Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ukraina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ukraina. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 lutego 2020

Putinowi puszczają nerwy

Cały tradycyjny obszar surowcowych wpływów Rosji w naszym regionie wymyka jej się z rąk – a że dla Kremla surowce to nie tylko źródło zysków, lecz również narzędzie polityczne służące umacnianiu hegemonii względem „bliskiej zagranicy”, to nic dziwnego, że musi narastać tam frustracja.

Władimir Putin nie ma ostatnio dobrej passy. Przede wszystkim, zadziałały amerykańskie sankcje wymierzone w budowę gazociągu Nord Stream 2, co jest skutkiem przyjętej 20 grudnia 2019 r. amerykańskiej ustawy o budżecie obronnym do której wpisane zostały restrykcje wobec firm biorących udział w rosyjsko-niemieckim projekcie. Obejmują one m.in. zablokowanie możliwości robienia interesów z USA, zamrożenie amerykańskich aktywów firm oraz cofnięcie wiz dla ich przedstawicieli. W efekcie, wizja rosyjskich gazowych kleszczy zaczyna się kruszyć. Na ostatniej prostej z budowy Nord Stream wycofała się kładąca rurociąg szwajcarska firma Allseas i nie widać chętnych do przejęcia jej kontraktu – a zostało raptem 160 kilometrów. Już teraz wiadomo, że opóźni to realizację inwestycji co najmniej o rok i wydatnie zwiększy koszta - a prawdopodobne jest, że zwłoka potrwa nawet dłużej. W obecnej sytuacji bowiem Rosja będzie musiała dokończyć budowę samodzielnie – i tutaj ma dwa wyjścia: albo zaprojektuje i wybuduje własny statek, co wiąże się z minimum sześcioletnim opóźnieniem (jak twierdzą specjaliści, w przypadku takiej jednostki potrzeba 4 lat na zaprojektowanie i 2 lat na budowę), albo użyje należącego do Gazpromu statku „Akademik Czerkieskij”. Problem w tym, że obecnie przebywa on na drugim końcu Rosji – w okolicach Władywostoku, a poza tym nigdy nie był wykorzystywany do takich celów i nie wiadomo czy się sprawdzi.

Niepewny los Nord Stream 2 pociągnął za sobą konieczność pójścia na ustępstwa wobec Ukrainy – 30 grudnia podpisano pięcioletni kontrakt gazowy zobowiązujący Gazprom do przesyłania przez Ukrainę 65 mld. m3 gazu przez pierwszy rok i 40 mld. m3 w kolejnych latach – i to w formule „ship or pay”, wg której Gazprom ma uiszczać na rzecz Naftohazu opłatę tranzytową za pełen kontraktowy wolumen dostaw, niezależnie od tego, ile rzeczywiście dostarczy surowca. Oznacza to wprawdzie, że przez Ukrainę popłynie o połowę mniej gazu niż dotychczas, ale z drugiej strony Ukraina przynajmniej przez najbliższych kilka lat utrzyma status istotnego państwa tranzytowego wraz z towarzyszącymi temu zyskami, czego Rosja za wszelką cenę chciała uniknąć, licząc na możliwość energetycznego szantażu wobec Kijowa.

Jakby tego było mało, wraz z początkiem 2020 r. Łotwa, Estonia i Finlandia powołały do życia jednolity transgraniczny rynek gazu, ujednolicający zasady przesyłu i dający wzajemny dostęp do infrastruktury, co ma ułatwić dywersyfikację i bezpieczeństwo dostaw. Kluczowym elementem jest tu gazociąg Balticconnector wraz z 77 kilometrowym podmorskim odcinkiem łączącym Estonię z Finlandią. Inicjatywa ta jest częścią szerszego projektu bałtyckiego rynku gazu oraz integracji z rynkiem Unii Europejskiej – w kolejce czeka jeszcze Litwa i przewidziany na 2021 r. interkonektor łączący państwa bałtyckie z Polską.

No i wreszcie, sprawa Białorusi. Grudniowy szczyt Putin - Łukaszenka w Soczi zakończył się fiskiem. Putin nalegał na dalszą polityczno-instytucjonalną integrację obu państw (w tym ujednolicenie systemów podatkowych oraz wprowadzenie wspólnej waluty) i budowę państwa związkowego, co w praktyce oznaczałoby aneksję Białorusi przez Rosję. Dla Łukaszenki z oczywistych względów było to nie do przyjęcia, naciskał natomiast na obniżenie cen rosyjskich surowców – ropy i gazu – do poziomu jaki obowiązuje dla sąsiadującego z Białorusią obwodu smoleńskiego, co z kolei Putin uzależniał od powołania odpowiednich organów międzypaństwowych. Opisane korowody spełzły się na niczym, a ponieważ z końcem grudnia 2019 wygasła umowa o dostawach ropy na Białoruś, 1 stycznia Rosja wstrzymała przesył. Łukaszenka jednak się nie ugiął i odpowiedział groźbą importowania ropy z Litwy i Łotwy - zarówno drogą kolejową, jak i poprzez „przerewersowanie” w tym celu rurociągu „Przyjaźń”, co zagroziłoby eksportowi rosyjskiej ropy na Zachód. Wskutek tych manewrów Rosja zgrzytając zębami po kilku dniach przywróciła dostawy.

Słowem, cały tradycyjny obszar surowcowych wpływów Rosji w naszym regionie wymyka jej się z rąk – a że dla Kremla surowce to nie tylko źródło zysków, lecz również narzędzie polityczne służące umacnianiu hegemonii względem „bliskiej zagranicy”, to nic dziwnego, że musi narastać tam frustracja. Tylko tak można zinterpretować kompletnie nieprzytomny, antypolski wybuch Putina – co ciekawe, podczas szczytu państw WNP. Komuś tu puszczają nerwy... Nawet jeśli był to „wybuch kontrolowany” i obliczony na jakiś dyplomatyczny efekt (np. w relacjach z Izraelem, pomyślany jako akces do polakożerczej polityki historycznej), to nie ulega wątpliwości, że stoją za nim autentyczne emocje, podsycone dodatkowo stacjonowaniem amerykańskich wojsk w naszym kraju. Moskwa za swe regionalne niepowodzenia tradycyjnie zwykła obwiniać polskie knowania (chciałoby się, byśmy byli aż tak wpływowi), a że Putin nie mógł otwartym tekstem przyznać o co mu chodzi, więc jako temat zastępczy wybrał pole historyczne, by nieco odreagować – i tyle jego...


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 02 (10-16.01.2020)

niedziela, 22 lipca 2018

Polska – kraj migracyjny

Zagraniczni inwestorzy skuszeni pomocą publiczną pootwierają tutaj nowe fabryki, centra logistyczne i montownie... w których będą zatrudniani Ukraińcy, Hindusi i Bengalczycy.

I. Śladami „starej Europy”

Sądzę, że można już ogłosić to oficjalnie – Polska stała się krajem migracyjnym. Jeszcze brakuje nam co nieco do Francji czy Niemiec, ale znajdujemy się na tej samej ścieżce, którą przebyły z wiadomym skutkiem państwa „starej Europy”. Dzieje się tak dzięki masowemu napływowi pracowników z zagranicy - głównie z Ukrainy, ale nie tylko. Wg danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w samym tylko 2017 r. wydano łącznie 235 626 zezwoleń na pracę dla obcokrajowców, z czego zdecydowana większość (192 547) dotyczyła obywateli Ukrainy. Ale to nie wszystko, obowiązuje bowiem także równoległa procedura uproszczona, zwana również procedurą oświadczeniową. Oznacza ona, że pracodawca deklaruje poprzez specjalny dokument złożony w Urzędzie Pracy chęć zatrudnienia wskazanego obcokrajowca, co stanowi podstawę do sprowadzenia takiego pracownika do Polski. Takich oświadczeń złożono w zeszłym roku 1,8 miliona. Nie oznacza to, że w każdym przypadku doszło do faktycznego zatrudnienia – lecz daje to ogólne pojęcie na temat skali udziału cudzoziemców w polskim rynku pracy. Ponadto, gdyby dodać „ciemną liczbę”, tzn. pracowników zagranicznych zatrudnianych nielegalnie, przypuszczam, że w sumie otrzymalibyśmy zbliżoną wartość. Zwróćmy uwagę, że już teraz wspomniane dane niemal pokrywają się z szacunkami dotyczącymi upustu krwi, jaki przeżyła Polska od momentu otwarcia się zachodnich rynków pracy. W minionych latach wypchnięto bowiem na emigrację ekonomiczną ponad 2 mln. Polaków – głównie młodych, przedsiębiorczych, w najlepszym wieku produkcyjnym. W większości osiedlili się oni za granicą na stałe, ściągnęli lub założyli tam rodziny, zapuścili korzenie – i bez radykalnej zmiany warunków życia w Polsce są w większości nie do odzyskania. Obecna fala migracji zarobkowej do Polski jest rozpaczliwą próbą załatania tych ubytków.

Zresztą, wystarczy przejść się ulicami większych miast, albo zawitać chociażby na Dworzec Zachodni w Warszawie – przytłaczająca większość podróżnych to przybysze ze wschodu, zewsząd słychać rosyjski i ukraiński, wzrok przykuwają też dwujęzyczne szyldy barów i sklepików. Słowem, można poczuć się jak w Kijowie. W centrum stolicy z kolei normą są grupki przechadzających się śniadych przybyszów – i bynajmniej nie sprawiają oni wrażenia egzotycznych turystów, albo zagranicznych studentów. Jak to wygląda procentowo? Przyjmijmy, że liczba 1,8 mln. oświadczeń o chęci zatrudnienia obcokrajowców oddaje w przybliżeniu stan rzeczywisty. Oznacza to, że mamy w Polsce de facto 4,7 proc. mniejszości etnicznych – oczywiście, z silnym wskazaniem na Ukraińców. Podobnie rzecz się ma ze studentami – w roku akademickim 2016/2017 studiowało w Polsce 65 793 zagranicznych studentów (w tym 35 584 Ukraińców i 5119 Białorusinów), co przekłada się na „współczynnik umiędzynarodowienia” w wysokości 4,8 proc. Uczelnie we współpracy z lokalnymi władzami, szczególnie w mniejszych ośrodkach i na tzw. ścianie wschodniej, prześcigają się wręcz w oferowaniu cudzoziemcom rozmaitych udogodnień (często niedostępnych dla studentów polskich), widząc w nich ratunek dla własnej egzystencji. Należy dodać przy tym, że studenci ci również często wiążą swoje przyszłe plany życiowe z Polską. Jak zatem widać, na odcinku wieloetniczności w szybkim tempie nadganiamy kraje Zachodu.


II. Lobbying biznesu

Za coraz szerszym otwieraniem granic dla obcokrajowców nieustannie lobbują największe organizacje biznesowe – i są chętnie wysłuchiwane przez rządzących. Powody są te same od kilku lat: niekorzystny trend demograficzny, niskie bezrobocie i związany z tym brak rąk do pracy oraz potrzeba zachowania konkurencyjności polskiej gospodarki. Szczególnie to ostatnie bije rekordy hipokryzji – mówiąc normalnym językiem, biznesowi zależy po prostu na utrzymaniu w ryzach wzrostu płac, mamy bowiem rzekomo w Polsce „rynek pracownika”. Temu obiegowemu poglądowi przeczą jednak dane GUS – dajmy sobie spokój ze „średnią krajową”, bo tej przytłaczająca większość Polaków nie ogląda na oczy. Miarodajnym wyznacznikiem jest tu dominanta, czyli najczęściej wypłacane wynagrodzenie – wynosi ono 2073,03 zł brutto, co daje 1511 zł „na rękę”. Istne kokosy. Stosunkowo wysoka średnia krajowa (4346,76 zł brutto) nie jest zatem wyznacznikiem ogólnej zamożności Polaków, lecz krzyczącym aktem oskarżenia – oznacza ona bowiem, że mamy ogromne rozwarstwienie dochodów, co jest cechą typową dla różnych bantustanów. Potwierdzają to dane KE mówiące, że udział płac w PKB jest u nas na poziomie 48 proc. (unijna średnia to 55,4 proc.), co plasuje nas w UE na piątym miejscu od końca. Krótko mówiąc, nacisk na masowe sprowadzanie pracowników ma m.in. zamrozić wzrost wynagrodzeń. Odwrotnie postępują np. Czesi, ściśle reglamentując dostęp do swojego rynku pracy, czego efektem jest najniższe w Unii bezrobocie i konsekwentnie rosnące płace – i jakoś nie słychać, żeby czeska gospodarka miała się od tego zwijać.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że nie tak miało być. Polska miała odchodzić od modelu gospodarczego opartego na taniej sile roboczej i przestawiać się na konkurowanie jakością. Emigranci ekonomiczni mieli wracać do kraju, mówiło się też o ściąganiu Polaków rozproszonych po świecie – w tym również potomków rodaków wywiezionych w głąb ZSRR. W praktyce jednak rządzący postawili na gastarbeiterów – za kierunkiem wschodnim optuje m.in. Cezary Kaźmierczak ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, domagając się sprowadzenia w najbliższych latach łącznie 5 mln. pracowników. Do osiągnięcia takiej liczby Ukraina i Białoruś nie wystarczą, toteż już teraz trafiają do nas Hindusi, Nepalczycy czy mieszkańcy Bangladeszu. Zauważmy tu, że Bangladesz jest krajem muzułmańskim i liczy sobie ponad 166 mln. klepiących biedę obywateli – istny mokry sen pracodawcy marzącego o półdarmowych niewolnikach. Jeszcze dalej idzie Marek Goliszewski, prezes Business Centre Club, postulujący uchwalenie specjalnej ustawy migracyjnej, która „otworzyłaby drzwi” nie tylko przed Ukraińcami, lecz również przybyszami z krajów arabskich – i generalnie, globalnego Południa.


III. Multi-kulti u bram

Co na to rząd? Rząd jest za. W niedawnym wywiadzie dla internetowej „Kultury Liberalnej” Paweł Chorąży, podsekretarz stanu w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju, otwartym tekstem zapowiedział intensyfikację proimigranckiej polityki – i to z naciskiem nie na pracowników sezonowych, lecz z intencją osiedlenia przybyszów w Polsce na stałe. Tym samym powtarzamy historię Niemiec i Francji. Przypomnę, że Niemcy sprowadzając sobie gastarbeiterów z Turcji również zakładali, że ci trochę popracują i wrócą do siebie, zaś jakiś odsetek, który zostanie w Niemczech wraz z upływem czasu samoistnie się zintegruje. Jak wiemy, nic podobnego nie nastąpiło, zaś migranci oraz ich potomkowie stali się źródłem rozlicznych społecznych napięć na tle kulturowym. Jeżeli zatem dzisiaj rządzący usiłują nam wmówić, że jakoś nad procesami migracyjnymi zapanują, to zwyczajnie robią nam wodę z mózgów. Oni tu w większości zostaną, tak jak zostali w krajach zachodu. W innym wywiadzie dla wspomnianej „KL” Paweł Kaczmarczyk (dyrektor Ośrodka Badań na Migracjami UW) mówi, iż już teraz „Polska stała się największym importerem cudzoziemskiej siły roboczej na świecie” - większym niż USA (dane OECD). Mamy zatem swoisty paradoks – z jednej strony rząd na forum UE twardo broni się przed próbami narzucenia nam nachodźców, z drugiej zaś otwiera granice na ekonomiczną migrację, tyle że z nieco innych regionów świata. Wkrótce otrzymamy zatem następującą sytuację: zagraniczni inwestorzy skuszeni pomocą publiczną pootwierają tutaj nowe fabryki, centra logistyczne i montownie... w których będą zatrudniani Ukraińcy, Hindusi i Bengalczycy. A rząd będzie się chwalił tysiącami nowych miejsc pracy, zapominając dodać, że owe dotowane przez polskie państwo stanowiska zostaną obsadzone przez cudzoziemców. Witamy w krainie multi-kulti.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 28 (13-19.07.2018)

niedziela, 11 marca 2018

Koniec złudzeń

Nie ma „strategicznych sojuszy” dla słabych i tchórzliwych. Tak więc – koniec złudzeń, panowie. Ocknijcie się, póki jeszcze czas.

Z awantury wokół nowelizacji ustawy o IPN wynikło przynajmniej tyle dobrego, że ostatecznie została obnażona fasadowość naszej dotychczasowej polityki zagranicznej – i to nie tylko ekipy „dobrej zmiany”, lecz generalnie wszystkich rządów III RP. Tyczy się to zarówno kierunku wschodniego (ze szczególnym uwzględnieniem Ukrainy), jak i „atlantyckiego”, no i ma się rozumieć – bliskowschodnio-izraelskiego. Powyższe ma ten pozytyw, że rodzi nadzieję na przetrzeźwienie, wybudzenie z ogłupiającego letargu i wyciągnięcie wniosków. Pytanie, czy nasi rządzący zechcą z tej okazji skorzystać, czy też kurczowo będą się trzymali dogmatu o „bezalternatywności” swoich wyborów strategicznych. Zresztą, spójrzmy.


I. Ukraina

Wydawało się, że spór o pamięć nt. ludobójstwa na Kresach i nieprzejednane stanowisko Ukrainy, domagającej się od nas w najlepszym razie uznania fałszywej symetrii win, a często wręcz negującej historię, spowodowało pewną rewizję stanowiska polskiego rządu odnośnie „strategicznego sojuszu”. Coraz rzadsze były głosy o tym, że skrajny nacjonalizm ogranicza się do kilku nieistotnych acz hałaśliwych ugrupowań, bo gołym okiem widać, że neobanderyzm jest oficjalnie promowany przez władze jako nowy mit założycielski. Przycichli nieco najbardziej hałaśliwi post-giedroyciowcy, ba – tu i ówdzie w prawicowym mainstreamie dała się zauważyć krytyka pod adresem Kijowa – rzecz jeszcze nie tak dawno nie do pomyślenia. Padły słowa, że z Banderą Ukraina nie wejdzie do Europy, pozwoliliśmy sobie na minimum asertywności w kwestiach symbolicznych, jak oficjalne uznanie przez Sejm zbrodni kresowej za ludobójstwo – lecz na tym z grubsza koniec. Zapis o penalizacji „negacjonizmu wołyńskiego” został przepchnięty kolanem przez posłów Kukiz'15 i wywołał na Ukrainie wściekły jazgot, którego ostatnim przejawem była antypolska manifestacja we Lwowie Korpusu Narodowego (politycznej przybudówki pułku „Azow”) i Swobody w rocznicę śmierci Romana Szuchewycza – zbrodniarza unurzanego po szyję we krwi – a pod jego pomnikiem złożyli kwiaty najwyżsi przedstawiciele władz obwodowych.

Tymczasem my, jak gdyby nigdy nic, postanowiliśmy wspomóc Ukrainę „za bezdurno” 60 mln m3 gazu ziemnego, po tym jak swoje dostawy wstrzymał Gazprom. Zresztą, od 2016 r. wysłaliśmy na Ukrainę łącznie 1 mld. m3 surowca. Nie poczekaliśmy, aż zmarzną im tyłki i nabiorą nieco poczucia rzeczywistości, co moglibyśmy wykorzystać do postawienia swoich warunków – po prostu powiedzieliśmy „chcecie gazu? nie ma sprawy!”. Jest to czyste frajerstwo z naszej strony – abstrahując już od tego, czy bankrut będzie nam w stanie zapłacić, popisaliśmy się po raz kolejny tyleż bezinteresownym, co bezsensownym gestem. Co więcej, zrobiliśmy to w momencie, gdy byliśmy panami sytuacji, bo prócz nas nikt nie był w stanie dostarczyć Ukrainie gazu „od ręki” - i nikt prócz nas nawet nie próbował. W ten sposób wsparliśmy głównego sojusznika Niemiec w regionie, licząc... sam nie wiem na co – na wdzięczność? Oczywiście rozumiem, że Ukraina wyłuskana z rosyjskiej strefy wpływów leży w naszym interesie – ale to zależy od determinacji Niemiec i Stanów Zjednoczonych. My możemy co najwyżej od czasu do czasu wykorzystać sprzyjający zbieg okoliczności, by spróbować ugrać na tym „zastępczym konflikcie” jaki toczy się ponad naszymi głowami coś dla siebie – i właśnie koncertowo zmarnowaliśmy okazję.


II. Izrael i Żydzi

Kolejna rzecz, to szansa na opamiętanie bezkrytycznych zwolenników „dialogu” polsko-żydowskiego, odbywającego się wedle schematu „Żydzi mówią, my słuchamy” - i przepraszamy za „marzec '68”, za Kielce, za Jedwabne... i ogólnie, za „polski antysemityzm”. Wydawało się, że wobec erupcji antypolskiego szamba w Izraelu i żydowskiej diasporze, tudzież pogróżek o „zerwaniu stosunków”, możemy tylko powiedzieć: „ależ zrywajcie te stosunki jak najprędzej i idźcie w cholerę – i zapomnijcie o naszych pieniądzach”. Lecz nie - do Izraela udał się z przebłagalną wizytą (i bez żadnych efektów) powołany w błyskawicznym trybie „zespół ds. dialogu historyczno-prawnego”. Tym samym uznaliśmy prawo Izraela do mieszania się w nasze ustawodawstwo i wolę nie myśleć, jakie może przynieść to konsekwencje. I znów, jak w przypadku Ukrainy – przekonaliśmy się na własnej skórze, jaką zakłamaną fikcją były dotychczasowe „specjalne stosunki” z Tel Awiwem, opierające się na uznaniu przez Polskę swojej „winy” i „współodpowiedzialności” za holokaust, czego konsekwencją miały być odszkodowania, doraźnie zaś – futrowanie działających w Polsce żydowskich organizacji, w zamian za co raz do roku prezydent był zaszczycany możliwością podejmowania w swej siedzibie rabinów i pajacowania w jarmułce przy chanukowych świeczkach. Trochę drogo nas wyniosła ta przyjemność.

Oczywiście, w momencie, gdy ośmieliliśmy się upomnieć o elementarną historyczną prawdę, okazało się natychmiast, że nie mamy do niej prawa. Ofiara „nazizmu” może być tylko jedna, a nam przewidziano zupełnie inną rolę – dziś widzimy, jaką. Swoją drogą, powołanie wspomnianego „zespołu ds. dialogu... itd.” dowodzi, że polskie państwo potrafi działać szybko – szkoda, że podobnej szybkości i determinacji nie przejawia, gdy idzie o obronę naszego dobrego imienia na forum międzynarodowym. Przypomnę tu, że 6 czerwca 2016 r. wicepremier Gliński zawarł z potężną międzynarodową korporacją prawniczą „Dentons” Deklarację o współpracy na rzecz przeciwdziałania publicznemu używaniu określenia »polskie obozy koncentracyjne«. Na mocy porozumienia, globalna firma prawnicza Dentons na zasadzie pro bono będzie wspierać działania zmierzające do przeciwdziałania używaniu określenia »polskie obozy koncentracyjne«” [cyt. za oficjalnym komunikatem]. Gdzie są efekty – pozwy cywilne i żądania odszkodowań od wydawców szkalujących Polskę publikacji? Bo z notami protestacyjnymi naszych ambasad... możemy się domyślać, co robią. Niechby nawet „Dentons” nie reprezentował nas „pro bono”, tylko normalnie, za pieniądze – skoro stać nas na ćwierć miliarda dla Polskiej Fundacji Narodowej za markowanie działalności, to tym bardziej powinno być nas stać na prawników.


III. USA

No i wreszcie ostatnia, ale kluczowa sprawa – nasze relacje ze Stanami Zjednoczonymi. Okazało się ostatecznie, że USA mając do wyboru Polskę i Izrael, zawsze staną po stronie Izraela – tyleż za sprawą wpływów żydowskiego lobby, co z powodu potężnego ruchu „chrześcijańskich syjonistów”, czyli radykalnych, proizraelskich wspólnot protestanckich będących żelazną, kilkudziesięciomilionową, bazą wyborczą Republikanów (szerzej piszę o tym w najbliższym numerze „Polski Niepodległej”, polecam). W każdym razie, kolejne kroki, począwszy od „ustawy 447”, a skończywszy na groźbach i naciskach ws. przepisów o IPN pokazują jasno, że Waszyngton traktuje nas nie jak „strategicznego partnera” w regionie, lecz jak klienta – i to z tych mniej ważnych. Jesteśmy dla USA, z grubsza, zapleczem ukraińskiego frontu, dostarczycielem posiłkowych kontyngentów na różne „misje” z których nic nie mamy i skarbonką dla zaspokojenia roszczeń organizacji „holocaust industry”. W momencie gdy piszę te słowa nie wiadomo jeszcze jak się skończy awantura wokół nieformalnego „embarga” na wizyty w Białym Domu polskiego prezydenta i premiera, ale trzeba sobie jasno powiedzieć – w ten sposób nie traktuje się sojusznika. Może warto naszym przyjaciołom zza Atlantyku zasugerować, że wcale nie musimy kupować od nich gazu, bo LNG dla Świnoujścia sprzedawać nam mogą też inni? Może nie musimy przepłacać za sprzęt wojskowy akurat ze Stanów i Izraela? I może nie musimy futrować JP Morgan 20 mln zł. „pomocy publicznej” na „tworzenie miejsc pracy”? Może powinniśmy spróbować różnych inwestycji z Chinami – i generalnie, zacząć dywersyfikować naszą tak rozpaczliwie jednostronną politykę, sprowadzającą się do wymiany kolejnych „patronów”?

Nie ma „strategicznych sojuszy” dla słabych i tchórzliwych. Tak więc – koniec złudzeń, panowie. Ocknijcie się, póki jeszcze czas.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Polska – USA: zaufanie traci się tylko raz

Moratorium, czyli „uspokajactwo” stosowane

Hucpa – reaktywacja

Ćwierć miliarda za nic

Nic tak nie gorszy, jak prawda

Jedwabne – czas prawdy

Koniec epoki „pedagogiki wstydu”

Lekcja ojkofobii


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 10 (09-15.03.2018)

piątek, 22 września 2017

Zniewolone umysły

Giedroyc twierdził, że rządzą nami trumny Piłsudskiego i Dmowskiego. Dziś, jeśli chodzi o politykę Polski na osi wschód-zachód, rządzą raczej trumny Giedroycia i prymasa Wyszyńskiego.


Przypadki którymi dziś się zajmę, pozornie są od siebie dość odległe, jednak oba zapętlają się w pewnym, charakterystycznym punkcie – są efektem funkcjonowania mentalnych blokad sprawiających, że człowiek zastyga w narzuconych mu przed laty (niechby i wówczas słusznych) intelektualnych dogmatach. Nie potrafi się od nich uwolnić - mimo zmienionych czasów i okoliczności całkowicie dezaktualizujących zaszczepione niegdyś zestawy poglądów. Skutkiem powyższego jest (że nawiążę do Miłosza) specyficzna forma „zniewolonego umysłu”. A im wyżej osoba dotknięta tą przypadłością zaszła w życiu publicznym – tym gorzej dla ogółu.


I. Prometejskie frajerstwo

Zacznę od „afery paszportowej” rozpętanej po tym, jak okazało się, że w oprawie graficznej nowych paszportów projektowanych na 100-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości znaleźć się ma Cmentarz Orląt Lwowskich oraz wileńska Ostra Brama jako jeden z motywów poddanych pod głosowanie. Gdy w sierpniu pisałem na ten temat artykuł do siostrzanej „Warszawskiej Gazety”, wyraziłem na koniec na poły ironiczną nadzieję, że minister Błaszczak „nie wystraszy się własnej odwagi”, zachęcając przy okazji do oddawania głosów na Ostrą Bramę. Chodziło mi oczywiście o stworzenie społecznej presji uniemożliwiającej szefowi MSWiA wycofanie się z obu projektów. Jak wiemy, stało się inaczej. Możemy się tylko domyślać jakie naciski i jakimi kanałami popłynęły do ministra Błaszczaka - prócz oficjalnych protestów Litwy i Ukrainy oraz rodzimych zwolenników pojednania tyłka z batem podpisanych pod listem otwartym. W każdym razie, znamy skutek – Ostrej Bramy i Cmentarza Orląt na paszportach nie będzie.

Przyznam, że nieco mnie taki obrót spraw zaskoczył, wydawało się bowiem, że stronnictwo post-giedroyciowców na prawicy zostało od jakiegoś czasu zepchnięte do defensywy i nie jest już w stanie dyktować Polsce swej samobójczej agendy. Ludobójstwo na Kresach doczekało się nazwania go po imieniu w oficjalnej uchwale Sejmu, Jarosław Kaczyński (a nawet Witold Waszczykowski) oznajmiali publicznie, że Ukraina z Banderą nie wejdzie do Europy, prezydent Poroszenko usłyszał od prezesa PiS kilka mocnych słów... Jak widać, myliłem się, zaś środowisko pogrobowców redaktora z Maisons-Laffitte (od lewa do prawa) nie zamierza składać broni. I to jest właśnie przykład owego mentalnego zniewolenia od którego zacząłem ten artykuł. O ile za głębokiej komuny, gdy głównym wrogiem był potężny ZSRR, można jeszcze było dopatrywać się w doktrynie Giedroycia zasadności i pewnego bolesnego realizmu, każącego poświęcić dochodzenie swego na rzecz sprawy podstawowej – czyli odgrodzenia nas od Rosji „kordonem sanitarnym” złożonym z państw mających powstać na zsowietyzowanych dawnych kresach Rzeczypospolitej – o tyle obecnie, gdy testament „czerwonego księcia” został wypełniony, zdawałoby się, że dawne bezkrytyczne poparcie winno ustąpić normalnym relacjom opartym na grze interesów.

Tymczasem, nic z tych rzeczy. Wpływ paryskiej „Kultury” na polskie elity okazał się tak przemożny, że po dziś dzień nie potrafią się wyzwolić z tego zdezaktualizowanego już paradygmatu i mechanicznie ekstrapolują koncepcje sprzed kilkudziesięciu lat we współczesność, co w praktyce przekłada się na rezygnację przez Polskę z akcentowania własnych racji w imię mirażu „strategicznego sojuszu” i „Międzymorza” - które to koncepcje zarówno Litwa, jak i Ukraina mają w głębokim poważaniu, ale nauczyły się na nich świetnie grać, skutecznie szantażując nas groźbą „pogorszenia stosunków”. Zresztą, emigracja ukraińska traktowała giedroyciowską doktrynę ULB (Ukraina-Litwa-Białoruś) instrumentalnie od samego początku, widząc w niej przede wszystkim szansę na rozgrzeszenie i zapomnienie zbrodni ukraińskiego szowinizmu – co wywoływało zrozumiały sprzeciw w licznych kręgach polskiej powojennej emigracji na Zachodzie. Te spory jednak do PRL-owskiej Polski nie docierały, docierała natomiast do opozycyjnych elit „Kultura”, skutecznie kształtując umysły. Efekty odczuwamy po dziś dzień. Naszą politykę wschodnią trudno nawet określić mianem romantycznego prometeizmu – to jest po prostu ciężkie frajerstwo. A skoro prowadzimy frajerską politykę, to nie dziwmy się, że jesteśmy traktowani właśnie jak frajerzy. I teraz znów pozwoliliśmy się koncertowo rozegrać pokazując, że maleńka Litwa i „teoretyczne państwo” jakim jest Ukraina mogą nas skutecznie szantażować – przy poklasku bandy zaczadzonych Giedroyciem rodzimych „dialogistów”. Coś niebywałego.


II. Młotek narzędziem pojednania

Kolejna sprawa, to niedawny list zespołu episkopatu ds. Kontaktów z Konferencją Episkopatu Niemiec podpisany przez arcybiskupów Henryka Muszyńskiego i Wiktora Skworca oraz biskupów Jana Kopca i Tadeusza Lityńskiego. Tutaj z kolei widzimy spętanie intelektualne słynnym listem polskich biskupów do biskupów niemieckich z 1965 r. z pamiętnymi słowami „wybaczamy i prosimy o wybaczenie”. Od razu podkreślę, że mam ambiwalentne uczucia związane również z tym historycznym gestem polskiego Kościoła. Prośba o wybaczenie? A za co? Czy ta ręka nie została wówczas wyciągnięta do pojednania zbyt hojnym ruchem, zbyt wspaniałomyślnym? Czy Niemcy nie poczuli się zbyt łatwo rozgrzeszeni wskutek tego „zbombardowania” miłosierdziem i chrześcijańską pokorą? Poza tym, warto pamiętać, że pierwsza reakcja tamtejszego episkopatu była nad wyraz oszczędna i powściągliwa, by nie rzec – chłodna. Dopiero później, gdy zorientowali się, ile dzięki temu listowi mogą ugrać, zmienili ton. Nie wykluczam jednak, że wówczas mimo wszystko należało tak postąpić. Prymas Stefan Wyszyński był naszym ostatnim wielkim mężem stanu – prawdziwym interrexem – i patrzył dalekosiężnie, widząc, że jakiś modus vivendi musimy sobie z Niemcami wypracować, choćby dlatego, że nie zmienimy naszego miejsca na mapie. Nawet on jednak chyba się nie spodziewał do jakiego stopnia ów list zostanie zinstrumentalizowany i zinfantylizowany – stając się narzędziem „kiczu pojednania” (jak trafnie pisał o tym tydzień temu Mirosław Kokoszkiewicz).

I właśnie z owym „kiczem” - czyli „pojednaniem” bez skruchy winowajcy, o wynagrodzeniu krzywd nie wspominając – mamy do czynienia w niedawnym liście polskich biskupów. Pismo ewidentnie wymierzone w polskie roszczenia reparacyjne za II wojnę światową, których Niemcy nam nigdy nie wypłaciły i wynoszące ponad nie jakieś puste gesty („doświadczyliśmy wielu gestów zmierzających do pojednania obydwu narodów”), tudzież paczki żywnościowe z czasów stanu wojennego, a nawet przestrzegające, że „pojednanie” może zostać zniweczone „przez zbyt pochopnie wypowiadane słowa” - to jest jakiś, przepraszam, kompletny odlot rozumu świadczący o zaburzeniu elementarnych proporcji w postrzeganiu rzeczywistości. Nasi biskupi nie zauważają chociażby (lub nie chcą zauważyć), że już samo podniesienie kwestii roszczeń zahamowało agresywną, niemiecką propagandę historyczną mającą na celu wmanipulowanie Polski i Polaków we współodpowiedzialność za zbrodnie II wojny światowej z holokaustem na czele.

Oczywiście pada sakramentalne nawiązanie do listu z 1965 r. - i tym stał się ów historyczny gest we współczesnych relacjach polsko-niemieckich: narzędziem do młotkowania wszystkich poruszających niewygodne dla Berlina sprawy, domagających się rozliczeń i nie idących na lep „kiczu pojednania” na niemieckich warunkach. A nasi biskupi, wstyd powiedzieć, weszli w tę narracyjną pułapkę, jak pierwsi naiwni. Zresztą, wystarczy zwrócić uwagę na euforyczne reakcje strony niemieckiej (jakże różne od tych w 1965 r.), by zobaczyć na czyją korzyść grają takie nieprzemyślane gesty.


III. W potrzasku zwietrzałych doktryn

A zatem, na wschodzie „Kultura”, na zachodzie – list biskupów z 1965 r. Paradygmat Giedroycia i paradygmat prymasa Wyszyńskiego. Używane w charakterze mioteł zagarniających polskie aspiracje do kąta. Wszystko w atmosferze moralnego szantażu spuścizną dwóch wybitnych (tak, nawet Giedroyc, mimo wszystko) Polaków. I tak się to kotłasi w mózgownicach świeckich i duchownych elit aż po dziś dzień. Redaktor z Maisons-Laffitte krytykując umysłowy zastój polskiej inteligencji stwierdził, że rządzą nami trumny Piłsudskiego i Dmowskiego – w sensie bezkrytycznego epigonizmu potomnych. Dziś, jeśli chodzi o politykę Polski na osi wschód-zachód, rządzą raczej trumny Giedroycia i kard. Wyszyńskiego – tyle, że coś, co w określonych warunkach historycznych spełniało wymogi jakiejś racjonalnej kalkulacji, zostało w obu przypadkach na zasadzie bezrefleksyjnego automatyzmu przeniesione we współczesne, zmienione realia przez ludzi nie mających odwagi bądź wyobraźni, by odstąpić choćby na krok od dawnych „dogmatów” (lub przynajmniej poddać je twórczej reinterpretacji). Żenująca impotencja intelektualna – jeżeli jej nie przełamiemy i pozostaniemy w potrzasku zwietrzałych doktryn, nigdy nie będziemy w stanie dać adekwatnej odpowiedzi współczesnemu światu. A to długofalowo zagraża wręcz podstawom naszego wspólnotowego istnienia.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Afera paszportowa


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 38 (20.09-03.10.2017)

niedziela, 20 sierpnia 2017

Afera paszportowa

Cmentarz Orląt i Ostra Brama mają się znaleźć w paszportach i tyle, bez oglądania się na litewsko-ukraińskie fochy.

I. Zaprojektuj paszport!

28 lipca minister Mariusz Błaszczak, szef MSWiA, zainaugurował kampanię społeczną „Zaprojektuj z nami POLSKI PASZPORT 2018”. Inicjatywa polega na zaangażowaniu obywateli we współtworzenie wizualnej oprawy nowych paszportów projektowanych z okazji zbliżającego się 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości. W założeniu na stronach wizowych książeczki paszportowej znaleźć się mają grafiki nawiązujące do postaci historycznych, wydarzeń, miejsc oraz symboli. Mamy zatem m.in. Józefa Piłsudskiego, Romana Dmowskiego, Bitwę Warszawską, Pomnik Powstańców Śląskich, Godło II RP, Order Virtuti Militari itd. 13 motywów jest stałych, zatwierdzonych przez powołany przy MSWiA zespół ekspertów, natomiast spośród 13 pozostałych propozycji na kartach paszportu znajdzie się sześć najbardziej popularnych, wyłonionych w drodze internetowego głosowania. Każda głosująca osoba może wybrać 6 motywów. Głosować można do 10 września na stronie http://zaprojektujpaszport.gov.pl/.

Akcja jest moim zdaniem bardzo dobrze pomyślana, podobnie jak sama koncepcja opatrzenia paszportów niepodległościową symboliką. W dobie powrotu do znaczenia polityki historycznej angażuje poprzez akt głosowania sporą część społeczeństwa – w momencie, gdy piszę te słowa oddano łącznie 669 425 głosów. Przy założeniu, że każdy z internautów oddał 6 głosów, mamy 111 570 osób, które do tej pory wzięły udział w plebiscycie – a kiedy niniejszy numer „Warszawskiej Gazety” trafi do Państwa rąk, liczba ta z pewnością będzie jeszcze większa. Pamiętajmy też, że na każdego, komu chciało się „kliknąć” przypada X osób z jego otoczenia, które dowiedziały się o inicjatywie, bądź jej kibicują.


II. Paszportowa histeria

Ale, jak to mawiają w bajkach, nie minęło czasu mało-wiele, a czyjeś czujne oko dopatrzyło się, że wśród grafik znalazły się Cmentarz Orląt Lwowskich (jako motyw stały) oraz Ostra Brama (jako jeden z projektów poddanych pod głosowanie). Dla każdego, kto odrobił lekcję historii, ich związek z polskością i odzyskaniem niepodległości jest oczywisty. W obronie Lwowa polska młodzież złożyła daninę krwi, zaś kaplica Matki Boskiej Ostrobramskiej jest arcypolskim symbolem na równi z Jasną Górą. Oba miasta – Wilno i Lwów - były wówczas równie polskie jak Poznań, Kraków czy Warszawa. Sęk w tym, że zarówno współczesna Litwa, jak i Ukraina z polskim dziedzictwem Kresów oraz dorobkiem I Rzeczypospolitej (o II RP nie wspominając) mają problem i wciąż nie potrafią się z nim uporać – uciekają więc w przemilczenia i fałsze, alergicznie reagując na wszelkie wzmianki o polskiej historii tych ziem.

Reakcją był rozpętany wkrótce polityczno-medialny „shitstorm”. Zaprotestowały oficjalne czynniki litewskie i ukraińskie, przypominając (jakbyśmy tego nie wiedzieli), że oba miejsca nie leżą dziś w granicach Polski, całkowicie ignorując historyczny i pamiątkowy kontekst ich pojawienia się przy okazji 100. rocznicy 11 listopada 1918 r. Na dywanik wezwano do litewskiego MSZ polskiego wiceambasadora Grzegorza M. Poznańskiego oznajmiając, iż nowe wzory polskich paszportów są „nie do zaakceptowania”. Podobna przyjemność spotkała ambasadora RP na Ukrainie, Jana Piekło, któremu wręczono notę protestacyjną, zaś rzeczniczka ukraińskiego MSZ, Mariana Beca, zagroziła nam pogorszeniem „strategicznego partnerstwa”. Cóż, mam nadzieję, że pan Piekło, słynący ze skrajnej ukrainofilii i czołobitnego podejścia do historycznej narracji Kijowa, nie zbrukał z wrażenia pantalonów.

Jakby tego było mało, odezwali się rodzimi wyznawcy post-giedroyciowskiej mitologii politycznej i zwolennicy „dobrosąsiedzkich stosunków” za wszelką cenę. Oczywiście, tak jakoś każdorazowo wychodzi, iż owe przyjacielskie relacje polegać mają na jednostronnych polskich ustępstwach, zaś dewizą proponowanej przez pogrobowców Giedroycia polityki ma być hasło „zero asertywności”. Od lat głoszą to samo: nie wolno „zadrażniać”, „prowokować” i poruszać spornych kwestii, bo przyjdzie Putin i nas zje. Przy czym, nasi „regionalni partnerzy” mają takie strachy w głębokim poważaniu i spokojnie robią swoje nie oglądając się bynajmniej na opinię Warszawy. Nauczyli się po prostu ów szantaż oparty o „reductio ad Putinum” znakomicie wygrywać na swoją korzyść – i z reguły kosztem naszych interesów, bo wiedzą, że Polska nie zaprotestuje w imię podtrzymywania iluzji „strategicznego sojuszu”.

Na pierwszej linii frontu usytuowała się tradycyjnie „Gazeta Wyborcza”, której w sukurs przyszło grono pożytecznych idiotów i osób zaangażowanych w „dialog” (a czasem wręcz z owego „dialogowania” żyjących). Ponad 150 sygnatariuszy wystosowało do min. Błaszczaka „list otwarty”. Wśród podpisanych pełen przekrój – od dojarek po oficjeli z różnych „instytucji pojednania d... z batem”. Przeglądając listę warto zwrócić uwagę na trzy nazwiska kojarzone z prawicą – Piotr Skwieciński, Łukasz Warzecha i Piotr Zaremba. Pismo opublikował portal „www.eastbook.eu”, a czytamy w nim od lat znane zaklęcia o tworzeniu „sporów i podziałów” oraz „niszczeniu stosunków”. Żądania sformułowano dwa: usunięcie grafik z Cmentarzem Orląt i Ostrą Bramą oraz rezygnację z formuły konkursu.


III. Nie ma o czym gadać

No dobrze, ale zastanówmy się, nieco przewrotnie - czy faktycznie warto było doprowadzać Litwinów i Ukraińców do białej gorączki? Odpowiem następująco: gdyby Litwa i Ukraina zachowywały się wobec Polski i Polaków fair, to może (podkreślam – MOŻE) rozważałbym, czy warto narażać wzajemne relacje na szwank. Tyle że, po pierwsze – gdyby nasi sąsiedzi i historyczni współobywatele byli wobec nas w porządku, to nie mieliby takiego problemu z lwowską i wileńską symboliką – uznawaliby ją po prostu za element wspólnego dziedzictwa, może miejscami trudnego, ale niekwestionowanego. Cały spór byłby zatem bezprzedmiotowy. No i po drugie, wracając ze sfery hipotez na grunt faktów – Ukraina i Litwa nie są wobec nas w porządku – stąd ich histeryczna reakcja, będąca niczym innym jak wyciem brudnego sumienia.

Ukraina oficjalnie czci banderowskich ludobójców, budując na ich zakłamanej do cna legendzie narodową tożsamość i tworząc nowy „mit założycielski” swojej państwowości. Tolerowane są coraz częściej pojawiające się w tamtej przestrzeni publicznej głosy podważające obecne granice i zgłaszające pretensje do wschodnich terenów Polski. Ataki na polskie miejsca pamięci a nawet palcówki dyplomatyczne zbywane są bajdurzeniem o „stronie trzeciej” - przy czym żadnego terrorysty działającego rzekomo z rosyjskiej inspiracji jakoś do tej pory nie schwytano. Litwa z kolei prowadzi wobec polskiej mniejszości szowinistyczną politykę „lituanizacji” otwarcie zmierzającą do wynarodowienia mieszkających tam od setek lat Polaków. Sekuje się polskie szkolnictwo, na oficjalnych dokumentach polskie nazwiska obligatoryjnie zapisuje się w litewskiej wersji, zabrania się polskich nazw ulic, a nawet umieszczania na prywatnych posesjach szyldów z polskimi napisami. Poza wszystkim, jest to rażące złamanie praw UE oraz wzajemnych zobowiązań traktatowych dotyczących mniejszości.

A zatem, nie ma o czym rozmawiać. Cmentarz Orląt i Ostra Brama mają się znaleźć w paszportach i tyle, bez oglądania się na litewsko-ukraińskie fochy. Poza tym, sprawy zaszły już za daleko - wycofanie się w tym momencie byłoby oznaką naszej słabości i pokazywałoby, że mogą nas rozgrywać nie tylko bliższe i dalsze potęgi lecz również maleńka Litwa i balansująca na krawędzi rozpadu Ukraina. Nie mówiąc już o tym, że rezygnacja odebrana zostałaby jako rejterada świadcząca, iż rząd bardziej liczy się z pogróżkami Wilna i Kijowa, niż z własnymi obywatelami. Gdyby to ode mnie zależało, to 11 listopada 2018 r. polskie przedstawicielstwa dyplomatyczne rozesłałyby te paszporty do Polaków na Litwie i Ukrainie - wraz z nadaniem obywatelstwa.

Pozostaje mieć nadzieję, że min. Błaszczak nie wystraszy się własnej odwagi, a tymczasem - wchodźmy na stronę http://zaprojektujpaszport.gov.pl/ i głosujmy na Ostrą Bramę!


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 33 (18-24.08.2017)

piątek, 21 lipca 2017

Willkomenskultur po polsku

Obecny rząd otwierając na oścież granice przed ukraińskimi pracownikami zwyczajnie przegiął.


I. Potop ze wschodu

Taki obrazek. Popołudniowe zakupy w „Biedronce” w niewielkim miasteczku na Mazowszu. Dość tłoczno, bo to pora powrotów z pracy do domu, do dwóch czynnych kas kolejki z zakrętaskiem. Jaki język zewsząd dobiega? Tak, zgadli Państwo – ukraiński. Mniej więcej fifty-fifty z polskim, rzecz jeszcze ze dwa lata temu nie do pomyślenia. Znajomy, który szmat życia spędził na wschodzie, potem tu przyjechał i założył rodzinę twierdzi, że w „Biedrze” czuje się, jakby nagle przeniósł się z powrotem w rodzinne strony. Krótki spacer po tymże miasteczku i oko bez trudu wyłowi na kilku budynkach ogłoszenia o tanich kwaterach pracowniczych dla Ukraińców. W miejscowych zakładach pracy do niedawna wykorzystujących polską „tanią siłę roboczą” obecnie są już całe ukraińskie zmiany. Jedynie na sklepowych kasach siedzą jeszcze Polki, bo jednak potrzebny jest jakiś elementarny werbalny kontakt z klientem. Inny obrazek – warszawski Dworzec Zachodni. Tu już nawet nie ma proporcji pół na pół – ukraiński i rosyjski dominują niepodzielnie, podobnie jak wyładowane „czemodany”, jakie warszawiacy mogą pamiętać z lat świetności bazaru na Stadionie Dziesięciolecia. Kasy dalekobieżne przeżywają oblężenie, w kolejkach do kiosków i punktów gastronomicznych również Ukraińcy. Co ciekawe, polscy ekspedienci obsługują ich z wyraźną niechęcią, przez zaciśnięte zęby. Gdy przychodzi moja kolej i odzywam się po polsku – radykalna zmiana: uśmiech, obsługa kulturalna i uprzejma. Najwyraźniej odczucia towarzyszące masowej migracji ekonomicznej pokrywają się z moimi: niedawna sympatia dla walczącej z Putinem Ukrainy to jedno (i na odległość), niechby nawet i trochę pracowników z tamtych rejonów, ale co za dużo, to niezdrowo.

Domyślają się już Państwo do czego zdążam? Obecny rząd otwierając na oścież granice przed ukraińskimi pracownikami zwyczajnie przegiął. Fali migracyjnej praktycznie nikt nie kontroluje, a oficjalne dane o liczbie pracujących w Polsce Ukraińców (ok. 1,3 mln.) można włożyć między bajki, bo zatrudnionych na czarno może być równie dobrze drugie tyle – ze stałą tendencją wzrostową. To aż nieprawdopodobne, że rząd PiS, tak rygorystycznie chroniący nas przed muzułmańskimi migrantami z Bliskiego Wschodu i Afryki, tutaj wydaje się być kompletnie ślepy. Co więcej, słyszymy, że skoro Ukraińcy przyjeżdżają tu do pracy lub na studia, to w zasadzie wszystko jest w porządku, do tego są „kulturowo bliżsi” więc łatwiej się zasymilują...

Otóż nie. Obecna polityka migracyjna (a w zasadzie jej brak, bo „polityka” zakłada jednak jakąś planowość i uporządkowanie) to podkładanie pod polskie społeczeństwo bomby z opóźnionym zapłonem.

II. Ukrainizacja rynku pracy

Od razu zaznaczę, by nie wylewać dziecka z kąpielą - kontrolowany napływ pracowników z zewnątrz bywa jak najbardziej przydatny i racjonalny. Tam gdzie cierpimy na deficyt fachowców może wręcz ratować poszczególne branże – tak jest np. w transporcie ciężkim (tzw. TIR-y), w którym jesteśmy europejskim potentatem. Tu faktycznie dramatycznie brakuje kierowców z uprawnieniami na ciągniki siodłowe. Podobnie w wielu gałęziach rolnictwa. Sadownictwo od lat stoi na sezonowych pracownikach zza wschodniej granicy, bo Polacy do takiej roboty niespecjalnie się garną - podobnie jak niemieccy bauerzy przez dziesięciolecia „ciągnęli” na Polakach. Ci sami Niemcy umiejętnie nas „podskubywali” ze specjalistów – w sposób precyzyjny i przemyślany – nawet, gdy co do zasady ich rynek pracy był dla nas „zamknięty”. Przykładowo, Gerhard Schroeder w 2000 r. ogłosił, że zostanie wydanych 20 tys. zezwoleń na pracę dla zagranicznych informatyków, nawet nie ukrywając, że liczy głównie na Polaków – bo tylu fachowców brakowało niemieckiej gospodarce. Tak wygląda uzupełnianie niedoborów pracowniczych przeprowadzane z głową.

Jednak, gdy pozwalamy, by przez granice wlewała się niekontrolowana rzeka, to sami prosimy się o kłopoty. Ukraina pogrążona jest w strukturalnym kryzysie – na wojnę w Donbasie nakłada się oligarchizacja tamtejszej gospodarki i gigantyczna korupcja ze wszystkimi tego konsekwencjami. To sytuacja jak podczas naszej „transformacji” tylko razy dziesięć. W efekcie, jak podaje Karol Kaźmierczak w opublikowanej na portalu Kresy.pl świetnej analizie „Ukraińskie zagrożenie - źródła i skutki imigracji zarobkowej”, 40 proc. Ukraińców deklaruje chęć pracy za granicą, a 30 proc. - chęć wyjazdu na stałe. Dla władz ukraińskich pogrążonych w reformatorskiej niemocy taki exodus doraźnie jest błogosławieństwem, bo upuszcza spod pokrywki ciśnienie społecznego niezadowolenia – dokładnie tak samo, jak emigracja 2 mln. Polaków za rządów Tuska.

Ta tendencja leje rzecz jasna miód na serce i portfele organizacji pracodawców w Polsce, którym wskutek malejącego bezrobocia i programu „500+” zajrzało w oczy widmo presji na podniesienie płac. Teoretycznie niby od kilku lat mówi się, że konkurowanie niskimi kosztami pracy jest ślepym zaułkiem, że model rozwojowy rodem z Bangladeszu jest na wyczerpaniu i powinniśmy od tego odchodzić. Jednak w praktyce rozbestwieni ćwierćwieczem bezkarnego wykorzystywania przymusu ekonomicznego w jakim znajdowały się rzesze Polaków pracodawcy nie chcą, bądź nie potrafią przestawić się na nowe tory. Toteż przystąpili do intensywnego i niestety skutecznego lobbingu na rzecz tanich pracowników z Ukrainy. Efektem jest zamrożenie zarobków i „uśmieciowionego” rynku pracy – bo jak nie pasuje, to jest dziesięciu chętnych Ukraińców. Dodatkowym skutkiem jest brak zachęt do powrotu do kraju polskich emigrantów, których ponoć mieliśmy ściągać. Zostają „modernizacyjne” bajki Morawieckiego o elektrycznych autach i żądania Cezarego Kaźmierczaka ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców by przyjąć dalszych 5 mln. pracowników zza wschodniej granicy. Mało tego – po wprowadzeniu ruchu bezwizowego, pracodawcy boją się, że Ukraińcy odpłyną na Zachód i zaczęli się domagać „poprawy warunków pracy” - czyli podejmowania przez imigrantów pracy na stałe (teraz wydawane są zezwolenia czasowe) i możliwości OSIEDLANIA SIĘ W POLSCE.

Zaraz usłyszę, że rozpędzona polska gospodarka potrzebuje dalszej stymulacji wzrostu PKB – owszem, tylko kto realnie na tym wzroście skorzysta? Innymi słowy – kto skonsumuje jego owoce? Polacy nie, bo ich pensje nie wzrosną. Ukraińcy gros zarobionych pieniędzy transferują do swoich rodzin – nie wydają ich tutaj, poza absolutnie podstawowymi zakupami we wspomnianych na wstępie dyskontach, które nie są polskie. W specjalnych strefach ekonomicznych (tych współczesnych obozach pracy), gdzie są zatrudniani, również dominują zagraniczne podmioty korzystające na dodatek z dotacji na inwestycje i zwolnień, a zyski „optymalizują”, tak by nie płacić w Polsce podatków. Wychodzi na to, że dopłacamy zagranicznym koncernom do tego, by mogły sobie zatrudnić w Polsce Ukraińców. Czy widzą tu Państwo jakąkolwiek logikę?


III. „Willkommenskultur” po polsku

Tego wszystkiego rząd PiS, z jednej strony spętany dogmatem pomagania Ukrainie w imię wizji Międzymorza (gdzie Ukraina ma to Międzymorze, z grubsza wiadomo), z drugiej szantażowany spowolnieniem papierowych statystyk, nie chce dostrzegać. Alarmują w zasadzie tylko narodowcy, za co dostają łatkę „ruskich agentów”. Tymczasem podnoszone przez nich niebezpieczeństwo podmiany populacji jest całkiem realną perspektywą, a to z tej prostej przyczyny, że naiwnością jest sądzić, że Ukraińcy przyjadą tu, trochę popracują i wyjadą do siebie. Otóż nie, nie wyjadą. Tak samo myśleli Niemcy sprowadzając sobie masowo gastarbeiterów z Turcji – obudzili się po niewczasie z potężną mniejszością i wszystkimi związanymi z tym problemami. Analogie z obecnym kryzysem migracyjnym również są dość czytelne, jeśli wziąć pod uwagę, że większość Ukraińców pochodzi z zachodniej części kraju, najbardziej przesiąkniętej banderowską propagandą – potencjalnie równie morderczą co islamizm (nie bez przyczyny zajmuję się tym tematem właśnie tuż po kolejnej rocznicy Krwawej Niedzieli). Za kilka lat możemy się ocknąć z kilkumilionową mniejszością, która zapewne zechce się politycznie zorganizować i nie łudźmy się – ci ludzie się nie spolonizują, choćby dlatego, że już teraz aktywnie wśród nich działa Związek Ukraińców w Polsce. Na marginesie – ukraińscy imigranci założyli we Wrocławiu amatorski piłkarski klub „Dynamo”, który przyjął sobie czerwono-czarne, banderowskie barwy. Tymczasem sejmowa większość boi się wpisać banderyzmu do karalnych ideologii.

Na zakończenie - masowy napływ Ukraińców zwietrzyło już lewactwo jako szansę na zaprowadzenie swojskiej odmiany „multi-kulti”. Prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz w wywiadzie udzielonym Jarosławowi Kuźniarowi z Onetu raczył wyrazić nadzieję, iż 100 tys. mieszkających w aglomeracji wrocławskiej Ukraińców może być „lekarstwem na polską ksenofobię”. Ciekawe, czy właśnie za takie podejście odebrał niedawno Niemiecką Nagrodę Narodową. Ot - i doczekaliśmy się „Willkommenskultur” po polsku...


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 29 (19-25.07.2017)

piątek, 14 lipca 2017

Pod-Grzybki 105

Z kroniki kryminalnej „nadzwyczajnej kasty ludzi”. Sędzia Mirosław T., wiceprezes Sądu Okręgowego w Żyrardowie, został usunięty ze stanu sędziowskiego - przywłaszczył sobie na stacji benzynowej 50-złotowy banknot położony chwilę wcześniej na ladzie przez inną klientkę. Gdy ta na chwilę się odwróciła - świsnął kasę, a potem tłumaczył się, że zrobił to „nieświadomie”. Wynika z tego, że odruch brania pieniędzy miał zakorzeniony na poziomie najgłębszych instynktów. Druga rzecz – okazuje się, że presja ma sens, bo idę o zakład, że jeszcze niedawno cała sprawa zostałaby skrzętnie zamieciona pod dywan. No i po trzecie, teraz rozumiem wyrozumiałość sądów dla posłanki Sawickiej – dawali jej kasę, to wzięła, o co tyle krzyku?


*

Na marginesie szczytu Trójmorza i wizyty Trumpa odezwała się Ukraina z pretensjami, że nie zaproszono Poroszenki. Najwyraźniej Ukraina spodziewała się zaproszenia „pana czekoladki” w nadzwyczajnym trybie - tamtejsza prasa pisała wręcz o „teście przyjaźni”. I tak dobrze, że nie domagali się tzw. „dowodu miłości”, bo Waszczykowski jako człowiek już niemłody mógłby tych banderowskich amorów nie przetrzymać.


*

Lewackie mediodajnie skomentowały wizytę Trumpa w przewidywalnym stylu – że „nic nie powiedział”, miał niedopasowany garnitur i nie upomniał się o „praworządność”. Krótko mówiąc, miały pretensje do Trumpa, że nie jest Obamą. Z tego wszystkiego wyziera źle ukrywana zazdrość, bo teraz możemy im śmiało powiedzieć: nasz Donald jest fajniejszy niż wasz!


*

Od ponad dwóch tygodni polskojęzyczne przekaziory pomstują na polską ksenofobię, która kazała przedstawicielom tutejszego ciemnogrodu molestować szkolną wycieczkę młodych muzułmanów z Berlina. Co ciekawe, nie zachowały się żadne zdjęcia ani filmy, choć uczniowie mieli ze sobą smartfony i kamery. Swoją drogą, zawsze zastanawiało mnie jak filmowanie i robienie zdjęć ma się do koranicznego zakazu sporządzania wizerunków zwierząt i ludzi. Czyżby uznawano, że jeśli człowiek ograniczy się do wciśnięcia guziczka kamery, to reszta dzieje się już sama, z woli Allaha? „To Allah sprawia, że się nagrywa, nie ja” - no i najwyraźniej Allah postanowił, że akurat napastowanie biednych muzułmaniątek się nie nagra. Ot, kismet... A tak nawiasem, w kontekście ujawnionych właśnie krwiożerczych instynktów Polaków, zmuszanie „uchodźców” do relokowania ich nad Wisłę zakrawa na iście małpią złośliwość.


*

A tymczasem IBRIS opublikował przełomowy sondaż wg którego większość Polaków jest przeciw przyjmowaniu nachodźców – nawet gdyby wiązało się to z finansowymi sankcjami, a wręcz opuszczeniem UE. I to są nastroje, które należy „grzać” - bo niedługo Polexit stanie się palącą koniecznością i społeczne poparcie będzie nieodzowne do przeprowadzenia tej operacji. A tak poza tym – w takich chwilach jestem z rodaków zwyczajnie dumny, bo jednak brukselska mamona i wpajany kompleks niższości nie przesłoniły im najważniejszych priorytetów. Brawo my!



Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 28 (12-18.07.2017)

niedziela, 18 czerwca 2017

Ukraiński szowinizm, czyli wskrzeszanie wampira

Nie da się reanimować banderyzmu częściowo - tak jak nie da się częściowo wskrzesić wampira


I. Reductio ad Putinum

Wygląda na to, że przestrogi o narastaniu na Ukrainie antypolskiego banderyzmu nie były wymysłem oszalałych obsesjonatów, pożytecznych idiotów, bądź innej „V kolumny Putina”, której tropieniem z zamiłowaniem zajmują się różni domorośli łowcy agentów, tudzież beneficjenci służbowych odznaczeń, z „frondelkami poświęconymi” na dokładkę. Dodajmy, iż czynią to nie kłopocząc się zanadto rozróżnianiem, czy krytyka obecnej polityki tożsamościowej Kijowa wychodzi z kręgów kresowiaków upominających się o pamięć o ofiarach rezunów, narodowców postulujących realistyczne podejście do wzajemnych relacji oparte o trzeźwą kalkulację narodowych interesów, czy też szemranych środowisk od których faktycznie zalatuje smrodem ruskich onuc w rodzaju „Zmiany”, czy różnych popłuczyn po tzw. „endokomunie”. Do tej pory schemat był prostacki jak konstrukcja cepa: krytykujesz politykę Kijowa, nie piejesz z zachwytu nad „herojami”, widzisz narastanie szowinistycznych nastrojów podsycanych przez oficjalną politykę historyczną ukraińskich instytucji – jesteś „ruskim agentem”, lub co najmniej elementem podejrzanym, względnie kretynem bezwiednie grającym na korzyść Kremla, siejącym zamęt i podkopującym „strategiczne sojusze”.

Jeżeli już nie dawało się spuścić zasłony milczenia na co bardziej bulwersujące ekscesy w rodzaju wysadzania pomników i dewastowania polskich miejsc pamięci, uruchamiano narrację alternatywną – mianowicie, że to wszystko robota „ruskiej agentury” (to jest akurat element stały przekazu), tyle że działającej na Ukrainie i dążącej metodą prowokacji do skłócenia bratnich narodów. Tak się składa, że każdorazowo z takim wytłumaczeniem wychodziły ukraińskie służby – i było ono z miejsca, bezkrytycznie i bez jakichkolwiek prób weryfikacji kolportowane przez tutejsze ośrodki przekazu. Wszystko to okraszone moralnym szantażem opartym o tzw. „reductio ad Putinum”: wątpisz w oficjalne „wyjaśnienia”, które tak naprawdę niczego nie wyjaśniają – znaczy, jesteś „ruską tubą”, nie lepszą od jakiegoś „Sputnika”.

Na to wszystko nakładał się bezwład polskiej dyplomacji i czynników rządowych. SBU mówi, że pomnik w Hucie Pieniackiej wysadzili „ruscy prowokatorzy”? Okej, przyjmujemy to i nie pytamy o więcej – wiadomo, sytuacja jest delikatna, trwa wojna w Donbasie i lepiej nie naciskać, bo... No właśnie, tak naprawdę nie wiadomo co – Ukraina się obrazi i przestanie walczyć z Rosją? Odda się z powrotem pod kuratelę Kremla? Przepuści pod naszą granicę ruskie tanki? W zasadzie trudno odgadnąć, jakież to racjonalne motywacje każą naszym przedstawicielom łykać kit i nie zadawać pytań – choćby o to, ilu tych rzekomych „ruskich agentów” złapały do tej pory ukraińskie służby.


II. Szowinistyczny pejzaż

Tymczasem ostatnie dni i tygodnie przyniosły prawdziwy wysyp niepokojących informacji. Incydenty mają różny ciężar gatunkowy, lecz zebrane w całość tworzą nader nieprzyjemny pejzaż rozkwitu antypolskich nastrojów i dają świadectwo stopniowego zakorzeniania się neo-banderowskiego kultu w ukraińskim społeczeństwie.

Pod koniec marca doszło do ostrzelania z granatnika polskiego konsulatu w Łucku – na szczęście nikt nie zginął. Atak na polskie państwo (bo tak traktuje się każdy zamach na placówkę dyplomatyczną) oczywiście z miejsca został zakwalifikowany jako „prowokacja” - sprawców rzecz jasna nie ujęto. Wcześniej oblano czerwoną farbą konsulat we Lwowie i namazano na nim hasło „Nasza ziemia”. Tamże (marzec 2017) oblano czerwoną farbą pomnik lwowskich profesorów zamordowanych przez Niemców podczas II WŚ - to samo zrobiono z pomnikiem pomordowanych Polaków w Podkamieniu. W obu miejscach pozostawiono napis „Śmierć Lachom”. Ukraińskie władze wszystkie incydenty przypisały „stronie trzeciej”, co zostało przyjęte przez naszych przedstawicieli bez zastrzeżeń. Sprawcy pozostają bezkarni.

Pod koniec maja usiłowano podpalić polską szkołę w Mościskach. Wybito okno, do wnętrza klasy wrzucono dwa kanistry z benzyną i podpaloną szmatę. Dzięki szybkiej reakcji okolicznych mieszkańców, którzy zaalarmowali straż pożarną, ogień udało się ugasić, ale do spalenia placówki niewiele brakowało. Sprawcy – nieznani.

26 maja w Kijowie miała miejsce premiera polakożerczego i rewizjonistycznego filmu „Utracona ojczyzna” wyprodukowanego przez Towarzystwo Chełmszczyzna. Tytułową „utraconą ojczyzną” jest polska Chełmszczyzna przedstawiana jako „ukraińskie ziemie”. Mowa jest w nim o rzekomo „rdzennych mieszkańcach” wypędzonych przez Polaków – bez przypomnienia, że to niemieccy okupanci zasiedlali te tereny Ukraińcami, wysiedlając wcześniej tamtejszych Polaków. O ludobójstwie na Kresach – ani słowa.

Podczas odbywającego się w dniach 2-4 czerwca rajdu Grand Prix Leopolis we Lwowie (historyczny, przedwojenny rajd, obecnie jedną z jego atrakcji jest prezentacja zabytkowych pojazdów i załóg w historycznych strojach) euforię wśród publiczności wywołała ekipa rekonstrukcyjna ubrana w mundury SS-Galizien, startująca w „konkursie elegancji”. Niby drobiazg, ale reakcja widowni, podobnie jak sam fakt, że w ogóle doszło do symbolicznej gloryfikacji zbrodniczej formacji – nader znaczące.

7 czerwca ugrupowanie Ukraińska Partia Halicka, aktywne w samorządach lokalnych na zachodniej Ukrainie, zażądało w specjalnym oświadczeniu wydalenia z terytorium Ukrainy metropolity lwowskiego, abp. Mieczysława Mokrzyckiego. W tym celu zmanipulowano jego wypowiedź – abp. Mokrzycki miał jakoby powiedzieć, że wojna w Donbasie jest karą za wołyńskie ludobójstwo. Oczywiście, metropolita lwowski niczego podobnego nie powiedział.

Kolejna sprawa (a właściwie policzek dla Polski), czyli nadanie jednej z głównych kijowskich ulic imienia Romana Szuchewycza – szowinisty i ludobójcy bezpośrednio odpowiedzialnego za eksterminację ludności polskiej na Wołyniu, Kresach i Małopolsce Wschodniej. To można porównać jedynie z ostentacyjnym uchwaleniem ustawy gloryfikującej OUN-UPA podczas wizyty prezydenta Komorowskiego.

No i rzecz ostatnia – cofnięcie przez ukraińskie władze zgody na prace poszukiwawcze i ekshumacyjne ofiar wołyńskiego ludobójstwa, które miały być prowadzone przez polskich naukowców i wolontariuszy. Rzekomo państwo ukraińskie nie było w stanie „zapewnić im bezpieczeństwa”.


III. Wskrzeszenie wampira

I pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno przekonywano nas, że pogrobowcy Bandery to margines, a poza tym, ten nowy, „lepszy” ukraiński nacjonalizm jest ponoć wyłącznie „antyrosyjski”. Cóż, swojego czasu pisałem, że nie da się reanimować banderyzmu częściowo - tak jak nie da się częściowo wskrzesić wampira. Nie sposób eksponować jedynie jego antysowieckiego oblicza, z pominięciem elementu antypolskiego, a to dlatego, że wrogość do Polaków jest immanentną częścią składową tej zbrodniczej ideologii, która zawsze będzie się podskórnie tliła, czekając na dogodny moment. Co więcej, im poważniejsze wewnętrzne trudności będzie przeżywało zanarchizowane i balansujące na krawędzi rozpadu ukraińskie państwo, tym chętniej władze będą po cichu odgrzewały i stymulowały antypolskie resentymenty – by skierować frustrację obywateli na bezpieczniejsze dla siebie tory. A Polska, jako „wróg zastępczy” jest wymarzonym celem – bo i historyczne zaszłości, i odpowiedzieć zdecydowanie nie potrafi, spętana mirażem Międzymorza z Ukrainą w roli „perły w koronie”.

Czy nadal mamy wierzyć, że zasygnalizowane tu wydarzenia są efektem „rosyjskich prowokacji”? A może jednak tak się porobiło, że Ukraińcom nie potrzeba już żadnych obcych „zachęt”? Obecnie przebywa w Polsce ok. 2 mln. obywateli Ukrainy, głównie z zachodniej części kraju, najłatwiej poddającej się szowinistycznej indoktrynacji – a będzie ich jeszcze więcej, bo właśnie wprowadzono ruch bezwizowy z UE, w tym z Polską. Dlatego palącą potrzebą staje się wprowadzenie zakazu propagowania ideologii banderowskiej - na takich samych zasadach jak komunizmu i narodowego socjalizmu. Tyle we własnym kraju możemy chyba jeszcze zrobić?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/



Na podobny temat:

Głos prawdy o Ukrainie

Wołyńskie korowody

Cichociemni” uwierają Ukrainę

Międzymorze bez Ukrainy

Ukraińska bezczelność i polska bezradność

Ukraina, czyli pokój gorszy od wojny

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 24 (16-22.06.2017)