Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzułmanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzułmanie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 września 2018

Europa w ogniu nienawiści

Rządy razem z lewackimi organizacjami „zaimportowały” muzułmański antysemityzm na nasz kontynent i odtąd Europa na własne życzenie stała się kolejnym polem wojny arabsko-żydowskiej.

I. Europejski teatr konfliktu bliskowschodniego

Taki obrazek. Mamy kwiecień 2018 r. Ulicami Berlina idzie dwóch młodych ludzi – studiujący w Niemczech Izraelczyk i jego miejscowy kolega. Obaj mają na głowie tradycyjne żydowskie jarmułki. Nagle zostają zaatakowani przez trzech napastników, jeden z nich zaczyna ich bić pasem z metalową klamrą – a wszystko przy wtórze rasistowskich wyzwisk. Jak się okazało, najbardziej agresywny z atakujących to 19-letni syryjski „uchodźca”, przybyły do Niemiec w 2015 r. Co ciekawe, napadnięty Żyd przyznał później, że nawet nie jest wyznawcą judaizmu, a jarmułkę założył tylko po to, by udowodnić swojemu koledze, że wbrew jego twierdzeniom po Berlinie można się bezpiecznie poruszać w żydowskim nakryciu głowy. Daleko nie zaszli.

Powyższa przygoda, to tylko jeden z setek incydentów do których dochodzi regularnie za naszą zachodnią granicą. Ich natężenia nie mogły dłużej ignorować nawet tamtejsze media i władze, do tej pory skrupulatnie chowające głowy w piasek. Zaczęto wręcz mówić o fali „nowego antysemityzmu” i - rzecz dotąd niespotykana – głośno artykułować jego muzułmańskie podłoże. Do tej pory bowiem grzech antysemityzmu przypisywany był wyłącznie tzw. skrajnej prawicy, do którego to worka wrzucano razem zarówno regularnych neonazistów, jak i ugrupowania „populistyczne” (a w istocie, jak podkreśla Daniel Pipes, cywilizacjonistyczne) w rodzaju AfD czy PEGIDY. Jednak prawda jest brutalna – gros antyżydowskich ataków jest dziełem nachodźców, szczególnie z ostatniego „naboru” będącego efektem polityki Angeli Merkel spod znaku „herzlich willkommen” („serdecznie witamy”) i „wir schaffen das!” („damy radę!”).

Tylko w 2017 r. niemiecka policja odnotowała 1453 przestępstwa o charakterze antysemickim, co się przekłada na cztery tego typu zajścia dziennie – a są to jedynie oficjalnie zgłoszone przypadki, „ciemna liczba” niezgłoszonych przestępstw pozostaje niewiadomą. Pewne pojęcie o skali problemu mogą dawać ustalenia berlińskiej organizacji RIAS, wg której w samej stolicy Niemiec w 2017 r. doszło do 947 antysemickich incydentów, co stanowi w porównaniu z rokiem 2016 wzrost o 60 proc. Do najbardziej spektakularnej manifestacji doszło 8 grudnia nieopodal Bramy Brandenburskiej w reakcji na uznanie przez Donalda Trumpa Jerozolimy stolicą Izraela. Palono izraelskie flagi, wznoszono okrzyki w rodzaju „zabić Żydów”. Podobne demonstracje powtórzyły się jeszcze 10. i 12. grudnia. Swoją rolę odgrywa tu oczywiście szowinistyczna polityka państwa izraelskiego, urządzającego Palestyńczykom cykliczne masakry i traktującego strefę Gazy niczym wielki obóz koncentracyjny. Niezależnie jednak od przyczyn, fakty są takie, że rządy europejskich państw razem z lewackimi organizacjami opętanymi nienawiścią do zachodniej, łacińskiej cywilizacji, „zaimportowały” muzułmański antysemityzm na nasz kontynent i odtąd obrazki rodem z Bliskiego Wschodu są elementem naszej codzienności. Innymi słowy, Europa na własne życzenie stała się kolejnym polem wojny arabsko-żydowskiej.


II. Eskalacja przemocy

Już teraz kanclerz Merkel zmuszona była przyznać, że żydowskie placówki, takie jak szkoły i synagogi nie są w stanie funkcjonować bez ciągłej policyjnej ochrony. Co więcej, nie widać szans na to, by ów przeniesiony do Europy antagonizm wygasł wraz ze zmianą pokoleniową – przemoc wobec żydowskich dzieci szerzy się również w szkołach, od podstawówki począwszy. Na porządku dziennym są ataki fizyczne, nie wspominając już o słownym mobbingu w rodzaju: „Powinnaś zostać zabita, bo nie wierzysz w Allaha” czy „Powinno wam się poodcinać głowy”. Podobne „uprzejmości” spotykają również uczniów chrześcijańskich, a nawet nauczycieli (np. „Ta ździra nie będzie mi mówiła, co mam robić”). W niektórych niemieckich szkołach odsetek uczniów z rodzin imigranckich sięga nawet 90 proc., częste są przypadki kolportowania materiałów propagandowych Państwa Islamskiego. Doszło do tego, że przewodniczący Centralnej Rady Żydów w Niemczech Josef Schuster zaczął przestrzegać przed publicznym noszeniem jarmułek, zaś rabin Daniel Alter z berlińskiej gminy żydowskiej już w 2012 r. określił pewne dzielnice tego miasta jako „no-go areas dla Żydów”.

Z podobną eskalacją nienawiści mamy do czynienia również w innych krajach Zachodniej Europy. Francja jest już w zasadzie terenem regularnej wojny, Żydzi w miejscach publicznych ukrywają swoją tożsamość, mnożą się napaści na żydowskie instytucje i sklepy, dochodzi do morderstw. W efekcie, półmilionowa diaspora francuskich Żydów żyje w ciągłym poczuciu zagrożenia, czego skutkiem jest narastający exodus do Izraela. W Wielkiej Brytanii w porównaniu z rokiem 2016 liczba fizycznych ataków na Żydów wzrosła o 78 proc., zaś wszystkich aktów antysemickich o 30 proc. (dane za 2017 r.). Podobnie rzecz się ma w Szwecji, gdzie nieliczni żydowscy obywatele (ok. 15 000) są regularnie zastraszani, zaś publiczne noszenie jarmułek czy gwiazd Dawida naraża ich na ataki muzułmańskich nachodźców. Warto tu przytoczyć raport Centrum Badań nad Ekstremizmem Uniwersytetu w Oslo za lata 2005-2015. Pod lupę wzięto antysemickie ataki w Niemczech, Szwecji, Francji i Wlk. Brytanii. Każdorazowo największą grupę agresorów stanowili muzułmanie, na drugim miejscu byli... lewicowcy, a dopiero po nich przedstawiciele skrajnej prawicy.


III. Sojusz lewacko-muzułmański

I właśnie ta statystyka, plasująca lewicową agresję na drugim miejscu po islamistycznej, wiele nam mówi. Od dziesięcioleci mamy bowiem do czynienia z paradoksalnym na pozór sojuszem lewicy z islamskim fundamentalizmem. Przejawia się on w bezwarunkowym poparciu dla strony arabskiej w konflikcie bliskowschodnim, równie bezwarunkowej postawie antyizraelskiej przeradzającej się płynnie w antyżydowską oraz wspólnej nienawiści do cywilizacji łacińskiej. Wszystko zaś sięga korzeniami rewolucji kulturalno-obyczajowej roku 1968, kiedy to zinfiltrowane przez sowiecką agenturę i sponsorowane z Kremla lewactwo rozpoczęło swój „długi marsz przez instytucje”. Ponieważ ZSRR na Bliskim Wschodzie był patronem Arabów i „towarzysza Arafata”, to i jego zachodnie „gawnojedy” musiały śpiewać z podobnego klucza – co czynią zresztą do tej pory. I nie ma znaczenia, że prym w lewicowych środowiskach często wiodą osoby z tzw. „korzeniami” - rozkaz to rozkaz. Dobrym przykładem jest tu George Soros – jeden z głównych sponsorów muzułmańskiego najazdu na Europę i piewca multikulturalizmu, który zarazem piętnuje przy każdej okazji Izrael, gdzie jest zresztą znienawidzony chyba równie mocno jak na Węgrzech.

Ów egzotyczny sojusz sprawia, że lewica pogrążona jest w ideologicznej schizofrenii – takie postępowe „grzechy” jak antysemityzm, seksizm, patriarchalna opresja czy dyskryminacja mniejszości seksualnych istnieją dla niej jedynie wówczas, gdy dotyczą przedstawicieli świata Zachodu. Te same elementy, nieusuwalnie wpisane w kulturę świata islamu, stają się dla lewaków niewidzialne jeśli dotyczą społeczności muzułmańskich, zaś wszelkie wzmianki o nich, włącznie z przymusowymi małżeństwami, obrzezaniem kobiet czy honorowymi zabójstwami są zagłuszane wrzaskiem o „islamofobii”. Tym samym, wciąż dominująca w polityczno-światopoglądowym mainstreamie lewica dopuszcza się notorycznej zdrady własnych ideałów, piętnując nawet muzułmańskich dysydentów, którzy nieopatrznie uwierzyli, że z tą europejską tolerancją to wszystko naprawdę. Ale jak rozumiem, wytrenowane w dialektyce mózgi przechodzą nad tymi sprzecznościami do porządku dziennego.

Cel ostateczny jest jasny: zniszczyć fundamenty łacińskiej cywilizacji, a wojujący islam jawi się w tym dziele jako idealny sojusznik, ostateczny taran forsujący bramy Zachodu. Na szczęście, społeczeństwa europejskie opornie, lecz jednak zaczynają wybudzać się z ogłupiającego letargu, czego dowodem jest rosnąca popularność ugrupowań cywilizacjonistycznych, a także stopniowe przenikanie ich postulatów do politycznego głównego nurtu. Oby nie za późno.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Cywilizacjonizm albo śmierć!


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 18 (26.09-09.10.2018)

sobota, 3 marca 2018

Pod-Grzybki 125

Taka sytuacja. W Szwecji odbyła się demonstracja osób LGBTQWERTY. Natomiast – uwaga - kontrmanifestację przeciw gej-paradzie urządziła nie żadna skrajna prawica, lecz... Antifa. Lewacy z Antify doszli mianowicie do wniosku, że przemarsz ostentacyjnych homoseksualistów obraża uczucia religijne mieszkających w Szwecji muzułmanów! W ten oto sposób postępactwo koncertowo zamalowało się do kąta. A teraz zagadka dla naszych lewaków, którzy chcieliby jednocześnie nieskrępowanych gej-parad i przyjmowania islamskich nachodźców: kto tu ma rację?


*

Nadprezydent... nie, wcale nie Jarosław Kaczyński – otóż nadprezydent Zofia Romaszewska, która od czasu, gdy Andrzej Duda za jej namową zawetował ustawy sądowe doszła do wniosku, że młokos ma się jej słuchać – ogłosiła, iż nowelizacja ustawy o IPN jest „idiotyczna” i należy ją poprawić. Dodała przy tym, że wysłała do prezydenta SMS-a z poleceniem zawetowania ustawy. Prezydent jednak, jak wiadomo, posłuchał się pani Zofii tylko połowicznie: podpisał ustawę (taki z niego niegrzeczny urwisek), ale zaraz przestraszył się, że nie dostanie deseru i odesłał ją do Trybunału Konstytucyjnego. Podobno udobruchana pani Zofia upiekła mu szarlotkę.


*

Powyższe nie zmienia faktu, że PAD najwyraźniej czuje się najlepiej, gdy ma nad sobą jakąś panią wychowawczynię, w czym jako żywo przypomina Emmanuela Macrona. A może przy najbliższej okazji to Zofia Romaszewska pojedzie do Paryża, obgada sprawy z panią Macronową i nagle się okaże, że w relacjach polsko-francuskich nastąpi idylla? Będą tylko musiały pilnować, żeby chłopcy się przypadkiem nie pobili. Na przykład o Caracale. Albo o zabawki.


*

Tak mi się skojarzyło - gdy eks-małżonka Lenina, Nadieżda Krupska, próbowała bruździć Stalinowi, ten poradził jej, żeby się uspokoiła, bo w przeciwnym razie znajdzie się „inna wdowa po Leninie”. Podziałało. A nie dałoby rady poszukać jakiejś innej wdowy po Romaszewskim?


*

Donald Trump przesłał nam właśnie sygnał dyscyplinujący w postaci mianowania nowej pani ambasador – niejakiej Georgette Mosbacher, której atutem w kontekście polsko-żydowskiej awantury są odpowiednie korzenie. Aluzju poniał, tym bardziej, że pani Georgetta wygląda jakby urwała się z planu „Dynastii” - jeśli tu zacznie intrygować niczym Alexis, to marny nasz los.


*

Tymczasem środowiska żydowskie nie ustają w podkreślaniu swej historycznej pozycji jako „narodu wybranego”. Generalnie, z ich stanowiska wynika, że w przypadku zagrożenia przedstawiciele innych nacji mają obowiązek poświęcić się dla Żydów – nawet za cenę życia własnego i swojej rodziny – tak, jak pies lub niewolnik ma obowiązek poświęcić się w obronie swego pana. Nachodzi mnie w związku z tym bardzo brzydka, a na pewno nie chrześcijańska refleksja. Na przyszłość lepiej Żydów nie ratować - po pierwsze, nie będą wdzięczni, co najwyżej uznają, że goje spełnili swoją powinność; po drugie - jak już będzie po wszystkim, to i tak zrobią z nas morderców.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 05 (28.02-13.03.2018)

piątek, 14 lipca 2017

Cierpienia muzułmańskiej wycieczki

Dla większości była to pierwsza i zapewne ostatnia wizyta w Polsce” - podsumowuje swą relację portal „Deutschlandfunk”. I o to właśnie chodzi!


I. Gehenna młodych muzułmanów

A więc, drodzy Państwo, mamy kolejną wersję „spalenia kukły Żyda”. Tamta kukła z Wrocławia już się, nomen omen, wypaliła, bo ileż można do znudzenia epatować tym samym, zatem media rzuciły się na nową sensację – mianowicie, męczeństwo muzułmańskich uczennic z Berlina podczas wycieczki do Polski. Robert Winnicki wprawdzie twierdził, iż czyn Piotra Rybaka dał „Wyborczej” paliwo na następne 10 lat, ale w dzisiejszym pędzącym świecie trzeba podsuwać konsumentom papki wciąż nowe podniety, by utrzymać ich w stanie emocjonalnego rozdygotania, zatem znaleziono kolejnego bulwersującego newsa – czyli rzeczoną wycieczkę. Od momentu, gdy niemiecka rozgłośnia „Deutschlandfunk” opublikowała na swoich stronach internetowych stosowny materiał, skwapliwie nagłośniony w Polsce przez tutejsze pasy transmisyjne, nie było wręcz dnia, by postępowi publicyści nie odnieśli się do rzekomego „oplucia muzułmanki” na ulicy Lublina – oczywiście w duchu potępienia polskiej „islamofobii”. Ostatnio w weekendowym magazynie „GW” pani Paulina Wilk kazała się nam za to „wstydzić”, wygłaszając przy okazji pochwałę „pedagogiki wstydu”, której jakoby dziś bardzo nam brakuje.

Tymczasem wszystko wskazuje na to, że rozpętany na bazie niemieckich doniesień tzw. „shitstorm” (dość rozległy, bo temat podchwyciła też BBC, wiążąc go - jakże by inaczej – z antyimigracyjną polityką obecnego rządu), jest wypreparowanym na zimno tzw. fake newsem wedle recepty znanej z dowcipów o Radiu Erewań. Prawdą w tym wszystkim jest bodaj tylko to, że faktycznie takowa wycieczka się odbyła. Przypomnijmy może jednak dla porządku, jakichże to utrapień mieli doświadczyć w Polsce młodzi muzułmanie. Otóż w wycieczce wzięli udział pochodzący z imigranckich rodzin uczniowie z berlińskiego liceum im. Teodora Heussa, którzy założyli w swej szkole grupę roboczą o nazwie „Erinnern” („Wspominać”) w ramach której uczestniczą w wyjazdach mających przybliżyć im historię holocaustu. W Polsce zwiedzali Treblinkę, Majdanek, a także Lublin, Łódź i Warszawę.

Wycieczka ta miała przerodzić się w nieustające pasmo upokorzeń. W Lublinie uczennicę ubraną w muzułmańską chustę miał opluć jakiś przechodzień. Poinformowani o zdarzeniu policjanci mieli się „śmiać” i odmówili interwencji. Towarzysząca grupie tłumaczka polskiego pochodzenia (nie była świadkiem zajścia) chciała interweniować u policjantów, lecz ostatecznie się „nie odważyła” (ciekawe, dlaczego? Bała się, że ją spałują?). W tymże Lublinie ochrona nie wpuściła grupy do synagogi, na starówce odmówiono im sprzedania wody, a ktoś inny miał rzucić im pod nogi... wibrator (!). W innych miastach nie jest lepiej – na widok hidżabu padają groźby obrzucenia jedzeniem, jakiś mężczyzna wyjmuje z kieszeni nóż (a może widelec, dokładnie nie wiadomo), inna muzułmanka zostaje wyproszona ze sklepu w centrum handlowym za rozmawianie przez telefon po persku, a jakaś kobieta rzekomo oblewa ją i jej kamerę napojem. I tak na każdym kroku – wyzwiska, nieprzyjazne gesty, groźby. Co ciekawe, wycieczka (wraz z dorosłymi opiekunami) poczuła się do tego stopnia sterroryzowana, że zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa zgłoszono... dopiero niemieckiej policji po powrocie do Berlina.


II. Anatomia „fake newsa”

Przepraszam, ale nawarstwienie tych wydarzeń jest tak nieprawdopodobne, że nie jestem w stanie traktować tego poważnie. Od biedy uwierzyłbym w jeden – dwa incydenty, ale tutaj aparat propagandowy preparując całą tę historyjkę zwyczajnie przedobrzył. Wyczuli to nasi lewacy, którzy w swym przekazie skrupulatnie pomijają groźby za pomocą widelca i atak wibratorem, jako jawny absurd, koncentrując się na opluciu jednej z dziewczyn i wokół tego nakręcając histerię. Za granicą natomiast, jak świadczy reakcja BBC, opowieść przyjmowana jest z pełną powagą, bo dobrze wpisuje się w propagandowy wizerunek Polski jako kraju ksenofobicznego, rządzonego przez „nacjonalistyczny” reżim PiS.

Tyle, że nawet owo oplucie to najprawdopodobniej ściema. Tak się składa, że fragment ulicy na którym miało do tego dojść objęty jest miejskim monitoringiem, którego zapis nie potwierdza zajścia. Policji było tam wówczas sporo, bo zabezpieczała trwające wówczas mistrzostwa Europy do lat 21 w piłce nożnej. Zrozumiałe też, że policjanci oddelegowani do zabezpieczenia imprezy i kibiców nie mogli oddalać się samowolnie z wyznaczonych miejsc. Podobnie z oblaniem napojem w centrum handlowym – takie miejsca standardowo objęte są monitoringiem i jakoś nic nie słychać o nagraniach potwierdzających incydent.

Co do synagogi – oświadczenie wydała już warszawska Gmina Żydowska. Uczniów nie wpuszczono, bo synagoga jest częścią zamkniętego kompleksu hotelowego wynajętego wówczas w całości przez jedną z reprezentacji wspomnianego już młodzieżowego Euro. W zamian zaproponowano grupie zwiedzanie cmentarza żydowskiego, co odbyło się bez przeszkód – ale cóż to szkodzi trochę nakłamać? Podobnie można się zastanawiać nad stopniem utraty wzroku u nastoletniej dziewczyny, która nie potrafi odróżnić noża od widelca i nie może się zdecydować jakim konkretnie sztućcem groził jej napastnik.

No i wreszcie ten nieszczęsny wibrator – dobrze, że nie wybuchł, bo z opisu wynika, że ktoś rzucając go pod nogi chciał wykorzystać to narzędzie w charakterze granatu. Zważywszy na nagromadzenie kibiców już bardziej możliwe byłoby rzucenie petardy – najwyraźniej w pogoni za bulwersującą sensacją nie przemyślano zeznań pod kątem prawdopodobieństwa. Jaka jest statystyczna szansa, że na trasie wycieczki znajdzie się akurat osoba mająca przy sobie wibrator i na dodatek nie wahająca się go użyć? Czepiam się tego frywolnego sprzętu, bo najlepiej obrazuje on absurdalność tej opowieści. W internecie ktoś zauważył, że obrzucanie się wibratorami to staropolska tradycja sięgająca czasów Mieszka I, tyle że wtedy były one strugane z lipowego drewna – i niech to posłuży za komentarz.

Nade wszystko zaś – gdzie są zdjęcia, filmy? Uczniowie mieli przy sobie telefony i kamery, jednak to co opublikowano w internecie pokazuje zwyczajną wycieczkę „odhaczającą” kolejne punkty programu. Mam swoje wyjaśnienie tych sprzeczności i posłużę się tu pewną analogią. Otóż wiadomo, że żydowscy uczniowie z Izraela przed obowiązkową wycieczką do Auschwitz poddawani są antypolskiemu praniu mózgu – zabrania się im np. przyjmowania od Polaków wody i jedzenia, bo mogą być zatrute. Sądzę, że podobnych bredni o polskim nacjonalizmie i islamofobii nasłuchali się uczniowie berlińskiego liceum i wszelkie wydarzenia filtrowali przez prymat tego, czym nafaszerowano ich mózgownice – tyle, że szkoła oczywiście się do tego nie przyzna. Ot, jakiś przechodzień mógł „odcharknąć” flegmę na chodnik (niekulturalnie, ale żadna zbrodnia), co zostało zinterpretowane jako usiłowanie „oplucia”. Swoje zrobiła też bariera językowa - funkcjonariusze nie znali i nie mieli obowiązku znać niemieckiego czy angielskiego. I przypuszczam, że tak było ze wszystkim - tu jakieś krzywe spojrzenie na widok muzułmańskich chust, które w Polsce wciąż stanowią niecodzienny widok na ulicach, tam jakieś nieporozumienie, ktoś może pomyślał, że władze samorządowe na własną rękę sprowadziły „uchodźców” na wzór „syryjskich sierot” Adamowicza - i dorobiono do tego całą „story” idealnie utrafiającą w zapotrzebowanie niemieckiej propagandy, tudzież jej miejscowych wyrobników. Faktów i tak nikt nie będzie sprawdzał, bo po co? Dodajmy, że histeria nakręciła się do tego stopnia, że jakaś grupa Polaków z Berlina opublikowała list otwarty z przeprosinami, o czym skwapliwie doniosło „Deutsche Welle” - i nawet znalazło się półtora tysiąca nawiedzonych idiotów, którzy go podpisali.


III. „Bad news” to „good news”!

A teraz, na zakończenie napiszę rzecz straszną i niedopuszczalną. Osoby o słabszych nerwach i rozchwianej wrażliwości uprasza się o zakończenie lektury w tym miejscu.

Już? No dobra, to jedziemy.

Otóż, nawet jeśli wszystko to było klasycznym „fejkiem”, to summa summarum dobrze się stało, że poszedł w świat w takiej formie. Z prostego powodu – tego typu historie mają istotny walor odstraszający i niech będzie o tym jak najgłośniej, tak by „uchodźcy” zapierali się przed relokowaniem ich do ksenofobicznej Polski rękami i nogami. Skoro Polacy są tak przesyceni nienawiścią i są takimi nacjonalistycznymi zboczeńcami, że napastują nawet muzułmańskie uczennice - i to wibratorem - to przysyłanie do tego szowinistycznego kraju imigrantów byłoby z gruntu niehumanitarne, narażałoby bowiem ich zdrowie, a może i życie na niebezpieczeństwo. Warto też rozpropagować, że dzicy Polacy są tak drapieżni, że gotowi są rzucać się na gości z widelcami - kto wie, czy nie w celach konsumpcyjnych. Możliwe też, że „oplucie” jednej z uczennic było efektem nienawistnego ślinotoku i żarłocznego apetytu. Dla większości była to pierwsza i zapewne ostatnia wizyta w Polsce” - podsumowuje swą relację portal „Deutschlandfunk”.

I o to właśnie chodzi.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 28 (12-18.07.2017)

Pod-Grzybki 105

Z kroniki kryminalnej „nadzwyczajnej kasty ludzi”. Sędzia Mirosław T., wiceprezes Sądu Okręgowego w Żyrardowie, został usunięty ze stanu sędziowskiego - przywłaszczył sobie na stacji benzynowej 50-złotowy banknot położony chwilę wcześniej na ladzie przez inną klientkę. Gdy ta na chwilę się odwróciła - świsnął kasę, a potem tłumaczył się, że zrobił to „nieświadomie”. Wynika z tego, że odruch brania pieniędzy miał zakorzeniony na poziomie najgłębszych instynktów. Druga rzecz – okazuje się, że presja ma sens, bo idę o zakład, że jeszcze niedawno cała sprawa zostałaby skrzętnie zamieciona pod dywan. No i po trzecie, teraz rozumiem wyrozumiałość sądów dla posłanki Sawickiej – dawali jej kasę, to wzięła, o co tyle krzyku?


*

Na marginesie szczytu Trójmorza i wizyty Trumpa odezwała się Ukraina z pretensjami, że nie zaproszono Poroszenki. Najwyraźniej Ukraina spodziewała się zaproszenia „pana czekoladki” w nadzwyczajnym trybie - tamtejsza prasa pisała wręcz o „teście przyjaźni”. I tak dobrze, że nie domagali się tzw. „dowodu miłości”, bo Waszczykowski jako człowiek już niemłody mógłby tych banderowskich amorów nie przetrzymać.


*

Lewackie mediodajnie skomentowały wizytę Trumpa w przewidywalnym stylu – że „nic nie powiedział”, miał niedopasowany garnitur i nie upomniał się o „praworządność”. Krótko mówiąc, miały pretensje do Trumpa, że nie jest Obamą. Z tego wszystkiego wyziera źle ukrywana zazdrość, bo teraz możemy im śmiało powiedzieć: nasz Donald jest fajniejszy niż wasz!


*

Od ponad dwóch tygodni polskojęzyczne przekaziory pomstują na polską ksenofobię, która kazała przedstawicielom tutejszego ciemnogrodu molestować szkolną wycieczkę młodych muzułmanów z Berlina. Co ciekawe, nie zachowały się żadne zdjęcia ani filmy, choć uczniowie mieli ze sobą smartfony i kamery. Swoją drogą, zawsze zastanawiało mnie jak filmowanie i robienie zdjęć ma się do koranicznego zakazu sporządzania wizerunków zwierząt i ludzi. Czyżby uznawano, że jeśli człowiek ograniczy się do wciśnięcia guziczka kamery, to reszta dzieje się już sama, z woli Allaha? „To Allah sprawia, że się nagrywa, nie ja” - no i najwyraźniej Allah postanowił, że akurat napastowanie biednych muzułmaniątek się nie nagra. Ot, kismet... A tak nawiasem, w kontekście ujawnionych właśnie krwiożerczych instynktów Polaków, zmuszanie „uchodźców” do relokowania ich nad Wisłę zakrawa na iście małpią złośliwość.


*

A tymczasem IBRIS opublikował przełomowy sondaż wg którego większość Polaków jest przeciw przyjmowaniu nachodźców – nawet gdyby wiązało się to z finansowymi sankcjami, a wręcz opuszczeniem UE. I to są nastroje, które należy „grzać” - bo niedługo Polexit stanie się palącą koniecznością i społeczne poparcie będzie nieodzowne do przeprowadzenia tej operacji. A tak poza tym – w takich chwilach jestem z rodaków zwyczajnie dumny, bo jednak brukselska mamona i wpajany kompleks niższości nie przesłoniły im najważniejszych priorytetów. Brawo my!



Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 28 (12-18.07.2017)

wtorek, 26 kwietnia 2016

Przesłanie do Belgów

Opłakiwanie zabitych w zamachach jest formą kulturowej opresji. CZEMU WIĘC PŁACZECIE, WY BIAŁE, BELGIJSKIE, RASISTOWSKIE ŚWINIE?

Jakież to przewidywalne. Do znudzenia i zbrzydzenia. Mamy akty krwawej agresji, czynione przez ludzi nawet nie ukrywających, że ich punktem docelowym jest zniszczenie nas, naszej cywilizacji i ustanowienie własnych porządków. Reakcja zaatakowanych zaś każdorazowo jest skrajnie nieadekwatna do tego, co ich spotkało. Paryżanie śpiewający „Imagine” Johna Lennona – nihilistyczny hymn podany w idealistycznym sosie. Belgowie wypisujący na chodnikach kredą pacyfistyczne slogany wzywające do pokoju i miłości. Groteskowe marsze przeciw przemocy - nigdy nie skonkretyzowanej, tak jakby owa przemoc nie miała jasno określonego oblicza. Zresztą, brukselski marsz odwołano ze strachu przed kolejnymi zamachami.

*

Cóż, ponieważ świat stanął na głowie, a ci biedni Belgowie najwyraźniej z tego wszystkiego oszaleli, bo ich postępowy pacyfizm został skonfrontowany z brutalną rzeczywistością i oni tej konfrontacji najzwyczajniej w świecie psychicznie nie wytrzymali, to pójdźmy dalej tropem owej wariackiej logiki. Pochylmy się nad tymi Elojami tracącymi rozum na widok Morloków i spytajmy ich łagodnie: czy wzywanie do miłości i pokoju nie trąci aby dyskryminacją? A jeśli islamiści chcą być nienawistni i morderczy? Czy macie prawo w tak impertynencki sposób ich pouczać? I to jeszcze kredą na ulicach i trotuarach? Przecież oni mogą to przeczytać! Pomyśleliście, jak się wtedy poczują? Oto odrzucony zostaje przez zadufane w sobie społeczeństwo ich kod kulturowy i tożsamość. Kto Wam pozwolił tak się wywyższać, sugerując, że Wasza miłość i pokój są czymś lepszym, niż ich nienawiść i wojna? To nie jest prawdziwa tolerancja, tylko rodzaj przewrotnej arogancji i rasistowskiej ksenofobii! A wszak ksenofobia to lęk przed obcym!

Nie wolno Wam się bać. Macie obowiązek ufać. Nawet jeśli islamiści od czasu do czasu trochę sobie pozabijają, to bądźmy szczerzy - cóż to niby takiego? Na świecie co i rusz ktoś kogoś zabija. Wzorem postawy konstruktywnej może być europosłanka Julia Pitera i jej słuszne słowa: „Nie wpadajmy w histerię, zamachy to nic nowego, zawsze się zdarzały”. I co, nie wstyd wam? A że gdzieś tam niekiedy wybuchnie jakaś bombka? Wielkie rzeczy. Sfrustrowani waszą nietolerancją imigranci mają pełne prawo, by jakoś rozładować swoje napięcie. Należy do tego zachować dystans, jak radziła euro-Pitera, a nie wypłakiwać się kredą na chodnikach. Drodzy Belgowie, weźmy takie pisane przez Was hasło: „Love is all you need” - przecież to protekcjonalizm! Na jakiej to zasadzie mówicie innym, że wszystkiego czego potrzebują jest miłość? A jeśli Wasi muzułmańscy koegzystenci uważają, że wręcz przeciwnie? Będziecie im narzucać własne zdanie, miast współżyć w multikulturowej, ubogacającej różnorodności? I cóż z tego, że owa różnorodność polega na tym, że Wy głosicie miłość, a tamci Was wyrzynają? Multikulturalizm jest wartością samą w sobie, niezależnie od aktualnej formy.

Dodatkowo niepokoją mnie głosy potępiające zamachy. Co to w ogóle ma znaczyć, że „potępiacie zamachy”? Jak tak można? Zamachowcy mają swoje racje i Wy tych racji nie macie prawa im odbierać. Tak jak żaden tolerancyjny Belg nie ma prawa odmówić pederaście udostępnienia swej sempiterny na ulicy, użyczenia pedofilowi swojego dziecka, a zoofilowi chomika. Martwią mnie również islamofobiczne łzy Federiki Mogherini. Ta faszystka bezczelnie płakała z żalu, miast ronić łzy szczęścia, radując się wspólnie z muzułmańskimi dziećmi w belgijskich szkołach (co tak wzruszająco opisał na Twitterze ich nauczyciel), a także z bojownikami Państwa Islamskiego rozdającymi na ulicach przechodniom cukierki. Oni też mają prawo do własnej wersji multikulturalizmu – my odpalamy fajerwerki, oni zaś detonują bomby, by pokrzyczeć potem wspólnie „Allahu Akbar”. Czy tak trudno to zrozumieć?

Toż dopiero co, 21 marca, obchodziliśmy Międzynarodowy Dzień Walki z Dyskryminacją Rasową, kiedy to polska postępowa młodzież demonstrowała pod transparentem „Jezus, Allah – dwa bratanki”. Jak wiadomo, Jezus oddał swe życie na krzyżu, Allah natomiast natchnął Mahometa do wojny z niewiernymi. Warto wyciągnąć z tego praktyczne wnioski, tak jak wyciągnęli je islamscy aktywiści. Wszak ci bohaterscy przybysze oddają życie wysadzając się w powietrze, by przekazać Wam swe posłannictwo. Ofiary są po obu stronach i nie ma co się małostkowo licytować na zwłoki, tudzież wywijać trumnami. W zasadzie, w ramach dobrej woli, powinniście raz na miesiąc sami wyznaczyć kilkoro spośród siebie, by synowie Proroka mogli do nich postrzelać. Przecież i tak u Was eutanazja jest legalna, zatem nie powinno być z tym problemu. Prawda?

Konkludując, opłakiwanie zabitych w zamachach jest formą kulturowej opresji. CZEMU WIĘC PŁACZECIE, WY BIAŁE, BELGIJSKIE, RASISTOWSKIE ŚWINIE?

*

A poza tym:

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3667-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 13 (01-07.04.2016)

czwartek, 26 listopada 2015

Zamach we Francji, czyli deja vu

Barbarzyńskie hordy chcą tego samego, co wszyscy najeźdźcy od tysiącleci – naszych majątków i naszych kobiet. I póki co - dostają jedno i drugie.

Gdy przychodzi mi komentować wydarzenia w rodzaju ostatnich zamachów we Francji, towarzyszy mi nieodparte uczucie deja vu – wszystko to już było. Banda muzułmańskich fanatyków urządza masakrę, służby wdrażają „intensywne działania”, wstrząśnięci ludzie gromadzą się paląc znicze i składając kwiaty, a media... media przystępują do ofensywy ideologicznej i robienia publice wody z mózgów, by przypadkiem nikt nie wyciągnął nieodpowiednich wniosków. I tak, po raz kolejny dowiadujemy się, że „przemoc” jest be i należy przeciw niej protestować – ale raczej tak „w ogólności”, że stosowną odpowiedzią powinno być „pogłębienie integracji” i wzmożenie wysiłków na rzecz „asymilowania” obcych kulturowo przybyszów, by nie czuli się „odrzuceni”, nade wszystko zaś – by nie wiązać zamachów z problemem imigrantów, bo to brudna woda na młyn nacjonalistycznej i ksenofobicznej prawicy. Przeczytałem nawet, że dżihadystom właśnie chodzi o to, by „skrajna prawica” doszła do głosu i „podzieliła Europę”.

Owszem, owa „skrajna prawica” jest zagrożeniem – ale dla lewackich durniów i zbrodniarzy, których obłędna polityka obłaskawiania demonów po raz kolejny doprowadziła do krwawej łaźni. Dla tych, którzy zaślepieni kulturową wojną z fundamentami łacińskiej cywilizacji widzą w napływie imigrantów szansę na rozsadzenie podstaw Europy, a w muzułmanach – taktycznych sojuszników w dziele inżynierii społecznej. Tymczasem, jak do tej pory najbardziej tragiczne w skutkach zamachy miały miejsce w kolebkach „multikulturalizmu” - liberalnym i otwartym na oścież Paryżu, nieco wcześniej zaś – Londynie. W miejscach, gdzie muzułmanów dopieszcza się na wszelkie możliwe sposoby, włącznie z rugowaniem chrześcijańskiej symboliki z przestrzeni publicznej, by nie urazić ich delikatnych uczuć. W miastach i krajach, w których zabrania się mówić o Bożym Narodzeniu, a pracownicy państwowych instytucji mają zakaz noszenia krzyżyków. No więc, skoro tak nas się boją – stwierdzili islamiści – to przykręćmy im jeszcze bardziej śrubę, aż do ostatecznego zwycięstwa Proroka.

Swoją drogą, przypomina mi to nieco sytuację w Polsce lat 90-tych, kiedy to różne gangi i mafie siały terror, a jedyną reakcją były groteskowe „marsze milczenia” na widok których rozbezczelniona bandyterka mogła tylko śmiać się w kułak w słusznym skądinąd przekonaniu, że taki wyraz skrajnej bezsilności oznacza de facto przyzwolenie na kolejne pobicia i zabójstwa. Na każdy głos, by zaprzestać cackania się z przestępcami tutejsze elity spod znaku michnikowszczyzny miały tylko do zaoferowania wrzask, że ciemny motłoch żąda „powrotu państwa policyjnego”, a w ogóle to „surowość kary nie odstrasza”. Trzeba było dopiero objęcia teki ministra sprawiedliwości przez Lecha Kaczyńskiego, by rozpocząć mozolne zmiany – a i wtedy mędrcy w rodzaju Krzysztofa Kozłowskiego straszyli, że na ulicach będą grasowały „szwadrony śmierci”. Podobne skojarzenie miałem na widok kretyńskiego marszu po zamachu na „Charlie Hebdo”. Pójdźmy razem z Hollandem i Merkel trzymając się za rączki, to islamiści się wzruszą i przestaną nas zabijać.

Cóż, na miejscu Francuzów podziękowałbym w odpowiednio dobitnych słowach ich byłemu prezydentowi Nicolasowi Sarkozy'emu za rozwalenie Afryki Północnej w pogoni za mocarstwowym mirażem „Unii Śródziemnomorskiej”, Amerykanom za destrukcję Bliskiego Wschodu, koniec końców zaś - „mutter Angeli” za rozgrodzenie Europy i wpuszczenie tutaj hord wypierdków Mahometa. Przybywają do Europy niczym na zielone pastwiska, gdzie będzie się ich karmić i poić – bo też oferowany im „socjal” jest w istocie współczesną formą haraczu, by łaskawie nie urządzali zamieszek, nie demolowali miast i nie palili samochodów. A rajskie hurysy wezmą sobie sami – już biorą, statystyki są nieubłagane – wraz z napływem imigrantów skokowo rośnie liczba gwałtów. Zresztą, przypuszczam, że wizja rozwiązłych Europejek (a z punktu widzenia islamu, wszystkie takie są) również jest jednym z motorów napędowych dla setek tysięcy przybywających tu młodych mężczyzn, którzy za naturalną rzecz przyjmują, że te wszystkie wyzywająco noszące się kobiety są od tego, by ich zaspokajać. Znamienne są tu narzekania jednego z tych przybyszów, że w ośrodku dla uchodźców nie może sobie ulżyć i przez to, cytuję, „bolą go jądra”. Krótko mówiąc, barbarzyńskie hordy chcą tego samego, co wszyscy najeźdźcy od tysiącleci – naszych majątków i naszych kobiet. I póki co - dostają jedno i drugie.

Nie bądźmy głupcami. Nie pozwólmy wplątać się w ten obłęd. Na cokolwiek zgodziła się Ewa Kopacz, należy wyrzucić to do kosza. Mamy sojuszników w Grupie Wyszehradzkiej. Stanowisko przytłaczającej większości Polaków jest jasne: ani jednego imigranta w naszym kraju!

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2834-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 47 (20-26.11.2015)

czwartek, 22 października 2015

Imigranci chędożą Europę

Męczeństwo z rąk muzułmańskich watah prędzej czy później spotkać może także różne frywolne „biskupki” i „pastorałki”.

„Panowie, kiełbasy w górę i golimy frajerów!” - ten cytat z klasyka polskiej myśli szkoleniowej, trenera Janusza Wójcika, mógłby śmiało stać się mottem zagnieżdżających się w Europie kolejnych hord imigrantów. Już nawet „Szechter Cajtung” w swych korespondencjach z Niemiec nie jest w stanie ukrywać lawinowo narastającego problemu, na który składają się totalne lekceważenie jakichkolwiek norm obowiązujących w europejskiej przestrzeni kulturowej, awantury w ośrodkach dla uchodźców, pobicia, zamieszki i coraz częstsze gwałty. Nie znaczy to oczywiście, że wspomniany „Cajtung” odblokował możliwość komentowania pod materiałami dotyczącymi przybyszów - co to, to nie - ale wraz z napływem doniesień zza naszej zachodniej granicy daje się zauważyć opadający nieco poziom propagandowego wzmożenia. Imigranci nie są już jednoznacznie przedstawiani jako dobrodziejstwo wzbogacające Europę, a postępowa agitacja stopniowo ustępuje pod naporem nieubłaganej rzeczywistości. Trudno zresztą, by było inaczej, skoro sami Niemcy przyznają, że zwyczajnie nie dają sobie rady. Najeźdźcy na każdym kroku okazują bezbrzeżną pogardę swym gospodarzom i regułom społecznego współżycia, za to coraz agresywniej domagają się tego, po co tu przyjechali – okupu, zwanego socjalem i to na odpowiednim do ich oczekiwań poziomie. W końcu nie po to zasiedlają tę ziemię na chwałę Allaha, by nic z tego nie mieć – choćby mieszkania w odpowiednim standardzie i lokalizacji, jedzenia pod nos oraz sutego zasiłku do rączki. A skoro rozlazłe, obezwładnione lewacką indoktrynacją europejskie cioty gotowe są nawet wykwaterowywać z komunalnych mieszkań własnych obywateli, by przychylić nieba synom Proroka, to wszak tylko głupi by nie skorzystał i nie domagał się wielkim głosem o więcej.

Czynniki oficjalne z rządem Angeli Merkel na czele próbują jeszcze robić dobrą minę do złej gry i jakoś pudrować coraz bardziej cuchnące (i to dosłownie) realia – np. wydając policji nieformalny zakaz informowania opinii publicznej o skali przestępczości związanej z imigrantami - jednak nie są w stanie zasłonić ludziom oczu, zatkać uszu i nosa. A ci widzą, że gdzie „uchodźcy”, tam błyskawicznie pojawia się brud i smród, bowiem przybysze przywykli do załatwiania potrzeb fizjologicznych gdzie bądź – choćby w parkowych zaroślach, czy na poboczach dróg – nie zwykli natomiast chociażby spuszczać po sobie wody w toalecie, nawet jeśli jakimś cudem z niej skorzystają. Dla schludnych i uporządkowanych Niemców jest to szok, tym bardziej, że podąża za tym bezpośrednie zagrożenie bezpieczeństwa. Póki co, władze stać jedynie na łzawe ulotki w których proszą grzecznie panów „uchodźców”, by raczyli nie defekować się w krzakach i nie napastować kobiet, bo nie jest u nas to przyjęte. Tymczasem, w ośrodkach i poza nimi lawinowo rośnie liczba gwałtów, których ofiarami padają również wolontariuszki, a przybysze domagają się zaspokojenia swych potrzeb seksualnych – jeśli nie po dobroci, to siłą. W efekcie, zwykli Niemcy zaczynają mieć po dziurki w nosie „mutter Angeli” i dają temu wyraz na ulicach, bądź atakując schroniska – od początku roku zanotowano 490 tego typu incydentów.

Niemniej, w Europie wciąż dominuje wpływowe lobby oczadziałych lewaków, usiłujących za wszelką cenę zakneblować negatywne doniesienia. Osoby skarżące się na traumatyczne przejścia z imigrantami są zastraszane i zmuszone do milczenia – jak wolontariuszka z włoskiego obozu w San Ludovico zgwałcona przez przybyszów z Afryki, której koledzy kazali siedzieć cicho, by „nie szkodziła sprawie”. I ta milczała przez miesiąc, nim wreszcie zgłosiła przestępstwo na policję. To jest ten sam rodzaj zacietrzewionego obłędu, który naszemu lewactwu kazał do końca kryć Simona Mola z premedytacją infekującego swe nieświadome partnerki wirusem HIV i wymuszającego na nich usługi seksualne oskarżeniami o „rasizm”.

Moim osobistym faworytem dzierżącym palmę pierwszeństwa w postępowym zidioceniu jest jednak luterańska „biskupka” Sztokholmu, zresztą czynna lesbijka żyjąca z inną „panią ksiądz”, która usunęła z podległych jej kościołów krzyże, zastępując je „drogowskazami do Mekki”. Na marginesie, mam tu dylemat na tle feministycznej lingwistyki – jaka jest poprawna politycznie forma żeńska od „ksiądz”? Księżniczka? A od pastora - „pastorałka”? Może wypowie się jakaś biegła siostrzyca od genderu? W każdym razie, owa „biskupka” wraz ze swą „pastorałką” zwyczajnie wyparły się Jezusa – a przecież kto się Mnie wyprze przed ludźmi, tego i Ja wyprę się przed Ojcem moim, który jest w niebie”. Wprawdzie uczynił tak również sam św. Piotr - późniejsza opoka na której zbudowano Kościół - lecz św. Piotr odkupił swe odstępstwo ofiarną posługą i męczeńską śmiercią. I coś mi się zdaje, że takie męczeństwo z rąk muzułmańskich watah prędzej czy później spotkać może także różne frywolne „biskupki” i „pastorałki” - nawet jeśli podkaszą sutanny i będą przed nim zwiewały w podskokach.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2635-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 42 (16-22.10.2015)

poniedziałek, 14 września 2015

Euro-kalifat

Jedyne o czym możemy i powinniśmy rozmawiać, to jak odeprzeć obecną inwazję, a nie o tym jak szeroko Europa ma rozłożyć kolana przed najeźdźcami.

I. Samobójstwo Europy

Wygląda na to, że mamy nieszczęście żyć w tzw. „ciekawych czasach”. Oto bowiem na naszych oczach dzieje się historia – inwazja muzułmanów zmienia bezpowrotnie oblicze Europy i wszystko zmierza prostą drogą do utworzenia kalifatu rozciągającego się na całej zachodniej części kontynentu. W ciągu pierwszego półrocza granice Unii Europejskiej przekroczyło ponad 400 tys. imigrantów, a szacuje się, że do końca roku będzie to milion. W samym lipcu zarejestrowano 107,5 tys. rzekomych „uchodźców” będących w istocie przybyszami czysto „socjalnymi”, zorientowanymi na żerowanie na systemie opieki społecznej najzamożniejszych krajów UE z Niemcami na czele. Pokazuje to dobitnie przykład węgierski, gdzie główną troską przybyłych tam muzułmanów było uniknięcie zarejestrowania, bo to odcięło by ich od bogatszego socjalu zachodniego. W związku z tym ŻĄDALI dostarczenia ich do Austrii i Niemiec, reagując agresją na wszelkie próby rozwiązania przez władze węgierskie w cywilizowany sposób narosłego kryzysu. Jeśli uświadomimy sobie, że np. taka Estonia liczy niewiele ponad 1 milion 300 tys. mieszkańców, to będziemy mieli skalę zjawiska – w ciągu roku przybywać będzie odpowiednik populacji mniejszych krajów Europy i nic nie wskazuje na to, by ów trend miał ulec zahamowaniu. Ilu spośród „azylantów” stanowią zakamuflowani terroryści Państwa Islamskiego, tylko jeden Bóg raczy wiedzieć.

Oczywiście, pod takim naporem musi się załamać nawet najbardziej zasobny system opieki – tym bardziej, jeśli weźmiemy pod uwagę operację „łączenia rodzin” i wysoką rozrodczość. Cóż, dżihadystyczni mułłowie nie od dziś głoszą ideę „podbicia Europy poprzez brzuchy naszych kobiet” - zanim jednak nas ostatecznie podbiją, wpierw doprowadzą Europę do bankructwa. Tymczasem, na horyzoncie nie widać żadnego Karola Młota, czy Jana III Sobieskiego – Wiktor Orban robi co może, jednak węgierski potencjał jest zbyt mały by powstrzymać zalew kontynentu. Węgrzy mogą co najwyżej próbować chronić samych siebie zabezpieczając granice i kierując tę ludzką rzekę gdzie indziej, za co zresztą są medialnie i politycznie sekowani przez różnych europejskich „Wielkich Braci”. Jakąś jaskółką jest niedawne stanowisko Grupy Wyszehradzkiej, lecz to wciąż zbyt mało, tym bardziej, że przywódcy zachodni, z kanclerz Merkel i prezydentem Hollande'm na czele robią wszystko, by powstało wrażenie, iż Europa postanowiła popełnić samobójstwo, otwierając wrota na oścież przed współczesnymi hordami nomadów.

Dla każdego przytomnego obserwatora oczywistym jest, że obecna polityka azylowa jest nieustającą zachętą dla kolejnych rzesz usiłujących się tu dostać. Zamiast wziąć przykład z Australii, która poradziła sobie z analogicznym problemem odsyłając niechcianych przybyszów z powrotem i – co istotne – niszcząc łodzie na których przypłynęli, uderzając tym samym po kieszeni przemytnicze mafie kontrolujące ten cały interes, Europa pogrąża się w sklerotycznej, pseudohumanitarnej retoryce. Dziesięciolecia lewackiej tresury zrobiły swoje, indoktrynacja ideologiczną utopią multikulturalizmu spowodowała mentalne rozbrojenie. Państwa europejskie, gdyby tylko chciały, były w stanie kontrolować basen Morza Śródziemnego i chronić swe wybrzeża, tak jak była w stanie to uczynić wspomniana Australia – do tego jednak trzeba minimum woli i odwagi, tej zaś brakuje. W efekcie mamy sytuację jak z Wellsa – europejscy Eloje biernie oczekują na pożarcie przez muzułmańskich Morloków.

II. Migracja spontaniczna, czy celowy plan?

Warto zadać tu pytanie, na ile obecna „wędrówka ludów” jest procesem spontanicznym, na ile zaś celowo indukowanym. Daleki jestem od wiary w jeden, wszechogarniający, światowy spisek – jestem za to jak najbardziej w stanie uwierzyć, iż świat jest konglomeratem najróżniejszych, mniejszych i większych knowań oraz spisków, to zaś czego jesteśmy świadkami jest ich wypadkową. Faktem jest, że wskutek ataku na Irak, następnie zaś wspomaganych bądź wręcz wywoływanych przez Zachód kolejnych rewolucji określanych zbiorczo mianem „arabskiej wiosny” jeden z newralgicznych regionów świata pogrążył się w krwawym chaosie. Czy intencją była jedynie chęć polityczno-ekonomicznej ekspansji a wydarzenia wymknęły się spod kontroli, czy też może przyświecał temu również jakiś szatański zamysł, by na skutek gwałtownego wzrostu zagrożenia terroryzmem styranizować społeczeństwa Zachodu, tak by sparaliżowane strachem zgodziły się na wzmożoną inwigilację i kontrolę? Zapewne nie rozstrzygniemy tego, niemniej oczywistym jest, iż „orwellizacja” sfery publicznej poszerzyła się skokowo, na niespotykaną wcześniej skalę właśnie po owych próbach „demokratyzacji” Bliskiego Wschodu i północnej Afryki. Innymi słowy, „arabska wiosna” skutkuje tym, że społeczeństwom Europy i Stanów Zjednoczonych systematycznie i na szereg sposobów, mówiąc filmowych cytatem, „robi się z d..y jesień średniowiecza”.

Wątpliwości wzbudza również postawa krajów arabskich. Obozy dla uchodźców funkcjonują w Libanie, a nawet w upadłym Iraku, natomiast najbogatsze kraje regionu skrzętnie pilnują swych granic. Na ile jest to ochrona własnego dobrobytu i stabilizacji przed zalewem nieobliczalnej, islamskiej biedoty, a na ile w pełni świadome kierowanie ludzkiego strumienia na Europę? Nawiasem mówiąc, wyjątkowo cynicznie zagrały tu USA, które przyjęły 1000 (słownie – tysiąc) uchodźców z Syrii, następnie zaś w specjalnym oświadczeniu życzyły Europie powodzenia w jej zmaganiach z muzułmańskim przypływem, deklarując jedynie jakieś finansowe wsparcie w utrzymaniu przybyszów.

Tymczasem Europa zachowuje się jak w malignie, bredząc o „kwotach” imigrantów i generalnie – o tym, jak by przychylić im nieba. Szczytem obłędu były sceny z wiedeńskiego dworca na którym witano pociąg z muzułmanami przybyłymi z Węgier gromkimi brawami. Na miejscu przybyszów pomyślałbym sobie na ten widok jedno: miejscowi się nas boją, te oklaski to wyraz słabości, prośba, byśmy ich nie zabijali – a więc dobra nasza, jeszcze trochę i zaprowadzimy tu własne porządki. Do tego dochodzi nieznośna proimigracyjna propaganda, której jednym z bardziej spektakularnych przejawów było słynne zdjęcie utopionego chłopca, przy skrzętnym przemilczeniu, że jego ojciec chciał dostać się do Niemiec, by wstawić sobie na koszt państwa nowe zęby. Nie ma to, jak pobudzić emocje metodą „na martwe dziecko”. Ten szantaż emocjonalny, prymitywny, acz skuteczny w swej prostocie powoduje, iż potem ogłupiali ludzie wrzeszczą do kamer by w try miga przyjmować uchodźców w liczbie dowolnej - kto da więcej! U nas z kolei, portal „Wyborczej” zablokował możliwość komentowania pod materiałami dotyczącymi imigrantów, bo najwyraźniej reakcje ludzi, mówiąc oględnie, dalekie były od tego, czego oczekiwali inżynierowie dusz z Czerskiej. Brawo, niech żyje polska, zdrowa ksenofobia, świadczy ona bowiem, że nie wyzbyliśmy się jeszcze ze szczętem instynktu samozachowawczego i nie pozwoliliśmy się do reszty otumanić.

III. Szantaż euro-solidarności

Nie możemy pozwolić się sterroryzować. Jeżeli ulegniemy szantażowi i damy się zastraszyć pohukiwaniom Niemiec, Austrii czy Francji, to na dobrą sprawę już dziś będziemy mogli rozpocząć staranną lekturę Koranu, oraz orientować się w położeniu Mekki, by przygotować się na nadejście nowych władców. Jedyne o czym możemy i powinniśmy rozmawiać, to jak odeprzeć obecną inwazję, a nie o tym jak szeroko Europa ma rozłożyć kolana przed najeźdźcami. Taka Austria śmie nas pouczać na okoliczność europejskiej solidarności i grozi odcięciem eurofunduszy w razie odmowy przyjęcia „kwot” imigrantów. By tak stawiać sprawę, trzeba doprawdy nielichego tupetu. Jeśli ktoś chce teraz nam udzielać lekcji solidarności, to odpowiem tak - my, tutaj w Polsce mamy wielosetletnie doświadczenie w powstrzymywaniu agresywnego islamu. Wojowaliśmy Turcją i Tatarami, przez stulecia byliśmy pancerzem chroniącym chrześcijańską Europę przed zalewem muzułmańskiej barbarii. Gdybyśmy nie uratowali wam tyłków pod Wiedniem, to dziś zamiast Lufthanzą latalibyście cholernymi dywanami składać hołdy sułtanowi w Stambule. Tłuklibyście czołami przed Wysoką Portą niepewni dnia ani godziny, chodzilibyście w fezach, turbanach i szlafrokach, bijąc „Allahy” przy akompaniamencie wycia muezzina, a wasze kobiety wyglądałyby tak, jak te nieszczęsne istoty z talibańskiego Afganistanu. Turcy wsiadaliby po waszych karkach na konie, a wy cieszylibyście się, że darowali was zdrowiem.

Gdy was przycisnęło, leżeliście plackiem, wy nabzdyczeni wurstożercy, przed naszym królem Janem III i błagaliście o odsiecz. Zatem nie mówcie nam teraz nic o europejskiej solidarności, bo nie jesteście w stanie do końca świata wypłacić się za okazaną wam wówczas łaskę - choć jako żywo nie musieliśmy tego robić i mogliśmy wypiąć się na was jak król Francji i jego banda fircykowatych żabojadów, która, nawiasem mówiąc, również dziś nas śmie pouczać. Zejdźcie nam z oczu ze swoimi aroganckimi mordami. Precz.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2415-pod-grzybki-20

Ilustracja: http://ndie.pl

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 35 (09-15.09.2015)

wtorek, 26 lipca 2011

Rzeź w cieplarni


„Najmocniejszym powodem, by utrzymać prawo do posiadania i noszenia broni przez ludzi jest to, że stanowi ono dla nich ostateczny środek do obrony przed tyranią rządu" (Thomas Jefferson).



I. Głupi jak Belg...


Przyznam się, ze nieco zmroziły mnie podnoszące się po norweskiej rzezi głosy, by jeszcze bardziej ograniczyć dostęp do broni obywatelom krajów Europy. Z pomysłem, który mógł się wykluć jedynie w mózgownicy skończonego poprawniaka wyskoczył minister spraw zagranicznych Belgii Steven Vanackere wzywając do ujednolicenia i zaostrzenia przepisów regulujących dostęp do broni w Europie. Jak mniemam, przez „Europę”, pan Vanackere rozumie Unię Europejską do której wprawdzie Norwegia nie należy, ale może wiedza o tym nie jest niezbędna by zostać belgijskim ministrem spraw zagranicznych.


No tak. Można się było tego spodziewać – każdy pretekst jest dobry, by wziąć euro-ludków jeszcze bardziej za twarz, ubezwłasnowolnić, poddać bardziej wnikliwemu nadzorowi... Nie wątpię, że pomysł pana Belga spotka się z życzliwym przyjęciem wśród euro-czynowników, którzy zapewne już teraz doznają intelektualnych spazmów rozkoszy na myśl o kolejnej dyrektywie ujednolicającej, unifikującej, standaryzującej... i oczywiście uszami duszy słyszą już błogi szelest strumyka euro-rubelków, które popłyną, by ową dyrektywę wdrożyć i nadzorować jej realizację – a do tego potrzeba wszak urzędniczych stanowisk, stanowisk i jeszcze raz stanowisk – we wszystkich krajach zjednoczonej Europy.


Jest to oczywiście kolejny przykład postępackiej euro-sklerozy, która na wszelkie problemy ma tylko jedno rozwiązanie: jeszcze więcej tego samego! Więcej kontroli (wszak już Stalin mawiał, że „kontrola jest najwyższą formą zaufania”), więcej regulacji, więcej urzędniczej opieki nad społeczeństwem, niczym nad bezrozumnym bydełkiem, które bez troskliwej kurateli niewątpliwie zrobi sobie krzywdę. Wszystko rzecz jasna w duchu pacyfistycznego Postępu.


II. Posiadanie broni w Norwegii.


A mnie poraża uporczywe niedostrzeganie jednej, podstawowej rzeczy: otóż społeczeństwa europejskie są już i tak spacyfikowane do stopnia, który czyni je kompletnie bezbronnymi wobec byle nawiedzonego fanatyka, któremu strzeli do łba wywijać gnatem, by w ten sposób spopularyzować 1500 stron swoich złotych myśli.


Tak się bowiem składa, że do masakry na norweskiej wyspie doszło w nieco ponad rok po wejściu w tym kraju przepisów wypisz wymaluj w duchu propozycji pana Vanackere: otóż od 01 lipca 2010 roku Norwegowie zostali zobowiązani do przetrzymywania wszystkich sztuk broni palnej w zamkniętych skrytkach ze specjalnym atestem. W tym niespełna pięciomilionowym kraju (4,8 mln) zarejestrowanych jest 1,5 miliona sztuk broni należącej do prawie 500 tysięcy ludzi. Czyli, statystycznie, co dziesiąty obywatel – od niemowlęcia do starca jest posiadaczem 3 sztuk broni palnej. Jeśli zawęzić statystykę do osób w wieku produkcyjnym (25% - 1.200 tys.) i emerytów (13% - 624 tys.) - a więc pełnoletnich, wychodzi 1,2 sztuk broni na każdego dorosłego. Ale ponieważ, jak wspomniałem, broń (legalna) jest w posiadaniu ok. pół miliona osób, to wychodzi, że co trzeci - czwarty dorosły Norweg ma w domu trzy „klamki”.


I temu, całkiem nieźle uzbrojonemu społeczeństwu kazano tę broń pochować do atestowanych skrytek, czyniąc ją w praktyce bezużyteczną w przypadku nagłego zagrożenia życia i mienia.


III. W kotle z Breivikiem.


Efekty tego zbrodniczego obostrzenia (z którego belgijski pan minister Vanackere byłby zapewne dumny) mogliśmy zaobserwować podczas masakry na wyspie Utoya. Jak na ironię, jej ofiarami padli członkowie młodzieżówki lewicowej Partii Pracy, która te – powtórzę - zbrodnicze przepisy wprowadziła.


Owszem, mam świadomość, że nie każdy paraduje z pistoletem za pazuchą, a wśród postępowej Partii Pracy taki odsetek ze względu na mentalny terror politycznej poprawności byłby pewnie szczególnie niski. Wystarczy jednak, by na wyspie znalazło się kilka osób z bronią, by położyć napastnika trupem i znacząco zmniejszyć liczbę ofiar. Nie paradowałby w poczuciu nietykalności wśród leżących ciał, dobijając rannych.


Czy przed wprowadzeniem „skrytek” dochodziło w Norwegii do zamachów, drastycznej liczby wypadków z bronią, czy przestępstw z użyciem zarejestrowanej, legalnej broni palnej? Wątpię. Partia Pracy ze swym przewodniczącym, premierem Jensem Stoltenbergiem w postępowej obsesji „troski o bezpieczeństwo” (bo wszak „urzędnik wie lepiej”) rozbroiła obywateli, wydając ich na pastwę przestępców lub maniaków pokroju Andersa Behringa Breivika, którzy nie przejmują się „atestowanymi skrytkami”, a przy odrobinie determinacji broń też sobie załatwią.


Mam nadzieję, że premier Stoltenberg, nie wyjrzy z piekła do końca świata, gotując się we wspólnym kotle z Breivikiem, któremu wystawił na strzał bezbronną młodzież na Utoyi. Będą mieli wiele czasu, na długie dysputy o skomplikowanych kwestiach publicznego bezpieczeństwa.


IV. Bomba pod cieplarnią.


Na zakończenie jeszcze kilka danych dotyczących populacji Norwegii. Otóż, wedle ostatniego spisu z 2008 roku, imigranci oraz ich potomstwo stanowią 9,7 procenta obywateli, zaś ich liczba (na 4,8 mln) wynosi 460,000 osób pochodzących z ponad 200 krajów. To bardzo dużo, zważywszy że znaczną część tych imigrantów stanowią kompletnie obcy kulturowo i nie integrujący się przybysze z krajów muzułmańskich z typową dla siebie wysoką dzietnością. W stolicy Norwegii – Oslo, imigranci stanowią już ¼ ogólnej liczby mieszkańców.


Tak wysoki odsetek „obcych” jest naturalnym zarzewiem społecznych napięć i konfliktów, których nie da się rozbroić polit-poprawną tresurą w duchu multi-kulti, serwowaną w skandynawskich „państwach cieplarnianych” już od przedszkola. Nie da się na dłuższą metę odwracać głowy od problemów, cenzurując publiczna debatę czy np. zabraniając ujmowania w policyjnych statystykach odsetka przestępstw dokonywanych przez ludność napływową. Mentalny terror postępackiej społecznej inżynierii wprawdzie dość skutecznie knebluje większość, ale jednocześnie powoduje wzrost tłumionej frustracji i poczucia zagrożenia ze strony przybyszów, mających w pogardzie postępowo-liberalne psudowartości. A stąd już tylko krok, by co bardziej zdeterminowane, bądź zaburzone jednostki pokroju Breivika sięgnęły po broń lub bomby.


Prawdziwa bomba jednak tyka gdzie indziej. Jest nią przymuszanie społeczeństw do akceptacji obłędnej ideologii tolerancjonizmu, mającej na celu wyhodowanie (który to już raz) Nowego Człowieka, przykrojonego do potrzeb ideologów Antycywilizacji Postępu. Ten obecny w całej zachodniej Europie przymus z jednej strony rozzuchwalający imigracyjną mniejszość, z drugiej strony zaś zmuszający większość do znoszenia obcych kulturowo porządków wdzierających się do społecznej tkanki, powoduje dysonans będący naturalną pożywką dla ekstremizmów. Tak, tak – Breivik, to wasze dziecko, panie i panowie architekci Nowego Wspaniałego Świata.


Gadający Grzyb