Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szowinizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szowinizm. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 czerwca 2017

Ukraiński szowinizm, czyli wskrzeszanie wampira

Nie da się reanimować banderyzmu częściowo - tak jak nie da się częściowo wskrzesić wampira


I. Reductio ad Putinum

Wygląda na to, że przestrogi o narastaniu na Ukrainie antypolskiego banderyzmu nie były wymysłem oszalałych obsesjonatów, pożytecznych idiotów, bądź innej „V kolumny Putina”, której tropieniem z zamiłowaniem zajmują się różni domorośli łowcy agentów, tudzież beneficjenci służbowych odznaczeń, z „frondelkami poświęconymi” na dokładkę. Dodajmy, iż czynią to nie kłopocząc się zanadto rozróżnianiem, czy krytyka obecnej polityki tożsamościowej Kijowa wychodzi z kręgów kresowiaków upominających się o pamięć o ofiarach rezunów, narodowców postulujących realistyczne podejście do wzajemnych relacji oparte o trzeźwą kalkulację narodowych interesów, czy też szemranych środowisk od których faktycznie zalatuje smrodem ruskich onuc w rodzaju „Zmiany”, czy różnych popłuczyn po tzw. „endokomunie”. Do tej pory schemat był prostacki jak konstrukcja cepa: krytykujesz politykę Kijowa, nie piejesz z zachwytu nad „herojami”, widzisz narastanie szowinistycznych nastrojów podsycanych przez oficjalną politykę historyczną ukraińskich instytucji – jesteś „ruskim agentem”, lub co najmniej elementem podejrzanym, względnie kretynem bezwiednie grającym na korzyść Kremla, siejącym zamęt i podkopującym „strategiczne sojusze”.

Jeżeli już nie dawało się spuścić zasłony milczenia na co bardziej bulwersujące ekscesy w rodzaju wysadzania pomników i dewastowania polskich miejsc pamięci, uruchamiano narrację alternatywną – mianowicie, że to wszystko robota „ruskiej agentury” (to jest akurat element stały przekazu), tyle że działającej na Ukrainie i dążącej metodą prowokacji do skłócenia bratnich narodów. Tak się składa, że każdorazowo z takim wytłumaczeniem wychodziły ukraińskie służby – i było ono z miejsca, bezkrytycznie i bez jakichkolwiek prób weryfikacji kolportowane przez tutejsze ośrodki przekazu. Wszystko to okraszone moralnym szantażem opartym o tzw. „reductio ad Putinum”: wątpisz w oficjalne „wyjaśnienia”, które tak naprawdę niczego nie wyjaśniają – znaczy, jesteś „ruską tubą”, nie lepszą od jakiegoś „Sputnika”.

Na to wszystko nakładał się bezwład polskiej dyplomacji i czynników rządowych. SBU mówi, że pomnik w Hucie Pieniackiej wysadzili „ruscy prowokatorzy”? Okej, przyjmujemy to i nie pytamy o więcej – wiadomo, sytuacja jest delikatna, trwa wojna w Donbasie i lepiej nie naciskać, bo... No właśnie, tak naprawdę nie wiadomo co – Ukraina się obrazi i przestanie walczyć z Rosją? Odda się z powrotem pod kuratelę Kremla? Przepuści pod naszą granicę ruskie tanki? W zasadzie trudno odgadnąć, jakież to racjonalne motywacje każą naszym przedstawicielom łykać kit i nie zadawać pytań – choćby o to, ilu tych rzekomych „ruskich agentów” złapały do tej pory ukraińskie służby.


II. Szowinistyczny pejzaż

Tymczasem ostatnie dni i tygodnie przyniosły prawdziwy wysyp niepokojących informacji. Incydenty mają różny ciężar gatunkowy, lecz zebrane w całość tworzą nader nieprzyjemny pejzaż rozkwitu antypolskich nastrojów i dają świadectwo stopniowego zakorzeniania się neo-banderowskiego kultu w ukraińskim społeczeństwie.

Pod koniec marca doszło do ostrzelania z granatnika polskiego konsulatu w Łucku – na szczęście nikt nie zginął. Atak na polskie państwo (bo tak traktuje się każdy zamach na placówkę dyplomatyczną) oczywiście z miejsca został zakwalifikowany jako „prowokacja” - sprawców rzecz jasna nie ujęto. Wcześniej oblano czerwoną farbą konsulat we Lwowie i namazano na nim hasło „Nasza ziemia”. Tamże (marzec 2017) oblano czerwoną farbą pomnik lwowskich profesorów zamordowanych przez Niemców podczas II WŚ - to samo zrobiono z pomnikiem pomordowanych Polaków w Podkamieniu. W obu miejscach pozostawiono napis „Śmierć Lachom”. Ukraińskie władze wszystkie incydenty przypisały „stronie trzeciej”, co zostało przyjęte przez naszych przedstawicieli bez zastrzeżeń. Sprawcy pozostają bezkarni.

Pod koniec maja usiłowano podpalić polską szkołę w Mościskach. Wybito okno, do wnętrza klasy wrzucono dwa kanistry z benzyną i podpaloną szmatę. Dzięki szybkiej reakcji okolicznych mieszkańców, którzy zaalarmowali straż pożarną, ogień udało się ugasić, ale do spalenia placówki niewiele brakowało. Sprawcy – nieznani.

26 maja w Kijowie miała miejsce premiera polakożerczego i rewizjonistycznego filmu „Utracona ojczyzna” wyprodukowanego przez Towarzystwo Chełmszczyzna. Tytułową „utraconą ojczyzną” jest polska Chełmszczyzna przedstawiana jako „ukraińskie ziemie”. Mowa jest w nim o rzekomo „rdzennych mieszkańcach” wypędzonych przez Polaków – bez przypomnienia, że to niemieccy okupanci zasiedlali te tereny Ukraińcami, wysiedlając wcześniej tamtejszych Polaków. O ludobójstwie na Kresach – ani słowa.

Podczas odbywającego się w dniach 2-4 czerwca rajdu Grand Prix Leopolis we Lwowie (historyczny, przedwojenny rajd, obecnie jedną z jego atrakcji jest prezentacja zabytkowych pojazdów i załóg w historycznych strojach) euforię wśród publiczności wywołała ekipa rekonstrukcyjna ubrana w mundury SS-Galizien, startująca w „konkursie elegancji”. Niby drobiazg, ale reakcja widowni, podobnie jak sam fakt, że w ogóle doszło do symbolicznej gloryfikacji zbrodniczej formacji – nader znaczące.

7 czerwca ugrupowanie Ukraińska Partia Halicka, aktywne w samorządach lokalnych na zachodniej Ukrainie, zażądało w specjalnym oświadczeniu wydalenia z terytorium Ukrainy metropolity lwowskiego, abp. Mieczysława Mokrzyckiego. W tym celu zmanipulowano jego wypowiedź – abp. Mokrzycki miał jakoby powiedzieć, że wojna w Donbasie jest karą za wołyńskie ludobójstwo. Oczywiście, metropolita lwowski niczego podobnego nie powiedział.

Kolejna sprawa (a właściwie policzek dla Polski), czyli nadanie jednej z głównych kijowskich ulic imienia Romana Szuchewycza – szowinisty i ludobójcy bezpośrednio odpowiedzialnego za eksterminację ludności polskiej na Wołyniu, Kresach i Małopolsce Wschodniej. To można porównać jedynie z ostentacyjnym uchwaleniem ustawy gloryfikującej OUN-UPA podczas wizyty prezydenta Komorowskiego.

No i rzecz ostatnia – cofnięcie przez ukraińskie władze zgody na prace poszukiwawcze i ekshumacyjne ofiar wołyńskiego ludobójstwa, które miały być prowadzone przez polskich naukowców i wolontariuszy. Rzekomo państwo ukraińskie nie było w stanie „zapewnić im bezpieczeństwa”.


III. Wskrzeszenie wampira

I pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno przekonywano nas, że pogrobowcy Bandery to margines, a poza tym, ten nowy, „lepszy” ukraiński nacjonalizm jest ponoć wyłącznie „antyrosyjski”. Cóż, swojego czasu pisałem, że nie da się reanimować banderyzmu częściowo - tak jak nie da się częściowo wskrzesić wampira. Nie sposób eksponować jedynie jego antysowieckiego oblicza, z pominięciem elementu antypolskiego, a to dlatego, że wrogość do Polaków jest immanentną częścią składową tej zbrodniczej ideologii, która zawsze będzie się podskórnie tliła, czekając na dogodny moment. Co więcej, im poważniejsze wewnętrzne trudności będzie przeżywało zanarchizowane i balansujące na krawędzi rozpadu ukraińskie państwo, tym chętniej władze będą po cichu odgrzewały i stymulowały antypolskie resentymenty – by skierować frustrację obywateli na bezpieczniejsze dla siebie tory. A Polska, jako „wróg zastępczy” jest wymarzonym celem – bo i historyczne zaszłości, i odpowiedzieć zdecydowanie nie potrafi, spętana mirażem Międzymorza z Ukrainą w roli „perły w koronie”.

Czy nadal mamy wierzyć, że zasygnalizowane tu wydarzenia są efektem „rosyjskich prowokacji”? A może jednak tak się porobiło, że Ukraińcom nie potrzeba już żadnych obcych „zachęt”? Obecnie przebywa w Polsce ok. 2 mln. obywateli Ukrainy, głównie z zachodniej części kraju, najłatwiej poddającej się szowinistycznej indoktrynacji – a będzie ich jeszcze więcej, bo właśnie wprowadzono ruch bezwizowy z UE, w tym z Polską. Dlatego palącą potrzebą staje się wprowadzenie zakazu propagowania ideologii banderowskiej - na takich samych zasadach jak komunizmu i narodowego socjalizmu. Tyle we własnym kraju możemy chyba jeszcze zrobić?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/



Na podobny temat:

Głos prawdy o Ukrainie

Wołyńskie korowody

„Cichociemni” uwierają Ukrainę

Międzymorze bez Ukrainy

Ukraińska bezczelność i polska bezradność

Ukraina, czyli pokój gorszy od wojny

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 24 (16-22.06.2017)

piątek, 19 maja 2017

Nie ma patriotyzmu bez nacjonalizmu!

Pamiętajmy, że dopiero nacjonalizm wypełnia patriotyczne uczucia realną treścią. A zatem – nie ma patriotyzmu bez nacjonalizmu!


I. Milczenie na żądanie „Wyborczej”

Kiedy pisałem zeszłotygodniowy tekst do „Polski Niepodległej” („Ten okropny nacjonalizm”) w którym krytycznie odnosiłem się do fragmentów pisma Konferencji Episkopatu Polski „Chrześcijański kształt patriotyzmu” dotyczących nacjonalizmu, jeszcze nie byłem świadom, że niemal dokładnie w tym samym czasie bydgoski ordynariusz ks. bp Jan Tyrawa nałożył na publikującego również w naszym tygodniku ks. prałata Romana Kneblewskiego zakaz wypowiadania się na tematy polityczne. Wprawdzie ks. Kneblewski nie mówił publicznie niczego, co stałoby w sprzeczności z nauką Kościoła, ale wystarczyło, że jego działalność nie podoba się „Wyborczej”, by ks. biskup (jak mniemam kierując się kultem tzw. Świętego Spokoju) postanowił częściowo uciszyć niewygodnego kapłana.

Decyzję bp. Tyrawy poprzedził goebbelsowski paszkwil wysmarowany w bydgoskiej mutacji „GW” przez niejakiego Marcina Kowalskiego, widniejący w internecie pod nagłówkiem „Ks. Kneblewski chciał mieć troje dzieci. Portret kapelana radykałów”. Już za sam tytuł redakcja może być mocnym kandydatem do dziennikarskiej „Hieny Roku” - bo ilu ludziom zechce się doczytać, iż marzenie o dzieciach i rodzinie towarzyszyło ks. Kneblewskiemu zanim jeszcze poczuł powołanie i wstąpił do seminarium? W umyśle przeciętnego odbiorcy zostanie godna Urbanowego „NIE” zbitka „ksiądz – troje dzieci”. Zresztą, sam tekst nie odstaje stylistyką od jątrzącego tytułu – ks. Kneblewski nazywany w nim jest „ikoną i kapelanem dla środowiska neofaszystów” (samo to kwalifikuje się na proces), ma rzekomo stać „w jednym szeregu” z Jackiem Międlarem i Piotrem Natankiem (oczywiste oszczerstwo, bo w przeciwieństwie do wymienionych ks. Kneblewski dochowuje posłuszeństwa Kościołowi), jest też o „neofaszystowskiej hordzie z Obozu Narodowo-Radykalnego i Narodowego Odrodzenia Polski”. Ale dość o tym, bo nie piszę tego tekstu, by epatować Czytelników szambem. Rzecz w tym, że podobne ataki ze strony Czerskiej i środowisk lewackich przypuszczane są na ks. Kneblewskiego regularnie i od dłuższego czasu. W końcu, wrogowie Kościoła, przynajmniej częściowo, dopięli swego.

Na marginesie – ks. Kneblewski wciąż może wypowiadać się na tematy religijne, duchowe. I tu pytanie: jeśli w kazaniu przypomni, jak to już czynił wcześniej, o „ordo caritatis” (porządku miłosierdzia), który nakazuje miłosierdzie uporządkowane, poczynając od własnej rodziny i najbliższego otoczenia, poprzez naród i braci w wierze, a dopiero później całą resztę – czy zostanie to potraktowane jako wypowiedź o charakterze duchowym, czy politycznym? I jak w ogóle uczciwie rozdzielić politykę od wymiaru moralnego zasadzającego się na Dekalogu i nauce Kościoła? A może zwierzchnicy odwołają się do definicji najprostszej i przyjmą, że „mieszanie się do polityki” występuje wówczas, gdy nie jest po linii michnikowszczyzny? Bo tak się składa, że inni, „postępowi” kapłani, mogą się na tematy polityczne wypowiadać skolko ugodno i bez żadnych konsekwencji. Znamy ten zastęp dyżurnych rozpolitykowanych czcicieli postępu z łamów „Wyborczej” i TVN-u, nie będę więc ich tutaj dodatkowo honorował wymienianiem z nazwiska. W każdym razie – im wolno...


II. Kapitulanctwo Kościoła

Ta podwójna miara wręcz bije po oczach. To aż niewiarygodne, że przeżywająca swój schyłek, odnotowująca nieustanny spadek sprzedaży lewacka gazetka jest w stanie dyktować politykę personalną Kościołowi. Można odnieść wręcz wrażenie, że część hierarchów wciąż ma w świadomości okres potęgi organu Michnika i nadal kuli się w sobie, niczym pod spojrzeniem węża, gdy tylko z tamtej strony dobiegnie jadowity syk. Tylko, przypomnę, Kościół nie jest od tego, by chować się na widok węża we własne buty, lecz by zmiażdżyć jego plugawy łeb. I tak właśnie postępuje ks. prałat Roman Kneblewski, pozostając zawsze – co koniecznie trzeba podkreślić – w zgodzie z dyscypliną i katolicką ortodoksją, z czym w przypadku księży-postępowców bywa różnie, o czym może się łatwo przekonać każdy, kto sięgnie po „Tygodnik Powszechny”. Odnotujmy jeszcze, że stosunkowo niedawno ks. Kneblewski padł ofiarą innej, groteskowej wręcz akcji działającego przy „Teatrze TrzyRzecze” Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych (kierowanego przez malwersanta z wyrokami, Rafała Gawła), który wysmażył na kapłana... donos do Watykanu (poszło o kazanie o muzułmańskich imigrantach). Defraudant i antykatolicka „Wyborcza” - to mają być siły, przed którymi kuli się polski Kościół? Ten sam, który nie ugiął się przed zaborcami i komuną, zapisując piękną kartę w naszej historii?

Dobra wiadomość w tym wszystkim jest taka, iż ks. Kneblewski zapowiedział, że podporządkuje się nakazowi biskupa Tyrawy. Tu widać dojrzałość i kapłańskie uformowanie. Tego zabrakło niestety młodemu księdzu Jackowi Międlarowi, o którym również pisałem na tych łamach w artykule „Sprawa ks. Międlara” - on w pewnym momencie niefortunnie się zagubił, lecz do owego zagubienia walnie przyczyniła się małoduszna postawa jego przełożonych, którzy woleli skapitulować przed uroszczeniami lewactwa, niż ratować powołanie swego podopiecznego.

Nie sposób nie odnieść wrażenia, że mamy tu do czynienia z konsekwentnie prowadzoną akcją dyskredytowania w oczach Kościoła i ogółu wiernych środowisk narodowych oraz samej idei nacjonalizmu. Narodowcy mają zostać pozbawieni swoich duszpasterzy („Wyborcza” atakuje również np. podprzeora klasztoru jasnogórskiego, o. Jana Poteralskiego za przychylne przywitanie pielgrzymki narodowców), napiętnowani jako heretycy i odszczepieńcy, a w konsekwencji symbolicznie usytuowani poza wspólnotą – na co zwracałem uwagę w felietonie dla „Warszawskiej Gazety” pt. „Lewactwo bierze się za ks. Kneblewskiego” a propos wspomnianej już akcji Rafała Gawła (przepraszam, ale na poruszany tu temat pisywałem już kilkukrotnie i trudno mi nie odnieść się teraz do wcześniejszych tekstów). Nie pozwólmy na to. W internecie na stronie http://www.citizengo.org/pl znajduje się petycja do bp. Jana Tyrawy „Wyrażam poparcie dla Ks. Prałata Romana Kneblewskiego!”. Czytamy w niej m.in. „Każdy kompromis i ustępstwo wobec ludzi pozbawionych wiary, moralności katolickiej, nie spowoduje uniknięcia prześladowań ale da im kolejne przyczółki. Każdy kompromis pozbawia nas naszej prawdy, która stanowi nas Polakami i Katolikami i daje moc złym ludziom krępować nasze dusze siecią nowych więzów. Zakaz mówienia o czymkolwiek, dany Kapłanowi, jest rezygnacją z głoszenia Ewangelii Chrystusa, która musi być przekładana na język życia prywatnego, społecznego, politycznego... jeśli tak nie jest, Kościół przestaje pełnić swoja rolę Matki i Wychowawczyni dusz, bo każda z tych wymienionych sfer domaga się zakorzenienia w prawie Chrystusa”. Zachęcam do podpisywania.


III. Nie ma patriotyzmu bez nacjonalizmu!

No i wreszcie aspekt ostatni. Trudno nie zauważyć, iż „uciszenie” ks. Romana Kneblewskiego zbiegło się w czasie z dokumentem „Chrześcijański kształt patriotyzmu”, z którego najbardziej ucieszyły się środowiska wrogie Polsce i Kościołowi. Pisząc przed tygodniem, iż list KEP stanie się dla lewaków pałką do walenia w polityczno-ideowych przeciwników oraz narzędziem presji wywieranej na Kościół, nie spodziewałem się, że wydarzenia nabiorą aż tak błyskawicznego tempa. Na ów tekst nie omieszkała się również powołać w przytaczanym na wstępie paszkwilu bydgoska „Wyborcza” - z wiadomym skutkiem. Nigdy więc dość powtarzania za księdzem prałatem – patriotyzm to umiłowanie ojczyzny, nacjonalizm zaś jest umiłowaniem narodu. Nie dopuśćmy, by utożsamiano nacjonalizm z szowinizmem, co niestety stało się udziałem autorów dokumentu.

A autorzy są, powiedziałbym, dość szczególni. Przewodniczącym Rady ds. Społecznych, która sygnuje pismo jest metropolita wrocławski abp. Józef Kupny – ten sam, który na gwizdek „Wyborczej” nałożył sankcje na ks. Międlara, rozpoczynając proces „wypychania” go z kapłaństwa. Natomiast członkiem Rady jest m.in. biskup Jan Tyrawa, który właśnie „zakneblował” ks. Kneblewskiego... Przypomnijmy więc dostojnym hierarchom przytoczone w specjalnym oświadczeniu liderów środowisk narodowych słowa Prymasa Tysiąclecia, Stefana Kardynała Wyszyńskiego: „Działajcie w duchu zdrowego nacjonalizmu. Nie szowinizmu, ale właśnie zdrowego nacjonalizmu, to jest umiłowania Narodu i służby jemu”.

Wystarczy zresztą chwilę się zastanowić nad wzajemną relacją patriotyzmu i nacjonalizmu – czym jest patriotyzm bez miłości do własnego narodu i tego co narodowe? Sentymentalnym wzruszeniem na widok wierzb, kibicowaniem sportowcom, słuchaniem mazurków Chopina, ckliwą łezką na widok flagi? Gołym okiem widać, że patriotyzm pozbawiony pierwiastka narodowego jest niepełny, staje się pustą wydmuszką. Że taki powierzchowny „patriotyzm bezobjawowy” jest celem lewaków - nie dziwi. Ale my pamiętajmy, że dopiero nacjonalizm wypełnia patriotyczne uczucia realną treścią. A zatem – nie ma patriotyzmu bez nacjonalizmu!


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 20 (17-23.05.2017)

piątek, 12 maja 2017

Ten okropny nacjonalizm...

Odnoszę wrażenie, że nasi biskupi podnosząc nacjonalistyczne „zagrożenia” strzelają w próżnię - walczą z problemem, którego nie ma.


I. Patriotyzm – nacjonalizm - szowinizm

Dokument Rady ds. Społecznych Konferencji Episkopatu Polski pt. „Chrześcijański kształt patriotyzmu” wywołał dość szeroki odzew - z tym, że raczej w środowiskach nie słynących ze zbyt żarliwego patriotyzmu, z „Gazetą Wyborczą” i okolicami na czele. Już samo to powinno dać do myślenia jego autorom, podobnie jak linia interpretacyjna środowisk lewicowych polegająca na starannym wyłuskaniu kilku fragmentów, by następnie użyć ich w charakterze bata na prawicę. Ponieważ w przeciwieństwie do wielu komentatorów ja akurat zadałem sobie trud, by ów list Episkopatu przeczytać w całości (dostępny jest na stronach KEP), mogę stwierdzić, że pod 90-95 proc. jego treści mógłby się podpisać każdy polski patriota. Łyżką dziegciu jest właśnie owe kilka procent z lubością eksploatowane przez akolitów sekty z Czerskiej, kiedy to biskupi zaczynają mówić o nacjonalizmie, przeciwstawiając go patriotyzmowi.

Otóż owo przeciwstawienie jest z gruntu fałszywe i wynika z pomieszania pojęć. Bardzo ładnie ujął to ks. Roman Kneblewski (swoją drogą, jeden z ulubionych celów nagonek „Wyborczej”) mówiąc, iż patriotyzm jest umiłowaniem ojczyzny, zaś nacjonalizm – umiłowaniem swojego narodu. Są to zatem dwie uzupełniające się cnoty, zasadzające się na chrześcijańskiej miłości. Czym innym jest natomiast szowinizm – czyli nienawiść do innych narodów i dążenie do ich zniszczenia, tak by zwiększyć tym samym „szanse życiowe” własnej nacji. Szowinizm w oczywisty sposób jest ideologią z piekła rodem, czego zresztą doświadczyliśmy na własnej skórze. Tymczasem polscy hierarchowie zdają się uporczywie nie dostrzegać tego elementarnego rozróżnienia, utożsamiając nacjonalizm z szowinizmem właśnie. Najdalej swojego czasu posunął się ks. prymas Wojciech Polak nazywając nacjonalizm „herezją”. I tym tropem poszli biskupi w omawianym tu piśmie, dając lewactwu powód do nieskrywanej satysfakcji.


II. Salwy w próżnię

Pierwszy błąd polega na zrównaniu destrukcyjnego, egoistycznego indywidualizmu prowadzącego do atomizacji społeczeństwa z nacjonalizmem rozumianym jako narodowy egoizm, zamykający się jakoby na inne wspólnoty. Nic z tych rzeczy – nacjonalizm bowiem w pełni wpisuje się w „ordo caritatis”, czyli porządek miłosierdzia. W analizowanym tu kontekście oznacza on tyle, że najpierw naszym obowiązkiem jest zadbanie o własny naród, jego dobro i pomyślność, a dopiero w dalszej kolejności o inne narody, jeśli te akurat potrzebują naszej pomocy. W takiej postawie nie ma nic niechrześcijańskiego.

Drugi błąd zawiera się w stwierdzeniu: „za niedopuszczalne i bałwochwalcze uznać należy wszelkie próby podnoszenia własnego narodu do rangi absolutu, czy też szukanie chrześcijańskiego uzasadnienia dla szerzenia narodowych konfliktów i waśni”. Pełna zgoda, z jednym zastrzeżeniem – to „podnoszenie do rangi absolutu” (czyli stawianie narodu w miejsce Boga) nigdy nie było cechą polskiego nacjonalizmu. Przeciwnie, polski nacjonalizm historycznie zawsze był wierny Kościołowi. Nawet Dmowski, który przez większość życia był osobą indyferentną religijnie, doceniał wagę katolicyzmu i jego rolę cywilizacyjną w kształtowaniu narodowego bytu. Natomiast z „deifikacją” narodu mieliśmy do czynienia w nazistowskich Niemczech, co przejawiało się m.in. w promowaniu „prawdziwie narodowych” starogermańskich kultów. Zatem na dobrą sprawę można by przewrotnie przyjąć, iż omawiany cytat jest pryncypialną krytyką niemieckiego szowinizmu - bardzo zresztą słuszną i na czasie, bo faktycznie Niemcy ostatnio rozpychają się w Europie i starają się przekształcić Unię Europejską w IV Rzeszę. Dodajmy – antychrześcijańską i nihilistyczną.

Poważniejąc – owszem, przedstawianie narodu jako najwyższego absolutu to bluźnierstwo i herezja. Tyle, że polscy narodowcy (może poza skrajnym marginesem) niczego podobnego nie robią.

Nieco dalej autorzy dokumentu powołują się na wystąpienie Św. Jana Pawła II na forum ONZ w 1995r., w którym stwierdził, iż „należy ukazać zasadniczą różnicę, jaka istnieje między szaleńczym nacjonalizmem, głoszącym pogardę dla innych narodów i kultur, a patriotyzmem, który jest godziwą miłością do własnej ojczyzny”. Ów „szaleńczy nacjonalizm” to nic innego, jak wspomniany wyżej szowinizm. Różnicę między nacjonalizmem a szowinizmem już sobie wyjaśniliśmy.

W kolejnej części dokumentu hierarchowie podnoszą otwarty i inkluzywny charakter polskiego patriotyzmu, zwracając uwagę, iż Polsce przez stulecia dobrze służyli mieszkający tu przedstawiciele innych narodowości i wyznań. I znów – przecież polscy narodowcy wcale się od tej spuścizny nie odżegnują. Gdy jacyś wandale/prowokatorzy zbezcześcili tatarski meczet i cmentarz w Kruszynianach, spotkało się to z jednoznacznym potępieniem Ruchu Narodowego i ONR-u („Nie znajdujemy słów na potępienie tych skandalicznych uczynków skierowanych przeciwko polskim Tatarom, których historia tak ściśle związała z naszą wspólną Ojczyzną, że stali się integralną częścią Narodu Polskiego”). Podobnie rzecz się miała w przypadku dewastacji meczetu w Poznaniu, na co stanowczo zareagowała Młodzież Wszechpolska („Sprzeciwiamy się prymitywnemu szowinizmowi, wymierzonemu tym razem przeciwko środowisku muzułmanów w Poznaniu”). Inna sprawa, że wielokulturowa Rzeczpospolita była pokłosiem unii z Wielkim Księstwem Litewskim – organizmem powstałym w określonych warunkach historycznych. Notabene, górne warstwy społeczne Wielkiego Księstwa w naturalny sposób uległy szybkiej polonizacji, bo ówczesna Polska stanowiła dla nich atrakcyjny model cywilizacyjno-kulturowy. Obecnie, gdy nie ze swojej winy staliśmy się państwem monoetnicznym, robienie u nas na siłę jakiegoś kulturowego tygla byłoby zabiegiem sztucznym, z dziedziny inżynierii społecznej. Czym to skutkuje, widzimy na przykładzie Zachodu.


III. Oręż dla lewaków

Generalnie, odnoszę wrażenie, że nasi biskupi podnosząc nacjonalistyczne „zagrożenia” strzelają w próżnię - walczą z problemem, którego nie ma. Wygląda to tak, jakby Episkopat doznał zbiorowej pomroczności jasnej i recenzował rzeczywistość istniejącą wyłącznie na łamach „Wyborczej” i podobnych mediów. Nic więc dziwnego, że właśnie stamtąd dobiegły najgłośniejsze odgłosy dzikiej radochy – bo też lewacy dostali do ręki wymarzoną pałę do walenia po głowach swoich polityczno-ideowych przeciwników. Już teraz na bazie dokumentu padają nawoływania do przyjmowania „nachodźców”. Zarazem list KEP niejako stawia poza marginesem środowiska narodowe, wpychając je tym samym w objęcia różnych samozwańczych kaznodziejów. Dokument będzie dla michnikowszczyzny znakomitym narzędziem w zwalczaniu sympatyzujących z narodowcami kapłanów, których „Wyborcza” ma nieustannie na celowniku i nie ustaje w płodzeniu donosów do ich kościelnych zwierzchników - tak zniszczono Międlara (skutecznie) i próbowano zniszczyć ks. Kneblewskiego (póki co, nieskutecznie). Teraz ten proceder wywierania presji na kościelnych organach jeszcze się wzmoże - i za każdym razem donos będzie połączony z wymachiwaniem tym nieszczęsnym pismem.

Podam kilka przykładów reakcji ze stron „GW”. Postępowy ks. Alfred Wierzbicki postuluje, by Episkopat poszedł za ciosem i opublikował list o naszej obecności w UE i „europejskim patriotyzmie”. Przepraszam - czy chodzi o tę Unię, która nie chce słyszeć o chrześcijańskich korzeniach Europy i odcina się tym samym od własnych ojców-założycieli - niemieckich i francuskich chadeków? Przypomnę, działających w czasach, kiedy termin „chrześcijańska demokracja” faktycznie coś oznaczał.

Gazetowyborczy „pan od religii” Wilgocki Michał z kolei gardłuje o burdzie w Ełku pod kebabem oraz spalonej we Wrocławiu kukle Żyda - i jak bardzo w związku z tym ów list jest potrzebny. Tą kukłą będą nas straszyli, mam wrażenie, do końca świata. Rację miał Robert Winnicki stwierdzając, że ten wybryk dał paliwo „Gazecie Wyborczej” na najbliższe 10 lat - i tym bardziej utwierdza mnie to w przekonaniu, że ten cały Rybak był nasłanym prowokatorem pokroju słynnego „Andrzeja spod krzyża”.

Natomiast Zuzanna Radzik idzie dalej i sarka, że dokument jest za mało konkretny, że biskupi stanęli bezpiecznie z boku i nie napiętnowali konkretnych przypadków nacjonalizmu. Słowem, daj palec, wezmą rękę. I ta ręka będzie szarpana, nie miejmy złudzeń. Takie będą efekty listu biskupów – niezależnie od ich intencji. Już teraz widać w jakim kierunku pójdzie medialna interpretacja i do czego będzie służyła lewackim ośrodkom propagandowym.

Szczerze mówiąc, aż głupio mi zwracać uwagę na takie – zdawałoby się – oczywistości. Nie sposób jednak pozostawić dokumentu KEP bez komentarza w sytuacji, gdy funkcję recenzenta Kościoła zarezerwowała dla siebie michnikowszczyzna, która korzysta z tego samozwańczego przywileju pełnymi garściami – jak widać, skutecznie. Z tonu wypowiedzi czerskich jednoznacznie wynika, iż list KEP potraktowali jako swój sukces - trudno się więc dziwić, ich ekstatycznej drżączce. Lada chwila zaczną mówić językami...


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 19 (10-16.05.2017)