Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka historyczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka historyczna. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 lutego 2020

Zwiędły Fiutin

Putin? Z perspektywy raptem kilku tygodni widać coraz wyraźniej, jak rozpaczliwe i podszyte impotencją były jego wrzaski. Im głośniej i częściej będzie tak wrzeszczał, tym lepiej dla nas.


I. Wojenka historyczna

Fiutinowi puściły nerwy i postanowił obsmarować Polskę, obarczając nas odpowiedzialnością za II WŚ i holocaust. I tutaj nakłada się kilka spostrzeżeń. Po pierwsze, najwyraźniej w stanie pomroczności jasnej obejrzał »Jak rozpętałem II Wojnę Światową« i pomyślał, że to film dokumentalny (bo czarno-biały). Po drugie, jak to w nerwach bywa, Fiutin niechcący zrobił nam przysługę, bo przypomniał całemu światu o pakcie Ribbentrop-Mołotow. Do tej pory świadomość tego układu poza naszym regionem była zerowa, teraz usłyszał o nim również Zachód – brawo, dziękujemy, towarzyszu Fiutin i prosimy o jeszcze. Po trzecie, Fiutin postanowił się wpisać w żydowsko-niemiecką politykę historyczną, najwyraźniej obiecując sobie, że dzięki temu »wypucuje się« z różnych zaszłości i zbuduje nowe nici porozumienia ze strategicznymi partnerami. No i po czwarte – skąd nagle na salonach zbliżonych do »Wyborczej« takie oburzenie? Przecież Fiutin idealnie wpisał się w tzw. »nową szkołę historii Holocaustu« - w warstwie »merytorycznej« nie powiedział niczego, czego nie mówiliby luminarze pokroju Grossa, Grabowskiego, Stoli czy Engelking. Czerscy wraz z muzeum »Polin« powinni wręcz ufundować Fiutinowi jakiś medal za rozpropagowanie na cały świat swojego przekazu”.

Powyższe to garść moich pierwszych reakcji na wyczyny „Fiutina”, wyartykułowanych na łamach „Warszawskiej Gazety” w satyrycznych „Pod-Grzybkach”, w której to rubryce dzielę się różnymi zgryźliwościami. Przypomnijmy dla porządku, że pierwszy atak poszedł 19 grudnia 2019 r. na dorocznej konferencji prasowej Władimira Putina dla mediów zagranicznych, podczas której padło pytanie o wrześniową rezolucję Parlamentu Europejskiego z okazji 80. rocznicy wybuchu II Wojny Światowej i zawartego w niej potępienia paktu Ribbentrop-Mołotow. W odpowiedzi Putin odpowiedzialnością za rozpętanie wojny obarczył pakt monachijski z 1938 r. sankcjonujący rozbiór Czechosłowacji i rzekomy polski sojusz z Hitlerem. Już następnego dnia, przy okazji szczytu Wspólnoty Niepodległych Państw w Petersburgu, Putin wystąpił z dokumentami, w tym słynnym dziś raportem ambasadora RP w Berlinie, Józefa Lipskiego z passusem o „pomniku dla Hitlera”, gdyby temu udało się wypchnąć Żydów na emigrację. Wreszcie, 24 grudnia Putin wraca do tematu w trakcie posiedzenia rozszerzonego kolegium Ministerstwa Obrony Rosji. To wtedy padają słowa o ambasadorze Lipskim: „swołocz, antysemicka świnia, nie można go inaczej nazwać”.

Co ciekawe, w Polsce temat początkowo niemal nie został zauważony, czemu zapewne sprzyjał okres świąteczno-noworoczny. Bomba wybuchła dopiero 26 grudnia, kiedy to krajowe media przebudziły się ze świątecznego letargu, zapewne pod wpływem zachodniej prasy, która paradoksalnie jako pierwsza odnotowała i dość szeroko komentowała (i to na ogół w krytycznym tonie) wystąpienia rosyjskiego prezydenta. Od tego momentu rozgorzała na dobre wojna dyplomatyczno-medialna, w ramach której strona rosyjska opublikowała kolejne dokumenty, wraz z raportem sowieckiego agenta przerzuconego podczas Powstania Warszawskiego na drugi brzeg Wisły, gdzie z kolei mamy wzmiankę, iż Armia Krajowa rzekomo wymordowała pozostających w Warszawie Żydów i Ukraińców.

Jak wiemy, ten etap starcia zakończył się rezygnacją prezydenta Andrzeja Dudy z udziału w zaplanowanym na 23 stycznia Światowym Forum Holocaustu w Jerozolimie, organizowanym przez Yad Vashem i fundację związanego z Kremlem żydowsko-rosyjskiego oligarchy Wiaczesława Mosze Kantora z okazji 75. rocznicy wyzwolenia obozu w Auschwitz. Polskiemu prezydentowi odmówiono prawa zabrania głosu i zachodziła obawa, że zostanie sprowadzony do roli biernego obserwatora kolejnych, antypolskich filipik Putina, bez możliwości wyartykułowania swojego stanowiska. Można się jednak spodziewać, że była to dopiero pierwsza odsłona spektaklu – swoista przygrywka przed kolejnymi tegorocznymi wydarzeniami: 80. rocznicą mordu katyńskiego, 10. rocznicą tragedii smoleńskiej, 75. rocznicą zakończenia II Wojny Światowej i wreszcie – 100. rocznicą Bitwy Warszawskiej. Wszystko więc jeszcze przed nami.


II. Cele Putina

O co chodziło Putinowi, co chciał ugrać, wchodząc ku zdumieniu świata w rolę historycznego trolla? Moim zdaniem, mamy tutaj kilka częściowo nakładających się na siebie celów.

Celem pierwszym, najbardziej widocznym, było zrobienie propagandowej „podgotowki” przed wspomnianym Forum Holocaustu, skrojonym ewidentnie pod zapotrzebowanie rosyjskiej polityki historycznej. Na marginesie - główny sponsor wydarzenia, Wiaczesław Mosze Kantor, po tym jak przejął władzę w Europejskim Kongresie Żydów, uczynił tę organizację narzędziem polityki zagranicznej Kremla, konfliktując się przy okazji ze Światowym Kongresem Żydów, którego Europejski Kongres Żydów formalnie jest częścią – to dlatego (co mało kto zauważył) na uroczystości w Jerozolimie nie przybył szef Światowego Kongresu Żydów, Ronald Lauder. W każdym razie, jerozolimska impreza miała ugruntować sojusz rosyjsko-izraelski, z jednej strony pokazując Rosję jako poważnego, światowego gracza współdecydującego o globalnym porządku, z drugiej zaś – dać okazję ściganemu oskarżeniami korupcyjnymi Benjaminowi Netanjahu do zaprezentowania się jako polityk chroniący Izrael przed Iranem i zdolny pozyskać potężnego sprzymierzeńca, czyli Rosję. Zwróćmy uwagę, że ostrze przemówienia Netanjahu skierowane było właśnie przeciw Iranowi, jako państwu zamierzającemu urządzić Żydom drugi holocaust. Nie bez znaczenia jest też obecność licznej i coraz bardziej wpływowej rosyjskiej diaspory w Izraelu, której głosy Netanjahu chciałby przejąć przed zbliżającymi się wyborami. Taki sojusz potrzebuje propagandowego uzasadnienia i Putin owo uzasadnienie zaoferował: ZSRR jako pogromca Hitlera i oswobodziciel europejskich Żydów, piętnujący „antysemicką” Polskę i wpisujący się tym samym w polakożerczą linię izraelsko-żydowskiej polityki historycznej. Do osiągnięcia tego celu potrzebny był atak wyprzedzający i to na tyle porażający swą bezczelną butą, by nikt z uczestników szczytu Putin-Netanjahu (bo do tego sprowadziło jerozolimskie Forum, reszta uczestników była tylko statystami) nie ważył się pisnąć o sowieckich zbrodniach. Więcej – by wszyscy odetchnęli z ulgą, że koniec końców Putin wygłosił wyjątkowo „wyważone” przemówienie.

Cel drugi, to odbudowa pojałtańskiego „porządku moralnego”, uzasadniającego w oczach światowej opinii publicznej międzynarodowe znaczenie Rosji. W myśl tego porządku, Rosja zawsze stała po słusznej stronie, poniosła największe ofiary w walce z III Rzeszą, wzięła na siebie główny ciężar wysiłku zbrojnego i jako głównej pogromczyni faszyzmu należy jej się poczesne miejsce w globalnej układance. W tej narracji nie ma miejsca na półcienie i wątpliwości, a już zwłaszcza na pakt Ribbentrop-Mołotow i sojusz Stalina z Hitlerem, nie wspominając o jakiejkolwiek współodpowiedzialności za rozpętanie II Wojny Światowej. „Nasze dieło prawoje - my pobiedili” - koniec, kropka. Tymczasem, od kilku lat Rosja jest (lub czuje się) z tej zbudowanej na bazie II Wojny Światowej „moralnej hierarchii” wypychana – świat coraz częściej przypomina sobie o jej agresywnym charakterze i historycznych grzechach, co przekłada się na odmawianie Moskwie prawa do własnych stref wpływu (chociażby na Ukrainie i generalnie obszarze postsowieckim), sankcje (najbardziej dotkliwe w kontekście Nord Stream 2) czy wzmacnianie wschodniej flanki NATO wraz ze szczególnie irytującą Kreml amerykańską obecnością w Polsce. To, że Putin w swym przemówieniu oprócz podkreślenia rosyjskich ofiar i przypomnienia, że Słowianie byli następni w kolejce do eksterminacji, zaproponował również spotkanie stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ, by wspólnie zastanowić się nad rozwiązaniem różnych konfliktów, nie jest dziełem przypadku. To oferta: zaakceptujcie nas takimi, jakimi jesteśmy, podżyrujcie znów naszą historyczną narrację i siądźcie do „konstruktywnych” rozmów. A Polska i jej historyczne „prawdy”? A ch..j z Polską i jej „prawdami”...

Cel trzeci, to rosyjski rynek wewnętrzny. Mit „wielkiej wojny ojczyźnianej” jest obecnie dla rosyjskiego społeczeństwa jedynym ideowym zwornikiem „państwowotwórczym” i podstawą do myślenia o sobie jako imperium – bo skoro kosztem milionowych ofiar i wyrzeczeń pokonaliśmy Hitlera, to mocarstwowy status, włącznie z wpływami w ościennych krajach „bliskiej zagranicy” nam się należy. Wielka, sprawiedliwa wojna jest jedynym pozytywnym elementem spajającym Rosjan i determinującym postrzeganie samych siebie, jako tych „dobrych” wyzwolicieli. Gdy ten mit runie, z całej rosyjskiej historii zostaje tylko naga, barbarzyńska przemoc – tak wewnętrzna, jak i zewnętrzna. Stąd alergiczne reakcje na wszelkie próby podważenia tej ugruntowanej od czasów sowieckich zbiorowej, historycznej pamięci. I, naturalną koleją rzeczy, Rosjanie od swoich przywódców wymagają aktywnej obrony własnej wersji historii – powtórzę, jedynego powodu do odczuwania narodowej dumy. To oczekiwanie zbiegające się z politycznym zapotrzebowaniem Kremla stało się szczególnie palące w kontekście wspomnianych tu nadchodzących rocznic. „Strana ogromnaja” powstała i pokonała faszyzm, zatem nie możemy pozwolić, by ktokolwiek – czy to wyzwoleni przez nas „niewdzięcznicy” czy wraży „zapad” - „pluł nam do kaszy”. Można wręcz powiedzieć, że za pomocą „wojny ojczyźnianej” Rosjanie przeprowadzają na sobie permanentną psychoterapię z rozlicznych traum i jej obrona jest jedną z podstaw legitymizacji władzy. Warto pamiętać, że epoka Jelcyna jest w Rosji znienawidzona nie tylko ze względu na rozpad ZSRR, chaos i biedę – lecz również dlatego, że wiecznie pijany car pozwalał, by Zachód Rosję „upokarzał” i „poniewierał”. A tego w Rosji się nie wybacza.

No i wreszcie, cel czwarty – czyli „rozpoznanie bojem”. Putin wyprowadzając atak i to właśnie w takiej, skrajnie agresywnej formie, przetestował na ile może sobie pozwolić. I to nie tylko w relacjach z Polską, lecz również z krajami Zachodu. Nas, z oczywistych względów, najbardziej interesowała próba „wmontowania” Polski w holocaust (co było również zgłoszeniem przez Rosję akcesu do żydowsko-niemieckiej polityki historycznej) oraz (tu z kolei mamy wniesione przez Putina aportem novum) rozpętanie wojny i to po stronie Hitlera. Trzeba jednak odnotować, że ze strony rosyjskiej poszły także inne sygnały – przypomnienie układu z Monachium, to wszak prztyczek w nos Zachodu i polityki appeasementu, z kolei Stanom Zjednoczonym rosyjska dyplomacja wypomniała w twitterowej pyskówce futrowanie Hitlera kredytami i umożliwienie mu przejęcia, a następnie ugruntowania władzy. Natomiast już podczas Światowego Forum Holocaustu Putin zahaczył Litwę i Ukrainę, mówiąc o „pomocnikach nazistów”, którzy w okrucieństwie „przewyższali swoich panów”. Charakterystyczne przy tym, że oszczędził innych pomocników, takich jak Węgry i Rumunia. Krótko mówiąc, przesłanie Putina brzmi: „zostawcie nas w spokoju, bo przypomnimy, że i wy macie sporo za uszami”. I taka zagrywka mogła nawet być skuteczna, bo podczas wojny praktycznie wszyscy poza Polską w mniejszym lub większym stopniu się ześwinili.


III. Zwiędły Fiutin

No dobrze, ale czy Putin zarysowane tu cele osiągnął? Co najwyżej połowicznie i doraźnie. Impreza w Jerozolimie wprawdzie się udała, lecz demonstracyjna absencja Andrzeja Dudy pozbawiła Putina okazji do kolejnego uderzenia w Polskę i zmusiła do wygłoszenia złagodzonego wariantu przemówienia. A o tym, że atak był przygotowany może świadczyć film o „antysemityzmie” z kadrami przedstawiającymi spalenie w 2015 r. we Wrocławiu „kukły żyda”, przebitkami z Marszu Niepodległości, czy kłamliwa mapka niemieckich podbojów z zafałszowanymi granicami we wschodniej Europie. Co więcej, nieobecność polskiego prezydenta została zauważona i odnotowana. Z pewnością Putin zaprocentował na opisanym wyżej „rynku wewnętrznym” wychodząc naprzeciw zapotrzebowaniu krajowej opinii publicznej. Ale tutaj lista sukcesów się kończy. Putin nie zyskał najważniejszego – akceptacji świata zachodniego dla lansowanej przez siebie wersji historii. Najprościej rzecz ujmując, przegiął. Zachodnie media w większości przyjęły jego próbę pomniejszenia paktu Ribbentrop-Mołotow z niesmakiem, podobnie jak dyplomacja, zwłaszcza USA. Co więcej, wskutek wywijania przez Putina historyczną kłonicą chyba nigdy wcześniej nie mówiono o sowiecko-nazistowskim sojuszu tak wiele i w tak negatywnym tonie. Propozycja odbudowy pojałtańskiego „porządku moralnego”, tudzież propozycja rozmów „wielkiej piątki” Rady Bezpieczeństwa ONZ została pominięta milczeniem. Po prostu, świat może robić sobie z Rosją interesy, ale wyzbył się co do niej złudzeń.

To dla Putina bardzo zła wiadomość mogąca w jakiejś perspektywie czasowej wręcz zachwiać jego władzą, która i tak od jakiegoś już czasu więdnie. Jego popularność systematycznie spada. Po imperialnej euforii, jaka nastąpiła wskutek aneksji Krymu, nie zostało śladu. Rosjanie coraz boleśniej odczuwają sankcje i spadający poziom życia. Co gorsza, Putin zaczyna się jawić jako polityk nieskuteczny na arenie międzynarodowej, a to Rosjan, wyczulonych na punkcie imperialnego prestiżu, coraz bardziej uwiera. Odwieczna zasada sprawowania rządów w Rosji jest bowiem taka, że naród wybaczy wiele, ale jednego nie daruje – słabości. Rosja musi być mocarstwem, bo inna zwyczajnie być nie potrafi, zaś car jest od tego, by ów status gwarantować – jeśli nie spełnia tego warunku, traci cały autorytet, bo imperializm jest od zarania jedynym sensem funkcjonowania rosyjskiej państwowości.

A na tym polu ostatnio Putinowi idzie jak po grudzie. Ukraina – wcześniej w znacznej mierze prorosyjska – znienawidziła Rosję i by przywrócić ją na łono „matuszki” potrzeba by regularnej wojny i podboju. W Donbasie Rosja ugrzęzła i sytuacja jest w stanie permanentnego zawieszenia. Na Białorusi Łukaszenka coraz ostrzej się stawia i ani myśli „integrować się” pod dyktando Kremla. Nawet sztandarowa inwestycja, czyli Nord Stream2 wskutek amerykańskich sankcji utknęła na ostatniej prostej. W Polsce i krajach nadbałtyckich stacjonują wojska NATO. Słowem, kruszą się dwa filary władzy Putina – względna stabilizacja materialna oparta na zyskach z surowców i sukcesy w odbudowie sowieckiego imperium. Mści się wieloletni modus operandi – wbrew rozpowszechnionemu mitowi o finezji rosyjskiej polityki zagranicznej, Putin zamiast skalpela o wiele częściej używa siekiery. Wypłynął na wojnie w Czeczenii i bezwzględnym ludobójstwie, potem była wojna w Gruzji, agresja na Ukrainę, w międzyczasie ostentacyjne skrytobójstwa popełniane na terytoriach innych państw... Przyzwyczajony latami do bezkarności, szczególnie po „resecie” Obamy, czego widomym znakiem była obojętność świata na tragedię smoleńską (i, dodajmy, ówczesnych polskich władz – pamiętamy „żółwiki” z Tuskiem), uznał, że tak już będzie zawsze. A tu nagle coś się zacięło – oparta na przemocy polityka zabuksowała w miejscu. I w Rosji to widzą.

A co robi rosyjska władza w obliczu problemów? Wywołuje „małą zwycięską wojenkę” - w tym wypadku propagandową. Ale znów – zamiast skalpela, Putin użył siekiery i przeszarżował. Skala kłamstwa, śmieciowa jakość ogłaszanych jako „rewelacje” dokumentów mających uwiarygadniać rosyjskie manipulacje sprawiły, że świat najpierw przetarł z niedowierzaniem oczy, a potem jednoznacznie orzekł kompromitację rosyjskiego przywódcy. Dla nas to znakomita nowina, już dawno nie mieliśmy takiej okazji do przebicia się z własną historyczną narracją – i coraz więcej wskazuje, że wreszcie uczymy się grać w te klocki, bo nasza reakcja na oszczerstwa i pułapkę, jaką zastawiono w Jerozolimie na prezydenta Dudę, była modelowa. Trzeba za wszelką cenę podtrzymać tę passę – a, jak wspomniałem, rocznicowych okazji w tym roku nie zabraknie. Natomiast Putin? Z perspektywy raptem kilku tygodni widać coraz wyraźniej, jak rozpaczliwe i podszyte impotencją były jego wrzaski. Im głośniej i częściej będzie tak wrzeszczał, tym lepiej dla nas.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 02 (luty 2020)

Polska mesjaszem narodów

Uczyńmy Polskę w oczach Amerykanów Chrystusem, Mesjaszem narodów, który winien nadejść w chwale i od którego losów zależy dopełnienie się biblijnych proroctw - a staniemy się nim również w oczach reszty świata.

I. Historyczna giełda pamięci

Zanim ktoś na widok tytułu popuka się w głowę uznając, że zwariowałem i odlatuję w jakieś anachroniczne mistycyzmy, proszę o chwilę cierpliwości - rzecz dotyczy bowiem konieczności poprawy polskich notowań na światowym historycznym rynku pamięci, którą to konieczność sygnalizowałem w ubiegłotygodniowym artykule. Gdy niniejszy numer „Warszawskiej Gazety” trafi do Państwa rąk, będzie już wiadomo, co wydalił z siebie Putin podczas jerozolimskiego Światowego Forum Holocaustu i z jaką spotkał się reakcją, również z naszej strony. Jednak doraźne, akcyjne działania, choć niezbędne, nie zastąpią nam długotrwałej, metodycznej pracy nad budową wizerunku Polski, a do tego niezbędna jest spójna i konsekwentnie wdrażana narracja, czyli inaczej mówiąc – doktryna historyczna zbudowana na użytek świata. To jest sedno „polityki historycznej”, a nie mniej lub bardziej skuteczne interwencje i sprostowania, gdy jakaś gazeta użyje sformułowania „polish death camps”, strugając przy tym głupiego, że chodziło tylko o „geograficzną lokalizację obozów”. W taką ciuciubabkę można bawić się bez końca, nie osiągając żadnych długofalowych i trwałych efektów.

Tutaj uwaga – zdaję sobie sprawę, że spora część historyków (również tych patriotycznie nastawionych) na hasło „polityka historyczna” dostaje drgawek, kojarząc je z utylitarnym „krojeniem historii” na polityczne zamówienie, co stanowić ma zaprzeczenie rzetelnego uprawiania nauki i degradować zawód historyka. Jest w tym wiele racji – problem polega jednak na tym, że samo przeprowadzenie rzetelnych badań i opublikowanie wyników nie wystarczy. Po prostu nikt się nimi nie przejmie. Mówiąc brutalnie – prawda nie obroni się sama, bo świat ma wprawę w ignorowaniu tego, czego nie chce w danym momencie zauważyć. Trzeba go więc zmusić. A tu niezbędne jest państwo ze swoim – nie bójmy się tego określenia – aparatem propagandowym. Owszem, oznacza to szereg uproszczeń i wprzęgnięcie historii w oficjalny, państwowy przekaz – ale jest to niezbędna cena za dotarcie do świadomości masowego odbiorcy, szczególnie za granicą. Robią tak wszystkie liczące się kraje, chcące ugruntować swą pozycję na arenie międzynarodowej i mają po temu dobry powód – niezbędnym składnikiem budowania „soft power” jest zaliczenie do grona tych „dobrych” (jakby powiedzieli Amerykanie - „good guys”). Do tego właśnie służy polityka historyczna – zbijania wizerunkowego kapitału procentującego następnie w innych, pozornie niezwiązanych z historią kwestiach. Dziś ów kapitał tworzy się przede wszystkim w odniesieniu do II wojny światowej oraz roli poszczególnych państw i narodów w tym konflikcie. Dlatego tak potwornym błędem było dotychczasowe samobiczowanie w wydaniu polskich elit politycznych i intelektualnych – ta cała pedagogika wstydu, której ostatnią odsłoną jest tzw. „nowa szkoła historii holocaustu” afiliowana przy Centrum Badań nad Zagładą Żydów PAN i muzeum POLIN. I dlatego również tak ważne jest chociażby przeprowadzenie ekshumacji w Jedwabnem. Paradoksalnie, światowy skandal, jaki nieuchronnie będzie towarzyszył temu przedsięwzięciu, może nam tylko pomóc – bo dzięki niemu ten sam świat nie będzie mógł przemilczeć wyników...


II. Chrześcijański syjonizm i religia holocaustu

Obecnie wiodącą narracją historyczną na międzynarodowej „giełdzie pamięci” jest tzw. „religia holocaustu” - podstawowy zwornik państwowotwórczy Izraela, idealne narzędzie moralnego szantażu wobec reszty świata i maszynka do robienia pieniędzy. Doktryna ta zakłada m.in. absolutną wyjątkowość Zagłady, dlatego jedyną ofiarą II wojny światowej o której warto wspominać są Żydzi. Stąd też bezceremonialne deprecjonowanie głównego konkurenta w „martyrologicznym rankingu” – czyli Polski, czego elementem jest odbywające się na naszych oczach spychanie Polaków do roli „współsprawców” na równi z anonimowymi „nazistami”. „Religia holocaustu” swój sukces zawdzięcza w znacznej mierze połączonym siłom Izraela i wpływom żydowskiej diaspory. Owa izraelsko-żydowska polityka historyczna nie przyniosłaby jednak aż tak spektakularnych efektów, gdyby nie zyskała możnego protektora w postaci Stanów Zjednoczonych, będących potężnym pudłem rezonansowym oddziałującym na resztę świata.

Dlaczego tak się stało? Tutaj dotykamy amerykańskiej specyfiki, bez uwzględnienia której nie zrozumiemy zarówno szeregu posunięć Waszyngtonu, jak i źródła żydowskich wpływów w USA. Otóż stosunkowo nieliczna mniejszość żydowska w Stanach nie zbudowałaby swej potęgi bez szerokiego społecznego zaplecza wśród samych Amerykanów. Tym zapleczem jest szacowany na 50. do 70 mln. obywateli ruch „chrześcijańskich syjonistów” wywodzących się z konserwatywnych, protestanckich wspólnot religijnych (plus mormoni), głównie z tzw. „pasa biblijnego”. Sam termin „chrześcijański syjonizm” ukuł w XIX w. żydowski działacz Teodor Herzl na określenie chrześcijan sprzyjających ruchowi syjonistycznemu. Doktrynalnie chrześcijański syjonizm wywodzi się z literalnego odczytania biblijnych, głównie starotestamentowych proroctw, w myśl których Pan będzie błogosławił tym, którzy błogosławią Izraelowi, zaś powtórne nadejście Chrystusa i koniec świata nastąpi wtedy, gdy Izraelici znów zgromadzą się w Ziemi Świętej. W związku z tym, pobożni protestanci (głównie post-kalwinowskiej proweniencji) za swój religijny obowiązek uznają wspieranie zarówno Żydów, jak i państwa Izrael, by w ten sposób przyśpieszyć wypełnienie się biblijnych przepowiedni, zaś dziejową misją Ameryki jest dopomóc w tym dziele wszelkimi możliwymi sposobami. Jak łatwo zauważyć, takie podejście ustawia zarówno chrześcijaństwo, jak i Stany Zjednoczone w pozycji podporządkowanej Izraelowi i chrześcijańscy syjoniści formułują to otwarcie – wg nich Ameryka ma popierać Izrael, nawet gdyby było to wbrew jej własnemu interesowi. Chrześcijańscy syjoniści stanowią przy tym dobrze zorganizowaną grupę nacisku i skrupulatnie rozliczają swoich polityków z działań na rzecz Izraela. Paradoksem jest, że stanowią oni trzon bazy wyborczej Republikanów, podczas gdy sami Żydzi w USA głosują na Demokratów.

Stąd właśnie gesty Donalda Trumpa w rodzaju przeniesienia amerykańskiej ambasady do Jerozolimy, uznania izraelskiej suwerenności nad Wzgórzami Golan, czy podpisanie Ustawy 447. Warto wspomnieć, że zagorzałym chrześcijańskim syjonistą jest również wiceprezydent Mike Pence.


III. Doktryna polskiego mesjanizmu

Powyższe sprawia, że USA postawione przed dylematem – wziąć w spornej sytuacji stronę Polski czy Izraela, zawsze wybiorą Izrael. I dopóki tego nie zmienimy, niczego nie będziemy w stanie wskórać. Należy zatem odpowiedzieć własną doktryną historyczną zarówno na „religię holocaustu”, jak i na chrześcijański syjonizm. Tak się szczęśliwie składa, że taką doktrynę mamy, wystarczy ją odkurzyć i zmodernizować – jest nią nasz XIX-wieczny mesjanizm. Należy rozpropagować we wciąż jeszcze religijnej Ameryce przeświadczenie, że to Polska jest Mesjaszem narodów, odkupującym grzechy świata swym cierpieniem – a nasza martyrologiczna historia nadaje się do tego jak żadna inna. Do tego należy zaprząc nasze służby dyplomatyczne, intelektualistów, literatów, historyków, fundacje, środowiska polonijne – na czele z Polską Fundację Narodową, która może wreszcie przyda się do czegoś poza przewalaniem budżetu. Powtarzam: uczyńmy Polskę w oczach Amerykanów Chrystusem, Mesjaszem narodów, który winien nadejść w chwale i od którego losów zależy dopełnienie się biblijnych proroctw - a staniemy się nim również w oczach reszty świata.

A że to irracjonalne? A chrześcijański syjonizm jest niby racjonalny? Zagrajmy tą kartą. Skoro przez ostatnie dwa stulecia poddawani byliśmy bezlitosnej eksterminacji, wykrwawialiśmy się w powstaniach i na frontach wszelkich możliwych wojen, budując (jak nauczono nas wierzyć) „kapitał krwi” - to niech ta szaleńcza inwestycja wreszcie zacznie się zwracać, a gigantyczny kapitał – procentować. Najwyższa pora.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Historyczny rynek pamięci

Chrześcijański syjonizm czyli fanatycy apokalipsy

Polscy judeochrześcijanie


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 04 (24-30.01.2020)

Historyczny rynek pamięci

By trwale podnieść znaczenie naszych historycznych akcji na światowym rynku pamięci (bo to jest dziś rynek, dyskontowany na różne sposoby) należy wypracować spójną doktrynę i rozpowszechnić ją na globalną skalę.

I. Giełda narracji

Jak wykazała niedawna chryja rozpoczęta antypolskimi filipikami Putina i zwieńczona sporem o udział i prawo głosu dla prezydenta Andrzeja Dudy podczas Światowego Forum Holocaustu, nasze akcje na światowej giełdzie polityk i narracji historycznych wciąż stoją słabo. Owszem, jest nieco lepiej niż przed 2015 rokiem, ale wciąż wysoce niezadowalająco – tym bardziej, że nawet obecna władza przeplata zrywy „wstawania z kolan” sromotnymi rejteradami, czego symbolem pozostanie upokarzające wycofanie się z nowelizacji ustawy o IPN. Rejterada ta została chwilowo osłodzona wspólną deklaracją historyczną premierów Morawieckiego i Netanjahu, negocjowaną pod troskliwym okiem Mossadu w jego wiedeńskiej placówce – ale tylko po to, by już kilka miesięcy później zostać spektakularnie wysadzona przez „Bibi” Netanjahu w powietrze podczas niesławnego „szczytu bliskowschodniego” za sprawą wypowiedzi izraelskiego premiera insynuującej nasz współudział w holocauście. I tak ta ciuciubabka trwa od lat: gdzieś tam pojawia się określenie „polskie obozy śmierci”, nasza ambasada protestuje i prostuje (chociaż tyle, bo wcześniej polska dyplomacja przeżarta wychowankami „korporacji Geremka” nie była w stanie zdobyć się nawet na takie, symboliczne reakcje), by zaraz szkalująca Polskę fraza pojawiła się w innym miejscu – i cała zabawa zaczyna się od nowa. Tyle dobrego, że polskie placówki dyplomatyczne przestały przynajmniej urządzać seanse samobiczowania w rodzaju pokazów „Pokłosia”, w czym celował m.in. Ryszard Schnepf za swej ambasadorskiej kadencji w USA.

Symbolem naszej pozycji jest wspomniane Światowe Forum Holocaustu organizowane przez żydowsko-rosyjskiego oligarchę Wiaczesława Mosze Kantora, szefa Europejskiego Kongresu Żydowskiego (i członka władz szeregu innych organizacji żydowskich), który przekształcił tę instytucję w narzędzie rosyjskiej polityki zagranicznej. Impreza odbędzie się w 75. rocznicę wyzwolenia Auschwitz i ewidentnie została skrojona pod kątem obecności Putina, który najprawdopodobniej w swym przemówieniu zgłosi akces do izraelsko-niemieckiej polityki historycznej. Jej osią jest akcentowanie polskiej „współodpowiedzialności” za holocaust - tym bardziej godnej potępienia, że wg tej narracji Polska do tej pory ze swego rzekomego współsprawstwa się „nie rozliczyła” (w przeciwieństwie do Niemiec, których „rozliczenie” uznano za modelowe, w związku z czym mogą dziś z powodzeniem w oczach świata uchodzić za „moralne imperium” i zbijać na tym swój polityczny kapitał w ramach budowania tzw. soft power). Wianem wniesionym aportem przez Putina do tej polityki będzie dodatkowy element – obarczenie Polski współwiną za rozpętanie II wojny światowej, co jak można mniemać, zostanie ciepło przyjęte przez pozostałych uczestników wydarzenia.

Wszyscy mają na tym swój interes do ugrania – Izrael i środowiska żydowskie chcą wydusić z nas odszkodowania za mienie bezdziedziczne, Niemcy pragną podzielić się winą za zbrodnie, Rosja przykryć rosnącą świadomość paktu Ribbentrop-Mołotow i swojego sojuszu z Hitlerem przed czerwcem 1941 r., natomiast alianci zachodni - wyprzeć własne tchórzostwo, politykę appeasementu i układ z Monachium (czego nie omieszkał wytknąć Putin w swych niedawnych wystąpieniach, co było jednoznacznym przesłaniem - „siedźcie cicho, bo też macie swoje za uszami”), kolaborację (casus Francji) oraz celową obojętność wobec zagłady Żydów, no i wreszcie – zdradę polskiego sojusznika, którego wcześniej z absolutnym cynizmem wystawili Hitlerowi na pożarcie swymi kłamliwymi „gwarancjami”.

Nic więc dziwnego, że dla polskiego prezydenta przewidziano rolę biernego obserwatora bez prawa zabrania głosu. Zbyt wiele jest tu do zyskania, by dopuszczać jakikolwiek dysonans w jednolitym przekazie, jaki ma popłynąć w świat.


II. Polska odpowiedź

Polska odpowiedź, póki co, może mieć wymiar jedynie lokalny, z pewnością zaś nie tak słyszalny, jak jerozolimska hucpa. Pocieszające, że PiS wreszcie zdaje się otrząsać z bezkrytycznego filosemityzmu, który do pewnego momentu kazał jego elitom prowadzić utopijną politykę zakładającą dobrą wolę strony izraelsko-żydowskiej i traktować oczernianie Polski jako „nieporozumienia”, które da się „wyjaśnić” poprzez intensyfikację „dialogu” - byle tylko nie zrażać do siebie naszego „strategicznego sojusznika” jakimiś niewczesnymi krokami, bo, cytując klasyka, „to niedobra jest”. To nastawienie na szczęście zdaje się odchodzić w przeszłość, do czego walnie przyczyniły się same środowiska żydowskie, które z właściwą sobie butą potraktowały naszą spolegliwość jako oznakę słabości, dając coraz bezczelniej upust swym aroganckim uroszczeniom – tak historycznym, jak i materialnym. W tej sytuacji nie pomogłoby nawet stu Jonny Danielsów, pragnących „dobrym słowem” doprowadzić nas tam, gdzie „Bibi” do spółki z nowojorskimi Żydami chcą nas zawlec metodą poniewierania i brutalnych nacisków. Nawiasem, patrząc na zawrotną karierę Jonny Danielsa, któremu udało się obłaskawić nawet ojca Rydzyka, przyjęta przez niego metoda na „dobrego Żyda” była o wiele skuteczniejsza, a przez to bardziej niebezpieczna – i całe szczęście, że Netanjahu wraz z amerykańskim „holocaust industry” swą ostentacyjną wrzaskliwością i pogardą mimowolnie pokrzyżowali mu szyki.

W każdym razie łuski spadają z oczu, a odmowa prezydenta Dudy asystowania w festiwalu oszczerstw jest świadectwem nowego podejścia do wzajemnych relacji – wreszcie zdobywamy się na minimum asertywności, czego wcześniej próżno było szukać. Trzeba dodać, że pierwszą jaskółką było zbojkotowanie ubiegłorocznego szczytu Grupy Wyszehradzkiej w Jerozolimie przez premiera Morawieckiego po wypowiedzi min. Israela Katza o „wysysaniu antysemityzmu z mlekiem matki” przez Polaków, wskutek czego szczyt nie doszedł do skutku.

Na tym jednak nie można poprzestać. Zaplanowane na 27 stycznia polskie obchody 75. rocznicy wyzwolenia Auschwitz powinny wybrzmieć szeregiem mocnych akcentów, adekwatnych do tego, co zostanie wygłoszone w Jerozolimie. Tak się szczęśliwie składa, że Światowe Forum Holocaustu odbędzie się kilka dni wcześniej (23 stycznia), będzie więc czas by przygotować odpowiedź. Ideałem byłoby w ramach przyjętej w relacjach międzynarodowych symetrii niedopuszczenie do głosu ambasadora Izraela, ale obawiam się, że na taką demonstrację strona polska się nie odważy.

Apogeum tegorocznej batalii o historyczną pamięć powinno jednak nastąpić 14 czerwca – w 80. rocznicę pierwszego transportu Polaków do Auschwitz. To zawstydzające, że do tej pory upamiętnianie tego wydarzenia musiało odbywać się głównie siłami społecznymi (m.in. Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Rodzin Oświęcimskich), oddolnie – bez należytego wsparcia państwowego, do tego przy nader niechętnej postawie władz Muzeum Auschwitz-Birkenau. W minionych latach przy okazji obchodów media donosiły o bulwersujących utrudnieniach dotyczących odśpiewania hymnu, wnoszenia flag narodowych na drzewcach czy możliwości odprawienia Mszy Św. pod Ścianą Straceń, o czym alarmowała chociażby była więźniarka Auschwitz Barbara Wojnarowska. Za tegoroczne obchody powinny wziąć odpowiedzialność władze państwowe, a na miejscu muszą pojawić się czołowi przedstawiciele polskiego państwa z premierem i prezydentem na czele – wszystko wsparte odpowiednią kampanią medialną. To jedyna w swoim rodzaju okazja, by przypomnieć, że Auschwitz był obozem stworzonym dla Polaków i to oni byli jego pierwszymi więźniami i ofiarami. Bez takich przedsięwzięć nie przełamiemy historycznego monopolu środowisk żydowskich usiłujących zawłaszczyć to miejsce na wyłączność.


III. Potrzeba doktryny

To wszystko jednak działania reaktywne i doraźne. By trwale podnieść znaczenie naszych historycznych akcji na światowym rynku pamięci (bo to jest dziś rynek, dyskontowany na różne sposoby) należy wypracować spójną doktrynę i rozpowszechnić ją na globalną skalę. Jaka powinna to być doktryna i od czego zacząć – o tym za tydzień.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 03 (17-23.01.2020)

czwartek, 26 września 2019

Opowiedzieć Polskę światu

Trzeba chwycić Zachód za łeb i zmusić go do przyswojenia elementarnych faktów z naszej historii i ich wpływu na obecny kształt Europy.

I. Polska narracja historyczna w natarciu

Zdarzało mi się niekiedy krytykować nieudolną politykę historyczną „dobrej zmiany” ze szczególnym uwzględnieniem marazmu Polskiej Fundacji Narodowej, która zdawała się nie mieć żadnego pomysłu na spożytkowanie swego ćwierćmiliardowego budżetu. Teraz więc, dla równowagi, warto pochwalić – bo jest za co. Akcja przeprowadzona przez PFN wspólnie z Instytutem Nowych Mediów przy okazji 80. rocznicy wybuchu II Wojny Światowej była modelowym przykładem, jak należy takie rzeczy robić. W ramach inicjatywy „Opowiadamy Polskę światu. 1939-2019” najbardziej opiniotwórcze zagraniczne gazety opublikowały prasowe nagłówki z września 1939 r., prócz tego zamieszczono teksty prezydenta Andrzeja Dudy, premiera Morawieckiego, wicepremiera i szefa MKiDN Piotra Glińskiego oraz szeregu polskich i zagranicznych historyków. Artykuły te dobitnie przypominały gdzie rozpoczęła się wojna, kto na kogo napadł, unaoczniły zagranicznym czytelnikom polski wkład w wojenny wysiłek pokonania III Rzeszy oraz przypomniały poniesione przez Polskę ofiary ludzkie i materialne – wszystko to w kluczowych wydaniach z rocznicowego weekendu 30.08-01.09.2019. Wreszcie zachodni odbiorca miał okazję dowiedzieć się o rotmistrzu Pileckim, rodzinie Ulmów, Janie Karskim czy naszym wkładzie w złamanie kodu Enigmy. Materiały ukazały się m.in. w takich pismach, jak niemiecki „Die Welt”, belgijski „Le Soir”, francuskie „Le Figaro” i „L'Opinion”, hiszpański „El Mundo”, amerykańskie „Washington Post”, „Chicago Tribune” i brytyjski „Sunday Express”. Prócz czołowych przedstawicieli rządu w projekcie wzięli udział m.in. prof. Wojciech Roszkowski jako konsultant historyczny, a także – co istotne – poważani, zagraniczni historycy, przydając tym samym akcji waloru obiektywizmu i wiarygodności. W świat poszła opowieść o zbrodniczym nalocie na Wieluń, jałtańskiej zdradzie, stratach w dziedzictwie kulturowym i rabunku polskich dzieł sztuki – do tej pory w znacznej części nie odzyskanych.

Co więcej, rocznicy towarzyszyły również inne przedsięwzięcia. W eksponowanym miejscu nowojorskiego Times Square na gigantycznym reklamowym telebimie co 20 minut pojawiało się hasło „Przypominamy światu, że 80 lat temu Niemcy napadły na Polskę, rozpoczynając II Wojnę Światową”, którego tło stanowiło słynne zdjęcie niemieckich żołnierzy wyłamujących polski szlaban graniczny – to z kolei zasługa polonijnej Polsko-Słowiańskiej Federalnej Unii Kredytowej. Charakterystyczne, że również niemieckie media funkcjonujące w Polsce – Deutsche Welle i Interia wraz portalem Wirtualna Polska przygotowały cykl materiałów pod wspólnym tytułem #ZbrodniaBezKary, w których przypominają niemieckie zbrodnie wojenne (począwszy od prowokacji gliwickiej) i sprawców, którzy uniknęli odpowiedzialności. Pasem transmisyjnym jest tu niemiecki nadawca publiczny - Deutsche Welle, dzięki któremu tamtejsi odbiorcy będą mieli szansę dowiedzieć się o tragedii Wielunia (nazwanego „Polską Guernicą”) czy takich oprawcach, jak Erich von dem Bach-Zelewski. Czyżby podnoszenie kwestii reparacji zaczęło przynosić pierwsze efekty? Warto odnotować również aktywność Instytutu Polskiego w Pradze, który we współpracy z czeskimi mediami przedstawił naszym sąsiadom wspólne epizody II Wojny Światowej, jak obrona Tobruku, Bitwa o Anglię czy przemarsz przez Czechy Brygady Świętokrzyskiej NSZ i wyzwolenie obozu koncentracyjnego w Holiszowie.


II. Przekaz poszedł w świat

Ta ofensywa znakomicie współgrała z oficjalnymi obchodami 80. rocznicy wybuchu II Wojny Światowej. Świat usłyszał ważne słowa prezydenta Niemiec, Franka-Waltera Steinmeiera, mówiącego o niemieckich zbrodniach, kajającego się i proszącego o wybaczenie. Proszę to sobie porównać z poprzednimi okrągłymi obchodami w 2009 r. na Westerplatte, organizowanymi przez rząd Donalda Tuska – niebo i ziemia. Nawet nieobecność Donalda Trumpa paradoksalnie sprawiła, że słowa strony niemieckiej wybrzmiały głośniej, bo nie przesłoniła ich mowa amerykańskiego prezydenta. Z kolei wiceprezydent Mike Pence wygłosił niemal mesjanistyczne przemówienie, podkreślając naszą determinację, 1000-letnią historię i nazywając Polskę „ojczyzną bohaterów”. Ktoś powie, że słowa nic nie kosztują – jasne, ale słowa idą w świat, są jednym z narzędzi uprawiania polityki i kształtowania zbiorowej opinii. Należy też wspomnieć o niespodziewanej wizycie Angeli Merkel – chciała oczywiście wykorzystać nagłą absencję Trumpa, by symbolicznie podkreślić znaczenie Niemiec jako sąsiada Polski, lecz niezależnie od intencji przyczyniła się do podniesienia rangi uroczystości.

Ciekawym efektem ubocznym było wizerunkowe spacyfikowanie polityczno-medialnej opozycji. Groteskowa impreza Aleksandry Dulkiewicz w Gdańsku została całkowicie przyćmiona, a opinia publiczna zapamiętała z niej co najwyżej lapsus o „egzotycznych gościach”. Co więcej, uciszone zostały także lewackie media, tak skłonne do wyszydzania „polskiej martyrologii”. Artykułów w niemieckiej prasie, obecności Angeli Merkel i przemówienia Steinmeiera wyszydzić nie mogły, uderzyłyby bowiem w swoich mocodawców na których nieustannie się orientują i od których niezmiennie wyglądają pomocy. Miarą sukcesu jest również nerwowa reakcja ośrodków rosyjskich oraz izraelskiej prasy - „Haaretz” pomstował na rzekome umniejszenie podczas obchodów znaczenia żydowskich ofiar wojny, pisząc wprost, że w „wojnie o kulturę pamięci” polski rząd „zdobył ostatni bastion”. Sporo w tym przesady, niemniej jednak faktycznie, przedstawiając skutecznie nasz punkt widzenia odnieśliśmy pierwsze od długiego czasu, choć pośrednie, zwycięstwo nad propagandą „holocaust industry”.


III. Lobbying pamięci

Wniosek z powyższego jest jasny: a więc jednak można. Okazuje się, że jesteśmy w stanie skutecznie przebijać się przez mur kłamstwa, zniesławienia, przypisywania nam nie popełnionych zbrodni. Metoda zdawałoby się oczywista – nawiązanie współpracy z zagranicznymi mediami, wykupywanie artykułów sponsorowanych, zaangażowanie polskich i zachodnich historyków, intelektualistów... Aż chce się zapytać: dlaczego dopiero teraz? Czy naprawdę trzeba było czekać aż cztery lata, by u schyłku kadencji „dobra zmiana” zdobyła się na przeprowadzenie sprawnej akcji informacyjnej, pokazującej polskie spojrzenie na najnowszą historię? Dlaczego podobnej inicjatywy zabrakło przed rokiem, przy okazji obchodów 100-lecia odzyskania niepodległości? Kolejnych rocznic Powstania Warszawskiego? Czy przełamywanie urzędniczego bezwładu musiało trwać aż tak długo? Liczono na to, że historię opowie za nas jakiś Jonny Daniels?

Teraz należy pójść za ciosem. Międzynarodowa ofensywa historyczna nie może zakończyć się na tym jednym epizodzie, inaczej szybko pójdzie w zapomnienie. Ta ze wszech miar udana akcja powinna być dopiero początkiem, pierwszym uderzeniem, za którym pójdą kolejne. Musimy wywierać stałą presję na zachodnią opinię publiczną, prowadzić nieustanny „lobbying pamięci” wśród tamtejszych liderów opinii i mediów, wykorzystując zdobyte dziś przyczółki i wciąż poszerzając zasięg oddziaływania. Najbliższa, zupełnie wyjątkowa okazja i „egzamin dojrzałości” z historycznego marketingu już za niecały rok – to setna rocznica Bitwy Warszawskiej 1920 r., kiedy to ocaliliśmy Europę przed bolszewickim potopem – tylko co z tego, skoro Europa o tym nie wie? Dodajmy, nie wie od samego początku i nie chce wiedzieć z pełną premedytacją. Dość powiedzieć, że po zwycięstwie nad bolszewikami, Francuzi urządzili fetę... generałowi Weygandowi, gładko przypisując mu autorstwo historycznego triumfu. To pokazuje skalę wyzwania, które jednak bezwzględnie należy podjąć. Mówiąc wprost, trzeba chwycić Zachód za łeb i zmusić go do przyswojenia elementarnych faktów z naszej historii i ich wpływu na obecny kształt Europy. Winniśmy wyciągnąć praktyczne wnioski z podstawowej zasady: „opowiedz swoją historię, zanim zrobią to za ciebie inni”. Opowiadajmy więc Polskę światu – aż do skutku.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 37 (13-19.09.2019)

niedziela, 8 lipca 2018

Bezwarunkowa kapitulacja

Nie można bezkarnie grzmieć, że „nikt nie będzie dyktował nam ustaw”, a potem robić woltę o 180 stopni i jeszcze naskakiwać z twarzą na rozczarowanych ludzi, wyzywając ich od „ruskich agentów”.

I. Denowelizacja

Proszę Państwa, uczymy się nowego słowa. Przesylabizujmy je wspólnie, żeby się utrwaliło: de-no-we-li-za-cja. Nie ma wątpliwości, że będzie to trwały wkład partii rządzącej w sztukę legislacyjną. Najpierw uchwalamy generalnie słuszną ustawę, ale bez rozpoznania jej potencjalnych konsekwencji, a następnie gdy wybucha awantura, wkładamy ją do „zamrażarki” i po pewnym czasie w ekspresowym trybie uchylamy. Jeśli prześledzić to, co działo się ze słynnym art. 55a Ustawy o IPN, to właśnie tak to mniej więcej wyglądało. Przypomnijmy, że nowelizacja była konsultowana z władzami Izraela (co samo w sobie stanowi kuriozum), jej treść wydawała się uzgodniona, nikt nie zgłaszał zastrzeżeń – po czym, nagle eksplodowała medialno-polityczna bomba, ku kompletnemu zaskoczeniu PiS. Co to oznacza? Wg mnie oznacza to, że Izrael i środowiska żydowskie z premedytacją wsadziły nas na minę, by móc następnie wrzeszczeć na cały świat o polskim „antysemityzmie” i „rewidowaniu historii”. Na marginesie, warto odnotować wątek, który jakoś nie przebił się w debacie publicznej: gdzie były wtedy nasze służby specjalne? Dlaczego w tak newralgicznej kwestii nikt nie zadbał o wywiadowczą ochronę procesu ustawodawczego? Po fakcie jasno widać, że antypolska nagonka była precyzyjnie przygotowana i zorkiestrowana – począwszy od oświęcimskiego wystąpienia Anny Azari, poprzez wypowiedzi izraelskich polityków i mediów, a skończywszy na diasporze żydowskiej w USA, która dodatkowo zaprzęgła do swego propagandowego rydwanu tamtejszy Kongres i Departament Stanu. Od tego są służby, żeby takie niebezpieczeństwa wykryć zawczasu i ostrzec polskie władze. Indolencja wywiadowcza potwierdza jedynie tezę o kompletnej degrengoladzie naszych „siłowików” i na dobrą sprawę należałoby to towarzystwo rozgonić na cztery wiatry – lepiej bowiem nie mieć żadnych służb, niż karmić się złudnym poczuciem bezpieczeństwa.

W każdym razie, gdy mleko się rozlało, PiS przestraszyło się własnej odwagi i zaczęło się wycofywać rakiem z całej inicjatywy, co na bieżąco sygnalizowałem na tych łamach. Byliśmy świadkami upokarzających wycieczek polskiej delegacji do Tel Awiwu, okraszonych dodatkowo wypowiedziami takimi, jak słowa marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego, że ustawa (przyjęta przez Senat pod jego kierownictwem!) „nie będzie stosowana”. Potwierdzała to kunktatorska decyzja prezydenta Andrzeja Dudy, który wprawdzie nowelizację podpisał, ale jednocześnie skierował ją do Trybunału Konstytucyjnego, z niedwuznaczną intencją wymiksowania się z kłopotu rękoma sędzi Julii Przyłębskiej. W efekcie, otrzymaliśmy kompletnie pozaprawny i motywowany politycznie stan zawieszenia: ustawa niby obowiązywała, ale odpowiednie organy państwa odmawiały jej stosowania. W międzyczasie do prokuratury wpłynęło na jej podstawie kilkadziesiąt zawiadomień o możliwości popełnienia przestępstwa – i o ile mi wiadomo, nie wszczęto ani jednego śledztwa. I to również zapamiętamy jako osobliwy wkład tego rządu w praktykę (nie) stosowania prawa – okazało się, że można ignorować „po uważaniu” obowiązujące przepisy, które na dodatek samemu się uchwaliło.


II. Kapitulacja

Finałem i logiczną konsekwencją powyższej rejterady było nagłe uchylenie art.55a. W ciągu kilku godzin „denowelizacja” przeszła przez obie izby parlamentu i wylądowała na biurku prezydenta, który równie bezzwłocznie ją podpisał – tym razem wyjątkowo bez strojenia min, targowania się, hamletyzowania i konsultacji z panią Zofią Romaszewską. Tym samym podpisaliśmy akt bezwarunkowej kapitulacji. Ależ tam musiały pójść naciski... Dodatkowo, wkrótce potem za sprawą izraelskich mediów dowiedzieliśmy się, iż sprawa była od kilku miesięcy w najgłębszej tajemnicy przedmiotem negocjacji między Polską a Izraelem podczas sekretnych pogaduszek w Wiedniu (w domyśle – pod amerykańskim patronatem, bo nasz aktualny hegemon nie życzy sobie kwasów pomiędzy „sojusznikami”). Coś niebywałego. Na osłodę została nam wspólna deklaracja premierów Morawieckiego i Netanjahu, gdzie łaskawie przyznano, że nie było „polskich obozów śmierci”, zaś obustronna współpraca opiera się „na głębokim zaufaniu i zrozumieniu”. Dobry żart, zważywszy na przypomniane powyżej wmanewrowanie nas w ten bigos. Mogę sobie nawet wyobrazić, jak te negocjacje wyglądały. Nasz komunikat, po odarciu z pozorów, musiał brzmieć mniej więcej w tym stylu: no dobrze, nie krzyczcie już na nas, uchylimy ten artykuł, tylko dajcie nam coś, czym moglibyśmy pomachać elektoratowi przed oczami.

Tak rozumiany „kompromis” ma swoją cenę. Choćby taką, że oficjalnie uznaliśmy prawo Izraela do decydowania o tym, kto był sprawcą, a kto ofiarą II wojny światowej. Na dzień dzisiejszy, wspaniałomyślnie zostaliśmy zaliczeni do współofiar, co dla oficjalnej propagandy stanowi asumpt do nasładzania się „sukcesem polskiej dyplomacji”. Cóż jednak zrobimy, jeśli jutro ten sam Izrael znów zaliczy nas do sprawców - a jest to niezbędnym warunkiem wydębienia od nas miliardowych „odszkodowań” za pożydowskie mienie? Łaska pańska na pstrym koniu jeździ, a przypomnę, że na życzenie strony żydowskiej schowaliśmy do szuflady stosowną ustawę reprywatyzacyjną – to zaś w kontekście amerykańskiego „JUST Act 447” czyni nas kompletnie bezbronnymi wobec niechybnych roszczeń. Jestem nawet gotów przewidzieć, jak to będzie wyglądało: po miesiącach żmudnych rokowań polski rząd ogłosi kolejny „sukces”, bo hieny cmentarne z „holocaust industry” zgodzą się, byśmy zapłacili o kilka miliardów dolarów mniej i może jeszcze rozłożą nam należność na raty, by nie zarzynać kury znoszącej złote jaja.


III. Wiadra wazeliny

Osobnym elementem tej historii są wiadra wazeliny, jakie wylały się z prorządowych ośrodków medialnych. Wersję o „sukcesie” zaakceptowano bez żadnych zastrzeżeń i z miejsca rozpoczęto propagandową osłonę naszej rejterady. Na głos krytyki pozwolił sobie chyba tylko prof. Andrzej Nowak. Reszta poświęciła się rozmydlaniu tego co się stało, wiedząc, że na prawicowych wyborców rezygnacja z samodzielnego kształtowania polskiego przekazu historycznego podziała jak płachta na byka - zwłaszcza, że ewidentnie abdykowaliśmy z suwerennego stanowienia prawa w tej materii. Szczytem wszystkiego była propozycja red. naczelnego „Gazety Polskiej” Tomasza Sakiewicza, by Jarosławowi Kaczyńskiemu i „Bibi” Netanjahu przyznać... pokojowego Nobla. Przejdzie to annałów dziennikarskiego lizusostwa. Cóż, kiedy sprzedaż spada, trzeba pielęgnować przychylność władzy. W ramach operacji osłonowej zadbano również o szantaż emocjonalny oparty o tradycyjne reductio ad Putinum: mianowicie, jeśli krytykujesz uchylenie nowelizacji Ustawy o IPN, to znaczy że godzisz w „strategiczne sojusze” - a kto godzi w sojusze, ten wiadomo, jest „ruskim agentem”. Proste jak konstrukcja cepa – na identycznej zasadzie środowisko „Wyborczej” nazywa „antysemityzmem” każdą krytykę poczynań organizacji żydowskich.

Na dłuższą metę takie postępowanie się na PiS-ie zemści. Nie można bezkarnie grzmieć, że nie oddamy guzika i „nikt nie będzie dyktował nam ustaw”, a potem robić woltę o 180 stopni i jeszcze za pośrednictwem swych propagandystów naskakiwać, przepraszam, z twarzą na rozczarowanych ludzi, wyzywając ich od „ruskich agentów”. Tymczasem, jeśli spojrzeć przekrojowo, art. 55a w znacznej mierze spełnił swe zadanie – i to pomimo wiadomych trudności z ewentualnym zastosowaniem go wobec obcokrajowców. Otóż ogólnoświatowa awantura sprawiła, że z zagranicznych mediów nagle zniknęły wrzutki o „polskich obozach”, które wcześniej pojawiały się z nużącą regularnością. Stało się tak dlatego, że wskutek rozpętanego przez Żydów jazgotu każdy, choćby nawet nie chciał, dowiedział się, że Polacy sobie podobnych insynuacji nie życzą – i od tej pory nikt już nie będzie mógł się zasłaniać niewiedzą, przejęzyczeniem czy „skrótem myślowym” o „geograficznej lokalizacji”. Istnieje jednak obawa, że po naszej kapitulacji cała ciuciubabka rozpocznie się od początku.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Sojusznik czy wasal?

Hieny cmentarne z holocaust industry

Ustawa 447 czyli ofensywa holocaust industry

Gra o bilion złotych

Zawsze jest z kim przegrać

Rejterada

Koniec złudzeń

Moratorium czyli uspokajactwo stosowane

Hucpa – reaktywacja

Ćwierć miliarda za nic

Nic tak nie gorszy, jak prawda

Jedwabne – czas prawdy

Koniec epoki „pedagogiki wstydu”

Lekcja ojkofobii

Antypolonizm sponsorowany


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 27 (06-12.07.2018)

piątek, 26 maja 2017

Głos prawdy o Ukrainie

Miło jest obserwować stopniowy powrót do przytomności naszej dotąd bezkrytycznie proukraińskiej prawicy.


I. Asymetria relacji

Cieszy, że tezy i diagnozy formułowane konsekwentnie na łamach „Polski Niepodległej” (w tym, dodam nieskromnie, przez niżej podpisanego) odnośnie stosunków polsko-ukraińskich zaczęły przebijać się do prawicowego mainstreamu. Otóż niedawno Reduta Dobrego Imienia wystosowała oświadczenie dotyczące wspomnianej tematyki w którym daje wyraz swojemu zaniepokojeniu rysującymi się od dłuższego czasu tendencjami w polityce tożsamościowej i historycznej naszego sąsiada. Dokument został skierowany m.in. do Kancelarii Prezydenta, Ministerstwa Spraw Zagranicznych oraz MSWiA. Ponieważ póki co żaden Marcin Rey, tudzież inni domorośli tropiciele „ruskich agentów” nie zapisali Reduty, ani jej fundatorów do „V kolumny Putina” (byłoby to dość karkołomne, zważywszy, że w RDI są Maciej Świrski, Józef Orzeł, prof. Andrzej Nowak, Jan Pietrzak, Tadeusz Płużański i Marcin Wolski), to istnieje szansa, że ich głos zostanie potraktowany z należytą powagą przez PiS-owski establishment.

Przede wszystkim, wreszcie otwartym tekstem pada konstatacja – dla nas oczywista – o niechęci Ukraińców do skonfrontowania się z prawdą o Rzezi Wołyńskiej. Tych „wreszcie” jest zresztą dużo więcej – chociażby, w końcu podkreślono zdumiewającą asymetrię wzajemnych relacji. Z jednej strony Polska od lat konsekwentnie i bezwarunkowo udziela Ukrainie poparcia w jej walce o wyrwanie się z rosyjskiej strefy wpływów. Basujemy europejskim aspiracjom Kijowa, wspieramy naszych sąsiadów politycznie, logistycznie, finansowo, otwieramy granice dla ukraińskich emigrantów zarobkowych i studentów – nie zgłaszając przy tym żadnych roszczeń rewindykacyjnych, choć na dobrą sprawę mielibyśmy do tego pełne prawo. Z drugiej strony, ukraińskie władze (a nie, jak czasem próbuje się to przedstawiać, marginalne grupki radykałów) oficjalnie biorą udział w fałszowaniu historii, gloryfikują zbrodnicze formacje OUN-UPA, odmawiają upamiętnienia ofiar – krótko mówiąc, prowadzą politykę otwarcie antypolską i szowinistyczną, budując nową narodową tożsamość w oparciu o kompletnie zakłamany „mit założycielski” spod znaku „herojam sława!”.


II. Szantaż emocjonalny

Autorzy „Oświadczenia” zwracają przy tym uwagę na jeszcze jeden aspekt wzajemnych stosunków – mianowicie, każdy antypolski eksces w rodzaju niszczenia pomników, czy ataków na nasze placówki dyplomatyczne tłumaczy się – bez próby analizy – rosyjskimi prowokacjami. Owszem, nie jest wykluczone, że w bardaku jaki panuje obecnie na Ukrainie ruska agentura może sobie swobodnie hulać i np. ostrzelać z granatnika polski konsulat. Problem w tym, że równie dobrze za atakami mogą stać ukraińscy nacjonaliści, nie potrzebujący dodatkowej, zagranicznej motywacji. Wystarczy im podżegający przekaz produkowany konsekwentnie przez ukraiński IPN pod przewodnictwem Wołodymyra Wjatrowycza. Jednakowoż, tak strona ukraińska, jak i nasi zwolennicy bezwarunkowego „pojednania”, nie weryfikując faktów z miejsca przypisują odpowiedzialność rosyjskiej dywersji. Osobiście wolałbym, żeby ukraińskie służby schwytały przynajmniej jednego takiego „ruskiego prowokatora” i pokazały go nam – choćby po to, aby się uwiarygodnić. Tymczasem sprawcy – co podkreślone jest w omawianym dokumencie - pozostają nieuchwytni. Od siebie dodam, że każdorazowe zwalanie winy na zasadzie „cui prodest” na putinowskich „ludzików” coraz bardziej przypomina uporczywe zaklinanie rzeczywistości – najprawdopodobniej powodowane lękiem zaklinających, że realia mogą drastycznie rozmijać się z ich oczekiwaniami.

W oświadczeniu czytamy: „Co więcej, każdemu, kto zadaje pytania o skalę odradzającego się nacjonalizmu ukraińskiego i realizm we wzajemnych relacjach polsko–ukraińskich knebluje się usta oskarżeniem o działalność agenturalną i przypięciem łatki przynależności do V kolumny Putina. Stajemy się w ten sposób zakładnikami szantażu emocjonalnego”. Nic dodać, nic ująć. Dobrze, że wreszcie zostało to powiedziane przez kogoś, komu nie da się łatwo przykleić etykietki „oszołoma”, bo to służy sprawie.


III. Jałowy „dialog”

W dalszej części RDI podnosi problem jałowości – a wręcz przeciwskuteczności - „dialogu” między polskimi a ukraińskimi historykami. Efekt bowiem jest taki, że owa debata służy jedynie uwiarygodnieniu wrogiej nam historycznej propagandy, negującej bądź co najmniej relatywizującej zbrodnie OUN-UPA. Nadmieńmy – przy całkowitej impregnacji strony ukraińskiej na polskie postulaty. Czym to się kończy, obrazuje dołączony do „Oświadczenia” obszerny aneks demaskujący manipulacje zawarte w artykule autorstwa Serhija Rabienki „Co się stało w Parośli? Kto przyniósł śmierć do polskiej kolonii na Wołyniu”, który ukazał się w „Ukraińskiej Prawdzie” 4 lutego 2017. Osią tego jawnie negacjonistycznego tekstu jest próba „udowodnienia”, że za zbrodnią na polskiej ludności nie stało UPA, tylko „nie wiadomo kto”, a przychylnie komentował go nie kto inny, jak dobrze nam znany Wołodymyr Wjatrowycz.

Trudno zaprzeczyć, że w takiej atmosferze żadnego „dialogu” toczyć się zwyczajnie nie da – toteż, jak zauważają autorzy, mamy w istocie monolog obwarowany emocjonalnym szantażem („bo Ukraina walczy z Rosją”). Jak zdarzyło mi się zauważyć we wcześniejszych „ukraińskich” artykułach, Kijów nauczył się na owym szantażu znakomicie grać, używając go do paraliżowania strony polskiej i wymuszania ustępstw lub przynajmniej milczenia w „drażliwych” sprawach.

W dokumencie padają trzy fundamentalne pytania, które należy koniecznie odnotować:

- Czy relacje Polski z Ukrainą bez względu na okoliczności powinna determinować decyzja o pomocy dla walczącej Ukrainy, która wiąże siły rosyjskie z dala od polskich granic?;

- Czy poparcie dla Ukrainy ma się odbywać bez względu na nacjonalizm ukraiński?; - Czy należy to robić ze świadomością, że ok. 2 mln Ukraińców znających jedynie przekaz o kulcie Bandery przebywa na terytorium Polski, że są oni coraz lepiej zorganizowani, a perspektywa napływu kolejnej fali emigracji jest, jak się wydaje, jedynie kwestią czasu?”.


IV. 5 milionów Ukraińców w Polsce

I nad tą ostatnią sprawą, jak sądzę, warto się na chwilę zatrzymać. Nie wiem, jaki szatan podszepnął naszym decydentom pomysł, by otworzyć Polskę na ukraińskich imigrantów (to znaczy, domyślam się – lobby pracodawców ze znaczącym udziałem Cezarego Kaźmierczaka przy wsparciu min. Morawieckiego), ale konsekwencje mogą być potencjalnie równie groźne, jak przyjęcie muzułmańskich „nachodźców”.

Mamy tu kilka warstw. Po pierwsze, masowa migracja pracowników ze wschodu skutkuje zamrożeniem płac w wielu sektorach gospodarki. To zaś powoduje petryfikację patologii polskiego rynku pracy oraz zakonserwowanie modelu od którego mieliśmy ponoć odchodzić – czyli wzrostu gospodarczego opartego na taniej sile roboczej. Kolejną konsekwencją jest to, że polska emigracja zarobkowa z ostatnich lat nie ma do czego wracać; więcej – wciąż wielu Polaków pragnie emigrować, bowiem dawne relacje pracy wedle schematu „na twoje miejsce jest 10 chętnych” zmieniły się tylko o tyle, że teraz pracodawca mówi: „na twoje miejsce jest 10 Ukraińców”. W rezultacie, grozi nam stopniowa podmiana zamieszkującej Polskę populacji – w miejsce tych, którzy wyjechali pojawią się Ukraińcy, którzy – nie łudźmy się – zostaną tu tak samo, jak na stałe zostali np. Polacy w Wlk. Brytanii. Czy chcemy za kilka lat ocknąć się z kilkumilionową ukraińską mniejszością ukształtowaną w duchu banderyzmu? A dodam, że przyjeżdżają do nas głównie Ukraińcy z zachodniej części kraju, gdzie szowinistyczna propaganda jest najsilniejsza.

Szef Związku Pracodawców Polskich, Cezary Kaźmierczak, domaga się, byśmy do 2025 r. sprowadzili 5 mln. Ukraińców. Mogę na to odpowiedzieć tylko jedno. Ulegając takim żądaniom wynikającym z partykularnego interesu grupki przedsiębiorców (bo też nie wszystkich, o czym trzeba pamiętać), rząd sprowadza na Polskę poważne zagrożenie. Długofalowo jest to uderzenie w fundamenty bezpieczeństwa wewnętrznego Polski. Na dobrą sprawę, należałoby osobom i podmiotom lobbującym za sprowadzaniem do Polski Ukraińców wytoczyć solidne procesy karne za świadome i celowe sprowadzanie zagrożenia dla bezpieczeństwa narodowego. Każdy, kto głosi konieczność przyjęcia wielomilionowej rzeszy Ukraińców, zachowuje się jak zdrajca - w nie mniejszym stopniu od tych, którzy chcieliby przyjmowania muzułmańskich migrantów.


*

Wracając do głównego wątku - podczas lektury pisma Reduty Dobrego Imienia towarzyszyło mi uczucie deja vu – zupełnie jakbym czytał podsumowanie tego, co ja oraz Koleżanki i Koledzy z łamów „Polski Niepodległej” pisaliśmy na przestrzeni ostatnich lat. Może otwarte powołanie się na nasz tygodnik byłoby jednak zbyt „niepoprawne” lub obciążające dla autorów dokumentu? A może sami doszli do analogicznych wniosków? Jak by nie było, miło jest obserwować kruszące się mury twierdzy dogmatycznych zwolenników mitologii politycznej Giedroycia i stopniowy powrót do przytomności naszej, dotąd bezkrytycznie proukraińskiej, prawicy.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 21 (24-30.05.2017)