie bowiem dojrzało i doszło do głosu pokolenie pryszczatych hunwejbinów Nowej Lewicy spod znaku „Krytyki Politycznej”, którym ze zmiennym szczęściem usiłują „mentorzyć” geronci z „Wyborczej” pokroju Seweryna Blumsztajna. Z drugiej strony jednak, sierakowszczyzna próbuje coraz śmielej kolonizować ideologicznie „Wyborczą”, ta zaś na to przyzwala i wypożycza swój propagandowy potencjał bo ma doświadczenie w podchwytywaniu mądrości etapu i wyczuwaniu ducha epoki. Czyni to tym chętniej, że ma w tym swój cel – stara się użyć sfanatyzowanych pryszczatych neomarksistów w charakterze narzędzia antygodnościowej socjotechniki, której elementem jest zohydzenie w odbiorze społecznym Święta Niepodległości, tak by kojarzyło się przede wszystkim z ulicznymi zadymami. Mogliśmy tego doświadczyć rok temu, podczas rozróby towarzyszącej Marszowi Niepodległości. W tym roku zobaczymy to samo w wersji do kwadratu.

Pryszczaci niech sobie wierzą, że zwalczają „faszystów” i wykuwają Nowy Wspaniały Świat, jak Gramsci przykazał. Starcy z Czerskiej natomiast bronią zdobyczy obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP, którego są nieodłączną częścią. Do tego zaś potrzeba nie tyle przemodelowania społeczeństwa w duchu neomarksistowskiej Nowej Lewicy, ile utrzymania postkolonialnego motłochu w permanentnym poczuciu wstydu i niższości, by nafaszerowani kompleksami priwislańscy autochtoni pozostawali łatwą do sterowania masą z zaburzonym poczuciem tożsamości.

Tak więc, choć cele starców i pryszczatych są ciut odmienne i obie grupy starają się wzajemnie wykorzystać, to łączy ich wspólny wróg, którym jest te 20-30 procent Wolnych Polaków, którzy wciąż czują się narodem i zaczynają się samoorganizować wokół wspólnych, tradycyjnych wartości. A jak uczy historia, którą potomkowie weteranów KPP znają z rodzinnych przekazów, bądź wręcz sami w jej tworzeniu brali udział, w sprzyjających okolicznościach zdeterminowana mniejszość może zagospodarować społeczne otoczenie i przejąć stery.

Aby do tego nie dopuścić, przedsięwzięli szereg środków zapobiegawczych, m.in. biorąc na czerwony celownik Marsz Niepodległości.

III. Spadkobiercy stalinizmu

Skoro ustaliliśmy już generalia, warto się teraz przyjrzeć kilku szczegółom, są one bowiem tyleż charakterystyczne, co pouczające. Otóż propaganda rozpętana przez „Wyborczą” jako żywo przypomina stalinowskie wzorce – zupełnie jakby dała znać o sobie jakaś pamięć genetyczna. Jak wiemy, a można o tym poczytać choćby u Godziemby, należy przede wszystkim zdehumanizować przeciwnika i zmienić znaczenie pojęć – stąd to nieustanne gardłowanie o „faszystach” zamiennie z „nazistami”, z pominięciem drobnostki - że to nie to samo. I absolutnie nie ma znaczenia, że jako żywo nikt na marsz żadnych brunatnych socjalistów nie zapraszał, albowiem pałki „faszyzmu” używa się tu w znaczeniu stalinowskim: „faszystą” jest ten, kogo my napiętnujemy jako faszystę. Za Stalina nawet zachodni socjaldemokraci robili za „socjalfaszystów”, zatem dzisiejsi wyrobnicy propagandowego frontu są jedynie epigonami semantycznych dokonań Wielkiego Językoznawcy.

Kolejną metodą jest potęgowanie poczucia zagrożenia, by usprawiedliwić w ten sposób własną przemoc. Tu mamy prawdziwy popis manipulacji: lewacy z Porozumienia 11 Listopada postanowili zaprosić do Warszawy bojówkarzy z Antify, bo im samym by rozbić Marsz Niepodległości sił nie dostaje, następnie zaś „Wyborcza” rozpętuje histerię wokół domniemanych prawicowych „radykałów” z różnych krajów Europy, którzy rzekomo mają się stawić na pochodzie. Jako „podkładkę” wykorzystuje list opublikowany na portalu Niepoprawni.pl skierowany do oficjalnych instytucji i polityków, zawiadamiający o spodziewanym najeździe Antify, który według „informatorów” miał zostać rozesłany (przez kogo?) „do wielu radykalnych organizacji z Europy”.

Oczywiście, warunkiem niezbędnym dla skuteczności tego łgarstwa jest zignorowanie wystosowanego przez Redakcję Niepoprawnych sprostowania, które nawiasem mówiąc, zostało pominięte milczeniem również przez media sprzyjające Marszowi i deklarujące poparcie, co dla mnie jest ździebko niezrozumiałe.

W ten sposób zamazuje się za jednym zamachem kilka kwestii bardzo niewygodnych dla pryszczatych „antyfaszystów” i pozostającej z nimi w taktycznym sojuszu Czerskiej: po pierwsze - że mają zamiar bezprawnie zablokować legalny pochód; po drugie - że noszą się z zamiarem użycia przemocy wobec uczestników Marszu i prawdopodobnie również sił porządkowych; po trzecie wreszcie – że na Marszu żadnych neo-hitlerowców nie będzie, bo nikt ich nie zapraszał.

IV. Dyktatura Matołów kontra Wolni Polacy

W tym wszystkim ciekawi mnie jeszcze jak zachowają się siły porządkowe – policja i straż miejska, które schemat przyzwalającej bierności dla poczynań zadymiarzy przetrenowały podczas ubiegłorocznych zajść pod Krzyżem na Krakowskim Przedmieściu. Póki co, Dyktatura Matołów pozostaje w stanie powyborczego przekonania o wszechmocy, zatem niewykluczone, że zapragnie rękami lewackich bandytów dorżnąć kolejną watahę. Możliwe jest również że policja, zamiast separować od siebie obie grupy, z premedytacją dopuści do zamieszek i wkroczy tłukąc wszystkich po równo, gdy zadyma nabierze właściwej dynamiki. Właściwej, czyli takiej, która odpowiednio zaprezentuje się przed kamerami przybyłych na miejsce mediodajni, przebierających mikrofonami by sprzedać tele-gawiedzi odpowiednio krwiste obrazki podrasowane słuszniackim komentarzem o faszystowskich burdach urządzanych przez „prawdziwych Polaków” w sercu Stolicy. Zresztą, co ja tam będę Kolendy czy innych takich uczył. Sami wiedzą.

Jeśli trafnie odczytuję intencje Dyktatury Matołów, to kurs na zohydzenie społeczeństwu wszystkiego co może się kojarzyć z inicjatywami Wolnych Polaków poskutkuje właśnie którymś z powyższych scenariuszy, pięknie wpisujących się w uskuteczniany od czterech lat model pełzającej represjonizacji. Pozaoficjalne obchody najważniejszego święta państwowego, urządzane w duchu niekoniecznie miłym władzy, mają zostać odarte z godności, tak by zbitka 11 Listopada = burdy i obciach wdrukowała się w zwoje odbiorców i zagnieździła w nich na dobre.

No bo, patrząc racjonalnie: udało się ze Smoleńskiem, udało się Krzyżem – to dlaczego nie miałoby się udać i tym razem?

Gadający Grzyb

wtorek, 5 kwietnia 2011

Triumf dezinformacji


Na miejscu polityczno-medialnego mainstreamu wręczyłbym sobie 10 kwietnia 2011 roku bukiet goździków i butelkę samogonu.



I. Operacja - dezinformacja.


Na miejscu polityczno-medialnego mainstreamu, który od pierwszych godzin po katastrofie smoleńskiej ruszył do odkręcania jej możliwych skutków społecznych, wręczyłbym sobie 10 kwietnia bukiet goździków i butelkę samogonu. Nieformalna „Operacja – dezinformacja” zakończyła się bowiem pełnym powodzeniem.


Nie trzeba było nawet działań stricte agenturalnych (choć i takie z pewnością miały miejsce). Wystarczył widok tłumów na Krakowskim Przedmieściu, by nadwiślańskie łże-elity w poczuciu zagrożenia same, z własnej i nieprzymuszonej woli, rzuciły się do roboty w charakterze moskiewskiej „agentury opinii”.


Temu miało służyć bezustanne wspieranie rosyjskiej wersji wydarzeń, z której chyba nic nie okazało się prawdą i rzucanie się z opętańczym wrzaskiem na każdego, kto śmiał kwestionować sens polsko-rosyjskiego „pojednania” przed wyjaśnieniem przyczyn katastrofy. Temu służyć miały idące w dziesiątki medialne „wrzutki”, wszystkie bez wyjątku fałszywe, ale z których nikt się nie wycofał i za które nikt nie przeprosił.


Temu wreszcie miało służyć relacjonowanie sporu wokół „wyjaśniania” przyczyn katastrofy a la MAK w taki sposób, by przeciętny odbiorca nic z tego nie rozumiał, tylko odnosił mętne wrażenia, że „oni” - politycy - „znów się kłócą”, zaś „pisiory” z Jarosławem Kaczyńskim na czele pragną ukręcić na tragedii swoje brudne, polityczne lody.


Ta samorzutna operacja, w której większość uczestników zastraszona widmem nawrotu „kaczyzmu” pozwoliła się tyleż aktywnie, co bezinteresownie wykorzystać w charakterze agentów wpływu i opinii, zakończyła się, jak napisałem, pełnym powodzeniem. Wbito, mówiąc Maciejem Szczepańskim, miliony gwoździ w milion desek. Jakie są efekty teraz, na kilka dni przed rocznicą 10. kwietnia?


II. Operacja – dezintegracja.


Zanim spróbuję odpowiedzieć na powyższe, wtrącę uwagę bardziej ogólną. Od zarania III RP jej beneficjenci z powodów o których oni wiedzą a my rozumiemy, lub przynajmniej się domyślamy, doznają niepohamowanego drżenia łydek na widok jakichkolwiek oddolnych społecznych ruchów czy inicjatyw, które nie są przez naszych „bogów demokracji” kontrolowane. Ruchy takie mają być nieodmiennie i z definicji populistyczne, ksenofobiczne, obarczone piętnem katoendeckich demonów i oświetlone poblaskiem stosów, tudzież „nazistowskich” pochodni. Oczywiście wiemy dobrze, że nie o to chodzi, że tak tylko gadają by zamaskować strach całkiem innego rodzaju – lęk przed strąceniem ze „sprywatyzowanego” Parnasu w otchłań potępienia.


Właśnie dlatego wszelkie oznaki jednoczenia się poważnej części społeczeństwa muszą być duszone w zarodku i dlatego też kwietniowe widoki z Krakowskiego Przedmieścia sprawiły, że prócz opisanej wyżej dezinformacji, mającej przykryć współodpowiedzialność ekip Tuska i Putina, prowadzono powiązaną operację dezintegracyjną, tak by Polacy po staremu skoczyli sobie do oczu i gardeł, zaś atmosfera Żałoby Narodowej stała się odległym wspomnieniem.


I tę operację również wykonano na medal. Obrazki zajść spod Krzyża przed Pałacem Prezydenckim i tendencyjne relacjonowanie ich przez wiodące mediodajnie, to tylko jej najbardziej spektakularny przejaw. Prawdziwa katastrofa wniknęła jednak w społeczną tkankę znacznie głębiej.


III. Rzyganie Smoleńskiem.


To co w moim odczuciu jest prawdziwym triumfem dezinformacyjno-dezintegracyjnej operacji, to obrzydzenie smoleńskiego tematu tzw. szerokim rzeszom społecznym. „Szerokie rzesze społeczne”, że tak przypomnę, składają się bowiem z ludzi, którzy nie interesują się na co dzień polityką, nie chodzą na wybory, starają się jakoś tam urządzić w nieprzyjaznym świecie i są na tyle zaprzątnięci codzienną orką socjalno-bytową, że nie mają ani czasu, ani chęci, ani – zazwyczaj - kwalifikacji intelektualnych, by rozgryzać czemu otaczająca rzeczywistość jest im aż tak wroga.


Aha, jeszcze jedno - ludzie ci również nie śledzą blogosfery i nawet najgenialniejsze wpisy nigdy do nich nie dotrą. Oglądają za to telewizję w pełnym przekonaniu, że są w ten sposób należycie poinformowani. Wspominam o tym dlatego, że zdajemy się – my, blogerzy i generalnie, aktywna część prawicowej opcji – ulegać ułudzie, iż „docieramy”. No, bo klikalność rośnie, mnożą się inicjatywy, frekwencja na kolejnych miesięcznicach przyzwoita, filmy „okołosmoleńskie” sprzedają się, na pokazach tłumy, nakład „Gazety Polskiej” skoczył o jakiś miliard procent... i tak dalej. Bardzo to przyjemne samopoczucie, że zacytuję młodszego lejtnanta Miszkę Zubowa.


A potem spotykasz przechodnia, albo pogadasz z wujkiem Władkiem u cioci na imieninach i okazuje się, że ludzie „rzygają Smoleńskiem”. Sam usłyszałem to ostatnio z ust cenionej przeze mnie osoby i to - w zasadzie - inteligentnej i kumatej. Owo „rzyganie Smoleńskiem”, co charakterystyczne, wypowiadane lub wręcz wykrzykiwane jest na wysokim emocjonalnym diapazonie. „Rzygam Smoleńskiem” mówią często ludzie co do których istniała nadzieja wyrwania ich z „prywatnościowego” marazmu; którzy przeżywali, którzy przez moment, pod wpływem kwietniowej traumy coś poczuli... a teraz reagują na hasło „Smoleńsk” ledwie kontrolowaną agresją. Jasne, parę osób rok temu ocknęło się na dobre – widujemy ich m.in. na blogach i w komentarzach, jednak są to wyjątki potwierdzające ponurą regułę.


Uśmiercenie społecznej aktywizacji zanim tak naprawdę miała szansę się narodzić to kolejny goździk do bukietu i kolejny łyk dobrze zapracowanego samogonu dla tych, którzy będą świętować (tak właśnie, świętować!) 10 kwietnia.


IV. Pasy transmisyjne.


Zwrócę jeszcze raz uwagę na emocjonalność demonstrowanej odrazy do wszystkiego co wiąże się z tematem katastrofy. Zupełnie tak, jakby jakiś czarnoksiężnik podmienił te pozytywne, pełne zadumy, patriotyczne uczucia sprzed roku na żrący jad zatruwający dusze. Ale to żadne czarnoksięstwo – zwykła, dość ordynarna socjotechnika, jednak skuteczna w warunkach starannie kontrolowanego oligopolu opinii, gdy zagoniony człowiek nie ma czasu na zastanawianie się, co tak naprawdę jest mu wkładane do głowy.


Cóż bowiem widzi? Ano widzi, że jest mu coraz ciężej, że po spłacie raty kredytu za mieszkanie coraz mniej zostaje na życie, a tymczasem politycy kłócą się o Smoleńsk / Krzyż / Pomnik – wstaw dowolne. Zupełnie jakby to miało kogokolwiek nakarmić, prawda? Przy czym burdy nieodmiennie wszczyna „pisowska opozycja”, na co rząd i sojusznicze mediodajnie reagują pełnym niesmaku grymasem: „no sami widzicie, jacy oni są...” I to działa. Telewidz patrzy na spreparowany pod niego obrazek i czuje jak rośnie w nim niekontrolowana furia. Zabieg ten, powtarzany dzień w dzień na przestrzeni roku, implantuje tę furiacką wściekłość i frustrację w duszę, mózg, krwiobieg... I obiekt manipulacji nawet nie pomyśli, że odbiera tylko taki przekaz, jaki chcą mu zapodać dyżurni didżeje od oglądu rzeczywistości. A „pasy transmisyjne” w przeciwieństwie do ludzkiej psychiki się nie męczą. „Pasy transmisyjne” funkcjonują bez wytchnienia.


W ten sposób nawet kryzys i nieudolność rządu przejawiającą się w tysięcznych, mniejszych lub większych sprawach, można emocjonalnie, „pozamózgowo” przypisać... opozycji i katastrofie smoleńskiej, której przecież „wszyscy mają dosyć”. Przy czym, warto to dopowiedzieć, naturalny ludzki przesyt jakąkolwiek tematyką udało się przekuć już chyba na stałe w zapiekłą złość na „pisuarów”. Majstersztyk. Goździk – kielich - rąsia, towarzysze.


V. Wolni Polacy czy „polactwo”?


Kończąc pomału tę niewesołą diagnozę, wspomnę o jeszcze jednym aspekcie, który uświadomiła mi osoba od „rzygania Smoleńskiem”. Otóż, między „rzyganiem Smoleńskiem” a obrazowaniem swej heroicznej (bez żadnej ironii) walki o utrzymanie się na powierzchni w miarę normalnego życia, powiedziała coś w tym guście: „po to wybieramy polityków, by byli za nas odpowiedzialni”. Trudno w tym kontekście nie wspomnieć refleksji Ziemkiewicza, że „polactwo” cechuje mentalność pańszczyźnianego chłopa, który w warunkach demokracji głosuje po prostu na dziedzica folwarku, który to dziedzic ma następnie obowiązek zatroszczyć się o swych „folwarcznych”.


Po 10.04.2010 była szansa, by jakąś część ludzi myślących (?) w ten sposób wyrwać z mentalnych czworaków, tak by doszli choćby do punktu opisywanego przez Chłodnego Żółwia: że ta odpowiedzialność działa w obie strony i my, wyborcy, powinniśmy nieustannie pilnować naszych wybrańców niczym krówek na pastwisku, aby nie właziły w szkodę. Tak powinni postępować Wolni Polacy, by nie stoczyć się do poziomu „polactwa”. I do tego właśnie ci, którzy w najbliższą rocznicę będą odbierali swoje samogony i goździki, starają się za wszelką cenę nie dopuścić.


***


Kiedy Dziesiątego Kwietnia spotkamy się na różnych uroczystościach, pamiętajmy więc o tym, że choćby optycznie było nas wielu, to nie odzwierciedlamy społecznej normy. Normą są natomiast ci, którzy – użyję jeszcze raz tej upodlającej frazy – „rzygają Smoleńskiem”.


Gadający Grzyb


Podobna tematyka: http://niepoprawni.pl/blog/287/socjologia-obojga-narodow