Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zjednoczona Prawica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zjednoczona Prawica. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 listopada 2019

Czy „dobra zmiana” kapituluje przed lewactwem?

Nie chcę krakać, ale coraz więcej wskazuje na to, że PiS z przyległościami na polu ideowym wywiesza białą flagę, a doraźna, konserwatywna retoryka służy jedynie coraz bardziej nieudolnemu maskowaniu tej rejterady.

I. Aborcja wciąż nie zatrzymana

Czy obóz „dobrej zmiany” po cichu dezerteruje z frontu wojny kulturowej? Takie pytanie musi nieuchronnie się pojawić w kontekście kolejnych wypowiedzi, czynów i zaniechań w wydaniu Zjednoczonej Prawicy.

W minionej kadencji mieliśmy absolutnie celową obstrukcję obywatelskiego projektu „Zatrzymaj aborcję”, mającego m.in. powstrzymać aborcję eugeniczną, czyli np. zabijanie dzieci u których w fazie prenatalnej stwierdzono podejrzenie zespołu Downa. Projekt pod którym podpisało się ponad 830 tys. osób został najpierw skierowany do sejmowej Komisji Polityki Społecznej i Rodziny, by następnie decyzją jej ówczesnej przewodniczącej Bożeny Borys-Szopy trafić do specjalnej podkomisji. Od tamtego momentu (2 lipca 2018 r.) politycy nie zajęli się nim ani razu i inicjatywa na dobre ugrzęzła w sejmowej zamrażarce. Jak podają na swojej stronie organizatorzy akcji „Zatrzymaj aborcję” od 30 listopada 2017 r., kiedy to formalnie złożono projekt w Sejmie, w polskich szpitalach zginęło 2158 nienarodzonych dzieci. Za to w międzyczasie Bożena Borys-Szopa zdążyła awansować na ministra rodziny, pracy i polityki społecznej – czyżby w nagrodę za sprawne utrącenie niewygodnej ustawy? Dodajmy, iż do „odzyskanego” Trybunału Konstytucyjnego pod rządami Julii Przyłębskiej złożono w październiku 2017 r. pytanie o stwierdzenie zgodności (lub nie-) z Konstytucją tzw. przesłanki eugenicznej. Również i ten organ nie znalazł czasu, by rozpatrzyć wniosek podpisany przez 107 parlamentarzystów. Teraz, wraz ze startem nowej kadencji, sprawa się przeterminowała.

Na szczęście, zasada dyskontynuacji (czyli niekontynuowania przez Sejm nowej kadencji projektów procedowanych przez poprzedni parlament) nie dotyczy inicjatyw obywatelskich, zatem projekt „Zatrzymaj aborcję” formalnie pozostaje w mocy. Tylko co z tego, skoro na skutek sejmowych układanek szefostwo Komisji Polityki Społecznej i Rodziny Zjednoczona Prawica oddała skrajnie lewicowej aktywistce Magdalenie Biejat, utrącając Grzegorza Brauna? Wychodzi na to, że dla PiS tradycyjnie głównym wrogiem pozostaje prawicowa konkurencja, a nie antycywilizacyjne lewactwo... Można więc się spodziewać, iż antyaborcyjna inicjatywa w bieżącej kadencji zostanie taktycznie „uwalona” rękami lewicy – i to pomimo tego, że nominalnie w komisji większość ma prawica.


II. Czy powstrzymamy pochód dewiacji?

W kontekście powyższego, trudno być optymistą jeśli chodzi o dalsze losy obywatelskiego projektu „Stop pedofilii”. Wprawdzie został gładko przyjęty przez Sejm i trafił do komisji zajmującej się zmianami w kodyfikacjach, lecz tu pojawia się płynące z doświadczenia poprzedniej kadencji pytanie, czy nie czeka nas powtórka z nader wątpliwej rozrywki? A sprawa jest naprawdę wielkiej wagi, dotyczy bowiem treści przemycanych zgodnie z wytycznymi WHO podczas tzw. edukacji seksualnej.

Przypomnijmy, iż projekt będący nowelizacją Kodeksu Karnego wprowadza penalizację publicznego propagowania lub pochwalania zachowań o charakterze pedofilskim oraz propagowania lub pochwalania podejmowania przez osoby małoletnie obcowania płciowego lub innej czynności seksualnej. Powyższe w szczególności odnosi się do działalności związanej z edukacją, leczeniem bądź opieką nad dziećmi. Jest to absolutnie kluczowe w sytuacji, gdy różne samorządy usiłują wprowadzać tylnymi drzwiami deprawacyjną seksedukację do podległych im placówek oświatowych – a osławione „standardy WHO” zalecają m.in. oswajanie z masturbacją dzieci już od piątego roku życia, zaś w kolejnych grupach wiekowych następować ma nauka „świadomego wyrażania zgody na seks”, różnych technik stymulacyjnych i zaznajamianie dzieci z dewiacjami przedstawianymi jako „norma” i nieszkodliwe „odmienności”. Nic dziwnego, że tak pojmowana „edukacja” jest oczkiem w głowie aktywistów LGBT. Należy się śpieszyć, bowiem Rafał Trzaskowski zapowiada, że podpisana przez niego „Karta LGBT+” będzie konsekwentnie wdrażana wraz ze wszystkimi jej postulatami – w tym, dotyczącymi szkolnej seks-indoktrynacji. Pytanie – czy rządząca prawica zdecyduje się na konfrontację, szczególnie w obliczu nacisków płynących z Brukseli, czy w imię świętego spokoju schowa obywatelski projekt na dnie szuflady?


III. Lewacka edukacja

A skoro jesteśmy przy edukacji. Koniecznie należy odnotować bulwersujący głos „konserwatysty bezobjawowego”, czyli Jarosława Gowina – ministra nauki i szkolnictwa wyższego. W głośnym wywiadzie udzielonym tygodnikowi „Sieci” zapowiedział: „Położę się Rejtanem, jeżeli ktoś będzie próbował ograniczać wolność słowa zwolennikom ideologii gender”. Charakterystyczne - ze słów wicepremiera wynika, iż doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że gender z 56 „płciami” i 238 „orientacjami” nie jest żadną „nauką”, lecz ideologią. A mimo to jest gotów bronić obecności owej ideologii na uniwersytetach – w imię, jakby inaczej, wolności słowa, przekonań i „badań naukowych”. Co więcej, z dalszej części wywiadu dowiadujemy się, iż Jarosław Gowin jest w pełni świadom lewicowo-liberalnego przechyłu na wyższych uczelniach, lecz traktuje to jako swoistą normę, bo tak jest „niemal na całym Zachodzie”. To już jest jawna abdykacja z jakichkolwiek funkcji władczych państwa i przyzwolenie, by szkolnictwo wyższe było kuźnią bojowników w antycywilizacyjnej wojnie. Natomiast zagnieżdżone na uniwersytetach lewactwo nie bierze jeńców – konserwatywni naukowcy są sekowani na każdym kroku, spycha się ich w cień, odmawia naukowych awansów, na porządku dziennym jest uniemożliwianie na terenie uczelni spotkań z osobami wyrażającymi odmienne od dominującego, lewackiego mainstreamu poglądy na kwestie takie jak ochrona życia, ideologia LGBT, czy w jakikolwiek inny sposób odstające od jedynie słusznej linii.

Trzeba sobie powiedzieć jasno – w miejsce opuszczone przez klasyczny „diamat” („materializm dialektyczny”) szerokim frontem wkroczył jego następca – marksizm kulturowy i to jego wyznawcy w poczuciu wszechwładzy i bezkarności meblują dziś umysły przyszłych polskich elit. Odpuszczenie sobie tego pola skazuje nas w niedalekiej przyszłości na zdominowanie życia publicznego przez wojujące lewactwo, stosujące na masową skalę tzw. „tolerancję represywną” - czyli, mówiąc po ludzku, dyskryminację wszelkich poglądów nie mieszczących się w kanonie politycznej poprawności. Przedsmak mieliśmy już przy okazji sprawy zawieszenia prof. Nalaskowskiego za to, że dał wyraz swej odrazie wobec manifestowanej podczas gej-parad ideologii LGBT, czy w produkowanych przez Konferencję Rektorów Akademickich Szkół Polskich (KRASP) totalniackich z ducha manifestach ustalających obowiązującą doktrynę w kwestiach LGBT oraz „ekologizmu-klimatyzmu”.

Otóż, panie Gowin, na genderyzm nie musimy się godzić. Wystarczy sięgnąć po przykład Victora Orbana, który jednym dekretem usunął „gender studies” z listy kierunków mających oficjalną akredytację rządu i tym samym pozbawiając je uprawnień do publicznego finansowania, co poskutkowało likwidacją tych kierunków na uczelniach. Trzeba tylko mieć cojones...


IV. Dyktat „ekologizmu”

Na zakończenie warto jeszcze wspomnieć o wojującym ekologizmie. Nowo powołany minister ds. klimatu (już samo utworzenie tego resortu pokazuje, że i na tym odcinku kapitulujemy), Michał Kurtyka, szczyci się, że to on osobiście zaprosił młodocianą eko-fanatyczkę Gretę Thunberg na szczyt COP24 w Katowicach. Takie podejście oznacza, że za chwilę Polska będzie pokornie wdrażać kolejne, motywowane ideologicznie eko-szajby – jak rozumiem, żeby nie czepiała się nas Bruksela. Tego, że rzekoma „troska o planetę” jest jedynie narzędziem mającym służyć społecznej inżynierii, przebudowie ludzkiej świadomości i urzeczywistnieniu lewackiej utopii – wolimy nie zauważać. Nie chcę krakać, ale coraz więcej wskazuje na to, że PiS z przyległościami na polu ideowym wywiesza białą flagę, a doraźna, konserwatywna retoryka służy jedynie coraz bardziej nieudolnemu maskowaniu tej rejterady.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 47 (22-28.11.2019)

niedziela, 20 października 2019

Jest dobrze, ale nie beznadziejnie

PiS uzyskał po raz drugi mocny mandat do rządzenia – ale z szeregiem zastrzeżeń i wątpliwości. Prawica ma niewiele czasu na przegrupowanie szeregów, bo prezydencka batalia tak naprawdę jest tuż-tuż.


I. Mało brakowało

O mały włos... Naprawdę, niewiele brakowało, by Zjednoczona Prawica pożegnała się z samodzielną większością w Sejmie. Ostatecznie udało się zachować stan posiadania z 2015 r. - czyli 235 mandatów. I to jest niewątpliwie sukces – przy największej od 1989 r. frekwencji (61,74 proc.) ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego zdobyło nowych wyborców (43,59 proc. przy 37,58 proc. w 2015 r.), zyskując 6,1 pkt. proc. W liczbach bezwzględnych – w 2015 r. na PiS głosowało 5 711 687 wyborców, zaś w 2019 - 8 051 935, co oznacza przyrost głosów o 2 340 248. Można więc powiedzieć, że plan minimum został wykonany. Jednocześnie jednak nie da się ukryć, że apetyty były dużo większe i liczono na znaczący przyrost miejsc z Sejmie. Dał temu zresztą wyraz w swym wystąpieniu Jarosław Kaczyński, mówiąc „otrzymaliśmy dużo, ale zasługujemy na więcej”, w innym miejscu stwierdzając z kolei, iż jego partię czeka refleksja nad tym „co spowodowało, że poważna część społeczeństwa jednak uznała, że nie należy nas popierać”. A jest się nad czym zastanawiać – warto tu przypomnieć pogłębione badanie socjologiczne pt. „Polityczny cynizm Polaków”, które omawiam szerzej w bieżącym wydaniu „Polski Niepodległej”. Wg tego badania, twardy elektorat PiS wynosi obecnie 35 proc., zaś „elektorat rezerwuarowy” to kolejne 20 proc. - czyli łącznie 55 proc. Z tych „rezerw” PiS-owi udało się pozyskać 8,59 proc., a więc mniej niż połowę. Wystarczyło, by obronić dotychczasową pozycję – ale tylko tyle. Czyli, niby „pykło”, lecz jakoś nie do końca. Autorzy przywołanego badania zwracali uwagę, że „rezerwowy” elektorat PiS rzadziej chodzi do wyborów, niż analogiczne elektoraty ugrupowań opozycyjnych, co znajdowało potwierdzenie w późniejszych sondażach wskazujących na demobilizację wyborców Zjednoczonej Prawicy. W najbliższym czasie obóz rządzący czeka więc poważna orka nad aktywizacją potencjalnych zwolenników, zwłaszcza w kontekście przyszłorocznych wyborów prezydenckich, bo wbrew pozorom druga kadencja Andrzeja Dudy wcale nie jest przesądzona.

W Sejmie jednak PiS przynajmniej się obronił. Nie da się natomiast usprawiedliwić porażki w Senacie. W 2015 r. PiS wprowadził 61 senatorów, by w tej kadencji stracić 12 miejsc i tym samym większość w izbie wyższej parlamentu. To oczywiście nie jest jeszcze tragedia, ale może spełnić się scenariusz o którym pisałem przed tygodniem - „izba refleksji” może zostać zamieniona przez „totalną opozycję” w „izbę obstrukcji”. W kluczowych sprawach trzeba będzie się zmagać z próbami sabotowania ustaw, wszystko będzie szło o wiele wolniej. Tu trzeba zauważyć, że nawet tzw. „senatorowie niezależni” wywodzą się z obozu opozycyjnego, więc naprawdę ciężko będzie ciułać głosy dla poszczególnych projektów. Odnoszę wrażenie, że PiS rzucił wszystkie siły w kampanii na odcinek sejmowy, licząc iż przewagę w Senacie osiągnie siłą rozpędu. Tymczasem na tym froncie partie opozycyjne zwarły szyki, wystawiając w ramach „paktu senackiego” w większości okręgów jednego kandydata, by nie rozpraszać głosów – i ta taktyka się sprawdziła.

Dodatkowo, w wyborach do Sejmu obóz „anty-PiS” (PO-KO, Lewica, PSL) uzyskał w skali kraju łącznie 8 958 824 głosy – a więc o ponad 900 tys. więcej od Zjednoczonej Prawicy. Jeśli doliczyć Konfederację z 1 256 953 głosami, przewaga wynosi grubo ponad 2 miliony. PiS może dać na mszę w intencji metody d'Hondta premiującej największe ugrupowania.


II. Przełamanie duopolu

No właśnie, jaki szerszy obraz wyłania się z tych wyborów? Przede wszystkim okazuje się, że Polacy nie życzą sobie systemu dwupartyjnego. Polityczny duopol i wieczna nawalanka na linii PiS-PO dla wielu stała się zwyczajnie nużąca, co zaowocowało „kontrolnym” oddaniem głosu na którąś z alternatywnych opcji. Świadczy o tym nie tylko dwucyfrowy wynik lewicy startującej pod szyldem SLD (12,56 proc.), ale nadspodziewany sukces PSL z Kukizem (8,55 proc.), a nade wszystko Konfederacji (6,81 proc.). Ta ostatnia dwójka to chyba największe zaskoczenie. Okazało się, że wbrew moim nadziejom Kukiz nie pogrzebał ludowców i ten fenomen godzien jest osobnych analiz.

No i wreszcie Konfederacja – wydawało się, że wysoka frekwencja pogrzebie antysystemowców, którzy dotąd nie byli w stanie przebić szklanego sufitu kilkuset tysięcy głosów. Swój triumf (bo tak należy na to patrzeć) konfederaci zawdzięczają przede wszystkim mobilizacji najmłodszego elektoratu (18-29 lat) – z tej grupy wiekowej zagłosowało na nich ponad 20 proc., co jest trzecim wynikiem po PiS i KO. I tu nie tyle kamyczek, co wręcz głaz należy wrzucić do propagandowego aparatu PiS. Stawiam tezę, że do sukcesu Konfederacji walnie przyczyniła się przaśna, toporna propaganda TVP Jacka Kurskiego. Bojkotowanie, jak by nie było, ogólnopolskiego komitetu wyborczego balansującego w sondażach na granicy progu wyborczego było tak bezczelne i groteskowe, że zwyczajnie musiało przynieść efekt odwrotny od zamierzonego. Nie zapraszanie polityków Konfederacji przy jednoczesnym pompowaniu lewicy, przypieczętowane aferą z pominięciem przy podawaniu sondażowych wyników, za co TVP przegrała (zasłużenie) proces w trybie wyborczym – ta ostentacyjna stronniczość aż gryzła w oczy. Nic więc dziwnego, że na ostatniej prostej konfederatów „zagospodarował” TVN, prezentując polityków tej formacji już nie jako „faszystów”, lecz wyważonych, zdroworozsądkowych wolnorynkowców. Kurski najwyraźniej zapomniał, że TVP nie jest jedyną telewizją w Polsce i sam „sprezentował” Konfederację konkurencji – a ta nie omieszkała skwapliwie skorzystać z podarunku. Jeżeli ktoś powinien beknąć za wynik PiS poniżej oczekiwań, to w pierwszym rzędzie powinien być to „Kura”. Tu znów odwołam się do wspomnianego wyżej badania – otóż wynika z niego, że wyborcy prawicowi mają często bardzo krytyczny stosunek do przekazu mediów publicznych – a na dodatek na ogół oglądają również programy informacyjne pozostałych stacji oraz, co równie ciekawe, często nie życzą sobie zbyt miażdżącej przewagi politycznej PiS, instynktownie szukając jakiejś przeciwwagi.

Generalnie jednak, układ w Sejmie wskutek wejścia Konfederacji jest wręcz idealny. Wbrew rachubom TVN-u, konfederaci nie pozbawili PiS samodzielnej większości i partia Jarosława Kaczyńskiego utrzymała władzę – ale nie „bezkarną”. Wielokrotnie formułowałem tu pogląd, że Prawo i Sprawiedliwość potrzebuje nad sobą „bata” - i to z prawej strony, by nie zastygło w pysze i samozadowoleniu. Dzięki Konfederacji, partia rządząca odebrała niezbędną lekcję pokory, a do stawu z pisowskimi karpiami wdarł się przebojem antysystemowy szczupak, który zadba o to, by nie obrosły tłuszczem. Taki „dyscyplinator” może się okazać zbawienny w pewnych sprawach typu polityka wschodnia, brak asertywności w relacjach z USA czy żydowskie roszczenia majątkowe. Jeśli tylko nie zaczną zanadto „kucować”, to 11 posłów Konfederacji może okazać się wartościowym uzupełnieniem obecnego składu parlamentu. A dla PiS rada na przyszłość – pogódźcie się z tym, że istnieje bardziej radykalna grupa wyborców (zwłaszcza młodych), których nie da się „zakopać” i którzy zwyczajnie mają prawo do swej parlamentarnej reprezentacji.


III. Przed bitwą prezydencką

Niewątpliwie te wybory pokazały, że w narodzie zaczyna coś podskórnie buzować. Zdiagnozowanie tego fermentu to zadanie dla PiS w najbliższych miesiącach. Warto zauważyć wynik Małgorzaty Kidawy-Błońskiej – wprawdzie startowała z najbardziej przyjaznego KO okręgu warszawskiego, ale ponad 416 tys. głosów i tak robi wrażenie. Wygrała tu „matczynym” wizerunkiem - w czym przypominała jako żywo... Beatę Szydło z 2015 r. Może za wcześnie wyciągać daleko idące wnioski, ale jeśli PO zdecyduje się ją wystawić w wyborach prezydenckich, to może być problem. Podsumowując, PiS uzyskał po raz drugi mocny mandat do rządzenia – ale z szeregiem zastrzeżeń i wątpliwości. Prawica ma niewiele czasu na przegrupowanie szeregów, bo prezydencka batalia tak naprawdę jest tuż-tuż.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

O co toczy się gra

Polityczny cynizm, czy zdrowy rozsądek?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 42 (18-24.10.2019)

piątek, 11 października 2019

O co toczy się gra

„Totalni” nie grają o zwycięstwo – grają o możliwość sabotażu i permanentnej destabilizacji państwa. To jest ich plan na te wybory.

I. O co gra Zjednoczona Prawica?

Ten artykuł trafi do Państwa rąk w piątek, 11 października – tuż przed ciszą wyborczą. To dobry moment, by przypomnieć jeszcze raz o stawce tych wyborów – o co gra obóz patriotyczno-niepodległościowy, a o co obóz „totalnej opozycji” spod wielu szyldów. I już na pierwszy rzut oka widać podstawową różnicę – o ile Zjednoczona Prawica swe cele deklaruje z otwartą przyłbicą, to ugrupowania opozycyjne ukrywają swe rzeczywiste zamiary za zasłoną dymną.

Generalnie, partii Jarosława Kaczyńskiego wraz z koalicjantami chodzi o kontynuowanie dzieła reform, które docelowo mają nieodwracalnie zmienić Polskę. Przekształcić nasz kraj z postkomunistycznego bantustanu – żerowiska sitw, obcego kapitału wyprowadzającego dotąd „prawem i lewem” miliardy euro i dolarów, kondominium pod komisarycznym, polityczno-gospodarczym zarządem ościennych potęg – w normalne państwo działające w interesie swych obywateli. Reformy te, jak wiemy, w trakcie upływającej kadencji realizowane były czasem w sposób połowiczny, chwiejny, część zabuksowała w miejscu, niektóre milczkiem odłożono na półkę czekając na bardziej sprzyjające okoliczności. Ale też należy obiektywnie zauważyć, że nie wszystkie zaniechania wynikały z błędów obecnej ekipy – wewnętrzny opór materii był potężny, bowiem przez ostatnie ponad ćwierć wieku Polska obrosła gęsto licznymi grupami interesu, żywotnie zainteresowanymi trwaniem dotychczasowego systemu wraz z jego patologiami. Na powyższe nałożył się nacisk zagranicy – przede wszystkim Berlina i brukselskiego centrum polityczno-administracyjnego, z majaczącą w tle ręką Moskwy, zawsze chętnej do podziału polskiego tortu. W niezmiennym interesie wymienionych pozostaje utrzymanie Polski w pozycji wiecznego petenta-wasala - państwa słabego, będącego rezerwuarem taniej siły roboczej, rynkiem zbytu, podwykonawcą dla gospodarek Zachodu, do tego uzależnionego od rosyjskich surowców. Do tej starej koncepcji „Mitteleuropy” w naszych czasach dołożono element kolejny: kolonizację ideologiczną, mającą sprawić, by Polacy przestali być Polakami, by odrzucili swą historię, wstydliwie wyrzekli się religii, tradycji, kultury, przyjmując w zamian narzucane nam z zewnątrz wynaturzone, lewackie wzorce, które przez ostatnie kilkadziesiąt lat zdewastowały społeczeństwa Europy Zachodniej. To potężne siły, dlatego może się im przeciwstawić jedynie rząd dysponujący jednoznacznym, społecznym mandatem, czujący za plecami poparcie zdecydowanej większości narodu.

Drugim filarem polityki prawicowej koalicji jest przywrócenie godności, również materialnej, marginalizowanym wcześniej grupom społecznym. To dlatego program „500+” i pozostałe transfery społeczne spotkały się z tak wściekłą reakcją, podobnie, jak niedawno zapowiedź znaczącego podniesienia w najbliższych latach płacy minimalnej. Rzecznikiem tej postawy był Jacek Rostowski ze słynnymi słowami „pieniędzy nie ma i nie będzie”. Fakt, za jego czasów rzeczywiście pieniędzy nie było, pochłoniętych przez czarne dziury w podatku VAT, CIT i akcyzie. Nagle jednak się „odnalazły” w różnych tzw. „głębokich kieszeniach”. Te miliardy, które poszły do obywateli, zasilając przy okazji gospodarkę, ktoś jednak realnie stracił – i owi „ktosie” zrobią wszystko, by je odzyskać.

Podsumowując – dla PiS, by kontynuować wytyczoną drogę, planem minimum jest stabilna większość umożliwiająca samodzielne rządy. Ideałem jest większość konstytucyjna, pozwalająca na zmianę obecnej, głęboko dysfunkcyjnej ustawy zasadniczej, „szytej” na miarę postkomunistycznych układów.


II. Obóz ancien regime

O co gra obóz, który sam siebie, ustami Grzegorza Schetyny nazwał „opozycją totalną”? Jest to obóz beneficjentów patologicznego systemu III RP, dążący do restauracji starych porządków – klasyczny ancien regime, pragnący, „żeby było tak, jak było”. Innego programu nie mają – i czują, że te wybory są ostatnim momentem, kiedy powrót do władzy, znaczenia i pieniędzy jest jeszcze możliwy. Za cztery lata będzie dla nich już za późno. Ale tego prawdziwego programu ujawnić rzecz jasna nie mogą – stąd zmuszeni są do nieustannego podgrzewania histerii, rozhuśtywania społecznych emocji i eskalowania wojny domowej. Pretekstem może być cokolwiek - „obrona” konstytucji, „praworządności”, „wolnych sądów”, żerowanie na protestach kolejnych grup zawodowych, podłączanie się pod niepełnosprawnych, mniejszości seksualne, snucie katastroficznych scenariuszy „drugiej Grecji” czy wręcz „drugiej Wenezueli”... Na powyższe nakłada się wyjątkowo obrzydliwy spektakl szkalowania własnego kraju za granicą – rzecz niebywała w przypadku innych państw. Byliśmy świadkami bezwstydnych donosów do obcych stolic oraz unijnych instytucji i równie bezwstydnej satysfakcji, gdy ten czy ów zagraniczny polityk wycierał sobie Polską gębę. Oni nawet nie próbowali ukrywać, że liczą na zewnętrzną interwencję i naciski, mające finalnie wpłynąć na zmianę władzy w Polsce. W zamian oferują swym sponsorom, patronom i mocodawcom to samo co zwykle – siebie w roli kompradorskich nadzorców nadwiślańskiego bantustanu, pilnujących tu, na miejscu, obcych interesów i trzymających w ryzach miejscowy motłoch w zamian za zgodę na dalsze rozkradanie Polski. Dla ich zagranicznych zwierzchników taki układ jest idealny, bo dzięki temu nawet nie musieliby wypłacać jurgieltu z własnych kieszeni – jurgielt płaciliby tradycyjnie Polacy. Powtarzam: tylko o to im chodzi i o nic innego, cała reszta to wspomniana na wstępie zasłona dymna, dlatego też nie ma sensu pochylać się nad ich „propozycjami programowymi” - tymi wszystkimi „sześciopakami Schetyny”, których sami nie potrafią powtórzyć z pamięci.

Zarazem czują jednak, że są słabi – słabsi niż w 2015 r. Dlatego swe realne plany dostosowują do własnej słabości. Ich plan minimum, to wygrana w wyborach do Senatu – tak, by zamienić „izbę refleksji” w „izbę obstrukcji”. Jeżeli PiS uzyska większość w Sejmie, będzie w stanie tę senacką obstrukcję przełamać – ale wszystko będzie szło wolniej, jak po grudzie i w atmosferze nieustającej bijatyki. Natomiast plan maksimum „totalnych” to osiągnięcie na tyle wysokiego wyniku, by PiS, nawet jeśli wygra wybory, nie miał samodzielnej większości. Wtedy albo zmuszony byłby sformować rząd mniejszościowy – a czym to się kończy przekonaliśmy się w latach 2005-2007, albo trzeba by rozpisać przedterminowe wybory. Jest jeszcze trzeci element – rozparcelowanie państwa na udzielne księstwa samorządowe. Jak niedawno doniósł „Dziennik Gazeta Prawna”, opozycyjni samorządowcy przygotowali już pakiet stosownych ustaw, wyjmujących de facto samorządy spod jakiegokolwiek nadzoru i w efekcie godzących w unitarny charakter polskiego państwa. Przyczółkiem ma być opanowany przez opozycję Senat.

Krótko mówiąc, „totalni” nie grają o zwycięstwo – grają o możliwość sabotażu i permanentnej destabilizacji państwa. To jest ich plan na te wybory.


III. Mobilizacja!

Dlatego kluczowa będzie mobilizacja. Wg badań socjologicznych o wiele większy „potencjał mobilizacyjny” ma PiS – sięgający nawet 55 proc. Warunek jest jeden – nie wolno dać się uśpić optymistycznym sondażom i ruszyć do urn. Pamiętajmy, że mamy nową sytuację – dziś wysoka frekwencja sprzyja przede wszystkim nam. Tamci rzucili już dawno na szalę wszystkie zasoby i my musimy zrobić to samo – a głównym atutem po naszej stronie jest wielki potencjał rzesz zwykłych Polaków, z taką pogardą traktowanych przez „arystokrację” III RP. Słowa o „folwarcznych chłopach” nie biorą się znikąd – są wyrazem ich stosunku do własnego narodu. I jeżeli wygrają, tak właśnie będą nas traktować – jak pańszczyźnianych chłopów, co zresztą niejednokrotnie mieliśmy okazję przerabiać na własnej skórze po 1989 r. Do tej powtórki z najnowszej historii nie wolno dopuścić. W tych wyborach zadecydujemy, czy Polska ostatecznie wkroczy na nowe tory, czy też nastąpi recydywa starych porządków pod rządami tych, którzy już od dawna powinni użyźniać śmietnik historii.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 41 (11-17.10.2019)

niedziela, 8 kwietnia 2018

Zawsze jest z kim przegrać

Prowadząc politykę spod znaku „i chciałabym, i boję się” nie można liczyć na sukces.

I. Powtórka z „27:1”?

„Zawsze jest z kim przegrać – jeśli nie z przeciwnikiem, to z samym sobą” - mniej więcej taką sentencję działacze Zjednoczonej Prawicy powinni sobie oprawić w ramki i powiesić nad biurkami. Oczywiście, sondaż Kantar Millward Brown dla TVN pokazujący spadek poparcia o 12 punktów procentowych nie jest jeszcze powodem do paniki – wiele wskazuje na to, że faktycznie został „podkręcony” pytaniami naprowadzającymi w rodzaju sprawy nagród dla ministrów rządu Beaty Szydło – ale inne badania z końca marca również wskazują na kilkuprocentowe „tąpniecie” notowań partii rządzącej. Przykładowo, u „Estymatora” (dla „DoRzeczy.pl”) jest to tylko 3,4 pkt. proc., ale już „Pollster” (dla „Wiadomości” TVP) pokazuje spadek aż o 8 „oczek” - w każdym razie, widać, że coś jest na rzeczy. Owszem, można, jak rzeczniczka PiS Beata Mazurek, składać niekorzystne wyniki na karb okresowego osłabienia dotykającego każdą partię rządzącą na przednówku; prawdą jest również, że obecne straty są jak najbardziej do odrobienia – warto jednak zastanowić się nad przyczynami, bowiem sądzę, że obecny „dołek” ma bardziej racjonalne powody, niż ogólne pogorszenie samopoczucia wyborców.

Przypomnijmy sobie w tym miejscu sytuację sprzed roku, kiedy to PiS również zaliczyło w marcu sondażową klapę związaną z przegraną batalią o zablokowanie reelekcji Donalda Tuska na fotel przewodniczącego Rady Europejskiej. Jak pamiętamy, dało to mediom „totalnej opozycji” asumpt do triumfalnego epatowania hasłem o porażce „27:1” (do annałów przeszedł niesławny newsletter Marka Dekana do polskich pracowników Ringier Axel Springer), co chwilowo odbiło się na politycznych notowaniach „dobrej zmiany”. Dziś wprawdzie nie da się wskazać jednego, spektakularnego wydarzenia - przyczyny „obsuwy” są bardziej złożone, nawarstwiło się tutaj kilka czynników – niemniej, mechanizm jest podobny. Otóż wspólnym mianownikiem marca 2017 i marca 2018 jest utrata poczucia sprawczości – a tego wyborcy bardzo nie lubią.


II. Kara za porażkę

W 2017 r. ludzie ukarali rząd PiS obniżonymi sondażami nie dlatego, że ten wdał się w wojenkę „o Tuska” - ale dlatego, że tę konfrontację przegrał. Przeciętny wyborca natomiast lubi skuteczność w której może symbolicznie partycypować – nie obchodzą go „moralne zwycięstwa” i gadanie w stylu „postawiliśmy się dzielnie, ale musieliśmy ulec pod naporem przeważających sił wroga”. Taki przekaz może przekonać (a nawet na swój sposób dowartościowywać) jedynie twardy elektorat, to zaś stanowczo za mało do wygranej w wyborach. W polityce koniec końców zawsze liczy się sukces – i na to zorientowany jest potencjalny wyborca. Właśnie ta prawidłowość przez lata niosła Tuska – potrafił sprzedać się jako polityk skuteczny, „rozprowadzający” w kraju miotającą się bezsilnie prawicową opozycję, za granicą zaś – jako postać przyjmowana na salonach. To właśnie z tego wizerunku głosujący na PO czerpali poczucie wartości – jako współuczestniczący w swoistym „spektaklu mocy”. I dlatego też, kiedy wskutek nieudolności Kopacz i Komorowskiego Platformie powinęła się noga, została porzucona bez sentymentów. Ten trend pogłębił się już po wyborach 2015 r. - nieporadność i kolejne wpadki „totalnej opozycji”, nakręcały jednocześnie słupki poparcia obozowi Zjednoczonej Prawicy.

Powtórzmy jeszcze raz: wyborca może wybaczyć wiele, ale jednego nie wybacza – przegranej, bo partycypuje w niej emocjonalnie, a to jest zabójcze dla samooceny. Nikt nie lubi czuć się jak frajer i kibicować nieudacznikom. I odwrotnie: świadomość udziału w triumfie dowartościowuje, buduje poczucie wyższości nad „tamtymi” - a to bardzo silny magnes, przyciągający kolejnych zwolenników. Można tu użyć analogii sportowej – zwycięska drużyna zawsze ma pełne trybuny. Zespół za którym ciągnie się ogon porażek dopinguje jedynie garstka najwierniejszych z wiernych.


III. Utrata powagi

Dziś mamy właśnie taką sytuację – PiS poniosło w ostatnim czasie szereg porażek, które stopniowo odkładały się w zbiorowej świadomości. Wszystkie łączy jeden schemat: atak z gromkim „hurra”, a następnie po chwili niezbornej szamotaniny – rejterada z podkulonym ogonem. A kto rejteruje, ten obrywa po tyłku. Wyróżniłbym tutaj trzy podstawowe elementy – spór z Komisją Europejską o reformę sądownictwa, nowelizację ustawy o IPN i „zamrożoną” ustawę reprywatyzacyjną. Proszę zwrócić uwagę, że dopóki PiS twardo stawiało się różnym Timmermansom, elektorat również był „twardy” i stał po stronie rządu. Bruksela straszyła nas słynnym artykułem 7 Traktatu Lizbońskiego i sankcjami – a słupki ani drgnęły. Więcej nawet – w miarę zaogniania się sporu, rósł odsetek osób dopuszczających możliwość „polexitu”. Tak samo było przy okazji batalii o przymusową relokację „uchodźców”: tu również widmo sankcji nie robiło na wyborcach wrażenia, zaś milczące zarzucenie przez Brukselę poronionego pomysłu pokazało, że warto było pójść na konfrontację. Podobnie ze sprawą art. 55a ustawy o IPN umożliwiającego ściganie za kłamliwe przypisywanie nam niemieckich zbrodni – międzynarodowy wrzask środowisk żydowskich i naciski ze strony USA nie zrobiły na opinii publicznej wrażenia. Przyczyniły się wręcz do przebudzenia i uświadomienia społeczeństwu, jakie jest prawdziwe nastawienie Izraela oraz żydowskiej diaspory do Polski. Również projekt ustawy reprywatyzacyjnej eliminujący groźbę wypłacenia przez Polskę miliardowych odszkodowań organizacjom „holocaust industry” został przyjęty pozytywnie – szczególnie w kontekście forsowanej w amerykańskim Kongresie ustawy 447/1226.

Problem zaczął się, gdy politycy Prawa i Sprawiedliwości zaczęli mięknąć, dając tym samym dowód małej odporności na zewnętrzną presję. Zapowiedzi złagodzenia ustaw sądowych pod groźbą obcięcia eurofunduszy i kolejne pojednawcze wycieczki premiera Morawieckiego do Brukseli stały się w społecznym odbiorze świadectwem braku asertywności i niezdecydowania. Nawet lipcowe weto prezydenta Dudy nie narobiło tyle zamieszania – bo wtedy jeszcze kształt ustaw był wciąż naszą wewnętrzną sprawą. Analogicznie z ustawą o IPN: odesłanie przez prezydenta przepisów do Trybunału Konstytucyjnego to jedno. Gorzej, że poszły sygnały ze strony prominentnych postaci z obozu władzy, iż ustawa nie będzie de facto stosowana, plus zapowiedzi „nowelizacji do nowelizacji” sprowadzające się do wykastrowania dopiero co uchwalonych przepisów. Wszystko to pod ewidentnym naciskiem zagranicznych ośrodków, co w połączeniu ze sloganem o „wstawaniu z kolan” i zapewnieniami, że nikt nie będzie dyktował nam ustaw, musiało zrobić wrażenie ogólnej błazenady. Rząd stracił powagę na własne życzenie. Wstrzymanie prac nad tzw. „dużą ustawą reprywatyzacyjną” po gniewnych pomrukach organizacji żydowskich i amerykańskiego Departamentu Stanu dopełniło obrazu odwrotu na wszystkich frontach.


IV. Powrót do korzeni

Biorąc powyższe pod uwagę, ciągnąca się miesiącami w atmosferze frakcyjnych wojenek rekonstrukcja rządu czy nagrody dla ministrów z gabinetu Beaty Szydło miały znaczenie wtórne. Śmiem twierdzić, że w innej sytuacji po medialnej „trzydniówce” sprawa nagród rozeszłaby się po kościach, a wyborcy generalnie kupiliby tłumaczenie, że ministrom należy się premia za ciężką pracę – tak samo, jak w innych okolicznościach wybaczyliby Platformie „ośmiorniczki”. Ale tego typu, w gruncie rzeczy błahostki, działają jak płachta na byka, gdy obóz rządzący zaczyna jawić się jako słaby i pogrążony w chaosie. W konsekwencji, może się okazać, że obecne wahnięcie sondaży ma większy ciężar gatunkowy, niż mogłoby się wydawać i zapoczątkować trwały trend. Jak zaznaczyłem na wstępie – jeszcze jest czas, by ten stan rzeczy odwrócić. Ale potrzeba wewnętrznej mobilizacji i powrotu do korzeni: wizerunku zwartej i zdecydowanej drużyny, nade wszystko zaś – porzucenia kompletnie nieprzejrzystego dla przeciętnego odbiorcy chwiejnego lawiranctwa. Prowadząc politykę spod znaku „i chciałabym, i boję się” nie można liczyć na sukces.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

„Antypolonizm sponsorowany”

„Rejterada”

„Koniec złudzeń”

„Moratorium, czyli uspokajactwo stosowane”


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 14 (06-12.04.2018)