Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekologiści. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekologiści. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 lutego 2020

COP25 – festiwal hipokryzji

Idę o zakład, że gdybyśmy w Polsce opracowali zeroemisyjną technologię spalania węgla, to i tak pozostalibyśmy na cenzurowanym – bo węgiel tak czy inaczej jest ideologicznie „trefny”.

Szczyt klimatyczny COP25 w Madrycie zakończył się fiaskiem – załamują ręce postępowe media. I to jest, proszę Państwa, bardzo dobra wiadomość. Nie mam oczywiście złudzeń, że Global Warming Industry dopnie w końcu swego i zafunduje światu zielony totalitaryzm z ideologiczno-religijną podbudową w postaci doktryny „klimatyzmu” - ale jeszcze nie teraz, jeszcze mamy chwilę oddechu. Cieszmy się zatem energią elektryczną na którą (z coraz większym trudem, ale jednak) jeszcze nas stać, ogólnie dostępną benzyną i wciąż w miarę tanim mięsem – zanim sfanatyzowani ekologiści to wszystko opodatkują do tego stopnia, że powyższe dobra (jak to niegdyś bywało) staną się luksusem dostępnym jedynie najbogatszym warstwom i wyznacznikiem statusu społecznego elit „Nowego Zielonego Ładu”.

Póki co jednak, na COP25 doszedł do głosu elementarny rozsądek i chłodna kalkulacja kosztów – głównie ze strony państw, które mogą najwięcej stracić na „zielonej transformacji”, za co zostały pryncypialnie zbesztane jako egoistyczni hamulcowi ekologicznej rewolucji. W efekcie, mimo przedłużenia negocjacji o niemal dwie doby, uczestnicy nie doszli do porozumienia i rozjechali się do domów bez podjęcia kolejnych „celów” i „zobowiązań”. Poszło głównie o handel emisjami CO2 i sposoby liczenia redukcji emisji. Dyżurnym „czarnym ludem” stała się Brazylia rządzona przez konserwatywnego „klimatosceptyka” Jair'a Bolsonaro – ale, należy dodać, wspieranego również przez inne państwa, takie jak Australia czy Indie. Bolsonaro podpadł już tym, że nie zgodził się, by Brazylia pełniła rolę gospodarza tegorocznej klimatycznej szopki, ale ma na sumieniu również znacznie poważniejsze „grzechy” – domagał się mianowicie, by do bilansu emisji CO2 wliczać dwutlenek węgla absorbowany przez amazońską dżunglę, wskutek czego Brazylia mogłaby eksportować „nadwyżki” praw redukcyjnych. Podniósł się niebywały rejwach, a brazylijskiego przywódcę oskarżono o „oszustwo” i „fałszowanie” statystyk emisyjnych.

I tu jak w soczewce widzimy całą hipokryzję towarzyszącą światowej debacie na temat emisji gazów cieplarnianych. W skrócie wygląda to następująco: jeżeli rozwinięte gospodarki wyprowadzają najbardziej „brudne” etapy swojej produkcji przemysłowej na drugi koniec świata, zapisując sobie dzięki temu „klimatyczne sukcesy” w walce z „globalnym ociepleniem” i opylając zaoszczędzone kwoty CO2 na światowych rynkach - wtedy szafa gra, nikt się nie czepia. Lecz jeżeli kraj taki jak Brazylia chce wykorzystać w tym samym celu gigantyczny zasób jaki ma do dyspozycji w postaci lasów deszczowych – o, nie ma mowy, nie dla psa kiełbasa. Ta druga, gorsza część świata jest od tego, by była „importerem” tego współczesnego handlu powietrzem i przy okazji zarżnęła własny przemysł i energetykę, wypadając z rynku. Nie będzie jakaś tam Brazylia robiła Niemcom konkurencji. Widać zatem wyraźnie, że w tej rozgrywce nie chodzi o redukcję emisji CO2 jako taką, lecz o sposób jej „redukowania” i dominację w globalnej gospodarce. Czysty kolonializm. Idę o zakład, że gdybyśmy w Polsce opracowali zeroemisyjną technologię spalania węgla, to i tak pozostalibyśmy na cenzurowanym – bo węgiel tak czy inaczej jest ideologicznie „trefny”, a do tego wciąż mielibyśmy stosunkowo suwerenną energetykę opartą na rodzimych zasobach, zamiast kupować „zielone technologie” i „czysty” prąd od tych, którzy ostrzą sobie zęby na nasz rynek. I, podobnie jak w przypadku Brazylii, zarzucano by nam „oszustwo” klimatyczne oraz odmawiano prawa do sprzedawania nadwyżek emisyjnych.

Kolejna rzecz – szereg krajów domagał się gwarancji stworzenia mechanizmu finansowego mającego zrekompensować koszty przemodelowania gospodarek pod kątem redukcji emisji CO2. Bez efektu, bo wszak obecni potentaci spod znaku Global Warming Industry nie po to pchają ciężkie miliardy w dotowanie zielonej energii, by jeszcze kogokolwiek sponsorować.

I tu dochodzimy do wielkiego oszustwa, jakim jest rzekoma nieopłacalność pozyskiwania energii z tradycyjnych źródeł – a z drugiej strony, równie rzekoma opłacalność „taniej” energetyki opartej na OZE. Otóż efekt ten osiągnięto w sposób skrajnie sztuczny, za pomocą dwóch symultanicznych zabiegów – ceny energii węglowej zawyżono poprzez jej opodatkowanie kwotami CO2 (tylko w ciągu ostatnich trzech lat cena emisji CO2 na europejskich giełdach ICE i EEX wzrosła pięciokrotnie - z 5 do 25 euro za tonę). Z kolei europejski lider energii odnawialnej, czyli Niemcy, dotuje produkcję opartą na OZE kwotami rzędu dwudziestu kilku miliardów euro rocznie, zaburzając przy okazji swoim dumpingiem cały europejski rynek. Ale jest to dumping słuszny, postępowy, więc nikt nie protestuje. Problem w tym, że nie sposób dopłacać do produkcji prądu na taką skalę w nieskończoność, stąd Niemcy już nie mogą wytrzymać, by zdławić do reszty węglową konkurencję w innych krajach (głównie w Polsce) i wkroczyć na zdobyty teren – po czym nagle skończą z dotacjami, urealniając ceny. I wtedy dopiero zapłaczemy...


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Ekoterroryzm dotarł do Polski

Futerkowe obsesje Czabańskiego

Bez futra do Europy

Ekologiczne bareizmy

Podatkowy terror klimatyczny

Greta Thunberg i klimatyczna pedagogika wstydu

Ekologizm jako narzędzie globalnej oligarchii pieniądza


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 51-52-01 (20.12.2019-09.01.2020)

środa, 27 listopada 2019

Czy „dobra zmiana” kapituluje przed lewactwem?

Nie chcę krakać, ale coraz więcej wskazuje na to, że PiS z przyległościami na polu ideowym wywiesza białą flagę, a doraźna, konserwatywna retoryka służy jedynie coraz bardziej nieudolnemu maskowaniu tej rejterady.

I. Aborcja wciąż nie zatrzymana

Czy obóz „dobrej zmiany” po cichu dezerteruje z frontu wojny kulturowej? Takie pytanie musi nieuchronnie się pojawić w kontekście kolejnych wypowiedzi, czynów i zaniechań w wydaniu Zjednoczonej Prawicy.

W minionej kadencji mieliśmy absolutnie celową obstrukcję obywatelskiego projektu „Zatrzymaj aborcję”, mającego m.in. powstrzymać aborcję eugeniczną, czyli np. zabijanie dzieci u których w fazie prenatalnej stwierdzono podejrzenie zespołu Downa. Projekt pod którym podpisało się ponad 830 tys. osób został najpierw skierowany do sejmowej Komisji Polityki Społecznej i Rodziny, by następnie decyzją jej ówczesnej przewodniczącej Bożeny Borys-Szopy trafić do specjalnej podkomisji. Od tamtego momentu (2 lipca 2018 r.) politycy nie zajęli się nim ani razu i inicjatywa na dobre ugrzęzła w sejmowej zamrażarce. Jak podają na swojej stronie organizatorzy akcji „Zatrzymaj aborcję” od 30 listopada 2017 r., kiedy to formalnie złożono projekt w Sejmie, w polskich szpitalach zginęło 2158 nienarodzonych dzieci. Za to w międzyczasie Bożena Borys-Szopa zdążyła awansować na ministra rodziny, pracy i polityki społecznej – czyżby w nagrodę za sprawne utrącenie niewygodnej ustawy? Dodajmy, iż do „odzyskanego” Trybunału Konstytucyjnego pod rządami Julii Przyłębskiej złożono w październiku 2017 r. pytanie o stwierdzenie zgodności (lub nie-) z Konstytucją tzw. przesłanki eugenicznej. Również i ten organ nie znalazł czasu, by rozpatrzyć wniosek podpisany przez 107 parlamentarzystów. Teraz, wraz ze startem nowej kadencji, sprawa się przeterminowała.

Na szczęście, zasada dyskontynuacji (czyli niekontynuowania przez Sejm nowej kadencji projektów procedowanych przez poprzedni parlament) nie dotyczy inicjatyw obywatelskich, zatem projekt „Zatrzymaj aborcję” formalnie pozostaje w mocy. Tylko co z tego, skoro na skutek sejmowych układanek szefostwo Komisji Polityki Społecznej i Rodziny Zjednoczona Prawica oddała skrajnie lewicowej aktywistce Magdalenie Biejat, utrącając Grzegorza Brauna? Wychodzi na to, że dla PiS tradycyjnie głównym wrogiem pozostaje prawicowa konkurencja, a nie antycywilizacyjne lewactwo... Można więc się spodziewać, iż antyaborcyjna inicjatywa w bieżącej kadencji zostanie taktycznie „uwalona” rękami lewicy – i to pomimo tego, że nominalnie w komisji większość ma prawica.


II. Czy powstrzymamy pochód dewiacji?

W kontekście powyższego, trudno być optymistą jeśli chodzi o dalsze losy obywatelskiego projektu „Stop pedofilii”. Wprawdzie został gładko przyjęty przez Sejm i trafił do komisji zajmującej się zmianami w kodyfikacjach, lecz tu pojawia się płynące z doświadczenia poprzedniej kadencji pytanie, czy nie czeka nas powtórka z nader wątpliwej rozrywki? A sprawa jest naprawdę wielkiej wagi, dotyczy bowiem treści przemycanych zgodnie z wytycznymi WHO podczas tzw. edukacji seksualnej.

Przypomnijmy, iż projekt będący nowelizacją Kodeksu Karnego wprowadza penalizację publicznego propagowania lub pochwalania zachowań o charakterze pedofilskim oraz propagowania lub pochwalania podejmowania przez osoby małoletnie obcowania płciowego lub innej czynności seksualnej. Powyższe w szczególności odnosi się do działalności związanej z edukacją, leczeniem bądź opieką nad dziećmi. Jest to absolutnie kluczowe w sytuacji, gdy różne samorządy usiłują wprowadzać tylnymi drzwiami deprawacyjną seksedukację do podległych im placówek oświatowych – a osławione „standardy WHO” zalecają m.in. oswajanie z masturbacją dzieci już od piątego roku życia, zaś w kolejnych grupach wiekowych następować ma nauka „świadomego wyrażania zgody na seks”, różnych technik stymulacyjnych i zaznajamianie dzieci z dewiacjami przedstawianymi jako „norma” i nieszkodliwe „odmienności”. Nic dziwnego, że tak pojmowana „edukacja” jest oczkiem w głowie aktywistów LGBT. Należy się śpieszyć, bowiem Rafał Trzaskowski zapowiada, że podpisana przez niego „Karta LGBT+” będzie konsekwentnie wdrażana wraz ze wszystkimi jej postulatami – w tym, dotyczącymi szkolnej seks-indoktrynacji. Pytanie – czy rządząca prawica zdecyduje się na konfrontację, szczególnie w obliczu nacisków płynących z Brukseli, czy w imię świętego spokoju schowa obywatelski projekt na dnie szuflady?


III. Lewacka edukacja

A skoro jesteśmy przy edukacji. Koniecznie należy odnotować bulwersujący głos „konserwatysty bezobjawowego”, czyli Jarosława Gowina – ministra nauki i szkolnictwa wyższego. W głośnym wywiadzie udzielonym tygodnikowi „Sieci” zapowiedział: „Położę się Rejtanem, jeżeli ktoś będzie próbował ograniczać wolność słowa zwolennikom ideologii gender. Charakterystyczne - ze słów wicepremiera wynika, iż doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że gender z 56 „płciami” i 238 „orientacjami” nie jest żadną „nauką”, lecz ideologią. A mimo to jest gotów bronić obecności owej ideologii na uniwersytetach – w imię, jakby inaczej, wolności słowa, przekonań i „badań naukowych”. Co więcej, z dalszej części wywiadu dowiadujemy się, iż Jarosław Gowin jest w pełni świadom lewicowo-liberalnego przechyłu na wyższych uczelniach, lecz traktuje to jako swoistą normę, bo tak jest „niemal na całym Zachodzie”. To już jest jawna abdykacja z jakichkolwiek funkcji władczych państwa i przyzwolenie, by szkolnictwo wyższe było kuźnią bojowników w antycywilizacyjnej wojnie. Natomiast zagnieżdżone na uniwersytetach lewactwo nie bierze jeńców – konserwatywni naukowcy są sekowani na każdym kroku, spycha się ich w cień, odmawia naukowych awansów, na porządku dziennym jest uniemożliwianie na terenie uczelni spotkań z osobami wyrażającymi odmienne od dominującego, lewackiego mainstreamu poglądy na kwestie takie jak ochrona życia, ideologia LGBT, czy w jakikolwiek inny sposób odstające od jedynie słusznej linii.

Trzeba sobie powiedzieć jasno – w miejsce opuszczone przez klasyczny „diamat” („materializm dialektyczny”) szerokim frontem wkroczył jego następca – marksizm kulturowy i to jego wyznawcy w poczuciu wszechwładzy i bezkarności meblują dziś umysły przyszłych polskich elit. Odpuszczenie sobie tego pola skazuje nas w niedalekiej przyszłości na zdominowanie życia publicznego przez wojujące lewactwo, stosujące na masową skalę tzw. „tolerancję represywną” - czyli, mówiąc po ludzku, dyskryminację wszelkich poglądów nie mieszczących się w kanonie politycznej poprawności. Przedsmak mieliśmy już przy okazji sprawy zawieszenia prof. Nalaskowskiego za to, że dał wyraz swej odrazie wobec manifestowanej podczas gej-parad ideologii LGBT, czy w produkowanych przez Konferencję Rektorów Akademickich Szkół Polskich (KRASP) totalniackich z ducha manifestach ustalających obowiązującą doktrynę w kwestiach LGBT oraz „ekologizmu-klimatyzmu”.

Otóż, panie Gowin, na genderyzm nie musimy się godzić. Wystarczy sięgnąć po przykład Victora Orbana, który jednym dekretem usunął „gender studies” z listy kierunków mających oficjalną akredytację rządu i tym samym pozbawiając je uprawnień do publicznego finansowania, co poskutkowało likwidacją tych kierunków na uczelniach. Trzeba tylko mieć cojones...


IV. Dyktat „ekologizmu”

Na zakończenie warto jeszcze wspomnieć o wojującym ekologizmie. Nowo powołany minister ds. klimatu (już samo utworzenie tego resortu pokazuje, że i na tym odcinku kapitulujemy), Michał Kurtyka, szczyci się, że to on osobiście zaprosił młodocianą eko-fanatyczkę Gretę Thunberg na szczyt COP24 w Katowicach. Takie podejście oznacza, że za chwilę Polska będzie pokornie wdrażać kolejne, motywowane ideologicznie eko-szajby – jak rozumiem, żeby nie czepiała się nas Bruksela. Tego, że rzekoma „troska o planetę” jest jedynie narzędziem mającym służyć społecznej inżynierii, przebudowie ludzkiej świadomości i urzeczywistnieniu lewackiej utopii – wolimy nie zauważać. Nie chcę krakać, ale coraz więcej wskazuje na to, że PiS z przyległościami na polu ideowym wywiesza białą flagę, a doraźna, konserwatywna retoryka służy jedynie coraz bardziej nieudolnemu maskowaniu tej rejterady.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 47 (22-28.11.2019)

Pod-Grzybki 186

Aj! „Agora” podlicza straty. Czerscy wydali Tuskowi książkę pod kuriozalnym tytułem „Szczerze”, która miała ukazać się 12 grudnia i stać się sztandarem jego kampanii prezydenckiej – a tu Tusk bez ceregieli wystawił swych promotorów do wiatru, ogłaszając, że tak „szczerze”, to on jednak nie startuje. W efekcie, cały nakład można puścić na przemiał – bo w tej sytuacji przecież nikt o zdrowych zmysłach tego wyborczego gadżetu nie kupi. I tak, mówiąc „Siarą”, cały ich misterny plan poszedł w p...u. Ciekawe, czy byli na tyle naiwni, by zapłacić Tuskowi z góry honorarium? Nawiasem – w internetowych księgarniach, gdzie owo wiekopomne dzieło można zamawiać w przedsprzedaży, książka już w tej chwili jest... przeceniona. Mistrzowie, po prostu mistrzowie!


*

Jako swoisty ersatz Tuska w prezydenckim wyścigu ma wystąpić Szymon Hołownia – gwiazdor TVN-u, niedorobiony dominikanin i „katolik otwarty”. „Otwarty” do tego stopnia, że w iście Franciszkowym duchu pomylił katolicyzm z szamanistycznym pogaństwem rodem z „ekologii wyzwolenia”, twierdząc iż na Sądzie Ostatecznym będą osądzać go... zwierzęta. Cóż, jak wiadomo, obecnie największą partią opozycyjną jest TVN, więc nic dziwnego, że postanowił wystawić własnego kandydata. Wprawdzie swojego czasu ta sama stacja za podobne polityczne ciągoty wywaliła Tomasza Lisa – ale to była inna „mądrość etapu”, bo wtedy TVN lansował... Jolantę Kwaśniewską. Z Hołownią skończy się jak z panią Jolantą – ale co się w międzyczasie pobawimy, to nasze.


*

Tydzień bez Sylwii Spurek tygodniem straconym. Tym razem z jakiejś okazji zakazała kobietom jeść mięso, ogłaszając, iż „nie ma feminizmu bez weganizmu”. Biedaczka, ona w tym europarlamencie, gdzie nie chcą na stołówce serwować dań wegańskich, najwyraźniej ze szczętem już oszalała z głodu i pragnie, by reszta kobiet zwariowała tak samo, jak ona. Po raz kolejny potwierdza się teza, że nie ma większych wrogów kobiet, niż feministki.


*

Posłankini” Zielonych Urszula Zielińska wystąpiła z pomysłem „policji ekologicznej”, do której miano by zwerbować... emerytów, żeby mogli sobie dorobić. Coś takiego funkcjonuje ponoć w Szwecji, gdzie policjanci-emeryci sprawdzają, czy sąsiedzi prawidłowo segregują śmieci i nie palą jakimś szajsem w piecach. Wróżę tej inicjatywie wielkie powodzenie – wszyscy emerytowani ubole i ich szpicle zbiegną się pod zielone sztandary jak jeden mąż (i mężyni), by poczuć się jak za młodu. Ekologiczne ORMO czuwa!


*

Homolobby nie odpuszcza. Otóż w Kielcach w ramach „budżetu obywatelskiego” staną tęczowe ławeczki – 20 sztuk za jedyne 130 tys. złociszy. Ehem, coś mi mówi, że nie przetrwają nawet jednego sezonu, podzielając los tęczy na Placu Zbawiciela. Po drugie, weź tu człowieku i usiądź na czymś takim – a potem do końca życia tłumacz się przed znajomymi, że nie jesteś pedałem...


*

Lewactwo w panice – na ekranach kin święci triumfy antyaborcyjny film pt. „Nieplanowane”. Lewacy zanoszą się oburzeniem, bo jak można przypisywać ludzkie cechy jakimś tam „płodom” i „zlepkom komórek”? Tak więc, różne „zlepki komórek”, które miały to szczęście, że rodzice ich nie wyskrobali, dzięki czemu mogły się urodzić i dorosnąć, plują jadem w mediach, internecie, a nawet urządzają pikiety pod kinami. Żeby było ciekawiej, „Nieplanowane” wyświetlane jest również w należącej do „Agory” sieci kin „Helios”. Czekam teraz na feministyczną pikietę pod siedzibą „Agory” na Czerskiej. A nie, zaraz... przecież prym w nagonce na film wiodą redaktorki-aktywistki z „Wysokich Obcasów” - mogą więc urządzić protest u siebie, na miejscu, tropiąc krypto-prolajferów we własnych szeregach. Wszędzie lęgnie się to prawactwo, zgroza!


*

Swoją drogą, to aż nieprawdopodobne, że jeden skromny, niskobudżetowy film doprowadza lewactwo do takiego amoku. Ale to dobrze, mamy tu bowiem do czynienia z odwróceniem dotychczasowej prawidłowości. Dotąd to katolicy organizowali protesty przeciw różnym lewackim, prowokacyjnym produkcjom. Teraz role się odwróciły – co oznacza, że tym razem to tamci czują się niepewnie, zepchnięci do światopoglądowej, ideowej defensywy. I to jest bardzo optymistyczny znak czasów – tak trzymać!


*

Portal OKO.press, podążając za amerykańskimi mediami, „wyśledził”, iż nawrócenie głównej bohaterki „Nieplanowanego”, Abby Johnson (byłej dyrektorki placówki aborcyjnego koncernu „Planned Parenthood”) miało nie być szczere. Przystąpiła ponoć do organizacji pro-life, bo tam lepiej płacili. I sądzę, że tę informację, wbrew pozorom, warto nagłaśniać. Aborcjoniści! Nie ma sensu babrać się w tym zbrodniczym syfie dla marnych kilku dolców! Przejdźcie do prolajferów – będziecie mieli i pieniądze, i spokojne sumienie. Dwa w jednym!


*

Za nami 11 Listopada i kolejny „Marsz Niepodległości”, który już trwale stał się centralnym punktem Święta Niepodległości – co z rezygnacją odnotowały nawet lewackie media, skromnie jednak nie wspominając o wiekopomnej roli, jaką odegrała w propagowaniu i nagłaśnianiu tej imprezy „Gazeta Wyborcza” z przyległościami. Szczególne podziękowania należą się tu Sewerynowi Blumsztajnowi i rozdawanym przez niego gwizdkom, które miały w 2010 r. wypłoszyć z Warszawy „faszystów”, a w rezultacie wydatnie pomogły przekształcić Marsz w wydarzenie naprawdę masowe. Na miejscu organizatorów już za samo to zaproponowałbym mu dożywotnie miejsce na trybunie honorowej. Panie Sewku – dzię-ku-je-my!


*

O zasługach tej oddolnej inicjatywy niech zaświadczy rzut oka w przeszłość. Przed epoką Marszu, 11 Listopada był odbębniany nudnymi „oficjałkami”. Dopiero narodowcy i pozostali patrioci uczynili to święto naprawdę żywym i obywatelskim – co jest osiągnięciem tym cenniejszym, że krwawo wywalczonym w ulicznych starciach z reżimem Tuska oraz rodzimym i zagranicznym lewactwem. A zatem: Polska niech żyje – lewactwo niech wyje!


*

A tymczasem ekologiści ze zgrozą donoszą, iż tegoroczny październik był najcieplejszy w historii pomiarów. Hip, hip, hurra! Żegnaj „mała epoko lodowa” - i do niezobaczenia!


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 46 (15-21.11.2019)

niedziela, 29 września 2019

Klimatyczne zdziecinnienie

Współczesna pajdokracja sterowana jest z zaplecza przez bandę cynicznych wyjadaczy spod znaku „Global Warming Industry” i zostanie skasowana z dnia na dzień, gdy tylko osiągną swe cele.

I. Pielgrzymka klimatyczna

Cały świat wstrzymał oddech. Młodociana klimatystka Greta Thunberg przemówiła podczas inauguracji nowojorskiego szczytu klimatycznego ONZ. 16-letnie bożyszcze ekologistów (nieustająco przypominam: ekologia to nauka, „ekologizm” to ideologia) dało do wiwatu zgromadzonym dostojnikom, ale zanim przejdziemy do szczegółów speechu, zwrócę uwagę na całą otoczkę poprzedzającą ów wiekopomny moment. Otóż, jak wiemy, szwedzka aktywistka klimatyczna, by nie pozostawiać po sobie „śladu węglowego” wyruszyła za ocean nie samolotem, lecz „zeroemisyjnym” jachtem użyczonym do tego celu przez księstwo Monaco, słynące poza tym z wyścigów Formuły1 i będące wielką przystanią luksusowych, paliwożernych, dieslowskich jachtów. Hipokryzja aż wyje. Jednostka pływająca panienki Thunberg była jednak do tego stopnia ascetyczna, że nie wyposażono jej nawet w prysznic i toaletę, zaś naturalne potrzeby załatwiano do „niebieskiego wiaderka”, z dumą zaprezentowanego przez kapitana łajby przed wyruszeniem w rejs. Rodziło to uzasadnione obawy, że po zejściu na amerykański ląd małą Gretę będzie poprzedzała specyficzna atmosfera – tak jak we wspomnieniach mieszkańców Kresów wkroczenie do ich miejscowości Armii Czerwonej poprzedzał narastający smród. Biorąc pod uwagę powyższe obawy, nie dziwi, że świat - a przynajmniej uczestnicy szczytu i obsługujący go dziennikarze - przed wejściem na mównicę naszej współczesnej ascetki woleli na wszelki wypadek wstrzymać oddech. Na szczęście okazało się, że Greta przed swym występem została wykąpana i odziana w czyste szaty, tak więc świat mógł wypuścić z ulgą powietrze z płuc i od tej pory wszyscy oddychali już w miarę swobodnie – no chyba, że ktoś się zakrztusił wysłuchując nieprzytomnych banialuków wygadywanych przez „klimatyczną Joannę d'Arc”.

Pozostaje do wyjaśnienia jeszcze zagadka „niebieskiego wiaderka” ze zgromadzoną zawartością: czy poddano je utylizacji, czy też zachowano na wieczną pamiątkę dla potomności? Zważywszy, że dotąd Gretę Thunberg zdążono okrzyknąć „mesjaszem naszych czasów” i „współczesnym Dawidem”, to rzeczone wiaderko ma szansę stać się cenną relikwią rodzącego się na naszych oczach kultu współczesnej klimatycznej świętej i obiektem mistycznej adoracji roztaczającym wokół powalający „odor sanctitatis”. W dobie wystawiania w muzeach słoików z fekaliami nic nie stoi na przeszkodzie, by pójść o krok dalej i uczynić również takie utensylium przedmiotem religijnego uwielbienia. Kościół św. Grety z niecierpliwością czeka na tę duchową, hm, strawę.

Małostkowi zawistnicy podnosili wprawdzie, że cała eskapada okupiona została wielokrotnie większym „śladem węglowym”, niż gdyby panna Thunberg udała się do Nowego Jorku normalnie samolotem – bo i tak trzeba było wysłać drugą zmianę załogi, by sprowadziła jacht z powrotem do Europy, a i pierwsza zmiana też powróci drogą lotniczą. Sądzę jednak, iż klimat doskonale zdaje sobie sprawę, że to wszystko odbyło się dla jego własnego dobra i zbytnio się nie obrazi. W końcu, skoro cała ludzkość pada przed szwedzką nastolatką na twarz, to i klimatowi nie pozostaje nic innego, jak ugiąć przed jej majestatem kolano.


II. Homilia św. Grety

W każdym razie, po tych budujących napięcie przygotowaniach nastąpił punkt kulminacyjny – Greta Thunberg przystąpiła do wygłaszania swych nauk. Czegóż tam nie było! Ciskała z wysokości gromy na klimatyczną gnuśność wiernych, wytykała odstępstwa od doktryny, podkreślała błędy i wypaczenia, potępiała zdradę i zaprzaństwo oraz niecne uczynki wyrządzone klimatowi i bliźnim, napominała, że czas jest bliski, straszyła wiekuistym potępieniem... Słowem, byliśmy świadkami płomiennej homilii wygłoszonej przez najwyższą kapłankę apokaliptycznej sekty klimatystów. Wszystko podkreślone ekstatyczną mimiką i tonem głosu, tak by do każdego dotarło, że z klimatem nie ma żartów, proroctwa się dopełniają i jeśli się nie nawrócimy, zostaniemy spaleni żywym ogniem.

Wsłuchajmy się w jej słowa, cytowane obficie i należną czcią przez portal gazeta.pl: „To wszystko jest złe. Nie powinno mnie tu być. Powinnam być w szkole po drugiej stronie oceanu. Mimo to wy wszyscy przychodzicie do nas, młodych ludzi, po nadzieję?! Jak śmiecie?! Ukradliście moje marzenia i moje dzieciństwo swoimi pustymi słowami”. Padły słowa o „rozpadających się ekosystemach”, „masowym wymieraniu” i opieszałości w walce ze zbrodniczym dwutlenkiem węgla: „Jak śmiecie udawać, że da się to rozwiązać za pomocą dotychczasowych działań i jakichś technicznych rozwiązań?! Przy dzisiejszym poziomie emisji pozostały budżet emisji CO2 zniknie kompletnie za mniej niż osiem i pół roku”. I wreszcie, groźba nieuchronnej kary: „Nie pozwolimy wam się z tego wywinąć. Właśnie tutaj, właśnie teraz nakreślamy linię. Świat się budzi. I zmiana nadchodzi - czy wam się to podoba, czy nie”.

Pamiętajmy – jest źle, bo Grecie Thunberg ktoś ukradł dzieciństwo i marzenia. Jakiś zły polityk zabrał jej kucyka? Ktoś powiedział, że nie ma jednorożców i św. Mikołaja?


III. Klimatyczna pajdokracja

No dobrze, żarty na bok. Cały ten żenujący spektakl jest kolejnym świadectwem upadku cywilizacji. Spójrzmy – jakaś zindoktrynowana, fanatyczna nastolatka, borykająca się z szeregiem emocjonalnych ułomności jest przyjmowana na światowych salonach, by pleść napisane jej przez klimatycznych piarowców brednie. Wychodzi na mównicę ONZ i opiernicza zebranych dostojników na czym świat stoi – a wszyscy, jak jeden mąż, pokornie jej słuchają i żaden ani piśnie. W jednym Greta Thunberg ma rację: ona faktycznie powinna być w tej chwili w szkole, zamiast szlajać się po świecie z jednego klimatycznego „eventu” na drugi – i to z błogosławieństwem rodziców, którzy zapewniają, że podczas podróży Greta się uczy... „pogłębiając swoją wiedzę o klimacie”, czyli mówiąc po ludzku, nasiąkając „ekologiczną” politgramotą. Znamy to z własnej historii – tych wszystkich absolwentów wieczorowych kursów marksizmu-leninizmu, rzucanych następnie na „front walki ideologicznej”, tych „pryszczatych” stalinistów „ruszających z posad bryłę świata”. I dokładnie kimś takim jest Greta Thunberg, tylko w mniej siermiężnym, bardziej atrakcyjnym opakowaniu. Bo też, co opisał niedawno brytyjski „Sunday Times”, za fenomenem „aktywistki” stoi profesjonalne zaplecze piarowskie, bogate NGO'sy i ekologiczny przemysł, szykujący się do wielkiego skoku na rządowe zamówienia publiczne z zakresu wdrażania „zielonych technologii”. Zresztą, jej ojciec, aktor Svante Thunberg, jest zawodowym impresariem, prowadzącym dotąd karierę żony i matki Grety – śpiewaczki operowej Maleny Ernman. Teraz przerzucił się na promowanie córki, czyniąc z niej idealny dla współczesnych mediów produkt marketingowy. Patrząc pod tym kątem, można Grecie, wykorzystywanej i manipulowanej przez otoczenie tylko współczuć – szczególnie, że jak wszystko wskazuje, naprawdę uwierzyła w swe posłannictwo.

Nie ma natomiast usprawiedliwienia dla świata dorosłych, którzy na niej żerują, bądź z wyrachowaną powagą wysłuchują jej „przesłań” - bo „tak trzeba”, bo gdyby odmówili przyjęcia „prorokini”, zjadłyby ich żywcem lewackie media. Podobnie było z aktywnością słynnego wokalisty Bono, wygłaszającego kilka lat temu rzewne kocopoły na kolejnych szczytach typu G-20. Dziś natomiast mamy będące pokłosiem promowania Grety Thunberg „młodzieżowe strajki klimatyczne”, nad którymi pochylają się głowy państw, a media nagradzają uczestników pełnym zachwytu cmokaniem.

O czym to świadczy? O postępującym zdziecinnieniu. „Dobra”, „idealistyczna” młodzież poucza zacofanych „starych”. Starożytni ukuli na to termin „pajdokracja” oznaczający „rządy dzieci”. Czym kończy się zrównywanie dzieci z dorosłymi wie każdy, kto przeczytał powiastkę Janusza Korczaka o królu Maciusiu I. Tyle, że ta współczesna pajdokracja sterowana jest z zaplecza przez bandę cynicznych wyjadaczy spod znaku „Global Warming Industry” i zostanie skasowana z dnia na dzień, gdy tylko osiągną swe cele.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 39 (27.09-03.10.2019)

czwartek, 26 września 2019

Greta Thunberg i klimatyczna pedagogika wstydu

Rejs Grety Thunberg i jego przesłanie ma służyć eskalacji czegoś, co trawestując słynne określenie Bronisława Wildsteina pozwolę sobie nazwać „klimatyczną pedagogiką wstydu”.

I. „Święta” Greta od niebieskiego wiaderka

Szkoda, że eko-wagarowiczka Greta Thunberg w ramach swej morskiej eskapady na szczyt klimatyczny ONZ w Nowym Jorku nie zahaczyła o Grenlandię. Wszyscy w zasadzie wiemy o co biega z tym rejsem, ale dla porządku pokrótce przypomnę. Otóż 16-letnia obecnie Greta, robiąca za współczesną inkarnację Pippi Langstrump skrzyżowanej z klimatyczną Joanną d'Arc, zasłynęła w ubiegłym roku za sprawą notorycznych wagarów podszytych ekologicznym „ideolo”. Młoda ekologistka (przypominam – ekologia to nauka, „ekologizm” natomiast jest ideologią) urywała się z lekcji, by pod budynkiem szwedzkiego parlamentu protestować przeciw globalnemu ociepleniu, który to format medialny (wraz z charakterystycznymi warkoczykami) zapożyczyła u nas w te wakacje 13-letnia Inga Zasowska, nie zapłaciwszy wszakże swej szwedzkiej koleżance tantiem autorskich. Jak można mniemać, po rozpoczęciu roku szkolnego mama Ingi nie pozwoli jednak córce wagarować – choćby dlatego, że nie będzie mogła liczyć na wspólny, ekscytujący rejs sponsorowany przez rodzinę książęcą z Monaco. Cóż, „zbuntowana klimatycznie” szwedzka panienka z dobrego domu i artystycznej rodziny (matka jest śpiewaczką operową, ojciec aktorem) jest dla świata bardziej interesująca i nikt nie zamierza entuzjazmować się polską podróbką, skoro na wyciągnięcie ręki ma bardziej autentyczny i postępowy skandynawski oryginał – a i zainteresowanie tutejszych mediów po chwili wzmożenia wyraźnie opadło.

W każdym razie, mała Greta wybrała się do Nowego Jorku drogą morską, by nie zostawiać po sobie tzw. „śladu węglowego”, jaki generuje w postaci emisji CO2 podróż samolotem. Niemiecki „Bild” szybko jednak wykrył, że logistyczna obsługa rejsu „kosztuje” klimat dużo więcej, niż gdyby Greta wraz z towarzyszącym jej ojcem normalnie poleciała na ONZ-owski szczyt, jak wszyscy inni. Okazało się bowiem, że do Nowego Jorku tak czy inaczej musi udać się pięcioosobowy zespół (oczywiście samolotem), by sprowadzić jacht do Europy, ponadto obecna załoga również powróci do domu drogą lotniczą. Żeby było zabawniej, sponsorujące wyprawę księstwo Monaco słynie z „emisyjnych” wyścigów Formuły1 oraz z tego, że jest przystanią dla największych, paliwożernych dieslowskich jachtów, wyklinanych przez eko-aktywistów jako pomniki próżności bogaczy zatruwających dla swej egoistycznej przyjemności oceany i, rzecz jasna, emitujących zbrodnicze CO2.

Ale nic to, grunt, że jacht jest ekstremalnie „ekologiczny” - nie tylko czerpie energię z paneli słonecznych, ale nie ma na pokładzie takich burżuazyjnych fanaberii jak prysznic czy toaleta, wskutek czego naturalne potrzeby, jak oznajmił z dumą kapitan jednostki, załatwiane są do „niebieskiego wiadra”. Zagadką pozostaje, dlaczego podkreślono akurat kolor tego utensylium, bo w końcu i tak wszystko wyląduje w falach oceanu, w związku z czym może wystarczyłoby stare, poczciwe sr*** na rufie, jak to drzewiej bywało – bez konieczności angażowania pośrednika w postaci rzeczonego wiaderka, które, nawiasem mówiąc, zapewne jest zrobione z nieekologicznego plastiku. Przypominam też, że niegdyś na żaglowcach używano drewnianych kubłów na linie, którymi wciągano przez burtę morską wodę do mycia pokładu i osobistych ablucji. Czy niebieskie wiaderko będzie służyło również do tego?

Osobną niewiadomą, rozpalającą moją tyleż dociekliwą co chorą wyobraźnię, jest kwestia, czy klimatyczna święta po zejściu na ląd zatrzyma się w hotelu, gdzie będzie miała okazję wziąć normalną kąpiel, by zmyć z siebie nabyty w trakcie rejsu „odor sanctitatis”. W przeciwnym razie, jej aura mogłaby zmasakrować nienawykłe do takich mistycznych doznań nozdrza oenzetowskich dostojników i powalić ich pokotem na ziemię. Stanowiłoby to zresztą szczytne nawiązanie do znanych z abnegacji średniowiecznych ascetów, mających w pogardzie potrzeby grzesznego ciała i umartwiających je również w ten sposób. Ciekawi mnie także, w jaki sposób święta Greta od klimatu zamierza udać się do kolejnego celu swych peregrynacji – czyli odległego Santiago de Chile, gdzie odbyć się ma klimatyczny szczyt COP25. Być może otrzymała dar błyskawicznego przenoszenia się z miejsca na miejsce, a może nawet bilokacji z którego słynęli niektórzy święci. W końcu, małej Grety nigdy nie za wiele, a skoro już za życia parafia kościoła luterańskiego w Malmö okrzyknęła ją „mesjaszem naszych czasów”, zaś Franz Jung - jak najbardziej katolicki biskup niemieckiego Würzburga – przyrównał ją do biblijnego Dawida, to niech czyni z tych darów użytek. Niezawodne media z pewnością nie darują nam kolejnych szczegółów.


II. Narzędzie „Global Warming Industry”

No dobrze, ale czemu zacząłem od Grenlandii? Otóż, gdyby Greta Thunberg zboczyła nieco z kursu i zahaczyła o tę wyspę, mogłaby zobaczyć chociażby zrekonstruowaną osadę Wikingów, stanowiska archeologiczne i usłyszeć, że jej praprzodkowie w liczbie kilku tysięcy żyli tam w najlepsze między X a XIV wiekiem, prócz parania się łowiectwem hodowali bydło a nawet uprawiali rolę, ponadto na „zielonym lądzie” funkcjonowało biskupstwo i docierał handel morski... Wszystko dzięki tzw. średniowiecznemu optimum klimatycznemu, gdy przeciętna temperatura była wyższa niż obecnie, a lodowce nad którymi dziś ekologiści załamują ręce miały o wiele mniejszy zasięg. Wikingów wymroziła dopiero rozpoczynająca się w XIV w. „mała epoka lodowa”, z której teraz od stosunkowo niedawna (gdzieś od XIX w.) szczęśliwie wychodzimy. Może spojrzałaby wówczas innym okiem na „topniejące lodowce”, a nawet uświadomiła sobie, że walka z „globalnym ociepleniem” to w rzeczywistości skazane na niepowodzenie próby „zawrócenia” klimatu z powrotem do kończącego się właśnie okresu ochłodzenia? A całe to „globalne ocieplenie”, to nic innego jak rozpoczynająca się epoka kolejnego klimatycznego optimum? Może wręcz odważnie zapytałaby, jaki był poziom mórz i oceanów w czasie średniowiecznego ocieplenia i czy topniejące wówczas lodowce zatopiły pół Europy, czym straszy się nas obecnie? I o ile ów poziom wzrósł od czasu rewolucji przemysłowej, kiedy to rzekomo ocieplany przez człowieka klimat zaczął topić narosłe od XIV-XV w. masy lodu?

Niestety, to biedne dziecko nie będzie miało takiej szansy, stanowi bowiem idealny produkt „Global Warming Industry” i zarazem ofiarę ideologicznego prania mózgów. Co najbardziej obrzydliwe, wykorzystywane jest przez własnych rodziców do uprawiania celebryckiego eko-lansu. Już w zeszłym roku jej matka wydała książkę, w której prócz obowiązkowego biadolenia nad klimatem rozpisywała się o chorobie Grety i jej siostry (zespół Aspergera), a premiera dziwnym trafem zbiegła się w czasie z początkiem słynnego „szkolnego strajku klimatycznego” Grety. Mamy zatem klasyczne robienie „fejmu” na „modnej” chorobie, brylowanie za sprawą córki na różnych „klimatycznych” galach i w kolorowych czasopismach, zaś sama Greta „dała twarz” prospektowi emisyjnemu kreującej się na „ruch społeczny” eko-spółki „We Don't Have Time”, wg specjalistów wielokrotnie zwiększając jej wartość. Wystarczy zresztą posłuchać „przesłań” Grety Thunberg, w których motyw „braku czasu” (by powstrzymać „zmiany klimatyczne”) przewija się jak mantra. Wszystko wskazuje więc na to, że fenomen Grety Thunberg jest typową piarowską „wydmuszką” - zręczną kreacją jej rodziców i speców od marketingu. Trzeba dodać, że prócz zespołu Aspergera, Greta cierpi również na ADHD, zaburzenia obsesyjno-kompulsywne oraz „mutyzm wybiórczy” (wybiórczość mówienia – osoba w jednych sytuacjach mówi, w innych milknie – np. w szkole, czy wśród obcych), czemu na ogół towarzyszy m.in. wycofanie i nadwrażliwość emocjonalna.

I ta straumatyzowana nastolatka, z definicji podatna na różne „aktywistyczne” sugestie, zamiast zostać poddana stosownym terapiom, ustawiana jest na szpicy globalnej, ideologicznej batalii i cynicznie utwierdzana przez bliższe i dalsze otoczenie w swych obsesjach. Jest po prostu mięsem armatnim, narzędziem służącym do nakręcania spirali moralnego i emocjonalnego szantażu – bo któż by się nie wzruszył, widząc dzielną dziewczynkę bohatersko przełamującą własne ograniczenia w imię „słusznej” sprawy i działającej – jak sama zapewne szczerze wierzy – dla dobra całej planety? Nawiasem, czy jej słynne „programowe” unikanie samolotów aby na pewno ma przyczyny ideowe? Czy nie wynika po prostu ze zwykłej fobii przed lataniem, jaka jest udziałem wielu ludzi?


III. Zielony totalitaryzm

Biorąc pod uwagę powyższe - jaka jest prawdziwa przyczyna słynnego rejsu Grety Thunberg? I nie mam tu na myśli jej osobistych – jak wspomniałem, zapewne szczerych – motywacji, lecz intencje przyświecające macherom stojącym za jej plecami, specom od propagandy, dla których Greta jest wymarzonym instrumentem manipulowania światową opinią publiczną i masowymi emocjami. Otóż ten rejs i jego klimatyczne przesłanie ma służyć eskalacji czegoś, co trawestując słynne określenie Bronisława Wildsteina pozwolę sobie nazwać „klimatyczną pedagogiką wstydu”.

Widok dzielnej dziewczynki przemierzającej odważnie ocean ma nas zawstydzić. Mamy – ludzie bogatego Zachodu – poczuć głęboki dyskomfort psychiczny z powodu naszego rozpasanego stylu życia: tych lotów samolotami, podróży w najdalsze zakątki świata i nieustannego „śladu węglowego” jaki za sobą zostawiamy. Wstyd to potężny bodziec dyscyplinujący – u nas michnikowszczyzna jechała na tym patencie przez dobre ćwierć wieku, a na niektórych nawet dziś on działa. By zagłuszyć ów dyskomfort, poddani tresurze ludzie może nie wyrzekną się dobrowolnie dotychczasowego modelu życia, ale będą bardziej skłonni popierać ekologiczne postulaty, wpłacać datki na stosowne organizacje, w miarę możności kupować droższe produkty z nalepką „eko” oraz głosować na partie i polityków głoszących „zielone” programy – aby tylko uspokoić sumienie w błogim przeświadczeniu, że się „coś” zrobiło dla wspomożenia walki z ociepleniem. A gdy już właściwe siły spod znaku „Global Warming Industry” zdobędą wystarczające wpływy i władzę, to urządzą całą ludzkość na „zielono” - czy się to będzie komuś podobało czy nie. I tak niepostrzeżenie sami założymy sobie na szyje „ekologiczne” obroże – to, co miało być teoretycznie świadomym, indywidualnym wyborem, nagle stanie się surowo egzekwowanym przymusem. Samochód, mięso, tworzywa sztuczne? Zapomnij – zabronione! I jeszcze masz świergolić z ekologicznego klucza, deklarując kolejne „cele klimatyczne”, niczym dawni stachanowcy podejmujący „dobrowolne zobowiązania” śrubujące normy pracy. Witamy w zielonym totalitaryzmie.

Temu właśnie służy ta propagandowa „pokazucha” sporządzona wedle klasycznych, sowieckich wzorców – w stalinowskim ZSRR ubrano by Gretę w pionierski mundurek z czerwonym krawatem i kazano pływać ku chwale przodującego ustroju, tudzież w imię zwycięstwa socjalizmu, która to idea i dziś nie jest obca światowemu eko-lewactwu. A potem byłyby wizyty w szkołach, domach dziecka, zakładach pracy... czyli tak jak obecnie, z tą różnicą, że Greta Thunberg wizytuje ekologiczne wiece i konferencje. Wszystko to w atmosferze nieustającego moralnego szantażu – patrz, dzielna Greta płynie przez ocean w łajbie bez sracza – a ty co? Ile zmarnowałeś dziś wody w łazience? Wylegujesz się w wannie, zamiast brać szybki prysznic? Myjesz się pod bieżącą wodą, zamiast w misce, by potem spłukać mydlinami kibel? Wstydziłbyś się! Ten szantaż bazuje na czystym irracjonalizmie, ale właśnie o to chodzi – jechać na emocjach, nieustannie podgrzewać zbiorową histerię, tak by nikt nie miał chwili by ochłonąć i pomyśleć, czy aby to wszystko ma elementarny sens. Bo jak się zastanowić – jaka korzyść płynie z rejsu Grety? Co on ma pokazać? Że ludzkość powinna cofnąć się do epoki żaglowców i w imię redukcji emisji CO2 zrezygnować z transoceanicznego transportu statkami spalinowymi? Joseph Conrad, któremu zdarzało się pomstować na parowce zabijające romantyzm morskich podróży i redukujące rolę człowieka w starciu z siłami natury, byłby zachwycony.

To dlatego doniesienia „Bilda” o ekologicznym absurdzie całej tej rejzy spotkały się z gniewną reakcją ekologistów: nieważne, ile tam tego CO2 poszło do atmosfery, liczy się symbol! Dawanie świadectwa! Zwrócenie uwagi na problemy planety! Zupełnie, jakbyśmy do tej pory nie byli bombardowani tym agit-propem od rana do nocy. Ale nie – my tym misiem otwieramy oczy niedowiarkom i to nie jest nasze ostatnie słowo! I niech mi ktoś powie, że za „ekologizmem” nie stoi kolejna, totalniacka z ducha ideologia...


IV. Nawóz historii

Myślicie Państwo, że przesadzam? A gdzie tam – otóż warto wiedzieć, czym będzie się zajmował szczyt ONZ, który zaszczyci swą obecnością i radykalną przemową nasza „św. Greta od klimatu”. Mianowicie, jednym z tematów będzie przyjęcie raportu IPCC (oenzetowskiej agendy – Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu) poświęconego w znacznej mierze rolnictwu. Na cenzurowanym znalazła się hodowla bydła, mająca odpowiadać za 14,5 proc. globalnej emisji gazów cieplarnianych wytwarzanych za sprawą człowieka, co ma stanowić emisyjny odpowiednik całej branży transportowej. Autorzy postulują zatem ograniczenie produkcji mięsa i zmniejszenie jego spożycia – bo krowy wydalają metan, a poza tym żrą paszę i chleją cenną wodę. Szaleństwo? Niemożliwe? Problem w tym, że doświadczenie uczy, iż takie szajby zawsze zaczynają się od niewinnych początków i tzw. dobrych chęci – a potem, ni stąd ni zowąd, stają się globalnym „standardem” sankcjonowanym przez międzynarodowe konwencje i skrupulatnie egzekwowanym. Niedawno w Niemczech SPD i Zieloni zgłosili projekt podniesienia VAT-u na mięso z 7 do 19 proc., a towarzyszą temu głosy, iż takie rozwiązanie powinno zostać wprowadzone na poziomie unijnym. Przyjęcie raportu IPCC będzie pierwszym krokiem w tym kierunku i „podkładką” do dalszych restrykcji przeciw „mięsożercom” „dewastującym planetę”. Krótko mówiąc – mięso zostanie opodatkowane tak samo, jak energetyka za sprawą limitów CO2.

To jednak nie koniec „klimatycznej pedagogiki wstydu”. Już teraz furorę robi tzw. „flygskam” – czyli po szwedzku „wstyd przed lataniem”, pod który podpięła się Greta Thunberg. Podróż samolotem ma wiązać się z publicznym napiętnowaniem. Zwróćmy uwagę – chodzi już nie tylko o samochody, paliwożerne SUV-y, czy prywatne helikoptery i odrzutowce, ale o zwykłe samoloty rejsowe. Co jeszcze zostawia „ślad węglowy”? W skrócie – wszystko, nawet posiadanie dzieci. Jak oświecili nas naukowcy ze szwedzkiego Lund University oraz kanadyjskiego University of British Columbia, posiadanie dziecka i jego „obsługa” generuje 58,6 tony CO2 rocznie. Widać zatem, że drogie mięso to dopiero wstęp do globalnej depopulacji. Idę zresztą o zakład, że za chwilę pod pręgierz trafi również rolnictwo „roślinne” - i to nie tylko za sprawą szkodliwości nawozów sztucznych, ale także tych naturalnych – bo wszak obornik i gnojówka zawierają ten upiorny, cieplarniany metan...

Do czego to prowadzi? Do wymuszonej biedy. Ludzkość, zwłaszcza ta na Zachodzie, zdaniem ekologistów jest zbyt bogata, zbyt rozpasana. Należy zatem wziąć ją za twarz – by przestała jeść, kupować, mnożyć się (to już się w znacznej mierze udało) i generalnie konsumować. Należy narzucić jej odgórnie życie wg wytycznych „zrównoważonego rozwoju”, co w istocie jest po orwellowsku zakłamanym synonimem ubóstwa i zastoju. Dlatego trzeba doprowadzić do sztucznego zawyżenia wszelkich możliwych kosztów życia – począwszy od prądu, poprzez paliwo, odzież, produkty codziennego użytku, aż po żywność. Oczywiście ów model „zaprogramowanego ubóstwa” w praktyce obowiązywał będzie tylko szare, ludzkie masy – czyli marksistowski „nawóz historii”. Oświecone elity ducha i pieniądza po staremu będą pić szampana w imieniu podległego im ludzkiego bydła. Dobra rada: na widok Grety Thunberg i jej podobnych najlepiej zatkać uszy i uciekać z krzykiem. A jeśli komuś naprawdę leży na sercu zrównoważony tryb życia, to warto zacząć od przestrzegania dni postnych – w ciągu roku trochę się ich uzbiera.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Na podobny temat:

Ekologizm jako narzędzie globalnej oligarchii pieniądza

Wrobieni w CO2

COP24, czyli eko-trolling

Global Warming Industry

Szczyt hipokryzji

Niemcy całe na biało


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 10 (Wrzesień 2019)

Pod-Grzybki 176

Historia dzieje się na naszych oczach. Mowa rzecz jasna o warszawskim shitstormie, który ma szansę zapisać się w dziejach niczym słynny nowojorski blackout z 13 lipca 1977 r., kiedy to amerykańską metropolię na długie godziny spowiły ciemności. Poskutkowało to wzmożoną redystrybucją wszelakich dóbr – mieszkańcy masowo rabowali sklepy, doszło też do licznych podpaleń i ogólnego chaosu. Plus całonocnej awarii prądu był taki, że po dziewięciu miesiącach odnotowano skokowy wzrost liczby urodzeń. Na efekty warszawskiego shitstormu przyjdzie zapewne poczekać, już teraz jednak rozbawione internety okrzyknęły Trzaskowskiego „kałbojem”. Panie prezydencie, kibelkowe „berło”, butelka „Kreta” w dłoń – i do dzieła!


*

Kałbojowi” Trzaskowskiemu swój medal powinna wręczyć lewica. Ileż to razy słyszeliśmy, że w Polsce „wzbiera brunatna fala”? I co? I jest! Trzaskowski zarządził mianowicie „kontrolowany spust” nieoczyszczonych ścieków prosto do Wisły. Od razu wyjaśniam: „kontrolowany spust” polega na tym, że spuszczamy g...o do rzeki i patrzymy jak płynie. W efekcie otrzymaliśmy „brunatną falę” od Warszawy do Gdańska. Wreszcie, dzięki dzielnemu „kałbojowi”, słowo stało się ciałem!


*

Opinia publiczna zastanawiała się, dlaczego rabanu nie podnoszą „ekologiści” - te wszystkie Greenpeacy i Zieloni. Wyjaśnienie jest proste – spuszczana przez „kałboja” biomasa skutecznie użyźnia wody Wisły cennymi, naturalnymi składnikami, które dodatkowo mogą przeniknąć do okolicznych wód gruntowych, samorzutnie nawożąc nadwiślańskie pola. Wszystko jest więc 100 proc. „eko”, a bujnie wyrosłą na tym nawozie paszę z pewnością chętnie skonsumuje pani Sylwia Spurek (to taka lewaczka, która chce zakazać jedzenia mięsa i dojenia krów, bo to dyskryminacja ze względu na płeć). Smacznego!


*

Ale, ale – dlaczego doszło w ogóle do shitstormu? Złe języki rozpuszczają fałszywe pogłoski, że to z powodu kretyńskich oszczędności. Mianowicie, oba kolektory w „Czajce” były wykorzystywane naprzemiennie – podczas gdy jeden odprowadzał ścieki, drugi miał być w tym czasie czyszczony z osadów, które mają tę właściwość, że nieusuwane zastygają na beton, zawężając przekrój rury. Sęk w tym, że na owym czyszczeniu postanowiono nieco przyoszczędzić (z czegoś trzeba brać te miliony na „strefy relaksu”, żeby Antka kobity szwagra brat mógł sobie dorobić na zbijaniu europalet) i w efekcie oba kolektory kompletnie zatkały się skamieniałym g...em. Ale to wszystko oczywiście bzdury. Po prostu kolektory wywaliło, bo nie mogły już wytrzymać nieustannego gwałcenia przez PiS Kon-sty-tu-cji, którą to narrację podrzucam gratis totalnej opozycji do wykorzystania.


*

Dlaczego prawica nienawidzi przyrody?” - alarmuje „Wyborcza”. Niektórzy w odpowiedzi próbowali coś tam tłumaczyć, jak komu dobremu – a ja uważam, że na jechanie po bandzie trzeba odpowiedzieć tym samym. Otóż przyroda jest do d...y. Przyroda jest okrutna, wredna i zabija. Jeśli ktoś nie wierzy, niech spróbuje przetrwać kilka tygodni w lesie bez zdobyczy cywilizacji – niechby i latem. Nie bez przyczyny takich umiejętności uczą komandosów i różnych zapaleńców na obozach surwiwalowych (od „survive” - „przetrwać”), a w czasach jaskiniowych długość życia nie przekraczała trzydziestki. I właśnie dlatego człowiek ma czynić Ziemię sobie poddaną.


*

Ale, co my tam sobie opowiadamy o jakichś błahostkach, podczas gdy mamy polityczne trzęsienie ziemi – Trump nie przyleciał do Polski na uroczystości wybuchu II Wojny Światowej! Oficjalnie, z powodu zbliżającego się do Florydy huraganu „Dorian” - nieobecność prezydenta w chwili klęski żywiołowej zostałaby źle odebrana przez wyborców. Cóż, potwierdza to moje przypuszczenia, że Trump to jednak Reptilianin ukryty w niby-ludzkiej, pomarańczowej powłoce i jego mózg funkcjonuje w innym trybie, niż u człowieka – przez co, z naszego punktu widzenia jest nieobliczalny. O huraganie wiadomo było od dawna i naprawdę można było „przełożyć” wizytę wcześniej, a nie w ostatniej chwili. Dlatego też – i piszę to przy całej sympatii jaką żywię do Donka Trampka choćby za to, jak po mistrzowsku doprowadza lewactwo do notorycznego szału – w relacjach z USA trzeba jednak brać zawsze poprawkę na osobowość „szalonego cezara”.


*

Odwołania wizyty nie omieszkała wykorzystać frakcja targowicka na czele z tzw. „byłymi ludźmi” (tak za komuny nazywano dygnitarzy, którzy poszli w odstawkę) – tj. byłymi ambasadorami, którzy wsławili się ostatnio skierowanym do Trumpa zdradzieckim donosem na Polskę. Obwieścili, że Trump tak się przejął „łamaniem praworządności” i „farmą trolli” w Ministerstwie Sprawiedliwości, że zbulwersowany został w domu, z miejsca stając się idolem tutejszego lewactwa. Taak, już to widzę – Trump, który w kampanii wyborczej hurtowo korzystał z usług internetowych hejterów organizowanych przez Steve'a Bannona, nagle przejął się jakimiś bieda-trollami z Polski... Już bardziej prawdopodobne jest, że usłyszał o warszawskim shitstormie i nie przyleciał, by nie wąchać g..a.


*

A jaki jest prawdziwy powód? A taki, że masowe zniszczenia w tak atrakcyjnej lokalizacji, jaką jest Floryda, z punktu widzenia dewelopera otwierają ciekawe możliwości, bo „czyszczą” teren pod ponowną zabudowę. Deweloperka to trudna i konkurencyjna branża, nic więc dziwnego, że Trampek postanowił być na miejscu i trzymać rękę na pulsie.


*

Generalnie, stan umysłów opozycji jest taki, że gdyby dziś Hitler napadł na Polskę, to witaliby go kwiatami i wręczali medale z wdzięczności, że dowalił „pisiorom”. Utwierdza mnie w tym przekonaniu właśnie „medal wdzięczności” jaki gdańskie Europejskie Centrum „Solidarności” wręczyło antypolskiemu nienawistnikowi i wyjątkowo oślizgłej kanalii – Franzowi Timmermansowi. Wszystko w przeddzień „wesołych obchodów” rocznicy 1 września 1939 r. Władzom Gdańska proponuję pójście za ciosem i zorganizowanie kolejnych fajerwerków 8 października – w 80. rocznicę podpisania przez Hitlera dekretu o wcieleniu Freie Stadt Danzig do Rzeszy.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 36 (06-12.09.2019)

piątek, 4 stycznia 2019

Pod-Grzybki 144

Ekologiści w popłochu! Na katowickim szczycie klimatycznym COP24 gości przywitała... górnicza orkiestra dęta. Trzeba przyznać, że organizatorom udał się ten trolling wyśmienicie. Szkoda tylko, że nie zaśpiewała jeszcze Roksana Węgiel...


*

Trollingu ciąg dalszy. Kolejnych spazmów eko-aktywiści dostali na widok polskiej wystawy, gdzie mogli obejrzeć m.in. czarne mydło wyprodukowane z węgla. I tu ich akurat rozumiem. Pewnie pomyśleli, że polscy naziści robią mydło z Murzynów.


*

Swetru założył nową partię (wkrótce przebije Korwina) - niestety, sam nie pamięta jaką („Teraz”? „Zaraz”? „Potem”? „Mañana ”? - jak to leciało?). Na moje oko, wymaga pilnego leczenia i to u bardzo specyficznego specjalisty. Takiego od nazw(isk). Zilustruję to przykładem. Otóż różnica między lekarzem „zwykłym”, a lekarzem-psychiatrą jest taka, że „zwykły” lekarz podchodzi do łóżka pacjenta i dziarsko zagaduje: „no, jak tam się dzisiaj czujemy?” - natomiast lekarz-psychiatra podchodzi do podopiecznego i łagodnym tonem zadaje pytanie: „jak się dzisiaj NAZYWAMY?”. Odpowiedź do którego z tej dwójki powinien udać się Swetru, pozostawiam domyślności Czytelników.


*

A w tak zwanym międzyczasie Schetyna pożarł Nowoczesną. Takie prawo natury - większy pożera mniejszego, a wszak Schetyna to prawdziwy aligator. Wystarczy na niego spojrzeć, zwłaszcza gdy się uśmiecha - strach podejść, bo rękę odgryzie. Tak właśnie polują krokodyle: czyhają długi czas w bezruchu na ofiarę, po czym następuje nagły i morderczy atak. Podobnie Schetyna - poczekał cierpliwie, aż Nowoczesna podejdzie do niego na krytyczną odległość i zaatakował. Efekty widzimy: jatka, po prostu jatka... czyli taka „Kolacja Obywatelska”.


*

Wiadomości kulturalne. „Upadła Madonna z wielkim cycem” van Klompa – pamiętny obraz namalowany na potrzeby sitcomu „Allo, Allo” - poszedł właśnie na aukcji za 15 tys. funtów. No to teraz już ostatecznie wyjaśniło się, na co potrzebne było te 20 tys. zł wręczone polskim psycho-fanom serialu spod Wodzisławia przez „anonimowego darczyńcę”. Chcieli licytować obraz! Niestety, nie starczyło (chlip, chlip) – funt w tej chwili to ok. 4,7 zł. Ależ sknery w tym tefałenie – nie mogliście sypnąć trochę więcej?


*

Tymczasem we Francji zbuntowały się „żółte kamizelki” - zaczęło się od cen paliwa, a tak naprawdę poszło o całokształt rządów Macrona. „Kamizelkom” warto kibicować, nie sposób jednak nie zadać pytania: co wy w tym Makaronie widzieliście, że pobiegliście na niego głosować? Przecież na pierwszy rzut oka było widać, że ten fircykowaty wypierdek to banksterska marionetka. Co was tak w nim ujęło? Że taki ładny i ma fajną babcię?


*

Generalnie, Francuzi zachowują się niczym zawiedziona kochanka, którą padła ofiarą oszusta matrymonialnego. Wybranek trochę ją oszukał, trochę zdradził, nieco sponiewierał – i porzucił z dzieckiem. Teraz zostały im już tylko bezsilne złorzeczenia, więc łażą i pomstują: ty szujo! ty bydlaku! ty świnio!


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 24-01 (19.12.2018-15.01.2019)

poniedziałek, 16 maja 2011

Euro-koalicja przeciw polskim łupkom?


Potencjał złóż gazu łupkowego w Polsce spędza sen z powiek nie tylko Gazpromowi, lecz również naszym „euro-sojusznikom”.



I. Niewygodne łupki.


Jak donosi „Dziennik Gazeta Prawna”, a wraz nim m.in. „Rzeczpospolita” i portal „wPolityce.pl”, francuski parlament pod naciskiem lobby atomowego uchwalił ustawę zabraniającą pozyskiwania gazu łupkowego metodą szczelinowania hydraulicznego, wzorując się na analogicznych rozwiązaniach kanadyjskiej prowincji Quebec i amerykańskiego stanu Nowy Jork. Pretekstem był rzekomo negatywny wpływ tej technologii na czystość wód gruntowych. Całkowicie zignorowano przy tym fakt, że ujęcia wód gruntowych znajdują się na głębokości maks. 500 – 600 m, tymczasem szczelinowania dokonuje się 2 – 3 tys. metrów pod ziemią. Jak z pakietem klimatycznym – była „wola polityczna” by uchwalić, to uchwalono - bez zawracania sobie głowy zbędnymi faktami.


Innymi słowy, właśnie okazało się, że potencjał złóż gazu łupkowego w Polsce spędza sen z powiek nie tylko Gazpromowi – jest równie niebezpieczny dla różnych branżowych i ideologicznych grup interesu, nazwijmy to – euroazjatyckich. Uruchomienie wydobycia gazu niekonwencjonalnego w Polsce (bo w żadnym innym europejskim kraju złóż w takiej skali jak nasza nie odkryto) uderza bowiem w obecny „porządek energetyczny”: stawia pod znakiem zapytania nie tylko francuski atom (możliwa konkurencja - elektrownie gazowe), ale również rosyjską dominację surowcową w regionie i plany ekspansji na Zachód, a także współpracę gazową Rosja – Niemcy przypieczętowaną świeżo położonym Gazociągiem Północnym oraz sens wydawania miliardów eurorubelków, które mają być wpompowane w różne „ekologiczne” projekty pozyskiwania energii.


Poza tym, może się okazać, że łupki sprawią, iż „pakiet klimatyczny” i związany z nim drastyczny skok cen energii w najbliższych latach, nie wyhamuje naszej gospodarki na tyle, na ile liczyli jego twórcy. Skandal!


II. Koalicjanci.


Chciałbym tu zwrócić uwagę, że wspólnota interesów sprawia, iż rysuje się nam arcyciekawa koalicja. „Ekolodzy” (a właściwie „ekologiści”, gdyż ekologia to nauka zaś ekologizm to ideologia, powtarzam to przy każdej okazji) podsypani jurgieltem Gazpromu idą w niej pod mankiet z lobby atomowym, do tego rządy potęg „starej Europy” - Niemiec i Francji – nie są, delikatnie mówiąc, zainteresowane by wyrosła im pod bokiem dynamiczna, „nowoeuropejska” konkurencja.


Dlatego też (obawa ta jest już formułowana) można się spodziewać, że Niemcy i Francja będą za jakiś czas próbowały przeforsować na forum unijnym (arcywygodne narzędzie!) rozwiązania uniemożliwiające eksploatację złóż gazu łupkowego. Wszystko z troski o naszą przyrodę rzecz jasna – wszak poligon doświadczalny jakim była „obrona doliny Rospudy” wykazał niezbicie, iż polska przyroda jest wspólnym europejskim dobrem, które należy chronić przed polskimi barbarzyńcami. Współgra z takim podejściem polityka Gazpromu organizującego już od dłuższego czasu rozmaite kursokonferencje na których cierpliwie tłumaczy jakim strasznym zagrożeniem ekologicznym jest wydobycie shale gas.


Euro-dyrektywy, których możemy oczekiwać uzyskają oczywiście pełne wsparcie „ekologistów”, tego możemy być pewni, albowiem podobnie jak z Rospudą, odbyło się już „próbne strzelanie”, którym było przekupienie przez Nord Stream niemieckich ekologów protestujących przeciw bałtyckiej rurze. Wystarczyło sypnąć 10 milionów euro na „Fundację Ochrony Przyrody Niemieckiego Bałtyku” i voila! (szerzej w notce „Ekologiści a Nord Stream”). Wpisuje się to zresztą w sowiecką tradycję sponsorowania zachodniego lewactwa, tyle że dziś odbywa się to już w pełni jawnie, legalnie i z poparciem „czynników rządowych” po obu stronach.


III. „Będziemy postępowali wedle własnego rozeznania” .


No dobrze, zagrożenia z grubsza naszkicowane, a co na to Polska? Ano, Gazprom rozwija swą ofensywę pijarowską bombardując zachodni świat polityki i środowiska opiniotwórcze antyłupkową eko-propagandą, nasz rząd natomiast ani du-du. Nie organizujemy własnych „sympozjów i seminariów”, by choć częściowo zneutralizować przekaz Kremla i wsparcie jakie ów przekaz uzyskuje w zachodnich ośrodkach polityczno-biznesowych.


Donald Tusk wprawdzie odgraża się, że „będziemy postępowali wedle własnego rozeznania” , ale jeśli to „rozeznanie” ma wyglądać tak jak w przypadku Nord Streamu, czy naszych, pożal się Boże, „reakcji” na przyblokowanie świnoujskiego gazoportu rosyjsko-niemiecką rurą, to marnie widzę. Tak się bowiem składa, że – jak wszystkim wiadomo – Gazociąg Północny został położony gdzie chcieli i jak chcieli jego twórcy, zaś rząd Tuska-Pawlaka nabrał wody w usta i dalej płynie sobie spokojnie „z głównym nurtem” kontentując się tzw. „dobrą prasą” w Niemczech i uzależniającą nas od Rosji długoterminową umową z Gazpromem.


Niezłą lekcją niemieckiego podejścia była wypowiedź wiceszefowej niemieckiego MZS, Cornelii Pieper dla „Rzeczpospolitej”, która najpierw stwierdziła, że „w Polsce obawy są przesadzone”, by zaraz dodać:



„jeżeli Polska będzie obstawała przy rozbudowie portu dla statków o większym zanurzeniu, to Niemcy są gotowe to poprzeć. Oczywiście jeżeli polskie plany pogłębiania dna morskiego nie będą naruszały europejskich praw o ochronie przyrody. Dziwię się, że podnosi się te problemy. Tyle dobrego się w stosunkach polsko-niemieckich dzieje, powinniśmy się skoncentrować na przyszłości. (wytł. moje - GG)



O ile zakład, że „plany pogłębienia dna”, gdy przyjdzie co do czego, nie okażą się zgodne z „europejskimi prawami o ochronie przyrody”? Poza tym, nie zapominajmy, że na straży będą czuwać „ekologiści” z powołanej przez Nord Stream „Fundacji Ochrony Przyrody Niemieckiego Bałtyku”...


A poza tym, „tyle dobrego się dzieje”, więc wybierzmy przyszłość prawda? Na cholerę te wielkie statki zawijające do Polski. Wyręczymy was naszym portem w Rostocku...


IV. Postaw czerwonego sukna.


Z podobnym podejściem zapewne spotkamy się ze strony Niemiec, Francji, „ekologistów” i struktur unijnych gdy na ostrzu noża stanie kwestia wydobycia gazu łupkowego: „w zasadzie tak, ale...” - i tu padnie kilometrowa lista obostrzeń ekologicznych czyniących całą zabawę niewykonalną i/lub nieopłacalną. A Rosja będzie sobie stała skromnie z boku, zacierając ukradkiem spracowane czekistowskie ręce, do których to rąk tak dobrze pasuje twarda waluta.


Jeżeli już mam gdzieś wypatrywać jakiejś nadziei (pod obecnym rządem), to raczej w ekonomicznych interesach firm zainteresowanych eksploatacją gazu łupkowego. Tak się składa, że francuski koncern „Total” nie przejmując się stanowiskiem połączonych sił nadsekwańskich lobbies - atomowego i ekologicznego (sic!) - odkupił od amerykańskiego Exxon Mobil 49% udziałów w koncesji na poszukiwanie gazu łupkowego na Lubelszczyźnie. Firmy inwestujące w polskie łupki to poważna siła i poważne pieniądze. Mogą uruchomić własny lobbing, jeśli zaś przekupią obecny polski nie-rząd, to kto wie, może niespodziewanie i „nasi” zdecydują się stanąć okoniem „antyłupkowej” koalicji. Tyle, że po wszystkim może się okazać, iż w kwestii złóż znajdujących się na polskim terytorium Polska nie będzie miała nic do powiedzenia... rozdrapana niczym postaw czerwonego sukna.


Ale to dywagacje. Póki co, Gazprom ma u nas pozycję hegemona, jeżeli zaś prawdą jest, iż (jak podał portal „wPolityce.pl”) ponad 50% koncesji wydanych przez Ministerstwo Ochrony Środowiska na eksploatację złóż gazu łupkowego trafiło w ręce firm powiązanych z rosyjskimi służbami i rosyjską mafią (szerzej w notce „Polskie łupki dla Gazpromu”), to z pozyskania jednego z naszych największych bogactw wyjdą nici, zaś polska gospodarka przyduszona tzw. „pakietem klimatycznym” utkwi w marazmie na dziesięciolecia.


***


To naprawdę ostatni dzwonek, by odsunąć od władzy rządzącą ekipę i wziąć sprawy we własne ręce. Nikt inny tego za nas nie zrobi.


Gadający Grzyb