Pokazywanie postów oznaczonych etykietą socjologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą socjologia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 czerwca 2018

Inżynieria antysemityzmu

Rzeczywistą intencją prof. Bilewicza nie jest badanie czegokolwiek, lecz przyprawienie Polakom antysemickiej gęby - by następnie nas z tego urojonego schorzenia „leczyć”.

I. Prof. Bilewicz jako podróba

Na wstępie muszę przyznać się Państwu do pewnej naiwności – otóż w swej prostoduszności sądziłem, iż słynny wynalazek „wtórnego antysemityzmu”, propagowany na krajowym gruncie przez prof. Michała Bilewicza, jest jego autorskim konceptem. Tymczasem, nic z tych rzeczy – jest to ordynarna kalka z socjologii niemieckiej przeflancowana metodą „kopiuj-wklej” na nasze poletko. Jak być może Czytelnicy kojarzą, co jakiś czas pozwalam sobie zaprzątać ich uwagę postacią prof. Bilewicza oraz aktywnością kierowanego przezeń Centrum Badań nad Uprzedzeniami, która to placówka pod pozorem działalności naukowo-badawczej stanowi w istocie jaczejkę dość agresywnej, lewackiej inżynierii społecznej – na dodatek afiliowaną przy Wydziale Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego, co przydaje jej poczynaniom propagandowym, powielanym następnie przez media, akademickiego splendoru.

Swojego czasu określiłem prof. Bilewicza nieco ironicznym mianem „cudownego dziecka polskiej nauki” - bowiem ów urodzony w 1980 r. psycholog społeczny habilitował się w arcymłodym jak na polskie warunki wieku 33 lat. I znów, byłem przekonany, że to ze względu na pożyteczne dla uniwersyteckiego lewactwa i możnych sponsorów „odkrycia” w rodzaju badań nad polskimi „uprzedzeniami”, tudzież wspomnianej kategoryzacji rozmaitych odmian „antysemityzmu” pozwalającej przypisać ową wstydliwą przypadłość niemal każdemu - co stanowi wymarzoną pałkę w rękach rozmaitych kapo „pedagogiki wstydu”, o „przemyśle holokaust” nie wspominając. A tu zaskoczenie – okazuje się, że do habilitowania się wkrótce po trzydziestce potrzeba jedynie odrobiny sprytu i refleksu. Wystarczy przeczytać co tam „w temacie” urodziło się w niemieckich uczelnianych kazamatach i w charakterze posłańca dobrej nowiny przenieść to do Polski. I już - „co Francuz wymyśli, Niemiec zrobi, a Polak polubi”. Aż nie chce mi się w tym miejscu wyzłośliwiać na temat rozpaczliwej wtórności polskich nauk społecznych, bo to wszystko jest zbyt przygnębiające. Nawet takie kompletne dyrdymały, jak „rodzaje antysemityzmu”, które można siedząc za biurkiem na poczekaniu wyssać z palucha, musimy wśród ochów i achów importować z Zachodu, by udowodnić przed samymi sobą, że oto nadążamy za przodującą nauką neomarksistowskiej Europy. Mentalne niewolnictwo w czystej postaci.


II. Inżynieria socjologiczna

Należy przy tym podkreślić wręcz żenujący poziom „badawczego” naśladownictwa, sprowadzonego aż do najdrobniejszych szczegółów. Snop światła mimowolnie demaskujący „osiągnięcia” prof. Bilewicza rzuca tutaj artykuł poświęcony niemieckiemu antysemityzmowi opublikowany na stronach... „Krytyki politycznej” (takie są pożytki ze śledzenia tego, co się wykluwa po lewackiej stromie Mocy). Otóż w tekście „Pole minowe, czyli Niemcy o antysemityzmie” pada odwołanie do raportu przygotowanego na zlecenie Bundestagu pt. „Antysemityzm w Niemczech – aktualny rozwój”. Przytoczone są tam m.in. pytania zadawane respondentom, mające zmierzyć poziom „antysemityzmu wtórnego”. I tak obywateli Niemiec konfrontowano ze zdaniami typu: „wielu Żydów próbuje wyciągnąć korzyści z przeszłości Trzeciej Rzeszy” czy „irytuje mnie, że dzisiaj wciąż wypomina się Niemcom przestępstwa na Żydach z czasów wojny”. A teraz sięgnijmy do rodzimego raportu Centrum Badań nad Uprzedzeniami pt. „Powrót zabobonu: antysemityzm w Polsce na podstawie Polskiego Sondażu Uprzedzeń”. Tam z kolei w sekcji poświęconej „wtórnemu antysemityzmowi” autorzy każą polskim respondentom ustosunkować się m.in. do stwierdzeń: „Żydzi chcą zdobyć od Polaków odszkodowania za coś, co w rzeczywistości uczynili im Niemcy” oraz „Denerwuje mnie, gdy dziś wciąż mówi się o zbrodniach popełnionych przez Polaków na Żydach”. A więc w obu „wersjach językowych” pytania sformułowane są według identycznej sztancy, różnią się jedynie dostosowaniem do lokalnego kolorytu. Bingo.

Zanim jednak nasi badacze zaczną się napawać, że mamy socjologię „jak w Niemczech” - na podobieństwo Chińczyka, któremu udało się wyprodukować wierną podróbkę Adidasa – zwrócę nieśmiało uwagę na bezsens takich zabiegów. Mianowicie, socjologia bada konkretne społeczeństwo – a co za tym idzie, również i poruszane w badaniach kwestie muszą być dostosowane do miejscowej specyfiki, o zadawanych pytaniach nie wspominając. Natomiast prof. Bilewicz wraz ze swym zespołem nie dość, że „jedzie” na najbardziej prymitywnych stereotypach dotyczących „polskiego antysemityzmu”, to jeszcze w sposób całkowicie wtórny i odtwórczy kopiuje zagadnienia będące przedmiotem zainteresowania niemieckich uczonych. Innymi słowy, usiłuje na siłę wpasować Polaków w niemiecki „model” antysemityzmu. I to już jest kompletnie od czapy, albowiem o ile taka „socjologiczna nadwrażliwość” każąca badać pozostałości antysemityzmu hitlerowskiego jest w przypadku Niemców jakoś tam uzasadniona choćby ze względu na wiadome uwarunkowania historyczne, o tyle mechaniczne przenoszenie jej na polskie realia jest czystą aberracją, kompletnie abstrahującą od społeczno-historycznego punktu odniesienia, zbiorowych doświadczeń i wszystkiego, co kształtuje ludzką mentalność na przestrzeni pokoleń. Za pomocą tej poronionej pseudo-metodologii wpiera się nam dziecko „antysemityzmu” w brzuch - i to z kąpielą, że nawiążę do frazeologii „błyskotliwej inaczej” posłanki Scheuring-Wielgus. Wszak w oczywisty sposób czym innym jest chociażby narzekanie na żydowską pazerność w ustach potomków katów, a czym innym w ustach potomków współofiar, na których usiłuje się zrzucić „odpowiedzialność zastępczą”. Tymczasem Bilewicz stawia między nimi znak równości.

Mamy więc tu specyficzny rodzaj „socjologicznej inżynierii”, w której „inżynierowie” nie biorą pod uwagę, że nauczywszy się kopiować silnik od Mercedesa, żadną miarą nie zdołają go wsadzić do „syrenki”. A coś w tym guście próbują właśnie zrobić, bowiem patrząc historycznie, taka jest mniej więcej różnica skali między zjawiskiem antysemityzmu w Niemczech i w Polsce. Czy prof. Bilewicz nie zdaje sobie z tego sprawy? Myślę, że doskonale to wie – ale jego rzeczywistą intencją nie jest badanie czegokolwiek, lecz przyprawienie Polakom za wszelką cenę odrażającej, antysemickiej gęby, po to by następnie nas z tego urojonego schorzenia „leczyć” i urabiać społeczeństwo na modłę jedynie słusznego, liberalnego wzorca kulturowego – znów, przyniesionego „w pakiecie” z „multikulturowej”, tolerancjonistycznej Europy. Jest to więc kolejny wykwit „modernizacji przez kserokopiarkę” - objaw postkolonialnych kompleksów wobec białych „bwana”. Takie podejście jako żywo przypomina „ludowe” murzyńskie rzeźby wiernie odtwarzające... parasol – obiekt pożądania afrykańskich kacyków, symbolizujący upragniony status: przynależność do cywilizacji białego człowieka.


III. Narcyzm narodowy

Tenże prof. Bilewicz od pewnego czasu zadaje szyku kolejnym pojęciem-wytrychem, którym uporczywie molestuje Polaków. Jest nim „narcyzm narodowy” (alias „narcystyczna tożsamość”, „narcyzm kolektywny” - oczywiście, również kopiuj-wklej z zachodniej psychologii społecznej). Ów „narcyzm” oznaczać ma patologiczne przewrażliwienie na własnym punkcie i kompulsywną koncentrację na tym, co mówi o nas międzynarodowe otoczenie – rzecz jasna, ze szczególnym uwzględnieniem opinii negatywnych. Wedle Bilewicza to niezdrowe przywiązanie do własnej wspólnoty ma być immanentną cechą Polaków, przejawiającą się chociażby w nieadekwatnych reakcjach na „wrzutki” o „polskich obozach śmierci”, zaś wyjątkowo niezdrowym wykwitem powyższego jest nowelizacja ustawy o IPN penalizująca przypisywanie nam zbrodni III Rzeszy. Wyraz temu przekonaniu nasz „maleńki uczony” (© S. Michalkiewicz) dał całkiem niedawno podczas sabatu zorganizowanego w Muzeum Polin przy okazji rocznicy Marca '68.

Jest to, ma się rozumieć, kolejny element inżynieryjnej układanki, mającej przebudować świadomość Polaków – już nie tylko mamy się wystrzegać „antysemityzmu” - choćby „wtórnego” i „urojonego” - lecz także nie reagować na szkalowanie, bowiem obnażamy wówczas zbiorową, narcystyczną psychozę na punkcie naszego dobrego imienia. Jak widać, obróbka postępuje – i nie jest to, niestety, jedynie bredzenie oderwanego od rzeczywistości akademika, bo to, co Bilewicz podaje w „naukowej” szacie, obudowane odpowiednim, fachowym żargonem, jest podchwytywane przez medialne ośrodki masowego rażenia i podawane ludziom w lekkostrawnej formie do bezrefleksyjnego wchłonięcia.

Na zakończenie, z tym dorabianiem Polakom kolektywnego „narcyzmu”, prof. Bilewicz niechcący dokonał klasycznej projekcji, przypisując negatywne cechy własnego narodu innej, nielubianej przez siebie zbiorowości. Trudno bowiem o bardziej drażliwą na własnym punkcie nację, niż Żydzi, wszędzie węszący antysemityzm – i idę o zakład, że gdyby nasz bohater rzucił okiem na niniejsze zdanie, to całkiem „narcystycznie” nie zawahałby się przed zdiagnozowaniem piszącego te słowa, jako żydożercy. Niechby nawet i „wtórnego”.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Antysemityzm urojony

Kasa na inżynierię społeczną


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 12 (20.06-03.07.2018)

poniedziałek, 5 lutego 2018

Miastko, czyli prawica pod lupą

Dla mediów III RP, które uwierzyły we własną propagandę, raport o Miastku stanowił prawdziwy szok poznawczy .

I. Lewicowi gringos pośród dzikich

Chyba żadne badanie socjologiczne w ostatnich latach nie wywołało takiego odzewu, co raport „Dobra zmiana w Miastku. Neoautorytaryzm w polskiej polityce z perspektywy małego miasta”. Jeśli ktoś jakimś cudem jeszcze o nim nie słyszał, to wyjaśniam, że zespół afiliowanego przy „Krytyce Politycznej” lewicowego think-tanku „Instytut Studiów Zaawansowanych” pod kierownictwem dr. hab. Macieja Gduli ruszył w polski interior, by z determinacją godną samego Bronisława Malinowskiego badającego życie seksualne dzikich, pochylić się nad elektoratem PiS. Badacze wytypowali niewielkie miasteczko na Mazowszu (ukryte pod kryptonimem „Miastko”) w którym podczas wyborów w 2015 r. PiS uzyskało niemal 50-proc. poparcie i przeprowadzili dogłębne wywiady z 30 osobami. Nawiasem, jednym ze sponsorów była powiązana z niemiecką SPD Fundacja im. Friedricha Eberta, co może sugerować, że Niemcy są żywotnie zainteresowani w rozgryzieniu mechanizmów społecznego poparcia dla PiS w Polsce.

Generalnie – i tu już piszę bez cienia ironii – badanie potwierdza empirycznie, że wyborcy Prawa i Sprawiedliwości nie różnią się co do zasady od elektoratu Platformy czy Nowoczesnej. Można wśród nich znaleźć przedstawicieli różnych warstw społecznych i zawodów, rozkład poziomu wykształcenia i zamożności również nie odbiega od przeciętnej. Większość z nich wcale nie ma poczucia przegranej, którą miałoby zrekompensować głosowanie na rzekomych „populistów” - dość powszechne jest deklarowanie swojej ścieżki życiowej jako zwyczajnej ale udanej. Również samo Miastko przeczy stereotypowi wyborcy PiS jako mieszkańca „Polski B” - wegetującego w zabitej dechami dziurze, wśród biedy, bezrobocia i ogólnej beznadziei. Miejscowość jest zadbana, ze zrewitalizowanym rynkiem, ścieżkami rowerowymi, funkcjonują sklepy i kawiarnie, przedszkola, szkoły, hala widowiskowo-sportowa, stadion, bezrobocie poniżej 10 proc, na ulicach zwyczajnie wyglądający ludzie... Słowem, jest normalnie. Wszystko to nasi „warszawscy badacze” odnotowują z niejakim zdziwieniem, co samo w sobie jest dość zabawne, ale przynajmniej uczciwie przyznają, że musieli porzucić tu zakorzenione schematy myślowe.


II. Miastko – ostoja zdrowego rozsądku

Jeśli chodzi o poglądy indagowanych autochtonów z Miastka, to można je w skrócie określić jako zdroworozsądkowe.

Przykładowo, programu „500+” nie traktują niczym manny z nieba zesłanej przez „dobre Mzimu”, lecz świadczenie, które ludziom się należało od dawna. Swoje robią podróże na Zachód i świadomość jak tam wygląda polityka socjalna wobec rodzin. PiS jest tu przede wszystkim doceniane jako ugrupowanie, które wreszcie dostrzegło problem i co więcej – spełniło swą obietnicę. Podkreślany jest również wpływ programu na poziom życia rodzin funkcjonujących w bezpośrednim otoczeniu respondentów. Ewentualna krytyka dotyczy jedynie powszechności świadczenia – część badanych jest zdania, że „500+” nie powinno dotyczyć najbogatszych i z drugiej strony – rodzin patologicznych, bądź trwale bezrobotnych, którym powinno wypłacać się ekwiwalent w bonach z przeznaczeniem na żywność, ubrania i artykuły szkolne. Powyższe przeczy więc mitowi o „hołocie kupionej za 500+”.

Pytani o sprawę Trybunału Konstytucyjnego wyborcy PiS przede wszystkim podkreślają wagę demokratyzacji tej instytucji – przywrócenie w niej reprezentatywności różnych opcji. Co więcej, niektórzy dopiero po wybuchu awantury zorientowali się, że sędziowie TK również mają swoje polityczne afiliacje i mogą dzięki swej pozycji blokować inicjatywy demokratycznie wybranej władzy. („Teraz mówią, że jest przystawką, że Trybunał teraz jest przystawką PiS i że to jest fasada, a przez 8 lat to był czyją przystawką? PO”).

W kwestii tak rozpalającej emocje liberalizacji/zaostrzenia prawa aborcyjnego możemy mówić o „ostrożnym konserwatyzmie” - większość (również wśród wyborców PiS) opowiada się na utrzymaniem status quo z pewnymi akcentami na rzecz ostrożnej liberalizacji. Generalnie jednak przebija się ton zachowania obecnego stanu rzeczy.

Natomiast w przypadku przyjmowania „uchodźców” mamy do czynienia z twardym „nie” - i to niezależnie od politycznych preferencji. Pomoc, owszem – ale na miejscu. Argumenty padają różne: koszty utrzymania i niechęć do podejmowania pracy; wskazywanie, że w pierwszej kolejności musimy zadbać o własną wspólnotę; problem zagrożenia przestępczością i terroryzmem; obcość kulturowa, niechęć do asymilacji i podporządkowania się panującym w Europie regułom i stylowi życia; wreszcie – moralny aspekt porzucania przez zdrowych, młodych mężczyzn swych rodzin na rzecz ucieczki do Europy i żerowania na jej systemie socjalnym. Podkreślany jest przy tym obraz słabej i naiwnej Zachodniej Europy, która dopuściła do powstania licznych, stanowiących zagrożenie muzułmańskich wspólnot – w tym kontekście ostry sprzeciw Polski wobec migrantów postrzegany jest jako przejaw mądrości i powód do dumy.

Jak można się domyślić, obecna „totalna opozycja” traktowana jest z głęboką nieufnością. KOD, widziany głównie przez pryzmat Kijowskiego, jawi się jako banda odstawionych od koryta cwaniaków i awanturników, pragnących utorować staremu układowi powrót do władzy – co więcej, nie jest odbierany jako autentyczny, oddolny ruch społeczny, lecz jako „ustawka”. Z kolei „czarny protest” niekiedy bywa odbierany pozytywnie – ale, uwaga – nie jako akceptacja obyczajowych szaleństw feministek, lecz jedynie jako inicjatywa powstrzymująca zaostrzenie ustawy aborcyjnej.

Platforma Obywatelska natomiast postrzegana jest jako ugrupowanie skorumpowane i słabe, co działa demobilizująco również na jej zwolenników, deklarujących często ogólne zniechęcenie do polityki. W tle nastawienia do opozycji wyraźnie pobrzmiewa również wątek krytyki dotychczasowych elit, jako sprzedajnych, wyalienowanych, pogardzających zwykłymi ludźmi i ich problemami oraz nie spełniających odpowiednich standardów moralnych.


III. „Neoautorytaryzm”, czy po prostu demokracja?

Te zarysowane pokrótce opinie dla prawicowego odbiorcy jawią się jako „oczywista oczywistość” (może za wyjątkiem dość liberalnego wśród wielu badanych nastawienia do aborcji) – podobnie jak szeroki przekrój społeczny osób popierających „dobrą zmianę”. Jednak dla mediów III RP, które uwierzyły we własną propagandę, jakoby „pisowcy” rekrutowali się spośród ciemnego, niewykształconego, religianckiego, biednego i na dodatek sprzedajnego („500+”) motłochu, opublikowane wyniki badań stanowiły prawdziwy szok poznawczy. Nagle wszyscy, od „Newsweeka” poprzez różne „parówkowe portale” po „Tygodnik Powszechny” i „Gazetę Wyborczą” doznali olśnienia – nie do wiary, na PiS głosują normalni ludzie! Co ciekawe, o ile niektórzy dziennikarze, przynajmniej deklaratywnie, coś tam jednak z raportu o Miastku zrozumieli, o tyle gotowość do akceptacji płynących z badania wniosków kończy się, gdy spojrzymy „pod kreskę”, na komentarze czytelników. Tam dominuje totalne wyparcie, a normą są wpisy o „polskich kołtunach” i „Januszach” - czyli, po staremu.

Nie sposób się jednak zgodzić z interpretacjami serwowanymi przez dr Macieja Gdulę. Otóż postawa wyborców PiS jest dla niego tytułowym „neoautorytaryzmem”. Postulaty o wypłacaniu 500+ rodzinom patologicznym w postaci bonów, czy niechęć do uchodźców jest dla niego przejawem „poczucia mocy” pozwalającego „wskazywać innym gdzie jest ich miejsce”, natomiast poparcie dla realizowanego przez PiS programu ma jego wyborcom dawać wrażenie sprawczości i współdecydowania o losach kraju, a także symbolicznie dowartościowywać w odniesieniu do elit III RP z jednej, a „uchodźców” i „patologii” z drugiej strony. Przykładowo, autorzy piszą: „Ludzie przyłączają się do władzy, ponieważ chcą się poczuć silniejsi, choć poczucie mocy czerpią z górowania nad słabszymi. I dają się wciągnąć w spiralę działań, których efektów nie znają”. Słowem, wyraźnie widać tu polityczne uprzedzenia i ideologiczne okulary. Gduli oraz jego współpracownikom nie przechodzi przez gardło przyznanie, że prawicowy elektorat potrafi obserwować rzeczywistość i wyciągać z niej zdroworozsądkowe, racjonalne wnioski. Tymczasem, poparcie dla PiS np. w sporze o Trybunał Konstytucyjny, to po prostu demokracja. Nie „demokracja liberalna” polegająca na otorbianiu i paraliżowaniu władzy przez niewybieralne i skolonizowane przez „liberałów” instytucje, lecz demokracja zwyczajna, bezprzymiotnikowa. No, ale fałszywe diagnozy skrajnie lewicowego naukowca i zarazem aktywisty, to już nie nasz problem.

Na koniec ostatnia uwaga. Jesteśmy prześwietlani - nie pierwszy raz. Pisałem już na tych łamach o badaniach przeprowadzanych przez „Centrum Badań nad Uprzedzeniami” UW w których lewicowi socjologowie skrupulatnie brali pod lupę uczestników Marszu Niepodległości. Warto, by jakiś prawicowy think-tank wziął się na podobnej zasadzie za wyborców lewicowo-liberalnych, bo wychodzi na to, że oni mają nas dokładnie rozpracowanych, a my ich - nie.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Polska bastionem... zdrowego rozsądku


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 03 (31.01-13.02.2018)

wtorek, 17 lipca 2012

O niewartościowaniu pojęć

„Niewartościowanie” jest fałszem, usiłującym nam wmówić, że można opisywać rzeczywistość abstrahując od jakiegokolwiek systemu wartości.

I. „Socjologia nie wartościuje pojęć”

Z uczelnianych anegdot Jabolissimusa i Kreatora wyemitowanych w „Kontestacji” dowiedziałem się, iż „w socjologii nie wartościuje się pojęć”. Audycję Konserwy można sobie odsłuchać na stronach „Kontestacji” (podlinkowanie powyżej), lub korzystając z archiwum Niepoprawnego Radia PL – audycja 336. Powyższe stwierdzenie padło z ust pani doktor socjologii na zajęciach ze studentami, gdy została przyłapana na promowaniu modelu „rodziny” homoseksualnej zaraz po tym jak wydeklamowała definicję rodziny jak najbardziej zgodną z tradycyjnym kanonem. Jak łatwo zauważyć, zacytowane przed chwilą zdanko miało być zgrabnym wywikłaniem się ze sprzeczności w które owa pani doktor popadła próbując jakoś koślawo poszerzyć kanon wartości tradycyjnych o surowe nakazy postępowej polit-poprawności. Żeby było ciekawiej, gdy Jabolissimus jako kontrargument opowiedział pedofilski dowcip, owa uczona niewiasta zareagowała stwierdzeniem, iż jest to „patologia”. Jabolissimus oczywiście nie omieszkał skwitować tego słowami – „patologia? ależ, proszę pani, w socjologii „nie wartościujemy pojęć”...

Wyczuwamy ten charakterystyczny smrodek relatywizmu? Jakże on wygodny dla wszelkiej maści cioteczek i wujaszków rewolucji, którzy usiłują z socjologii uczynić jedno z narzędzi pierekowki dusz – zatrzeć granicę, między socjologią, a socjotechniką. „Niewartościowanie” służyć ma wyłącznie temu, by zakneblować usta przeciwnikom uprawianej pod szyldem socjologii politgramoty, tak by nie odważyli się weryfikować różnych postępowych teoryjek. Inna z kolei pani doktor, co to zapewne również „nie wartościuje”, nie wahała się, by rozesłać mailem po studentach zaproszenie na homoparadę (jak napisała, „w ramach równowagi w przyrodzie”, cokolwiek miałoby to znaczyć). Gdy Jabolissimus w odpowiedzi rozesłał (w tym do rzeczonej pani doktor) zaproszenie na kontrmanifestację (również w imię „równowagi”, a jakże ;) ), ta raczyła odpisać wdzięcznym słówkiem - „debil”. Ot, „niewartościowanie” w praktyce.

II. Postępowy zabobon

Zastanówmy się teraz, cóż może to oznaczać – owo „niewartościowanie”. Otóż, moim skromnym, przyjęcie takiego założenia jest z gruntu fałszywe i prowadzi w perspektywie do totalnego zakłamania nauki, która wkrótce stanie się zbiorem nieweryfikowalnych teoryjek, wrzucanych „skolko ugodno” do wspólnego wora z etykietką „socjologia”. Innymi słowy, „niewartościowanie” to współczesny, pseudonaukowy zabobon, przybrany dla niepoznaki w pozór naukowości za pomocą akademickiego żargonu.

„Niewartościowanie” jest totalnym fałszem, usiłującym ludziom wmówić, że można opisywać rzeczywistość abstrahując od jakiegokolwiek systemu wartości. Otóż nie, nie można. Gdy wyruguje się jeden system wartości, nieuchronnie wkracza na to miejsce inny, z reguły gorszy. „Niewartościowanie” to intelektualny buldożer, mający usunąć z kolejnego poletka system charakterystyczny dla cywilizacji łacińskiej, zbudowanej na Dekalogu i prawie rzymskim, po to, by zrobić miejsce dla Antycywilizacji Postępu z jej własnym systemem wartościowania.

„Niewartościowanie” podważyć ma również podstawową naukową kategorię „prawda-fałsz”: albo coś odpowiada rzeczywistości, albo nie. Po tym zabiegu, socjologia zamieni się w czysty szamanizm społeczny, gdzie zamiast badań będziemy mieli do czynienia z biciem w bębenki i rytualnym tańcem wokół plemiennych totemów wznoszonych przez czarowników w rodzaju tej pani doktor od homoparady.

Odwołując się do źródeł – jeśli Max Weber, jeden z ojców-założycieli socjologii, uznał na początku XX w. w swej pracy „Etyka protestancka, a duch kapitalizmu”, iż społeczności protestanckie bardziej sprzyjają rozwojowi społeczno-gospodarczemu, niż katolickie – to dokonał oceny wartościującej właśnie. Z jego wnioskami można oczywiście polemizować (choćby na przykładzie Bawarii – najbardziej katolickiego i zarazem najbardziej rozwiniętego landu Niemiec, stanowiącego matecznik tamtejszej chadecji – również w czasach, kiedy ów szyld polityczny jeszcze znaczył coś konkretnego), niemniej owe polemiki poparte badaniami sprowadzać będą się właśnie do wartościowania: prawdziwe/nieprawdziwe, lepsze (bardziej zaawansowane)/gorsze (słabiej zaawansowane).

Z nieco innej beczki - w swej notce „Lemingi będą lemingami” Budyń78 przyznał, iż przez długi czas bronił się przed używaniem określenia „leming”. Hm, może się mylę, ale wyczuwam w tej postawie właśnie ową charakterystyczną dla współczesnej socjologii niechęć do „wartościowania”. Przypuszczam, iż owo określenie wydało się Budyniowi nazbyt stygmatyzujące i uproszczone. Zwróćmy jednak uwagę, jakim językiem posługują się socjologowie w debacie publicznej: młodzi, wykształceni, bardziej zamożni z dużych miast... z drugiej strony – starsi, gorzej wykształceni, mniej zamożni, z mniejszych ośrodków. Czyli – jakoś trzeba rzeczy nazwać, bez tego ani rusz, a jak już nazwiemy, zawsze będzie oznaczało to jakąś upraszczającą i wartościującą kalkę. Od stereotypów uciec nie sposób, mimo że jak się dowiedziałem ze wzmiankowanej na wstępie audycji, owe „stereotypy” są socjologicznym wrogiem numer jeden na równi z „wartościowaniem”.

Zresztą, powracając na chwilę jeszcze do dziadka Webera (nota bene – hakatysty i polakożercy, ale to osobny temat). Przecież jego „Etyka protestancka, a duch kapitalizmu” stała się jak najbardziej rozsadnikiem antykatolickich stereotypów, dziś chętnie przywoływanych przez wszelkich propagatorów „modernizacji” Polski, dla których podstawowym warunkiem tejże „modernizacji” jest zerwanie przez Polskę ze swym katolickim dziedzictwem kulturowym. Złośliwi nazywają to „kuchennym weberyzmem” - i mają sto procent racji.

III. Propagandyści społeczni

Takie stygmatyzowanie jest domeną współczesnych socjologów, zwłaszcza zaś tzw. „psychologów społecznych” - ooo, ci to dopiero uprawiają szamanizm na żywej tkance narodu (oj, przepraszam - „społeczeństwa”). Nawet nie udają, że czują się predestynowani nie tyle do opisywania społecznej rzeczywistości, ile do czynnego na nią wpływania i kształtowania społecznych postaw w imię przyjętych założeń dotyczących tego, jakie z ich punktu widzenia postawy są najbardziej pożądane. Weźmy profesora Markowskiego, rzucającego tezę, iż należy skutecznie, instytucjonalnie się podzielić – czyli oddzielić światło od ciemności - dobrą, liberalną część społeczeństwa od zaściankowej moherowszczyzny. Jeśli to nie jest postulowaniem apartheidu, to nie wiem co jeszcze musiałby powiedzieć.

Albo taki prof. Janusz Czapiński, uprawiający społeczną propagandę sukcesu i nieodmiennie wysnuwający ze swych „diagnoz społecznych” wnioski iż Polska rośnie w siłę, a ludziom żyje się dostatniej. Mamy więc do czynienia z propagandystami społecznymi, pozostającymi na usługach obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP, którzy do swej orki zaprzęgli całą gałąź nauki – psychologię społeczną. Wspomniany prof. Czapiński jest również autorem tzw. „cebulowej teorii szczęścia", wyróżniającej trzy poziomy szczęścia:

„Najgłębszy, genetycznie zdeterminowany i nie zawsze w pełni świadomie doświadczany poziom to wola życia. Można ją zdefiniować jako obiektywny, niezależny od świadomości standard (wartość) dobrostanu psychicznego człowieka. Poziom środkowy zawiera niektóre hedonistyczne (bilans emocjonalny i pewne satysfakcje) oraz eudajmonistyczne (np. poczucie sensu życia) miary dobrostanu tzn. subiektywnie doświadczane wartości własnego życia. Dlatego został nazwany ogólnym dobrostanem subiektywnym. Na najbardziej zewnętrzny poziom składają się bieżące doświadczenia afektywne oraz satysfakcje cząstkowe, odnoszące się do konkretnych aspektów życia (rodzina, praca, finanse, warunki mieszkaniowe, czas wolny itd.).” (http://www.psychologia-spoleczna.pl/artykuly-czytelnia-48/28-inne/731-co-czyni-szczesliwym.html?start=1 )

Genialne – ujmując tak sprawy zawsze odkryjemy, że na jakimś poziomie niemal każdy z nas jest obiektywnie rzecz biorąc szczęśliwy. Jeśli dopowiemy, iż owa „cebulowa teoria szczęścia” stanowi filtr przez który prof. Czapiński przepuszcza każdorazowo wyniki swych „Diagnoz społecznych” z kolejnych lat, to nie ma co się dziwić nieodmiennie entuzjastycznym wnioskom. Zaś na malkontentów jest bat w postaci „teorii niewdzięczności społecznej” głoszącej m.in., iż „Społeczeństwa są niewdzięczne ze swej konserwatywnej natury i nigdy nie docenią w pierwszym pokoleniu zmian w regułach życia codziennego, nigdy nie nagrodzą twórców tych zmian.”.

Chyba nie trzeba dodawać, iż teorii owej pan profesor użył do wytłumaczenia społecznego niezadowolenia z kosztów „transformacji ustrojowej”, co gładko pozwoliło mu zignorować rozliczne systemowe patologie III RP.

***

Jak widzimy, wszystko sprowadza się do wartościowania i nie dajmy się nabrać, że jest inaczej. Warto mieć wyczulone ucho na różne pięknoduchowskie zaśpiewy w rodzaju „niewartościowania pojęć”. Gdy je usłyszymy, wiedzmy, że nieodmiennie kryje się za nimi jakiś intelektualny szwindel, zazwyczaj interesowny i podszyty dość parszywą ideologią, na której końcu widnieją bramy Nowego Wspaniałego Świata.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL 

P.S. Na zbliżony temat: http://niepoprawni.pl/blog/287/polska-jak-bhutan

sobota, 16 lipca 2011

Polski błogostan 2011


„Diagnoza społeczna 2011”, czyli keep smiling po polsku.



I. Witamy w cieplarni.


Dawno temu zdarzyło mi się opublikować notkę „Polski błogostan”. Omówiłem w niej wyniki badań, z których wynikało, że Polacy czują się bezpiecznie jak nigdy. Generalnie uważamy, że nie ma żadnych zewnętrznych niebezpieczeństw, ościenne państwa są nam przyjazne – no, słowem: kochajmy się! Ciekawych odsyłam do tamtego tekstu (link powyżej) – powstał w marcu 2010 roku. Kilka tygodni przed Katastrofą Smoleńską.


Potem był 10.04.2010. I co? I nic.


Teraz bowiem, za sprawą „Diagnozy Społecznej 2011”, opracowanej przez zespół pod kierownictwem prof. Janusza Czapińskiego okazało się, że te cieplarniano-sielankowe nastroje bynajmniej nie wygasły. Co więcej, znajdują przełożenie na ocenę – jak by to ująć - „zadowolenia tak w ogólności”. Przeważająca (czy może raczej – przerażająca) większość Polaków (80%) sądzi, że ich sprawy toczą się ogólnie OK, zeszły rok był w porządku a nawet „udany”. Krótko mówiąc – doczłapaliśmy się do upragnionej stabilizacji. Dla salonowego socjologa, czyli pana profesora Czapińskiego i rozcmokanych nad jego „Diagnozą...” mediodajni stanowi to asumpt do nasładzania się trzeźwością, racjonalizmem i sukcesem Polaków.


Dla mnie wyniki badań są świadectwem porażającego ogłupienia, tumiwisizmu i uporczywego nie przyjmowania do wiadomości, że obecna względna laba jest życiem na kredyt – i to na kredyt, który rychło przyjdzie spłacać ze łzami w oczach.


II. Ogłupiające samozadowolenie.


Nie sposób uciec tu od często przywoływanej w prawicowym dyskursie analogii do czasów saskich, kiedy to jadło się, piło i popuszczało pasa. Owszem, Donald Tusk w roli króla Sasa sprawdza się znakomicie (i jest to bodaj jedyna rola w której realizuje się, powiedziałbym, w sposób naturalny), ale mało kto raczy przyjmować do wiadomości, ile za te saskie nie-rządy którymi obecnie stoi Polska przyjdzie wkrótce zapłacić.


Przedstawiony w „Diagnozie...” Polak nie chce słyszeć, że państwo – jego państwo – znajduje się w fatalnej kondycji, że zadłużone jest na ponad 800 miliardów PLN, zaś obywatele „prywatnie” na mniej więcej połowę tego i że niebawem znajdzie to przełożenie na jego osobisty los. Więcej: na wszelkie napomknięcia reaguje agresją - niczym ćpun wybudzany na siłę z ogłupiającego, pełnego samozadowolenia letargu. Kryzys jest gdzieś w świecie, u nas szafa gra. Nawet przykład Grecji nie jest w stanie takiego zmusić do intelektualnego wysiłku na poziomie prostego pytania: a co się stanie ze mną, jeśli i tutaj zawali się piramida długów? To porażające, ale tzw. statystyczna większość zdaje się sądzić: to długi państwa, a nie moje. Powiesz takiemu, że te państwowe zobowiązania są jednak jego, to się żachnie: - A w życiu! Ja tam nic nie pożyczałem!


A poza tym, zeklnie Cię, drogi Czytelniku, za poruszanie nieprzyjemnych tematów o których nie chce nic wiedzieć, ani o nich mówić. Zupełnie jak pani Małgorzata Wyszyńska z „Dziennika Telewizyjnego” TVP, która narzekała na dominujące w „pisowskich” czasach materiały epatujące ponuractwem.


Małpki nie mówią. Małpki nie widzą. Małpki nie słyszą. I wcale nie chcą odzyskać zmysłów.


I to jest właśnie jedna z tajemnic tego poczucia sukcesu o którym w upojeniu ględzi prof. Czapiński. Polacy wybierają postawę świadomej ignorancji, a poza tym nie utożsamiają się z państwem – odnoszą osobisty „sukces” mimo państwa, a nie w państwie. Tak można by skrótowo opisać mentalne nastawienie naszych rodaków do swej ojczyzny.


III. Keep smiling!


Warto jeszcze nadmienić o kilku rysach na przedstawionym nam w „Diagnozie Społecznej 2011” idyllicznym obrazku. Skoro jest tak fajnie, to czemu więcej pijemy? Dlaczego sypią się relacje międzyludzkie, rozpadają rodziny, źle się dzieje w małżeństwach? Wprawdzie mniej palimy (oficjalnie, bo przy tych cenach fajek... pozostaje zawsze stara, dobra kontrabanda), niemniej ten wzrost „spożycia” pokazuje, iż duszne boleści związane z życiem osobistym wytłumiamy alkoholem. Dodajmy jeszcze rosnące rozwarstwienie społeczne i - tu już poza „Diagnozą...” - wstrzymywanie przez GUS publikacji danych dotyczących ubóstwa w Polsce.


No to jak w końcu jest? Czy aby „Diagnoza...” obrazująca społeczne samozadowolenie, nie pokazuje nam kurczowego „keep smiling”? Postawy, w której wstyd się przyznać do strachu przed jutrem, do obawy czy dam radę spłacić kredyt, do ustawicznego kombinowania aby związać koniec z końcem, ale gdy ktoś zapyta, podnosimy kciuk i pokonując nerwicowy szczękościsk, stękamy z upiornym uśmiechem - „OK, I’m fine!”.


Czy to aby nie ten ustawiczny stres, wypływający z podświadomych lęków dotyczących kruchości podstaw naszego względnego dobrobyciku zatruwa domową atmosferę Polaków? Dodajmy do tego konsumpcjonistyczną presję i wtłaczaną nam do głów modę na „samorealizację” sprowadzającą się w praktyce do płytkiego egoizmu – i otrzymujemy wybuchowy koktajl, mogący koniec końców rozsadzić do reszty społeczne więzi.


Póki co, pijemy jeszcze wódkę, browary i pieczemy kiełbachy. Ale tylko do czasu. Do czasu.


Gadający Grzyb


P.S. Danych z „Diagnozy..” omawiających podejście Polaków (Polaków?) do tematu Katastrofy Smoleńskiej nie analizuję. Nie mam siły.

środa, 17 listopada 2010

Socjologia obojga narodów.


Zimna wojna domowa to przepis na klęskę, narodową anihilację.

I. Fałszywy schemat.

Publicystyczna konstatacja o „dwóch narodach”, które wyroiły się na naszych oczach podczas nie tak dawnej batalii o Krzyż na Krakowskim Przedmieściu i o których Jarosław Marek Rymkiewicz napisał, że „to się już nie sklei” aż się prosi o jakąś rzetelną naukową analizę. Rzetelną, czyli wykraczającą poza prostacki schemat którym raczą nas do wymiotów wiodące mediodajnie: „młodzi, wykształceni z dużych miast” w roli „Polski jasnej” i „starsi, słabo wykształceni z mniejszych ośrodków” w roli moherowej „Polski ciemnej”. O fałszu tego podziału mogliśmy się wszak boleśnie przekonać w tragicznym dniu mordu łódzkiego. Ani zabójca Ryszard C. nie był „młodym, wykształconym...”, ani jego ofiara – Marek Rosiak nie był zacofanym „moherem” bez wykształcenia, chyba że za „zacofanie” uznać jego zamiłowanie do antyków.

II. Pytania o polskie rozdarcie.

Gdyby zależało to ode mnie, zacząłbym od szukania odpowiedzi na kilka podstawowych pytań:

Po pierwsze – czy naprawdę mamy do czynienia z przepaścią o fundamentalnym, cywilizacyjnym wymiarze, czy też podział biegnący często w poprzek rodzin jest jedynie sprytnie utrzymywanym za pomocą partyjnych „narracji” rozgorączkowaniem umysłów? Na ile podział społeczny jest realny i autentyczny, na ile zaś jest sztucznym efektem sprytnej socjotechniki?

Po drugie – jeżeli podział społeczny istnieje, to jakie są jego prawdziwe kryteria? Co sprawia, że grono znajomych lub rodzina o podobnym statusie społecznym i materialnym potrafi się radykalnie poróżnić a naturalne polityczno-światopoglądowe odmienności opinii stają się nagle kwestią życia i śmierci?

Po trzecie – kiedy ewentualny podział się zaczął, jak ewoluował, jakie czynniki powodowały jego pogłębienie? Czy rozdarcie nastąpiło nagle, w ostatnim czasie, czy też istniało „w uśpieniu” od dawna, zaś atmosfera politycznej gorączki wymusiła społeczny „coming out” i polaryzację postaw?

I wreszcie, jeżeli polskie rozdarcie jest autentyczne, czy „sklei się to”, czy „nie sklei”?
Jakieś szanse, recepty, perspektywy...?

III. Socjologia jak „koncesjonowana satyra”.

Naszkicowane powyżej kwestie przewrotnie nazwałem „socjologią obojga narodów”, wywołując przy okazji „po obywatelsku” do odpowiedzi konkretną grupę fachowców – przedstawicieli nauk społecznych, ze szczególnym uwzględnieniem socjologów. Mówiąc Boyem - „od tego was naród płaci”.

Niestety, z refleksji prof. Andrzeja Zybertowicza po XIV Zjeździe Socjologicznym w Krakowie („Socjologowie w pułapce”) wyłania się dość przygnębiający obraz stanu polskiej socjologii. Taki mianowicie, że socjologia w Polsce pełni rolę porównywalną z „koncesjonowaną satyrą” w PRL – można było nabijać się z chamskich kelnerów i piętnować inne pomniejsze bolączki, ale kpić ze źródeł patologii, sięgać w satyrze pryncypiów, godzić w sojusze – o, co to, to nie.

Przykłady, cytaty:


Prof. Jacek Raciborski po stwierdzeniu „Ci, których wybieraliśmy – nie mają władzy. Tych, którzy mają władzę, nie wybieraliśmy” nie ciągnie wątku.

Prof. Marek Czyżewski, po intrygujących słowach, że „faktyczną ideologią jest to, co nie jawi się nam jako ideologia” nie rozwija dalej myśli.

Cytat z artykułu prof. Zybertowicza:

Prof. Sztompka, rozważając, na czym miałoby polegać uprawianie polskiej socjologii – czy jest to socjologia uprawiana w Polsce, czy może socjologia uprawiana w języku polskim, a może socjologia o Polsce? – kompletnie pominął możliwość, że jest to socjologia uprawiana dla Polski (wyróżnienie moje – G.G.).

Zybertowicz nie ukrywał, że pominięcie wariantu socjologii uprawianej dla Polski traktuje jako przejaw mentalności postkolonialnej.

I jeszcze paradny dowcip: „Nie można wytropić autora polskiego kapitalizmu” - prof. Radosław Markowski.

I te de, i te pe...

IV. Martwica mózgu.


Póki co, wygląda na to, że „jajogłowych” (przynajmniej tych, którzy pełnią dyżury w wiodących mediodajniach) stać jedynie na klepanie formułek wg fałszywego schematu ciemnogród-jasnogród. Schematu, doprowadzonego do intelektualnej paranoi przez prof. Radosława Markowskiego wnioskującego o wprowadzenie swoistego apartheidu w wersji light. Instytucjonalny, skuteczny podział między filarem „oświeceniowo-świeckim” i „katolicko-narodowym”, bo „razem się już nie da” - oto co ma do zaproponowania „profesorska głowa”. Skąd pan profesor wytrzasnął owe „filary” - o tym ani słowa. Czy aby nie jest tak, że ubrał w para-naukowy żargon to, co wyczytał wcześniej w gazetach i wyskoczył z efekciarską tezą przed mikrofon „zaprzyjaźnionej” stacji radiowej? I do którego z „filarów” przypisałby Ryszarda C., do którego zaś jego ofiary?

Pozostaje pytanie, czy świat nauki ugrzązł już ze szczętem w ferworze politycznej nawalanki, skutkującym m.in. sugerowaną przez prof. Zybertowicza autocenzurą, sprawiającą że pewnych tematów się nie tyka, albo zatrzymuje się w ich badaniu w pół drogi, bo a nuż zaprowadzą w zbyt niebezpieczne (niepoprawne) politycznie rewiry?

***

Zimna wojna domowa to przepis na klęskę, narodową anihilację - i świetne pole do rozgrywania nas przeciw sobie, gdyż - „jeśli u was jeden drugiego kąsa i pożera, baczcie, byście się wzajemnie nie zjedli” .

Pytania o naszą kondycję społeczną, narodową się mnożą. Na postawienie diagnozy, póki co, nie ma mądrych. Ani odważnych. „Socjologia obojga narodów” czeka na swe opisanie.

Gadający Grzyb

Problem poruszyłem też w ostatnim podrozdziale notki: http://niepoprawni.pl/blog/287/smolenska-odpowiedzialnosc

Płatny (niestety) artykuł prof. Zybertowicza: http://www.rp.pl/artykul/61991,540382-Socjologowie--w-pulapce.html

Pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl