Pokazywanie postów oznaczonych etykietą apartheid. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą apartheid. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 czerwca 2017

Alternatywne państwo „totalnej opozycji”

Na naszych oczach zaczyna tworzyć się opozycyjna republika-bis rządzona przez „sędziokrację” i zrewoltowana wobec oficjalnych struktur państwa.


I. Apartheid wg Markowskiego

Nie jest nam potrzebna sztuczna jedność. Trzeba pracować nad tym, żeby się skutecznie instytucjonalnie podzielić” - powiedział bliski Platformie politolog Radosław Markowski w rozmowie z Agnieszką Kublik pod koniec października 2010 r. Był to szczyt potęgi PO – niedługo po Smoleńsku i po objęciu prezydentury przez Bronisława Komorowskiego. Kilka tygodni wcześniej usunięto krzyż sprzed Pałacu Prezydenckiego – co działo się na Krakowskim Przedmieściu, wszyscy pamiętamy. I w takim właśnie momencie upojony triumfem swojego obozu prof. Markowski uznał, że warto posunąć się o krok dalej i zaprowadzić wewnątrzpolski apartheid, sprowadzający się do zinstytucjonalizowania różnic światopoglądowych, społecznych, politycznych i religijnych. Od tej pory ci, których nieco później zaczęto określać mianem „fajnopolaków”, oraz „mohery” mieliby osobno odprowadzać podatki na własne przedszkola, szkoły, żłobki, szpitale itd. Ów „funkcjonalny federalizm” jak go eufemistycznie określił Markowski, składający się z dwóch „filarów” - „oświeceniowo-świeckiego” i „katolicko-narodowego” - sankcjonowałby „na sztywno” społeczny podział, tak by ci „lepsi” mogli dla własnego komfortu maksymalnie odseparować się od „ludu smoleńskiego”.

Milczącym założeniem przewijającym się między wierszami wypowiedzi Markowskiego było przeświadczenie, że warstwa „oświeconych” stanowi odrębną kastę, w ogromnej mierze składającą się z wielkomiejskiej klasy średniej. W konsekwencji, „oświeceni” nie mieszają się z prowincjonalnym ciemnogrodem – starszym, mieszkającym w „Polsce powiatowej”, chodzącym do kościoła (a przynajmniej innych kościołów niż „liberałowie”), gorzej wykształconym, mniej zarabiającym, okupującym podrzędne miejsca pracy. I na odwrót - „oświeceni” mieli stanowić wyizolowaną elitę: zamieszkującą grodzone osiedla-zamki, pracującą na wyższych stanowiskach, lepiej wykształconą, zamożniejszą itd. Współczesna lewica takie myślenie nazywa „klasizmem”, ale dziwnym trafem, nikt np. z „Krytyki Politycznej” wówczas tego Radosławowi Markowskiemu nie zarzucił.

Kolejnym aspektem powyższego był niewypowiedziany historyczny determinizm – ci „gorsi” wskutek niedopasowania do nowoczesnego świata mieli „wyginąć jak dinozaury”, zaś niedobitki pełnić wobec elit funkcje służebne. Tyle, że w swej nadętej arogancji Markowskiemu nie przyszło do głowy policzyć, ilu jest tych „wielkomiejskich liberałów”, jaką mają rozrodczość i jak niby mają osiągnąć na stałe dominującą pozycję, skoro „ciemnogród” jest w stanie przykryć ich czapkami. Uczony profesor nie zadał sobie również pytania, jak niby kasta liberalna ma się uzupełniać w warunkach sztywnego podziału z zaburzoną fluktuacją elit i warstw społecznych. No i wreszcie – człowiek zajmujący się m.in. socjologią i psychologią społeczną (nie tylko on zresztą, można tu także wymienić prof. Czapińskiego czy Krzemińskiego) nie zdołał zaobserwować, że ówczesna optyczna przewaga „młodych wykształconych” przekładająca się na zwycięstwo PO i rządy Tuska wynikała z rozbudzonych aspiracji materialnych i godnościowych, które zaspokoić miała ogólnikowo formułowana „modernizacja” i „europeizacja” Polski. Gdy owe aspiracje nie doczekały się spełnienia, nastąpił bunt przejawiający się m.in. masowym zwrotem w stronę „tożsamościową”. I stała się rzecz niepojęta: skazywane na wymarcie „dinozaury” nie dość, że radykalnie odmłodniały, to jeszcze wygrały wybory.


II. Alternatywne państwo

Przypominam to wszystko nie tylko po to, by zilustrować mentalność „oświeconych”, lecz także dlatego, że wbrew pozorom postulat apartheidu Radosława Markowskiego bynajmniej wśród tej warstwy nie stracił na aktualności. Różnica jest taka, że nie przewidzieli, iż przyjdzie im realizować go w warunkach, gdy sami zastaną zepchnięci do narożnika. W swym zadufaniu sądzili, że zawsze będą na wierzchu i prawem dziejowego postępu z czasem niepodzielnie rozciągną swą dominację na całą przestrzeń życia publicznego. Dlatego też nie są w stanie przyjąć do wiadomości, nie wspominając już o zaakceptowaniu, rządów tych, których zwykli traktować jako barbarzyńców stojących na nieporównywalnie niższym szczeblu cywilizacyjnego rozwoju. Kolejnym policzkiem jest dla nich rozprzestrzenienie się w sferze publicznej postaw budzących w „oświeconych” środowiskach jedynie odrazę – patriotycznych, narodowych, suwerennościowych. A już prawdziwe przerażenie budzi w nich to, że nagle, na przekór wcześniejszym mocarstwowym urojeniom, zobaczyli jak wąską grupę stanowią, jaki przedział wiekowy dominuje na ich demonstracjach i do jakiego stopnia są wyizolowani z tkanki społecznej. Innymi słowy, przekaz Markowskiego o budowaniu „instytucjonalnego podziału” z pozycji siły uległ szokującemu urealnieniu.

Reakcją jest sekciarski mechanizm wyparcia. To nie oni przegrali, tylko państwo zostało „zawłaszczone” zaś legalnie wybrana władza „nie ma mandatu” do wprowadzania jakichkolwiek zmian naruszających interesy dotychczasowych elit. A że te interesy sankcjonowane przez „republikę okrągłego stołu” zwykli utożsamiać z demokracją jako taką (bo innej tak naprawdę nie znają), to wszelkie ich naruszenie traktują (najzupełniej szczerze) jako „zamach na demokrację”. Przy takim podejściu logicznym następstwem jest traktowanie państwa w którym zostali pozbawieni znacznej części wpływów (choć dalece nie wszystkich) jako struktury wrogiej i obcej. Krótko mówiąc – Polska pod rządami opcji innej, niż „obóz beneficjentów III RP” nie jest ich państwem. Nie są w stanie utożsamić się z żadną formą państwowości w której to nie oni są warstwą nadrzędną – zarówno materialnie, jak i na płaszczyźnie symboliczno-godnościowej „dystrybucji szacunku”.

Efekt jest taki, że dziś instynktownie przystępują do budowy własnego apartheidu – tyle, że z pozycji „opozycji totalnej”. Już nie po to, by dominować, lecz by przetrwać w nadziei na jakąś odmianę polityczno-społecznych wiatrów, które znów kiedyś wyniosą ich na przynależne im szczyty. Taka jest istotna funkcja „pełzającego rokoszu” - zwarcie szeregów, eliminacja jednostek nieprawomyślnych i ugodowców, oraz konsolidacja posiadanych zasobów. Zważywszy na mizerną bazę społeczną, o czym świadczy rachityczność tworzonych oddolnie „obywatelskich” struktur (nieudana kopia analogicznych środowisk budowanych przez lata po prawicowej stronie), w ich stanie posiadania są cztery obszary – zagraniczne instytucje nacisku, którym się wysługiwali; sprzyjająca im część mediów, głównie z zagranicznym kapitałem; pozostające w ich rękach struktury partyjno-samorządowe będące dziś bastionem starych porządków oraz te segmenty państwa, które uda się „wyłuskać” spod rządów PiS.

Podstawowym filarem instytucjonalnym, na którym „opozycja totalna” chce oprzeć swoje „alternatywne państwo” jest władza sądownicza i szerzej – środowiska prawnicze udrapowane w szaty „ajatollahów demokracji” orzekających co jest zgodne z demokratycznym standardem, a co nie. To dlatego wypowiedzenie porządku konstytucyjnego w którym naród mają zastąpić w roli suwerena „wartości” spotkało się z takim aplauzem. Oni wiedzą, że „wartości” każdorazowo będą interpretowane na ich korzyść i w ich interesie, co potwierdza niedawne orzeczenie Sądu Najwyższego (w odpowiedzi na zadane samemu sobie pytanie) ograniczające prezydenckie prawo łaski. W ten sposób zaczyna obowiązywać postulat prof. Safjana samozwańczej kontroli konstytucyjności przez władzę sądowniczą. Na naszych oczach zaczyna tworzyć się opozycyjna republika-bis rządzona przez „sędziokrację” i zrewoltowana wobec oficjalnych struktur państwa.


III. Pluszowy krzyż „totalnej opozycji”

Każdej rewolcie potrzebny jest przynajmniej cień propagandowego uzasadnienia i nimb męczeństwa – najlepiej na pluszowym krzyżu. Stąd chociażby prowokacje na smoleńskich miesięcznicach starające się nie tylko odgrzać dawne emocje, ale również wykreować bohaterów walk z „dyktaturą”. Jest to celowa gra obliczona na reakcję siłową władzy poprzez świadome łamanie prawa – czego lider „Obywateli RP” Paweł Kasprzak nawet nie ukrywa. Póki co, mieliśmy groteskowe męczeństwo Frasyniuka i garstki innych osób wyniesionych przez policję poza obręb demonstracji i spisanych – ale zdjęcia poszły w świat, sugerując, że mamy tu co najmniej „putinizm” i łamanie praw obywatelskich. Porównajmy to sobie z zajściami pod krzyżem z lata 2010, czy szykanami wobec uczestników pikiety „Solidarnych 2010”, kiedy to Straż Miejska usiłowała z całą brutalnością usunąć jej członków z Krakowskiego Przedmieścia. Przypomnijmy pałowanie i procesy polityczne wytaczane uczestnikom Marszy Niepodległości, pacyfikowanie środowisk kibicowskich w ramach „akcji widelec”, grzywny za skandowanie hasła „Donald matole, twój rząd obalą kibole”, czy zupełnie już niedawny wyrok na Zygmunta Miernika zakończony więzieniem. Jak na dłoni widać, że obecna, usiłująca zanarchizować państwo „totalna opozycja” ma wyjątkowo dobrze. Czy czasem nie za dobrze?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 24 (14-20.06.2017)

wtorek, 1 września 2015

Zdekolonizować naród!

Po raz pierwszy od wielu lat rysuje się szansa na realną dekolonizację Polski i Polaków – zarówno w sferze instytucjonalnej, jak i w obszarze kulturowym.

I. Filary kolonializmu

Pozwolę sobie dziś kontynuować wątek z ubiegłego tygodnia, czyli wyzwanie, jakim jest wszechstronna dekolonizacja Polski. W poprzednim numerze „PN” pisałem o kolonizacji gospodarczej, lecz obraz sytuacji będzie niepełny, jeśli nie wspomnimy o związanych z kolonizacją Polski problemach społecznych, kulturowych i politycznych. Co jest podstawą władzy kolonizatora nad zajętym terytorium? Otóż, wbrew pozorom, chodzi nie tylko o przewagę militarną i gospodarczą. Wyzysk ekonomiczny pod osłoną bagnetów może funkcjonować jedynie do czasu. Podstawą długofalowej kolonialnej eksploatacji jest zdobycie „rządu dusz” - a konkretnie, zaszczepienie w ludności autochtonicznej przekonania o jej cywilizacyjnej niższości i zacofaniu, dezawuowanie dorobku pokoleń jako bezwartościowego śmiecia, od którego trzeba się uwolnić, by wspiąć się na wyższy szczebel rozwoju. Tym wyższym szczeblem mają być natomiast wzorce kulturowe podtykane kolonii przez metropolię, w charakterze celu do którego należy dążyć.

Owo zarządzanie przez rozbudzanie kompleksów, to jeden filar kolonialnej władzy. Filarem drugim jest społeczna atomizacja, mająca wyplenić wśród kolonizowanej ludności odruchy solidarnościowe – im więcej społecznych podziałów i wewnątrzplemiennych animozji, tym z punktu widzenia kolonizatora lepiej. Trzecim wreszcie filarem kolonialnej dominacji są sprzedajne miejscowe elity ukształtowane wedle potrzeb zdobywcy, tak, by możliwie największą część ciężarów związanych z dyscyplinowaniem aborygenów przerzucić na nich samych. To właśnie owe wykreowane przez obce ośrodki jurgieltnicze warstwy wyższe, zapatrzone w metropolię i nagradzane przez nią za swą służbę, mają utrzymywać tubylców w ryzach i poczuciu niższości – słowem, w swoistych mentalnych pętach sprawiających, że jakikolwiek bunt jawić się będzie jako nieodpowiedzialna, zbrodnicza wręcz awantura. Tego typu rozwiązania przetrenowała z dobrym skutkiem Wielka Brytania budując swe imperium (jak inaczej byłaby w stanie podporządkować sobie chociażby ogromne Indie?), i mechanizmy kolonialne w zasadniczym zrębie pozostały niezmienione po dziś dzień. To dlatego Gandhi koncentrował się m.in. na odczarowaniu figury „białego sahiba” i przełamywaniu podziałów kastowych.

II. Odbudowa narodu

Patrząc z tego punktu widzenia, podstawowym problemem najbliższych lat będzie odbudowa narodu – m.in. przezwyciężenie rozlicznych społecznych podziałów i ojkofobicznych kompleksów zaszczepianych nam, śmiem twierdzić, z pełną premedytacją na przestrzeni ostatnich 25 lat. To nie tylko „pedagogika wstydu” uprawiana przez michnikowszczyznę jako narzędzie społecznej tresury, lecz również piętrzenie rozlicznych „klasowych” zawiści. Zwróćmy uwagę, jak to funkcjonuje: „sekta pancernej brzozy” kontra „lud smoleński”, „złotówkowicze” oburzający się na próby pomocy „frankowiczom”, „zusowcy” patrzący z zazdrością na „krusowców”, „ciemnogród” kontra „obóz postępu”, „Kościół otwarty” i „Kościół zamknięty”, pracujący na „śmieciówkach” oraz „etatowcy” a wszyscy razem sarkający na przywileje związkowców z różnych branż - długo by wymieniać. Te rozłamy nakładają się na siebie w rozlicznych konfiguracjach, innymi słowy – mamy wiele funkcjonujących równolegle małych „apartheidów” skutecznie konfliktujących ze sobą Polaków na różnych płaszczyznach.

Od samego początku III RP mieliśmy do czynienia z systemowym zohydzaniem dziedzictwa „Solidarności” - o czym warto wspomnieć przy okazji 35 rocznicy „Porozumień Sierpniowych”. Związki zawodowe przedstawiano jako anachroniczną jaskinię warcholstwa i relikt po komunizmie, skutecznie podjudzając przeciw nim spauperyzowane społeczeństwo na zasadzie - „jest wam źle, bo związkowcy wymusili swe przywileje waszym kosztem”. W ten sposób osłabiono bezpowrotnie jedyną strukturę zdolną przeciwstawić się wyzyskowi, czego gorzkie owoce zbieramy dzisiaj. Sam mit „Solidarności” został przykrojony do rozmiarów historycznej maskotki do której przytuliły się pospołu „lewica laicka” i komunistyczni „reformatorzy”; sprowadzono go do roli rekwizytu legitymizującego władzę. Na powyższe nałożyła się liberalna propaganda indywidualizmu, co z jednej strony było na rękę rządzącym (rozproszone jednostki się nie postawią skutecznie władzy), z drugiej współgrało z interesami kolonizatorów. W efekcie indywidualizm, który sam w sobie nie jest jeszcze niczym złym, wynaturzył się w społeczną atomizację, zabijając solidarność na elementarnym, międzyludzkim poziomie. W pewnym momencie został przekroczony ważny punkt krytyczny i dlatego właśnie obecnie tak wielkim zadaniem jest ponowna odbudowa poczucia wspólnoty Polaków, zaś różni salonowi mędrcy biadolący dziś nad brakiem „kapitału społecznego” powinni uderzyć się przede wszystkim we własne piersi.

Na szczęście, ostatnie wybory pokazały, że coś chyba zmienia się na lepsze. Tzw. „lemingi” dojrzały - dziś zbliżają się do trzydziestki, bądź ją przekroczyły i widzą, że za wszystko trzeba płacić - w tym również za swoje wybory polityczne, za to na kogo się zagłosowało (lub nie zagłosowało). Jeśli pracują, to na śmieciówkach bez widoku na etat i własne mieszkanie, szczęśliwcy mający umowę o pracę czują zaciskającą się na szyjach pętlę kredytową, a ci, którzy otworzyli własny biznes borykają się z niezliczonymi barierami, widząc jednocześnie przywileje „klientów władzy” oraz międzynarodowych koncernów. Część wyjechała, bo rachunek za tutejszą „ciepłą wodę w kranie” okazał się zbyt wygórowany. Wolą tę samą ciepłą wodę w Wielkiej Brytanii, lecz za zdecydowanie niższą cenę. Im przestało imponować poczucie przynależności do warstwy „młodych, wykształconych, z wielkich miast”, bo przekonali się, że za tym symbolicznym statusem nie podąża sukces materialny – ten zarezerwowany jest dla nielicznej mniejszości. W tym między innymi upatruję jedną z przyczyn zwycięstwa Andrzeja Dudy i zmianę notowań PiS – pod naciskiem twardej rzeczywistości zostało przełamane istotne kulturowe tabu. Oby był to zwiastun szerszego społecznego przesilenia.

III. Wojna kolonialna

Jednakże to, co dla nas stanowi nadzieję, jest zarazem sennym koszmarem dla kolonizatorów i wysługujących się im kompradorskich elit – stąd próby odgrzania podziałów cywilizacyjnych. Ofensywa genderyzmu, spór wokół in vitro, promocja „związków partnerskich”, homopropaganda wkraczająca do szkół i przedszkoli – to wszystko są próby zaimplantowania nam wzorców kulturowych narzucanych przez kolonialną „metropolię”. Kolonizatorzy zdają sobie bowiem sprawę z tego, że jeśli postawy masowe zdominuje nurt patriotyczno-niepodległościowy, to prędzej czy później Polacy upomną się o swe prawa również w innych dziedzinach życia publicznego – z gospodarką włącznie, a wtedy dla zagranicznych koncernów skończy się eldorado korzystania z taniej siły roboczej, wyprowadzania zysków do central, czy eksploatacja kieszeni klientów banków.

Obie główne siły polityczne, PiS i PO, mniej lub bardziej świadomie wpisują się w powyższą logikę wojny kolonialnej, przy czym – co ciekawe – ugrupowania te pełnymi garściami czerpią z postulatów tradycyjnie przypisywanych lewicy. Mamy tu odpowiedź na pytanie, dlaczego po upadku znaczenia postkomunistów nie może w ich miejsce pojawić się żadna istotna siła lewicowa. Po prostu PiS i PO podzieliły ten polityczny „rynek” między siebie. PO z lewicowej retoryki zaadaptowała na swój użytek sprawy obyczajowe, z kolei PiS – kwestie socjalne. Zresztą, lewicowa proweniencja programowa nie ma dla mnie większego znaczenia - po prostu ją odnotowuję. Coś może być sobie lewicowe, byle byłoby propolskie. Tu bowiem biegnie zasadnicza linia podziału - na propolskość i antypolskość, a nie na ideologiczne etykietki. W tym sensie PO jest antypolska bo realizując szaleństwa obyczajowe godzi wprost w społeczną tkankę narodu, zaś PiS absorbując agendę socjalną lewicy jest propolskie, bo ukrócenie banksterstwa, ucywilizowanie umów śmieciowych, czy wsparcie dla rodzin, służy budowie i rozwojowi tejże tkanki oraz poprawie warunków bytowych rzesz spychanych do tej pory na coraz głębszy margines Polaków. W efekcie - buduje to podmiotowość polskiego państwa i narodu.

PO lewactwo obyczajowe połączyła z wysługiwaniem się międzynarodowemu biznesowi oraz krajom, gdzie koncerny mają swe siedziby - jest więc antypolska dubeltowo. PiS natomiast połączył światopoglądowy konserwatyzm z prosocjalnym, solidarystycznym podejściem, usiłując przy tym przynajmniej w jakiejś mierze wyzwolić Polskę spod dyktatu obcego kapitału. Na razie, rzecz jasna, deklaratywnie, zobaczymy jakie będą w tym zakresie inicjatywy prezydenta Dudy i posunięcia ewentualnego rządu PiS po jesiennych wyborach. W każdym razie, po raz pierwszy od wielu lat rysuje się szansa na realną dekolonizację Polski i Polaków – zarówno w sferze instytucjonalnej, jak i w obszarze kulturowym – i właśnie przede wszystkim pod tym kątem będzie należało patrzeć przyszłej władzy na ręce. Obyśmy tej szansy nie zmarnowali.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Dekolonizacja Polski

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2307-pod-grzybki-18

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 33 (26_08-01_09_2015)

niedziela, 16 sierpnia 2015

Podwójna schizma Komorowskiego

Za sprawą Komorowskiego dokonały się w Polsce dwie schizmy – wewnątrznarodowa i wewnątrzkościelna.

I. Dwie schizmy

Gdybym miał podsumować kadencję byłego już prezydenta Bronisława Komorowskiego, to prócz rozlicznych przykładów politycznego szkodnictwa, czy żenujących występów wskazujących na postępujący niedowład intelektualny, wskazałbym, iż jest to człowiek za sprawą którego dokonały się w Polsce dwie schizmy – wewnątrznarodowa i wewnątrzkościelna.

Zacznijmy od tej pierwszej. Oto na skutek amerykańskiego „resetu”, Rosja wraz z dyszącymi żądzą zemsty ludźmi WSI uznała, że może sobie pozwolić na likwidację znienawidzonych braci Kaczyńskich i zainstalowanie swojego człowieka pod żyrandolem pałacu prezydenckiego. Planu nie udało się w pełni zrealizować, bowiem w ostatniej chwili Jarosław Kaczyński zrezygnował z lotu do Smoleńska by zostać przy chorej matce, niemniej wynik zamachu i tak był więcej niż zadowalający. Polska elita z Lechem Kaczyńskim na czele skonała w smoleńskim błocie, a w kraju stojący w blokach startowych Komorowski natychmiast rozpoczął bezprawne przejmowanie prezydentury – jeszcze przed oficjalnym ogłoszeniem zgonu głowy państwa. Szczególnie zależało mu na położeniu łapy na Aneksie do raportu o rozwiązaniu WSI (ciekawe zresztą, czy dokument ten nadal znajduje się w zasobach BBN).

Operacja, wykorzystująca atmosferę szoku po tragedii przebiegła gładko, jednak nastąpiło coś, czego najwyraźniej nie przewidziano. Oto naród, zdawałoby się trwale podzielony przez „przemysł pogardy” na dwa wrogie plemiona, nagle w obliczu śmierci 96 ofiar Smoleńska zaczął się jednoczyć. Pamiętamy tłumy przed Pałacem Prezydenckim, morze zniczy, szpaler wzdłuż przejazdu kolumny samochodów z trumnami Pary Prezydenckiej i naręcza kwiatów zasypujące karawan. Z punktu widzenia tej władzy, wysługujących się jej salonów oraz całego obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP, takie narodowe pojednanie było sennym koszmarem, oznaczało bowiem kres metody sprawowania rządów polegającej na napuszczaniu na siebie różnych grup społecznych. Na widok tłumów na Krakowskim Przedmieściu i tej gigantycznej kolejki ludzi chcących oddać ostatni hołd wystawionym w Pałacu trumnom, zwyczajnie ścierpły im tyłki. Wspomnijmy choćby pełne przerażenia komentarze o „demonach polskiego patriotyzmu”, czy „kulcie Tanatosa”. Z kolei wygwizdanie przez tłum Moniki Olejnik, która postanowiła podlansować się przy okazji Żałoby Narodowej oraz wymuszenie przez zgromadzonych wyłączenia telebimu z TVN-em podczas pogrzebu Pary Prezydenckiej było sygnałem, że medialne jaczejki systemu zaczynają tracić rząd dusz. Trzeba było coś z tym zrobić. Wstępem było ponowne rozpętanie przemysłu pogardy wokół wawelskiego pochówku i reaktywacja Palikota. Należało też przypieczętować przejęcie pełni władzy, co było tym łatwiejsze, iż Jarosław Kaczyński podczas kampanii przygnieciony był żałobą, a jego sztab stanowili wówczas Joanna Kluzik-Rostkowska, Elżbieta Jakubiak, Paweł Poncyliusz, czy Marek Migalski, którzy woleli promować siebie samych, wygłupiając się w hippisowskich szmatkach.

Komorowski zatem wygrał i niemal natychmiast po zaprzysiężeniu udzielił „Gazecie Wyborczej” wywiadu, zapowiadając usunięcie Krzyża sprzed Pałacu Prezydenckiego, co zapoczątkowało pamiętne pandemonium letnich nocy na Krakowskim Przedmieściu, w które na skutek siły rażenia propagandy zaangażowała się emocjonalnie - po jednej, bądź po drugie stronie - reszta Polski. To była wielka operacja socjotechniczna powtórnego podzielenia narodu i ustanowienia dla „moherów” swoistego apartheidu, co nawiasem mówiąc, zupełnie otwarcie postulował prof. Radosław Markowski mówiąc, iż trzeba znaleźć sposób, by skutecznie, instytucjonalnie się podzielić. Rzucono do tego wszelkie siły – włącznie z warszawskimi alfonsami pokroju Zbigniewa S. ps. „Niemiec” - i udało się. Narodowa schizma na powrót stała się faktem, a paliwo nienawiści zapewniło temu układowi kolejną kadencję rządów. I za to Bronisław Komorowski jest osobiście odpowiedzialny.

II. Kościelni Lucyferianie

O ile doprowadzenie z pełną świadomością do głębokiego, społecznego podziału jest symbolicznym początkiem tej najgorszej w dziejach Polski prezydentury, o tyle jej zwieńczeniem jest doprowadzenie do faktycznej schizmy kościelnej. Schizma ta wprawdzie tliła się od lat wskutek pracowitego organizowania przez „Wyborczą” z medialnymi przyległościami własnego quasi-kościoła z postępowymi księżmi, czy próbami podziału na „kościół toruński” i „łagiewnicki”, jednak dopiero msza dziękczynna w kościele wizytek z 6 sierpnia pokazała głębię rozłamu. Komorowskiemu przez lata udawało się uchodzić za tradycyjnego katolika i maskę tę porzucił ostatecznie dopiero po przegranych wyborach – gdy było mu już wszystko jedno. Mógł zatem bez ceregieli podżyrować politykę rządu PO skrojoną ostatnio jakby pod zapotrzebowanie patologicznych, antyklerykalnych hejterów z forum „GW” i sierot po Palikocie, czego dobitnym świadectwem był podpis pod ustawą o in vitro złożony wbrew jednoznacznemu stanowisku Episkopatu oraz nauczaniu Kościoła. I wtedy właśnie okazało się, iż jest grupa księży (Seniuk, Luter, Sowa itd.), stosunkowo nieliczna, lecz silna poparciem medialno-politycznego mainstreamu, którzy gotowi są wprost zanegować stanowisko swych ordynariuszy, wprowadzając otwartym tekstem podział na „episkopoi” i „prezbiteroi”. Demonstracyjny wymiar miało przy tym świętokradcze udzielenie Komorowskiemu Komunii, tudzież przeprosiny wygłoszone za „ludzi Kościoła” podczas tej liturgicznej fety.

Tu wtręt na marginesie – dyżurna katechetka „Gazety Wyborczej”, pani Katarzyna Wiśniewska oburzyła się na przyrównanie kapłanów zblatowanych z polityczno-medialną salonowszczyzną do księży-patriotów. Pisze: „porównywanie otwartych na dialog kapłanów z księżmi kolaborującymi z władzami komunistycznymi - na to trzeba było prawdziwie niezależnego pomyślunku historycznego”. Błąd, pani redaktor, więcej nawet – brak czujności rewolucyjnej oraz zrozumienia mądrości etapu. Jak można nazywać współpracowników komuny „kolaborantami”? Czy Pani czasem aby się nie zagalopowała? Zapomniała Pani w jakim środowisku funkcjonuje, do jakiej gazety pisze i jakie są biograficzno-rodzinne zaszłości autorytetów z redaktorem naczelnym włącznie? Wszak, pozostając w logice Pani gazety, to właśnie „księża-patrioci” byli „otwarci na dialog”, rozumieli ducha czasu i wyzwania postępu społeczno-politycznego uosabianych wówczas przez partyjną awangardę rewolucji komunistycznej. Wypisz-wymaluj, zupełnie jak dzisiejsi postępowi księża, tak otwarci, że gotowi są paktować choćby z samym diabłem. Tak tolerancyjni, że na wyprzódki wpychający Komunię Świętą do gardła, niczym karmnej gęsi, jawnogrzesznikowi ostentacyjnie i uporczywie tkwiącemu w grzechu ciężkim. Efekty dialogu w ich wykonaniu idealnie obrazują wspomniane wyżej przeprosiny skierowane pod adresem tegoż zatwardziałego grzesznika i demonstracyjne odcięcie się od biskupów, oznaczające de facto deklarację schizmy.

Kontynuując w duchu „Wyborczej” - to właśnie Kościół prymasa Wyszyńskiego był „zamknięty”, tkwiący w obskuranckim „non possumus”, antypostępowy, promujący „płytki ludowy katolicyzm” i „prymitywny kult maryjny”. Czyli, całkiem jak znakomita większość obecnego Episkopatu „nie pojmująca” wymogów współczesności oraz dziejowej konieczności przyjęcia z całym dobrodziejstwem inwentarza genderyzmu, in vitro, homomałżeństw, rozwodów i reszty światłej agendy Lucyfera. Wszak „Lucyfer” to inaczej „niosący światło” - z łacińskiego lux: światło; ferre: nieść – stąd wniosek, że w oczach obozu Postępu Kościół zasłuży na uznanie dopiero wówczas, gdy zostanie „oświecony”, czyli przejdzie na pozycje lucyferiańskie, od czego zresztą niektórzy kapłani pokroju tych koncelebrujących mszę ku czci Bronisława Umęczonego nie są już zbyt odlegli. Inni zaś, jeśli przypomnimy sobie umizgi ks. Bonieckiego do Adama Darskiego vel „Nergala” vel „Holocausto”, dotknęli nawet tej granicy fizycznie. Komorowski dał zresztą wyraźny sygnał jakie nauki są miłe, a jakie niemiłe władzy doprowadzając w 2010 roku do odwołania kapelana ks. płk. Sławomira Zarskiego za nieprawomyślne kazanie wygłoszone w Święto Niepodległości.

III. Wyzwanie

I już krótko, na zakończenie: nie zazdroszczę prezydentowi Dudzie, choć głosy z jego otoczenia wskazują, iż zdaje on sobie sprawę ze szkodliwości obecnych podziałów. Czy będzie w stanie choćby częściowo je zasypać, czy też prawdziwa okaże się fraza Rymkiewicza - „To co nas podzieliłoto się już nie sklei”? O ile schizmę kościelną i dyscyplinowanie rozbrykanych kapłanów można zostawić biskupom, to nie należy zapominać, iż oba podziały w jakiś sposób się na siebie nakładają, a zakonserwowanie kulturowo-społecznego apartheidu jest w dalszej perspektywie czasowej przepisem na narodową anihilację. Przezwyciężenie toksycznej spuścizny Komorowskiego zatruwającej społeczną tkankę może się okazać zadaniem trudniejszym niż odwrócenie wszystkich pozostałych szkód ośmiu lat rządów Platformy razem wziętych.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/komu-%C5%9Bwieczk%C4%99-komu-ogarek#.VcZRsbVvAmw

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2236-pod-grzybki-16

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 31 (12-18.08.2015)

czwartek, 1 maja 2014

Judaizacja „ludu smoleńskiego”

Czy usłyszymy kiedyś ze strony jaśnie oświeconych szermierzy tolerancjonizmu o „judaizacji ludu smoleńskiego”?

I. Oświecona samoizolacja

Wywiad przeprowadzony przez „Super Express” z dr hab. Michałem Bilewiczem nie przebił się w mediodajniach, a szkoda, bo jest podwójnie ciekawy. Raz – z powodu treści, dwa – ze względu na osobę. Otóż dr Bilewicz jest psychologiem społecznym blisko związanym ze środowiskiem „Krytyki Politycznej”, jednak wśród kawiarnianego lewactwa wydaje się być bytem osobnym – ideologia której hołduje nie powoduje u niego (w przeciwieństwie do innych postaci z tego kręgu) impregnacji na społeczną rzeczywistość, a neomarksistowski strychulec nie sprawia, że czuje się zwolniony z dochowania naukowej rzetelności. Dr Bilewicz jest członkiem Centrum Badań nad Uprzedzeniami UW, zaś jego główny projekt badawczy to realizowany wspólnie z CBOS „Polski Sondaż Uprzedzeń”, którego dwie odsłony przeprowadzono w 2009 i 2013 roku.

I właśnie w nawiązaniu do tego badania „SE” przepytał dr Bilewicza na okoliczność społecznych podziałów po tragedii smoleńskiej. Okazało się, że faktycznie owa katastrofa i to co działo się po niej w sposób istotny wpłynęła na polaryzację Polaków i rozluźnienie społecznych więzi. Nie jest jednak tak, jak usiłuje przekonać nas medialny aparat propagandy, że najbardziej wyizolowane środowisko tworzą zwolennicy tezy zamachowej, zwani pogardliwie „ludem smoleńskim”. Jest dokładnie odwrotnie – to właśnie „oświeceni liberałowie”, traktujący siebie jako postępową elitę odgradzają się coraz szczelniejszym kordonem od ludzi o innych poglądach.

II. Smoleński apartheid

Najpierw oczywistości – najwięcej zwolenników tezy zamachowej jest wśród wyborców PiS, PJN i Solidarnej Polski, z kolei zdecydowana większość elektoratu PO, SLD i Ruchu Palikota odrzuca możliwość, że w Smoleńsku mogło dojść do zamachu. Dalej robi się jednak znacznie ciekawiej: oto blisko połowa wyborców PO, SLD i RP nie zna nikogo, kto wierzyłby w zamach! Dla porównania, wśród wyborców, nazwijmy to umownie, centroprawicy, tylko jedna czwarta deklaruje, że nie zna nikogo kto nie podzielałby tezy o zamachu. Obrazuje to skalę wyobcowania „obozu postępu”. Co więcej, owa izolacja nie wypływa z odrzucenia przez drugą stronę, lecz w znacznej mierze jest świadomym wyborem. Jak twierdzi Bilewicz „przeciwnicy teorii zamachu nieco brzydzą się 'obozem smoleńskim'. Zamiast zabrać się do przekonania swoich odmiennie myślących rodaków - starają się od nich odizolować.” I tak, co szósty wyborca PO, SLD i Ruchu Palikota nie zgodziłby się na małżeństwo członka rodziny z osobą przekonaną o zamachu, a co piąty nie chciałby z taką osobą pracować. Oto skala zacietrzewienia tych, którzy przy wielu okazjach definiują się zapewne jako osoby tolerancyjne. „Pod tym względem wyborcy PiS, Solidarnej Polski i PJN są bardziej otwarci - oni znacznie łatwiej zaakceptowaliby 'smoleński mezalians' w swojej rodzinie, gotowi też byliby zaakceptować zwolennika hipotezy o 'nieszczęśliwym wypadku' jako swojego sąsiada czy współpracownika” - mówi dr Bilewicz.

Co charakterystyczne, kiedy starałem się znaleźć więcej informacji o Polskim Sondażu Uprzedzeń, w zasadzie wszystkie odnośniki kierowały mnie do tekstów piętnujących „polski antysemityzm”, który dr Bilewicz dzieli na „tradycyjny”, „spiskowy” i „wtórny”. Na marginesie, nawet z tego badania, interpretującego postawy antysemickie skrajnie szeroko, wynika że zanika stereotypowa korelacja między niechęcią do Żydów a wyznawaniem tradycjonalistycznego światopoglądu, co do niedawna było wiodącym motywem wojującego tolerancjonizmu. Niemniej, pastwienie się nad „antysemityzmem” pochłonęło morze farby drukarskiej, natomiast danych na temat uprzedzeń anty-smoleńskich ani dudu. Jak na dłoni widać tutaj spozycjonowanie wiodących mediodajni jako pasów transmisyjnych pedagogiki wstydu. I tu zapewne tkwi jedna z przyczyn dlaczego ci „światli europejczycy" są tacy zamknięci aż do granic apartheidu. Naczytają się o odrażającej, ciemnej, żydożerczej tłuszczy i dla zachowania własnego statusu, w obawie przed „deklasacją", nie chcą mieć nic wspólnego z tymi, którzy w ich oczach są ucieleśnieniem wstecznickiego zabobonu.

III. Sprawiedliwy w Sodomie

Szacunek dla doktora Bilewicza, że mimo lewicowego światopoglądu sam potrafi się wznieść ponad uprzedzenia i głośno mówić o zjawiskach, które stawiają w niekorzystnym świetle bliskie mu środowiska, bo można się domyślać, że nie przysporzy mu to sympatii w stołecznych kawiarniach. Okazuje się, że nawet w Sodomie można znaleźć sprawiedliwego. Dla porównania przypomnę tu kuriozalną wypowiedź obrazującą postawę skrajnie odmienną, a typową dla opisanej tu anty-smoleńskiej izolacji. Już w 2010 roku prof. Radosław Markowski w rozmowie z Agnieszką Kublik sformułował pogląd, że „nie jest nam potrzebna sztuczna jedność. Trzeba pracować nad tym, żeby się skutecznie instytucjonalnie podzielić. (...) Pora, by zacząć żyć 'obok' siebie, a nie 'razem'.”

Innymi słowy, prof. Markowski wezwał do wewnątrzpolskiego apartheidu. Jak widać, jego postulat w ciągu kilku zaledwie lat przełożył się na społeczną rzeczywistość. Znakomicie komentuje to wypowiedź Michała Bilewicza z omawianego tu wywiadu: „Otwarci z pozoru liberałowie i lewicowcy odgradzają się od swoich adwersarzy już nie tylko psychologicznym murem niechęci - ale też coraz częściej realnymi murami grodzonych osiedli. O ile niegdysiejsze warstwy oświecone (…) starały się przekonywać i edukować ludzi biedniejszych i mniej wykształconych - tak dzisiaj w warstwach tych dominują przekonania pełne pogardy i chęć odizolowania się od nielubianych poglądów 'smoleńskiego motłochu'.

I już tylko uwaga na zakończenie: w postępowym dyskursie od pewnego czasu robi furorę słówko „judaizacja”, mające oznaczać wykluczenie i dyskryminację różnorakich mniejszości. W tym kontekście mówi się m.in. o „judaizacji geja”. Czy usłyszymy kiedyś ze strony jaśnie oświeconych szermierzy tolerancjonizmu o „judaizacji ludu smoleńskiego”?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł został opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 17-18 (28.04 – 11.05.2014)

 

środa, 17 listopada 2010

Socjologia obojga narodów.


Zimna wojna domowa to przepis na klęskę, narodową anihilację.

I. Fałszywy schemat.

Publicystyczna konstatacja o „dwóch narodach”, które wyroiły się na naszych oczach podczas nie tak dawnej batalii o Krzyż na Krakowskim Przedmieściu i o których Jarosław Marek Rymkiewicz napisał, że „to się już nie sklei” aż się prosi o jakąś rzetelną naukową analizę. Rzetelną, czyli wykraczającą poza prostacki schemat którym raczą nas do wymiotów wiodące mediodajnie: „młodzi, wykształceni z dużych miast” w roli „Polski jasnej” i „starsi, słabo wykształceni z mniejszych ośrodków” w roli moherowej „Polski ciemnej”. O fałszu tego podziału mogliśmy się wszak boleśnie przekonać w tragicznym dniu mordu łódzkiego. Ani zabójca Ryszard C. nie był „młodym, wykształconym...”, ani jego ofiara – Marek Rosiak nie był zacofanym „moherem” bez wykształcenia, chyba że za „zacofanie” uznać jego zamiłowanie do antyków.

II. Pytania o polskie rozdarcie.

Gdyby zależało to ode mnie, zacząłbym od szukania odpowiedzi na kilka podstawowych pytań:

Po pierwsze – czy naprawdę mamy do czynienia z przepaścią o fundamentalnym, cywilizacyjnym wymiarze, czy też podział biegnący często w poprzek rodzin jest jedynie sprytnie utrzymywanym za pomocą partyjnych „narracji” rozgorączkowaniem umysłów? Na ile podział społeczny jest realny i autentyczny, na ile zaś jest sztucznym efektem sprytnej socjotechniki?

Po drugie – jeżeli podział społeczny istnieje, to jakie są jego prawdziwe kryteria? Co sprawia, że grono znajomych lub rodzina o podobnym statusie społecznym i materialnym potrafi się radykalnie poróżnić a naturalne polityczno-światopoglądowe odmienności opinii stają się nagle kwestią życia i śmierci?

Po trzecie – kiedy ewentualny podział się zaczął, jak ewoluował, jakie czynniki powodowały jego pogłębienie? Czy rozdarcie nastąpiło nagle, w ostatnim czasie, czy też istniało „w uśpieniu” od dawna, zaś atmosfera politycznej gorączki wymusiła społeczny „coming out” i polaryzację postaw?

I wreszcie, jeżeli polskie rozdarcie jest autentyczne, czy „sklei się to”, czy „nie sklei”?
Jakieś szanse, recepty, perspektywy...?

III. Socjologia jak „koncesjonowana satyra”.

Naszkicowane powyżej kwestie przewrotnie nazwałem „socjologią obojga narodów”, wywołując przy okazji „po obywatelsku” do odpowiedzi konkretną grupę fachowców – przedstawicieli nauk społecznych, ze szczególnym uwzględnieniem socjologów. Mówiąc Boyem - „od tego was naród płaci”.

Niestety, z refleksji prof. Andrzeja Zybertowicza po XIV Zjeździe Socjologicznym w Krakowie („Socjologowie w pułapce”) wyłania się dość przygnębiający obraz stanu polskiej socjologii. Taki mianowicie, że socjologia w Polsce pełni rolę porównywalną z „koncesjonowaną satyrą” w PRL – można było nabijać się z chamskich kelnerów i piętnować inne pomniejsze bolączki, ale kpić ze źródeł patologii, sięgać w satyrze pryncypiów, godzić w sojusze – o, co to, to nie.

Przykłady, cytaty:


Prof. Jacek Raciborski po stwierdzeniu „Ci, których wybieraliśmy – nie mają władzy. Tych, którzy mają władzę, nie wybieraliśmy” nie ciągnie wątku.

Prof. Marek Czyżewski, po intrygujących słowach, że „faktyczną ideologią jest to, co nie jawi się nam jako ideologia” nie rozwija dalej myśli.

Cytat z artykułu prof. Zybertowicza:

Prof. Sztompka, rozważając, na czym miałoby polegać uprawianie polskiej socjologii – czy jest to socjologia uprawiana w Polsce, czy może socjologia uprawiana w języku polskim, a może socjologia o Polsce? – kompletnie pominął możliwość, że jest to socjologia uprawiana dla Polski (wyróżnienie moje – G.G.).

Zybertowicz nie ukrywał, że pominięcie wariantu socjologii uprawianej dla Polski traktuje jako przejaw mentalności postkolonialnej.

I jeszcze paradny dowcip: „Nie można wytropić autora polskiego kapitalizmu” - prof. Radosław Markowski.

I te de, i te pe...

IV. Martwica mózgu.


Póki co, wygląda na to, że „jajogłowych” (przynajmniej tych, którzy pełnią dyżury w wiodących mediodajniach) stać jedynie na klepanie formułek wg fałszywego schematu ciemnogród-jasnogród. Schematu, doprowadzonego do intelektualnej paranoi przez prof. Radosława Markowskiego wnioskującego o wprowadzenie swoistego apartheidu w wersji light. Instytucjonalny, skuteczny podział między filarem „oświeceniowo-świeckim” i „katolicko-narodowym”, bo „razem się już nie da” - oto co ma do zaproponowania „profesorska głowa”. Skąd pan profesor wytrzasnął owe „filary” - o tym ani słowa. Czy aby nie jest tak, że ubrał w para-naukowy żargon to, co wyczytał wcześniej w gazetach i wyskoczył z efekciarską tezą przed mikrofon „zaprzyjaźnionej” stacji radiowej? I do którego z „filarów” przypisałby Ryszarda C., do którego zaś jego ofiary?

Pozostaje pytanie, czy świat nauki ugrzązł już ze szczętem w ferworze politycznej nawalanki, skutkującym m.in. sugerowaną przez prof. Zybertowicza autocenzurą, sprawiającą że pewnych tematów się nie tyka, albo zatrzymuje się w ich badaniu w pół drogi, bo a nuż zaprowadzą w zbyt niebezpieczne (niepoprawne) politycznie rewiry?

***

Zimna wojna domowa to przepis na klęskę, narodową anihilację - i świetne pole do rozgrywania nas przeciw sobie, gdyż - „jeśli u was jeden drugiego kąsa i pożera, baczcie, byście się wzajemnie nie zjedli” .

Pytania o naszą kondycję społeczną, narodową się mnożą. Na postawienie diagnozy, póki co, nie ma mądrych. Ani odważnych. „Socjologia obojga narodów” czeka na swe opisanie.

Gadający Grzyb

Problem poruszyłem też w ostatnim podrozdziale notki: http://niepoprawni.pl/blog/287/smolenska-odpowiedzialnosc

Płatny (niestety) artykuł prof. Zybertowicza: http://www.rp.pl/artykul/61991,540382-Socjologowie--w-pulapce.html

Pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

wtorek, 9 listopada 2010

Ucz się, Donek, ucz...


czyli polityczna edukacja premiera - prymusika.

Wszyscy ostatnio tylko o PiSie, to ja też o Platformie;) Konkretnie – o tym jak PO wyciągnęła wnioski z klęsk swych poprzedników.

Przypomnijmy sobie przez co padły ostatnie rządy: AWS poległ na czterech reformach, ekipa Leszka Millera – na aferze Rywina, rząd Jarosława Kaczyńskiego – na walce z korupcją i różnorakimi sitwami wydzierającymi sobie postaw czerwonego sukna.

Aby przetrwać w wymiarze dłuższym niż jedna kadencja należy zatem wystrzegać się błędów, które przywiodły wcześniejsze siły polityczne do zguby. I Platforma się wystrzega. Bardzo pilnie.

I. Lekcja AWS-u.

Po pierwsze, trzeba zapomnieć o reformach, może poza doraźną dłubaniną, każdorazowo przedstawianą jako iście kopernikański przewrót. Premieru Tusku stwierdziło to wyraźnie w duchu carskiego „żadnych marzeń”, ogłaszając, że obchodzi go zadowolenie ludzi „tu i teraz”. Jak rozumiem, przyszłością mają martwić się ci, którzy będą w tej przyszłości żyli i rządzili. Koresponduje z tym zdanie wygłoszone ponoć przez Tuska w wąskim gronie, że „nie będzie ryzykował stabilnego czterdziestoprocentowego poparcia dla jakichś tam reform”. Dopóki się dało, tworzono legendę, że reformatorski ogień Partii i Rządu powstrzymywany jest przez złego Kaczora okupującego prezydencki fotel, potem zaś, że niezadowolenie społeczne wywołane niezbędnymi cięciami budżetowymi wykorzystałby drugi Kaczor, który nieszczęśliwie nie znalazł się na pokładzie rządowego Tupolewa, a wiadomo, że wyborcy wybaczą wszystko, poza oddaniem władzy przez Partię i Ukochanego Przywódcę.

Tak więc lekcja z porażki AWS-u została odrobiona bezbłędnie.

II. Egzamin z Millera.

Równie pomyślnie Partia i Rząd zdały egzamin z klęski Leszka Millera i jego komuszej ferajny. Oczywiście, nie chodzi o to, żeby nagle zerwać z „kręceniem lodów”, które jest jedynym realnym programem gangu Donalda, acz zastrzeżonym tylko dla swojaków. Co to - to nie, zresztą takiej ascezy nie wybaczyliby swojacy, którzy przecież właśnie dla lodów zbiegli się tłumnie pod platformerskie sztandary, niczym hieny do ścierwa. Gdyby Donek w jakimś przypływie szaleństwa ogłosił nagle ścisły post, te same hieny załatwiłyby go w try miga. Albowiem, jak uczy mistrz Szpotański: „Szmaciak chce władzy nie dla śmichu / lecz dla bogactwa, dla przepychu”. Donek doskonale zdaje sobie z tego sprawę, dlatego platformianym Szmaciakom „czochrać” wolno, byle po cichu, żeby z ostentacyjnym łupiestwem nie leźć ludziom w oczy.

Wyraźnym sygnałem ostrzegawczym był wybuch afery hazardowej o potencjale równym aferze Rywina, której ukręcono głowę kilkoma szybkimi dymisjami (pacyfikując przy okazji frakcję Grzegorza Schetyny - majstersztyk), tudzież delegując do komisji śledczej Mirosława „miedziane czoło” Sekułę i odwołując pod lipnymi zarzutami Mariusza Kamińskiego, którego Donek pozostawił na stanowisku szefa CBA po to, by po cichu zbierał „haki” i donosił o nich premierowi, a nie po to by walczył z jakąś tam korupcją. Co on sobie w ogóle wyobrażał?

Niemniej, powyższe działania byłyby niewystarczające, gdyby na wysokości zadania nie stanęły wierne mediodajnie, które od czasów kiedy to głosiły, że „SLD wolno mniej” przeszły interesującą ewolucję: Millerowi „wolno było mniej”, Kaczyńskiemu nie wolno było nic, zaś Ukochanemu Premierowi wolno wszystko, bo chroni demokrację przed powrotem „kaczyzmu”. Kto tego na czas nie pojął, tego przywołał do porządku Wojciech Mazowiecki, który w głośnym artykule „Po wielkiej wrzawie”, dyscyplinował mniej kumatych kolegów, by nie dali się ponieść nawrotowi „wzmożenia moralnego”.

Tak, ten egzamin prócz „waadzy” zdały celująco również mediodajnie, którym należy się czerwony pasek za rewolucyjną czujność.

III. Nauki z kaczyzmu.


No i wreszcie PiS z Jarosławem Kaczyńskim - nie rozumieli, że to co reklamowali jako walka z patologiami, jest ni mniej ni więcej, tylko szerzeniem nienawiści, dawaniem upustu antyinteligenckim fobiom, dzieleniem ludzi i skończyć się może tylko i wyłącznie rządami terroru, gdy krwawi mleczarze wyciągać będą lekarzy z łóżek o piątej nad ranem, rekwirować zdobyczne koniaki i zegarki, zaś Maria Peszek pochoruje się na suchoty czy inne duszności i „spieprzy stąd jak najdalej” do jakiegoś sanatorium na końcu świata, z wielką szkodą dla narodowej kultury.

Donek uważnie przestudiował naukę płynącą z krachu rządów Strasznego Kaczora, poskrobał się w ryżą łepetynę i wpadł na genialny w swej prostocie pomysł. Zamiast zmagać się z kolejnymi sitwami zblatowanymi w zybertowiczowskiej „szarej sieci” (uwaga! Zybertowicz – następny „wariat, co buntuje proletariat”!) wystarczy samemu się zblatować i oprzeć na sitwach jawnych, tajnych i dwupłciowych swą władzę. Stać się swoistą ekspozyturą różnych grup interesu, bacząc jedynie by każda z nich została zaspokojona na miarę swych aktualnych wpływów. Wprawdzie w ten sposób rządzenie staje się jednym wielkim picem na wodę i fotomontażem, ale właściwie na cholerę nam realne rządzenie, skoro o wiele wygodniej i przyjemniej jest pozorować rządy? Nerwów mniej, fruktów tyle samo, a poza tym, jeśli programowo wyklucza się narażanie „stabilnego, czterdziestoprocentowego poparcia dla jakichś tam reform”, to po co więcej?

Popatrzcie sami – takiego prymusa u steru Polska jeszcze nie miała.

IV. Apartheid – lek na bolączki.

Pozostaje jeden szkopuł – w kraju od takiego nie-rządzenia nie dzieje się ani krztynę lepiej, a nawet jakby trochę gorzej. Ale i na to jest rada: frustracje priwislańskiego bydła należy ukierunkować w ramach permanentnego „seansu nienawiści” na orwellowskiego „pana Jonesa” (który wrychle stanie się E. Goldsteinem), którego powrotu folwarczny żywy inwentarz oczywiście nie chce. Mediodajnie wciąż odchorowujące dwuletnią noc kaczyzmu dopomogą, czego dowód dały wzorową samodyscypliną w czas ogniowej próby afery hazardowej. Towarzysze z frontu dziennikarskiego zadbają w swoim własnym interesie, by uwaga motłochu zaprzątnięta została katofaszystowskim zagrożeniem, albowiem za rogiem wciąż czają się tabuny moherowych staruszek z pochodniami. Wskazane jest trenowanie od czasu do czasu na tej ciemnej swołoczy razów i kopniaków, co stanowi probierz przynależności do wyższego cywilizacyjnie grona „Polski jasnej”.

Wprawdzie istnieje ryzyko, że jakiś gorącokrwisty młody wykształcony emeryt z Częstochowy zacznie w przypływie entuzjazmu walić z pistoletu do pisowców, zaś wicemarszałek Niesiołowski sfajda się przy tej okazji w kalesony, myśląc że ta palba skierowana jest w niego, ale gdzie drwa rąbią...

Poza tym, zawsze można znaleźć jakieś rozwiązanie. Profesor Radosław Markowski, na ten przykład, natężył swój intelekt i zaproponował wprowadzenie apartheidu, to jest postulował, „żeby się skutecznie instytucjonalnie podzielić”. Noo, z takim mózgiem na zapleczu można śmiało patrzeć w jasną przyszłość. Propozycja wprawdzie na obecnym etapie może ciut przedwczesna, ale spokojnie, przyjdzie czas na ostateczne rozwiązanie kwestii czarnuchów, to jest, chciałem rzec „Polski ciemnej”...

***

A ty, Donek, nasz cacany prymusiku, nie spoczywaj na laurach, tylko ucz się chłopie, ucz! Na początek proponuję wielce przyszłościowe seminaria profesora Markowskiego: „Oświecony neototalitaryzm w teorii i praktyce”.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl