Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antysemityzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antysemityzm. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 grudnia 2019

Zbrodniczy bezwstyd „holocaust industry”

Jak widać, żydowskiej organizacji żaden grosz nie śmierdzi. Tak oto zbrodnia „darczyńcy” płynnie sprzęgła się z bezwstydem przyjmującego.

I. „Polscy antysemici”

„Polska najbardziej antysemickim krajem świata” - zagrzmiały media w reakcji na opublikowane przez działającą w USA żydowską Ligę Przeciw Zniesławieniu (Anti-Defamation League – ADL) wyniki badań mających zmierzyć poziom antysemityzmu w poszczególnych krajach. Sondaże te prowadzone są od 1964 r. w różnych państwach świata (w Polsce poprzednio odbyły się w 2013 i 2015 r.), a tegoroczna edycja objęła 18 państw (głównie z Europy, ale też Kanadę, Brazylię, Argentynę i RPA). Przebadano łącznie nieco ponad 9 tys. osób – w Polsce było to dokładnie 510 respondentów odpytanych metodą wywiadu telefonicznego. Wyszło – o zgrozo – iż spośród ogółu dorosłych Polaków (prawie 31,5 mln.) aż 48 proc. „żywi postawy antysemickie”, co w przełożeniu na liczby bezwzględne oznacza ponad 15 mln. polskich antysemitów. Tuż za nami na podium uplasowały się RPA (47 proc.) i Ukraina (46 proc.), ponadto w porównaniu z 2015 r. odsetek antysemitów wzrósł u nas o 11 pkt. proc. (w tej konkurencji przebiła nas jednak Ukraina ze wzrostem o 14 pkt. proc.). Trzeba jednak dodać, iż jako „antysemitów” kwalifikowano jedynie tych, którzy udzielili nieprawidłowej odpowiedzi na przynajmniej 6 z 11 pytań, co czujnie wyłapał w wypowiedzi dla tygodnika „Polityka” dr hab. Michał Bilewicz z działającego na Uniwersytecie Warszawskim Centrum Badań nad Uprzedzeniami, który zasłużył się przeniesieniem na polski grunt badań nad „wtórnym antysemityzmem”: „A co z osobami, które na pięć pytań odpowiedziało twierdząco? Czy one nie mają poglądów antysemickich?”. Widać wyraźnie, że dr Bilewicz potraktowałby nas o wiele surowiej, zatem w zasadzie powinniśmy być nowojorskim Żydom z ADL wdzięczni za wyrozumiałość.


II. Pytania-pułapki

Prawdziwy cymes tkwi jednak w „pytaniach” zadawanych respondentom. Pozwolę je sobie przytoczyć, znakomicie bowiem obrazują one w jaki sposób wykrywa się „antysemityzm”. Otóż indagowanym nieszczęśnikom, którzy zgodzili się wziąć udział w sondażu zaprezentowano 11 stwierdzeń mających oddawać popularne „antysemickie stereotypy” wobec których należało się określić na zasadzie zero-jedynkowej („zgadzam się” lub „nie zgadzam”).

Oto one: 1) Żydzi są bardziej lojalni wobec Izraela (niż wobec państwa/państw, w których mieszkają); 2) Żydzi mają za dużo władzy w światowym biznesie; 3) Żydzi mają za dużo władzy na międzynarodowych rynkach finansowych; 4) Żydzi wciąż za dużo mówią o tym, co się im przydarzyło podczas Holokaustu; 5) Żydzi nie dbają o innych, tylko o samych siebie; 6) Żydzi mają zbyt wiele kontroli nad sprawami świata; 7) Żydzi mają zbyt wiele kontroli nad rządem Stanów Zjednoczonych; 8) Żydzi uważają, że są lepsi od innych; 9) Żydzi mają zbyt wiele kontroli nad światowymi mediami; 10) Żydzi są odpowiedzialni za większość światowych wojen; 11) Ludzie nienawidzą Żydów z powodu ich zachowania.

Już na pierwszy rzut oka widać, że są to klasyczne pytania-pułapki, na które nie sposób „dobrze” odpowiedzieć. Weźmy chociażby kwestie odnoszące się do świata mediów, polityki, biznesu i finansów – jeżeli potwierdzisz, że Żydzi mają w tych sferach nieproporcjonalnie duże wpływy, jesteś „antysemitą”; jeśli zaprzeczysz – nie zostaniesz wprawdzie uznany za „antysemitę”, lecz jednocześnie wystawisz sobie świadectwo kretyna lub... tchórzliwego oportunisty. Ano właśnie – nikt nie jest w stanie zbadać szczerości tych, którzy wyczuwszy pułapkę, na wszelki wypadek odpowiadali „słusznie”, wbrew sobie i świadectwu własnych oczu, byle tylko zadowolić pytającego i uniknąć odium „żydożercy”. Tyczy się to w szczególności obywateli krajów Europy Zachodniej, tresowanych w politycznej poprawności znacznie dłużej od nas – idę o zakład, że większość z nich odpowiadała właśnie zgodnie z oczekiwaniami – ewentualnie, wieloletnie pranie mózgów doprowadziło u nich do wyrobienia odruchu „dwójmyślenia” i wyparcia ze świadomości niewygodnych obserwacji. Tylko tak jestem w stanie wytłumaczyć sobie zdumiewająco niski poziom „antysemityzmu” w państwach tak „przyjaznych” Żydom jak współczesna Francja (17 proc.) czy Niemcy (15 proc.). Przypominam, że są to kraje, w których odradza się Żydom dla ich własnego bezpieczeństwa chodzenie po ulicy w kipach, a na porządku dziennym są napaści na synagogi, żydowskie sklepy czy dewastowanie kirkutów. Na tym tle, paradoksalnie, wypadamy całkiem przyzwoicie – jeszcze nie ogłupiła nas tolerancjonistyczna propaganda, jeszcze nie pozwoliliśmy sobie zakneblować ust i generalnie nie obawiamy się mówić tego, co naprawdę myślimy.


III. Zbrodnia i bezwstyd

Pewnym echem w związku z badaniem odbiła się dość bulwersująca ciekawostka: otóż głównym sponsorem jest niemiecki koncern Volkswagen, o czym ADL „z wdzięcznością” zawiadamia na swej stronie internetowej. Firma ta została założona przez Ferdinanda Porsche („nadwornego konstruktora III Rzeszy”) na osobiste życzenie Hitlera, który zapragnął „samochodu ludowego” (tak narodził się słynny „garbus”). Nie ma to jak „wypucować się” ze zbrodniczej przeszłości stosunkowo tanim kosztem. Jak widać, żydowskiej organizacji żaden grosz nie śmierdzi. Tak oto zbrodnia „darczyńcy” płynnie sprzęgła się z bezwstydem przyjmującego.

A skoro doszliśmy do pieniędzy. W oczywisty sposób tego typu badania posłużyć mają za kolejną podkładkę dla roszczeń „holocaust industry”, którego częścią pracującą na odcinku propagandowym jest ADL. Powyższe zbiega się rzecz jasna ze słynną „Ustawą 447” obligującą rząd USA do wywierania presji na sygnatariuszy „Deklaracji Teresińskiej” - przede wszystkim Polskę – w kwestii wypłaty gigantycznych odszkodowań (rzędu 300 mld. USD) za tzw. mienie bezdziedziczne po ofiarach holocaustu, które po wojnie przypadło Skarbowi Państwa. Tu trzeba odnotować wyjątkowo przytomny głos publicysty Forum Żydów Polskich, Pawła Jędrzejewskiego, który wprost powiązał wyniki badań ADL właśnie ze sprawą roszczeń, nie pozostawiając na „samozwańczych spadkobiercach” z żydowskich organizacji suchej nitki („(...) przyjdą amerykańscy, żydowscy prawnicy – powiedzmy to wprost: rekiny! – i będą domagać się »mienia bezspadkowego«, mimo że nie są spadkobiercami zamordowanych, że nic ich nigdy z nimi nie łączyło. I w dodatku uzyskane pieniądze mogą wydawać w zasadzie dowolnie (...)”). Nieco dalej pada przestroga, iż domaganie się bezprawnych odszkodowań spowoduje „wzrost emocji antyżydowskich, wzrost emocji antypolskich, nienawiść i wszystkie konsekwencje takiego zjawiska”, co zostanie wykorzystane propagandowo („Hasło będzie proste: »żydowska własność nie może pozostać w rękach antysemitów«”). Nie sposób jedynie zgodzić się z tezą autora, iż fakt przejęcia przez polskie państwo pozostawionego mienia rodzi „dylematy moralne”. Otóż nie ma tu żadnego „dylematu moralnego”. Przede wszystkim, o czym mówi się dziwnie mało, mienie żydowskie zostało znacjonalizowane przez okupacyjne władze III Rzeszy. Powojenna Polska przejęła zatem majątek już uprzednio znacjonalizowany przez niemieckie państwo – a że Niemcy wymordowali całymi rodzinami tak właścicieli, jak i ewentualnych spadkobierców, to zwyczajnie nie było komu tych majątków zwrócić (podobnie zresztą, jak mienia pozostawionego przez 3 mln. zamordowanych etnicznych Polaków).


IV. Kolejne starcie z „holocaust industry”

Cóż, najwyraźniej musimy się przygotować na kolejny etap grillowania nas pod kątem wymuszeń rozbójniczych „przemysłu holocaust” wspieranego przez Waszyngton. Przygnębiające, że w tym starciu nie bardzo możemy liczyć nie tylko na chwiejnie zachowujące się polskie władze, ale również na Kościół, ze szczętem już chyba sterroryzowany „ekumenizmem” i ideologią „dialogizmu”. Oto kilka dni temu warszawski Dom Pielgrzyma Amicus wymówił salę Wojciechowi Sumlińskiemu, dr Ewie Kurek i Tomaszowi Budzyńskiemu – mieli promować książkę „Powrót do Jedwabnego” (wcześniej miejsca na spotkanie odmówiło także Katolickie Centrum Kultury „Dobre Miejsce”). Powód? W Kurii interweniowała warszawska Gmina Żydowska...

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 48 (29.11-05.12.2019)

Pod-Grzybki 188

Uuuu... an-ty-se-mi-tyzm... Nowojorska Liga Antydefamacyjna uskuteczniła badanie skonstruowane tak, by za wszelką cenę wykryć w indagowanych delikwentach żydożercze ciągoty. Przykładowo, wystarczyło twierdząco odpowiedzieć na zdanie typu „Żydzi uważają, że są lepsi od innych”. Ehem, czy aby nie właśnie na tym zasadza się koncepcja „narodu wybranego” mającego ekskluzywne relacje z Panem Bogiem? O tym, co o gojach głosi Talmud nie wspominając? A ewentualnym przeczulonym na punkcie żydowskiego samopoczucia nadwrażliwcom dedykuję słowa byłego naczelnego sefardyjskiego rabina Izraela, Owadii Josefa: „Po co goje są tak naprawdę potrzebni? Będą pracować, będą orać, będą zbierać plony. My zaś będziemy tylko siedzieć i jeść jak panowie”.


*

Pełen zestaw „pytań”, mających rzekomo prezentować „antysemickie stereotypy” (przykładowo, że Żydzi mają zbyt duże wpływy w mediach, finansach, biznesie czy amerykańskim rządzie) zamieszczam w osobnym, dłuższym tekście – tu jedynie dopiszę, iż są to nie tyle „stereotypy”, a nawet nie „kontrowersyjne” opinie, lecz zwyczajne obserwacje oddające stan faktyczny. Wniosek – „antysemityzmem” jest dostrzeganie przez gojów zjawisk, których wedle Żydów nie powinni dostrzegać, a jeżeli już dostrzegają – to nie powinni o nich mówić, bo wtedy Żydom robi się przykro. A jak Żydom robi się przykro, to trzeba ten dyskomfort jakoś załagodzić. Na przykład workami ze złotem.


*

Ach, wspomniane badanie zasponsorował niemiecki Volkswagen – hitlerowska firma korzystająca podczas wojny z niewolniczej (również żydowskiej) siły roboczej. Kolejną edycję sfinansuje Hugo Boss – projektant gustownych mundurów SS, a jeszcze następną – I.G. Farben. Pecunia non olet!


*

Niejaki Gideon Meier, izraelski szmondak robiący w dyplomacji, wyjęzyczył się na Twitterze, iż „Niemcy nie zbudowaliby obozów w Polsce bez współpracy z polskim narodem”. Ciekawe w takim razie, kto współpracował z Niemcami przy budowie obozów zlokalizowanych na terenie rdzennych Niemiec? Też Polacy? Generalnie, te obozy położone na terenie zarówno ówczesnych, jak i obecnych Niemiec, cholernie nie pasują dzisiejszym Żydom do polakożerczego obrazka, więc są dyskretnie wygumkowywane z holocaustowej narracji. Cóż, Niemcy z jakichś tajemniczych powodów zawsze Żydom wielce imponowali, stąd wielkim kłopotem dla tej tradycyjnej sympatii jest fakt, iż to właśnie ci Niemcy urządzili Żydom holocaust. Ale cywilizacja żydowska tym m.in. różni się od łacińskiej, że pojęcie prawdy jest w niej względne i podlegające rozmaitym, nazwijmy to, „negocjacjom”. Toteż Żydzi doszli do wniosku, iż dobrze byłoby, gdyby się okazało, że ten cały holocaust zrobił jednak kto inny. Na przykład Polacy, którymi Żydzi nauczyli się serdecznie gardzić za nasze – co tu ukrywać – safandulskie frajerstwo. A jeżeli jeszcze z tego tytułu uda się wydusić z nas 300 mld. USD haraczu – to tym lepiej. Teraz jedynie obserwujemy kolejne etapy wdrażania tego scenariusza.


*

Pora na cotygodniową dawkę Sylwii Spurek. Tym razem wypowiedziała wojnę... no właśnie, sam nie wiem – polszczyźnie czy angielszczyźnie? W każdym razie, zamiast „historia” pani Sylwia pisze „her-storia”. Trochę to skomplikowane, ale postaram się wytłumaczyć, w czym rzecz. Poszło o to, iż w języku angielskim słowo „history” zawiera rzekomo człon „his” („jego”) - zaimek rodzaju męskiego, co w połączeniu z członem „story” („opowieść”) można przetłumaczyć jako „jego opowieść” („his-story”) - a to z kolei ma dowodzić samczej, szowinistycznej opresji w historiografii, pisanej jakoby wyłącznie z męskiego punktu widzenia. Natomiast zaimek „her” („jej”) jest rodzaju żeńskiego, więc wraz z członem „story” oznaczałby „jej opowieść” („her-story”) - czyli dla odmiany, historię pisaną z pozycji pro-kobiecych. I dlatego właśnie feministki z krajów anglojęzycznych forsują zbitkę „her-story”, co postanowiła zmałpować Sylwia Spurek. Nadążamy? No więc czym prędzej proszę zapomnieć powyższe banialuki, bo to wszystko jest totalną brednią – z prostego powodu: otóż słowo „historia” przywędrowało zarówno do polszczyzny, jak i angielszczyzny z łaciny i jest na dodatek – podobnie jak w języku polskim - rodzaju żeńskiego. I nie ma nic wspólnego z jakimiś urojonymi zaimkami – ani męskimi, ani żeńskimi. Pani Sylwio, radzę zapamiętać: „Historia magistra vitae est”. A teraz najlepsze – Sylwia Spurek ma doktorat (i to z prawa!), co dumnie obwieszcza zamieszczając przed nazwiskiem literki „dr”. Z kropką.


*

Chociaż, z drugiej strony, jak się dobrze zastanowić – na co dzisiejszej, postępowej prawniczce jakaś tam łacina? Jakiś Owidiusz, Wergiliusz, Seneka, Cyceron, Katon czy uchowaj boże, ten mizogin i militarysta Juliusz Cezar? Same martwe, białe, męskie, szowinistyczne świnie.


*

Lewactwo nie odpuszcza – zasłużona niegdyś organizacja „Amnesty International” zamieściła na Twitterze hasło „aborcja prawem człowieka”. Zapomnieli tylko uściślić, którego konkretnie człowieka? Tego co wyskrobuje, czy tego, który jest wyskrobywany?


*

Tymczasem PiS wciąż nie może się pozbierać po wygranej i zatacza się od ściany do ściany. Najpierw wycofał (bez powiadamiania zainteresowanej) z kandydowania do Trybunału Konstytucyjnego prof. Elżbietę Chojnę-Duch, która najwyraźniej jak na pisowskie standardy była zbyt ogarnięta, potem w podobnym stylu wycofał kandydaturę jej chwilowego następcy Roberta Jastrzębskiego, w międzyczasie wycofał się z własnego projektu zniesienia limitu 30-krotności składki na ZUS... Słowem, mówiąc klasykiem, „pierdel, serdel, burdel”. Będzie za to 13 emerytura sfinansowana z Funduszu Solidarnościowego i podwyżka akcyzy na fajki i alkohol. Mam tylko jedno pytanie: to ile tej wódy będę musiał wydoić, żeby spiął się przyszłoroczny budżet? Pytam, bo nie wiem, czy dam radę – oczywiście, powodowany patriotyzmem zrobię co w mojej mocy, ale jednak organizm ma swoją wytrzymałość. Może poproszę o pomoc kolegów - i założymy razem Klub Sponsorów Budżetu Państwa im. Mateusza Morawieckiego?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 48 (29.11-05.12.2019)

niedziela, 21 kwietnia 2019

Pod-Grzybki 156

Antysemityzm! Izraelska sonda kosmiczna „Beresheet” rozbiła się na Księżycu, który – nie oszukujmy się – mógł zrobić o wiele więcej, by sondę uratować, a kto wie, czy nie przyczynił się aktywnie do jej unicestwienia, celowo nadstawiając się twardszą stroną. W związku z tym, Izrael zażądał w ramach rekompensaty „uznania swojej suwerenności” nad Srebrnym Globem, a Światowa Organizacja Restytucji Mienia Żydowskiego wystosowała wobec Wszechświata roszczenie w wysokości kwadryliona $ za utracone mienie. Prezydent Donald Trump ma podpisać na dniach stosowny dekret, nad wykonaniem którego czuwać będzie Departament Stanu.


*

Ale, nie koniec na tym. Jak wieść niesie, pierwsze pozwy zostaną skierowane przeciwko Polsce, bowiem zachodzi graniczące z pewnością podejrzenie, że w zniszczeniu żydowskiego mienia brał czynny udział znany powszechnie polski antysemita – Pan Twardowski. Nad stosowną pracą badawczą pochylają się już profesorowie J. Grabowski, J.T. Gross, B. Engelking oraz P. Śpiewak. Grant na publikację opiewający na 1 mln. zł. wyasygnowało Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.


*

Z cyklu „wstawania z kolan”. IPN odwołał zaplanowaną ekshumację na terenie byłego obozu koncentracyjnego Treblinka I. Stało się tak na żądanie amerykańskiego Departamentu Stanu, który zażyczył sobie, by ewentualna ekshumacja odbyła się po „konsultacji” ze środowiskami żydowskimi. Wprawdzie obóz Treblinka I został utworzony dla Polaków, ale wystarczyło, że Żydzi wyrazili przypuszczenie, iż „mogą” znajdować się tam również szczątki żydowskie, by strona polska pokornie schowała dudy w miech. Słusznie – jeszcze by się okazało, że w obozach nie ginęli wyłącznie Żydzi, a wszak samo wysnuwanie takiej rewizjonistycznej hipotezy dowodzi faszyzmu, antysemityzmu i onanizmu. Może więc skończyć z tą ciuciubabką, tylko oficjalnie uznać zwierzchność „ludu Izraela” nad wszystkimi miejscami pamięci? Nasz wielki przyjaciel Jonny Daniels byłby z pewnością zadowolony.


*

Wstawania z kolan ciąg dalszy. Stanisław Michalkiewicz ujawnił na swoim videoblogu notatkę ze spotkania ambasadora Jacka Chodorowicza (pełnomocnika MSZ ds. kontaktów z diasporą żydowską) ze swym odpowiednikiem z ramienia Departamentu Stanu USA Thomasem Yazdgerdim, do którego doszło 25 października 2018 r. W skrócie – Amerykanie każą rządowi PiS dogadać się „po cichu” do czasu jesiennych wyborów z Żydami w sprawie „odszkodowań”, a po wyborach przekuć uzgodnienia w konkretne działania legislacyjne. Jak to leciało? „Ustawa 447 nie wywoła w Polsce żadnych skutków prawnych”? Oczekuję, że ci, którzy wmawiali nam te brednie obetną sobie teraz języki i zeżrą je na surowo.


*

Z życia „europejczyków”. Na inauguracji Tuskowego „Ruchu 4 Czerwca” miał wystąpić Barack Obama – niestety, okazało się, że Obama liczy sobie za taką uprzejmość 400 tys. dolarów i „europejczykom” wychłódło. To Tusk, ze swoimi zarobkami „króla Europy” nie chciał się dorzucić? A to sknera!

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 16 (19-25.04.2019)

niedziela, 13 stycznia 2019

Andruszkiewicz-gate

Organizacje żydowskie (w tym działające w Polsce) nie mają żadnych oporów, by mieszać się w nasze wewnętrzne sprawy i dyktować skład rządu.

I. Dęta afera

Przełom starego i nowego roku upłynął pod znakiem dętej afery z mianowaniem Adama Andruszkiewicza na stanowisko wiceministra cyfryzacji. Sama nominacja, to ewidentny zabieg polityczny PiS obliczony na wzmocnienie lojalności koła „Wolni i Solidarni” Kornela Morawieckiego w roli „konstruktywnej opozycji”. Cóż, w polityce za lojalność płaci się stanowiskami – w tym przypadku zresztą teka sekretarza stanu „od Facebooka” jest ceną dość niską. Druga pieczeń, jaką PiS chciał upiec nominacją, to mrugnięcie okiem do narodowego elektoratu – widzicie, nie jesteśmy tacy źli, potrafimy się dogadać z jednym z „waszych” - co może być o tyle chybione, że Adam Andruszkiewicz od dłuższego czasu w całości popierał linię polityczną PiS i w środowiskach narodowych od dawna nie jest już uznawany za swojego człowieka. W Ruchu Narodowym, Młodzieży Wszechpolskiej (której prezesował przez rok w latach 2015-2016) czy świętej pamięci stowarzyszeniu „Endecja” (gdzie również był przewodniczącym) zostawił po sobie fatalne wrażenie i obecnie jest uważany za odszczepieńca oraz bezideowego karierowicza. Nie bez powodu – jako „narodowiec” wjechał do Sejmu na plecach Kukiza, by potem bez ceregieli go porzucić na rzecz de facto prorządowej trzódki Kornela Morawieckiego, zaliczając w międzyczasie wspomnianą „Endecję” z której wymiksował się w kwietniu 2018 r. Nie sposób nie odnieść tu wrażenia dość śliskiego lawiranctwa – które ostatecznie zostało uwieńczone stanowiskiem rządowym (a być może przy okazji tegorocznych wyborów „biorącym” miejscem na listach PiS). Pytanie, czy PiS-owi w ostatecznym rozrachunku takie posunięcie się opłaci – ale to już nie nasze zmartwienie.


II. Najgłupsza opozycja świata

Jednak „totalna opozycja” nie byłaby sobą, gdyby nie zareagowała w najgłupszy możliwy sposób, co potwierdza wciąż aktualną diagnozę, że PiS może przegrać jedynie wtedy, gdy sam się „zaorze”. Koalicja „PO-KO” oraz sprzyjające jej ośrodki medialne miały jak na tacy cały szereg racjonalnych zarzutów, które mogłyby przemówić do przeciętnego wyborcy. Część z nich wymieniłem w poprzednim akapicie, a do tego można by jeszcze dodać kilka kolejnych: że młody i niedoświadczony, nie ma praktyki w zarządzaniu żadną strukturą administracyjną (nawet na poziomie samorządowym) i że z cyfryzacją nie ma nic wspólnego poza tym, że „umie w internety” i ma legendarne „zasięgi” w mediach społecznościowych. Tu warto nadmienić, że oficjalny profil Andruszkiewicza na Facebooku ma 196 650 polubień – gdzie mu tam do takiego Popka, który właśnie zakłada swoją partię, a na FB ma 573 060 „lajków”. To może lepiej by było, gdyby PiS przygarnęło „króla Albanii”? Człowiek rozpoznawalny, z rzeszą fanów – a na dodatek, jak świadczy jego ostatni internetowy manifest, nie lubi banksterów i swój program ekonomiczny chce oprzeć na Nowoczesnej Teorii Pieniądza (MMT – Modern Money Theory), która zdobywa kolejne przyczółki w ośrodkach uniwersyteckich w Ameryce...

Ale żarty na bok. Zamiast oprzeć swą krytykę na przedstawionej powyżej argumentacji, „totalsi” postanowili tradycyjnie uderzyć w histerię. Ruszył zatem medialny shitstorm, eksploatujący zdartą płytę „faszyzmu”. Proste jak konstrukcja cepa – skoro Andruszkiewicz kiedyś był w Młodzieży Wszechpolskiej, to znaczy że jest „faszystą”, a jego nominacja stanowi ostateczny dowód (który to już raz?), że mamy tu „brunatny reżim” i generalnie Polska stacza się w otchłań dyktatury. Obrazu groteski dopełniła kuriozalna wypowiedź generała Dukaczewskiego, że po wejściu do rządu eks-wszechpolaka „nie czuje się bezpiecznie”. Były szef WSI, potężny macher i „najstarszy kiejkut” (© Stanisław Michalkiewicz) boi się 28-letniego młokosa? Do czego to doszło... Słowem, mamy do czynienia z medialnym kociokwikiem, mogącym trafić co najwyżej do najbardziej betonowych „kodziarzy” - i to jest poziom „totalnych” na dzień dzisiejszy.


III. Żydowska histeria

Wszystko to nie byłoby warte wylewania atramentu, gdyby nie jeden poważny element. Otóż do gry włączyły się środowiska żydowskie – i jeśli w propagandzie „totalnych” doszukiwać się jakiegokolwiek racjonalnego jądra, to właśnie tutaj: wrzaski o „faszyście” obliczone były najpewniej na aktywizację „zawodowych Żydów” spod znaku „holocaust industry”, którzy nie zwykli marnować żadnej okazji do zrobienia Polsce czarnego PR-u. Pokazuje to zresztą po raz kolejny, że opozycja swą jedyną nadzieję na powrót do władzy upatruje w zewnętrznych naciskach, mających Polaków skłonić do zmiany wyborczych preferencji. I tak oto głos zabrał były szef Ligi Przeciwko Zniesławieniu Abraham Foxman: „Wydaje się, że Polska osiągnęła nowy poziom, powołując neonazistowskiego antysemitę, który będzie odpowiedzialny za Internet i media społecznościowe. Jest to oczywiste oszczerstwo, bo mimo usiłowań jakoś nikomu nie udało się wyszukać jakichkolwiek antysemickich czy tym bardziej nazistowskich wystąpień Andruszkiewicza. Tenże Foxman nie omieszkał wezwać do tablicy władz amerykańskich, pytając: „Gdzie jest Departament Stanu USA”? Warto dodać, że słowa te padły w wywiadzie dla niszowego acz opiniotwórczego nowojorskiego pisma „The Algemeiner” skierowanego do żydowskich elit zarówno w USA, jak i na świecie.

Dalej już poszło. Okazję, żeby siedzieć cicho zmarnował środkowoeuropejski oddział Komitetu Żydów Amerykańskich (AJC) – tu również padły zarzuty o przeszłość Andruszkiewicza w „nacjonalistycznej organizacji”, a ponieważ jakoś nie znaleziono dowodów na antysemityzm współczesnej Młodzieży Wszechpolskiej, to postanowiono przypomnieć... zaszłości z lat międzywojennych, kiedy to liczna mniejszość żydowska w Polsce była istotnym problemem ekonomicznym i społecznym – głównie ze względu na nadreprezentację w licznych zawodach i branżach gospodarczych oraz brak integracji i asymilacji. Żeby było ciekawiej, zjawisko to piętnowali także ówcześni liberałowie, chociażby z kręgu „Wiadomości Literackich”. No i wreszcie, nie mogło zabraknąć odzewu w mediach izraelskich, zawsze skorych do pokazania nam miejsca w szeregu: „działacz znany z antysemickich poglądów wybrany na wiceministra” - zagrzmiały (oczywiście nie podając żadnych dowodów na „antysemityzm” poza przynależnością do Młodzieży Wszechpolskiej oraz poparciem Andruszkiewicza dla nowelizacji ustawy o IPN).


IV. Kłopoty na własne życzenie

Już nawet nie chce się spekulować, jaki podniósłby się krzyk, gdyby np. organizacje polonijne oprotestowały przejawy nacjonalizmu w Izraelu – ze stricte nacjonalistycznym rządem „Bibi” Netanjahu na czele, który ma na swoim koncie masakry palestyńskich cywilów i szowinistyczną „ustawę narodowościową” spychającą wszystkich zamieszkałych w Izraelu nie-żydów do roli obywateli drugiej kategorii. Nie robimy tego – a może szkoda, bowiem jak widać, organizacje żydowskie (w tym działające w Polsce) nie mają żadnych oporów, by mieszać się w nasze wewnętrzne sprawy i dyktować skład rządu. Trzeba jednak przypomnieć, że po części sami się do tego przyczyniliśmy, przez lata prowadząc tchórzliwą politykę ugłaskiwania, lizusowskich gestów i unikania spornych tematów – wszystko ze strachu przed propagandowym batem „antysemityzmu”. Efekt jest taki, że rozzuchwaliliśmy to towarzystwo ponad wszelką miarę. Jeszcze w marcu 2017 r. w siedzibie muzeum „POLIN” przedstawiciele polskich władz fetowali otwarcie biura American Jewish Committee – tego samego, który w maju 2018 pokazał co potrafi, wysyłając do Watykanu protest przeciwko procesowi beatyfikacyjnemu kardynała Augusta Hlonda, a teraz otwarcie próbuje dyscyplinować nasze władze.

Pytanie, jak teraz zachowa się państwo polskie – bo niezależnie od tego co można sądzić o samym Andruszkiewiczu, ustąpienie pod zewnętrznym naciskiem w takich okolicznościach byłoby kompromitacją w stylu niesławnej rejterady ws. art. 55a Ustawy o IPN. Może jednak tym razem obejdzie się, wbrew nadziejom Abrahama Foxmana, bez nacisków amerykańskiego Departamentu Stanu, a nasz rząd wykaże minimum asertywności.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 02 (11-17.01.2019)

sobota, 29 września 2018

Europa w ogniu nienawiści

Rządy razem z lewackimi organizacjami „zaimportowały” muzułmański antysemityzm na nasz kontynent i odtąd Europa na własne życzenie stała się kolejnym polem wojny arabsko-żydowskiej.

I. Europejski teatr konfliktu bliskowschodniego

Taki obrazek. Mamy kwiecień 2018 r. Ulicami Berlina idzie dwóch młodych ludzi – studiujący w Niemczech Izraelczyk i jego miejscowy kolega. Obaj mają na głowie tradycyjne żydowskie jarmułki. Nagle zostają zaatakowani przez trzech napastników, jeden z nich zaczyna ich bić pasem z metalową klamrą – a wszystko przy wtórze rasistowskich wyzwisk. Jak się okazało, najbardziej agresywny z atakujących to 19-letni syryjski „uchodźca”, przybyły do Niemiec w 2015 r. Co ciekawe, napadnięty Żyd przyznał później, że nawet nie jest wyznawcą judaizmu, a jarmułkę założył tylko po to, by udowodnić swojemu koledze, że wbrew jego twierdzeniom po Berlinie można się bezpiecznie poruszać w żydowskim nakryciu głowy. Daleko nie zaszli.

Powyższa przygoda, to tylko jeden z setek incydentów do których dochodzi regularnie za naszą zachodnią granicą. Ich natężenia nie mogły dłużej ignorować nawet tamtejsze media i władze, do tej pory skrupulatnie chowające głowy w piasek. Zaczęto wręcz mówić o fali „nowego antysemityzmu” i - rzecz dotąd niespotykana – głośno artykułować jego muzułmańskie podłoże. Do tej pory bowiem grzech antysemityzmu przypisywany był wyłącznie tzw. skrajnej prawicy, do którego to worka wrzucano razem zarówno regularnych neonazistów, jak i ugrupowania „populistyczne” (a w istocie, jak podkreśla Daniel Pipes, cywilizacjonistyczne) w rodzaju AfD czy PEGIDY. Jednak prawda jest brutalna – gros antyżydowskich ataków jest dziełem nachodźców, szczególnie z ostatniego „naboru” będącego efektem polityki Angeli Merkel spod znaku „herzlich willkommen” („serdecznie witamy”) i „wir schaffen das!” („damy radę!”).

Tylko w 2017 r. niemiecka policja odnotowała 1453 przestępstwa o charakterze antysemickim, co się przekłada na cztery tego typu zajścia dziennie – a są to jedynie oficjalnie zgłoszone przypadki, „ciemna liczba” niezgłoszonych przestępstw pozostaje niewiadomą. Pewne pojęcie o skali problemu mogą dawać ustalenia berlińskiej organizacji RIAS, wg której w samej stolicy Niemiec w 2017 r. doszło do 947 antysemickich incydentów, co stanowi w porównaniu z rokiem 2016 wzrost o 60 proc. Do najbardziej spektakularnej manifestacji doszło 8 grudnia nieopodal Bramy Brandenburskiej w reakcji na uznanie przez Donalda Trumpa Jerozolimy stolicą Izraela. Palono izraelskie flagi, wznoszono okrzyki w rodzaju „zabić Żydów”. Podobne demonstracje powtórzyły się jeszcze 10. i 12. grudnia. Swoją rolę odgrywa tu oczywiście szowinistyczna polityka państwa izraelskiego, urządzającego Palestyńczykom cykliczne masakry i traktującego strefę Gazy niczym wielki obóz koncentracyjny. Niezależnie jednak od przyczyn, fakty są takie, że rządy europejskich państw razem z lewackimi organizacjami opętanymi nienawiścią do zachodniej, łacińskiej cywilizacji, „zaimportowały” muzułmański antysemityzm na nasz kontynent i odtąd obrazki rodem z Bliskiego Wschodu są elementem naszej codzienności. Innymi słowy, Europa na własne życzenie stała się kolejnym polem wojny arabsko-żydowskiej.


II. Eskalacja przemocy

Już teraz kanclerz Merkel zmuszona była przyznać, że żydowskie placówki, takie jak szkoły i synagogi nie są w stanie funkcjonować bez ciągłej policyjnej ochrony. Co więcej, nie widać szans na to, by ów przeniesiony do Europy antagonizm wygasł wraz ze zmianą pokoleniową – przemoc wobec żydowskich dzieci szerzy się również w szkołach, od podstawówki począwszy. Na porządku dziennym są ataki fizyczne, nie wspominając już o słownym mobbingu w rodzaju: „Powinnaś zostać zabita, bo nie wierzysz w Allaha” czy „Powinno wam się poodcinać głowy”. Podobne „uprzejmości” spotykają również uczniów chrześcijańskich, a nawet nauczycieli (np. „Ta ździra nie będzie mi mówiła, co mam robić”). W niektórych niemieckich szkołach odsetek uczniów z rodzin imigranckich sięga nawet 90 proc., częste są przypadki kolportowania materiałów propagandowych Państwa Islamskiego. Doszło do tego, że przewodniczący Centralnej Rady Żydów w Niemczech Josef Schuster zaczął przestrzegać przed publicznym noszeniem jarmułek, zaś rabin Daniel Alter z berlińskiej gminy żydowskiej już w 2012 r. określił pewne dzielnice tego miasta jako „no-go areas dla Żydów”.

Z podobną eskalacją nienawiści mamy do czynienia również w innych krajach Zachodniej Europy. Francja jest już w zasadzie terenem regularnej wojny, Żydzi w miejscach publicznych ukrywają swoją tożsamość, mnożą się napaści na żydowskie instytucje i sklepy, dochodzi do morderstw. W efekcie, półmilionowa diaspora francuskich Żydów żyje w ciągłym poczuciu zagrożenia, czego skutkiem jest narastający exodus do Izraela. W Wielkiej Brytanii w porównaniu z rokiem 2016 liczba fizycznych ataków na Żydów wzrosła o 78 proc., zaś wszystkich aktów antysemickich o 30 proc. (dane za 2017 r.). Podobnie rzecz się ma w Szwecji, gdzie nieliczni żydowscy obywatele (ok. 15 000) są regularnie zastraszani, zaś publiczne noszenie jarmułek czy gwiazd Dawida naraża ich na ataki muzułmańskich nachodźców. Warto tu przytoczyć raport Centrum Badań nad Ekstremizmem Uniwersytetu w Oslo za lata 2005-2015. Pod lupę wzięto antysemickie ataki w Niemczech, Szwecji, Francji i Wlk. Brytanii. Każdorazowo największą grupę agresorów stanowili muzułmanie, na drugim miejscu byli... lewicowcy, a dopiero po nich przedstawiciele skrajnej prawicy.


III. Sojusz lewacko-muzułmański

I właśnie ta statystyka, plasująca lewicową agresję na drugim miejscu po islamistycznej, wiele nam mówi. Od dziesięcioleci mamy bowiem do czynienia z paradoksalnym na pozór sojuszem lewicy z islamskim fundamentalizmem. Przejawia się on w bezwarunkowym poparciu dla strony arabskiej w konflikcie bliskowschodnim, równie bezwarunkowej postawie antyizraelskiej przeradzającej się płynnie w antyżydowską oraz wspólnej nienawiści do cywilizacji łacińskiej. Wszystko zaś sięga korzeniami rewolucji kulturalno-obyczajowej roku 1968, kiedy to zinfiltrowane przez sowiecką agenturę i sponsorowane z Kremla lewactwo rozpoczęło swój „długi marsz przez instytucje”. Ponieważ ZSRR na Bliskim Wschodzie był patronem Arabów i „towarzysza Arafata”, to i jego zachodnie „gawnojedy” musiały śpiewać z podobnego klucza – co czynią zresztą do tej pory. I nie ma znaczenia, że prym w lewicowych środowiskach często wiodą osoby z tzw. „korzeniami” - rozkaz to rozkaz. Dobrym przykładem jest tu George Soros – jeden z głównych sponsorów muzułmańskiego najazdu na Europę i piewca multikulturalizmu, który zarazem piętnuje przy każdej okazji Izrael, gdzie jest zresztą znienawidzony chyba równie mocno jak na Węgrzech.

Ów egzotyczny sojusz sprawia, że lewica pogrążona jest w ideologicznej schizofrenii – takie postępowe „grzechy” jak antysemityzm, seksizm, patriarchalna opresja czy dyskryminacja mniejszości seksualnych istnieją dla niej jedynie wówczas, gdy dotyczą przedstawicieli świata Zachodu. Te same elementy, nieusuwalnie wpisane w kulturę świata islamu, stają się dla lewaków niewidzialne jeśli dotyczą społeczności muzułmańskich, zaś wszelkie wzmianki o nich, włącznie z przymusowymi małżeństwami, obrzezaniem kobiet czy honorowymi zabójstwami są zagłuszane wrzaskiem o „islamofobii”. Tym samym, wciąż dominująca w polityczno-światopoglądowym mainstreamie lewica dopuszcza się notorycznej zdrady własnych ideałów, piętnując nawet muzułmańskich dysydentów, którzy nieopatrznie uwierzyli, że z tą europejską tolerancją to wszystko naprawdę. Ale jak rozumiem, wytrenowane w dialektyce mózgi przechodzą nad tymi sprzecznościami do porządku dziennego.

Cel ostateczny jest jasny: zniszczyć fundamenty łacińskiej cywilizacji, a wojujący islam jawi się w tym dziele jako idealny sojusznik, ostateczny taran forsujący bramy Zachodu. Na szczęście, społeczeństwa europejskie opornie, lecz jednak zaczynają wybudzać się z ogłupiającego letargu, czego dowodem jest rosnąca popularność ugrupowań cywilizacjonistycznych, a także stopniowe przenikanie ich postulatów do politycznego głównego nurtu. Oby nie za późno.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Cywilizacjonizm albo śmierć!


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 18 (26.09-09.10.2018)

sobota, 23 czerwca 2018

Inżynieria antysemityzmu

Rzeczywistą intencją prof. Bilewicza nie jest badanie czegokolwiek, lecz przyprawienie Polakom antysemickiej gęby - by następnie nas z tego urojonego schorzenia „leczyć”.

I. Prof. Bilewicz jako podróba

Na wstępie muszę przyznać się Państwu do pewnej naiwności – otóż w swej prostoduszności sądziłem, iż słynny wynalazek „wtórnego antysemityzmu”, propagowany na krajowym gruncie przez prof. Michała Bilewicza, jest jego autorskim konceptem. Tymczasem, nic z tych rzeczy – jest to ordynarna kalka z socjologii niemieckiej przeflancowana metodą „kopiuj-wklej” na nasze poletko. Jak być może Czytelnicy kojarzą, co jakiś czas pozwalam sobie zaprzątać ich uwagę postacią prof. Bilewicza oraz aktywnością kierowanego przezeń Centrum Badań nad Uprzedzeniami, która to placówka pod pozorem działalności naukowo-badawczej stanowi w istocie jaczejkę dość agresywnej, lewackiej inżynierii społecznej – na dodatek afiliowaną przy Wydziale Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego, co przydaje jej poczynaniom propagandowym, powielanym następnie przez media, akademickiego splendoru.

Swojego czasu określiłem prof. Bilewicza nieco ironicznym mianem „cudownego dziecka polskiej nauki” - bowiem ów urodzony w 1980 r. psycholog społeczny habilitował się w arcymłodym jak na polskie warunki wieku 33 lat. I znów, byłem przekonany, że to ze względu na pożyteczne dla uniwersyteckiego lewactwa i możnych sponsorów „odkrycia” w rodzaju badań nad polskimi „uprzedzeniami”, tudzież wspomnianej kategoryzacji rozmaitych odmian „antysemityzmu” pozwalającej przypisać ową wstydliwą przypadłość niemal każdemu - co stanowi wymarzoną pałkę w rękach rozmaitych kapo „pedagogiki wstydu”, o „przemyśle holokaust” nie wspominając. A tu zaskoczenie – okazuje się, że do habilitowania się wkrótce po trzydziestce potrzeba jedynie odrobiny sprytu i refleksu. Wystarczy przeczytać co tam „w temacie” urodziło się w niemieckich uczelnianych kazamatach i w charakterze posłańca dobrej nowiny przenieść to do Polski. I już - „co Francuz wymyśli, Niemiec zrobi, a Polak polubi”. Aż nie chce mi się w tym miejscu wyzłośliwiać na temat rozpaczliwej wtórności polskich nauk społecznych, bo to wszystko jest zbyt przygnębiające. Nawet takie kompletne dyrdymały, jak „rodzaje antysemityzmu”, które można siedząc za biurkiem na poczekaniu wyssać z palucha, musimy wśród ochów i achów importować z Zachodu, by udowodnić przed samymi sobą, że oto nadążamy za przodującą nauką neomarksistowskiej Europy. Mentalne niewolnictwo w czystej postaci.


II. Inżynieria socjologiczna

Należy przy tym podkreślić wręcz żenujący poziom „badawczego” naśladownictwa, sprowadzonego aż do najdrobniejszych szczegółów. Snop światła mimowolnie demaskujący „osiągnięcia” prof. Bilewicza rzuca tutaj artykuł poświęcony niemieckiemu antysemityzmowi opublikowany na stronach... „Krytyki politycznej” (takie są pożytki ze śledzenia tego, co się wykluwa po lewackiej stromie Mocy). Otóż w tekście „Pole minowe, czyli Niemcy o antysemityzmie” pada odwołanie do raportu przygotowanego na zlecenie Bundestagu pt. „Antysemityzm w Niemczech – aktualny rozwój”. Przytoczone są tam m.in. pytania zadawane respondentom, mające zmierzyć poziom „antysemityzmu wtórnego”. I tak obywateli Niemiec konfrontowano ze zdaniami typu: „wielu Żydów próbuje wyciągnąć korzyści z przeszłości Trzeciej Rzeszy” czy „irytuje mnie, że dzisiaj wciąż wypomina się Niemcom przestępstwa na Żydach z czasów wojny”. A teraz sięgnijmy do rodzimego raportu Centrum Badań nad Uprzedzeniami pt. „Powrót zabobonu: antysemityzm w Polsce na podstawie Polskiego Sondażu Uprzedzeń”. Tam z kolei w sekcji poświęconej „wtórnemu antysemityzmowi” autorzy każą polskim respondentom ustosunkować się m.in. do stwierdzeń: Żydzi chcą zdobyć od Polaków odszkodowania za coś, co w rzeczywistości uczynili im Niemcy” oraz Denerwuje mnie, gdy dziś wciąż mówi się o zbrodniach popełnionych przez Polaków na Żydach”. A więc w obu „wersjach językowych” pytania sformułowane są według identycznej sztancy, różnią się jedynie dostosowaniem do lokalnego kolorytu. Bingo.

Zanim jednak nasi badacze zaczną się napawać, że mamy socjologię „jak w Niemczech” - na podobieństwo Chińczyka, któremu udało się wyprodukować wierną podróbkę Adidasa – zwrócę nieśmiało uwagę na bezsens takich zabiegów. Mianowicie, socjologia bada konkretne społeczeństwo – a co za tym idzie, również i poruszane w badaniach kwestie muszą być dostosowane do miejscowej specyfiki, o zadawanych pytaniach nie wspominając. Natomiast prof. Bilewicz wraz ze swym zespołem nie dość, że „jedzie” na najbardziej prymitywnych stereotypach dotyczących „polskiego antysemityzmu”, to jeszcze w sposób całkowicie wtórny i odtwórczy kopiuje zagadnienia będące przedmiotem zainteresowania niemieckich uczonych. Innymi słowy, usiłuje na siłę wpasować Polaków w niemiecki „model” antysemityzmu. I to już jest kompletnie od czapy, albowiem o ile taka „socjologiczna nadwrażliwość” każąca badać pozostałości antysemityzmu hitlerowskiego jest w przypadku Niemców jakoś tam uzasadniona choćby ze względu na wiadome uwarunkowania historyczne, o tyle mechaniczne przenoszenie jej na polskie realia jest czystą aberracją, kompletnie abstrahującą od społeczno-historycznego punktu odniesienia, zbiorowych doświadczeń i wszystkiego, co kształtuje ludzką mentalność na przestrzeni pokoleń. Za pomocą tej poronionej pseudo-metodologii wpiera się nam dziecko „antysemityzmu” w brzuch - i to z kąpielą, że nawiążę do frazeologii „błyskotliwej inaczej” posłanki Scheuring-Wielgus. Wszak w oczywisty sposób czym innym jest chociażby narzekanie na żydowską pazerność w ustach potomków katów, a czym innym w ustach potomków współofiar, na których usiłuje się zrzucić „odpowiedzialność zastępczą”. Tymczasem Bilewicz stawia między nimi znak równości.

Mamy więc tu specyficzny rodzaj „socjologicznej inżynierii”, w której „inżynierowie” nie biorą pod uwagę, że nauczywszy się kopiować silnik od Mercedesa, żadną miarą nie zdołają go wsadzić do „syrenki”. A coś w tym guście próbują właśnie zrobić, bowiem patrząc historycznie, taka jest mniej więcej różnica skali między zjawiskiem antysemityzmu w Niemczech i w Polsce. Czy prof. Bilewicz nie zdaje sobie z tego sprawy? Myślę, że doskonale to wie – ale jego rzeczywistą intencją nie jest badanie czegokolwiek, lecz przyprawienie Polakom za wszelką cenę odrażającej, antysemickiej gęby, po to by następnie nas z tego urojonego schorzenia „leczyć” i urabiać społeczeństwo na modłę jedynie słusznego, liberalnego wzorca kulturowego – znów, przyniesionego „w pakiecie” z „multikulturowej”, tolerancjonistycznej Europy. Jest to więc kolejny wykwit „modernizacji przez kserokopiarkę” - objaw postkolonialnych kompleksów wobec białych „bwana”. Takie podejście jako żywo przypomina „ludowe” murzyńskie rzeźby wiernie odtwarzające... parasol – obiekt pożądania afrykańskich kacyków, symbolizujący upragniony status: przynależność do cywilizacji białego człowieka.


III. Narcyzm narodowy

Tenże prof. Bilewicz od pewnego czasu zadaje szyku kolejnym pojęciem-wytrychem, którym uporczywie molestuje Polaków. Jest nim „narcyzm narodowy” (alias „narcystyczna tożsamość”, „narcyzm kolektywny” - oczywiście, również kopiuj-wklej z zachodniej psychologii społecznej). Ów „narcyzm” oznaczać ma patologiczne przewrażliwienie na własnym punkcie i kompulsywną koncentrację na tym, co mówi o nas międzynarodowe otoczenie – rzecz jasna, ze szczególnym uwzględnieniem opinii negatywnych. Wedle Bilewicza to niezdrowe przywiązanie do własnej wspólnoty ma być immanentną cechą Polaków, przejawiającą się chociażby w nieadekwatnych reakcjach na „wrzutki” o „polskich obozach śmierci”, zaś wyjątkowo niezdrowym wykwitem powyższego jest nowelizacja ustawy o IPN penalizująca przypisywanie nam zbrodni III Rzeszy. Wyraz temu przekonaniu nasz „maleńki uczony” (© S. Michalkiewicz) dał całkiem niedawno podczas sabatu zorganizowanego w Muzeum Polin przy okazji rocznicy Marca '68.

Jest to, ma się rozumieć, kolejny element inżynieryjnej układanki, mającej przebudować świadomość Polaków – już nie tylko mamy się wystrzegać „antysemityzmu” - choćby „wtórnego” i „urojonego” - lecz także nie reagować na szkalowanie, bowiem obnażamy wówczas zbiorową, narcystyczną psychozę na punkcie naszego dobrego imienia. Jak widać, obróbka postępuje – i nie jest to, niestety, jedynie bredzenie oderwanego od rzeczywistości akademika, bo to, co Bilewicz podaje w „naukowej” szacie, obudowane odpowiednim, fachowym żargonem, jest podchwytywane przez medialne ośrodki masowego rażenia i podawane ludziom w lekkostrawnej formie do bezrefleksyjnego wchłonięcia.

Na zakończenie, z tym dorabianiem Polakom kolektywnego „narcyzmu”, prof. Bilewicz niechcący dokonał klasycznej projekcji, przypisując negatywne cechy własnego narodu innej, nielubianej przez siebie zbiorowości. Trudno bowiem o bardziej drażliwą na własnym punkcie nację, niż Żydzi, wszędzie węszący antysemityzm – i idę o zakład, że gdyby nasz bohater rzucił okiem na niniejsze zdanie, to całkiem „narcystycznie” nie zawahałby się przed zdiagnozowaniem piszącego te słowa, jako żydożercy. Niechby nawet i „wtórnego”.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Antysemityzm urojony

Kasa na inżynierię społeczną


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 12 (20.06-03.07.2018)

niedziela, 3 czerwca 2018

Wypisy z „antysemityzmu”

I dzisiaj ciemne praktyki ortodoksów żydowskich wzbudzają conajmniej niechęć a często wstręt we wszystkich, którzy się z niemi zetkną” - Wanda Melcer

I. Islandzcy żydożercy

Okazuje się, że nie tylko my mamy problem z Żydami. Własny kłopot z tym nadzwyczaj zgodnym, pokojowym i nieskorym do mieszania się w cudze sprawy narodem ma również... Islandia. Kłopot może jest niewielki (bo też i Islandia duża nie jest) – ale znaczący. Otóż, jak podaje portal „Iceland News”, do tamtejszego parlamentu wpłynął projekt ustawy zakazującej obrzezania dzieci. Jakimś cudem dowiedziała się o tym międzynarodowa społeczność żydowska (pogratulować konsekwentnego monitoringu) – i wynikła mała chryja. Mianowicie, do islandzkich biur podróży zaczęły spływać deklaracje żydowskich turystów rezygnujących z wyjazdów, odwołujących rezerwacje i grożących innymi konsekwencjami. Islandzki przewodnik Jón Gunnar Benjamínsson opublikował w swojej grupie na portalu społecznościowym maila, jakiego jego firma otrzymała od jednego z „rozczarowanych”. Cytuję w całości, bo też i pismo jest doprawdy rzadkiej urody: „Wraz z małżonką planowaliśmy wpłatę zaliczki za wycieczkę, kiedy to dowiedzieliśmy się o projekcie ustawy zakazującej obrzezania, przedstawionym w waszym parlamencie. Uważamy, że jest to wyraz antysemityzmu (działanie skierowane przeciwko zarówno Żydom, jak i Muzułmanom) przedstawiony jako „obrona praw dziecka”, co jest oczywistą bzdurą. W związku z powyższym wstrzymujemy się z realizacją planów, w oczekiwaniu na decyzję waszego rządu. Jeśli ustawa zostanie przegłosowana, anulujemy rezerwację i pojedziemy w inne miejsce. Będziemy również przestrzegać innych członków bostońskiej społeczności żydowskiej przed wyjazdem do Islandii, a także skontaktujemy się z naszymi braćmi i siostrami ze społeczności muzułmańskiej. Żywimy nadzieję, że wasz rząd odzyska resztki przyzwoitości i nie dopuści do przyjęcia tej haniebnej ustawy. Jeśli natomiast projekt zostanie przegłosowany, możecie spodziewać się konsekwencji na całym świecie” (podkreślenia - PL).

Hmm, zważywszy, iż owi „bostońscy Żydzi” postanowili w imię prawa do rzezania małych Islandczyków przeprosić się z muzułmańskimi „braćmi i siostrami”, z którymi nagle poczuli powinowactwo etniczno-kulturowe, na miejscu islandzkich władz ogłosiłbym stan wyjątkowy, bo nigdy nie wiadomo, czy podbechtani przez „bostończyków” „bracia i siostry” nie zechcą nagle tłumnie nawiedzić wyspy gejzerów ze wszystkimi, znanymi nam aż za dobrze, konsekwencjami. Zwraca ponadto uwagę przeświadczenie o własnej omnipotencji (te „konsekwencje na całym świecie”!) - jeżeli takie przekonanie o swoim wpływie na resztę świata ma byle małżeństwo z Bostonu, to co dopiero mówić o przywódcach diaspory czy politycznych liderach Izraela? Inna sprawa, że po ostatniej masakrze Palestyńczyków, jaką Izrael uczcił swą rocznicę niepodległości, rzeczeni muzułmanie mają chyba raczej ochotę wysadzać bombami i rozjeżdżać samochodami zgoła kogo innego, niż Islanczyków. Nawiasem, ci sami wyspiarze zebrali niedawno ponad 20 tys. podpisów pod petycją wzywającą do zbojkotowania przyszłorocznego festiwalu Eurowizji, który ma się odbyć w Izraelu. Zważywszy, że populacja Islandii to 340 tys. obywateli (nie licząc bliżej nieznanej liczby elfów), to wychodzi, że kraj ten zaludniają patologiczni antysemici, co to z mlekiem matki... Gdzie nam tam do nich!


II. Postępowy antysemityzm

Przechodząc na nasze podwórko - wątek obrzezania przypomniał mi fragment pewnego przedwojennego artykułu opisujący ów obrzęd odbywający się „w eleganckiej lecznicy warszawskiej”: „Maleńkie dziecko pod oknem zakryte jest górą strasznych starców z nożami w ręku. Chciałabym pobiec mu na pomoc, ale przecież skompromitowałabym tu wszystkich. Rzezak trzyma dziecko na kolanach, siedząc na owych dwóch krzesełkach pod oknem, mojern klęczy przed nim na małym stołeczku. Wprawnemi ruchami rozwija pieluszki i obdziera dziecko ze skóry. Potem pochyla się trochę więcej niż trzeba i wysysa zranione miejsce ustami. Dziecko wyje zwierzęcym głosem”. I dalej: „Spoglądam na nie bokiem i robi mi się słabo: dziecko ma krwawą miazgę między nogami, uda zalane krwią, która małemi kroplami kapie na koronki poduszki”.

Nie da się ukryć – opis nie na każde nerwy. Pytanie, skąd go wziąłem? Czy z jakiegoś czarnosecinnego, endeckiego „szmatławca”? Otóż nie – jest to artykuł „Dziecko żydowskie rozpoczyna ziemską wędrówkę”, będący pierwszą częścią cyklu „Czarny ląd – Warszawa”, przedstawiającego różne aspekty życia społeczności żydowskiej w Warszawie. Reportaże te ukazywały się w latach 1934-1935 w jak najbardziej liberalnych i lewicowych „Wiadomościach Literackich” - tych od Tuwima, Słonimskiego, Boya-Żeleńskiego i innych luminarzy pióra. Autorką była zaś Wanda Melcer – poetka, pisarka i publicystka, a ponadto postępowa działaczka społeczna, zwolenniczka kontroli urodzeń i „świadomego macierzyństwa”, udzielająca się w Towarzystwie Reformy Obyczajów. Po wojnie zaś – dożywotnia członkini PZPR i Ligi Kobiet. Aż dziwne, że współczesne „siostrzyce” od feminizmu z „Wyborczą” do spółki nie wzięły jej na sztandary, jako prekursorki walki z „ciemnotą i zabobonem”.

No, ale cóż, tak się nieszczęśliwie składa, że dla przedwojennych liberałów żydowska „czerń” - owe „handełesy” i „chałaciarze”, tak gęsto i tłumnie zaludniający stołeczne ulice – była uosobieniem wstecznictwa na równi z „klerem” i pogrążonym w zacofaniu polskim chłopstwem. Opisów równie naturalistycznych i bezwzględnych w swej fotograficznej precyzji, jak ten przytoczony powyżej, spotkają Państwo w reportażach Wandy Melcer bez liku (patrz - internet). Obraz żydowskiej masy, jaki się z nich wyłania, jest po prostu przerażający: brud, smród, nędza – a wszystko to w oparach prymitywnych z punktu widzenia autorki, talmudycznych guseł, wcale nie lepszych od tych praktykowanych w katolickim „ciemnogrodzie”. Nic więc dziwnego, że to właśnie na widok przeludnionych nor w suterenach kamienic i zaułków wypełnionych niedożywionymi i obdartymi żydowskimi dziećmi, autorce wyrywa się uwaga o konieczności wprowadzenia kontroli urodzeń. Podobnie, nie może znaleźć słów oburzenia widząc pożałowania godne położenie kobiet w żydowskich rodzinach.


III. „Ciemne praktyki”

Dziś tego typu uwagi zostałyby z miejsca zakwalifikowane jako „zwierzęcy antysemityzm” - i założę się, że muzeum POLIN nigdy nie zorganizuje na temat dziennikarskiego dorobku Wandy Melcer żadnego uczonego seminarium. Nie pasuje on bowiem do wizerunku lansowanego w oficjalnym przekazie Żyda – inteligenta: artysty, prawnika, lekarza, profesora, intelektualisty... Jeśli coś mówi się o innych Żydach, to tylko w kontekście wesołego folkloru z przygrywającymi klezmerami. A wszak, była to jedynie cieniutka pozłotka przykrywająca, mówiąc wprost – otchłanie barbarzyństwa. I nie dotyczyło to jedynie żydowskiej biedoty - opisywana ceremonia obrzezania nie odbywała się przecież w slumsach, a poddawane jej dziecko było potomkiem „jednego z najbogatszych kupców bławatnych z ulicy Bielańskiej”. Takie hipotetyczne seminarium musiałoby siłą rzeczy postawić kilka niewygodnych kwestii – począwszy od braku wewnątrzżydowskiej solidarności, skazującej przytłaczającą większość tej społeczności na urągającą człowieczeństwu wegetację; poprzez pogardę żywioną przez żydowskie elity do chałaciarskiego „motłochu”; a skończywszy na pytaniu – jakim cudem Polacy mieliby uratować podczas wojny te rzesze niezasymilowanych Żydów?

Teraz potomkowie tamtych, zeświecczonych i gwoli prawdy - wykorzenionych, żydowskich elit nagle odkrywają swoją „tożsamość” i wystawiają Polakom cenzurki. W swym reportażu Wanda Melcer stwierdza: „I dzisiaj ciemne praktyki ortodoksów żydowskich wzbudzają conajmniej niechęć a często wstręt we wszystkich, którzy się z niemi zetkną”. Dodam od siebie: wstręt budzą nie tylko praktyki tamtych, wymordowanych „ortodoksów”, lecz również tych dzisiejszych, światłych i postępowych, samozwańczych „kapłanów żydostwa” – nawet jeśli obecnie te „ciemne praktyki” odbywają się bardziej higienicznie.


PS. Cytaty z Wandy Melcer za „retropress.pl”.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 21 (25-31.05.2018)

niedziela, 25 marca 2018

Kasa na inżynierię społeczną

Antypolska propaganda finansowana jest z publicznych pieniędzy przez NCN - instytucję podległą Ministrowi Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

I. Lewacka jaczejka

Niemal 2 miliony (dokładnie 1 939 410 zł.) otrzymał prof. Michał Bilewicz w formie grantu z Narodowego Centrum Nauki (NCN) na projekt o wdzięcznej nazwie „Mowa pogardy. Psychologiczne mechanizmy rozprzestrzeniania się agresji werbalnej wobec grup mniejszościowych. Tu kilka podstawowych informacji: Michał Bilewicz jest szefem afiliowanego przy Wydziale Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego „Centrum Badań nad Uprzedzeniami”. Podstawowym polem działania tej placówki jest tropienie różnorakich odstępstw od politycznej poprawności, takich jak „mowa nienawiści”, „homofobia”, „islamofobia”, „ksenofobia” oraz ma się rozumieć - „antysemityzm”. Innymi słowy, jest to motywowana ideologicznie lewacka jaczejka, mająca dostarczać ubranego w szaty „badań naukowych” uzasadnienia dla narracji o szalejącej w Polsce nietolerancji i szowinizmie - którym rzecz jasna należy dawać stosowny odpór. Celowi temu służą kolejne sondaże i raporty, skonstruowane pod z góry założoną tezę – począwszy od manipulacji w warstwie pojęciowej, a skończywszy na skrajnie tendencyjnych pytaniach – pułapkach.

Przykładem powyższego może być chociażby stosowana przez Bilewicza i jego podopiecznych definicja antysemityzmu – zastosowano w niej trik polegający na takim rozbudowaniu pojęcia, by objąć nim wszelkie negatywne opinie na temat Żydów oraz ich działalności. Szczególnie użyteczne jest tu określenie „antysemityzm wtórny” - oznacza ono, że antysemitą jest ten, kto... wypiera się „antyżydowskich uprzedzeń”. A „antyżydowskim uprzedzeniem” może być dosłownie wszystko – np. oczywista konstatacja, że środowiska żydowskie rozpowszechniają wizerunek „Polaka-antysemity” albo stwierdzenie, że holokaust jest wykorzystywany instrumentalnie przez organizacje żydowskie do osiągania korzyści majątkowych. Tego typu manipulacje omówiłem niedawno szerzej na łamach siostrzanej „Polski Niepodległej” przy okazji analizowania raportu pod znamiennym tytułem Powrót zabobonu: antysemityzm w Polsce na podstawie Polskiego Sondażu Uprzedzeń 3”, więc tu tylko dodam, że gdyby zaprezentowane w nim wyniki brać serio, to wyszłoby, że polskie społeczeństwo wręcz dyszy jaskiniowym żydożerstwem – szczególnie tym „wtórnym”.


II. Projekt Bilewicza

Sam „guru” Michał Bilewicz to istne cudowne dziecko nauki – ten urodzony w 1980 r. psycholog społeczny habilitował się w wieku 33 lat, co pokazuje na czym można obecnie zrobić ekspresową karierę akademicką. Swój dorobek prezentuje przy okazji licznych wystąpień, wywiadów i publikacji – m.in. w zaprzyjaźnionych ideologicznie „Krytyce Politycznej” czy „Gazecie Wyborczej”. Można rzec, że w ostatnich latach stał się dyżurnym ekspertem od demaskowania „polskich demonów” – i nie inaczej było podczas niedawnego sabatu w Muzeum Historii Żydów Polskich „Polin” urządzonego przy okazji 50. rocznicy Marca 1968. W wykładzie pt. „Epidemie mowy nienawiści. Jak blisko Marca ’68 jesteśmy?” otrzymaliśmy standardowy zestaw „szefa kuchni” ze wspomnianym „wtórnym antysemityzmem” na czele, wzbogacony o wystawę złożoną z internetowych komentarzy mających ilustrować tytułową tezę o „epidemii”.

I w tym miejscu dochodzimy do wspomnianego na początku dwumilionowego grantu od NCN. Otóż projekt przedstawiony przez prof. Bilewicza sprowadza się do kontynuacji tez wygłoszonych w „Polin”, a wcześniej w raportach „Centrum...”. Z opisu autorskiego dowiadujemy się, że fundusze spożytkowane zostaną m.in. na analizę forów internetowych pod kątem „mowy pogardy” wobec imigrantów, mniejszości etnicznych i religijnych – co prowadzić ma do zmniejszenia wrażliwości na tego typu język. Cytując: „podobnie jak wtedy, gdy ludzie wielokrotnie stykają się z agresją w brutalnych filmach i grach komputerowych. To pozwala mowie pogardy rozprzestrzeniać się w społeczeństwie niczym epidemia”. Warto na marginesie zwrócić uwagę na pewną ciekawostkę – jeszcze niedawno każdy, kto podnosił destrukcyjny wpływ przemocy w grach czy filmach na psychikę odbiorcy (szczególnie dzieci), był wyśmiewany jako bigot i oszołom. Obecnie nadal w podobny sposób traktowane są ostrzeżenia przed pornografią lub „edukacją seksualną” w szkołach. A tu proszę – okazuje się jednak, że ciągła ekspozycja na niekorzystne bodźce może być niebezpieczna... kto by pomyślał...

Ale dalej jest jeszcze ciekawiej: „Sprawdzimy jak ekspozycja na mowę pogardy wpływa na funkcjonowanie na poziomie mózgu – wykorzystamy pomiar EEG aby sprawdzić zmiany w reakcjach mózgu na obraźliwe stwierdzenia, a także w reakcjach na twarze mniejszości etnicznych. Po ekspozycji na mowę pogardy, spodziewamy się słabszych reakcji mózgu na podobne stwierdzenia oraz słabszych wzorców aktywności mózgu powiązanych z postrzeganiem ludzkich twarzy”. I puenta:Rezultatem tego projektu będzie epidemiczny model mowy pogardy. Pozwoli on opisać i zrozumieć gwałtowne rozprzestrzenianie się mowy pogardy w rzeczywistości sieciowej. Ten model podstawowy może okazać się niezwykle użyteczny dla organizacji zajmujących się ograniczaniem skali mowy nienawiści i innych niebezpiecznych zjawisk związanych z korzystaniem z Internetu”.


III. Inżynieria społeczna

Zwracam uwagę zwłaszcza na ostatni fragment. Oznacza on bowiem ni mniej ni więcej, tylko stworzenie podkładki do cenzurowania internetu pod pozorem walki z „mową nienawiści”, a także ma podać na tacy „naukowe” argumenty zawodowym tropicielom różnych „x-fobii” składającym masowo zawiadomienia do organów ścigania. W dalszej kolejności – ponieważ będziemy mieli do czynienia z „epidemią” - „mowa nienawiści” może zostać potraktowana jako zagrożenie bezpieczeństwa publicznego. W minionych latach policjanci i prokuratorzy byli „szkoleni” na podobne okoliczności przez lewackich aktywistów z organizacji typu „Nigdy Więcej” czy „Otwarta Rzeczpospolita” (ta ostatnia założyła nawet specjalny portal dla donosicieli), więc precedens już jest. W efekcie „piękne wyroki” mogą się posypać już nie tylko za spalenie „kukły Żyda”, lecz za komentarz w internecie. A stąd tylko krok do wprowadzenia cenzorskich algorytmów mających wyeliminować niebezpieczeństwo narażenia odbiorców na niepożądane bodźce.

Osobną sprawą jest, co począć z osobami, które już zostały zainfekowane „epidemią” i wykazują „nieprawidłowe” odczyty EEG? Obozy reedukacyjne? A może przymusowe wstrzykiwanie substancji chemicznych mających przywrócić „pożądane” funkcjonowanie mózgu? Pierwszy krok (podobnie jak w przypadku drakońskiej ustawy o „fake news”) poczyniła przodująca nauka niemiecka – naukowcy z Bonn przeprowadzili eksperyment w którym zastosowano połączenie indoktrynacji z kuracją hormonalną. Ochotnikom nie dość „empatycznym” wobec „uchodźców” odczytywano łzawe historyjki o ciężkiej doli migrantów, a następnie aplikowano oksytocynę („hormon miłości”) - w efekcie skokowo wzrastał u nich poziom altruizmu, przejawiający się m.in. chęcią do dzielenia się pieniędzmi. Jak widać, jeszcze wiele przed nami...

Mamy zatem do czynienia tak naprawdę z niebezpiecznym projektem z zakresu inżynierii społecznej, mającym dać narzędzia do modelowania zbiorowych zachowań. Świadczy o tym chociażby z góry założony efekt badań – autor w ogóle nie bierze pod uwagę uzyskania wyników innych niż zaplanowane. Mamy „epidemię” i już, a jedyną kwestią do ustalenia jest jej konkretny „model”. Dodajmy, że na komplementarny projekt pt. „Źródła negatywnych stereotypów grup spostrzeganych jako nieprzyjazne – porównanie uprzedzeń anty-romskich i antysemickich w Polsce i Niemczech” otrzymał grant w wysokości ponad miliona złotych (1 153 138 zł) podwładny prof. Bilewicza – dr Mikołaj Wiśniewski.

A tak na koniec – z czym Państwu kojarzy się wizerunek Polaków roznoszących „epidemię”? Czy aby nie z hitlerowską propagandą na temat pewnej grupy etnicznej mającej roznosić tyfus?

I taka propaganda finansowana jest z publicznych pieniędzy przez NCN - instytucję podległą Ministrowi Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Udał się nam ten Gowin, nie ma co...


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Antysemityzm urojony


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 12 (23-29.03.2018)