Pokazywanie postów oznaczonych etykietą banderyzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą banderyzm. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 lipca 2017

Willkomenskultur po polsku

Obecny rząd otwierając na oścież granice przed ukraińskimi pracownikami zwyczajnie przegiął.


I. Potop ze wschodu

Taki obrazek. Popołudniowe zakupy w „Biedronce” w niewielkim miasteczku na Mazowszu. Dość tłoczno, bo to pora powrotów z pracy do domu, do dwóch czynnych kas kolejki z zakrętaskiem. Jaki język zewsząd dobiega? Tak, zgadli Państwo – ukraiński. Mniej więcej fifty-fifty z polskim, rzecz jeszcze ze dwa lata temu nie do pomyślenia. Znajomy, który szmat życia spędził na wschodzie, potem tu przyjechał i założył rodzinę twierdzi, że w „Biedrze” czuje się, jakby nagle przeniósł się z powrotem w rodzinne strony. Krótki spacer po tymże miasteczku i oko bez trudu wyłowi na kilku budynkach ogłoszenia o tanich kwaterach pracowniczych dla Ukraińców. W miejscowych zakładach pracy do niedawna wykorzystujących polską „tanią siłę roboczą” obecnie są już całe ukraińskie zmiany. Jedynie na sklepowych kasach siedzą jeszcze Polki, bo jednak potrzebny jest jakiś elementarny werbalny kontakt z klientem. Inny obrazek – warszawski Dworzec Zachodni. Tu już nawet nie ma proporcji pół na pół – ukraiński i rosyjski dominują niepodzielnie, podobnie jak wyładowane „czemodany”, jakie warszawiacy mogą pamiętać z lat świetności bazaru na Stadionie Dziesięciolecia. Kasy dalekobieżne przeżywają oblężenie, w kolejkach do kiosków i punktów gastronomicznych również Ukraińcy. Co ciekawe, polscy ekspedienci obsługują ich z wyraźną niechęcią, przez zaciśnięte zęby. Gdy przychodzi moja kolej i odzywam się po polsku – radykalna zmiana: uśmiech, obsługa kulturalna i uprzejma. Najwyraźniej odczucia towarzyszące masowej migracji ekonomicznej pokrywają się z moimi: niedawna sympatia dla walczącej z Putinem Ukrainy to jedno (i na odległość), niechby nawet i trochę pracowników z tamtych rejonów, ale co za dużo, to niezdrowo.

Domyślają się już Państwo do czego zdążam? Obecny rząd otwierając na oścież granice przed ukraińskimi pracownikami zwyczajnie przegiął. Fali migracyjnej praktycznie nikt nie kontroluje, a oficjalne dane o liczbie pracujących w Polsce Ukraińców (ok. 1,3 mln.) można włożyć między bajki, bo zatrudnionych na czarno może być równie dobrze drugie tyle – ze stałą tendencją wzrostową. To aż nieprawdopodobne, że rząd PiS, tak rygorystycznie chroniący nas przed muzułmańskimi migrantami z Bliskiego Wschodu i Afryki, tutaj wydaje się być kompletnie ślepy. Co więcej, słyszymy, że skoro Ukraińcy przyjeżdżają tu do pracy lub na studia, to w zasadzie wszystko jest w porządku, do tego są „kulturowo bliżsi” więc łatwiej się zasymilują...

Otóż nie. Obecna polityka migracyjna (a w zasadzie jej brak, bo „polityka” zakłada jednak jakąś planowość i uporządkowanie) to podkładanie pod polskie społeczeństwo bomby z opóźnionym zapłonem.

II. Ukrainizacja rynku pracy

Od razu zaznaczę, by nie wylewać dziecka z kąpielą - kontrolowany napływ pracowników z zewnątrz bywa jak najbardziej przydatny i racjonalny. Tam gdzie cierpimy na deficyt fachowców może wręcz ratować poszczególne branże – tak jest np. w transporcie ciężkim (tzw. TIR-y), w którym jesteśmy europejskim potentatem. Tu faktycznie dramatycznie brakuje kierowców z uprawnieniami na ciągniki siodłowe. Podobnie w wielu gałęziach rolnictwa. Sadownictwo od lat stoi na sezonowych pracownikach zza wschodniej granicy, bo Polacy do takiej roboty niespecjalnie się garną - podobnie jak niemieccy bauerzy przez dziesięciolecia „ciągnęli” na Polakach. Ci sami Niemcy umiejętnie nas „podskubywali” ze specjalistów – w sposób precyzyjny i przemyślany – nawet, gdy co do zasady ich rynek pracy był dla nas „zamknięty”. Przykładowo, Gerhard Schroeder w 2000 r. ogłosił, że zostanie wydanych 20 tys. zezwoleń na pracę dla zagranicznych informatyków, nawet nie ukrywając, że liczy głównie na Polaków – bo tylu fachowców brakowało niemieckiej gospodarce. Tak wygląda uzupełnianie niedoborów pracowniczych przeprowadzane z głową.

Jednak, gdy pozwalamy, by przez granice wlewała się niekontrolowana rzeka, to sami prosimy się o kłopoty. Ukraina pogrążona jest w strukturalnym kryzysie – na wojnę w Donbasie nakłada się oligarchizacja tamtejszej gospodarki i gigantyczna korupcja ze wszystkimi tego konsekwencjami. To sytuacja jak podczas naszej „transformacji” tylko razy dziesięć. W efekcie, jak podaje Karol Kaźmierczak w opublikowanej na portalu Kresy.pl świetnej analizie „Ukraińskie zagrożenie - źródła i skutki imigracji zarobkowej”, 40 proc. Ukraińców deklaruje chęć pracy za granicą, a 30 proc. - chęć wyjazdu na stałe. Dla władz ukraińskich pogrążonych w reformatorskiej niemocy taki exodus doraźnie jest błogosławieństwem, bo upuszcza spod pokrywki ciśnienie społecznego niezadowolenia – dokładnie tak samo, jak emigracja 2 mln. Polaków za rządów Tuska.

Ta tendencja leje rzecz jasna miód na serce i portfele organizacji pracodawców w Polsce, którym wskutek malejącego bezrobocia i programu „500+” zajrzało w oczy widmo presji na podniesienie płac. Teoretycznie niby od kilku lat mówi się, że konkurowanie niskimi kosztami pracy jest ślepym zaułkiem, że model rozwojowy rodem z Bangladeszu jest na wyczerpaniu i powinniśmy od tego odchodzić. Jednak w praktyce rozbestwieni ćwierćwieczem bezkarnego wykorzystywania przymusu ekonomicznego w jakim znajdowały się rzesze Polaków pracodawcy nie chcą, bądź nie potrafią przestawić się na nowe tory. Toteż przystąpili do intensywnego i niestety skutecznego lobbingu na rzecz tanich pracowników z Ukrainy. Efektem jest zamrożenie zarobków i „uśmieciowionego” rynku pracy – bo jak nie pasuje, to jest dziesięciu chętnych Ukraińców. Dodatkowym skutkiem jest brak zachęt do powrotu do kraju polskich emigrantów, których ponoć mieliśmy ściągać. Zostają „modernizacyjne” bajki Morawieckiego o elektrycznych autach i żądania Cezarego Kaźmierczaka ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców by przyjąć dalszych 5 mln. pracowników zza wschodniej granicy. Mało tego – po wprowadzeniu ruchu bezwizowego, pracodawcy boją się, że Ukraińcy odpłyną na Zachód i zaczęli się domagać „poprawy warunków pracy” - czyli podejmowania przez imigrantów pracy na stałe (teraz wydawane są zezwolenia czasowe) i możliwości OSIEDLANIA SIĘ W POLSCE.

Zaraz usłyszę, że rozpędzona polska gospodarka potrzebuje dalszej stymulacji wzrostu PKB – owszem, tylko kto realnie na tym wzroście skorzysta? Innymi słowy – kto skonsumuje jego owoce? Polacy nie, bo ich pensje nie wzrosną. Ukraińcy gros zarobionych pieniędzy transferują do swoich rodzin – nie wydają ich tutaj, poza absolutnie podstawowymi zakupami we wspomnianych na wstępie dyskontach, które nie są polskie. W specjalnych strefach ekonomicznych (tych współczesnych obozach pracy), gdzie są zatrudniani, również dominują zagraniczne podmioty korzystające na dodatek z dotacji na inwestycje i zwolnień, a zyski „optymalizują”, tak by nie płacić w Polsce podatków. Wychodzi na to, że dopłacamy zagranicznym koncernom do tego, by mogły sobie zatrudnić w Polsce Ukraińców. Czy widzą tu Państwo jakąkolwiek logikę?


III. „Willkommenskultur” po polsku

Tego wszystkiego rząd PiS, z jednej strony spętany dogmatem pomagania Ukrainie w imię wizji Międzymorza (gdzie Ukraina ma to Międzymorze, z grubsza wiadomo), z drugiej szantażowany spowolnieniem papierowych statystyk, nie chce dostrzegać. Alarmują w zasadzie tylko narodowcy, za co dostają łatkę „ruskich agentów”. Tymczasem podnoszone przez nich niebezpieczeństwo podmiany populacji jest całkiem realną perspektywą, a to z tej prostej przyczyny, że naiwnością jest sądzić, że Ukraińcy przyjadą tu, trochę popracują i wyjadą do siebie. Otóż nie, nie wyjadą. Tak samo myśleli Niemcy sprowadzając sobie masowo gastarbeiterów z Turcji – obudzili się po niewczasie z potężną mniejszością i wszystkimi związanymi z tym problemami. Analogie z obecnym kryzysem migracyjnym również są dość czytelne, jeśli wziąć pod uwagę, że większość Ukraińców pochodzi z zachodniej części kraju, najbardziej przesiąkniętej banderowską propagandą – potencjalnie równie morderczą co islamizm (nie bez przyczyny zajmuję się tym tematem właśnie tuż po kolejnej rocznicy Krwawej Niedzieli). Za kilka lat możemy się ocknąć z kilkumilionową mniejszością, która zapewne zechce się politycznie zorganizować i nie łudźmy się – ci ludzie się nie spolonizują, choćby dlatego, że już teraz aktywnie wśród nich działa Związek Ukraińców w Polsce. Na marginesie – ukraińscy imigranci założyli we Wrocławiu amatorski piłkarski klub „Dynamo”, który przyjął sobie czerwono-czarne, banderowskie barwy. Tymczasem sejmowa większość boi się wpisać banderyzmu do karalnych ideologii.

Na zakończenie - masowy napływ Ukraińców zwietrzyło już lewactwo jako szansę na zaprowadzenie swojskiej odmiany „multi-kulti”. Prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz w wywiadzie udzielonym Jarosławowi Kuźniarowi z Onetu raczył wyrazić nadzieję, iż 100 tys. mieszkających w aglomeracji wrocławskiej Ukraińców może być „lekarstwem na polską ksenofobię”. Ciekawe, czy właśnie za takie podejście odebrał niedawno Niemiecką Nagrodę Narodową. Ot - i doczekaliśmy się „Willkommenskultur” po polsku...


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 29 (19-25.07.2017)

niedziela, 18 czerwca 2017

Ukraiński szowinizm, czyli wskrzeszanie wampira

Nie da się reanimować banderyzmu częściowo - tak jak nie da się częściowo wskrzesić wampira


I. Reductio ad Putinum

Wygląda na to, że przestrogi o narastaniu na Ukrainie antypolskiego banderyzmu nie były wymysłem oszalałych obsesjonatów, pożytecznych idiotów, bądź innej „V kolumny Putina”, której tropieniem z zamiłowaniem zajmują się różni domorośli łowcy agentów, tudzież beneficjenci służbowych odznaczeń, z „frondelkami poświęconymi” na dokładkę. Dodajmy, iż czynią to nie kłopocząc się zanadto rozróżnianiem, czy krytyka obecnej polityki tożsamościowej Kijowa wychodzi z kręgów kresowiaków upominających się o pamięć o ofiarach rezunów, narodowców postulujących realistyczne podejście do wzajemnych relacji oparte o trzeźwą kalkulację narodowych interesów, czy też szemranych środowisk od których faktycznie zalatuje smrodem ruskich onuc w rodzaju „Zmiany”, czy różnych popłuczyn po tzw. „endokomunie”. Do tej pory schemat był prostacki jak konstrukcja cepa: krytykujesz politykę Kijowa, nie piejesz z zachwytu nad „herojami”, widzisz narastanie szowinistycznych nastrojów podsycanych przez oficjalną politykę historyczną ukraińskich instytucji – jesteś „ruskim agentem”, lub co najmniej elementem podejrzanym, względnie kretynem bezwiednie grającym na korzyść Kremla, siejącym zamęt i podkopującym „strategiczne sojusze”.

Jeżeli już nie dawało się spuścić zasłony milczenia na co bardziej bulwersujące ekscesy w rodzaju wysadzania pomników i dewastowania polskich miejsc pamięci, uruchamiano narrację alternatywną – mianowicie, że to wszystko robota „ruskiej agentury” (to jest akurat element stały przekazu), tyle że działającej na Ukrainie i dążącej metodą prowokacji do skłócenia bratnich narodów. Tak się składa, że każdorazowo z takim wytłumaczeniem wychodziły ukraińskie służby – i było ono z miejsca, bezkrytycznie i bez jakichkolwiek prób weryfikacji kolportowane przez tutejsze ośrodki przekazu. Wszystko to okraszone moralnym szantażem opartym o tzw. „reductio ad Putinum”: wątpisz w oficjalne „wyjaśnienia”, które tak naprawdę niczego nie wyjaśniają – znaczy, jesteś „ruską tubą”, nie lepszą od jakiegoś „Sputnika”.

Na to wszystko nakładał się bezwład polskiej dyplomacji i czynników rządowych. SBU mówi, że pomnik w Hucie Pieniackiej wysadzili „ruscy prowokatorzy”? Okej, przyjmujemy to i nie pytamy o więcej – wiadomo, sytuacja jest delikatna, trwa wojna w Donbasie i lepiej nie naciskać, bo... No właśnie, tak naprawdę nie wiadomo co – Ukraina się obrazi i przestanie walczyć z Rosją? Odda się z powrotem pod kuratelę Kremla? Przepuści pod naszą granicę ruskie tanki? W zasadzie trudno odgadnąć, jakież to racjonalne motywacje każą naszym przedstawicielom łykać kit i nie zadawać pytań – choćby o to, ilu tych rzekomych „ruskich agentów” złapały do tej pory ukraińskie służby.


II. Szowinistyczny pejzaż

Tymczasem ostatnie dni i tygodnie przyniosły prawdziwy wysyp niepokojących informacji. Incydenty mają różny ciężar gatunkowy, lecz zebrane w całość tworzą nader nieprzyjemny pejzaż rozkwitu antypolskich nastrojów i dają świadectwo stopniowego zakorzeniania się neo-banderowskiego kultu w ukraińskim społeczeństwie.

Pod koniec marca doszło do ostrzelania z granatnika polskiego konsulatu w Łucku – na szczęście nikt nie zginął. Atak na polskie państwo (bo tak traktuje się każdy zamach na placówkę dyplomatyczną) oczywiście z miejsca został zakwalifikowany jako „prowokacja” - sprawców rzecz jasna nie ujęto. Wcześniej oblano czerwoną farbą konsulat we Lwowie i namazano na nim hasło „Nasza ziemia”. Tamże (marzec 2017) oblano czerwoną farbą pomnik lwowskich profesorów zamordowanych przez Niemców podczas II WŚ - to samo zrobiono z pomnikiem pomordowanych Polaków w Podkamieniu. W obu miejscach pozostawiono napis „Śmierć Lachom”. Ukraińskie władze wszystkie incydenty przypisały „stronie trzeciej”, co zostało przyjęte przez naszych przedstawicieli bez zastrzeżeń. Sprawcy pozostają bezkarni.

Pod koniec maja usiłowano podpalić polską szkołę w Mościskach. Wybito okno, do wnętrza klasy wrzucono dwa kanistry z benzyną i podpaloną szmatę. Dzięki szybkiej reakcji okolicznych mieszkańców, którzy zaalarmowali straż pożarną, ogień udało się ugasić, ale do spalenia placówki niewiele brakowało. Sprawcy – nieznani.

26 maja w Kijowie miała miejsce premiera polakożerczego i rewizjonistycznego filmu „Utracona ojczyzna” wyprodukowanego przez Towarzystwo Chełmszczyzna. Tytułową „utraconą ojczyzną” jest polska Chełmszczyzna przedstawiana jako „ukraińskie ziemie”. Mowa jest w nim o rzekomo „rdzennych mieszkańcach” wypędzonych przez Polaków – bez przypomnienia, że to niemieccy okupanci zasiedlali te tereny Ukraińcami, wysiedlając wcześniej tamtejszych Polaków. O ludobójstwie na Kresach – ani słowa.

Podczas odbywającego się w dniach 2-4 czerwca rajdu Grand Prix Leopolis we Lwowie (historyczny, przedwojenny rajd, obecnie jedną z jego atrakcji jest prezentacja zabytkowych pojazdów i załóg w historycznych strojach) euforię wśród publiczności wywołała ekipa rekonstrukcyjna ubrana w mundury SS-Galizien, startująca w „konkursie elegancji”. Niby drobiazg, ale reakcja widowni, podobnie jak sam fakt, że w ogóle doszło do symbolicznej gloryfikacji zbrodniczej formacji – nader znaczące.

7 czerwca ugrupowanie Ukraińska Partia Halicka, aktywne w samorządach lokalnych na zachodniej Ukrainie, zażądało w specjalnym oświadczeniu wydalenia z terytorium Ukrainy metropolity lwowskiego, abp. Mieczysława Mokrzyckiego. W tym celu zmanipulowano jego wypowiedź – abp. Mokrzycki miał jakoby powiedzieć, że wojna w Donbasie jest karą za wołyńskie ludobójstwo. Oczywiście, metropolita lwowski niczego podobnego nie powiedział.

Kolejna sprawa (a właściwie policzek dla Polski), czyli nadanie jednej z głównych kijowskich ulic imienia Romana Szuchewycza – szowinisty i ludobójcy bezpośrednio odpowiedzialnego za eksterminację ludności polskiej na Wołyniu, Kresach i Małopolsce Wschodniej. To można porównać jedynie z ostentacyjnym uchwaleniem ustawy gloryfikującej OUN-UPA podczas wizyty prezydenta Komorowskiego.

No i rzecz ostatnia – cofnięcie przez ukraińskie władze zgody na prace poszukiwawcze i ekshumacyjne ofiar wołyńskiego ludobójstwa, które miały być prowadzone przez polskich naukowców i wolontariuszy. Rzekomo państwo ukraińskie nie było w stanie „zapewnić im bezpieczeństwa”.


III. Wskrzeszenie wampira

I pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno przekonywano nas, że pogrobowcy Bandery to margines, a poza tym, ten nowy, „lepszy” ukraiński nacjonalizm jest ponoć wyłącznie „antyrosyjski”. Cóż, swojego czasu pisałem, że nie da się reanimować banderyzmu częściowo - tak jak nie da się częściowo wskrzesić wampira. Nie sposób eksponować jedynie jego antysowieckiego oblicza, z pominięciem elementu antypolskiego, a to dlatego, że wrogość do Polaków jest immanentną częścią składową tej zbrodniczej ideologii, która zawsze będzie się podskórnie tliła, czekając na dogodny moment. Co więcej, im poważniejsze wewnętrzne trudności będzie przeżywało zanarchizowane i balansujące na krawędzi rozpadu ukraińskie państwo, tym chętniej władze będą po cichu odgrzewały i stymulowały antypolskie resentymenty – by skierować frustrację obywateli na bezpieczniejsze dla siebie tory. A Polska, jako „wróg zastępczy” jest wymarzonym celem – bo i historyczne zaszłości, i odpowiedzieć zdecydowanie nie potrafi, spętana mirażem Międzymorza z Ukrainą w roli „perły w koronie”.

Czy nadal mamy wierzyć, że zasygnalizowane tu wydarzenia są efektem „rosyjskich prowokacji”? A może jednak tak się porobiło, że Ukraińcom nie potrzeba już żadnych obcych „zachęt”? Obecnie przebywa w Polsce ok. 2 mln. obywateli Ukrainy, głównie z zachodniej części kraju, najłatwiej poddającej się szowinistycznej indoktrynacji – a będzie ich jeszcze więcej, bo właśnie wprowadzono ruch bezwizowy z UE, w tym z Polską. Dlatego palącą potrzebą staje się wprowadzenie zakazu propagowania ideologii banderowskiej - na takich samych zasadach jak komunizmu i narodowego socjalizmu. Tyle we własnym kraju możemy chyba jeszcze zrobić?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/



Na podobny temat:

Głos prawdy o Ukrainie

Wołyńskie korowody

„Cichociemni” uwierają Ukrainę

Międzymorze bez Ukrainy

Ukraińska bezczelność i polska bezradność

Ukraina, czyli pokój gorszy od wojny

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 24 (16-22.06.2017)

piątek, 26 maja 2017

Głos prawdy o Ukrainie

Miło jest obserwować stopniowy powrót do przytomności naszej dotąd bezkrytycznie proukraińskiej prawicy.


I. Asymetria relacji

Cieszy, że tezy i diagnozy formułowane konsekwentnie na łamach „Polski Niepodległej” (w tym, dodam nieskromnie, przez niżej podpisanego) odnośnie stosunków polsko-ukraińskich zaczęły przebijać się do prawicowego mainstreamu. Otóż niedawno Reduta Dobrego Imienia wystosowała oświadczenie dotyczące wspomnianej tematyki w którym daje wyraz swojemu zaniepokojeniu rysującymi się od dłuższego czasu tendencjami w polityce tożsamościowej i historycznej naszego sąsiada. Dokument został skierowany m.in. do Kancelarii Prezydenta, Ministerstwa Spraw Zagranicznych oraz MSWiA. Ponieważ póki co żaden Marcin Rey, tudzież inni domorośli tropiciele „ruskich agentów” nie zapisali Reduty, ani jej fundatorów do „V kolumny Putina” (byłoby to dość karkołomne, zważywszy, że w RDI są Maciej Świrski, Józef Orzeł, prof. Andrzej Nowak, Jan Pietrzak, Tadeusz Płużański i Marcin Wolski), to istnieje szansa, że ich głos zostanie potraktowany z należytą powagą przez PiS-owski establishment.

Przede wszystkim, wreszcie otwartym tekstem pada konstatacja – dla nas oczywista – o niechęci Ukraińców do skonfrontowania się z prawdą o Rzezi Wołyńskiej. Tych „wreszcie” jest zresztą dużo więcej – chociażby, w końcu podkreślono zdumiewającą asymetrię wzajemnych relacji. Z jednej strony Polska od lat konsekwentnie i bezwarunkowo udziela Ukrainie poparcia w jej walce o wyrwanie się z rosyjskiej strefy wpływów. Basujemy europejskim aspiracjom Kijowa, wspieramy naszych sąsiadów politycznie, logistycznie, finansowo, otwieramy granice dla ukraińskich emigrantów zarobkowych i studentów – nie zgłaszając przy tym żadnych roszczeń rewindykacyjnych, choć na dobrą sprawę mielibyśmy do tego pełne prawo. Z drugiej strony, ukraińskie władze (a nie, jak czasem próbuje się to przedstawiać, marginalne grupki radykałów) oficjalnie biorą udział w fałszowaniu historii, gloryfikują zbrodnicze formacje OUN-UPA, odmawiają upamiętnienia ofiar – krótko mówiąc, prowadzą politykę otwarcie antypolską i szowinistyczną, budując nową narodową tożsamość w oparciu o kompletnie zakłamany „mit założycielski” spod znaku „herojam sława!”.


II. Szantaż emocjonalny

Autorzy „Oświadczenia” zwracają przy tym uwagę na jeszcze jeden aspekt wzajemnych stosunków – mianowicie, każdy antypolski eksces w rodzaju niszczenia pomników, czy ataków na nasze placówki dyplomatyczne tłumaczy się – bez próby analizy – rosyjskimi prowokacjami. Owszem, nie jest wykluczone, że w bardaku jaki panuje obecnie na Ukrainie ruska agentura może sobie swobodnie hulać i np. ostrzelać z granatnika polski konsulat. Problem w tym, że równie dobrze za atakami mogą stać ukraińscy nacjonaliści, nie potrzebujący dodatkowej, zagranicznej motywacji. Wystarczy im podżegający przekaz produkowany konsekwentnie przez ukraiński IPN pod przewodnictwem Wołodymyra Wjatrowycza. Jednakowoż, tak strona ukraińska, jak i nasi zwolennicy bezwarunkowego „pojednania”, nie weryfikując faktów z miejsca przypisują odpowiedzialność rosyjskiej dywersji. Osobiście wolałbym, żeby ukraińskie służby schwytały przynajmniej jednego takiego „ruskiego prowokatora” i pokazały go nam – choćby po to, aby się uwiarygodnić. Tymczasem sprawcy – co podkreślone jest w omawianym dokumencie - pozostają nieuchwytni. Od siebie dodam, że każdorazowe zwalanie winy na zasadzie „cui prodest” na putinowskich „ludzików” coraz bardziej przypomina uporczywe zaklinanie rzeczywistości – najprawdopodobniej powodowane lękiem zaklinających, że realia mogą drastycznie rozmijać się z ich oczekiwaniami.

W oświadczeniu czytamy: „Co więcej, każdemu, kto zadaje pytania o skalę odradzającego się nacjonalizmu ukraińskiego i realizm we wzajemnych relacjach polsko–ukraińskich knebluje się usta oskarżeniem o działalność agenturalną i przypięciem łatki przynależności do V kolumny Putina. Stajemy się w ten sposób zakładnikami szantażu emocjonalnego”. Nic dodać, nic ująć. Dobrze, że wreszcie zostało to powiedziane przez kogoś, komu nie da się łatwo przykleić etykietki „oszołoma”, bo to służy sprawie.


III. Jałowy „dialog”

W dalszej części RDI podnosi problem jałowości – a wręcz przeciwskuteczności - „dialogu” między polskimi a ukraińskimi historykami. Efekt bowiem jest taki, że owa debata służy jedynie uwiarygodnieniu wrogiej nam historycznej propagandy, negującej bądź co najmniej relatywizującej zbrodnie OUN-UPA. Nadmieńmy – przy całkowitej impregnacji strony ukraińskiej na polskie postulaty. Czym to się kończy, obrazuje dołączony do „Oświadczenia” obszerny aneks demaskujący manipulacje zawarte w artykule autorstwa Serhija Rabienki „Co się stało w Parośli? Kto przyniósł śmierć do polskiej kolonii na Wołyniu”, który ukazał się w „Ukraińskiej Prawdzie” 4 lutego 2017. Osią tego jawnie negacjonistycznego tekstu jest próba „udowodnienia”, że za zbrodnią na polskiej ludności nie stało UPA, tylko „nie wiadomo kto”, a przychylnie komentował go nie kto inny, jak dobrze nam znany Wołodymyr Wjatrowycz.

Trudno zaprzeczyć, że w takiej atmosferze żadnego „dialogu” toczyć się zwyczajnie nie da – toteż, jak zauważają autorzy, mamy w istocie monolog obwarowany emocjonalnym szantażem („bo Ukraina walczy z Rosją”). Jak zdarzyło mi się zauważyć we wcześniejszych „ukraińskich” artykułach, Kijów nauczył się na owym szantażu znakomicie grać, używając go do paraliżowania strony polskiej i wymuszania ustępstw lub przynajmniej milczenia w „drażliwych” sprawach.

W dokumencie padają trzy fundamentalne pytania, które należy koniecznie odnotować:

„- Czy relacje Polski z Ukrainą bez względu na okoliczności powinna determinować decyzja o pomocy dla walczącej Ukrainy, która wiąże siły rosyjskie z dala od polskich granic?;

- Czy poparcie dla Ukrainy ma się odbywać bez względu na nacjonalizm ukraiński?; - Czy należy to robić ze świadomością, że ok. 2 mln Ukraińców znających jedynie przekaz o kulcie Bandery przebywa na terytorium Polski, że są oni coraz lepiej zorganizowani, a perspektywa napływu kolejnej fali emigracji jest, jak się wydaje, jedynie kwestią czasu?”.


IV. 5 milionów Ukraińców w Polsce

I nad tą ostatnią sprawą, jak sądzę, warto się na chwilę zatrzymać. Nie wiem, jaki szatan podszepnął naszym decydentom pomysł, by otworzyć Polskę na ukraińskich imigrantów (to znaczy, domyślam się – lobby pracodawców ze znaczącym udziałem Cezarego Kaźmierczaka przy wsparciu min. Morawieckiego), ale konsekwencje mogą być potencjalnie równie groźne, jak przyjęcie muzułmańskich „nachodźców”.

Mamy tu kilka warstw. Po pierwsze, masowa migracja pracowników ze wschodu skutkuje zamrożeniem płac w wielu sektorach gospodarki. To zaś powoduje petryfikację patologii polskiego rynku pracy oraz zakonserwowanie modelu od którego mieliśmy ponoć odchodzić – czyli wzrostu gospodarczego opartego na taniej sile roboczej. Kolejną konsekwencją jest to, że polska emigracja zarobkowa z ostatnich lat nie ma do czego wracać; więcej – wciąż wielu Polaków pragnie emigrować, bowiem dawne relacje pracy wedle schematu „na twoje miejsce jest 10 chętnych” zmieniły się tylko o tyle, że teraz pracodawca mówi: „na twoje miejsce jest 10 Ukraińców”. W rezultacie, grozi nam stopniowa podmiana zamieszkującej Polskę populacji – w miejsce tych, którzy wyjechali pojawią się Ukraińcy, którzy – nie łudźmy się – zostaną tu tak samo, jak na stałe zostali np. Polacy w Wlk. Brytanii. Czy chcemy za kilka lat ocknąć się z kilkumilionową ukraińską mniejszością ukształtowaną w duchu banderyzmu? A dodam, że przyjeżdżają do nas głównie Ukraińcy z zachodniej części kraju, gdzie szowinistyczna propaganda jest najsilniejsza.

Szef Związku Pracodawców Polskich, Cezary Kaźmierczak, domaga się, byśmy do 2025 r. sprowadzili 5 mln. Ukraińców. Mogę na to odpowiedzieć tylko jedno. Ulegając takim żądaniom wynikającym z partykularnego interesu grupki przedsiębiorców (bo też nie wszystkich, o czym trzeba pamiętać), rząd sprowadza na Polskę poważne zagrożenie. Długofalowo jest to uderzenie w fundamenty bezpieczeństwa wewnętrznego Polski. Na dobrą sprawę, należałoby osobom i podmiotom lobbującym za sprowadzaniem do Polski Ukraińców wytoczyć solidne procesy karne za świadome i celowe sprowadzanie zagrożenia dla bezpieczeństwa narodowego. Każdy, kto głosi konieczność przyjęcia wielomilionowej rzeszy Ukraińców, zachowuje się jak zdrajca - w nie mniejszym stopniu od tych, którzy chcieliby przyjmowania muzułmańskich migrantów.


*

Wracając do głównego wątku - podczas lektury pisma Reduty Dobrego Imienia towarzyszyło mi uczucie deja vu – zupełnie jakbym czytał podsumowanie tego, co ja oraz Koleżanki i Koledzy z łamów „Polski Niepodległej” pisaliśmy na przestrzeni ostatnich lat. Może otwarte powołanie się na nasz tygodnik byłoby jednak zbyt „niepoprawne” lub obciążające dla autorów dokumentu? A może sami doszli do analogicznych wniosków? Jak by nie było, miło jest obserwować kruszące się mury twierdzy dogmatycznych zwolenników mitologii politycznej Giedroycia i stopniowy powrót do przytomności naszej, dotąd bezkrytycznie proukraińskiej, prawicy.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 21 (24-30.05.2017)


czwartek, 25 lutego 2016

„Cichociemni” uwierają Ukrainę

Skoro nie chcemy (lub zabroniono nam) konkurować o wpływy na Ukrainie z potęgami, które dziś tam rozdają karty, to przynajmniej zadbajmy o symetrię w relacjach na polu historycznym.

16 lutego w Starokonstantynowie w obwodzie chmielnickim miała odbyć się uroczystość upamiętnienia 75. rocznicy pierwszego zrzutu „Cichociemnych” na terytorium okupowanej Polski. Tamtejsza polska społeczność chciała uczcić dwóch „Cichociemnych” pochodzących z Wołynia - Wacława Kopisto ps. „Kra” i Leonarda Zub-Zdanowicza ps. „Ząb”. Ustalono z władzami miasta szczegóły, w tym odsłonięcie pamiątkowych tablic, udział mieli wziąć m.in. polscy i ukraińscy oficjele, no a przede wszystkim – liczni Polacy... po czym rozpoczęła się fala odgórnych nacisków zainicjowana przez szefa ukraińskiego IPN, Wołodymyra Wiatrowycza. Wedle relacji Jerzego Wójcickiego, prezesa stowarzyszenia „Kresowiacy” i członka zarządu Związku Polaków na Ukrainie, Wiatrowycz „na początku dzwonił do burmistrza i domagał się odwołania uroczystości. Potem napisał list, w którym określił Wacława Kopisto i Zub-Zdanowicza jako osoby, które mogły być zamieszane w akcje odwetowe na ludności ukraińskiej”. Owe „akcje odwetowe” w tym przypadku polegały na zorganizowaniu przez Wacława Kopisto obrony Przebraża i uchronieniu tej wsi przed banderowcami. Z kolei Zub-Zdanowicz miał brać udział w karnych operacjach przeciw ludności ukraińskiej w okolicach Zamościa. Wiatrowycz, zresztą znany „negacjonista wołyński”, nie poprzestał na liście i telefonach, lecz uruchomił także władze obwodowe i przedstawicieli administracji prezydenta Poroszenki. W efekcie, organizatorzy poproszeni przez burmistrza Melnyczuka zrezygnowali z uroczystości. Pamiątkowe tablice zostały poświęcone w starkonstantynowskim kościele i pozostaną tam do czasu wyjaśnienia sytuacji.

Cała ta sprawa jak w soczewce skupia asymetrię w stosunkach polsko-ukraińskich, w szczególności, jeśli chodzi o politykę historyczną. Na Ukrainie mamy bowiem do czynienia ze swoistym paradoksem. Ugrupowania odwołujące się do banderowszczyzny oficjalnie pozostają na politycznym marginesie, lecz zarazem ukraińskie władze realizują ich agendę ideowo-historyczną, podnosząc de facto banderowską spuściznę do rangi mitu założycielskiego „samostijnej Ukrainy”. Opisywana sytuacja jest kolejnym symbolicznym policzkiem wymierzonym polskiemu państwu i Polakom – przypomnijmy chociażby uchwalenie ustawy uznającej członków ludobójczych organizacji OUN i UPA za „bojowników o wolność i niezależność Ukrainy” zaraz po tym, jak w ukraińskim parlamencie przemawiał ówczesny polski prezydent Bronisław Komorowski, czy umieszczenie w wydawnictwie edukacyjnym tamtejszego IPN wśród wrogów Ukrainy „kotwicy” Polski Walczącej - obok swastyki i czerwonej gwiazdy. Stepan Bandera i Roman Szuchewycz czczeni są jako bohaterowie narodowi, którym stawia się pomniki.

Teraz pytanie retoryczne: czy polskie władze zdobędą się na jakąkolwiek oficjalną reakcję? Choćby w postaci noty dyplomatycznej wyrażającej „zaniepokojenie”? Oczywiście, że nie. Polską politykę względem Ukrainy cechuje bowiem czystej wody masochizm. Koronnym argumentem jaki z reguły się pojawia przy tego typu okazjach jest stwierdzenie, że odgrzewanie polsko-ukraińskich antagonizmów działa na korzyść Rosji i wpycha Ukrainę w ramiona Putina. Cóż, najwyraźniej sami Ukraińcy nie mają takich oporów. Zresztą, ten paternalistyczny stosunek do naszych „braci”, każący nam postrzegać siebie w kategoriach adwokatów ukraińskiej niepodległości, to nic innego jak mesjanistyczne urojenia. Twarde realia są takie, że strategicznym partnerem dla Ukrainy są Niemcy i ewentualnie USA – to przed nimi ukraińskie władze spowiadają się z wdrożonych reform, to ich przedstawiciele nadzorują wydawanie pomocy międzynarodowej, wreszcie - Poroszenko „wisi na telefonie” do Angeli Merkel, a nie do Warszawy, „konsultując” z niemiecką kanclerz swoje poczynania. Ewentualny prorosyjski zwrot Ukrainy, którego tak się obawiamy, nastąpi jedynie wtedy, gdy tak zechcą Niemcy, kiedy już skończą z Putinem szarpaninę w Donbasie o zasięg stref wpływów, lub gdy geopolityka skłoni Zachód do kolejnego „resetu”.

Konsekwencją powyższego jest to, że im bardziej Ukraina będzie ubezwłasnowolniona (a że jest bankrutem, więc trudno by było inaczej), im bardziej będzie państwem-wydmuszką uzależnionym od poparcia różnych „wielkich braci”, tym intensywniej będzie sobie rekompensowała swoje położenie antypolskimi prowokacjami i ekscytowaniem nacjonalistycznych nastrojów. Przychodzi jej to tym łatwiej, że sparaliżowani mentalnie giedroyciowską mitologią polityczną godzimy się z tym i ukraińskie władze doskonale zdają sobie z tego sprawę. Skoro zatem nie chcemy (lub zabroniono nam) konkurować o wpływy na Ukrainie z potęgami, które dziś tam rozdają karty, to przynajmniej zadbajmy o symetrię w relacjach na polu historycznym. Ocalmy elementarną godność. Chociaż tyle.

*

A poza tym:

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3358-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 7 (19-25.02.2016)