Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ustawa o IPN. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ustawa o IPN. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 lutego 2019

Konsekwencje rejterady

Należy głosić na cały świat, że Żydzi mają ręce unurzane po łokcie w polskiej krwi. I mają to robić przede wszystkim przedstawiciele polskiego rządu.


I. „Ogromny sukces”

Trudno dziś nie roześmiać się gorzko czytając wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego z wywiadu udzielonego tygodnikowi „Sieci” jeszcze przed katastrofalną konferencją bliskowschodnią w Warszawie. Prezes rządzącej partii powiedział wtedy: „Zmiana premiera podyktowana była przede wszystkim wiarygodnymi sygnałami o nowej, wielkiej ofensywie przeciwko Polsce, i to o skali międzynarodowej. Chodziło o próby przypisania nam już nawet nie tylko »faszyzmu«, lecz wprost »hitleryzmu«, co na pewno nie było przypadkiem. Potrzebowaliśmy osoby, która byłaby w tej sferze skuteczna. Jeśli wziąć pod uwagę deklarację polsko-izraelską, będącą naszym naprawdę ogromnym sukcesem, co niektórzy w końcu zaczynają doceniać, były to oczekiwania dobrze ulokowane” (cyt. za wPolityce.pl). Jak widać, roszada na stanowisku szefa rządu na nic się zdała, bo też i zdać się nie mogła. Wiara w to, że personalna podmianka i jakieś ocieplenie wizerunkowe będzie w stanie powstrzymać rozpędzoną machinę polakożerstwa inspirowaną przez „holocaust industry” dowodzi w najlepszym razie naiwności. Gra toczy się o zbyt wielkie pieniądze i polityczne interesy, by strona przeciwna ot, tak sobie zrezygnowała z ataków, bo Polska wykazała się gestem dobrej woli i chęcią załagodzenia sporu. Przeciwnie – każde takie ustępstwo z naszej strony odczytywane było jako przejaw słabości i dowód na to, że wystarczy nas jeszcze trochę przycisnąć, jeszcze bardziej zmłotkować nienawistnym przekazem, byśmy w końcu ze szczętem położyli uszy po sobie i zaczęli sypać kasą.

Tak też odebrano naszą bezwarunkową kapitulację w kwestii wycofania się z art.55a Ustawy o IPN penalizującego próby przypisywania państwu bądź narodowi polskiemu odpowiedzialności za zbrodnie niemieckiej III Rzeszy. Wspólna deklaracja premierów Polski i Izraela z czerwca 2018 r. łaskawie przyznająca, że nie było „polskich obozów koncentracyjnych”, wynegocjowana w Wiedniu pod czujnym okiem Mossadu, była jedynie skromnym cukierkiem, mającym nam osłodzić gorycz porażki i pozwolić polskiemu rządowi zachować twarz przed elektoratem. Bezskutecznie zresztą – bo wbrew propagandzie sukcesu, ludzie jednak w znacznej mierze nie dali się na piękne słówka nabrać i słusznie uznali ekspresową „denowelizację” ustawy o IPN za upokarzającą rejteradę.


II. To nie kryzys, to rezultat

Dziś zbieramy konsekwencję owego „ogromnego sukcesu”. Obecna, kolejna już awantura na linii Polska-Izrael to, trawestując Kisiela, nie jest kryzys, tylko rezultat. Wystarczyło kilka dni, by w świat poszedł przekaz wpływowej amerykańskiej dziennikarki o „polskim reżimie” z którym walczyli powstańcy z getta i „Polakach kolaborujących z nazistami” (to z kolei Benjamin Netanjahu). Potem, po naszych rozpaczliwych interwencjach, nastąpiło tradycyjne mydlenie oczu – przeprosiny na które w świecie mało kto zwrócił uwagę i odwracanie kota ogonem, że „Bibi” nie powiedział tego co powiedział, a tak w ogóle, to został źle zrozumiany, bo chodziło mu o poszczególnych Polaków, a nie o polski naród czy państwo. Wszystko okraszone naciskami sekretarza stanu Mike'a Pompeo, byśmy wreszcie zalegalizowali żydowskie wymuszenie rozbójnicze („ustawa 447” zobowiązuje Departament Stanu do takich działań i Pompeo ten obowiązek, jak widać, wypełnia) i przyjęli w poczet bohaterów narodowych żydowskiego, ubeckiego oprawcę Franka Blajchmana.

Na koniec, żebyśmy nie mieli już żadnych wątpliwości, p.o. szefa izraelskiego MSZ Israel Kac (formalnie szefem MSZ jest Netanjahu) uraczył nas kolejnymi wykwitami oszczerczej arogancji. Najpierw zastępca Netanjahu w całej rozciągłości podtrzymał słowa swego pryncypała, podkreślając, iż „nie zapomnimy i nie wybaczymy” (polskiej „kolaboracji” z Niemcami), by na koniec obcesowo zażądać, byśmy się odfajkowali („Nikt nie będzie mówił nam, jak mamy się wypowiadać i jak upamiętniać naszych zmarłych”). Przywołanie sloganu o „Polakach wysysających antysemityzm z mlekiem matki” oraz dzień późniejsza wypowiedź „Antysemityzm był wrodzony u Polaków przed Holokaustem, podczas, i po nim też” były już tylko postawieniem kropki nad „i”.

Krótko mówiąc, ubiegłoroczna wspólna deklaracja przetrwała raptem 8 miesięcy i właśnie na naszych oczach została unieważniona – ba, spektakularnie wysadzona w powietrze.


III. Symetria i asertywność

Dlaczego izraelscy politycy zdecydowali się na taki krok? Bo uznali, że mogą – to raz. Pokazaliśmy jasno, że łatwo uginamy się pod naciskiem – szczególnie, jeśli ze strony naszego aktualnego protektora zza oceanu przyjdą wytyczne, że mamy wbrew wszystkiemu podtrzymywać fikcję „strategicznego sojuszu” i „dobrych relacji”. Tymczasem, nie ma żadnych „dobrych relacji”, ani tym bardziej „przyjaźni polsko-izraelskiej”. Izrael to w najlepszym razie „sojusznik naszego sojusznika” - i nic więcej. Po drugie – w Izraelu trwa kampania wyborcza i granie na antypolonizmie jest politycznie opłacalne, trafia do masowego elektoratu ukształtowanego przez edukacyjną obróbkę i medialną propagandę utrzymaną w duchu nienawiści do Polaków jako współwinnych holocaustu. Antypolonizm jest obecnie częścią izraelskiej tożsamości. Sami zresztą się do tego przyczyniliśmy haniebnymi przeprosinami za Jedwabne i wstrzymaniem ekshumacji, utrwalając jedynie przekonanie, że mamy coś na sumieniu. A skoro tak – to powinniśmy płacić, logiczne. Tak oto w imię podtrzymywania fikcji „przyjaźni”, zamalowaliśmy się do kąta.

W tej sytuacji decyzja premiera Morawieckiego o odwołaniu udziału polskiej delegacji w izraelskim szczycie Grupy Wyszehradzkiej (co poskutkowało oficjalnym anulowaniem całej imprezy, odbędą się jedynie dwustronne spotkania pozostałych państw V4) jest jedynym możliwym ruchem pozwalającym nam ocalić resztki godności. Agencja Reuters z miejsca oceniła, że jest to prestiżowa porażka Netanjahu, który przed kwietniowymi wyborami chciał się pokazać jako zręczny dyplomata, goszczący przyjazne Izraelowi kraje Europy Środkowej (mające stanowić przeciwwagę dla krytycznej wobec Izraela Europy Zachodniej). To pokazuje kierunek dla dalszych relacji z Izraelem. W skrócie można go określić w dwóch słowach – symetria i asertywność. Na zniewagi odpowiadać stanowczymi krokami dyplomatycznymi i wreszcie, na miłość Boską, przestać się bać formułować nasze stanowisko, bo ze słabymi tchórzami nikt się nie liczy. Przeciwnie – kładąc uszy po sobie jedynie prowokujemy kolejne ataki.


IV. Zmienić narrację!

Od tej pory winniśmy radykalnie zmienić naszą narrację w sferze publiczno-międzynarodowej. Trzeba wreszcie zacząć mówić o żydowskiej kolaboracji z komunistami. Przypominać o wydawaniu Polaków przez Żydów w ręce NKWD po sowieckiej agresji 17 września 1939 r. O żydowskich funkcjonariuszach sowieckiego aparatu represji i ich czynnym udziale w stalinowskim ludobójstwie. O nadreprezentacji Żydów w aparacie komunistycznego terroru, katowaniu i mordowaniu polskich patriotów. Generalnie – głosić na cały świat, że Żydzi mają ręce unurzane po łokcie w polskiej krwi. I mają to robić nie tylko historycy czy publicyści, lecz przede wszystkim przedstawiciele polskiego rządu – tak jak czynią to członkowie rządu i dyplomaci izraelscy. Oczekuję, że polski premier i polscy ministrowie przy każdej okazji będą przypominali żydowskie zbrodnie na Polakach (a wystarczy, że dziennikarz na konferencji prasowej zada odpowiednie pytanie – tak jak robią to izraelscy odpowiednicy). Potem można najwyżej sprostować, że miało się na myśli „poszczególnych Żydów”, a nie „państwo” czy „naród”...

Ale cóż marzyć o tym – właśnie czytam (info za DoRzeczy.pl) że Jarosław Kaczyński zwołał za plecami Morawieckiego pilną naradę, bo na PiS padł blady strach, że eskalacja konfliktu zaszkodzi partii w eurowyborach i pogorszy nasze relacje z USA... Ręce opadają. Panie prezesie – stanowcza postawa rządu jedynie przysporzy wam głosów, bo Polacy mają po dziurki w nosie rzucanych nam w twarz kalumnii. A i USA szanują jedynie tych, którzy szanują się sami. Czy Pan tego nie widzi?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Bezwarunkowa kapitulacja

Sojusznik czy wasal?

Hieny cmentarne z holocaust industry

Ustawa 447 czyli ofensywa holocaust industry

Gra o bilion złotych

Zawsze jest z kim przegrać

Rejterada

Koniec złudzeń

Moratorium czyli uspokajactwo stosowane

Hucpa – reaktywacja

Ćwierć miliarda za nic

Nic tak nie gorszy, jak prawda

Jedwabne – czas prawdy

Koniec epoki „pedagogiki wstydu”

Lekcja ojkofobii

Antypolonizm sponsorowany


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 08 (22-28.02.2019)

wtorek, 11 grudnia 2018

Koniec rewolucji?

Na polskiej scenie politycznej brakuje liczącego się ugrupowania na prawo od PiS, które odgrywałoby rolę szczupaka w stadzie karpi, mobilizując do działania.

I. Taktyczne ustępstwo?

Pragnę zwrócić uwagę wysokiej izby, że wycofywanie się ze słusznych reform w obszarze wymiaru sprawiedliwości, pod naciskiem instytucji unijnych wykorzystanych do walki politycznej, wyznacza granice naszej suwerenności w bardzo nieciekawym miejscu” - te słowa posłanki Anny Siarkowskiej wygłoszone z sejmowej trybuny podczas dyskusji nad „denowelizacją” ustawy o Sądzie Najwyższym mogą służyć za podsumowanie fiaska „rewolucyjnego” etapu rządów Zjednoczonej Prawicy. Nie dziwi więc, że Jarosław Kaczyński schodzącej z mównicy pani poseł znacząco pogroził palcem. Oczywiście, przywrócenie emerytowanych sędziów z (eks)prezes Gersdorf na czele przedstawione zostało jako taktyczny manewr, „krok do tyłu” mający umożliwić „dwa kroki wprzód” czy wręcz majstersztyk neutralizujący Brukselę oraz narrację totalnej opozycji o „polexicie” i wygaszający jeden z gorących frontów przed przyszłorocznymi wyborami. I można by nawet od biedy takie tłumaczenie przyjąć, gdyby owo rzekome „taktyczne ustępstwo” nie wpisywało się w szerszą tendencję.

W zasadzie, należałoby zacząć od weta prezydenta Dudy z lipca 2017 wobec ustaw o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa. To wtedy po raz pierwszy z pełną jaskrawością okazało się, że drużyna „dobrej zmiany” nie jest bynajmniej jednorodna i w pełni zdeterminowana by pogrzebać „republikę okrągłego stołu”, że pod dywanem buzują partykularne ambicje, walka o władzę i wpływy, wreszcie – że dalece nie wszyscy dorośli charakterologicznie do twardej walki o polskie interesy. Symbolem chwiejnej postawy stał się nasz „Hamlet belwederski”, podejmujący decyzję o wecie pod wpływem telefonicznej rozmowy z Angelą Merkel, ulicznych protestów i nacisków prawniczego establishmentu - o groteskowym zasłanianiu się opinią Zofii Romaszewskiej nie wspominając. Skutki tego fatalnego kroku były dwojakie – raz, że reforma sądownictwa odwlekła się w czasie (dziś już byłoby dawno „pozamiatane”); dwa – okazało się, że można obóz PiS rozgrywać od środka i skutecznie grillować.

Kolejnym błędem była rekonstrukcja rządu z przełomu 2017 i 2018 roku. Tłumaczenie było takie, że Mateusz Morawiecki będzie lepiej odbierany w Brukseli, międzynarodowych kręgach gospodarczych i generalnie na światowych salonach. Rychło okazało się, że były to złudzenia. Komisja Europejska nie cofnęła się ani o krok, podobnie Berlin, jasno dający do zrozumienia za pośrednictwem swych mediów, że oczekuje od nas wyłącznie bezwarunkowej kapitulacji. Po prostu, jedyna Polska, jaka interesuje Europę, to Polska kolonialna, podporządkowana politycznie i gospodarczo „centrali” i zainteresowane ośrodki nie spoczną, dopóki nie przywrócą pożądanego z ich punktu widzenia stanu rzeczy - tym bardziej, że na miejscu mogą liczyć na V kolumnę targowiczan i folksdojczów. Tego nie da się odwrócić wizerunkowymi sztuczkami.


II. Wygaszanie rewolucji

Potem poszło już z górki. Zaczęliśmy wysyłać światu kolejne sygnały, że wystarczy na nas zdrowo huknąć, postraszyć „kryzysem relacji”, „pogorszeniem stosunków”, jakimiś bliżej nieokreślonymi „konsekwencjami” i „sankcjami”, byśmy podkulili ogon pod siebie równie skwapliwie, jak wcześniej zarzekaliśmy się, że nikt nie będzie mieszał się w nasze wewnętrzne sprawy. Efektem były kolejne większe i mniejsze rejterady – a to w sprawie nowych wzorów paszportów z których wycofano Ostrą Bramę i Cmentarz Orląt Lwowskich pod naciskiem naszych „strategicznych sojuszników” z Litwy i Ukrainy; to cofnięcie art. 55a ustawy o IPN dogadywane w placówkach Mossadu; zamrożenie kwestii reparacji wojennych od Niemiec; wycofanie się rakiem z postulatu repolonizacji mediów; wreszcie – niedawna „denowelizacja” ustawy o Sądzie Najwyższym. W tym kontekście absolutnie nie dziwią ostatnie wyskoki ambasador Mosbacher – skoro na szczytach władzy mógł się tyle czasu ostentacyjnie panoszyć nasz „przyjaciel” sierżant Jonny Daniels... Jak mawiał Kisiel – to nie kryzys, to rezultat. Nawet kwestia relokacji migrantów na poziomie unijnym umarła śmiercią naturalną głównie ze względu na zmianę ogólnoeuropejskich nastrojów i wzrost popularności ugrupowań antysystemowych. Za to już sami, z własnej woli, po cichu zezwoliliśmy pod naciskiem lobby biznesowego na masowe sprowadzanie migrantów ekonomicznych – i to bynajmniej nie tylko z Ukrainy.

Wszystko to składa się na obraz końca rewolucji, która nawet, poza retorycznymi szarżami, nie zdążyła się na dobre rozpocząć. I tu pytanie: na co liczy PiS? Że „totalni” i zagranica dadzą mu spokój? Otóż nie, nie dadzą. Wracając jeszcze do sprawy reformy sądownictwa, od której zaczęliśmy. Na pozór ustępstwo jest niewielkie: wracają starzy sędziowie, ale jest przecież nowa KRS, do tego Izba Dyscyplinarna oraz Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. Tyle, że to nie kończy sprawy, a Bruksela nie odpuści. Wiadomo już, że Komisja Europejska nie zamierza wycofać się z procedury „kontroli praworządności”. Co więcej, idę o zakład, że im bliżej wyborów, tym grillowanie rządu będzie narastać w akompaniamencie wrzasków o „polexicie” – przedsmak mieliśmy w tym roku przed wyborami samorządowymi. O to, by nie zabrakło pretekstów zadba miejscowa „nadzwyczajna kasta” - już teraz NSA wysłał do TSUE dwa pytania prejudycjalne, tym razem godzące w obecną Krajową Radę Sądownictwa. Nie łudźmy się - ten spektakl będzie trwał dopóki cała reforma nie zostanie spacyfikowana.

Rząd PiS jest dla Brukseli ciałem obcym, błędem w matrixie – a ostatnie ustępstwo sprawiło jedynie, że wszystkie „guye” i timmermansy zwietrzyły krew, podobnie jak antypolskie ośrodki ulokowane na krajowym podwórku. Nie spoczną, dopóki ów „błąd” nie zostanie „naprawiony”, a w Polsce nie wrócą do władzy ci, co trzeba. A my, godząc się na dowolną, rozszerzającą wykładnię „wartości europejskich”, sami wkładamy im w ręce narzędzia. Jak to możliwe, że nawet nie próbowaliśmy powołać się na opinię Służby Prawnej Rady UE z 27 maja 2014 podważającej umocowanie traktatowe procedury kontroli praworządności? Dlaczego w postępowaniu przed TSUE nie podnieśliśmy tzw. protokołu brytyjskiego do którego przystąpiliśmy przed ratyfikacją Traktatu Lizbońskiego, i który – przypomnę – miał nas uchronić przed uroszczeniami unijnego trybunału? Czy nikt nie widzi, że godząc się na uznanie polskich sędziów sędziami „unijnymi” otwieramy na oścież wrota do kolejnych, coraz dalej idących ingerencji w nasze wewnętrzne sprawy? Na dodatek, nasze ustępstwa przypadają na czas, gdy rośnie nacisk na likwidację państw narodowych, co niedawno otwartym tekstem ogłosiła Angela Merkel, mówiąc, że „państwa narodowe powinny być gotowe do przekazania suwerenności”.


III. Po co nam PiS?

Poza wszystkim, PiS popełnia ogromny błąd polityczny na arenie krajowej. Przypomnę, że dopóki rząd stawiał się twardo Brukseli to słupki poparcia rosły, a „totalni” z PO i Nowoczesnej dołowali, jako sprzedawczycy donoszący na własny kraj. Co gorsza, PiS dał się zaszantażować opozycyjną narracją o „polexicie” i na wyprzódki rzucił się udowadniać, że nie jest wielbłądem. Tymczasem Polacy, owszem, są prounijni – ale tylko wtedy, gdy Polska jest w Unii krajem podmiotowym i ma coś do powiedzenia, co przed dwoma laty musiała z troską przyznać nawet sorosowska Fundacja Batorego w raporcie „Polacy wobec UE: koniec konsensusu”.

Słyszymy, że teraz czas na wygaszanie konfliktów, bo w przyszłym roku mamy podwójne wybory – tak, tyle że z kolei w 2020 będą wybory prezydenckie i znów nie będzie dobrej pory na konfliktogenne reformy, a jeszcze później... obóz „dobrej zmiany” będzie już tak zużyty (i zdeprawowany) władzą, że zwyczajnie nie będzie mu się chciało czegokolwiek ruszać. A pretekst do zaniechań zawsze się znajdzie. Widać, jak bardzo brakuje na polskiej scenie politycznej liczącego się ugrupowania na prawo od PiS, które odgrywałoby rolę szczupaka w stadzie karpi, mobilizując do działania. Bo bez radykalnych zmian, z „wygaszoną” rewolucją, po co nam PiS? Żeby mógł sobie porządzić?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Repolonizacji mediów nie będzie


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 49 (07-12.12.2018)

niedziela, 8 lipca 2018

Bezwarunkowa kapitulacja

Nie można bezkarnie grzmieć, że „nikt nie będzie dyktował nam ustaw”, a potem robić woltę o 180 stopni i jeszcze naskakiwać z twarzą na rozczarowanych ludzi, wyzywając ich od „ruskich agentów”.

I. Denowelizacja

Proszę Państwa, uczymy się nowego słowa. Przesylabizujmy je wspólnie, żeby się utrwaliło: de-no-we-li-za-cja. Nie ma wątpliwości, że będzie to trwały wkład partii rządzącej w sztukę legislacyjną. Najpierw uchwalamy generalnie słuszną ustawę, ale bez rozpoznania jej potencjalnych konsekwencji, a następnie gdy wybucha awantura, wkładamy ją do „zamrażarki” i po pewnym czasie w ekspresowym trybie uchylamy. Jeśli prześledzić to, co działo się ze słynnym art. 55a Ustawy o IPN, to właśnie tak to mniej więcej wyglądało. Przypomnijmy, że nowelizacja była konsultowana z władzami Izraela (co samo w sobie stanowi kuriozum), jej treść wydawała się uzgodniona, nikt nie zgłaszał zastrzeżeń – po czym, nagle eksplodowała medialno-polityczna bomba, ku kompletnemu zaskoczeniu PiS. Co to oznacza? Wg mnie oznacza to, że Izrael i środowiska żydowskie z premedytacją wsadziły nas na minę, by móc następnie wrzeszczeć na cały świat o polskim „antysemityzmie” i „rewidowaniu historii”. Na marginesie, warto odnotować wątek, który jakoś nie przebił się w debacie publicznej: gdzie były wtedy nasze służby specjalne? Dlaczego w tak newralgicznej kwestii nikt nie zadbał o wywiadowczą ochronę procesu ustawodawczego? Po fakcie jasno widać, że antypolska nagonka była precyzyjnie przygotowana i zorkiestrowana – począwszy od oświęcimskiego wystąpienia Anny Azari, poprzez wypowiedzi izraelskich polityków i mediów, a skończywszy na diasporze żydowskiej w USA, która dodatkowo zaprzęgła do swego propagandowego rydwanu tamtejszy Kongres i Departament Stanu. Od tego są służby, żeby takie niebezpieczeństwa wykryć zawczasu i ostrzec polskie władze. Indolencja wywiadowcza potwierdza jedynie tezę o kompletnej degrengoladzie naszych „siłowików” i na dobrą sprawę należałoby to towarzystwo rozgonić na cztery wiatry – lepiej bowiem nie mieć żadnych służb, niż karmić się złudnym poczuciem bezpieczeństwa.

W każdym razie, gdy mleko się rozlało, PiS przestraszyło się własnej odwagi i zaczęło się wycofywać rakiem z całej inicjatywy, co na bieżąco sygnalizowałem na tych łamach. Byliśmy świadkami upokarzających wycieczek polskiej delegacji do Tel Awiwu, okraszonych dodatkowo wypowiedziami takimi, jak słowa marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego, że ustawa (przyjęta przez Senat pod jego kierownictwem!) „nie będzie stosowana”. Potwierdzała to kunktatorska decyzja prezydenta Andrzeja Dudy, który wprawdzie nowelizację podpisał, ale jednocześnie skierował ją do Trybunału Konstytucyjnego, z niedwuznaczną intencją wymiksowania się z kłopotu rękoma sędzi Julii Przyłębskiej. W efekcie, otrzymaliśmy kompletnie pozaprawny i motywowany politycznie stan zawieszenia: ustawa niby obowiązywała, ale odpowiednie organy państwa odmawiały jej stosowania. W międzyczasie do prokuratury wpłynęło na jej podstawie kilkadziesiąt zawiadomień o możliwości popełnienia przestępstwa – i o ile mi wiadomo, nie wszczęto ani jednego śledztwa. I to również zapamiętamy jako osobliwy wkład tego rządu w praktykę (nie) stosowania prawa – okazało się, że można ignorować „po uważaniu” obowiązujące przepisy, które na dodatek samemu się uchwaliło.


II. Kapitulacja

Finałem i logiczną konsekwencją powyższej rejterady było nagłe uchylenie art.55a. W ciągu kilku godzin „denowelizacja” przeszła przez obie izby parlamentu i wylądowała na biurku prezydenta, który równie bezzwłocznie ją podpisał – tym razem wyjątkowo bez strojenia min, targowania się, hamletyzowania i konsultacji z panią Zofią Romaszewską. Tym samym podpisaliśmy akt bezwarunkowej kapitulacji. Ależ tam musiały pójść naciski... Dodatkowo, wkrótce potem za sprawą izraelskich mediów dowiedzieliśmy się, iż sprawa była od kilku miesięcy w najgłębszej tajemnicy przedmiotem negocjacji między Polską a Izraelem podczas sekretnych pogaduszek w Wiedniu (w domyśle – pod amerykańskim patronatem, bo nasz aktualny hegemon nie życzy sobie kwasów pomiędzy „sojusznikami”). Coś niebywałego. Na osłodę została nam wspólna deklaracja premierów Morawieckiego i Netanjahu, gdzie łaskawie przyznano, że nie było „polskich obozów śmierci”, zaś obustronna współpraca opiera się „na głębokim zaufaniu i zrozumieniu”. Dobry żart, zważywszy na przypomniane powyżej wmanewrowanie nas w ten bigos. Mogę sobie nawet wyobrazić, jak te negocjacje wyglądały. Nasz komunikat, po odarciu z pozorów, musiał brzmieć mniej więcej w tym stylu: no dobrze, nie krzyczcie już na nas, uchylimy ten artykuł, tylko dajcie nam coś, czym moglibyśmy pomachać elektoratowi przed oczami.

Tak rozumiany „kompromis” ma swoją cenę. Choćby taką, że oficjalnie uznaliśmy prawo Izraela do decydowania o tym, kto był sprawcą, a kto ofiarą II wojny światowej. Na dzień dzisiejszy, wspaniałomyślnie zostaliśmy zaliczeni do współofiar, co dla oficjalnej propagandy stanowi asumpt do nasładzania się „sukcesem polskiej dyplomacji”. Cóż jednak zrobimy, jeśli jutro ten sam Izrael znów zaliczy nas do sprawców - a jest to niezbędnym warunkiem wydębienia od nas miliardowych „odszkodowań” za pożydowskie mienie? Łaska pańska na pstrym koniu jeździ, a przypomnę, że na życzenie strony żydowskiej schowaliśmy do szuflady stosowną ustawę reprywatyzacyjną – to zaś w kontekście amerykańskiego „JUST Act 447” czyni nas kompletnie bezbronnymi wobec niechybnych roszczeń. Jestem nawet gotów przewidzieć, jak to będzie wyglądało: po miesiącach żmudnych rokowań polski rząd ogłosi kolejny „sukces”, bo hieny cmentarne z „holocaust industry” zgodzą się, byśmy zapłacili o kilka miliardów dolarów mniej i może jeszcze rozłożą nam należność na raty, by nie zarzynać kury znoszącej złote jaja.


III. Wiadra wazeliny

Osobnym elementem tej historii są wiadra wazeliny, jakie wylały się z prorządowych ośrodków medialnych. Wersję o „sukcesie” zaakceptowano bez żadnych zastrzeżeń i z miejsca rozpoczęto propagandową osłonę naszej rejterady. Na głos krytyki pozwolił sobie chyba tylko prof. Andrzej Nowak. Reszta poświęciła się rozmydlaniu tego co się stało, wiedząc, że na prawicowych wyborców rezygnacja z samodzielnego kształtowania polskiego przekazu historycznego podziała jak płachta na byka - zwłaszcza, że ewidentnie abdykowaliśmy z suwerennego stanowienia prawa w tej materii. Szczytem wszystkiego była propozycja red. naczelnego „Gazety Polskiej” Tomasza Sakiewicza, by Jarosławowi Kaczyńskiemu i „Bibi” Netanjahu przyznać... pokojowego Nobla. Przejdzie to annałów dziennikarskiego lizusostwa. Cóż, kiedy sprzedaż spada, trzeba pielęgnować przychylność władzy. W ramach operacji osłonowej zadbano również o szantaż emocjonalny oparty o tradycyjne reductio ad Putinum: mianowicie, jeśli krytykujesz uchylenie nowelizacji Ustawy o IPN, to znaczy że godzisz w „strategiczne sojusze” - a kto godzi w sojusze, ten wiadomo, jest „ruskim agentem”. Proste jak konstrukcja cepa – na identycznej zasadzie środowisko „Wyborczej” nazywa „antysemityzmem” każdą krytykę poczynań organizacji żydowskich.

Na dłuższą metę takie postępowanie się na PiS-ie zemści. Nie można bezkarnie grzmieć, że nie oddamy guzika i „nikt nie będzie dyktował nam ustaw”, a potem robić woltę o 180 stopni i jeszcze za pośrednictwem swych propagandystów naskakiwać, przepraszam, z twarzą na rozczarowanych ludzi, wyzywając ich od „ruskich agentów”. Tymczasem, jeśli spojrzeć przekrojowo, art. 55a w znacznej mierze spełnił swe zadanie – i to pomimo wiadomych trudności z ewentualnym zastosowaniem go wobec obcokrajowców. Otóż ogólnoświatowa awantura sprawiła, że z zagranicznych mediów nagle zniknęły wrzutki o „polskich obozach”, które wcześniej pojawiały się z nużącą regularnością. Stało się tak dlatego, że wskutek rozpętanego przez Żydów jazgotu każdy, choćby nawet nie chciał, dowiedział się, że Polacy sobie podobnych insynuacji nie życzą – i od tej pory nikt już nie będzie mógł się zasłaniać niewiedzą, przejęzyczeniem czy „skrótem myślowym” o „geograficznej lokalizacji”. Istnieje jednak obawa, że po naszej kapitulacji cała ciuciubabka rozpocznie się od początku.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Sojusznik czy wasal?

Hieny cmentarne z holocaust industry

Ustawa 447 czyli ofensywa holocaust industry

Gra o bilion złotych

Zawsze jest z kim przegrać

Rejterada

Koniec złudzeń

Moratorium czyli uspokajactwo stosowane

Hucpa – reaktywacja

Ćwierć miliarda za nic

Nic tak nie gorszy, jak prawda

Jedwabne – czas prawdy

Koniec epoki „pedagogiki wstydu”

Lekcja ojkofobii

Antypolonizm sponsorowany


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 27 (06-12.07.2018)

niedziela, 8 kwietnia 2018

Zawsze jest z kim przegrać

Prowadząc politykę spod znaku „i chciałabym, i boję się” nie można liczyć na sukces.

I. Powtórka z „27:1”?

„Zawsze jest z kim przegrać – jeśli nie z przeciwnikiem, to z samym sobą” - mniej więcej taką sentencję działacze Zjednoczonej Prawicy powinni sobie oprawić w ramki i powiesić nad biurkami. Oczywiście, sondaż Kantar Millward Brown dla TVN pokazujący spadek poparcia o 12 punktów procentowych nie jest jeszcze powodem do paniki – wiele wskazuje na to, że faktycznie został „podkręcony” pytaniami naprowadzającymi w rodzaju sprawy nagród dla ministrów rządu Beaty Szydło – ale inne badania z końca marca również wskazują na kilkuprocentowe „tąpniecie” notowań partii rządzącej. Przykładowo, u „Estymatora” (dla „DoRzeczy.pl”) jest to tylko 3,4 pkt. proc., ale już „Pollster” (dla „Wiadomości” TVP) pokazuje spadek aż o 8 „oczek” - w każdym razie, widać, że coś jest na rzeczy. Owszem, można, jak rzeczniczka PiS Beata Mazurek, składać niekorzystne wyniki na karb okresowego osłabienia dotykającego każdą partię rządzącą na przednówku; prawdą jest również, że obecne straty są jak najbardziej do odrobienia – warto jednak zastanowić się nad przyczynami, bowiem sądzę, że obecny „dołek” ma bardziej racjonalne powody, niż ogólne pogorszenie samopoczucia wyborców.

Przypomnijmy sobie w tym miejscu sytuację sprzed roku, kiedy to PiS również zaliczyło w marcu sondażową klapę związaną z przegraną batalią o zablokowanie reelekcji Donalda Tuska na fotel przewodniczącego Rady Europejskiej. Jak pamiętamy, dało to mediom „totalnej opozycji” asumpt do triumfalnego epatowania hasłem o porażce „27:1” (do annałów przeszedł niesławny newsletter Marka Dekana do polskich pracowników Ringier Axel Springer), co chwilowo odbiło się na politycznych notowaniach „dobrej zmiany”. Dziś wprawdzie nie da się wskazać jednego, spektakularnego wydarzenia - przyczyny „obsuwy” są bardziej złożone, nawarstwiło się tutaj kilka czynników – niemniej, mechanizm jest podobny. Otóż wspólnym mianownikiem marca 2017 i marca 2018 jest utrata poczucia sprawczości – a tego wyborcy bardzo nie lubią.


II. Kara za porażkę

W 2017 r. ludzie ukarali rząd PiS obniżonymi sondażami nie dlatego, że ten wdał się w wojenkę „o Tuska” - ale dlatego, że tę konfrontację przegrał. Przeciętny wyborca natomiast lubi skuteczność w której może symbolicznie partycypować – nie obchodzą go „moralne zwycięstwa” i gadanie w stylu „postawiliśmy się dzielnie, ale musieliśmy ulec pod naporem przeważających sił wroga”. Taki przekaz może przekonać (a nawet na swój sposób dowartościowywać) jedynie twardy elektorat, to zaś stanowczo za mało do wygranej w wyborach. W polityce koniec końców zawsze liczy się sukces – i na to zorientowany jest potencjalny wyborca. Właśnie ta prawidłowość przez lata niosła Tuska – potrafił sprzedać się jako polityk skuteczny, „rozprowadzający” w kraju miotającą się bezsilnie prawicową opozycję, za granicą zaś – jako postać przyjmowana na salonach. To właśnie z tego wizerunku głosujący na PO czerpali poczucie wartości – jako współuczestniczący w swoistym „spektaklu mocy”. I dlatego też, kiedy wskutek nieudolności Kopacz i Komorowskiego Platformie powinęła się noga, została porzucona bez sentymentów. Ten trend pogłębił się już po wyborach 2015 r. - nieporadność i kolejne wpadki „totalnej opozycji”, nakręcały jednocześnie słupki poparcia obozowi Zjednoczonej Prawicy.

Powtórzmy jeszcze raz: wyborca może wybaczyć wiele, ale jednego nie wybacza – przegranej, bo partycypuje w niej emocjonalnie, a to jest zabójcze dla samooceny. Nikt nie lubi czuć się jak frajer i kibicować nieudacznikom. I odwrotnie: świadomość udziału w triumfie dowartościowuje, buduje poczucie wyższości nad „tamtymi” - a to bardzo silny magnes, przyciągający kolejnych zwolenników. Można tu użyć analogii sportowej – zwycięska drużyna zawsze ma pełne trybuny. Zespół za którym ciągnie się ogon porażek dopinguje jedynie garstka najwierniejszych z wiernych.


III. Utrata powagi

Dziś mamy właśnie taką sytuację – PiS poniosło w ostatnim czasie szereg porażek, które stopniowo odkładały się w zbiorowej świadomości. Wszystkie łączy jeden schemat: atak z gromkim „hurra”, a następnie po chwili niezbornej szamotaniny – rejterada z podkulonym ogonem. A kto rejteruje, ten obrywa po tyłku. Wyróżniłbym tutaj trzy podstawowe elementy – spór z Komisją Europejską o reformę sądownictwa, nowelizację ustawy o IPN i „zamrożoną” ustawę reprywatyzacyjną. Proszę zwrócić uwagę, że dopóki PiS twardo stawiało się różnym Timmermansom, elektorat również był „twardy” i stał po stronie rządu. Bruksela straszyła nas słynnym artykułem 7 Traktatu Lizbońskiego i sankcjami – a słupki ani drgnęły. Więcej nawet – w miarę zaogniania się sporu, rósł odsetek osób dopuszczających możliwość „polexitu”. Tak samo było przy okazji batalii o przymusową relokację „uchodźców”: tu również widmo sankcji nie robiło na wyborcach wrażenia, zaś milczące zarzucenie przez Brukselę poronionego pomysłu pokazało, że warto było pójść na konfrontację. Podobnie ze sprawą art. 55a ustawy o IPN umożliwiającego ściganie za kłamliwe przypisywanie nam niemieckich zbrodni – międzynarodowy wrzask środowisk żydowskich i naciski ze strony USA nie zrobiły na opinii publicznej wrażenia. Przyczyniły się wręcz do przebudzenia i uświadomienia społeczeństwu, jakie jest prawdziwe nastawienie Izraela oraz żydowskiej diaspory do Polski. Również projekt ustawy reprywatyzacyjnej eliminujący groźbę wypłacenia przez Polskę miliardowych odszkodowań organizacjom „holocaust industry” został przyjęty pozytywnie – szczególnie w kontekście forsowanej w amerykańskim Kongresie ustawy 447/1226.

Problem zaczął się, gdy politycy Prawa i Sprawiedliwości zaczęli mięknąć, dając tym samym dowód małej odporności na zewnętrzną presję. Zapowiedzi złagodzenia ustaw sądowych pod groźbą obcięcia eurofunduszy i kolejne pojednawcze wycieczki premiera Morawieckiego do Brukseli stały się w społecznym odbiorze świadectwem braku asertywności i niezdecydowania. Nawet lipcowe weto prezydenta Dudy nie narobiło tyle zamieszania – bo wtedy jeszcze kształt ustaw był wciąż naszą wewnętrzną sprawą. Analogicznie z ustawą o IPN: odesłanie przez prezydenta przepisów do Trybunału Konstytucyjnego to jedno. Gorzej, że poszły sygnały ze strony prominentnych postaci z obozu władzy, iż ustawa nie będzie de facto stosowana, plus zapowiedzi „nowelizacji do nowelizacji” sprowadzające się do wykastrowania dopiero co uchwalonych przepisów. Wszystko to pod ewidentnym naciskiem zagranicznych ośrodków, co w połączeniu ze sloganem o „wstawaniu z kolan” i zapewnieniami, że nikt nie będzie dyktował nam ustaw, musiało zrobić wrażenie ogólnej błazenady. Rząd stracił powagę na własne życzenie. Wstrzymanie prac nad tzw. „dużą ustawą reprywatyzacyjną” po gniewnych pomrukach organizacji żydowskich i amerykańskiego Departamentu Stanu dopełniło obrazu odwrotu na wszystkich frontach.


IV. Powrót do korzeni

Biorąc powyższe pod uwagę, ciągnąca się miesiącami w atmosferze frakcyjnych wojenek rekonstrukcja rządu czy nagrody dla ministrów z gabinetu Beaty Szydło miały znaczenie wtórne. Śmiem twierdzić, że w innej sytuacji po medialnej „trzydniówce” sprawa nagród rozeszłaby się po kościach, a wyborcy generalnie kupiliby tłumaczenie, że ministrom należy się premia za ciężką pracę – tak samo, jak w innych okolicznościach wybaczyliby Platformie „ośmiorniczki”. Ale tego typu, w gruncie rzeczy błahostki, działają jak płachta na byka, gdy obóz rządzący zaczyna jawić się jako słaby i pogrążony w chaosie. W konsekwencji, może się okazać, że obecne wahnięcie sondaży ma większy ciężar gatunkowy, niż mogłoby się wydawać i zapoczątkować trwały trend. Jak zaznaczyłem na wstępie – jeszcze jest czas, by ten stan rzeczy odwrócić. Ale potrzeba wewnętrznej mobilizacji i powrotu do korzeni: wizerunku zwartej i zdecydowanej drużyny, nade wszystko zaś – porzucenia kompletnie nieprzejrzystego dla przeciętnego odbiorcy chwiejnego lawiranctwa. Prowadząc politykę spod znaku „i chciałabym, i boję się” nie można liczyć na sukces.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Antypolonizm sponsorowany

Rejterada

Koniec złudzeń

Moratorium, czyli uspokajactwo stosowane


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 14 (06-12.04.2018)

sobota, 31 marca 2018

Antypolonizm sponsorowany ...czyli błazenada w VI aktach

I. Błazenada

Oni chyba nigdy się nie nauczą. Oto przez świat przelewa się fala bezprzykładnego, antypolskiego hejtu inspirowanego przez Izrael i żydowską diasporę: codzienne bluzgi, konfabulacje, szkalowanie – wszystko zaś sprowadzające się do oburzenia, że paszkwilantom nie będzie wolno mówić o „polskich obozach” i przypisywać nam niemieckich zbrodni. Co w tym momencie robi rząd „dobrej zmiany”? W najlepsze zajmuje się futrowaniem tychże środowisk żydowskich, co w obecnej sytuacji przekłada się na sponsorowanie antypolonizmu. Ów sponsoring jest wielowymiarowy – polityczno-wizerunkowy, moralny i finansowy. Przejawia się zarówno działaniem, jak i zaniechaniem. Co więcej, w zestawieniu z buńczucznymi zapowiedziami, że nikt nam nie będzie dyktował ustaw i generalnie nie oddamy nawet guzika od munduru, sprawia to wszystko wrażenie ogólnej błazenady – a z błaznami nikt się nie liczy. Spójrzmy.


II. Sponsoring polityczno-wizerunkowy

Akt pierwszy, to ekspresowe powołanie operetkowego „zespołu ds. dialogu historyczno-prawnego” i jego wycieczka do Izraela, mająca „wyjaśnić” nasze dobre intencje stojące za nowelizacją ustawy o IPN. Jeżeli to miał być zabieg wizerunkowy pokazujący światu naszą dobrą wolę, to był strzałem w kolano. Po pierwsze, tłumaczenie oznacza potwierdzenie winy, zatem międzynarodowa opinia publiczna jeśli w ogóle dostrzegła tę rozpaczliwą inicjatywę, musiała wysnuć wniosek, że ci Polacy faktycznie mają coś za uszami, skoro tak gorliwie zabiegają o audiencję w Izraelu. Po drugie, Izrael tę wyciągniętą rękę kompletnie, pardon my french, olał – zostaliśmy przez kogoś tam łaskawie wysłuchani i odesłani do domu z kwitkiem. Rewizyta analogicznej delegacji z drugiej strony nie jest przewidziana. Aż nie do uwierzenia, że skoro strona polska wiedziała, że cała awantura została sprokurowana na zimno – ze względu na izraelskie wybory, potrzebę odwrócenia uwagi od korupcyjnych problemów premiera Netanjahu, wreszcie wymuszenie na nas „odszkodowań” - to taka paniczna reakcja może stronę izraelską tylko utwierdzić w przeświadczeniu, że jej linia prowadzenia konfliktu jest słuszna. I utwierdziła. Punkt dla Izraela (i nasz samobój), który zasponsorowaliśmy politycznie.

Akt drugi, to sprawa ujawnienia poufnych notatek – zarówno tej ze stycznia, przetrzymanej w MSZ, z pogróżkami amerykańskich dyplomatów odnośnie ustawy o IPN i ustawy reprywatyzacyjnej, jak i tej w której rzekomo miano stwierdzić, że prezydent Duda i premier Morawiecki są w Białym Domu osobami niepożądanymi. Co do pierwszej, podejrzewam tu „świnię” podłożoną resortowi sprawiedliwości przez premiera Morawieckiego. Nie od dziś wiadomo, że Morawiecki z Ziobrą szczerze się nienawidzą – rywalizują o przywództwo po starzejącym się Kaczyńskim i jeden utopiłby drugiego w łyżce wody. A że MSZ jest pod kuratelą Morawieckiego, to cóż prostszego jak zasugerować przetrzymanie ostrzegawczego dokumentu, tak by Ministerstwo Sprawiedliwości nieświadome okoliczności wkopało się radykalną ustawą? Mateusz Morawiecki nie zaszedłby w bankowości tak wysoko, gdyby nie był wytrenowany w takim „korporacyjnym judo”. Natomiast wyciek owej notatki z Min. Sprawiedliwości jest klasycznym działaniem obronnym: „patrzcie, my niewinni, to tamci nie przekazali nam informacji”. Z kolei o upublicznienie notatki z waszyngtońskiej ambasady z groźbą amerykańskiego „embarga” na wizyty prezydenta i premiera śmiało można podejrzewać złogi z „korporacji Geremka” nie wyczyszczone przez ponad dwa lata rządów PiS. Jedno i drugie przełożyło się w efekcie na wizerunkowe samozaoranie, a co za tym idzie - „sponsoring” strony przeciwnej.

Akt trzeci polityczno-wizerunkowego sponsoringu, to odesłanie przez prezydenta Dudę ustawy do Trybunału Konstytucyjnego. Pisałem o tym szerzej w „Warszawskiej Gazecie”, więc tu tylko pokrótce: ten krok otworzył nowe pole do wywierania na Polskę nacisków, bo każdy za granicą wie (a w każdym razie tak sądzi), że Trybunał wyda wyrok na polityczny obstalunek. Na to nałożyły się kompromitujące wypowiedzi: że ustawa jest „głupia” (Z. Romaszewska), „nie będzie działała” (S. Karczewski, marsz. Senatu), że na jej podstawie nie będą stawiane zarzuty (B. Cichocki, MSZ), tudzież nie będzie miała zastosowania wobec dziennikarzy (Z. Ziobro). Nic dziwnego, że izraelskie media triumfalnie odbębniły, że ustawa o IPN została „zamrożona” - bo jak nie miały skorzystać z takiego prezentu?

Swoistymi antraktami tej galopującej kompromitacji są wykwity nieporadności piarowskiej. Wciąż nie ma specjalnej komórki monitorującej antypolskie harce w światowych mediach oraz prezentującej polskie oficjalne stanowisko w poszczególnych kwestiach - podobno rząd intensywnie nad takim pełnomocnikiem „myśli”. Polska Fundacja Narodowa z ćwierćmiliardowym budżetem ze spółek skarbu państwa jest pod parasolem ochronnym min. Glińskiego – otóż, ona dopiero się „organizuje” i „bada teren”. Może „zorganizuje się” i „zbada” do końca kadencji (a może nawet dorobi się anglojęzycznej strony internetowej) – lecz nie sposób nie zauważyć, że kampanię billboardową o sędziach potrafiła przeprowadzić ekspresowo, dając przy tym zarobić kolegom.


III. Sponsoring moralny i finansowy

Akt czwarty, to sponsoring moralny. Tu znów negatywnym bohaterem jest prezydent Duda, przepraszający w 50. rocznicę Marca '68 w imieniu Polski i narodu za winy Gomułki i komunistycznych „chamów” od Moczara („Chcę z całą mocą podkreślić, że z wielkim żalem pochylamy głowę, także ja, jako prezydent, i tym, którzy zginęli, zostali wypędzeni, chcę powiedzieć: proszę, wybaczcie Rzeczpospolitej, wybaczcie Polakom, wybaczcie ówczesnej Polsce”). To jest akt ekspiacji a la Jedwabne: w rodzaju przeprosin Kwaśniewskiego, czy listu Komorowskiego z passusem, że naród polski bywał również „sprawcą”. Konsekwencje tych haniebnych aktów odczuwamy do tej pory – bo skoro byliśmy sprawcami, to proste „przepraszam” nie wystarczy, trzeba płacić, a środowiska spod znaku holocaust industry są bardzo sprawne w monetyzacji tego typu wyrazów skruchy. Tylko patrzeć, jak zaczną się domagać odszkodowań za mienie po „wypędzonych” w Marcu.

A skoro już jesteśmy przy pieniądzach (bo w relacjach polsko-żydowskich kwestie moralne ściśle wiążą się z finansowymi) - przed nami akt piąty. Polskie państwo wyłożyło 180 mln. zł. na budowę Muzeum Historii Żydów Polskich „Polin”, do tego co roku pokrywa w większości koszty bieżącej działalności placówki – na dzień dzisiejszy jest to 8,9 mln. zł. Za te pieniądze przy okazji 50. rocznicy Marca '68 zorganizowano w muzeum cykl sabatów pod nazwą „Obcy w domu. Wokół Marca '68”. Do tej pory mieliśmy takie kwiatki jak wykład dobrze znanego czytelnikom „Niepodległej” skrajnie lewackiego psychologa społecznego Michała Bilewicza pt. „Epidemie mowy nienawiści. Jak blisko Marca ’68 jesteśmy?” okraszony okolicznościową ekspozycją prezentującą „antysemickie” wpisy z internetu (jak wiadomo, w internecie można znaleźć wszystko) – sugerujący, że w Polsce narasta atmosfera pogromowa. Nawiasem, wspomniany Bilewicz dostał niedawno niemal 2 mln. grantu z Narodowego Centrum Nauki na projekt „Mowa pogardy. Psychologiczne mechanizmy rozprzestrzeniania się agresji werbalnej wobec grup mniejszościowych”.

Następnie – znów o „języku nienawiści” - debatowali w doborowym gronie (od lewa do lewa) przedstawiciele „Polin”, „Press”, „Wyborczej” i „Onetu” (tyle dobrego, że okazało się, iż kompulsywnie wręcz śledzą „Warszawską Gazetę”). Wkrótce zaś jeszcze takie atrakcje, jak przedstawienie teatralne „Juden (R)aus Arras”: „Jest rok 1968. Dookoła szaleje antysemicka nagonka. Ze swoim żydowskim pochodzeniem musi się zmierzyć niepełnosprawny, chory umysłowo chłopiec. Grozi mu wyjazd z Polski. Aby przetrwać opresję, przetwarza wrogą rzeczywistość w baśń. Twórcy chcą zadać pytanie o naturę i mechanizmy antysemityzmu, a także o granice poprawności wobec tematów żydowskich, obowiązujące w dzisiejszej debacie publicznej”.

Wiem, że „Polin”, to „zasługa” poprzednie władzy. Gorzej, że obecnie MKiDN ma spętane ręce – statut placówki opartej na partnerstwie publiczno-prywatnym (muzeum współtworzą MKiDN, miasto Warszawa i Żydowski Instytut Historyczny) nie pozwala zmienić jej szefa ani samego statutu bez jednomyślnej zgody wszystkich podmiotów. Chcąc nie chcąc, sponsorujemy więc milionami antypolskie hucpy. I tu pytanie – czy naprawdę musimy? Czy min. Gliński nie może obciąć dotacji, tak by muzeum musiało utrzymywać się samo?

Kompletnie niezrozumiałe w kontekście powyższego są natomiast zapowiedzi – i tu mamy akt szósty - stworzenia muzeum warszawskiego getta i muzeum chasydyzmu. Toż to kompletna groteska – mało nam „Polin”, więc sfinansujemy jeszcze dwa kolejne potencjalne rozsadniki antypolonizmu. By dopełnić obrazu tragifarsy, przytoczę Jarosława Sellina, który stwierdził, iż „współpraca MKiDN z Muzeum POLIN jest dobra, merytoryczna”. I niech te słowa będą swoistą codą dla opisanej tu błazenady.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Rejterada

Antysemityzm urojony

Koniec złudzeń

Polska – USA: zaufanie traci się tylko raz

Moratorium, czyli „uspokajactwo” stosowane

Hucpa – reaktywacja

Ćwierć miliarda za nic

Nic tak nie gorszy, jak prawda

Jedwabne – czas prawdy

Koniec epoki „pedagogiki wstydu”

Lekcja ojkofobii


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 07 (28.03-17.04.2018)

niedziela, 18 marca 2018

Rejterada

Jak widać, osławiona „murzyńskość” niejedno ma imię - tyle że różne ekipy praktykują ją wobec różnych „bezalternatywnych” protektorów.

I. Dobrze, że nie ma tu „Walmartu”

Na początek komunikat. Oto za nami pierwsza niedziela bez handlu, za moment kolejna – i proszę sobie wyobrazić – nie umarłem z głodu, a nawet mam silne przeczucie, że nic podobnego nie nastąpi w dającej się przewidzieć przyszłości. Nie zauważyłem również ludzi dogorywających na ulicach, bądź masowo dobijających się do centrów handlowych, tudzież marketów. Nie zaobserwowałem nawet desperatów snujących się z obłędem w oczach i nie mających pojęcia co ze sobą zrobić. W poniedziałek zaś wybrałem się na zakupy – i znów zaskoczenie: nie nastąpił zbiorowy szturm wyposzczonego narodu na sklepy, ruch był taki sam jak zawsze. Słowem, wszystkie katastroficzne przepowiednie okazały się, jak było do przewidzenia, bujdą na resorach i jałowym narzekactwem garstki egoistów, gardłujących dla własnej wygody o pozbawianiu ich „wolności” i „prawa” do niedzielnych zakupów – i mających zarazem gdzieś te biedne, ganiające między półkami a kasą dziewczyny. Mam szczerą nadzieję, że mogły sobie wreszcie trochę odpocząć – również psychicznie, od sarkań zniecierpliwionych klientów, którzy jakoś nie są w stanie zrozumieć, że polityka minimalizacji kosztów poprzez celowe redukowanie personelu musi odbić się na jakości obsługi.

Całe szczęście - i tu już przechodzę do głównego tematu - że ustawy o handlu w niedzielę nie musieliśmy „konsultować” z ambasadą Izraela, ani z amerykańskim Departamentem Stanu, bo skutki byłyby takie same jak z nowelizacją ustawy o IPN, która właśnie na naszych oczach jest stopniowo odsyłana w niebyt. Sugestie rządzących (ostatnio prezydenta Dudy w wywiadzie dla „Dziennika”) formułowane pod adresem Trybunału Konstytucyjnego są jednoznaczne: ustawę należy „wykastrować”, by Żydzi i Amerykanie przestali się nas czepiać. Tak więc, gdyby na naszym rynku działał taki „Walmart”, to zapewne projekt wolnych niedziel błyskawicznie by upadł, bo amerykańska dyplomacja potrafi bardzo sprawnie lobbować za swoim biznesem. Zostalibyśmy postraszeni „pogorszeniem stosunków” i międzynarodowym arbitrażem (firmy z USA co do zasady nie przegrywają przed takimi gremiami) – i byłoby po sprawie. Warto tu przypomnieć, że w podobnym stylu w 2016 r. ambasador Paul W. Jones storpedował projekt chińskiej inwestycji w ramach „nowego Jedwabnego Szlaku” - budowy kanału Odra-Wisła (tzw. „Kanał Śląski”) - i to na kilka dni przed wizytą prezydenta Xi Jinpinga, kiedy to miano sfinalizować umowę.


II. Kompromitacja

Dziś historia się powtarza i spełniają się moje obawy wyrażone niedawno w artykule „Moratorium, czyli »uspokajactwo« stosowane” - najpierw mamy patriotyczne wzmożenie, a następnie cichą rejteradę przestraszonych własną odwagą mężyków stanu.

Wróćmy na chwilę do wspomnianego wywiadu, udzielonego przez prezydenta Andrzeja Dudę Piotrowi Zarembie z „Dziennika”. Jest to jedno wielkie trąbienie do odwrotu, nieudolnie maskowane „suwerennościową” retoryką. Z jednej strony bowiem padają zaklęcia w rodzaju „nikt z zagranicy nie może nam dyktować, czy wolno Polakom bronić się przed szkalowaniem”, ale gdy przychodzi do konkretów, to prezydent uderza w zgoła odmienne tony. Odpowiadając na pytanie dziennikarza odnośnie naszych relacji z Izraelem i USA (w tym kwestię obronności), Andrzej Duda przyznaje: „Między innymi dlatego skierowałem ustawę o IPN do Trybunału Konstytucyjnego. Chcę, żeby chłodnym okiem ocenił, czy prawo zostało przygotowane dobrze, bezpiecznie, choćby dla świadków tamtych straszliwych wydarzeń”. Prezydent oczywiście doskonale wie, że żadne świadectwa ocalałych nie są zagrożone - a przy okazji tak on, jak i wywiadujący przechodzą do porządku nad elementarną sprzecznością: „nikt nam nie będzie dyktował...itd” - lecz jednocześnie ustawę do TK skierował w trosce o relacje z USA i Izraelem. Wszystko niemal na jednym oddechu, by kilka zdań później półgębkiem potwierdzić sugestię Zaremby, że oczekuje od TK pomocy w wyplątaniu się z „niezręcznej sytuacji politycznej” (Jeżeli wskazówki co do legislacji można uznać za »pomoc w wyplątaniu się«, to tak. Może pan to tak rozumieć”).

No i wreszcie, pada wprost wyrażone oczekiwanie, co do orzeczenia Trybunału: Przede wszystkim dodałbym jednoznaczną deklarację, że chodzi wyłącznie o czyny popełnione z winy umyślnej. Ale, jak wspomniałem wcześniej, liczę na orzeczenie trybunału. To będzie najlepsza wskazówka, co dalej robić z tym prawem”. Prezydent jako prawnik doskonale wie, że ograniczenie penalizacji do „winy umyślnej” oznacza pozostawienie z ustawy jedynie retorycznej wydmuszki. Przecież znana powszechnie linia obrony paszkwilantów używających określenia „polish dead camps” sprowadza się właśnie do obłudnych zapewnień, że „nie chcieli nikogo urazić” i mieli na myśli jedynie „geograficzną lokalizację” obozów. Teraz, o ile TK spełni „zapotrzebowanie”, to tłumaczenie zostanie usankcjonowane prawnie. Co ciekawe, w tym akurat przypadku nie słychać alarmów, że Trybunał został „upolityczniony” i zapewne wyda wyrok na zamówienie – milczy „totalna opozycja” wraz ze swymi mediami, milczy Bruksela, milczy Ameryka... Najwyraźniej wszystkie zainteresowane ośrodki stoją na stanowisku, że jest upolitycznienie „słuszne” i „niesłuszne” - i jeżeli tylko TK zachowa się prawidłowo i spacyfikuje ustawę zgodnie z obstalunkiem, to wszystko będzie w jak najlepszym porządku i nikt nie rozedrze szat biadając nad upadkiem praworządności.

Koniec końców, wygląda na to, że sami sobie, w pełni „suwerennie” „podyktowaliśmy” rejteradę – w „trosce o relacje”, ma się rozumieć i żadne naciski zewnętrzne nie miały tu nic do rzeczy... Kto chce, niech wierzy. A mówiąc serio: widać wyraźnie, że na najwyższych szczeblach PiS zapadła decyzja o strategicznym odwrocie, którą można streścić następująco: 1) nie stosujemy uchwalonych przepisów; 2) rękami Trybunału Konstytucyjnego wybijamy ustawie zęby i staramy się ugłaskać Izrael oraz USA; 3) odkładamy na „święty nigdy” ustawę reprywatyzacyjną. Czyli zrobimy dokładnie odwrotnie, niż powinniśmy. Oznacza to całkowitą kompromitację, a dla świata (szczególnie zaś dla nieprzyjaznych nam środowisk) powyższe stanowi sygnał, że można z nami zrobić wszystko – trochę pokrzyczymy, ale wystarczy, niczym w bajce o wilku i trzech świnkach, „chuchnąć, dmuchnąć” i nasz słomiany domek rozlatuje się w drobny mak. Ciekawe tylko, jak opinii publicznej wyjaśnią to wszystko publicyści z redakcji uzależnionych finansowo od różnych partyjno-rządowych „kroplówek”. Stawiam na narrację o „moralnym zwycięstwie” i wyższych racjach stojących za ustępstwami.


III. „Murzyńskość”

Do takiego wniosku skłania mnie paniczna reakcja niektórych mediów na ujawnienie przetrzymanej w MSZ notatki o amerykańskich „ostrzeżeniach” w sprawie przepisów o IPN oraz projektu ustawy reprywatyzacyjnej. Jak pamiętamy, spotkanie z Thomasem K. Yazdgerdi'm (odpowiedzialnym w Departamencie Stanu za kwestie związane z holokaustem) odbyło się 19 stycznia, a notatka trafiła do Ministerstwa Sprawiedliwości dopiero 30 stycznia. Ujawnienie tego „zatoru komunikacyjnego” wywołało prawdziwą burzę – dopytywano się o przyczyny opóźnienia i kto zawinił, a w tle pobrzmiewała niedopowiedziana sugestia, że gdyby Min. Sprawiedliwości wiedziało o sprawie, to ustawa w obecnej wersji nie ujrzałaby światła dziennego. Czyli, na zmarszczenie brwi „strategicznego sojusznika”, wyrzucilibyśmy projekt do kosza – tyle, że po cichu, a nie jak teraz, w świetle międzynarodowych jupiterów. Jak się domyślam, wtedy wszyscy byliby zadowoleni – a co niektórzy może nawet otarliby z ulgą pot z czoła, że oto udało się zachować fikcję „nadzwyczajnych stosunków” z naszymi „partnerami”. Retorycznie tylko zapytam, czy polska dyplomacja komunikowała w ramach symetrii stosunków stronie amerykańskiej, że ewentualne uchwalenie „ustawy 447 (1226)” zostanie odebrane przez Polskę jako krok nieprzyjazny? Jak widać, osławiona „murzyńskość” niejedno ma imię - tyle że różne ekipy praktykują ją wobec różnych „bezalternatywnych” protektorów.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Koniec złudzeń

Polska – USA: zaufanie traci się tylko raz

Moratorium, czyli „uspokajactwo” stosowane

Hucpa – reaktywacja

Ćwierć miliarda za nic

Nic tak nie gorszy, jak prawda

Jedwabne – czas prawdy

Koniec epoki „pedagogiki wstydu”

Lekcja ojkofobii


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 11 (16-22.03.2018)