Pokazywanie postów oznaczonych etykietą agentura opinii. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą agentura opinii. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 lipca 2012

Propagandyści społeczni

Propagandyści społeczni stanowią swoistą „agenturę opinii”, zapewniając obsługę frontu ideologicznego z ramienia Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP.

I. Agentura opinii

W niedawnym tekście „O niewartościowaniu pojęć” wspomniałem o społecznych propagandystach, w jakich zamieniają się przedstawiciele nauk społecznych, ze szczególnym uwzględnieniem socjologów i psychologów społecznych. Pociągnę dziś ten wątek. Otóż państwo ci (np. moja ulubiona trójca profesorska - Janusz Czapiński, Radosław Markowski, Ireneusz Krzemiński), pełniący rolę telewizyjnych profesorów od wszystkiego, starają się wprawdzie w miarę możności ukrywać, że ich rola polega nie tyle na badaniu i opisywaniu „coraz bardziej otaczającej nas rzeczywistości”, ile na jej czynnym współtworzeniu – ale od czasu do czasu w przypływie prometejskiej pasji pojadą tak otwartym tekstem, że trudno mieć wątpliwości. Używają zatem nimbu akademickiej powagi do kształtowania pożądanych z ich punktu widzenia postaw i zbiorowych emocji. Innymi słowy, są szczególnego rodzaju propagandystami, swoistymi „agentami opinii”, którzy pod pozorem objaśniania świata, współuczestniczą w pierekowce dusz i umysłów, zaprzęgając do tego swój naukowy autorytet.

Przypadłość ta nie jest oczywiście domeną tylko lewicowo-liberalnej strony sporu publicznego. Tzw. „nasi” naukowcy próbują robić mniej więcej to samo, tylko w drugą stronę: patriotyczno-niepodległościową, tradycjonalistyczną i konserwatywną. Wszak inicjatywa taka jak „Archipelag polskości” prof. Zybertowicza z jego „coachingiem patriotycznym”, służyć ma właśnie promowaniu pożądanych z naszego punktu widzenia postaw społecznych. Tyle, że Zybertowicz nie ukrywa swych zamiarów, występuje z otwartą przyłbicą jako działacz społeczno-polityczny i po tym można poznać szczerość intencji.

To ważne rozróżnienie – jakie działania podejmowane są otwarcie, w zgodzie z elementarną racją stanu i interesem narodowym, a co jest knute pod płaszczykiem naukowego obiektywizmu, sączone podskórnie przeciw nam, by przerobić społeczeństwo na luźny konglomerat wykorzenionych klonów hołdujących postępowym zabobonom, wbrew konstytutywnym cechom naszej zbiorowej tożsamości.

Zatem z jednej strony mamy do czynienia z próbami odtworzenia narodowego potencjału, z drugiej zaś – z permanentną promocją rozkładu, tak by na tożsamościowych gruzach zbudować współczesną wieżę Babel – Nowy Wspaniały Świat.

II. Nauka a propaganda

Tu jeszcze istotna uwaga: to, co ci panowie wypisują w stricte naukowych pracach, dzięki którym zrobili te swoje habilitacje i dochrapali się profesur nie ma najmniejszego znaczenia. A raczej ma o tyle, o ile ta naukowa rzetelność dochowywana na użytek kolegów-naukowców może stanowić kamuflaż, dzięki któremu tym skuteczniej robią wodę z mózgów kolejnym rzeszom lemingów. No bo przecież, jeśli mówi nam coś profesorska głowa z taaakim, panie, niekwestionowanym dorobkiem w swej dziedzinie, a pani dziennikarka w studio kiwa mu łebkiem przytakując - to tak musi być i basta. Tak działa ten mechanizm manipulacji – prostacki do obrzydliwości, lecz skuteczny.

Niemniej, jak rzekłem, to co piszą w swych pracach naukowych zasadniczego znaczenia nie ma, albowiem prace te czytane są wyłącznie przez wąskie grono kolegów po fachu i studentów, którzy i tak zapomną wszystko zaraz po sesji egzaminacyjnej, by zrobić sobie miejsce na następne mądrości, z których trzeba się będzie wyspowiadać za kolejne pół roku. Znaczenie ma natomiast to, co wygadują w mediodajniach, bądź piszą na łamach „opiniotwórczej” prasy. Może to mieć związek z efektami ich naukowych badań, niechby i luźny, ale nie musi.

III. Trzej muszkieterowie Postępu

Taki profesor Krzemiński wziął na warsztat Radio Maryja i jego słuchaczy, i wyszło mu, ku własnemu zdumieniu, że nie jest to wcale ciemny, zabobonny motłoch, zaś wyniki badań obaliły po kolei suflowane przez 20 lat medialne stereotypy. Tylko co z tego, skoro ten sam Krzemiński – już jako telewizyjny profesor od wszystkiego – zmienia się na wizji w wojującego hunwejbina, głosząc rzeczy stojące w jaskrawiej sprzeczności z tym, co ustalił Krzemiński-naukowiec?

Nie wiem, jak się to panu profesorowi wszystko układa i godzi pod czaszką, niewykluczone zresztą, że jest na tyle samoświadomy, iż zdaje sobie sprawę z tego intelektualnego dysonansu i wchodzi w kolejne role najzupełniej na zimno. Z drugiej jednak strony - demonstrowany przezeń poziom emocji na widok choćby prof. Zybertowicza świadczy, iż zinternalizował swą rolę społecznego propagandysty na tyle głęboko, że gotów jest zapomnieć dla niej o wynikach własnych badań. Takie dwójmyślenie jest w realiach III RP niezwykle przydatną umiejętnością.

O wiele bardziej spójny jest profesor Markowski, który we wrześniu 2010 na XIV zjeździe zorganizowanym przez Polskie Towarzystwo Socjologiczne, a więc przemawiając w gronie swoich, otwarcie abdykował z dociekania prawdy o III RP, mówiąc: „Nie można wytropić autora polskiego kapitalizmu”. Jest to zresztą postawa charakterystyczna dla całego środowiska, co znakomicie opisał prof. Zybertowicz w tekście „Socjologowie w pułapce”.

Ale, abdykując z badań obejmujących tak „śliskie” tematy jak autorstwo modelu nadwiślańskiego kapitalizmu, prof. Markowski wyżywa się w propagandzie społecznej, kiedy to w wizjonerskim ferworze zdarza się mu zrzucić maskę i powiedzieć: „Trzeba pracować nad tym, żeby się skutecznie instytucjonalnie podzielić.”, czyli – oddzielić światło od ciemności – zdrową, liberalną część społeczeństwa od moherowszczyzny. Markowski mówi wprawdzie w tym kontekście oględnie o „funkcjonalnym federalizmie”, lecz w praktyce realizacja postulatu tego społecznego propagandysty musiałaby sprowadzić się do apartheidu.

No i wreszcie profesor Czapiński – nadzorca cyklicznych badań „Diagnoza społeczna”, w których każdorazowo okazuje się, że Polska rośnie w siłę, a ludziom żyje się dostatniej, gdyż Polacy mają coraz więcej pralek i telewizorów. Jeśli dodamy, iż podstawą interpretacyjną dla rezultatów badań pan profesor uczynił swą „cebulową teorię szczęścia”, z której wynika, iż przytłaczająca większość ludzkości jest szczęśliwa, choćby z tego powodu, że żyje, to widzimy, że takie badania są z punktu widzenia „autorów polskiego kapitalizmu”, których to nie może „wytropić” Radosław Markowski, bezcenne.

Natomiast na chronicznych malkontentów, kwestionujących model „transformacji”, jest sposób pozwalający przejść do porządku dziennego nad rozlicznymi systemowymi patologiami III RP. Takich frustratów kuty na cztery nogi pan profesor obezwładni z tym swoim dobrotliwym uśmiechem dyrektora psychuszki „teorią niewdzięczności społecznej”, służącą do wytknięcia niewdzięcznikom, iż „Społeczeństwa są niewdzięczne ze swej konserwatywnej natury i nigdy nie docenią w pierwszym pokoleniu zmian w regułach życia codziennego, nigdy nie nagrodzą twórców tych zmian.”.

IV. W służbie Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP

Jak łatwo zauważyć, opisani tu propagandyści społeczni serwują nam przekaz dwutorowy. Długofalowo, pozostają w służbie nieubłaganej Antycywilizacji Postępu na bazie której podejmowana jest kolejna już w dziejach próba zbudowania Nowego Wspaniałego Świata. Doraźnie zaś zapewniają obsługę frontu ideologiczno-propagandowego z ramienia Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP, któremu właśnie za tę wysługę zawdzięczają prominentną i lukratywną rolę społecznych szamanów okadzających wskazane im totemy, na zmianę z piętnowaniem odstępców od jedynie słusznej linii zadekretowanej przez „autora polskiego kapitalizmu” (którego, przypomnijmy, mimo wysiłków wciąż jakoś nie może wytropić profesor Markowski).

W kontekście powyższego nie może dziwić chocholi taniec polskich nauk społecznych tak celnie zdiagnozowany już prawie dwa lata temu przez prof. Zybertowicza – jeszcze raz gorąco polecam tekst „Socjologowie w pułapce”. Pewnych tematów dotykać nie wolno, albowiem grozi to przypadkową dekonspiracją „autora polskiego kapitalizmu” - i co wtedy? W wersji łagodnej takie nieodpowiedzialne odkrycie skutkować mogłoby zawodowym ostracyzmem i wtrąceniem w szeregi oszołomów, w skrajnych przypadkach zaś - wizytą Seryjnego Samobójcy. Zrozumiałe więc, że dużo zdrowiej i pożyteczniej jest spożytkować swą twórczą energię na cywilizowanie nadwiślańskich aborygenów w ustalonym odgórnie duchu – tym bardziej, że intelektualne autorytety oraz ich dysponenci rolę tę mają wytrenowaną od dziesięcioleci.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

P.S. Na zbliżony temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/o-niewartosciowaniu-pojec

http://niepoprawni.pl/blog/287/polska-jak-bhutan

wtorek, 5 kwietnia 2011

Triumf dezinformacji


Na miejscu polityczno-medialnego mainstreamu wręczyłbym sobie 10 kwietnia 2011 roku bukiet goździków i butelkę samogonu.



I. Operacja - dezinformacja.


Na miejscu polityczno-medialnego mainstreamu, który od pierwszych godzin po katastrofie smoleńskiej ruszył do odkręcania jej możliwych skutków społecznych, wręczyłbym sobie 10 kwietnia bukiet goździków i butelkę samogonu. Nieformalna „Operacja – dezinformacja” zakończyła się bowiem pełnym powodzeniem.


Nie trzeba było nawet działań stricte agenturalnych (choć i takie z pewnością miały miejsce). Wystarczył widok tłumów na Krakowskim Przedmieściu, by nadwiślańskie łże-elity w poczuciu zagrożenia same, z własnej i nieprzymuszonej woli, rzuciły się do roboty w charakterze moskiewskiej „agentury opinii”.


Temu miało służyć bezustanne wspieranie rosyjskiej wersji wydarzeń, z której chyba nic nie okazało się prawdą i rzucanie się z opętańczym wrzaskiem na każdego, kto śmiał kwestionować sens polsko-rosyjskiego „pojednania” przed wyjaśnieniem przyczyn katastrofy. Temu służyć miały idące w dziesiątki medialne „wrzutki”, wszystkie bez wyjątku fałszywe, ale z których nikt się nie wycofał i za które nikt nie przeprosił.


Temu wreszcie miało służyć relacjonowanie sporu wokół „wyjaśniania” przyczyn katastrofy a la MAK w taki sposób, by przeciętny odbiorca nic z tego nie rozumiał, tylko odnosił mętne wrażenia, że „oni” - politycy - „znów się kłócą”, zaś „pisiory” z Jarosławem Kaczyńskim na czele pragną ukręcić na tragedii swoje brudne, polityczne lody.


Ta samorzutna operacja, w której większość uczestników zastraszona widmem nawrotu „kaczyzmu” pozwoliła się tyleż aktywnie, co bezinteresownie wykorzystać w charakterze agentów wpływu i opinii, zakończyła się, jak napisałem, pełnym powodzeniem. Wbito, mówiąc Maciejem Szczepańskim, miliony gwoździ w milion desek. Jakie są efekty teraz, na kilka dni przed rocznicą 10. kwietnia?


II. Operacja – dezintegracja.


Zanim spróbuję odpowiedzieć na powyższe, wtrącę uwagę bardziej ogólną. Od zarania III RP jej beneficjenci z powodów o których oni wiedzą a my rozumiemy, lub przynajmniej się domyślamy, doznają niepohamowanego drżenia łydek na widok jakichkolwiek oddolnych społecznych ruchów czy inicjatyw, które nie są przez naszych „bogów demokracji” kontrolowane. Ruchy takie mają być nieodmiennie i z definicji populistyczne, ksenofobiczne, obarczone piętnem katoendeckich demonów i oświetlone poblaskiem stosów, tudzież „nazistowskich” pochodni. Oczywiście wiemy dobrze, że nie o to chodzi, że tak tylko gadają by zamaskować strach całkiem innego rodzaju – lęk przed strąceniem ze „sprywatyzowanego” Parnasu w otchłań potępienia.


Właśnie dlatego wszelkie oznaki jednoczenia się poważnej części społeczeństwa muszą być duszone w zarodku i dlatego też kwietniowe widoki z Krakowskiego Przedmieścia sprawiły, że prócz opisanej wyżej dezinformacji, mającej przykryć współodpowiedzialność ekip Tuska i Putina, prowadzono powiązaną operację dezintegracyjną, tak by Polacy po staremu skoczyli sobie do oczu i gardeł, zaś atmosfera Żałoby Narodowej stała się odległym wspomnieniem.


I tę operację również wykonano na medal. Obrazki zajść spod Krzyża przed Pałacem Prezydenckim i tendencyjne relacjonowanie ich przez wiodące mediodajnie, to tylko jej najbardziej spektakularny przejaw. Prawdziwa katastrofa wniknęła jednak w społeczną tkankę znacznie głębiej.


III. Rzyganie Smoleńskiem.


To co w moim odczuciu jest prawdziwym triumfem dezinformacyjno-dezintegracyjnej operacji, to obrzydzenie smoleńskiego tematu tzw. szerokim rzeszom społecznym. „Szerokie rzesze społeczne”, że tak przypomnę, składają się bowiem z ludzi, którzy nie interesują się na co dzień polityką, nie chodzą na wybory, starają się jakoś tam urządzić w nieprzyjaznym świecie i są na tyle zaprzątnięci codzienną orką socjalno-bytową, że nie mają ani czasu, ani chęci, ani – zazwyczaj - kwalifikacji intelektualnych, by rozgryzać czemu otaczająca rzeczywistość jest im aż tak wroga.


Aha, jeszcze jedno - ludzie ci również nie śledzą blogosfery i nawet najgenialniejsze wpisy nigdy do nich nie dotrą. Oglądają za to telewizję w pełnym przekonaniu, że są w ten sposób należycie poinformowani. Wspominam o tym dlatego, że zdajemy się – my, blogerzy i generalnie, aktywna część prawicowej opcji – ulegać ułudzie, iż „docieramy”. No, bo klikalność rośnie, mnożą się inicjatywy, frekwencja na kolejnych miesięcznicach przyzwoita, filmy „okołosmoleńskie” sprzedają się, na pokazach tłumy, nakład „Gazety Polskiej” skoczył o jakiś miliard procent... i tak dalej. Bardzo to przyjemne samopoczucie, że zacytuję młodszego lejtnanta Miszkę Zubowa.


A potem spotykasz przechodnia, albo pogadasz z wujkiem Władkiem u cioci na imieninach i okazuje się, że ludzie „rzygają Smoleńskiem”. Sam usłyszałem to ostatnio z ust cenionej przeze mnie osoby i to - w zasadzie - inteligentnej i kumatej. Owo „rzyganie Smoleńskiem”, co charakterystyczne, wypowiadane lub wręcz wykrzykiwane jest na wysokim emocjonalnym diapazonie. „Rzygam Smoleńskiem” mówią często ludzie co do których istniała nadzieja wyrwania ich z „prywatnościowego” marazmu; którzy przeżywali, którzy przez moment, pod wpływem kwietniowej traumy coś poczuli... a teraz reagują na hasło „Smoleńsk” ledwie kontrolowaną agresją. Jasne, parę osób rok temu ocknęło się na dobre – widujemy ich m.in. na blogach i w komentarzach, jednak są to wyjątki potwierdzające ponurą regułę.


Uśmiercenie społecznej aktywizacji zanim tak naprawdę miała szansę się narodzić to kolejny goździk do bukietu i kolejny łyk dobrze zapracowanego samogonu dla tych, którzy będą świętować (tak właśnie, świętować!) 10 kwietnia.


IV. Pasy transmisyjne.


Zwrócę jeszcze raz uwagę na emocjonalność demonstrowanej odrazy do wszystkiego co wiąże się z tematem katastrofy. Zupełnie tak, jakby jakiś czarnoksiężnik podmienił te pozytywne, pełne zadumy, patriotyczne uczucia sprzed roku na żrący jad zatruwający dusze. Ale to żadne czarnoksięstwo – zwykła, dość ordynarna socjotechnika, jednak skuteczna w warunkach starannie kontrolowanego oligopolu opinii, gdy zagoniony człowiek nie ma czasu na zastanawianie się, co tak naprawdę jest mu wkładane do głowy.


Cóż bowiem widzi? Ano widzi, że jest mu coraz ciężej, że po spłacie raty kredytu za mieszkanie coraz mniej zostaje na życie, a tymczasem politycy kłócą się o Smoleńsk / Krzyż / Pomnik – wstaw dowolne. Zupełnie jakby to miało kogokolwiek nakarmić, prawda? Przy czym burdy nieodmiennie wszczyna „pisowska opozycja”, na co rząd i sojusznicze mediodajnie reagują pełnym niesmaku grymasem: „no sami widzicie, jacy oni są...” I to działa. Telewidz patrzy na spreparowany pod niego obrazek i czuje jak rośnie w nim niekontrolowana furia. Zabieg ten, powtarzany dzień w dzień na przestrzeni roku, implantuje tę furiacką wściekłość i frustrację w duszę, mózg, krwiobieg... I obiekt manipulacji nawet nie pomyśli, że odbiera tylko taki przekaz, jaki chcą mu zapodać dyżurni didżeje od oglądu rzeczywistości. A „pasy transmisyjne” w przeciwieństwie do ludzkiej psychiki się nie męczą. „Pasy transmisyjne” funkcjonują bez wytchnienia.


W ten sposób nawet kryzys i nieudolność rządu przejawiającą się w tysięcznych, mniejszych lub większych sprawach, można emocjonalnie, „pozamózgowo” przypisać... opozycji i katastrofie smoleńskiej, której przecież „wszyscy mają dosyć”. Przy czym, warto to dopowiedzieć, naturalny ludzki przesyt jakąkolwiek tematyką udało się przekuć już chyba na stałe w zapiekłą złość na „pisuarów”. Majstersztyk. Goździk – kielich - rąsia, towarzysze.


V. Wolni Polacy czy „polactwo”?


Kończąc pomału tę niewesołą diagnozę, wspomnę o jeszcze jednym aspekcie, który uświadomiła mi osoba od „rzygania Smoleńskiem”. Otóż, między „rzyganiem Smoleńskiem” a obrazowaniem swej heroicznej (bez żadnej ironii) walki o utrzymanie się na powierzchni w miarę normalnego życia, powiedziała coś w tym guście: „po to wybieramy polityków, by byli za nas odpowiedzialni”. Trudno w tym kontekście nie wspomnieć refleksji Ziemkiewicza, że „polactwo” cechuje mentalność pańszczyźnianego chłopa, który w warunkach demokracji głosuje po prostu na dziedzica folwarku, który to dziedzic ma następnie obowiązek zatroszczyć się o swych „folwarcznych”.


Po 10.04.2010 była szansa, by jakąś część ludzi myślących (?) w ten sposób wyrwać z mentalnych czworaków, tak by doszli choćby do punktu opisywanego przez Chłodnego Żółwia: że ta odpowiedzialność działa w obie strony i my, wyborcy, powinniśmy nieustannie pilnować naszych wybrańców niczym krówek na pastwisku, aby nie właziły w szkodę. Tak powinni postępować Wolni Polacy, by nie stoczyć się do poziomu „polactwa”. I do tego właśnie ci, którzy w najbliższą rocznicę będą odbierali swoje samogony i goździki, starają się za wszelką cenę nie dopuścić.


***


Kiedy Dziesiątego Kwietnia spotkamy się na różnych uroczystościach, pamiętajmy więc o tym, że choćby optycznie było nas wielu, to nie odzwierciedlamy społecznej normy. Normą są natomiast ci, którzy – użyję jeszcze raz tej upodlającej frazy – „rzygają Smoleńskiem”.


Gadający Grzyb


Podobna tematyka: http://niepoprawni.pl/blog/287/socjologia-obojga-narodow

piątek, 14 maja 2010

Szantaż emocjonalny.


Rosja stosuje wobec nas klasyczny szantaż emocjonalny.

I. Czekistowska socjotechnika.

Rozgrywanie przez Rosję antagonizmów na linii Platforma – PiS, którego natężenie tak spektakularnie dało znać o sobie przed uroczystościami katyńskimi, po 10 kwietnia weszło w nową fazę. Przeniosło się mianowicie z poziomu sceny politycznej na poziom społeczny. To już nie jest gra ambicjami i urazami poszczególnych polityków – to socjotechnika na masową skalę, dzielenie społeczeństwa wedle pro- i anty- rosyjskiego klucza.

Temu służyć mają rosyjskie „gesty dobrej woli”, odgórna interpretacja spontanicznych wyrazów współczucia i sympatii ze strony zwykłych Rosjan jako „psychologicznego przełomu”, niedawna „akcja znicz” – słowem, wszystko co składa się na, jak trafnie ujął Budyń78, „operację pojednanie”.

Martwi mnie społeczny odbiór owych przyjaznych grymasów strojonych przez „przyjaciół Moskali”. Polacy, jak się zdaje, notorycznie mylą skalkulowane na zimno wystąpienia władców Kremla z biało – czerwonymi goździkami składanymi przez mieszkańców Smoleńska i okolic. A umiejętność rozróżnienia rosyjskiego narodu od jego władz, to absolutnie podstawowa kwestia. Na skutek tego pomylenia porządków, każdy polityk, który będzie wysuwał w stosunku do rosyjskich władz jakiekolwiek zastrzeżenia narazi się znacznej części opinii publicznej, jako niewdzięcznik plujący Rosjanom w twarze.

Ta społeczna recepcja jest starannie podgrzewana przez rodzimą „agenturę opinii” i odnoszę wrażenie, że Jarosław Kaczyński doskonale zdaje sobie z tego sprawę – stąd jego niedawne wystąpienie skierowane do Rosjan.

II. Gra na emocjach.


Chyba mało komu przychodzi do głowy, że Rosja stosuje wobec nas klasyczny szantaż emocjonalny. A nawet, jeśli kogoś nachodzi podobna myśl, to metodą „trzech małpek” („nie mówię, nie widzę, nie słyszę”) woli się od niej odseparować.

Kreml wie, że Polacy „lubią być lubiani”. Nie chcą wyjść na niewdzięczników i są do przesady wyczuleni na płynące z zagranicy słowa pochwały bądź przygany. Moskwa zdaje sobie sprawę, jak rozpaczliwie niska jest społeczna samoocena podsycana przez 20 lat „pedagogiki wstydu”. Gdyby tak nie było, nie wmówiono by nam tak łatwo, że Kaczory to „obciach” i przynoszą Polsce wstyd przed resztą świata, co walnie przyczyniło się do wyniku wyborów w 2007 roku.

Teraz jesteśmy przez kremlowładców „brani pod włos”. Padają miłe słowa. A nasze władze pod rękę z „agenturą opinii” reagują zastraszająco wręcz „prawidłowo”. Łapią w lot nawet niewypowiedziane życzenia rosyjskich władz. Tacy już są lotni z natury. I nie przeszkadza im świadomość, że w praktyce ich rola sprowadza się do funkcji „pasa transmisyjnego” w kampanii emocjonalnego obezwładniania Polaków.

Wiedzą, że w czekistowskim języku takie pojęcia, jak „pragmatyzm”, „konstruktywne podejście”, czy „dobrosąsiedzkie stosunki” oznaczają – postępujcie zgodnie z naszymi oczekiwaniami, albo będzie kęsim. A oczekiwanie jest takie, by jakoś ocieplić wizerunek Rosji w oczach polskiego społeczeństwa, co ma przełożyć się na wybór odpowiedniego prezydenta i odwrócić uwagę od neomocarstwowych poczynań w regionie.

Stąd wasalna mowa Pawła „ciecia” Grasia, że jakakolwiek próba polskiej ingerencji w śledztwo smoleńskie zostanie „źle odebrana”, wzmocniona następnie przez samego Tuska słowami o „zimnowojennych stosunkach”, które miałyby nam grozić po jakimkolwiek energiczniejszym działaniu naszych władz.

III. Operacja „przełom”.

Wasalizacja, strach i niemoc. Czemu tak się dzieje? Wróćmy do chwil tuż po smoleńskiej tragedii. Putin swym spektakularnym uściskiem na miejscu katastrofy, metaforycznie rzecz ujmując, chwycił Donka za jaja i teraz w każdej chwili może, za przeproszeniem, „skręcić mu wora”, czyli się „pogniewać” – np. za nie dość wylewne dowody wdzięczności. Ot, taki niedźwiedzi trick psychologiczny. Prosty, lecz morderczo skuteczny. W efekcie, polskie władze wikłają się w coraz bardziej absurdalnych usprawiedliwieniach rosyjskich zaniedbań (czy wręcz sabotowania śledztwa). Zwróćmy uwagę – rosyjskie władze się nie tłumaczą. Robi to za nie polski rząd, gdyż wie że dobry wizerunek kremlowskich „opryczników” jest niezbędnym elementem pijarowskiej operacji pod kryptonimem „przełom”, dzięki której „słoneczne” rządy PO mają korzystnie zaprezentować się na tle „konfliktującego nas ze światem” PiS-u. Do fiaska tak misternej operacji dopuścić nie można. Za wszelką cenę. Cenę honoru na początek. Potem przyjdzie czas na bardziej wymierne haracze.

A my dajemy się rozgrywać jak pierwsze naiwne. Kończąc, zawieszam w powietrzu pytanie: czy operacja „przełom” się powiedzie?

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

środa, 5 maja 2010

Agentura opinii.


Dysponenci III RP wiedzą, że utrata rządów sprawowanych nad duszami i umysłami nadwiślańskiego „bydła”, byłaby początkiem ich końca.



Po katastrofie smoleńskiej w przestrzeni publicznej dało się zauważyć wzmożoną aktywność przedstawicieli specyficznego podgatunku agentury wpływu. Podgatunek ów na własny użytek określam mianem „agentury opinii”.

Aby opisać tę arcyciekawą kategorię społecznych szkodników, spróbujmy odpowiedzieć na cztery podstawowe pytania:

1) Kim jest agent opinii?

2) W jakiej sferze działa?

3) Jakich używa metod?

4) Jakie są jego cele?

Ad. 1) Na pytanie pierwsze odpowiedź jest tyleż prosta, co szeroka: agentem opinii może być praktycznie każdy, kto ma dostęp do środków masowego przekazu, których wpływ na kształtowanie się społecznych postaw jest w erze tzw. demokracji medialnej trudny do przecenienia. Tak więc, może nim być zarówno wpływowy publicysta, jak i telewizyjny komik. Znany reżyser i arcybiskup. Aktor, piosenkarz i poczytny bloger. Przekaz formułowany przez każdego z nich trafia do nieco innej grupy osób, na różnych poziomach percepcji, a w sumie idealnie się uzupełnia, tworząc w efekcie coś, co pozwolę sobie nazwać „szumem opiniotwórczym”.

Ad. 2)
Żywiołem agenta opinii jak łatwo się domyślić są rozliczne mediodajnie, potęgujące i rozpowszechniające jego przekaz, o ile zgodny jest z interesami ich właścicieli i dysponentów. Jeżeli np. słynny aktor odczytuje apel o pojednanie z Rosją, który to apel zaciera różnicę między rosyjskim narodem a jego władzami, to może liczyć na to, że apel ów będzie szeroko omawiany w pozytywnym kontekście, nagłaśniany, obudowywany komentarzami itd., gdyż leży to w interesie wywodzących się z bezpieczniacko – partyjnych układów „właścicieli III RP”, tworzących „moskiewską partię w Polsce”. Tak właśnie powstaje „szum opiniotwórczy”.

Ad. 3)
Metody preferowane przez agenta opinii nie są jakieś szczególne: artykuł prasowy, wywiad, apel, komentarz, piosenka – słowem, każda forma publicznego wystąpienia. Tym co je wyróżnia, jest przekaz, działający na korzyść dysponenta, którego istnienia agent może sobie nawet nie uświadamiać.

Jednakże, trzeba dodać, że niezbędnym warunkiem skuteczności działań jest posiadanie dominującej pozycji w sferze opiniotwórczej, zawłaszczenie przestrzeni publicznej dla preferowanych przez siebie poglądów. Dlatego też, prócz głoszenia „słusznych” opinii, należy „unieważnić” opinie odmienne („niesłuszne”), dyskredytując osoby i media je promujące. Aby osiągnąć pożądany efekt dominacji, zarzuca się przeciwnikowi złą wolę, destrukcyjne intencje (słynne „dzielenie ludzi”), polityczne zaangażowanie („pisowskie media”, „pisowscy publicyści”), spiskomanię, oszołomstwo, niezrównoważenie umysłowe i emocjonalne… Niegdyś, w lepszych z punktu widzenia „właścicieli III RP” czasach, stosowano również zamilczanie, jednak dziś „zamilczać na śmierć” już się nie da.

Przykładowo, jeżeli wiodąca telewizja nadaje w prime timie film pokazujący, że opinie znacznej części społeczeństwa są rozbieżne z preferowanym przekazem, należy ów film zakrzyczeć, np. przez podważanie obiektywizmu i sugestię, że zarówno autorzy jak i dane medium pozostają na propagandowych usługach wrażej, antydemokratycznej opcji politycznej. Wszystko po to, by odwrócić uwagę publiczności i poszerzyć przestrzeń dla własnej propagandy.

Ad. 4) No i wreszcie, cele działalności agentury opinii. Najkrócej rzecz ujmując, polegają one na ukształtowaniu wygodnych z punktu widzenia dysponenta postaw społecznych i poglądów.

W chwili obecnej, obserwujemy dwa główne kierunki działań omawianej tu agentury:

- Kierunek pierwszy, to aktywne, „kampanijne” zaangażowanie na rzecz kandydata na prezydenta wywodzącego się z „właściwego” na dzisiejszym „etapie” ugrupowania. Ugrupowania, dodajmy, popieranego i w znacznej mierze współtworzonego przez postpeerelowsko – okrągłostołowy establishment III RP. Zwycięstwo Bronisława Komorowskiego pozwoli uzyskać Platformie Obywatelskiej władzę absolutną, bodaj nawet większą, niż miało SLD w czasach Kwaśniewskiego i Millera.

- Kierunek drugi
natomiast, to działalność na rzecz osłabienia polskiej pozycji względem Rosji, przedstawiana publicznie, jako dążenie do „pojednania”, uniemożliwianego jakoby do tej pory przez wymachujących szabelką nieodpowiedzialnych rusofobów, których prominentnym reprezentantem był „zginięty” Prezydent Lech Kaczyński. To, na jakim gruncie i na jakich warunkach owo „pojednanie” miałoby nastąpić pomijane jest milczeniem, lub zbywane frazesami o „ocieplaniu stosunków”, zaś samo stawianie kwestii mogących pokazać Rosję w kontekście toczonego przez nią „śledztwa” w złym świetle, traktowane jest co najmniej jako przejaw chamstwa i politycznego awanturnictwa.

Oba kierunki, takie odnoszę wrażenie, są ze sobą kompatybilne.

Agenci świadomi i „pożyteczni idioci”.

Na koniec chciałbym poruszyć jeszcze jedną kwestię. Otóż, wspomniałem wyżej, iż agent opinii może nie uświadamiać sobie istnienia dysponentów, których interesom służy. Bo też, agentem opinii można być świadomym, bądź też nieświadomym, czyli tzw. „pożytecznym idiotą”.

Jeżeli np. arcybiskup słynący z publicystycznej pasji mówi o sowieckich sołdatach jako o „zwykłych chłopcach”, którzy „przynieśli nam wolność”, to zważywszy na fakt rejestracji owego hierarchy przez komunistyczną bezpiekę jako TW „Filozof” i wysoki poziom jego erudycji, można domniemywać, że powtarza tezy komunistycznej propagandy świadomie.

Ale, gdy słyszymy wypowiedź aktora, piosenkarki czy telewizyjnego wesołka, równie dobrze możemy założyć, iż mamy do czynienia z „pożytecznymi idiotami”, którzy autentycznie wierzą, iż ratują Polskę przed stoczeniem się w otchłań totalitaryzmu i skonfliktowania z potężnymi sąsiadami, nie mówiąc już o tym, że wydawanymi w odpowiednim tonie odgłosami składają środowiskową „lojalkę”, potwierdzającą przynależność do „lepszego towarzystwa”, która to przynależność wielce ich dowartościowuje i koi tłumione, prowincjonalne kompleksy.

Jest jednak pociecha – wstrząs po smoleńskiej katastrofie sprawił, że pogardzany „motłoch” w jakiejś mierze jął wyzwalać się spod wpływu medialnej orkiestry – dlatego właśnie owa „orkiestra” ostatnio tak jazgotliwie i histerycznie rzępoli.

Dysponenci III RP wiedzą bowiem, że utrata rządów sprawowanych nad duszami i umysłami nadwiślańskiego „bydła”, byłaby początkiem ich końca.

Gadający Grzyb


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl