Pokazywanie postów oznaczonych etykietą globalne ocieplenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą globalne ocieplenie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 października 2019

Pod-Grzybki 183

Na początek dobra wiadomość. Jak wiadomo, „globalne ocieplenie” oznacza tyle, że gdzieś od XIX w. wychodzimy pomału z trwającej od schyłku średniowiecza tzw. małej epoki lodowej i wkraczamy w okres kolejnego optimum klimatycznego, zmierzając do temperatur jakie panowały mniej więcej tysiąc lat temu. Ma to jednak swoje konsekwencje – otóż na Syberii zaczyna się roztapiać wieczna zmarzlina. To zaś powoduje, iż zagrożone jest wszystko, co na owej zmarzlinie wybudowano – domy, drogi, instalacje wydobywcze ropy i gazu, cała infrastruktura... Jak wyczytałem, dotychczasowy obszar wiecznej zmarzliny obejmuje jakieś 60 proc. terytorium Rosji. Tak więc, drodzy Państwo, niedługo Rosja przestanie być problemem – po prostu utonie w bagnie.


*

Maja Ostaszewska level hard. W wywiadzie dla „Wysokich Obcasów” wystrzeliła ze spostrzeżeniem, że „świnie mruczą swoim dzieciom jakby kołysanki”, ponadto wyznała, iż ze względu na jej popularność, nie podzielenie się swymi przemyśleniami w internecie byłoby „marnotrawstwem potencjału”. Cóż, mam nadzieję, że zanim PiS odbierze Mai Ostaszewskiej internet, zdąży jeszcze zademonstrować jakąś piosenkę, której nauczyła się podpatrując zwyczaje trzody chlewnej – bardzo chciałbym usłyszeć w jej wykonaniu jakąś, ehem, świńską kołysankę...

*

Olga Tokarczuk się rozkręca, pokazując oblicze fanatycznej eko-weganki. Podczas spotkania z czytelnikami we Wrocławiu stwierdziła, że „za 50 lat będziemy wstydzili się, że jedliśmy mięso. Jestem pewna, że tak się stanie. Myślę, że mięso będzie obłożone ogromną akcyzą i tylko najbogatsi ludzie będą sobie mogli na to pozwolić”. Oczywiście Olga Tokarczuk sama tego nie wymyśliła – przymusowe odejście od mięsa to bowiem pomysł krążący już od dawna wśród zielonych totalitarystów na Zachodzie. Taka Tokarczuk czy Sylwia Spurek jedynie przeszczepiają te importowane koncepcje na nasz grunt. Konsekwencją, czego noblistka zresztą nie ukrywa, będzie powrót do czasów, gdy możliwość jedzenia mięsa była wyznacznikiem statusu społecznego – cała reszta ludzkości zostanie wtrącona w odgórnie zaplanowaną nędzę. Osobiście sądzę jednak, że opodatkowanie mięsa nie wystarczy – trzeba wprowadzić kartki i karę śmierci za nielegalny ubój. W ten sposób będziemy mieli stan wojenny i okupację w jednym. Niech żyje „Nowy Zielony Ład”!


*

Z powyborczych remanentów. Wiecie Państwo jak zagłosowała Polonia? Otóż PiS wygrało jedynie w USA. W Europie Zachodniej natomiast bezapelacyjnie zwyciężyła Koalicja Obywatelska – od Wielkiej Brytanii po Niemcy – na co zdecydowany wpływ mieli masowi migranci zarobkowi z lat 2007-2015. I to jest zagadka, bowiem wychodzi na to, że Polacy z zagranicy zagłosowali na tych, którzy podczas swych rządów wypchnęli ich na emigrację. Są wdzięczni, że mogą tyrać na niemieckich budowach i zmywać gary w londyńskich knajpach?


*

Ale są i wieści weselsze. Do Sejmu nie dostał się Stanisław Piotrowicz – postać jak mało która obciążająca wizerunkowo obóz „dobrej zmiany”. Do dziś nie potrafię pojąć, jak można było uczynić PRL-owskiego prokuratora twarzą reformy sądownictwa. Naczalstwo PiS-u jednak brnie dalej i jak wieść niesie namawia posłów, którzy wyprzedzili Piotrowicza na Podkarpaciu, by zrezygnowali z mandatu. Jak rany, mam nadzieję, że nikt się jednak nie ugnie – wystarczy, że do Sejmu dostał się Czarzasty.


*

Kolejna dobra wiadomość – nie pomogła słynna przedwyborcza herbatka z Jarosławem Kaczyńskim i do Sejmu nie wszedł również naczelny wegetariański eko-oszołom „dobrej zmiany”, czyli Krzysztof Czabański. Może teraz będzie miał więcej czasu, żeby zająć się repolonizacją mediów, zamiast rujnować branżę hodowli zwierząt futerkowych pomysłami rodem z głowy Sylwii Spurek i Olgi Tokarczuk? Jako poseł jak nic ochoczo zgłosiłby 100-proc. akcyzę na mięso, a wyborcy za 500+ mogliby kupić sobie co najwyżej szczaw i mirabelki.


*

Schetyna wygrał wybory! Konkretnie – zmiażdżył rywali w obu wrocławskich więzieniach i w areszcie śledczym. Na 1360 oddanych głosów zgarnął aż 427, a Koalicja Obywatelska łącznie dostała 671 głosów – czyli ponad 49 proc. W tym kontekście zupełnie nie rozumiem, dlaczego PO tak obawia się ewentualnego wdrożenia programu „Cela+”. Przecież za kratkami będą się czuli jak w domu, wśród swojaków.


*

Tymczasem w obozie Zjednoczonej Prawicy rozpoczynają się jakieś dziwne powyborcze harce - gowinowcy i ziobryści tak się wbili w dumę z tytułu tego, że udało im się wprowadzić po 18 posłów, że zaczynają stawiać Kaczyńskiemu jakieś warunki. Panowie, ci wasi posłowie wjechali na plecach PiS, a wyborcy nie kojarzą nawet nazw tych waszych partyjek. Gdybyście poszli samodzielnie, mielibyście guzik z pętelką, więc może trochę wyluzujcie, dobra?


*

Na Krystynę Jandę zawsze można liczyć. Tysiąc osób – nawet po stronie lewicowo-liberalnej - może mówić jej, żeby wreszcie się zamknęła, bo obrażanie wyborców PiS i mieszkańców prowincji tylko dodatkowo utwierdza ich w niechęci do PO i lewicy, ale nie – ta obsesja jest od niej silniejsza. Jak wiemy, po wyborach zamieściła na Facebooku grafikę z wyliczeniem, za ile złotych w przeliczeniu na dobę PiS „kupił” sobie wyborców różnymi programami socjalnymi (wyszło 8 zł. 75 gr.), porównując tę kwotę z ceną, jaką w Warszawie należy zapłacić za noc z prostytutką (ponoć 2256 zł.). Wyszło, że wyborcy PiS to tanie dziwki. Żeby było śmieszniej, okazało się, że grafika pochodzi od zaprzysięgłego wolnorynkowca i zwolennika... Konfederacji. Janda ma prawo czuć się zniesmaczona, bo jej teatrzyki tylko od 2005 do 2017 r. otrzymały łącznie 15 mln. zł. dotacji, z czego w samym 2017 r. było to 2 mln. 450 tys. - a więc 6 712 zł. dziennie. No i wszystko jasne – trudno, by tak luksusowa kurtyzana nie czuła odrazy do jakichś tanich ulicznic. Tylko zaniżają stawki i psują jej interes.


*

Na zakończenie – PiS musiałby upaść na głowę, by zgodnie z obawami Mai Ostaszewskiej zabierać celebrytom internet. Przecież nikt nie napędza im skuteczniej wyborców. Są w tym lepsi niż Wałęsa.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 43 (25-31.10.2019)

niedziela, 29 września 2019

Klimatyczne zdziecinnienie

Współczesna pajdokracja sterowana jest z zaplecza przez bandę cynicznych wyjadaczy spod znaku „Global Warming Industry” i zostanie skasowana z dnia na dzień, gdy tylko osiągną swe cele.

I. Pielgrzymka klimatyczna

Cały świat wstrzymał oddech. Młodociana klimatystka Greta Thunberg przemówiła podczas inauguracji nowojorskiego szczytu klimatycznego ONZ. 16-letnie bożyszcze ekologistów (nieustająco przypominam: ekologia to nauka, „ekologizm” to ideologia) dało do wiwatu zgromadzonym dostojnikom, ale zanim przejdziemy do szczegółów speechu, zwrócę uwagę na całą otoczkę poprzedzającą ów wiekopomny moment. Otóż, jak wiemy, szwedzka aktywistka klimatyczna, by nie pozostawiać po sobie „śladu węglowego” wyruszyła za ocean nie samolotem, lecz „zeroemisyjnym” jachtem użyczonym do tego celu przez księstwo Monaco, słynące poza tym z wyścigów Formuły1 i będące wielką przystanią luksusowych, paliwożernych, dieslowskich jachtów. Hipokryzja aż wyje. Jednostka pływająca panienki Thunberg była jednak do tego stopnia ascetyczna, że nie wyposażono jej nawet w prysznic i toaletę, zaś naturalne potrzeby załatwiano do „niebieskiego wiaderka”, z dumą zaprezentowanego przez kapitana łajby przed wyruszeniem w rejs. Rodziło to uzasadnione obawy, że po zejściu na amerykański ląd małą Gretę będzie poprzedzała specyficzna atmosfera – tak jak we wspomnieniach mieszkańców Kresów wkroczenie do ich miejscowości Armii Czerwonej poprzedzał narastający smród. Biorąc pod uwagę powyższe obawy, nie dziwi, że świat - a przynajmniej uczestnicy szczytu i obsługujący go dziennikarze - przed wejściem na mównicę naszej współczesnej ascetki woleli na wszelki wypadek wstrzymać oddech. Na szczęście okazało się, że Greta przed swym występem została wykąpana i odziana w czyste szaty, tak więc świat mógł wypuścić z ulgą powietrze z płuc i od tej pory wszyscy oddychali już w miarę swobodnie – no chyba, że ktoś się zakrztusił wysłuchując nieprzytomnych banialuków wygadywanych przez „klimatyczną Joannę d'Arc”.

Pozostaje do wyjaśnienia jeszcze zagadka „niebieskiego wiaderka” ze zgromadzoną zawartością: czy poddano je utylizacji, czy też zachowano na wieczną pamiątkę dla potomności? Zważywszy, że dotąd Gretę Thunberg zdążono okrzyknąć „mesjaszem naszych czasów” i „współczesnym Dawidem”, to rzeczone wiaderko ma szansę stać się cenną relikwią rodzącego się na naszych oczach kultu współczesnej klimatycznej świętej i obiektem mistycznej adoracji roztaczającym wokół powalający „odor sanctitatis”. W dobie wystawiania w muzeach słoików z fekaliami nic nie stoi na przeszkodzie, by pójść o krok dalej i uczynić również takie utensylium przedmiotem religijnego uwielbienia. Kościół św. Grety z niecierpliwością czeka na tę duchową, hm, strawę.

Małostkowi zawistnicy podnosili wprawdzie, że cała eskapada okupiona została wielokrotnie większym „śladem węglowym”, niż gdyby panna Thunberg udała się do Nowego Jorku normalnie samolotem – bo i tak trzeba było wysłać drugą zmianę załogi, by sprowadziła jacht z powrotem do Europy, a i pierwsza zmiana też powróci drogą lotniczą. Sądzę jednak, iż klimat doskonale zdaje sobie sprawę, że to wszystko odbyło się dla jego własnego dobra i zbytnio się nie obrazi. W końcu, skoro cała ludzkość pada przed szwedzką nastolatką na twarz, to i klimatowi nie pozostaje nic innego, jak ugiąć przed jej majestatem kolano.


II. Homilia św. Grety

W każdym razie, po tych budujących napięcie przygotowaniach nastąpił punkt kulminacyjny – Greta Thunberg przystąpiła do wygłaszania swych nauk. Czegóż tam nie było! Ciskała z wysokości gromy na klimatyczną gnuśność wiernych, wytykała odstępstwa od doktryny, podkreślała błędy i wypaczenia, potępiała zdradę i zaprzaństwo oraz niecne uczynki wyrządzone klimatowi i bliźnim, napominała, że czas jest bliski, straszyła wiekuistym potępieniem... Słowem, byliśmy świadkami płomiennej homilii wygłoszonej przez najwyższą kapłankę apokaliptycznej sekty klimatystów. Wszystko podkreślone ekstatyczną mimiką i tonem głosu, tak by do każdego dotarło, że z klimatem nie ma żartów, proroctwa się dopełniają i jeśli się nie nawrócimy, zostaniemy spaleni żywym ogniem.

Wsłuchajmy się w jej słowa, cytowane obficie i należną czcią przez portal gazeta.pl: „To wszystko jest złe. Nie powinno mnie tu być. Powinnam być w szkole po drugiej stronie oceanu. Mimo to wy wszyscy przychodzicie do nas, młodych ludzi, po nadzieję?! Jak śmiecie?! Ukradliście moje marzenia i moje dzieciństwo swoimi pustymi słowami”. Padły słowa o „rozpadających się ekosystemach”, „masowym wymieraniu” i opieszałości w walce ze zbrodniczym dwutlenkiem węgla: „Jak śmiecie udawać, że da się to rozwiązać za pomocą dotychczasowych działań i jakichś technicznych rozwiązań?! Przy dzisiejszym poziomie emisji pozostały budżet emisji CO2 zniknie kompletnie za mniej niż osiem i pół roku”. I wreszcie, groźba nieuchronnej kary: „Nie pozwolimy wam się z tego wywinąć. Właśnie tutaj, właśnie teraz nakreślamy linię. Świat się budzi. I zmiana nadchodzi - czy wam się to podoba, czy nie”.

Pamiętajmy – jest źle, bo Grecie Thunberg ktoś ukradł dzieciństwo i marzenia. Jakiś zły polityk zabrał jej kucyka? Ktoś powiedział, że nie ma jednorożców i św. Mikołaja?


III. Klimatyczna pajdokracja

No dobrze, żarty na bok. Cały ten żenujący spektakl jest kolejnym świadectwem upadku cywilizacji. Spójrzmy – jakaś zindoktrynowana, fanatyczna nastolatka, borykająca się z szeregiem emocjonalnych ułomności jest przyjmowana na światowych salonach, by pleść napisane jej przez klimatycznych piarowców brednie. Wychodzi na mównicę ONZ i opiernicza zebranych dostojników na czym świat stoi – a wszyscy, jak jeden mąż, pokornie jej słuchają i żaden ani piśnie. W jednym Greta Thunberg ma rację: ona faktycznie powinna być w tej chwili w szkole, zamiast szlajać się po świecie z jednego klimatycznego „eventu” na drugi – i to z błogosławieństwem rodziców, którzy zapewniają, że podczas podróży Greta się uczy... „pogłębiając swoją wiedzę o klimacie”, czyli mówiąc po ludzku, nasiąkając „ekologiczną” politgramotą. Znamy to z własnej historii – tych wszystkich absolwentów wieczorowych kursów marksizmu-leninizmu, rzucanych następnie na „front walki ideologicznej”, tych „pryszczatych” stalinistów „ruszających z posad bryłę świata”. I dokładnie kimś takim jest Greta Thunberg, tylko w mniej siermiężnym, bardziej atrakcyjnym opakowaniu. Bo też, co opisał niedawno brytyjski „Sunday Times”, za fenomenem „aktywistki” stoi profesjonalne zaplecze piarowskie, bogate NGO'sy i ekologiczny przemysł, szykujący się do wielkiego skoku na rządowe zamówienia publiczne z zakresu wdrażania „zielonych technologii”. Zresztą, jej ojciec, aktor Svante Thunberg, jest zawodowym impresariem, prowadzącym dotąd karierę żony i matki Grety – śpiewaczki operowej Maleny Ernman. Teraz przerzucił się na promowanie córki, czyniąc z niej idealny dla współczesnych mediów produkt marketingowy. Patrząc pod tym kątem, można Grecie, wykorzystywanej i manipulowanej przez otoczenie tylko współczuć – szczególnie, że jak wszystko wskazuje, naprawdę uwierzyła w swe posłannictwo.

Nie ma natomiast usprawiedliwienia dla świata dorosłych, którzy na niej żerują, bądź z wyrachowaną powagą wysłuchują jej „przesłań” - bo „tak trzeba”, bo gdyby odmówili przyjęcia „prorokini”, zjadłyby ich żywcem lewackie media. Podobnie było z aktywnością słynnego wokalisty Bono, wygłaszającego kilka lat temu rzewne kocopoły na kolejnych szczytach typu G-20. Dziś natomiast mamy będące pokłosiem promowania Grety Thunberg „młodzieżowe strajki klimatyczne”, nad którymi pochylają się głowy państw, a media nagradzają uczestników pełnym zachwytu cmokaniem.

O czym to świadczy? O postępującym zdziecinnieniu. „Dobra”, „idealistyczna” młodzież poucza zacofanych „starych”. Starożytni ukuli na to termin „pajdokracja” oznaczający „rządy dzieci”. Czym kończy się zrównywanie dzieci z dorosłymi wie każdy, kto przeczytał powiastkę Janusza Korczaka o królu Maciusiu I. Tyle, że ta współczesna pajdokracja sterowana jest z zaplecza przez bandę cynicznych wyjadaczy spod znaku „Global Warming Industry” i zostanie skasowana z dnia na dzień, gdy tylko osiągną swe cele.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 39 (27.09-03.10.2019)

czwartek, 26 września 2019

Greta Thunberg i klimatyczna pedagogika wstydu

Rejs Grety Thunberg i jego przesłanie ma służyć eskalacji czegoś, co trawestując słynne określenie Bronisława Wildsteina pozwolę sobie nazwać „klimatyczną pedagogiką wstydu”.

I. „Święta” Greta od niebieskiego wiaderka

Szkoda, że eko-wagarowiczka Greta Thunberg w ramach swej morskiej eskapady na szczyt klimatyczny ONZ w Nowym Jorku nie zahaczyła o Grenlandię. Wszyscy w zasadzie wiemy o co biega z tym rejsem, ale dla porządku pokrótce przypomnę. Otóż 16-letnia obecnie Greta, robiąca za współczesną inkarnację Pippi Langstrump skrzyżowanej z klimatyczną Joanną d'Arc, zasłynęła w ubiegłym roku za sprawą notorycznych wagarów podszytych ekologicznym „ideolo”. Młoda ekologistka (przypominam – ekologia to nauka, „ekologizm” natomiast jest ideologią) urywała się z lekcji, by pod budynkiem szwedzkiego parlamentu protestować przeciw globalnemu ociepleniu, który to format medialny (wraz z charakterystycznymi warkoczykami) zapożyczyła u nas w te wakacje 13-letnia Inga Zasowska, nie zapłaciwszy wszakże swej szwedzkiej koleżance tantiem autorskich. Jak można mniemać, po rozpoczęciu roku szkolnego mama Ingi nie pozwoli jednak córce wagarować – choćby dlatego, że nie będzie mogła liczyć na wspólny, ekscytujący rejs sponsorowany przez rodzinę książęcą z Monaco. Cóż, „zbuntowana klimatycznie” szwedzka panienka z dobrego domu i artystycznej rodziny (matka jest śpiewaczką operową, ojciec aktorem) jest dla świata bardziej interesująca i nikt nie zamierza entuzjazmować się polską podróbką, skoro na wyciągnięcie ręki ma bardziej autentyczny i postępowy skandynawski oryginał – a i zainteresowanie tutejszych mediów po chwili wzmożenia wyraźnie opadło.

W każdym razie, mała Greta wybrała się do Nowego Jorku drogą morską, by nie zostawiać po sobie tzw. „śladu węglowego”, jaki generuje w postaci emisji CO2 podróż samolotem. Niemiecki „Bild” szybko jednak wykrył, że logistyczna obsługa rejsu „kosztuje” klimat dużo więcej, niż gdyby Greta wraz z towarzyszącym jej ojcem normalnie poleciała na ONZ-owski szczyt, jak wszyscy inni. Okazało się bowiem, że do Nowego Jorku tak czy inaczej musi udać się pięcioosobowy zespół (oczywiście samolotem), by sprowadzić jacht do Europy, ponadto obecna załoga również powróci do domu drogą lotniczą. Żeby było zabawniej, sponsorujące wyprawę księstwo Monaco słynie z „emisyjnych” wyścigów Formuły1 oraz z tego, że jest przystanią dla największych, paliwożernych dieslowskich jachtów, wyklinanych przez eko-aktywistów jako pomniki próżności bogaczy zatruwających dla swej egoistycznej przyjemności oceany i, rzecz jasna, emitujących zbrodnicze CO2.

Ale nic to, grunt, że jacht jest ekstremalnie „ekologiczny” - nie tylko czerpie energię z paneli słonecznych, ale nie ma na pokładzie takich burżuazyjnych fanaberii jak prysznic czy toaleta, wskutek czego naturalne potrzeby, jak oznajmił z dumą kapitan jednostki, załatwiane są do „niebieskiego wiadra”. Zagadką pozostaje, dlaczego podkreślono akurat kolor tego utensylium, bo w końcu i tak wszystko wyląduje w falach oceanu, w związku z czym może wystarczyłoby stare, poczciwe sr*** na rufie, jak to drzewiej bywało – bez konieczności angażowania pośrednika w postaci rzeczonego wiaderka, które, nawiasem mówiąc, zapewne jest zrobione z nieekologicznego plastiku. Przypominam też, że niegdyś na żaglowcach używano drewnianych kubłów na linie, którymi wciągano przez burtę morską wodę do mycia pokładu i osobistych ablucji. Czy niebieskie wiaderko będzie służyło również do tego?

Osobną niewiadomą, rozpalającą moją tyleż dociekliwą co chorą wyobraźnię, jest kwestia, czy klimatyczna święta po zejściu na ląd zatrzyma się w hotelu, gdzie będzie miała okazję wziąć normalną kąpiel, by zmyć z siebie nabyty w trakcie rejsu „odor sanctitatis”. W przeciwnym razie, jej aura mogłaby zmasakrować nienawykłe do takich mistycznych doznań nozdrza oenzetowskich dostojników i powalić ich pokotem na ziemię. Stanowiłoby to zresztą szczytne nawiązanie do znanych z abnegacji średniowiecznych ascetów, mających w pogardzie potrzeby grzesznego ciała i umartwiających je również w ten sposób. Ciekawi mnie także, w jaki sposób święta Greta od klimatu zamierza udać się do kolejnego celu swych peregrynacji – czyli odległego Santiago de Chile, gdzie odbyć się ma klimatyczny szczyt COP25. Być może otrzymała dar błyskawicznego przenoszenia się z miejsca na miejsce, a może nawet bilokacji z którego słynęli niektórzy święci. W końcu, małej Grety nigdy nie za wiele, a skoro już za życia parafia kościoła luterańskiego w Malmö okrzyknęła ją „mesjaszem naszych czasów”, zaś Franz Jung - jak najbardziej katolicki biskup niemieckiego Würzburga – przyrównał ją do biblijnego Dawida, to niech czyni z tych darów użytek. Niezawodne media z pewnością nie darują nam kolejnych szczegółów.


II. Narzędzie „Global Warming Industry”

No dobrze, ale czemu zacząłem od Grenlandii? Otóż, gdyby Greta Thunberg zboczyła nieco z kursu i zahaczyła o tę wyspę, mogłaby zobaczyć chociażby zrekonstruowaną osadę Wikingów, stanowiska archeologiczne i usłyszeć, że jej praprzodkowie w liczbie kilku tysięcy żyli tam w najlepsze między X a XIV wiekiem, prócz parania się łowiectwem hodowali bydło a nawet uprawiali rolę, ponadto na „zielonym lądzie” funkcjonowało biskupstwo i docierał handel morski... Wszystko dzięki tzw. średniowiecznemu optimum klimatycznemu, gdy przeciętna temperatura była wyższa niż obecnie, a lodowce nad którymi dziś ekologiści załamują ręce miały o wiele mniejszy zasięg. Wikingów wymroziła dopiero rozpoczynająca się w XIV w. „mała epoka lodowa”, z której teraz od stosunkowo niedawna (gdzieś od XIX w.) szczęśliwie wychodzimy. Może spojrzałaby wówczas innym okiem na „topniejące lodowce”, a nawet uświadomiła sobie, że walka z „globalnym ociepleniem” to w rzeczywistości skazane na niepowodzenie próby „zawrócenia” klimatu z powrotem do kończącego się właśnie okresu ochłodzenia? A całe to „globalne ocieplenie”, to nic innego jak rozpoczynająca się epoka kolejnego klimatycznego optimum? Może wręcz odważnie zapytałaby, jaki był poziom mórz i oceanów w czasie średniowiecznego ocieplenia i czy topniejące wówczas lodowce zatopiły pół Europy, czym straszy się nas obecnie? I o ile ów poziom wzrósł od czasu rewolucji przemysłowej, kiedy to rzekomo ocieplany przez człowieka klimat zaczął topić narosłe od XIV-XV w. masy lodu?

Niestety, to biedne dziecko nie będzie miało takiej szansy, stanowi bowiem idealny produkt „Global Warming Industry” i zarazem ofiarę ideologicznego prania mózgów. Co najbardziej obrzydliwe, wykorzystywane jest przez własnych rodziców do uprawiania celebryckiego eko-lansu. Już w zeszłym roku jej matka wydała książkę, w której prócz obowiązkowego biadolenia nad klimatem rozpisywała się o chorobie Grety i jej siostry (zespół Aspergera), a premiera dziwnym trafem zbiegła się w czasie z początkiem słynnego „szkolnego strajku klimatycznego” Grety. Mamy zatem klasyczne robienie „fejmu” na „modnej” chorobie, brylowanie za sprawą córki na różnych „klimatycznych” galach i w kolorowych czasopismach, zaś sama Greta „dała twarz” prospektowi emisyjnemu kreującej się na „ruch społeczny” eko-spółki „We Don't Have Time”, wg specjalistów wielokrotnie zwiększając jej wartość. Wystarczy zresztą posłuchać „przesłań” Grety Thunberg, w których motyw „braku czasu” (by powstrzymać „zmiany klimatyczne”) przewija się jak mantra. Wszystko wskazuje więc na to, że fenomen Grety Thunberg jest typową piarowską „wydmuszką” - zręczną kreacją jej rodziców i speców od marketingu. Trzeba dodać, że prócz zespołu Aspergera, Greta cierpi również na ADHD, zaburzenia obsesyjno-kompulsywne oraz „mutyzm wybiórczy” (wybiórczość mówienia – osoba w jednych sytuacjach mówi, w innych milknie – np. w szkole, czy wśród obcych), czemu na ogół towarzyszy m.in. wycofanie i nadwrażliwość emocjonalna.

I ta straumatyzowana nastolatka, z definicji podatna na różne „aktywistyczne” sugestie, zamiast zostać poddana stosownym terapiom, ustawiana jest na szpicy globalnej, ideologicznej batalii i cynicznie utwierdzana przez bliższe i dalsze otoczenie w swych obsesjach. Jest po prostu mięsem armatnim, narzędziem służącym do nakręcania spirali moralnego i emocjonalnego szantażu – bo któż by się nie wzruszył, widząc dzielną dziewczynkę bohatersko przełamującą własne ograniczenia w imię „słusznej” sprawy i działającej – jak sama zapewne szczerze wierzy – dla dobra całej planety? Nawiasem, czy jej słynne „programowe” unikanie samolotów aby na pewno ma przyczyny ideowe? Czy nie wynika po prostu ze zwykłej fobii przed lataniem, jaka jest udziałem wielu ludzi?


III. Zielony totalitaryzm

Biorąc pod uwagę powyższe - jaka jest prawdziwa przyczyna słynnego rejsu Grety Thunberg? I nie mam tu na myśli jej osobistych – jak wspomniałem, zapewne szczerych – motywacji, lecz intencje przyświecające macherom stojącym za jej plecami, specom od propagandy, dla których Greta jest wymarzonym instrumentem manipulowania światową opinią publiczną i masowymi emocjami. Otóż ten rejs i jego klimatyczne przesłanie ma służyć eskalacji czegoś, co trawestując słynne określenie Bronisława Wildsteina pozwolę sobie nazwać „klimatyczną pedagogiką wstydu”.

Widok dzielnej dziewczynki przemierzającej odważnie ocean ma nas zawstydzić. Mamy – ludzie bogatego Zachodu – poczuć głęboki dyskomfort psychiczny z powodu naszego rozpasanego stylu życia: tych lotów samolotami, podróży w najdalsze zakątki świata i nieustannego „śladu węglowego” jaki za sobą zostawiamy. Wstyd to potężny bodziec dyscyplinujący – u nas michnikowszczyzna jechała na tym patencie przez dobre ćwierć wieku, a na niektórych nawet dziś on działa. By zagłuszyć ów dyskomfort, poddani tresurze ludzie może nie wyrzekną się dobrowolnie dotychczasowego modelu życia, ale będą bardziej skłonni popierać ekologiczne postulaty, wpłacać datki na stosowne organizacje, w miarę możności kupować droższe produkty z nalepką „eko” oraz głosować na partie i polityków głoszących „zielone” programy – aby tylko uspokoić sumienie w błogim przeświadczeniu, że się „coś” zrobiło dla wspomożenia walki z ociepleniem. A gdy już właściwe siły spod znaku „Global Warming Industry” zdobędą wystarczające wpływy i władzę, to urządzą całą ludzkość na „zielono” - czy się to będzie komuś podobało czy nie. I tak niepostrzeżenie sami założymy sobie na szyje „ekologiczne” obroże – to, co miało być teoretycznie świadomym, indywidualnym wyborem, nagle stanie się surowo egzekwowanym przymusem. Samochód, mięso, tworzywa sztuczne? Zapomnij – zabronione! I jeszcze masz świergolić z ekologicznego klucza, deklarując kolejne „cele klimatyczne”, niczym dawni stachanowcy podejmujący „dobrowolne zobowiązania” śrubujące normy pracy. Witamy w zielonym totalitaryzmie.

Temu właśnie służy ta propagandowa „pokazucha” sporządzona wedle klasycznych, sowieckich wzorców – w stalinowskim ZSRR ubrano by Gretę w pionierski mundurek z czerwonym krawatem i kazano pływać ku chwale przodującego ustroju, tudzież w imię zwycięstwa socjalizmu, która to idea i dziś nie jest obca światowemu eko-lewactwu. A potem byłyby wizyty w szkołach, domach dziecka, zakładach pracy... czyli tak jak obecnie, z tą różnicą, że Greta Thunberg wizytuje ekologiczne wiece i konferencje. Wszystko to w atmosferze nieustającego moralnego szantażu – patrz, dzielna Greta płynie przez ocean w łajbie bez sracza – a ty co? Ile zmarnowałeś dziś wody w łazience? Wylegujesz się w wannie, zamiast brać szybki prysznic? Myjesz się pod bieżącą wodą, zamiast w misce, by potem spłukać mydlinami kibel? Wstydziłbyś się! Ten szantaż bazuje na czystym irracjonalizmie, ale właśnie o to chodzi – jechać na emocjach, nieustannie podgrzewać zbiorową histerię, tak by nikt nie miał chwili by ochłonąć i pomyśleć, czy aby to wszystko ma elementarny sens. Bo jak się zastanowić – jaka korzyść płynie z rejsu Grety? Co on ma pokazać? Że ludzkość powinna cofnąć się do epoki żaglowców i w imię redukcji emisji CO2 zrezygnować z transoceanicznego transportu statkami spalinowymi? Joseph Conrad, któremu zdarzało się pomstować na parowce zabijające romantyzm morskich podróży i redukujące rolę człowieka w starciu z siłami natury, byłby zachwycony.

To dlatego doniesienia „Bilda” o ekologicznym absurdzie całej tej rejzy spotkały się z gniewną reakcją ekologistów: nieważne, ile tam tego CO2 poszło do atmosfery, liczy się symbol! Dawanie świadectwa! Zwrócenie uwagi na problemy planety! Zupełnie, jakbyśmy do tej pory nie byli bombardowani tym agit-propem od rana do nocy. Ale nie – my tym misiem otwieramy oczy niedowiarkom i to nie jest nasze ostatnie słowo! I niech mi ktoś powie, że za „ekologizmem” nie stoi kolejna, totalniacka z ducha ideologia...


IV. Nawóz historii

Myślicie Państwo, że przesadzam? A gdzie tam – otóż warto wiedzieć, czym będzie się zajmował szczyt ONZ, który zaszczyci swą obecnością i radykalną przemową nasza „św. Greta od klimatu”. Mianowicie, jednym z tematów będzie przyjęcie raportu IPCC (oenzetowskiej agendy – Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu) poświęconego w znacznej mierze rolnictwu. Na cenzurowanym znalazła się hodowla bydła, mająca odpowiadać za 14,5 proc. globalnej emisji gazów cieplarnianych wytwarzanych za sprawą człowieka, co ma stanowić emisyjny odpowiednik całej branży transportowej. Autorzy postulują zatem ograniczenie produkcji mięsa i zmniejszenie jego spożycia – bo krowy wydalają metan, a poza tym żrą paszę i chleją cenną wodę. Szaleństwo? Niemożliwe? Problem w tym, że doświadczenie uczy, iż takie szajby zawsze zaczynają się od niewinnych początków i tzw. dobrych chęci – a potem, ni stąd ni zowąd, stają się globalnym „standardem” sankcjonowanym przez międzynarodowe konwencje i skrupulatnie egzekwowanym. Niedawno w Niemczech SPD i Zieloni zgłosili projekt podniesienia VAT-u na mięso z 7 do 19 proc., a towarzyszą temu głosy, iż takie rozwiązanie powinno zostać wprowadzone na poziomie unijnym. Przyjęcie raportu IPCC będzie pierwszym krokiem w tym kierunku i „podkładką” do dalszych restrykcji przeciw „mięsożercom” „dewastującym planetę”. Krótko mówiąc – mięso zostanie opodatkowane tak samo, jak energetyka za sprawą limitów CO2.

To jednak nie koniec „klimatycznej pedagogiki wstydu”. Już teraz furorę robi tzw. „flygskam” – czyli po szwedzku „wstyd przed lataniem”, pod który podpięła się Greta Thunberg. Podróż samolotem ma wiązać się z publicznym napiętnowaniem. Zwróćmy uwagę – chodzi już nie tylko o samochody, paliwożerne SUV-y, czy prywatne helikoptery i odrzutowce, ale o zwykłe samoloty rejsowe. Co jeszcze zostawia „ślad węglowy”? W skrócie – wszystko, nawet posiadanie dzieci. Jak oświecili nas naukowcy ze szwedzkiego Lund University oraz kanadyjskiego University of British Columbia, posiadanie dziecka i jego „obsługa” generuje 58,6 tony CO2 rocznie. Widać zatem, że drogie mięso to dopiero wstęp do globalnej depopulacji. Idę zresztą o zakład, że za chwilę pod pręgierz trafi również rolnictwo „roślinne” - i to nie tylko za sprawą szkodliwości nawozów sztucznych, ale także tych naturalnych – bo wszak obornik i gnojówka zawierają ten upiorny, cieplarniany metan...

Do czego to prowadzi? Do wymuszonej biedy. Ludzkość, zwłaszcza ta na Zachodzie, zdaniem ekologistów jest zbyt bogata, zbyt rozpasana. Należy zatem wziąć ją za twarz – by przestała jeść, kupować, mnożyć się (to już się w znacznej mierze udało) i generalnie konsumować. Należy narzucić jej odgórnie życie wg wytycznych „zrównoważonego rozwoju”, co w istocie jest po orwellowsku zakłamanym synonimem ubóstwa i zastoju. Dlatego trzeba doprowadzić do sztucznego zawyżenia wszelkich możliwych kosztów życia – począwszy od prądu, poprzez paliwo, odzież, produkty codziennego użytku, aż po żywność. Oczywiście ów model „zaprogramowanego ubóstwa” w praktyce obowiązywał będzie tylko szare, ludzkie masy – czyli marksistowski „nawóz historii”. Oświecone elity ducha i pieniądza po staremu będą pić szampana w imieniu podległego im ludzkiego bydła. Dobra rada: na widok Grety Thunberg i jej podobnych najlepiej zatkać uszy i uciekać z krzykiem. A jeśli komuś naprawdę leży na sercu zrównoważony tryb życia, to warto zacząć od przestrzegania dni postnych – w ciągu roku trochę się ich uzbiera.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Na podobny temat:

Ekologizm jako narzędzie globalnej oligarchii pieniądza

Wrobieni w CO2

COP24, czyli eko-trolling

Global Warming Industry

Szczyt hipokryzji

Niemcy całe na biało


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 10 (Wrzesień 2019)

Podatkowy terror klimatyczny

Jeśli raport IPCC zostanie przyjęty (a pewnie zostanie), będzie stanowić „podkładkę” do wywierania międzynarodowego nacisku na opodatkowanie mięsa.

„Internety” miały ostatnio kilka chwil szczerej „beki” z eko-absurdów – a to za sprawą transatlantyckiej rejzy 16-letniej Grety Thunberg, szwedzkiej „celebrytki klimatycznej”, która, by nie pozostawiać za sobą „śladu węglowego”, postanowiła udać się na wrześniowy szczyt klimatyczny ONZ w Nowym Jorku „zeroemisyjnym” jachtem, użyczonym jej na tę okoliczność przez księstwo Monaco. Na pozór wszystko wydawało się super „eko” - jacht wyposażono w panele słoneczne i jest „oszczędny” do tego stopnia, że nie ma na nim nawet prysznica i toalety. Hmm, z opowieści żeglarskich z dawnych czasów wiadomo, że niegdyś „te rzeczy” załatwiało się na rufie, a myto się w morskiej wodzie wciąganej kubłem przez burtę – czyżby czekał nas powrót do tej tradycji? A co z zanieczyszczaniem oceanu produktami przemiany materii? No, ale mniejsza z tym, bo wkraczamy w krępujące tematy. W każdym razie, niemieckie media doniosły, iż cała logistyka wokół „czystego” rejsu będzie skutkowała kilkukrotnie większą emisją CO2, niż gdyby Greta wraz z towarzyszącym jej ojcem zwyczajnie poleciała do Ameryki samolotem. Raz, że do Nowego Jorku musi polecieć 5-osobowa załoga, która sprowadzi jacht z powrotem; dwa, że obecna załoga też będzie musiała powrócić drogą lotniczą, bo tych morskich atrakcji w spartańskich warunkach będą mieli dość po wycieczce w jedną stronę. Nie bez znaczenia jest też sponsor – księstwo Monaco słynie bowiem nie tylko z jak najbardziej „emisyjnych” wyścigów Formuły1, ale również z tego, że stanowi przystań dla wyklinanych przez aktywistów klimatycznych największych i najbardziej paliwożernych jachtów świata. Domyślam się, że panienka Thunberg przed swoim wystąpieniem na forum ONZ jednak umyje się jak normalny człowiek w hotelu – a potem gładko wyleci samolotem do Chile, gdzie ma zamiar wziąć udział w kolejnym szczycie - COP25. Ot, pusta „pokazucha”, typowa dla „ekologistów” (nieustająco w takich sytuacjach przypominam – ekologia to nauka, natomiast „ekologizm” to ideologia). Bo niby co taki rejs ma nam uświadomić – że powinniśmy przestawić się na żaglowce, które dziś stanowią ekskluzywną rozrywkę dla najbogatszych? Joseph Conrad, który pomstował na bezduszne parostatki zabijające romantyzm morskich podróży byłby wniebowzięty.

Ale, w zasadzie dlaczego dzielna potomkini Wikingów postanowiła śladem swych przodków wyprawić się za ocean? I tu już robi się mniej wesoło, bowiem na nowojorskim szczycie ONZ ma zostać przyjęty niedawny, alarmistyczny raport IPCC (Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu) – oenzetowskiej agendy, która w ramach „walki z klimatem” postanowiła ostatnio wskazać karcącym palcem rolnictwo, a konkretnie hodowlę bydła. Otóż rolnictwo ma odpowiadać za 1/4 emisji gazów cieplarnianych produkowanych przez człowieka, w której to wartości zawiera się 14,5 proc. gazów (głównie metanu) wydalanych przez bydło. Krowy mają ponoć emitować tyle samo gazów, co cała branża transportowa (samochody, statki, samoloty) razem wzięta! Wskutek powyższego, w ramach powstrzymywania „zmian klimatycznych” ludzie powinni ograniczyć spożycie mięsa. Jest to zresztą postulat propagowany od lat przez różne organizacje zawodowych „ekologistów” - np. Greenpeace.

Nawet nie próbuję dociekać, w jaki sposób uczeni oszacowali tę „krowią” emisję. Zauważę tylko, że pokarm roślinny jest mniej kaloryczny od zwierzęcego, więc człowiek żeby się najeść musiałby wtrząchnąć wielokrotnie więcej „zielonki”, co jako żywo przypomina stary dowcip o rozmowie sowieckiego i amerykańskiego żołnierza. Gdy Amerykanin pochwalił się wartością kaloryczną racji żywnościowych w US Army, radziecki sołdat zaprotestował: „Kłamiesz! Nikt nie zje dziennie 30 kilo ziemniaków!”. W raporcie IPCC są również przytomne uwagi – choćby taka, że w krajach zamożnych ludzie masowo cierpią na otyłość, a w biednych wciąż chodzą niedożywieni – ale to jest kwestia globalnej redystrybucji dóbr, a nie wina hodowli zwierząt per se.

Szkopuł w tym, że jeśli raport IPCC zostanie przyjęty (a pewnie zostanie), stanowić on będzie „podkładkę” do wywierania międzynarodowego nacisku na opodatkowanie mięsa – na takiej samej zasadzie, jak opodatkowano energetykę „kwotami” CO2. Już teraz w Niemczech SPD i Zieloni zgłosili projekt podniesienia VAT na mięso z 7 do 19 proc. W zamian rolnicy mieliby otrzymać rekompensaty na „restrukturyzację” produkcji w kierunku bardziej „zrównoważonej”. Rolnicy, rolnikami – ale drakońska podwyżka uderzy głównie w konsumentów. Nie muszę chyba dodawać, że odbije się to na najuboższych warstwach społeczeństwa, dla których mięso stanie się niczym przed wiekami rarytasem jedzonym kilka razy do roku, zaś dla zamożniejszych – wyznacznikiem statusu, podobnie jak dziś droga eko-żywność. Co gorsza, pojawiają się głosy, że aby rozwiązanie było kompleksowe, należałoby je wprowadzić na poziomie Unii Europejskiej – i tu robi się już naprawdę groźnie. A nie prościej powrócić do tradycji przestrzegania dni postnych? Byłoby „eko”, „fit” i „vege”...


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 34-35 (23.08-05.09.2019)

środa, 17 lipca 2019

Pod-Grzybki 168

Mamy wyjątkowo obrzydliwy początek lipca. Po pięknym, upalnym czerwcu nadeszła jesień – zimno, leje i wieje. Ma to jednak tę zaletę, że nagle jakby pochowali się gdzieś „bojownicy klimatyczni”, którzy wrzeszczeli nam nad uchem przez cały ubiegły miesiąc. I to jest dobry moment na mały wykład metodologii „klimatycznego dwójmyślenia”. Otóż, powiadają, należy odróżniać „klimat” od „pogody”. Jednak w praktyce oznacza to, że kiedy w czerwcu nad Europę nadciągnęło gorące powietrze znad Afryki, było to dowodem szalejącego klimatu i globalnego ocieplenia. Natomiast teraz, gdy nadszedł zimny front znad Arktyki – to już jest tylko „pogoda”. Wiedzą już Państwo, czego się trzymać? Ot i cała „logika klimatyczna” w pigułce.


*

Ale ekologiści nie dają za wygraną. Oto w Lublinie zieleni miejskiej nie będzie się już barbarzyńsko katować spalinowymi kosiarkami – zamiast tego, w ruch pójdą kosiarki naturalne i ekologiczne, zwane też owcami. Mają one tę zaletę, że równocześnie strzygą zieleń i ją hm, nawożą. Lublinianom już leci ślinka na jesienny wysyp pieczarek.


*

Buu.... rozpadła się Federacja panów Jakubiaka i Liroya. Poszło o współpracę z ludowcami z PSL-u – Jakubiak był „za”, natomiast Liroy wręcz przeciwnie. A szykowała się taka wesoła formacja – rzekłbym, Polska Partia Przyjaciół Piwa na sterydach. Bo któż inny mógłby zjednoczyć pod swymi sztandarami miłośników piwa i marihuany?


*

Aj! Z polityki odchodzi żywa legenda polskiego parlamentaryzmu – Stefan Niesiołowski. Jako przyczynę podał podeszły wiek, co jest o tyle dziwne, że całkiem niedawne wyczyny „jurnego Stefana” dowodzą, iż wciąż jest nad podziw dziarski i pełen wigoru. Chyba, że poszło o coś innego – nagrania z wiadomej afery dowodzą, że „jurny Stefan” z taką częstotliwością molestował biznesmenów, by organizowali mu kolejne schadzki, iż zachodzi obawa, że Stefan zwyczajnie nie pamiętał, że przed chwilą właśnie sobie poużywał. Woli się zatem z obawy o zdrowie odseparować od pokus cielesnych, bo inaczej, jak w znanym dowcipie, przez tego Alzheimera by się na śmierć za...ł.


*

Tylko co poczną te wszystkie panie nienajcięższej konduity na wieść, że tracą takiego klienta? Ech, przypomina się knajacka piosenka o tym, jak sczezł pewien koneser tego typu wrażeń – a rzeczone panienki „jak stały, tak wszystkie płakały”. Chlip, chlip.


*

Nie ma to jak autodemaskacja. Polityk PO Bogdan Klich opatrzył swój wpis na Twitterze hasztagiem #TwójSzwab – co podano dalej na oficjalnym koncie PO. Klich jest psychiatrą, więc zapewne mógłby wiele powiedzieć o tzw. freudowskich przejęzyczeniach – ale to podsuwa mi pewien pomysł. Jak wiadomo, platformersi ruszyli w polski interior, by straszyć autochtonów i przy okazji ponabijać się ze schwytanych znienacka za rękę pisowców. Proponuję więc, by ta rejza krajoznawcza odbywała się pod hasłem: „Poznaj swojego Szwaba!”. Przynajmniej uliczne łapanki organizowane na przypadkowych przechodniów nabiorą wiarygodności.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 28 (12-18.07.2019)

wtorek, 25 czerwca 2019

Pod-Grzybki 164

Media obiegła hiobowa wieść: w Skierniewicach zabrakło wody! Oczywiście, z miejsca zaczęła się jazda spod znaku „globalnego ocieplenia”. Co prawda, dobrze pamiętam, że za komuny też latem brakowało wody w kranach – bo to, już tłumaczę „ekologistom”, kwestia inwestycji w infrastrukturę. Reżyser Andrzej Kondratiuk nakręcił nawet o tym komedię „Hydrozagadka”, którą polecam różnym domorosłym „AS-om” (kto oglądał, ten wie) gwoli dokształcenia. A poza tym - „stój elemencie aspołeczny!”.


*

Przy okazji – ekologiści często pouczają nas, by odróżniać „klimat” od „pogody”. Bo „pogoda”, to chwilowy zespół zjawisk atmosferycznych, a „klimat” to zjawisko globalne i długofalowe. Dziwnym trafem jednak, jeśli zdarzy się mroźna zima, to słyszymy, że to właśnie tylko „pogoda” i absolutnie nie unieważnia „globalnego ocieplenia”, natomiast gdy przyjdzie letnia fala upałów – ooo, wtedy to już jest niechybnie „klimat”. Zatem pytanie – czy teraz mamy „klimat” czy tylko „pogodę”?


*

Nasza reprezentacja rozegrała pierwszy dobry mecz od niepamiętnych czasów i dokopała Izraelowi 4:0. W związku z tym, zszokowani dziennikarze izraelscy dopytywali się swojego trenera na pomeczowej konferencji „jak to się stało?”. I słuszna ich bulwersacja – przecież taki wynik, jak pouczał w TVP pewien rabbi, „nie wchodzi do żadna rubryka”, bo „to niedobra jest”. Co tym Polaczkom odbiło – do tej pory w każdym meczu męczyli się aż oczy bolały od patrzenia, a tu na Izrael taka mobilizacja? An-ty-se-mi-tyzm, ot co! W związku z powyższym, w Nowym Jorku zawiązała się właśnie organizacja rewindykacyjna, która będzie żądać od UEFA i Polski restytucji utraconych punktów.


*

Ryszard Petru w formie. Wybrał się do Niemiec, by udowodnić, że można tam zrobić zakupy w niedzielę. Biedak nie sprawdził tylko, że przypadały akurat Zielone Świątki i musiał finalnie przejechać ponad 130 km., by trafić w końcu na jakiś czynny sklep. Polszczyzna wzbogaci się zatem o nowe powiedzonko: ogarnięty, jak Petru na zakupach. Następne sprawunki w Niemczech nasz ogarnięty pan Rysio planuje w święto Sześciu Króli.


*

Eliza Michalik (ex-Gazeta Polska, ex-Salon24, ex-plagiatorka cudzych tekstów) odchodzi z Superstacji, bo ta rezygnuje z polityki. Rzecznik stacji wyjaśnił, że programy polityczne nie cieszyły się oglądalnością, więc profil ulegnie pewnemu przeformatowaniu, co tłumacząc na ludzki język oznacza, że widzowie mieli już powyżej uszu nachalnej, lewackiej propagandy. Nie przeszkodziło to jednak Adamowi Bodnarowi wyrazić zaniepokojenia nad „kurczeniem się przestrzeni debaty publicznej”. Panie Adamie, spoko – Eliza wróci pod skrzydła Tomasza „Sakiewki” i będzie dobrze. Jak to mawiają – stara miłość nie rdzewieje.


*

Rozstań ciąg dalszy. Z TVN Style żegna się Katarzyna Bosacka wskutek jakichś biznesowo-wizerunkowych nieporozumień. Niech wezmą na jej miejsce Dorotę Wellman – też będzie dobrze, a program „Wiem co jem” jeszcze bardziej zyska na wiarygodności.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 24 (14-20.06.2019)

piątek, 4 stycznia 2019

Niemcy całe na biało

To Niemcy, a nie Polska są największymi emitentami CO2 w Europie – zarówno generalnie, jak i w przeliczeniu na jednego mieszkańca.

Szczyt COP24 w Katowicach zakończył się tzw. urzędowym sukcesem – czyli, mówiąc po ludzku, spełzł na niczym. Wysokie strony zgodziły się co do tego, że w kwestii globalnego ocieplenia należy „walczyć”, „dążyć”, „przeciwdziałać” i „wyznaczać cele”, co w przełożeniu z polskiego na nasze oznacza że żadnego zbicia wzrostu temperatury do 2°, ani tym bardziej do 1,5°C do 2030 r. nie będzie. Od razu dodam na pocieszenie, że nie będzie również żadnego globalnego kataklizmu. Po prostu, zgodnie z zasygnalizowaną tu wcześniej zasadą „ruchomego horyzontu apokalipsy”, w miarę zbliżania się do granicznej daty będą produkowane kolejne kasandryczne wizje, bowiem biznes spod znaku „Global Warming Industry” musi się kręcić. Dotyczy to nie tylko posad zawodowych aktywistów i naukowców przedstawiających kolejne komputerowe scenariusze zagłady w zamian za sute granty i dotacje, lecz również (a może przede wszystkim) eko-biznesu, którego racją istnienia jest sztuczne nakręcanie popytu na tzw. zielone technologie. Technologie te, jak wiadomo, mają to do siebie, że są koszmarnie drogie i w normalnych rynkowych realiach nie miałyby racji bytu, ponadto sama ich ekologiczność stoi pod znakiem zapytania, co tydzień temu zilustrowaliśmy sobie na przykładach baterii litowo-jonowych używanych w pojazdach elektrycznych oraz biopaliw. Cały nacisk położony jest zatem z jednej strony na dotowanie „zielonej” energii, tak by z pozoru wydawała się tańsza, z drugiej zaś – na sztuczne zawyżanie kosztów pozyskiwania energii ze źródeł tradycyjnych, chociażby poprzez narzucanie limitów emisji CO2. Powyższemu zaś towarzyszy przerzucanie „brudnych” etapów cyklu produkcyjnego z krajów rozwiniętych do państw trzeciego świata – bo czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.

I tu dochodzimy do histerii na punkcie „dekarbonizacji”, towarzyszącej tegorocznemu szczytowi klimatycznemu. Jak wiadomo, główną ofiarą szalejącej „karbonofobii” padła Polska i nasz węgiel. Dla odmiany – za wzór stawiano europejskiego lidera „walki z klimatem”, czyli Niemcy, które na COP24 przyjechały całe na biało, bo właśnie zamykają swoją ostatnią kopalnię węgla kamiennego. Cóż, Niemcy swoje wydobycie dotowały co najmniej od lat 70-tych XX w., co miało racjonalne uzasadnienie. Najpierw, w latach powojennych, wydobycie węgla było jednym z kół zamachowych odbudowy niemieckiej gospodarki, później zaś, w warunkach wciąż trwającej zimnej wojny, utrzymywanie wydobycia strategicznego surowca było niezbędne ze względów bezpieczeństwa, nawet jeśli trzeba było do niego dopłacać. Sytuacja zmieniła się dopiero gdy przestała grozić zbrojna konfrontacja - i Niemcy zaczęły swoje wydobycie stopniowo wygaszać. Łącznie do tej pory wpakowały w dotowanie górnictwa węgla kamiennego równowartość ok. 300 mld. euro, z czego w ostatnich 20 latach – 40 mld. euro. Teraz dla odmiany dotują wiatraki i inne zielone technologie – i dlatego tak zależy im na ich eksporcie, by nakłady wreszcie zaczęły się zwracać, zaś jednym z głównych odbiorców ma być Polska, ale to osobna historia.

Problem w tym, że równolegle Niemcy przystąpiły do likwidacji swojej energetyki jądrowej, a to sprawia, że elektrownie węglowe jeszcze co najmniej przez 20 lat pozostaną jednym z głównych dostarczycieli energii. Obecnie odpowiadają one za ok. 1/3 miksu energetycznego, w efekcie czego Niemcy są gigantycznym importerem węgla kamiennego. Rocznie sprowadzają grubo ponad 50 mln. ton surowca, głównie z Rosji i krajów byłego ZSRR – ale też z USA, Australii, RPA... Ponadto, wbrew pozorom, Niemcy bynajmniej nie wycofały się całkiem z wydobycia – przeniosły je po prostu w inne rejony świata. Koncern HMS Bergbau AG posiada 7 kopalń w Indonezji i 3 w RPA, a od jakiegoś czasu do swojego portfela zamierza dodać kopalnię w Polsce – w Orzeszu, gdzie ma wydobywać ok. 3 mln. ton rocznie. Mamy zatem kolejną odsłonę „zielonej hipokryzji”. To trochę tak, jakbyśmy ku uciesze ekologów mieli pozamykać nasze kopalnie – lecz tylko po to, by zainwestować w wydobycie np. na Ukrainie.

Ale to dalece nie koniec. Niemcy są bowiem największym światowym potentatem w wydobyciu węgla brunatnego. Tylko w 2016 r. wydobyły 164 mln. ton tego surowca, a w 2017 – 171 mln. ton – i nie tylko nie zamierzają przestać, lecz wciąż rozbudowują ten sektor i tworzą nowe elektrownie. Ostatnio ofiarą tej ekspansji padł prastary las Hambach, który poszedł pod siekiery na potrzeby odkrywkowej kopalni węgla brunatnego i elektrowni w Neurath należącej do koncernu RWE. Proszę to sobie porównać z histerią na punkcie naszego Bełchatowa czy wycinki Puszczy Białowieskiej. Dodajmy, że to Niemcy, a nie Polska są największymi emitentami CO2 w Europie – zarówno generalnie, jak i w przeliczeniu na jednego mieszkańca.

Niemcy zachowują się racjonalnie – OZE bywają kapryśne, a co węgiel, to węgiel. Podobnie jak racjonalne dla nich jest wykoszenie polskiej konkurencji i uczynienie nas swoim klientem. I o to w tej całej nagonce chodzi, a nie o żadne „zmiany klimatyczne”.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Ekologizm jako narzędzie globalnej oligarchii pieniądza

Wrobieni w CO2

COP24, czyli eko-trolling

Global Warming Industry

Szczyt hipokryzji


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 50-51-01 (21.12.2018-10.01.2019)

Ekologizm jako narzędzie globalnej oligarchii pieniądza

Na COP24 organizacje ekologiczne grzmiały, że należy odejść od spalania węgla do 2030 r. - czyżby właśnie w tych okolicach czasowych planowano inaugurację nowej waluty?

I. CO2 i nowy pieniądz światowy

Znany chiński ekonomista Song Hongbing w drugim tomie swojego cyklu „Wojna o pieniądz” („Świat władzy pieniądza”) postawił tezę, że ogólnoświatowa histeria na punkcie dwutlenku węgla i presja na ograniczenie jego emisji ma sprawić, że to właśnie CO2 stanie się jednym z komponentów przyszłej globalnej waluty. Po prostu, podchodząc zdroworozsądkowo do zagadnienia – szczególnie, jeśli weźmie się pod uwagę, jakie potęgi (w tym finansowe) są zaangażowane w „promowanie” CO2 i jaki nacisk polityczno-propagandowy towarzyszy kolejnym konferencjom klimatycznym – nie sposób znaleźć innego, racjonalnego wyjaśnienia. Mechanizm stojący za nowym, ogólnoświatowym pieniądzem byłby podobny do niegdysiejszych środków płatniczych opartych na parytecie złota (które zresztą ma stać się kolejną częścią składową przyszłej waluty). Ponieważ jednak sama podaż złota nie wystarczy do obsługi rozwijającej się gospodarki, więc potrzebny jest jako uzupełnienie element bardziej elastyczny, którego ilość można by kreować w zależności od bieżącego zapotrzebowania i prognoz ekonomicznych. I do tego celu dwutlenek węgla nadaje się idealnie. Aby jednak CO2 odegrał przewidzianą dla niego rolę, musi spełnić kilka warunków. Po pierwsze, należy nadać mu wartość – i temu ma właśnie służyć ograniczanie jego emisji, w ten sposób bowiem staje się poszukiwanym, rzadkim dobrem – niczym kruszec. Po drugie, jego produkcję należy uczynić przedmiotem ścisłej reglamentacji – i po to właśnie wprowadzono kwoty CO2. Po trzecie wreszcie – oba poprzednie punkty należy wprowadzić w globalnej skali, bez żadnych wyjątków. Wystarczy bowiem jedno wyłamujące się państwo, by cały projekt diabli wzięli. Mówiąc całkiem dosłownie, taki buntownik, nie stosując się do narzuconych limitów emisyjnych, odgrywałby rolę globalnego „fałszerza” pieniądza, podrywając zaufanie i obniżając jego wartość. Tutaj zatem niezbędny jest system międzynarodowych sankcji – kary finansowe, embarga, blokady inwestycyjne i polityczny ostracyzm.

Dlaczego ten nowy system finansowy jest potrzebny? Wg Songa (Song – to nazwisko, Hongbing - imię) związane jest to z nadchodzącym bankructwem systemu dolarowego, bowiem dziś to głównie dolar pełni rolę światowej waluty rozliczeniowej. Autor przewiduje krach na 2051 r. - wtedy, biorąc pod uwagę narastanie zadłużenia amerykańskiej gospodarki, odsetki przekroczą łączną wartość dochodu Amerykanów. Jednak, aby przejście na nową walutę odbyło się bez zakłóceń, powinna ona zostać wprowadzona odpowiednio wcześniej – tu przypomnijmy sobie historię euro, które „wirtualnie” funkcjonowało na długo przed wprowadzeniem go do „realnego” obiegu. USA dzięki temu zabiegowi porzuciłyby zbankrutowanego dolara, uwalniając się od długów i płynnie przesiadłyby się na nowy środek płatniczy, zachowując pozycję światowego hegemona i mając wpływ na globalny „bank emisyjny” tak, jak mają obecnie na Bank Światowy czy MFW. Oczywiście, bankiem tym zarządzaliby ci sami, co zawsze – globalna oligarchia finansowa (tak jak dziś np. FED-em), oficjalnie formując Rząd Światowy. W tym nowym porządku, rzecz jasna, krajowe waluty nie wytrzymałyby konkurencji i naporu spekulacyjnego, zatem poszczególne państwa chcąc nie chcąc przeszłyby na nowy pieniądz, pozbawiając się tym samym resztek realnej suwerenności – podobnie jak teraz podrzędne gospodarki strefy euro, tylko do n-tej potęgi.


II. Global Warming Industry

Chiński analityk start nowego pieniądza przewiduje na 2024 rok – ale akurat do tej daty nie przywiązywałbym większej wagi, równie dobrze może się wszystko nieco opóźnić. Rzecz jednak w tym, że patrząc pod kątem zarysowanej tu hipotezy, wszystko wydaje się potwierdzać. Liczące się państwa jak tylko mogą, powiększają swoje rezerwy złota (składnik nr1 przyszłego pieniądza) lub sprowadzają swe zasoby kruszcu zza granicy. Prócz posiadających największe rezerwy Stanów Zjednoczonych dotyczy to m.in. takich krajów jak Rosja, Chiny, Niemcy, Turcja. Również Polska w ostatnim czasie stara się w miarę możności powiększać swe zasoby.

Jednak najciekawsze jest to, co dzieje się z CO2. Od tego roku bowiem kwoty dwutlenku węgla zostały poddane urynkowieniu - tym samym „wypłukiwanie złota z powietrza” w postaci handlu emisjami weszło w nową fazę. Od 1 stycznia 2018 r. uprawnienia emisyjne stały się instrumentem finansowym, a co za tym idzie, fundusze inwestycyjne rzuciły się do skupowania i spekulacji. Efekt? Cena pozwoleń podskoczyła o 150 proc. - co polska gospodarka boleśnie odczuje już od przyszłego roku w postaci drastycznych podwyżek cen energii. W ten oto sposób osiągnięto cel w postaci uczynienia CO2 wartościowym, rzadkim „kruszcem”, nadającym się na „parytet” dla przyszłej waluty.

Teraz już chyba lepiej rozumiemy, skąd ten nieprzytomny zdawałoby się pęd krajów rozwiniętych do przechodzenia na „zielone” technologie i eksportowanie „brudnych” ogniw produkcji na peryferia, np. do krajów Trzeciego Świata. W nowej rzeczywistości bowiem wygranymi będą ci, którzy „oczyszczą” swą gospodarkę, zachowując rezerwy emisyjne na „eksport”, a przegranymi i wiecznymi, ubezwłasnowolnionymi dłużnikami – kraje zmuszone do ciągłego kupowania limitów CO2. To dlatego Niemcy stawiają na potęgę wiatraki, a Macron ogłasza program „transformacji ekologicznej”. I dlatego też tak bardzo znienawidzony jest Donald Trump, który odchodząc od tzw. Porozumienia Paryskiego postawił cały projekt pod znakiem zapytania.

I na tym, z grubsza rzecz ujmując, zasadza się światowa panika na punkcie „globalnego ocieplenia” kładąca główny nacisk na „dekarbonizację” i dwutlenek węgla (dodajmy, że ludzka aktywność odpowiada zaledwie za 4 proc. jego całkowitej emisji). Warto z tej perspektywy spojrzeć na tegoroczny szczyt klimatyczny COP24 w Katowicach, na którym organizacje ekologiczne grzmiały, że należy bezwarunkowo odejść od spalania węgla do 2030 r. - rzekomo, by ograniczyć wzrost temperatury do 1,5ºC. Czyżby właśnie w tych okolicach czasowych planowano inaugurację nowej waluty?

Przed Polską, niestety, rysują się kiepskie perspektywy – głównie za sprawą zaakceptowanego przez rząd Tuska unijnego pakietu klimatycznego zakładającego redukcję emisji CO2 o 20 proc. do 2020 r. Gdyby za stan bazowy przyjąć rok 1988, jak zakładał protokół z Kioto, wówczas bylibyśmy wśród wygranych – bowiem zamiast wymaganych 6 proc., obniżyliśmy (głównie za sprawą upadku PRL-owskiego przemysłu) już do 2005 r. emisję CO2 aż o 31,9 proc. - co dawało nam ogromną nadwyżkę. Niestety, UE narzuciła nam jako rok wyjścia właśnie 2005, co sprawiło, że zostaliśmy z niczym i cała poprzednia redukcja dwutlenku węgla poszła na marne. I o to zapewne właśnie chodziło, byśmy stanęli na z góry przegranej pozycji, stając się wiecznym klientem Global Warming Industry – że sparafrazuję tytuł książki Normana Finkelsteina. Zwróćmy uwagę, że mamy tu podobne sprzężenie propagandy i pasożytniczego biznesu - i kręcą się przy tym podobnego typu ludzie.


III. Droga do zniewolenia

No dobrze, ale nawet zakładając, że kraje rozwinięte dokonają pomyślnej „transformacji ekologicznej” przestawiając się na bezemisyjną gospodarkę, to cena takiego przedsięwzięcia będzie gigantyczna. Kto ją pokryje? Ci co zawsze – zwykli obywatele, o czym właśnie przekonują się Francuzi, na których rząd przerzuca koszty odchodzenia od samochodów spalinowych, co stało się przyczyną buntu „żółtych kamizelek”. Zyski natomiast mają trafić do 1 procenta najbogatszych – „warstwy przywódczej” stojącej na czele globalnych koncernów. Idealnym narzędziem tresury jest tu straszak globalnego ocieplenia głoszonego przez skorumpowane lub zastraszone śmiercią zawodową elity naukowe i eko-aktywistów rekrutujących się z cynicznych pieczeniarzy oraz zindoktrynowanych durniów. Dzieje się tak, gdyż warunkiem niezbędnym do przeprowadzenia omawianego tu planu jest wzięcie ludzkości w twarde karby, to zaś wymaga eliminacji klasy średniej – jedynej wewnątrzsterownej warstwy społecznej, mogącej stanowić w swej masie źródło oporu przeciw „nowemu, wspaniałemu światu”. Dlatego należy ją zlikwidować - spauperyzować i przygiąć do ziemi podstawowymi kosztami życia i podatkami; zmienić w bezwolną, sprekaryzowaną, wiecznie niepewną jutra masę, uzależnioną od łaski swych nowych właścicieli. Stąd podmywanie chrześcijańskiej cywilizacji - czyli sił duchowych; ogłupianie masową rozrywką i dewiacjami - czyli osłabianie sił intelektualnych; a wreszcie - pozbawianie własności, czyli niszczenie materialnych podstaw egzystencji. To wszystko już się odbywa na naszych oczach - i być może dokona jeszcze za naszego życia.

Na szczęście, w ludziach coś się budzi – rosną w siłę ruchy antysystemowe, czego najnowszym przejawem jest bunt „żółtych kamizelek”. Czy z ich rewolty coś wyniknie, czy rozpłyną się w niebycie jak ruch „Occupy Wall Street”? Dziś trudno orzec – ale warto pamiętać, że to tego typu nastroje wyniosły w Ameryce do władzy Trumpa.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Wrobieni w CO2

COP24, czyli eko-trolling

Global Warming Industry

Szczyt hipokryzji


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 24-01 (19.12.2018-15.01.2019

poniedziałek, 17 grudnia 2018

Global Warming Industry

Walka z emisją CO2 sprowadza się do eksportu najbrudniejszych etapów produkcji na drugi koniec świata, by potem chwalić się „czystą” i „niskoemisyjną” gospodarką.

Trwające we Francji protesty „żółtych kamizelek” wyjątkowo dobrze „rymują się” z tegorocznym szczytem klimatycznym COP24 w Katowicach. Oba wydarzenia bowiem doskonale obrazują skalę hipokryzji wokół kwestii globalnego ocieplenia i wyrosłe na tejże różnorakie biznesy składające się na „Global Warming Industry” - że sparafrazuję tytuł znanej książki Normana Finkelsteina. Zacznijmy od Francji. Otóż w ubiegłym roku tamtejszy rząd ogłosił, że do 2040 r. wprowadzony zostanie całkowity zakaz sprzedaży samochodów spalinowych – cała Francja ma się przesiąść na pojazdy elektryczne i hybrydy. Częścią tej strategii są podwyżki podatku TICPE – czyli akcyzy od produktów energetycznych, głównie pochodnych ropy (od 2014 również węgla) - w tym ta ostatnia, która wywołała masowe protesty. Sęk w tym, że od lat 50. minionego wieku francuski rząd wspierał „diesle” (w tym Emmanuel Macron, jako minister za prezydentury Hollande'a), wskutek czego przytłaczająca większość samochodów we Francji jeździ dziś na oleju napędowym.

Oczywiście, odejście od ropy tłumaczone jest potrzebą redukcji CO2 i smogu, a że ceny hybryd i elektryków są dla większości konsumentów zaporowe, więc postanowiono zastosować metodę kija i marchewki – uderzenie po kieszeni wzrostem cen paliwa połączone z oferowaniem dopłat do „ekologicznych” samochodów. Tyle, że mimo dopłat, obywateli na zakup „elektryka” tak czy inaczej nie stać (często nie stać ich na nowego „ropniaka”, więc o czym tu mowa), a podwyżki na stacjach codziennie czyszczą im portfele. Tajemnicą poliszynela jest, że koncerny motoryzacyjne, które zainwestowały w nowe technologie, nigdy nie odbiją sobie kosztów, jeżeli ludzi nie zmusi się do kupna ich produktów – stąd histeria wokół „emisji” i nacisk na rządowe dopłaty (pouczający jest tu przykład Elona Muska, który dostał ataku wściekłości, gdy duński rząd zrezygnował z dotowania zakupu aut elektrycznych, a sprzedaż poleciała na łeb) przy jednoczesnym milczeniu na temat strat środowiskowych związanych chociażby z produkcją baterii litowo-jonowych. Wg raportu Szwedzkiego Instytutu Środowiska każda kilowatogodzina pojemności takiego akumulatora „kosztuje” w procesie produkcyjnym od 150 do 200 kg wyemitowanego CO2 – do czego należy doliczyć jak najbardziej „kopalniane” pozyskiwanie litu z solnisk (plus wydobycie kobaltu i niklu) i całą resztę cyklu produkcyjnego. Przypomina to jako żywo słynną sprawę wymiany żarówek tradycyjnych na „energooszczędne” (za to wielokrotnie droższe) pod wpływem lobbyingu producentów. Pytanie za milion – ile energii dzięki temu „zaoszczędzono”?

Inny przykład, to biopaliwa, które również są jednym z powodów francuskich protestów. W teorii biokomponenty miały ograniczyć wydobycie paliw kopalnych, przyczyniając się do ochrony środowiska. W praktyce natomiast pod uprawy roślin oleistych, głównie palm olejowych, likwiduje się całe połacie lasów tropikalnych, nieodwracalnie dewastując naturalne środowisko. Taki los spotyka w tej chwili ogromne obszary Indonezji i Malezji, gdzie grunty pod nowe plantacje pozyskuje się metodą masowego wypalania lasów – i w przeciwieństwie do teorii antropogenicznych przyczyn globalnego ocieplenia, jest to widoczne gołym okiem. Plantacje palm olejowych to 27 mln ha, a ich areał wciąż jest powiększany, zaś rabunkowa gospodarka skutkuje m.in. zaburzeniem gospodarki wodnej oraz zatruciem wód i gleb (niekontrolowane używanie środków chemicznych, w tym pestycydów) o wymieraniu zagrożonych gatunków nie wspominając.

Jednak francuski parlament, m.in. pod naciskiem koncernu Total, przygotowuje ustawę zezwalającą na import tego świństwa. Czyli z jednej strony „walczymy z ociepleniem” i uderzamy podwyżkami akcyzy w najmniej zamożnych, by nie smrodzili dieslami, z drugiej zaś - „sponsorujemy” import surowca przyczyniającego się do zniszczeń i emisji CO2 w innej części świata. Dodać należy, że bezpośrednio godzi to we francuskich farmerów uprawiających rzepak – inny biokomponent paliw – którego Francja jest obecnie największym producentem w Europie, dlatego w protestach „żółtych kamizelek” masowo biorą udział również rolnicy. Jak rozumiem, dla Totala francuski olej rzepakowy był zbyt drogi, więc użył swoich wpływów, by rządzący poszli mu na rękę. I teraz kolejna zagadka – czy paliwo z olejem rzepakowym byłoby droższe czy niekoniecznie, gdyby nie podwyższać „ekologicznej” akcyzy?

I tak jest niemal ze wszystkim, jeśli tylko nieco się poskrobie - „walka z emisją CO2” (abstrahując już od jej generalnej sensowności) sprowadza się do robienia świętoszkowatych min i eksportu najbrudniejszych etapów produkcji na drugi koniec świata, by potem chwalić się „czystą” i „niskoemisyjną” gospodarką. Kosztów tej ekologicznej ciuciubabki nie ponoszą jednak najwięksi truciciele, czyli globalne koncerny – one mają swoich polityków i swoje raje podatkowe. Ponoszą je zwykli ludzie – zarówno ci w Indonezji, jak i w Europie.

Z nagonką na polski węgiel jest podobnie – ale o tym już za tydzień.

CDN.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

COP24, czyli eko-trolling

Wrobieni w CO2

Zielony szwindel nie przeszedł w Hamburgu

Szczyt hipokryzji


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 49 (14-20.12.2018)