Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kaczyzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kaczyzm. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 czerwca 2011

Knowania prokuratora Pasionka


Knowania obywatela Pasionka, który nadużył zaufania jakim obdarzyły go organy i czynniki, są zbrodnicze na kilka sposobów.



I. Wielkie śledztwo – wielka afera.


Tak to już jest w naszym, jakby napisał Stanisław Michalkiewicz, „nieszczęśliwym kraju”, że żadne wielkie śledztwo nie może się obejść bez równie wielkiej afery. Spójrzmy – śledztwo w sprawie „moskiewskiej pożyczki” zostało bezczelnie utrącone przez Jerzego Jaskiernię, śledztwo w sprawie zabójstwa Marka Papały to m.in. wypuszczenie z Polski Edwarda Mazura, postępowanie w sprawie zabójstwa Krzysztofa Olewnika samo w sobie jest aferą z ginącymi aktami i epidemią samobójstw w więziennych celach...


Nie inaczej rzecz się ma ze „śledztwem smoleńskim”, a raczej tą ponurą groteską, która za „śledztwo” uchodzi. W chwili obecnej tragifarsa osiąga punkt kulminacyjny, albowiem naczelny prokurator wojskowy Krzysztof Parulski postanowił uczcić wigilię miesięcznicy chwili, kiedy to państwo polskie zdało egzamin, odwołując prokuratora Marka Pasionka nadzorującego śledztwo w sprawie owego egzaminu i wszcząć wobec niego postępowanie dyscyplinarne.


II. Pasionkowe knowania.


Przewiny pana Pasionka są w istocie niebagatelne: miał zamiar bowiem postawić zarzuty ministrom Klichowi i Arabskiemu a także innym osobom odpowiedzialnym za organizację (a raczej – brak organizacji) i zabezpieczenie (a raczej – brak takowego) lotu z 10.04.2010 roku. Ba, żeby tylko to! Otóż prokurator Pasionek jak się okazało, znosił się potajemnie z wrogim mocarstwem, mianowicie Stanami Zjednoczonymi, próbując uzyskać od imperialistów zdjęcia satelitarne z dnia katastrofy!


Knowania obywatela Pasionka, który nadużył zaufania jakim obdarzyły go organy i czynniki, są zbrodnicze na kilka sposobów.


Po pierwsze, nawiązując kontakty z przedstawicielami obcego mocarstwa i prosząc je o materiał dowodowy w postaci fotografii, naraził na szwank wizerunek mocarstwa zaprzyjaźnionego, opiekującego się tzw. „dowodami” w postaci wraku, czarnych skrzynek, służbowych laptopów itp. i gotowego się owymi „pamiątkami” opiekować do końca świata i jeden dzień dłużej.


Po drugie, proszę sobie wyobrazić w jak niezręcznej sytuacji znalazłby się nasz Sojusznik i jego przywódca Władimir Władimirowicz stojący swoją osobą na czele spec-zespołu d/s katastrofy, gdyby ni z tego ni z owego na zdjęciach było widać co innego niż oznajmił nam ustami przyjaciółki Anodiny? Toż to zakrawa na kaczystowsko-macierewiczowską prowokację. Bracia Rosjanie gotowi by jeszcze się obrazić i wstrzymać dostawy gazu z takim trudem wynegocjowane przez wice-przywódcę Waldemara Pawlaka, a może nawet – Boże uchowaj – wycofaliby ofertę kupna Lotosu i Polska poszła by z torbami...


Po trzecie wreszcie, śledczy Pasionek w skandaliczny sposób sprzeniewierzył się zasadzie apolityczności prokuratury nosząc się z zamiarem postawienia zarzutów politykom i to partii rządzącej, a wiadomo przecież, że apolityczność polega na niezajmowaniu się poczynaniami polityków, no chyba że są to faszyści wskazani przez równie apolityczne co prokuratura Autorytety...


III. Spisek kaczystowsko-faszystowski.


Innymi słowy, w sercu niezależnego i apolitycznego Ludowego Komisariatu Sprawiedliwości zalągł się kaczystowsko-faszystowski spisek mający podważyć przewodnią rolę Polskiej Zjednoczonej Platformy Obywatelsko-Instytucjonalnej, rzucić zatęchły cień na ekipę rządzącą i Umiłowanego Przywódcę osobiście oraz ugodzić w sojusz z bratnią Federacją Rosyjską. Zgniły swąd kaczystowskiego tropu jest tym bardziej wyraźny, że śledczy Pasionek Marek wszedł w buty zdradzieckiej misji macierewiczowsko-fotygowskiej, kiedy to pisowscy renegaci również domagali się od obcego mocarstwa tzw. „dowodów”, piekąc w ten sposób swoje tłuste polityczne półgęski na skompromitowanym rożnie imperializmu.


Na szczęście prokurator Parulski trzymał rękę na tym brudnym pulsie przeniewierczej zdrady we własnych szeregach i w porę obnażył, zdemaskował, odciął się i potępił. Uczynił to z podziwu godnym refleksem, nie zawracając sobie głowy zbędnym formalizmem – sytuacja wymagała natychmiastowej reakcji, nie było więc czasu na informowanie Prokuratora Generalnego, ani na sprawdzanie prawnego uzasadnienia odsunięcia Pasionka od sprawy. Zarzuty dostosuje się później, wszak nie ma człowieka, na którego nie znalazłby się jakiś paragraf.


Nie da się jednak ukryć, że sytuacja w niezależnej i apolitycznej prokuraturze wymaga ciągłej uwagi odpowiednich czynników. Manewr polegający na obsadzeniu kluczowych stanowisk lojalnymi ludźmi a następnie uczynieniu z prokuratury kolejnej korporacji ujawnił właśnie pewne mankamenty – okazało się, że czystka nie była dość gruntowna, że jeszcze tu i ówdzie czają się niedorżnięte watahy. Na szczęście, większość stanowią odpowiedzialni funkcjonariusze pokroju prokuratora Parulskiego. Nie znaczy to jednak, że nie należy troskliwie czuwać nad zachowaniem apolityczności tej instytucji – wszak wiadomo, że kontrola jest najwyższą formą zaufania, a walka klasowa zaostrza się w miarę postępów odpolityczniania kraju.


Gadający Grzyb

wtorek, 9 listopada 2010

Ucz się, Donek, ucz...


czyli polityczna edukacja premiera - prymusika.

Wszyscy ostatnio tylko o PiSie, to ja też o Platformie;) Konkretnie – o tym jak PO wyciągnęła wnioski z klęsk swych poprzedników.

Przypomnijmy sobie przez co padły ostatnie rządy: AWS poległ na czterech reformach, ekipa Leszka Millera – na aferze Rywina, rząd Jarosława Kaczyńskiego – na walce z korupcją i różnorakimi sitwami wydzierającymi sobie postaw czerwonego sukna.

Aby przetrwać w wymiarze dłuższym niż jedna kadencja należy zatem wystrzegać się błędów, które przywiodły wcześniejsze siły polityczne do zguby. I Platforma się wystrzega. Bardzo pilnie.

I. Lekcja AWS-u.

Po pierwsze, trzeba zapomnieć o reformach, może poza doraźną dłubaniną, każdorazowo przedstawianą jako iście kopernikański przewrót. Premieru Tusku stwierdziło to wyraźnie w duchu carskiego „żadnych marzeń”, ogłaszając, że obchodzi go zadowolenie ludzi „tu i teraz”. Jak rozumiem, przyszłością mają martwić się ci, którzy będą w tej przyszłości żyli i rządzili. Koresponduje z tym zdanie wygłoszone ponoć przez Tuska w wąskim gronie, że „nie będzie ryzykował stabilnego czterdziestoprocentowego poparcia dla jakichś tam reform”. Dopóki się dało, tworzono legendę, że reformatorski ogień Partii i Rządu powstrzymywany jest przez złego Kaczora okupującego prezydencki fotel, potem zaś, że niezadowolenie społeczne wywołane niezbędnymi cięciami budżetowymi wykorzystałby drugi Kaczor, który nieszczęśliwie nie znalazł się na pokładzie rządowego Tupolewa, a wiadomo, że wyborcy wybaczą wszystko, poza oddaniem władzy przez Partię i Ukochanego Przywódcę.

Tak więc lekcja z porażki AWS-u została odrobiona bezbłędnie.

II. Egzamin z Millera.

Równie pomyślnie Partia i Rząd zdały egzamin z klęski Leszka Millera i jego komuszej ferajny. Oczywiście, nie chodzi o to, żeby nagle zerwać z „kręceniem lodów”, które jest jedynym realnym programem gangu Donalda, acz zastrzeżonym tylko dla swojaków. Co to - to nie, zresztą takiej ascezy nie wybaczyliby swojacy, którzy przecież właśnie dla lodów zbiegli się tłumnie pod platformerskie sztandary, niczym hieny do ścierwa. Gdyby Donek w jakimś przypływie szaleństwa ogłosił nagle ścisły post, te same hieny załatwiłyby go w try miga. Albowiem, jak uczy mistrz Szpotański: „Szmaciak chce władzy nie dla śmichu / lecz dla bogactwa, dla przepychu”. Donek doskonale zdaje sobie z tego sprawę, dlatego platformianym Szmaciakom „czochrać” wolno, byle po cichu, żeby z ostentacyjnym łupiestwem nie leźć ludziom w oczy.

Wyraźnym sygnałem ostrzegawczym był wybuch afery hazardowej o potencjale równym aferze Rywina, której ukręcono głowę kilkoma szybkimi dymisjami (pacyfikując przy okazji frakcję Grzegorza Schetyny - majstersztyk), tudzież delegując do komisji śledczej Mirosława „miedziane czoło” Sekułę i odwołując pod lipnymi zarzutami Mariusza Kamińskiego, którego Donek pozostawił na stanowisku szefa CBA po to, by po cichu zbierał „haki” i donosił o nich premierowi, a nie po to by walczył z jakąś tam korupcją. Co on sobie w ogóle wyobrażał?

Niemniej, powyższe działania byłyby niewystarczające, gdyby na wysokości zadania nie stanęły wierne mediodajnie, które od czasów kiedy to głosiły, że „SLD wolno mniej” przeszły interesującą ewolucję: Millerowi „wolno było mniej”, Kaczyńskiemu nie wolno było nic, zaś Ukochanemu Premierowi wolno wszystko, bo chroni demokrację przed powrotem „kaczyzmu”. Kto tego na czas nie pojął, tego przywołał do porządku Wojciech Mazowiecki, który w głośnym artykule „Po wielkiej wrzawie”, dyscyplinował mniej kumatych kolegów, by nie dali się ponieść nawrotowi „wzmożenia moralnego”.

Tak, ten egzamin prócz „waadzy” zdały celująco również mediodajnie, którym należy się czerwony pasek za rewolucyjną czujność.

III. Nauki z kaczyzmu.


No i wreszcie PiS z Jarosławem Kaczyńskim - nie rozumieli, że to co reklamowali jako walka z patologiami, jest ni mniej ni więcej, tylko szerzeniem nienawiści, dawaniem upustu antyinteligenckim fobiom, dzieleniem ludzi i skończyć się może tylko i wyłącznie rządami terroru, gdy krwawi mleczarze wyciągać będą lekarzy z łóżek o piątej nad ranem, rekwirować zdobyczne koniaki i zegarki, zaś Maria Peszek pochoruje się na suchoty czy inne duszności i „spieprzy stąd jak najdalej” do jakiegoś sanatorium na końcu świata, z wielką szkodą dla narodowej kultury.

Donek uważnie przestudiował naukę płynącą z krachu rządów Strasznego Kaczora, poskrobał się w ryżą łepetynę i wpadł na genialny w swej prostocie pomysł. Zamiast zmagać się z kolejnymi sitwami zblatowanymi w zybertowiczowskiej „szarej sieci” (uwaga! Zybertowicz – następny „wariat, co buntuje proletariat”!) wystarczy samemu się zblatować i oprzeć na sitwach jawnych, tajnych i dwupłciowych swą władzę. Stać się swoistą ekspozyturą różnych grup interesu, bacząc jedynie by każda z nich została zaspokojona na miarę swych aktualnych wpływów. Wprawdzie w ten sposób rządzenie staje się jednym wielkim picem na wodę i fotomontażem, ale właściwie na cholerę nam realne rządzenie, skoro o wiele wygodniej i przyjemniej jest pozorować rządy? Nerwów mniej, fruktów tyle samo, a poza tym, jeśli programowo wyklucza się narażanie „stabilnego, czterdziestoprocentowego poparcia dla jakichś tam reform”, to po co więcej?

Popatrzcie sami – takiego prymusa u steru Polska jeszcze nie miała.

IV. Apartheid – lek na bolączki.

Pozostaje jeden szkopuł – w kraju od takiego nie-rządzenia nie dzieje się ani krztynę lepiej, a nawet jakby trochę gorzej. Ale i na to jest rada: frustracje priwislańskiego bydła należy ukierunkować w ramach permanentnego „seansu nienawiści” na orwellowskiego „pana Jonesa” (który wrychle stanie się E. Goldsteinem), którego powrotu folwarczny żywy inwentarz oczywiście nie chce. Mediodajnie wciąż odchorowujące dwuletnią noc kaczyzmu dopomogą, czego dowód dały wzorową samodyscypliną w czas ogniowej próby afery hazardowej. Towarzysze z frontu dziennikarskiego zadbają w swoim własnym interesie, by uwaga motłochu zaprzątnięta została katofaszystowskim zagrożeniem, albowiem za rogiem wciąż czają się tabuny moherowych staruszek z pochodniami. Wskazane jest trenowanie od czasu do czasu na tej ciemnej swołoczy razów i kopniaków, co stanowi probierz przynależności do wyższego cywilizacyjnie grona „Polski jasnej”.

Wprawdzie istnieje ryzyko, że jakiś gorącokrwisty młody wykształcony emeryt z Częstochowy zacznie w przypływie entuzjazmu walić z pistoletu do pisowców, zaś wicemarszałek Niesiołowski sfajda się przy tej okazji w kalesony, myśląc że ta palba skierowana jest w niego, ale gdzie drwa rąbią...

Poza tym, zawsze można znaleźć jakieś rozwiązanie. Profesor Radosław Markowski, na ten przykład, natężył swój intelekt i zaproponował wprowadzenie apartheidu, to jest postulował, „żeby się skutecznie instytucjonalnie podzielić”. Noo, z takim mózgiem na zapleczu można śmiało patrzeć w jasną przyszłość. Propozycja wprawdzie na obecnym etapie może ciut przedwczesna, ale spokojnie, przyjdzie czas na ostateczne rozwiązanie kwestii czarnuchów, to jest, chciałem rzec „Polski ciemnej”...

***

A ty, Donek, nasz cacany prymusiku, nie spoczywaj na laurach, tylko ucz się chłopie, ucz! Na początek proponuję wielce przyszłościowe seminaria profesora Markowskiego: „Oświecony neototalitaryzm w teorii i praktyce”.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

wtorek, 27 października 2009

Obywatelu - uwiedź się sam!


Postanowiłem, że nie czekając na „Tomka” sam się uwiodę, a następnie zdemaskuję.

Mnożące się ostatnimi czasy medialne demaskacje bezeceństw wyprawianych przez Adonisa z CBA – niejakiego agenta „Tomka”, podziałały na mnie inspirująco. Odwołały się do mojej obywatelskiej duszy. Toteż niniejszym, w czynie społecznym postanawiam, iż nie czekając na „Gazetę Wyborczą”, TVN, tudzież bez tęsknego wypatrywania oczu za uwodzicielskim agentem, czym prędzej sam się uwiodę, a następnie zdemaskuję.

Na początek zaimponuję sam sobie kartą bankomatową z dziennym limitem wypłat do tysiąca złotych. Następnie przewiozę się po mieście ekskluzywną bryką marki Opel Astra. Gdy już będę należycie pod własnym wrażeniem, zaproszę się do chińskiej knajpy na sajgonki. Kiedy ten powiew dalekowschodniej egzotyki wystarczająco zawróci mi w głowie, kupię sobie przednie, półsłodkie wino typu Kadarka i trzy browary na dokładkę. Spożyję te wyszukane trunki we własnym towarzystwie, robiąc do lustra słodkie oczy. Następnie zacznę prawić sobie komplementy ze szczególnym uwzględnieniem szlachetnie szpakowaciejących z dna na dzień włosów na brodzie i fryzury przystrzyżonej na gustownego „jeża”. Będę mówił do siebie „misiaczku”. Pogłaskam się po zarośniętym policzku. Taktownie pominę wątek zepsutych zębów.

Kolejnym etapem samouwiedzenia będzie zakup w osiedlowym blaszaku nieśmiertelnego zestawu kosmetyków (dezodorant plus woda po goleniu) marki „Bond”, tak by już z daleka było mnie czuć agentem. Wreszcie, gdy poczucie samouwielbienia osiągnie apogeum, złożę sobie korupcyjną propozycję, polegającą na wypłacie z bankomatu całego dziennego limitu, który podstępnie ukryję w bieliźniarce, narażając tym samym obieg finansowy naszej gospodarki na poważne perturbacje związane z możliwymi zaburzeniami płynności.

Następnie odpalę kamerę wideo przed którą zaleję się łzami i smarkając w sponiewieraną chusteczkę higieniczną, wyznam wszystkie swe podłości. Rzucę się na kolana, zaklinając Czuchnowskiego, tudzież Sekielskiego z Morozowskim, by darowali mnie zdrowiem. Materiał roześlę do TVN-u i „Gazety Wyborczej” z komentarzem, że to wszystko wina faszystowskiego PiSu, Kamińskiego i CBA. Zadam rozdzierające serce pytanie, czy Polskę stać na utrzymywanie takiego zwyrodnialca. Pozostanie tylko czekać na reporterów, wywiady i wizyty w zakładach pracy w charakterze ofiary kaczystowskich siepaczy. Niech mnie zobaczą.

Jednakowoż, nie omieszkam z całą siłą i godnością osobistą podkreślić, iż uwiedzenie nie zostało między mną a mną skonsumowane, gdyż w kluczowym momencie powaliły mnie wyrzuty sumienia, których efektem jest niniejsza ekspiacja.

Gadający Grzyb


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

poniedziałek, 12 października 2009

Bogowie demokracji.


Antykaczyzm bierze się z przeświadczenia, że dobro Polski jest tożsame z dobrem jej postokrągłostołowych elit.

„Rzeczpospolita” uznała w zeszłym tygodniu za stosowne udzielić głosu (pozostaje dla mnie zagadką, po co) Waldemarowi Kuczyńskiemu, która to postać od dłuższego czasu pełni zaszczytną funkcję Stefana Niesiołowskiego polskiej publicystyki.

Generalnie, pan W.K. nie pisze nic nowego: jego tekst to standardowa porcja drwin i histerycznych wrzasków wymierzonych w Kaczyńskiego, CBA, „tropicieli układu” (który to „układ”, oczywiście, nie istnieje – są tylko pojedyncze przypadki korupcji) itd. Całość zaś podporządkowana jest tezie, że CBA to taka partyjna spec - służba Kaczyńskich, którą należy rozwiązać, względnie poddać „detoksykacji”. A że CBA zostało powołane również dzięki głosom Platformy? O tym Waldemar Kuczyński w swym tekście nie wspomina.

Zresztą, kto ciekaw, niech czyta (link pod tekstem), ja przyznam się, nie mam siły odkłamywać tego paranoidalnego rozumowania, zdanie po zdaniu.

Zaciekawiło mnie co innego. Pewien charakterystyczny rys mentalny, wspólny całej ponadpartyjnej formacji piewców i utrwalaczy III RP. Postaram się zatem, mówiąc górnolotnie, wniknąć nieco w stan dusz i umysłów rzeczonego środowiska, posiłkując się przykładem tyleż prominentnego niegdyś, co reprezentatywnego przedstawiciela. Wystarczy zajrzeć do bloga tego pana. Materiału poglądowego pod dostatkiem. kuczyn.com/category/uncategorized/

Antykaczyzm uber alles.

Dla osób pokroju Kuczyńskiego celem nadrzędnym jest pogrążenie PiSu i braci Kaczyńskich. Cel ten szlachetny uświęca wszelkie przedsięwzięte środki. Ważniejszy jest od dobra Polski (doktorno.boo.pl/content/waldemar-kuczynski-zycze-polsce-jak-najgorzej). Wedle tego myślenia, czołowi politycy, pełniący rolę chłopców na posyłki różnych szemranych grup interesu są mniejszym złem i zagrożeniem, niż Kaczyńscy. Niech już będzie ta korupcja, skoro inaczej się nie da, byle PiS nie wrócił nigdy do władzy, bo wtedy niechybnie zaprowadzi jakąś krwawą dyktaturę („Kaczyzm”) i obali demokrację. To, że systemowo skorumpowana demokracja jest fasadową fikcją, w której ustawy pisze się pod zapotrzebowanie trefnych „biznesmenów”, antykaczysty Kuczyńskiego jakoś nie razi. Przeciwnie – ujawnianie faktów typu aferalnego jest wielce szkodliwe, działać może bowiem na korzyść PiSu.

Zatem, wedle naszkicowanej powyżej logiki, również instytucja wywlekająca kompromitujące dane na światło dzienne musi być, naturalną koleją, „partyjna” i „kaczystowska”. Należy ją zatem zburzyć i zaorać, ew. jak łaskawie postuluje W.K., „poddać detoksykacji”. Czym miałaby być owa „detoksykacja”? Ano, zneutralizowaniem CBA jako struktury zdolnej do jakichkolwiek niemiłych z punktu widzenia władzy i jej utrwalaczy działań. Funkcjonariuszom CBA należy zakodować w głowach nadrzędny, świecki dogmat III RP: żadnego „układu” nie ma! Rozumiecie, panowie kaczyści z CBA?! Nie ma i być nie może!

Dlaczego „układu” być nie może? Otóż dlatego, że gdyby przyjąć, iż jest, to znaczyłoby, że do jego powstania walnie przyczyniliśmy się my – szlachetni rycerze Okrągłego Stołu. Jasna sprawa, że w ten sposób mogą myśleć tylko oszołomy, mali zawistnicy i nienawistni opluwacze (albo też nienawistni zawistnicy i mali opluwacze). Tacy, którzy gotowi są budzić luminarzy III RP o piątej nad ranem.

Dobro elit - dobrem Polski.


I tu docieramy po mału do sedna; do samego jądra dusznych urazów pana W.K.

Odnoszę bowiem wrażenie, iż Waldemar Kuczyński jest w swej antykaczystowskiej histerii i impregnacji na fakty najzupełniej szczery, nie kieruje nim jakaś dalekosiężna polityczna kalkulacja. Skąd się zatem bierze to ślepe zacietrzewienie? Moim zdaniem, bierze się ono z głębokiego, wewnętrznego przeświadczenia, że dobro Polski jest tożsame z dobrem jej postokrągłostołowych elit. Zatem, każdy kto na te elity i ich uprzywilejowaną (czy to polityczną, czy biznesową, czy też opiniotwórczą) pozycję dokonuje zamachu, lub usiłuje ją choćby nieco podważyć, siłą rzeczy musi kierować się nienawiścią, chęcią obalenia demokracji, pałać żądzą dokonania zamachu stanu, tudzież rozniecania stosów.

Właśnie to głębokie przeświadczenie, oscylujące na granicy histerycznego szaleństwa, każe panu W.K. pisać to, co pisze. Ilekroć poczuje zagrożenie dla postokrągłostołowego porządku, utożsamianego przezeń z demokracją, w jego głowie rozbrzmiewają bojowe surmy i stary weteran rusza do boju o ocalenie Ojczyzny, którą dla niego jest ów porządek właśnie. Bojowa furia zaś rośnie wprost proporcjonalnie do ilości ujawnianych faktów świadczących, iż miast demokracji mamy kartoflaną republikę ze starannie podzielonymi strefami wpływów.

Nie chodzi o Kaczyńskich.


I wcale nie o Kaczyńskich tu chodzi. Chodzi o zdeptanie każdego, kto ośmieli się podnieść rękę na porządek, który ma panować w Warszawie i jej rozpostartych między Odrą a Bugiem okolicach. Gdyby miast Jarosława czy Lecha Kaczyńskiego objawił się pan Piegłasiewicz z Psiej Wólki, zostałby potraktowany w podobny sposób. Uzurpator wkraczający w rewiry zastrzeżone dla innych. Lepszych.

„Kaczyzm” pełni rolę figury retorycznej, stygmatu, który ma napiętnować każdego, kto wystąpi przeciw ustrojowi zadekretowanemu z grubsza przy Okrągłym Stole (i magdalenkopodobnych okolicach) . To, co ustalono, nazwano demokracją. A każda piegłasiewiczowska ręka podniesiona na ów ustrój, trawestując klasyków (że tak ożenię Sienkiewicza z Cyrankiewiczem), zostanie odcięta. No bo co, nagle jakiś motłoch wymyśli sobie innych władców, niż ci namaszczeni i my, Parnasiarze, mamy przystępować do całowania piegłasiewiczowskiej ręki?!

Zerknijcie na prezydencki licznik na stronie W. Kuczyńskiego, a zobaczycie, że nie przesadzam. Prezydenturę Lecha Kaczyńskiego zdaje się on traktować w kategoriach osobistej zniewagi, policzka wymierzonego zarówno jemu, jak i podobnym mu bogom demokracji.

Bogowie demokracji.

Bogowie demokracji każdy zamach na ich osobistą pozycję kwalifikują jako zamach na demokrację jako taką. Bogowie ci współtworzą Panteon, w którym są bóstwa mniejsze i większe, wreszcie, półbogowie oddelegowywani do medialnych filipik, gdy zajdzie taka potrzeba.

Formacja duchowo - intelektualna, której przykładem jest opisywany tu Waldemar Kuczyński, uważa siebie za zbiorową personifikację demokracji, stąpającą po niegodnym, nadwiślańskim łez padole. A zatem, każda próba podważenia ich pozycji musi równać się godzeniu w demokratyczne imponderabilia.

Miłosierni bogowie demokracji, którzy litościwie oświecają czarne serca tubylczego bydła kagankiem swych szlachetnych dusz i umysłów nie wymagają wiele w zamian za swe poświęcenie. Tylko podporządkowania się ich światłym zaleceniom i naukom po rozsądnej dyskusji. Są wszak Parnasiarzami na dobrowolnym, „siłaczkowym” zesłaniu; są tymi, którzy mogliby w Paryżach i Brukselach tego świata oddawać się intelektualno - postępowym wstrząsom dusz w gronie im podobnych, a mimo to bytują z własnej woli między lechickimi śmiertelnikami.

I co ich za to spotyka? Czarna niewdzięczność. Bydło wyje. Zewsząd wypełzają chronicznie niezadowolone watahy. Plują w prometejskie twarze.

Patrząc pod tym kątem, każdy by się wkurwił.

Gadający Grzyb


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl
PS 1. Tekst W.K. w „Rzepie”:

www.rp.pl/artykul/373904_Kuczynski__CBA____urzad_z_partyjna__tozsamoscia.html

Strona W.K.:

kuczyn.com/witam/

PS 2. Postać Waldemara Kuczyńskiego była przez blogerów opisywana wszechstronnie i wielokrotnie. Oto niektóre notki o W.K na „Niepoprawnych”:

www.niepoprawni.pl/blog/212/waldemar-kuczynski-powtarza-tezy-propagandowe-komunistow-z-poczatku-lat-80-tych

niepoprawni.pl/blog/376/przypadki-waldemara-kuczynskiego

www.niepoprawni.pl/blog/212/waldemar-kuczynski-historia-szalenstwa-cdn

niepoprawni.pl/blog/212/waldemar-kuczynski-8211-bezzebny-brytan-adama-michnika-czy-malo-pojetny-uczen-aleksandra-du

I u Dr No:

doktorno.boo.pl/content/waldemar-kuczynski-zycze-polsce-jak-najgorzej