Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekologizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekologizm. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 lutego 2020

COP25 – festiwal hipokryzji

Idę o zakład, że gdybyśmy w Polsce opracowali zeroemisyjną technologię spalania węgla, to i tak pozostalibyśmy na cenzurowanym – bo węgiel tak czy inaczej jest ideologicznie „trefny”.

Szczyt klimatyczny COP25 w Madrycie zakończył się fiaskiem – załamują ręce postępowe media. I to jest, proszę Państwa, bardzo dobra wiadomość. Nie mam oczywiście złudzeń, że Global Warming Industry dopnie w końcu swego i zafunduje światu zielony totalitaryzm z ideologiczno-religijną podbudową w postaci doktryny „klimatyzmu” - ale jeszcze nie teraz, jeszcze mamy chwilę oddechu. Cieszmy się zatem energią elektryczną na którą (z coraz większym trudem, ale jednak) jeszcze nas stać, ogólnie dostępną benzyną i wciąż w miarę tanim mięsem – zanim sfanatyzowani ekologiści to wszystko opodatkują do tego stopnia, że powyższe dobra (jak to niegdyś bywało) staną się luksusem dostępnym jedynie najbogatszym warstwom i wyznacznikiem statusu społecznego elit „Nowego Zielonego Ładu”.

Póki co jednak, na COP25 doszedł do głosu elementarny rozsądek i chłodna kalkulacja kosztów – głównie ze strony państw, które mogą najwięcej stracić na „zielonej transformacji”, za co zostały pryncypialnie zbesztane jako egoistyczni hamulcowi ekologicznej rewolucji. W efekcie, mimo przedłużenia negocjacji o niemal dwie doby, uczestnicy nie doszli do porozumienia i rozjechali się do domów bez podjęcia kolejnych „celów” i „zobowiązań”. Poszło głównie o handel emisjami CO2 i sposoby liczenia redukcji emisji. Dyżurnym „czarnym ludem” stała się Brazylia rządzona przez konserwatywnego „klimatosceptyka” Jair'a Bolsonaro – ale, należy dodać, wspieranego również przez inne państwa, takie jak Australia czy Indie. Bolsonaro podpadł już tym, że nie zgodził się, by Brazylia pełniła rolę gospodarza tegorocznej klimatycznej szopki, ale ma na sumieniu również znacznie poważniejsze „grzechy” – domagał się mianowicie, by do bilansu emisji CO2 wliczać dwutlenek węgla absorbowany przez amazońską dżunglę, wskutek czego Brazylia mogłaby eksportować „nadwyżki” praw redukcyjnych. Podniósł się niebywały rejwach, a brazylijskiego przywódcę oskarżono o „oszustwo” i „fałszowanie” statystyk emisyjnych.

I tu jak w soczewce widzimy całą hipokryzję towarzyszącą światowej debacie na temat emisji gazów cieplarnianych. W skrócie wygląda to następująco: jeżeli rozwinięte gospodarki wyprowadzają najbardziej „brudne” etapy swojej produkcji przemysłowej na drugi koniec świata, zapisując sobie dzięki temu „klimatyczne sukcesy” w walce z „globalnym ociepleniem” i opylając zaoszczędzone kwoty CO2 na światowych rynkach - wtedy szafa gra, nikt się nie czepia. Lecz jeżeli kraj taki jak Brazylia chce wykorzystać w tym samym celu gigantyczny zasób jaki ma do dyspozycji w postaci lasów deszczowych – o, nie ma mowy, nie dla psa kiełbasa. Ta druga, gorsza część świata jest od tego, by była „importerem” tego współczesnego handlu powietrzem i przy okazji zarżnęła własny przemysł i energetykę, wypadając z rynku. Nie będzie jakaś tam Brazylia robiła Niemcom konkurencji. Widać zatem wyraźnie, że w tej rozgrywce nie chodzi o redukcję emisji CO2 jako taką, lecz o sposób jej „redukowania” i dominację w globalnej gospodarce. Czysty kolonializm. Idę o zakład, że gdybyśmy w Polsce opracowali zeroemisyjną technologię spalania węgla, to i tak pozostalibyśmy na cenzurowanym – bo węgiel tak czy inaczej jest ideologicznie „trefny”, a do tego wciąż mielibyśmy stosunkowo suwerenną energetykę opartą na rodzimych zasobach, zamiast kupować „zielone technologie” i „czysty” prąd od tych, którzy ostrzą sobie zęby na nasz rynek. I, podobnie jak w przypadku Brazylii, zarzucano by nam „oszustwo” klimatyczne oraz odmawiano prawa do sprzedawania nadwyżek emisyjnych.

Kolejna rzecz – szereg krajów domagał się gwarancji stworzenia mechanizmu finansowego mającego zrekompensować koszty przemodelowania gospodarek pod kątem redukcji emisji CO2. Bez efektu, bo wszak obecni potentaci spod znaku Global Warming Industry nie po to pchają ciężkie miliardy w dotowanie zielonej energii, by jeszcze kogokolwiek sponsorować.

I tu dochodzimy do wielkiego oszustwa, jakim jest rzekoma nieopłacalność pozyskiwania energii z tradycyjnych źródeł – a z drugiej strony, równie rzekoma opłacalność „taniej” energetyki opartej na OZE. Otóż efekt ten osiągnięto w sposób skrajnie sztuczny, za pomocą dwóch symultanicznych zabiegów – ceny energii węglowej zawyżono poprzez jej opodatkowanie kwotami CO2 (tylko w ciągu ostatnich trzech lat cena emisji CO2 na europejskich giełdach ICE i EEX wzrosła pięciokrotnie - z 5 do 25 euro za tonę). Z kolei europejski lider energii odnawialnej, czyli Niemcy, dotuje produkcję opartą na OZE kwotami rzędu dwudziestu kilku miliardów euro rocznie, zaburzając przy okazji swoim dumpingiem cały europejski rynek. Ale jest to dumping słuszny, postępowy, więc nikt nie protestuje. Problem w tym, że nie sposób dopłacać do produkcji prądu na taką skalę w nieskończoność, stąd Niemcy już nie mogą wytrzymać, by zdławić do reszty węglową konkurencję w innych krajach (głównie w Polsce) i wkroczyć na zdobyty teren – po czym nagle skończą z dotacjami, urealniając ceny. I wtedy dopiero zapłaczemy...


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Ekoterroryzm dotarł do Polski

Futerkowe obsesje Czabańskiego

Bez futra do Europy

Ekologiczne bareizmy

Podatkowy terror klimatyczny

Greta Thunberg i klimatyczna pedagogika wstydu

Ekologizm jako narzędzie globalnej oligarchii pieniądza


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 51-52-01 (20.12.2019-09.01.2020)

czwartek, 5 grudnia 2019

Ekoterroryzm dotarł do Polski

Organizacje eko-terrorystyczne tworzą nieformalną, międzynarodową siatkę, wymieniając się doświadczeniami i know-how. Teraz ich metody dotarły również do Polski.

Żarty się skończyły. Eko-fanatycy walczący z polską branżą futerkową przeszli od działań propagandowych i lobbyingowych do akcji stricte terrorystycznych, o jakich dotąd jedynie słuchaliśmy w doniesieniach zza oceanu i zachodniej Europy. Ich ofiarą padł Szczepan Wójcik – hodowca zwierząt futerkowych i znany działacz lobbujący na rzecz ocalenia tego sektora polskiego rolnictwa przed zakusami motywowanych ideologicznie „ekologów” i pozostających pod ich wpływem polityków – również z partii rządzącej. Jak pamiętamy, w poprzedniej kadencji Sejmu mało brakowało, by przeforsowano (i to z osobistym poparciem Jarosława Kaczyńskiego, który nawet nagrał spot wspólnie z jedną z organizacji „ekologicznych”) ustawę zakazującą hodowli zwierząt na futra. Skuteczna akcja hodowców oraz po prostu zdroworozsądkowo myślących ludzi, sprzeciwiających się likwidacji jednej z nielicznych dziedzin gospodarki znajdującej się niemal w całości w polskich rękach i w której jesteśmy światowym potentatem, udaremniła te zakusy, lecz jak widać, nie oznacza to końca batalii. (Pisałem o tym niemal równo dwa lata temu w felietonie „Bez futra do Europy” - „GF” nr 47/2017).

Wieści dochodzące z Sejmu wskazują, że w bieżącej kadencji projekt znów znajdzie się „na tapecie” - i to pomimo tego, że jeden z głównych jego orędowników, Krzysztof Czabański (PiS), został przez wyborców odprawiony z kwitkiem i stracił mandat poselski. W zamian jednak, do głosu doszło grono nowych, skrajnie lewicowych „ekologistów” (tradycyjnie przypominam – ekologia to nauka, „ekologizm” to ideologia), których celem jest już nie tylko sama branża futerkowa, lecz generalne ograniczenie zwierzęcej produkcji rolnej – w tym także hodowli mięsnej i przetwórstwa mlecznego. Są oni powiązani (podobnie, jak dzieje się to na Zachodzie) z „prozwierzęcymi” radykalnymi organizacjami, często finansowanymi zza granicy, które gotowe są imać się wszelkich środków, by dopiąć celu. Do tej pory można było się śmiać z nawiedzonych bredni o „gwałceniu krów” - teraz jednak te majaczenia zaczynają być przekuwane w bandyckie działania oparte na jawnej przemocy.

Jak donoszą m.in. money.pl czy wSensie.tv, wkrótce po tym, jak w połowie listopada Szczepan Wójcik udzielił „Dziennikowi Gazecie Prawnej” obszernego wywiadu pt. „Bym przestał walczyć trzeba mnie zabić”, doszło – w ciągu dwóch tygodni – do trzech pożarów w należących do niego gospodarstwach. Scenariusz zawsze był podobny – ogień wybuchał w nocy, w miejscach położonych poza zasięgiem kamer monitoringu, w pobliżu wejść do hal produkcyjnych lub gospodarstw. Pierwszy pożar miał miejsce trzy dni po ukazaniu się wspomnianego wywiadu - spłonęła hala wraz z liniami produkcyjnymi i maszynami oraz sprzętem do produkcji mączki mięsno-kostnej, a straty wyniosły 60 mln. zł. Dwa dni później, w innym gospodarstwie ogień strawił świeżo wyremontowaną stodołę i 4 tys. ton słomy (straty – ok. 2 mln. zł., właściciel nie zdążył ubezpieczyć obiektu). Po kilku dniach trzeci pożar wybuchł w kolejnej hali, przynosząc straty rzędu kilkuset tysięcy złotych – tym razem ponoć pierwszy trop wskazuje na zwarcie instalacji elektrycznej, pytanie czy do zwarcia nie doprowadził ktoś celowo, bo tych „nieszczęśliwych przypadków” jest podejrzanie dużo. Jak twierdzi Szczepan Wójcik, czegoś podobnego nie przeżył przez 20 lat prowadzenia działalności.

Powyższy modus operandi zazębia się z podobną aktywnością eko-terrorystów na Zachodzie. 12 września 2018 r. we włoskiej miejscowości Scorzè podpalono biuro i magazyn na tamtejszej fermie futrzarskiej – jak chwalili się „aktywiści”, straty wyniosły 300 tys. euro. Dwa lata wcześniej, w tym samym miejscu podpalono firmowe samochody i wypuszczono ok. tysiąca norek – nawiasem, najprawdopodobniej i tak skazując te zwierzęta, nieprzywykłe do funkcjonowania w naturze, na śmierć. W tymże 2018 r. eko-anarchiści z ruchu ALF (Animal Liberation Front) podpalili rzeźnię we francuskiej miejscowości Hotonnes, używając do tego celu ośmiu „urządzeń zapalających”, zaś w innych francuskich miastach doszło do licznych napaści i dewastacji sklepów mięsnych oraz restauracji serwujących mięsne potrawy – a to tylko kilka pierwszych z brzegu „akcji bezpośrednich”.

Organizacje tego typu tworzą nieformalną, międzynarodową siatkę, wymieniając się doświadczeniami i terrorystycznym know-how. Teraz ich metody dotarły również do Polski, ewidentnie mając na celu zastraszenie hodowców oraz ich lidera, który ponadto dał się poznać ze swych jednoznacznie prawicowych, konserwatywnych poglądów. Dodajmy, iż Szczepan Wójcik uczestniczył również w proteście holenderskich rolników, których tamtejszy rząd chce zmusić do redukcji pogłowia bydła o połowę, motywując to walką z emisją gazów cieplarnianych. Za tym całym szaleństwem stoją dwie ideologie: „anty-gatunkizm” zrównujący ze sobą ludzi i zwierzęta oraz świecka religia „klimatyzmu” w imię której dąży się do odgórnego ograniczenia spożycia mięsa. Witamy w epoce zielonego terroru.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Futerkowe obsesje Czabańskiego

Bez futra do Europy

Ekologiczne bareizmy

Podatkowy terror klimatyczny

Greta Thunberg i klimatyczna pedagogika wstydu

Ekologizm jako narzędzie globalnej oligarchii pieniądza


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 48 (29.11-05.12.2019)

niedziela, 29 września 2019

Klimatyczne zdziecinnienie

Współczesna pajdokracja sterowana jest z zaplecza przez bandę cynicznych wyjadaczy spod znaku „Global Warming Industry” i zostanie skasowana z dnia na dzień, gdy tylko osiągną swe cele.

I. Pielgrzymka klimatyczna

Cały świat wstrzymał oddech. Młodociana klimatystka Greta Thunberg przemówiła podczas inauguracji nowojorskiego szczytu klimatycznego ONZ. 16-letnie bożyszcze ekologistów (nieustająco przypominam: ekologia to nauka, „ekologizm” to ideologia) dało do wiwatu zgromadzonym dostojnikom, ale zanim przejdziemy do szczegółów speechu, zwrócę uwagę na całą otoczkę poprzedzającą ów wiekopomny moment. Otóż, jak wiemy, szwedzka aktywistka klimatyczna, by nie pozostawiać po sobie „śladu węglowego” wyruszyła za ocean nie samolotem, lecz „zeroemisyjnym” jachtem użyczonym do tego celu przez księstwo Monaco, słynące poza tym z wyścigów Formuły1 i będące wielką przystanią luksusowych, paliwożernych, dieslowskich jachtów. Hipokryzja aż wyje. Jednostka pływająca panienki Thunberg była jednak do tego stopnia ascetyczna, że nie wyposażono jej nawet w prysznic i toaletę, zaś naturalne potrzeby załatwiano do „niebieskiego wiaderka”, z dumą zaprezentowanego przez kapitana łajby przed wyruszeniem w rejs. Rodziło to uzasadnione obawy, że po zejściu na amerykański ląd małą Gretę będzie poprzedzała specyficzna atmosfera – tak jak we wspomnieniach mieszkańców Kresów wkroczenie do ich miejscowości Armii Czerwonej poprzedzał narastający smród. Biorąc pod uwagę powyższe obawy, nie dziwi, że świat - a przynajmniej uczestnicy szczytu i obsługujący go dziennikarze - przed wejściem na mównicę naszej współczesnej ascetki woleli na wszelki wypadek wstrzymać oddech. Na szczęście okazało się, że Greta przed swym występem została wykąpana i odziana w czyste szaty, tak więc świat mógł wypuścić z ulgą powietrze z płuc i od tej pory wszyscy oddychali już w miarę swobodnie – no chyba, że ktoś się zakrztusił wysłuchując nieprzytomnych banialuków wygadywanych przez „klimatyczną Joannę d'Arc”.

Pozostaje do wyjaśnienia jeszcze zagadka „niebieskiego wiaderka” ze zgromadzoną zawartością: czy poddano je utylizacji, czy też zachowano na wieczną pamiątkę dla potomności? Zważywszy, że dotąd Gretę Thunberg zdążono okrzyknąć „mesjaszem naszych czasów” i „współczesnym Dawidem”, to rzeczone wiaderko ma szansę stać się cenną relikwią rodzącego się na naszych oczach kultu współczesnej klimatycznej świętej i obiektem mistycznej adoracji roztaczającym wokół powalający „odor sanctitatis”. W dobie wystawiania w muzeach słoików z fekaliami nic nie stoi na przeszkodzie, by pójść o krok dalej i uczynić również takie utensylium przedmiotem religijnego uwielbienia. Kościół św. Grety z niecierpliwością czeka na tę duchową, hm, strawę.

Małostkowi zawistnicy podnosili wprawdzie, że cała eskapada okupiona została wielokrotnie większym „śladem węglowym”, niż gdyby panna Thunberg udała się do Nowego Jorku normalnie samolotem – bo i tak trzeba było wysłać drugą zmianę załogi, by sprowadziła jacht z powrotem do Europy, a i pierwsza zmiana też powróci drogą lotniczą. Sądzę jednak, iż klimat doskonale zdaje sobie sprawę, że to wszystko odbyło się dla jego własnego dobra i zbytnio się nie obrazi. W końcu, skoro cała ludzkość pada przed szwedzką nastolatką na twarz, to i klimatowi nie pozostaje nic innego, jak ugiąć przed jej majestatem kolano.


II. Homilia św. Grety

W każdym razie, po tych budujących napięcie przygotowaniach nastąpił punkt kulminacyjny – Greta Thunberg przystąpiła do wygłaszania swych nauk. Czegóż tam nie było! Ciskała z wysokości gromy na klimatyczną gnuśność wiernych, wytykała odstępstwa od doktryny, podkreślała błędy i wypaczenia, potępiała zdradę i zaprzaństwo oraz niecne uczynki wyrządzone klimatowi i bliźnim, napominała, że czas jest bliski, straszyła wiekuistym potępieniem... Słowem, byliśmy świadkami płomiennej homilii wygłoszonej przez najwyższą kapłankę apokaliptycznej sekty klimatystów. Wszystko podkreślone ekstatyczną mimiką i tonem głosu, tak by do każdego dotarło, że z klimatem nie ma żartów, proroctwa się dopełniają i jeśli się nie nawrócimy, zostaniemy spaleni żywym ogniem.

Wsłuchajmy się w jej słowa, cytowane obficie i należną czcią przez portal gazeta.pl: „To wszystko jest złe. Nie powinno mnie tu być. Powinnam być w szkole po drugiej stronie oceanu. Mimo to wy wszyscy przychodzicie do nas, młodych ludzi, po nadzieję?! Jak śmiecie?! Ukradliście moje marzenia i moje dzieciństwo swoimi pustymi słowami”. Padły słowa o „rozpadających się ekosystemach”, „masowym wymieraniu” i opieszałości w walce ze zbrodniczym dwutlenkiem węgla: „Jak śmiecie udawać, że da się to rozwiązać za pomocą dotychczasowych działań i jakichś technicznych rozwiązań?! Przy dzisiejszym poziomie emisji pozostały budżet emisji CO2 zniknie kompletnie za mniej niż osiem i pół roku”. I wreszcie, groźba nieuchronnej kary: „Nie pozwolimy wam się z tego wywinąć. Właśnie tutaj, właśnie teraz nakreślamy linię. Świat się budzi. I zmiana nadchodzi - czy wam się to podoba, czy nie”.

Pamiętajmy – jest źle, bo Grecie Thunberg ktoś ukradł dzieciństwo i marzenia. Jakiś zły polityk zabrał jej kucyka? Ktoś powiedział, że nie ma jednorożców i św. Mikołaja?


III. Klimatyczna pajdokracja

No dobrze, żarty na bok. Cały ten żenujący spektakl jest kolejnym świadectwem upadku cywilizacji. Spójrzmy – jakaś zindoktrynowana, fanatyczna nastolatka, borykająca się z szeregiem emocjonalnych ułomności jest przyjmowana na światowych salonach, by pleść napisane jej przez klimatycznych piarowców brednie. Wychodzi na mównicę ONZ i opiernicza zebranych dostojników na czym świat stoi – a wszyscy, jak jeden mąż, pokornie jej słuchają i żaden ani piśnie. W jednym Greta Thunberg ma rację: ona faktycznie powinna być w tej chwili w szkole, zamiast szlajać się po świecie z jednego klimatycznego „eventu” na drugi – i to z błogosławieństwem rodziców, którzy zapewniają, że podczas podróży Greta się uczy... „pogłębiając swoją wiedzę o klimacie”, czyli mówiąc po ludzku, nasiąkając „ekologiczną” politgramotą. Znamy to z własnej historii – tych wszystkich absolwentów wieczorowych kursów marksizmu-leninizmu, rzucanych następnie na „front walki ideologicznej”, tych „pryszczatych” stalinistów „ruszających z posad bryłę świata”. I dokładnie kimś takim jest Greta Thunberg, tylko w mniej siermiężnym, bardziej atrakcyjnym opakowaniu. Bo też, co opisał niedawno brytyjski „Sunday Times”, za fenomenem „aktywistki” stoi profesjonalne zaplecze piarowskie, bogate NGO'sy i ekologiczny przemysł, szykujący się do wielkiego skoku na rządowe zamówienia publiczne z zakresu wdrażania „zielonych technologii”. Zresztą, jej ojciec, aktor Svante Thunberg, jest zawodowym impresariem, prowadzącym dotąd karierę żony i matki Grety – śpiewaczki operowej Maleny Ernman. Teraz przerzucił się na promowanie córki, czyniąc z niej idealny dla współczesnych mediów produkt marketingowy. Patrząc pod tym kątem, można Grecie, wykorzystywanej i manipulowanej przez otoczenie tylko współczuć – szczególnie, że jak wszystko wskazuje, naprawdę uwierzyła w swe posłannictwo.

Nie ma natomiast usprawiedliwienia dla świata dorosłych, którzy na niej żerują, bądź z wyrachowaną powagą wysłuchują jej „przesłań” - bo „tak trzeba”, bo gdyby odmówili przyjęcia „prorokini”, zjadłyby ich żywcem lewackie media. Podobnie było z aktywnością słynnego wokalisty Bono, wygłaszającego kilka lat temu rzewne kocopoły na kolejnych szczytach typu G-20. Dziś natomiast mamy będące pokłosiem promowania Grety Thunberg „młodzieżowe strajki klimatyczne”, nad którymi pochylają się głowy państw, a media nagradzają uczestników pełnym zachwytu cmokaniem.

O czym to świadczy? O postępującym zdziecinnieniu. „Dobra”, „idealistyczna” młodzież poucza zacofanych „starych”. Starożytni ukuli na to termin „pajdokracja” oznaczający „rządy dzieci”. Czym kończy się zrównywanie dzieci z dorosłymi wie każdy, kto przeczytał powiastkę Janusza Korczaka o królu Maciusiu I. Tyle, że ta współczesna pajdokracja sterowana jest z zaplecza przez bandę cynicznych wyjadaczy spod znaku „Global Warming Industry” i zostanie skasowana z dnia na dzień, gdy tylko osiągną swe cele.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 39 (27.09-03.10.2019)

Dziecięca krucjata Global Warming Industry

Macherom stojącym za plecami „oddolnego” ruchu klimatycznego marzy się najwyraźniej powtórka z rewolty roku 1968 – tym razem jednak nie pod czerwonym, a pod „zielonym” sztandarem.

Niech młodzi ludzie protestujący w Europie pojadą manifestować do Polski i pomogą mi przekonać tych, których ja nie mogę” - powiedział dziennikarzom Emmanuel Macron, odpytywany na okoliczność opóźnień w realizacji unijnej polityki klimatycznej. Wszystko w kontekście ONZ-owskiego szczytu klimatycznego, którego główną gwiazdą stała się młodociana eko-celebrytka Greta Thunberg oraz zainspirowanego przez nią Młodzieżowego Strajku Klimatycznego, jaki miał miejsce 20 września w 150 krajach świata, w tym 37 państwach europejskich. Cóż, my raczej nie będziemy podsyłać Macronowi protestujących, bo ma ich aż w nadmiarze. Niedługo stuknie okrągły rok protestów „żółtych kamizelek” z kilkunastoma ofiarami śmiertelnymi, setkami rannych demonstrantów i policjantów i tysiącami zatrzymanych. Protestów, dodajmy, podczas których francuskie siły porządkowe wykazały się niespotykaną brutalnością – bestialskie pacyfikacje umożliwiło przeniesienie do „zwyczajnego” prawodawstwa przepisów zarezerwowanych wcześniej dla stanu wyjątkowego, wprowadzonego po zamachach terrorystycznych. W ten sposób, formalnie „stan wojenny” zniesiono tylko po to, by... trwał on nadal, tym razem już jako element „cywilnej” codzienności. Ostatni weekend, to znów starcia z demonstrantami i ponad 100 aresztowanych osób. Ale nad tym żaden Timmermans się nie pochyli, bo protesty „żółtokamizelkowego” plebsu są z gruntu niesłuszne ideologicznie i idą w poprzek wielkich interesów możnych tego świata.

Przypomnijmy, iż ruch „żółtych kamizelek” jest osobistym dziełem Macrona i jego projektu „transformacji energetycznej” zakładającej odejście od paliw kopalnych na rzecz „zielonych technologii”, którego koszta przerzucono na najuboższe warstwy społeczne i dogorywającą pod brzemieniem kolejnych obciążeń fiskalnych klasę średnią, głównie z chronicznie niedoinwestowanej francuskiej prowincji. Zapalnikiem było radykalne podniesienie akcyzy na paliwo, zwłaszcza dieslowskie, co było o tyle perfidnym zagraniem, że wcześniej francuski rząd przez dziesięciolecia promował samochody dieslowskie za pomocą całego systemu zachęt, wskutek czego dziś we Francji jeździ najwięcej diesli w Europie. W zamian ledwo wiążącym koniec z końcem ludziom zaproponowano dopłaty do aut elektrycznych, co zważywszy na ich cenę, zakrawa na drwinę.

Ale, czego się nie robi, by dogodzić „zielonemu przemysłowi”, który w histerii na tle globalnego ocieplenia wyczuł wielką kasę i w związku z tym zmontował gigantyczny, ogólnoświatowy lobbying złożony z „ekologicznych” NGO'sów, agencji piarowskich, mediów i profesjonalnych grup nacisku antyszambrujących w gabinetach decydentów? Nie wspominając już o globalnej finansjerze, żywotnie zainteresowanej nowym polem do spekulacji? Ten cały konglomerat, który pozwalam sobie określać jako „Global Warming Industry” zbyt wiele już zainwestował, by się wycofać – a warunkiem opłacalności „zielonych technologii” jest wydębienie od rządów odpowiednich preferencji finansowych oraz sztuczne zawyżenie cen tradycyjnych źródeł energii poprzez opodatkowanie, by zdławić ich konkurencyjność. Efektem będzie skokowy wzrost wszelkich kosztów życia: od cen towarów po obciążenia podatkowe – bo ktoś tę „zieloną transformację” musi przecież sfinansować i na pewno nie będą to globalne korporacje.

Jednak w warunkach funkcjonowania państw nominalnie demokratycznych nawet potężna oligarchia władzy i pieniądza musi liczyć się do pewnego stopnia z nastrojami tłumu. Toteż rzucono wielkie siły i środki na odcinek medialnej propagandy oraz badań naukowych mających uzasadniać konieczność odejścia od dotychczasowego modelu surowcowo-energetycznego, przy jednoczesnym zamilczaniu i piętnowaniu sceptyków, zwanych oskarżycielsko „negacjonistami klimatycznymi”. Modelowym przykładem jest tu kariera wspomnianej Grety Thunberg, za którą – jak wykrył brytyjski „Sunday Times” - stoją zawodowi lobbyści na usługach „zielonego sektora” ostrzącego sobie zęby na największe w historii zamówienia publiczne. Jednak sama Greta gromiąca na światowych salonach przywódców za opieszałość w redukowaniu emisji gazów cieplarnianych, to za mało – potrzebuje zaplecza w postaci zindoktrynowanych mas na ulicach. I tu właśnie kłania się niedawny „Globalny Strajk dla Klimatu”, którego kluczowym komponentem były protesty młodzieżowe. Macherom stojącym za plecami tego „oddolnego” ruchu marzy się najwyraźniej powtórka z rewolty roku 1968 – tym razem jednak nie pod czerwonym, a pod „zielonym” sztandarem. Mnie zaś przychodzi na myśl znana z wojen krzyżowych krucjata dziecięca z 1212 r. Tłumy rozmodlonych dzieci miały wyzwolić „czystością serc” Ziemię Świętą z rąk muzułmanów. Załadowano je na kupieckie statki, po czym te, które przeżyły podróż, wylądowały jako żywy towar na saraceńskich targach niewolników. Dzisiejsi pożyteczni idioci ideologii „klimatyzmu” gotują sobie i nam podobny los – ku uciesze „Global Warming Industry”, którego bonzowie już podliczają spodziewane zyski.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Global Warming Industry

Żółte kamizelki czyli francuska wiosna


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 39 (27.09-03.10.2019)

czwartek, 26 września 2019

Greta Thunberg i klimatyczna pedagogika wstydu

Rejs Grety Thunberg i jego przesłanie ma służyć eskalacji czegoś, co trawestując słynne określenie Bronisława Wildsteina pozwolę sobie nazwać „klimatyczną pedagogiką wstydu”.

I. „Święta” Greta od niebieskiego wiaderka

Szkoda, że eko-wagarowiczka Greta Thunberg w ramach swej morskiej eskapady na szczyt klimatyczny ONZ w Nowym Jorku nie zahaczyła o Grenlandię. Wszyscy w zasadzie wiemy o co biega z tym rejsem, ale dla porządku pokrótce przypomnę. Otóż 16-letnia obecnie Greta, robiąca za współczesną inkarnację Pippi Langstrump skrzyżowanej z klimatyczną Joanną d'Arc, zasłynęła w ubiegłym roku za sprawą notorycznych wagarów podszytych ekologicznym „ideolo”. Młoda ekologistka (przypominam – ekologia to nauka, „ekologizm” natomiast jest ideologią) urywała się z lekcji, by pod budynkiem szwedzkiego parlamentu protestować przeciw globalnemu ociepleniu, który to format medialny (wraz z charakterystycznymi warkoczykami) zapożyczyła u nas w te wakacje 13-letnia Inga Zasowska, nie zapłaciwszy wszakże swej szwedzkiej koleżance tantiem autorskich. Jak można mniemać, po rozpoczęciu roku szkolnego mama Ingi nie pozwoli jednak córce wagarować – choćby dlatego, że nie będzie mogła liczyć na wspólny, ekscytujący rejs sponsorowany przez rodzinę książęcą z Monaco. Cóż, „zbuntowana klimatycznie” szwedzka panienka z dobrego domu i artystycznej rodziny (matka jest śpiewaczką operową, ojciec aktorem) jest dla świata bardziej interesująca i nikt nie zamierza entuzjazmować się polską podróbką, skoro na wyciągnięcie ręki ma bardziej autentyczny i postępowy skandynawski oryginał – a i zainteresowanie tutejszych mediów po chwili wzmożenia wyraźnie opadło.

W każdym razie, mała Greta wybrała się do Nowego Jorku drogą morską, by nie zostawiać po sobie tzw. „śladu węglowego”, jaki generuje w postaci emisji CO2 podróż samolotem. Niemiecki „Bild” szybko jednak wykrył, że logistyczna obsługa rejsu „kosztuje” klimat dużo więcej, niż gdyby Greta wraz z towarzyszącym jej ojcem normalnie poleciała na ONZ-owski szczyt, jak wszyscy inni. Okazało się bowiem, że do Nowego Jorku tak czy inaczej musi udać się pięcioosobowy zespół (oczywiście samolotem), by sprowadzić jacht do Europy, ponadto obecna załoga również powróci do domu drogą lotniczą. Żeby było zabawniej, sponsorujące wyprawę księstwo Monaco słynie z „emisyjnych” wyścigów Formuły1 oraz z tego, że jest przystanią dla największych, paliwożernych dieslowskich jachtów, wyklinanych przez eko-aktywistów jako pomniki próżności bogaczy zatruwających dla swej egoistycznej przyjemności oceany i, rzecz jasna, emitujących zbrodnicze CO2.

Ale nic to, grunt, że jacht jest ekstremalnie „ekologiczny” - nie tylko czerpie energię z paneli słonecznych, ale nie ma na pokładzie takich burżuazyjnych fanaberii jak prysznic czy toaleta, wskutek czego naturalne potrzeby, jak oznajmił z dumą kapitan jednostki, załatwiane są do „niebieskiego wiadra”. Zagadką pozostaje, dlaczego podkreślono akurat kolor tego utensylium, bo w końcu i tak wszystko wyląduje w falach oceanu, w związku z czym może wystarczyłoby stare, poczciwe sr*** na rufie, jak to drzewiej bywało – bez konieczności angażowania pośrednika w postaci rzeczonego wiaderka, które, nawiasem mówiąc, zapewne jest zrobione z nieekologicznego plastiku. Przypominam też, że niegdyś na żaglowcach używano drewnianych kubłów na linie, którymi wciągano przez burtę morską wodę do mycia pokładu i osobistych ablucji. Czy niebieskie wiaderko będzie służyło również do tego?

Osobną niewiadomą, rozpalającą moją tyleż dociekliwą co chorą wyobraźnię, jest kwestia, czy klimatyczna święta po zejściu na ląd zatrzyma się w hotelu, gdzie będzie miała okazję wziąć normalną kąpiel, by zmyć z siebie nabyty w trakcie rejsu „odor sanctitatis”. W przeciwnym razie, jej aura mogłaby zmasakrować nienawykłe do takich mistycznych doznań nozdrza oenzetowskich dostojników i powalić ich pokotem na ziemię. Stanowiłoby to zresztą szczytne nawiązanie do znanych z abnegacji średniowiecznych ascetów, mających w pogardzie potrzeby grzesznego ciała i umartwiających je również w ten sposób. Ciekawi mnie także, w jaki sposób święta Greta od klimatu zamierza udać się do kolejnego celu swych peregrynacji – czyli odległego Santiago de Chile, gdzie odbyć się ma klimatyczny szczyt COP25. Być może otrzymała dar błyskawicznego przenoszenia się z miejsca na miejsce, a może nawet bilokacji z którego słynęli niektórzy święci. W końcu, małej Grety nigdy nie za wiele, a skoro już za życia parafia kościoła luterańskiego w Malmö okrzyknęła ją „mesjaszem naszych czasów”, zaś Franz Jung - jak najbardziej katolicki biskup niemieckiego Würzburga – przyrównał ją do biblijnego Dawida, to niech czyni z tych darów użytek. Niezawodne media z pewnością nie darują nam kolejnych szczegółów.


II. Narzędzie „Global Warming Industry”

No dobrze, ale czemu zacząłem od Grenlandii? Otóż, gdyby Greta Thunberg zboczyła nieco z kursu i zahaczyła o tę wyspę, mogłaby zobaczyć chociażby zrekonstruowaną osadę Wikingów, stanowiska archeologiczne i usłyszeć, że jej praprzodkowie w liczbie kilku tysięcy żyli tam w najlepsze między X a XIV wiekiem, prócz parania się łowiectwem hodowali bydło a nawet uprawiali rolę, ponadto na „zielonym lądzie” funkcjonowało biskupstwo i docierał handel morski... Wszystko dzięki tzw. średniowiecznemu optimum klimatycznemu, gdy przeciętna temperatura była wyższa niż obecnie, a lodowce nad którymi dziś ekologiści załamują ręce miały o wiele mniejszy zasięg. Wikingów wymroziła dopiero rozpoczynająca się w XIV w. „mała epoka lodowa”, z której teraz od stosunkowo niedawna (gdzieś od XIX w.) szczęśliwie wychodzimy. Może spojrzałaby wówczas innym okiem na „topniejące lodowce”, a nawet uświadomiła sobie, że walka z „globalnym ociepleniem” to w rzeczywistości skazane na niepowodzenie próby „zawrócenia” klimatu z powrotem do kończącego się właśnie okresu ochłodzenia? A całe to „globalne ocieplenie”, to nic innego jak rozpoczynająca się epoka kolejnego klimatycznego optimum? Może wręcz odważnie zapytałaby, jaki był poziom mórz i oceanów w czasie średniowiecznego ocieplenia i czy topniejące wówczas lodowce zatopiły pół Europy, czym straszy się nas obecnie? I o ile ów poziom wzrósł od czasu rewolucji przemysłowej, kiedy to rzekomo ocieplany przez człowieka klimat zaczął topić narosłe od XIV-XV w. masy lodu?

Niestety, to biedne dziecko nie będzie miało takiej szansy, stanowi bowiem idealny produkt „Global Warming Industry” i zarazem ofiarę ideologicznego prania mózgów. Co najbardziej obrzydliwe, wykorzystywane jest przez własnych rodziców do uprawiania celebryckiego eko-lansu. Już w zeszłym roku jej matka wydała książkę, w której prócz obowiązkowego biadolenia nad klimatem rozpisywała się o chorobie Grety i jej siostry (zespół Aspergera), a premiera dziwnym trafem zbiegła się w czasie z początkiem słynnego „szkolnego strajku klimatycznego” Grety. Mamy zatem klasyczne robienie „fejmu” na „modnej” chorobie, brylowanie za sprawą córki na różnych „klimatycznych” galach i w kolorowych czasopismach, zaś sama Greta „dała twarz” prospektowi emisyjnemu kreującej się na „ruch społeczny” eko-spółki „We Don't Have Time”, wg specjalistów wielokrotnie zwiększając jej wartość. Wystarczy zresztą posłuchać „przesłań” Grety Thunberg, w których motyw „braku czasu” (by powstrzymać „zmiany klimatyczne”) przewija się jak mantra. Wszystko wskazuje więc na to, że fenomen Grety Thunberg jest typową piarowską „wydmuszką” - zręczną kreacją jej rodziców i speców od marketingu. Trzeba dodać, że prócz zespołu Aspergera, Greta cierpi również na ADHD, zaburzenia obsesyjno-kompulsywne oraz „mutyzm wybiórczy” (wybiórczość mówienia – osoba w jednych sytuacjach mówi, w innych milknie – np. w szkole, czy wśród obcych), czemu na ogół towarzyszy m.in. wycofanie i nadwrażliwość emocjonalna.

I ta straumatyzowana nastolatka, z definicji podatna na różne „aktywistyczne” sugestie, zamiast zostać poddana stosownym terapiom, ustawiana jest na szpicy globalnej, ideologicznej batalii i cynicznie utwierdzana przez bliższe i dalsze otoczenie w swych obsesjach. Jest po prostu mięsem armatnim, narzędziem służącym do nakręcania spirali moralnego i emocjonalnego szantażu – bo któż by się nie wzruszył, widząc dzielną dziewczynkę bohatersko przełamującą własne ograniczenia w imię „słusznej” sprawy i działającej – jak sama zapewne szczerze wierzy – dla dobra całej planety? Nawiasem, czy jej słynne „programowe” unikanie samolotów aby na pewno ma przyczyny ideowe? Czy nie wynika po prostu ze zwykłej fobii przed lataniem, jaka jest udziałem wielu ludzi?


III. Zielony totalitaryzm

Biorąc pod uwagę powyższe - jaka jest prawdziwa przyczyna słynnego rejsu Grety Thunberg? I nie mam tu na myśli jej osobistych – jak wspomniałem, zapewne szczerych – motywacji, lecz intencje przyświecające macherom stojącym za jej plecami, specom od propagandy, dla których Greta jest wymarzonym instrumentem manipulowania światową opinią publiczną i masowymi emocjami. Otóż ten rejs i jego klimatyczne przesłanie ma służyć eskalacji czegoś, co trawestując słynne określenie Bronisława Wildsteina pozwolę sobie nazwać „klimatyczną pedagogiką wstydu”.

Widok dzielnej dziewczynki przemierzającej odważnie ocean ma nas zawstydzić. Mamy – ludzie bogatego Zachodu – poczuć głęboki dyskomfort psychiczny z powodu naszego rozpasanego stylu życia: tych lotów samolotami, podróży w najdalsze zakątki świata i nieustannego „śladu węglowego” jaki za sobą zostawiamy. Wstyd to potężny bodziec dyscyplinujący – u nas michnikowszczyzna jechała na tym patencie przez dobre ćwierć wieku, a na niektórych nawet dziś on działa. By zagłuszyć ów dyskomfort, poddani tresurze ludzie może nie wyrzekną się dobrowolnie dotychczasowego modelu życia, ale będą bardziej skłonni popierać ekologiczne postulaty, wpłacać datki na stosowne organizacje, w miarę możności kupować droższe produkty z nalepką „eko” oraz głosować na partie i polityków głoszących „zielone” programy – aby tylko uspokoić sumienie w błogim przeświadczeniu, że się „coś” zrobiło dla wspomożenia walki z ociepleniem. A gdy już właściwe siły spod znaku „Global Warming Industry” zdobędą wystarczające wpływy i władzę, to urządzą całą ludzkość na „zielono” - czy się to będzie komuś podobało czy nie. I tak niepostrzeżenie sami założymy sobie na szyje „ekologiczne” obroże – to, co miało być teoretycznie świadomym, indywidualnym wyborem, nagle stanie się surowo egzekwowanym przymusem. Samochód, mięso, tworzywa sztuczne? Zapomnij – zabronione! I jeszcze masz świergolić z ekologicznego klucza, deklarując kolejne „cele klimatyczne”, niczym dawni stachanowcy podejmujący „dobrowolne zobowiązania” śrubujące normy pracy. Witamy w zielonym totalitaryzmie.

Temu właśnie służy ta propagandowa „pokazucha” sporządzona wedle klasycznych, sowieckich wzorców – w stalinowskim ZSRR ubrano by Gretę w pionierski mundurek z czerwonym krawatem i kazano pływać ku chwale przodującego ustroju, tudzież w imię zwycięstwa socjalizmu, która to idea i dziś nie jest obca światowemu eko-lewactwu. A potem byłyby wizyty w szkołach, domach dziecka, zakładach pracy... czyli tak jak obecnie, z tą różnicą, że Greta Thunberg wizytuje ekologiczne wiece i konferencje. Wszystko to w atmosferze nieustającego moralnego szantażu – patrz, dzielna Greta płynie przez ocean w łajbie bez sracza – a ty co? Ile zmarnowałeś dziś wody w łazience? Wylegujesz się w wannie, zamiast brać szybki prysznic? Myjesz się pod bieżącą wodą, zamiast w misce, by potem spłukać mydlinami kibel? Wstydziłbyś się! Ten szantaż bazuje na czystym irracjonalizmie, ale właśnie o to chodzi – jechać na emocjach, nieustannie podgrzewać zbiorową histerię, tak by nikt nie miał chwili by ochłonąć i pomyśleć, czy aby to wszystko ma elementarny sens. Bo jak się zastanowić – jaka korzyść płynie z rejsu Grety? Co on ma pokazać? Że ludzkość powinna cofnąć się do epoki żaglowców i w imię redukcji emisji CO2 zrezygnować z transoceanicznego transportu statkami spalinowymi? Joseph Conrad, któremu zdarzało się pomstować na parowce zabijające romantyzm morskich podróży i redukujące rolę człowieka w starciu z siłami natury, byłby zachwycony.

To dlatego doniesienia „Bilda” o ekologicznym absurdzie całej tej rejzy spotkały się z gniewną reakcją ekologistów: nieważne, ile tam tego CO2 poszło do atmosfery, liczy się symbol! Dawanie świadectwa! Zwrócenie uwagi na problemy planety! Zupełnie, jakbyśmy do tej pory nie byli bombardowani tym agit-propem od rana do nocy. Ale nie – my tym misiem otwieramy oczy niedowiarkom i to nie jest nasze ostatnie słowo! I niech mi ktoś powie, że za „ekologizmem” nie stoi kolejna, totalniacka z ducha ideologia...


IV. Nawóz historii

Myślicie Państwo, że przesadzam? A gdzie tam – otóż warto wiedzieć, czym będzie się zajmował szczyt ONZ, który zaszczyci swą obecnością i radykalną przemową nasza „św. Greta od klimatu”. Mianowicie, jednym z tematów będzie przyjęcie raportu IPCC (oenzetowskiej agendy – Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu) poświęconego w znacznej mierze rolnictwu. Na cenzurowanym znalazła się hodowla bydła, mająca odpowiadać za 14,5 proc. globalnej emisji gazów cieplarnianych wytwarzanych za sprawą człowieka, co ma stanowić emisyjny odpowiednik całej branży transportowej. Autorzy postulują zatem ograniczenie produkcji mięsa i zmniejszenie jego spożycia – bo krowy wydalają metan, a poza tym żrą paszę i chleją cenną wodę. Szaleństwo? Niemożliwe? Problem w tym, że doświadczenie uczy, iż takie szajby zawsze zaczynają się od niewinnych początków i tzw. dobrych chęci – a potem, ni stąd ni zowąd, stają się globalnym „standardem” sankcjonowanym przez międzynarodowe konwencje i skrupulatnie egzekwowanym. Niedawno w Niemczech SPD i Zieloni zgłosili projekt podniesienia VAT-u na mięso z 7 do 19 proc., a towarzyszą temu głosy, iż takie rozwiązanie powinno zostać wprowadzone na poziomie unijnym. Przyjęcie raportu IPCC będzie pierwszym krokiem w tym kierunku i „podkładką” do dalszych restrykcji przeciw „mięsożercom” „dewastującym planetę”. Krótko mówiąc – mięso zostanie opodatkowane tak samo, jak energetyka za sprawą limitów CO2.

To jednak nie koniec „klimatycznej pedagogiki wstydu”. Już teraz furorę robi tzw. „flygskam” – czyli po szwedzku „wstyd przed lataniem”, pod który podpięła się Greta Thunberg. Podróż samolotem ma wiązać się z publicznym napiętnowaniem. Zwróćmy uwagę – chodzi już nie tylko o samochody, paliwożerne SUV-y, czy prywatne helikoptery i odrzutowce, ale o zwykłe samoloty rejsowe. Co jeszcze zostawia „ślad węglowy”? W skrócie – wszystko, nawet posiadanie dzieci. Jak oświecili nas naukowcy ze szwedzkiego Lund University oraz kanadyjskiego University of British Columbia, posiadanie dziecka i jego „obsługa” generuje 58,6 tony CO2 rocznie. Widać zatem, że drogie mięso to dopiero wstęp do globalnej depopulacji. Idę zresztą o zakład, że za chwilę pod pręgierz trafi również rolnictwo „roślinne” - i to nie tylko za sprawą szkodliwości nawozów sztucznych, ale także tych naturalnych – bo wszak obornik i gnojówka zawierają ten upiorny, cieplarniany metan...

Do czego to prowadzi? Do wymuszonej biedy. Ludzkość, zwłaszcza ta na Zachodzie, zdaniem ekologistów jest zbyt bogata, zbyt rozpasana. Należy zatem wziąć ją za twarz – by przestała jeść, kupować, mnożyć się (to już się w znacznej mierze udało) i generalnie konsumować. Należy narzucić jej odgórnie życie wg wytycznych „zrównoważonego rozwoju”, co w istocie jest po orwellowsku zakłamanym synonimem ubóstwa i zastoju. Dlatego trzeba doprowadzić do sztucznego zawyżenia wszelkich możliwych kosztów życia – począwszy od prądu, poprzez paliwo, odzież, produkty codziennego użytku, aż po żywność. Oczywiście ów model „zaprogramowanego ubóstwa” w praktyce obowiązywał będzie tylko szare, ludzkie masy – czyli marksistowski „nawóz historii”. Oświecone elity ducha i pieniądza po staremu będą pić szampana w imieniu podległego im ludzkiego bydła. Dobra rada: na widok Grety Thunberg i jej podobnych najlepiej zatkać uszy i uciekać z krzykiem. A jeśli komuś naprawdę leży na sercu zrównoważony tryb życia, to warto zacząć od przestrzegania dni postnych – w ciągu roku trochę się ich uzbiera.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Na podobny temat:

Ekologizm jako narzędzie globalnej oligarchii pieniądza

Wrobieni w CO2

COP24, czyli eko-trolling

Global Warming Industry

Szczyt hipokryzji

Niemcy całe na biało


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 10 (Wrzesień 2019)

Ekologiczne „bareizmy”

W USA w czasach prohibicji funkcjonowała tzw. lecznicza whisky, którą sprzedawano w aptekach. Dlaczego zatem dziś w aptekach nie można by sprzedawać mięsa na receptę?

W poprzednim felietonie („Podatkowy terror klimatyczny”) powiało nieco grozą – a to za sprawą „mięsnego” raportu IPCC niedwuznacznie postulującego globalną redukcję hodowli bydła oraz, co się z tym wiąże – spożycia mięsa i generalnie wszelkich produktów odzwierzęcych. Jak pamiętamy, z podobnym pomysłem wyskoczyli niemieccy Zieloni oraz SPD zgłaszając projekt podniesienia VAT na mięso z 7 do 19 proc. czemu towarzyszyły głosy, iż rozwiązanie to powinno zostać wprowadzone na poziomie całej Unii Europejskiej. Jest to doskonała ilustracja zamordystycznych ciągot tzw. ekologistów, którzy z troski o klimat i środowisko naturalne uczynili ideologię. To klimatyczne „ideolo” wraz z rozprzestrzenianiem się i infekowaniem kolejnych umysłów coraz wyraźniej pokazuje swe totalitarne oblicze i równie totalniacką mentalność jego głosicieli. „Ekologizm” (tradycyjnie przypominam – ekologia to nauka, „ekologizm” to ideologia) w coraz większym stopniu staje się narzędziem kształtującym sprawowanie rządów, modelującym gospodarkę i wreszcie – kontrolującym ludzką świadomość poprzez zmasowaną propagandę. Wszystko w warunkach nominalnie demokratycznych, tyle że owa demokracja na naszych oczach staje się pustym rytuałem, co widać szczególnie na przykładzie krajów zachodniej Europy – kogo by ludzie nie wybrali, efekt jest ten sam, a „Nowy Zielony Ład” (poważnie, jest takie pojęcie, nie zmyśliłem tego) wdziera się w kolejne dziedziny życia, dążąc do wszechogarniającej kontroli. Krótko mówiąc – na naszych oczach rodzi się globalny, zielony totalitaryzm.

Z czasów komuny pamiętamy jednak, iż tego typu model prócz rozmaitych dolegliwości, rodzi również całkiem zabawne absurdy, doskonale uchwycone chociażby w nieśmiertelnych komediach Stanisława Barei. Doczekało się to nawet swej nazwy - „bareizmy”. W Polsce znakomite zadatki na czołową „bareistkę” ma eurodeputowana z ramienia „Wiosny” Biedronia, pani Sylwia Spurek (doktor prawa i była zastępczyni RPO, co akurat nie jest zbyt zabawne), która niedawno wsławiła się feministyczną analizą przemysłu mleczarskiego. Otóż krowy mleczne są oprymowane ze względu... na swoją płeć i zmuszane do dawania mleka. Innymi słowy, pozyskiwanie mleka od krów jest kolejnym przejawem patriarchalnej dominacji i ekonomicznego wyzysku. Pani Spurek nie jest tu zresztą oryginalna, bowiem europejskie miasta widziały już protesty podczas których aktywistki podłączały się do dojarek – kto wie, może będzie nam dane ujrzeć podobny happening w wykonaniu naszej eurodeputowanej? Zastanawiam się, czy znajdzie się litościwa dusza, która wyjaśni pani Spurek, co dzieje się z niewydojoną krową. Otóż ona dopiero wtedy zaczyna naprawdę cierpieć. Bolą ją wymiona i domaga się dojenia głośnym muczeniem. Ale cóż, może wedle pani Spurek taka krowa powinna się poświęcić w imię zielonej (i feministycznej przy okazji) rewolucji? Wszak postęp wymaga ofiar.

Kolejnym „bareizmem” jest postulat globalnej redukcji spożycia mięsa. Jak widzimy na wspomnianym na wstępie przykładzie Niemiec, metodą ma być tyleż radykalne co sztuczne zawyżenie cen produktów mięsnych poprzez ich dodatkowe opodatkowanie. W ten sposób ludzie pod wpływem ekonomicznego przymusu mają gremialnie przerzucić się na „zielonkę”. Problem w tym, iż owa „zielonka” jeśli ma być naprawdę „eko” będzie równie droga – tzw. zdrowa żywność jest teraz niedostępna dla kieszeni przeciętnego konsumenta i obecnie stała się wręcz jednym z wyznaczników materialnego statusu wyższej klasy średniej. Musiałaby zatem być dotowana – pytanie, z czyich pieniędzy? I czy aby ktoś nie uprawia tu lobbyingu na rzecz swej branży?

Zresztą, proponowałbym pójść dalej i po prostu wprowadzić kartki na mięso – ot, co! W ten sposób okazałoby się, że wyszliśmy z socjalizmu tylko po to, by wrócić do niego okrężną drogą, za sprawą „zielonych” lewaków. Ale kartki na mięso to też jedynie półśrodek. Sądzę, że najskuteczniejsze byłoby sprzedawanie mięsa jedynie na receptę. Lekarz wypisywałby druczek, że pacjent ze względu dietetyczno-zdrowotnych ma prawo do jednego kotleta, bądź bitki wołowej tygodniowo. Jest nawet historyczny precedens – mianowicie, w USA w czasach prohibicji funkcjonowała tzw. lecznicza whisky, którą sprzedawano w aptekach. Dlaczego zatem dziś w aptekach nie można by sprzedawać mięsa na receptę?

Ponieważ jednak u lewactwa kojarzenie związków przyczynowo-skutkowych jest mocno zaburzone, zatem w ramach dnia dobroci dla niekumatych wyjaśniam, iż efektem ubocznym takiego sztucznego zmniejszenia popytu na produkty odzwierzęce byłaby potworna, masowa rzeź zwierząt hodowlanych, których obecnie jest na świecie kilka miliardów. A może to również musi się dokonać w imię postępu i „zielony” humanitaryzm na tę okoliczność powinien pójść w odstawkę? Skoro w przeszłości „nawozem historii” mogli być ludzie... No chyba, że na wzór indyjski zafundujemy sobie stada świętych krów kroczących dostojnie Marszałkowską pod czułą opieką pani Spurek z ekologiczną, wierzbową witką w dłoni.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Podatkowy terror klimatyczny

Greta Thunberg i klimatyczna pedagogika wstydu


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 36 (06-12.09.2019)

Podatkowy terror klimatyczny

Jeśli raport IPCC zostanie przyjęty (a pewnie zostanie), będzie stanowić „podkładkę” do wywierania międzynarodowego nacisku na opodatkowanie mięsa.

„Internety” miały ostatnio kilka chwil szczerej „beki” z eko-absurdów – a to za sprawą transatlantyckiej rejzy 16-letniej Grety Thunberg, szwedzkiej „celebrytki klimatycznej”, która, by nie pozostawiać za sobą „śladu węglowego”, postanowiła udać się na wrześniowy szczyt klimatyczny ONZ w Nowym Jorku „zeroemisyjnym” jachtem, użyczonym jej na tę okoliczność przez księstwo Monaco. Na pozór wszystko wydawało się super „eko” - jacht wyposażono w panele słoneczne i jest „oszczędny” do tego stopnia, że nie ma na nim nawet prysznica i toalety. Hmm, z opowieści żeglarskich z dawnych czasów wiadomo, że niegdyś „te rzeczy” załatwiało się na rufie, a myto się w morskiej wodzie wciąganej kubłem przez burtę – czyżby czekał nas powrót do tej tradycji? A co z zanieczyszczaniem oceanu produktami przemiany materii? No, ale mniejsza z tym, bo wkraczamy w krępujące tematy. W każdym razie, niemieckie media doniosły, iż cała logistyka wokół „czystego” rejsu będzie skutkowała kilkukrotnie większą emisją CO2, niż gdyby Greta wraz z towarzyszącym jej ojcem zwyczajnie poleciała do Ameryki samolotem. Raz, że do Nowego Jorku musi polecieć 5-osobowa załoga, która sprowadzi jacht z powrotem; dwa, że obecna załoga też będzie musiała powrócić drogą lotniczą, bo tych morskich atrakcji w spartańskich warunkach będą mieli dość po wycieczce w jedną stronę. Nie bez znaczenia jest też sponsor – księstwo Monaco słynie bowiem nie tylko z jak najbardziej „emisyjnych” wyścigów Formuły1, ale również z tego, że stanowi przystań dla wyklinanych przez aktywistów klimatycznych największych i najbardziej paliwożernych jachtów świata. Domyślam się, że panienka Thunberg przed swoim wystąpieniem na forum ONZ jednak umyje się jak normalny człowiek w hotelu – a potem gładko wyleci samolotem do Chile, gdzie ma zamiar wziąć udział w kolejnym szczycie - COP25. Ot, pusta „pokazucha”, typowa dla „ekologistów” (nieustająco w takich sytuacjach przypominam – ekologia to nauka, natomiast „ekologizm” to ideologia). Bo niby co taki rejs ma nam uświadomić – że powinniśmy przestawić się na żaglowce, które dziś stanowią ekskluzywną rozrywkę dla najbogatszych? Joseph Conrad, który pomstował na bezduszne parostatki zabijające romantyzm morskich podróży byłby wniebowzięty.

Ale, w zasadzie dlaczego dzielna potomkini Wikingów postanowiła śladem swych przodków wyprawić się za ocean? I tu już robi się mniej wesoło, bowiem na nowojorskim szczycie ONZ ma zostać przyjęty niedawny, alarmistyczny raport IPCC (Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu) – oenzetowskiej agendy, która w ramach „walki z klimatem” postanowiła ostatnio wskazać karcącym palcem rolnictwo, a konkretnie hodowlę bydła. Otóż rolnictwo ma odpowiadać za 1/4 emisji gazów cieplarnianych produkowanych przez człowieka, w której to wartości zawiera się 14,5 proc. gazów (głównie metanu) wydalanych przez bydło. Krowy mają ponoć emitować tyle samo gazów, co cała branża transportowa (samochody, statki, samoloty) razem wzięta! Wskutek powyższego, w ramach powstrzymywania „zmian klimatycznych” ludzie powinni ograniczyć spożycie mięsa. Jest to zresztą postulat propagowany od lat przez różne organizacje zawodowych „ekologistów” - np. Greenpeace.

Nawet nie próbuję dociekać, w jaki sposób uczeni oszacowali tę „krowią” emisję. Zauważę tylko, że pokarm roślinny jest mniej kaloryczny od zwierzęcego, więc człowiek żeby się najeść musiałby wtrząchnąć wielokrotnie więcej „zielonki”, co jako żywo przypomina stary dowcip o rozmowie sowieckiego i amerykańskiego żołnierza. Gdy Amerykanin pochwalił się wartością kaloryczną racji żywnościowych w US Army, radziecki sołdat zaprotestował: „Kłamiesz! Nikt nie zje dziennie 30 kilo ziemniaków!”. W raporcie IPCC są również przytomne uwagi – choćby taka, że w krajach zamożnych ludzie masowo cierpią na otyłość, a w biednych wciąż chodzą niedożywieni – ale to jest kwestia globalnej redystrybucji dóbr, a nie wina hodowli zwierząt per se.

Szkopuł w tym, że jeśli raport IPCC zostanie przyjęty (a pewnie zostanie), stanowić on będzie „podkładkę” do wywierania międzynarodowego nacisku na opodatkowanie mięsa – na takiej samej zasadzie, jak opodatkowano energetykę „kwotami” CO2. Już teraz w Niemczech SPD i Zieloni zgłosili projekt podniesienia VAT na mięso z 7 do 19 proc. W zamian rolnicy mieliby otrzymać rekompensaty na „restrukturyzację” produkcji w kierunku bardziej „zrównoważonej”. Rolnicy, rolnikami – ale drakońska podwyżka uderzy głównie w konsumentów. Nie muszę chyba dodawać, że odbije się to na najuboższych warstwach społeczeństwa, dla których mięso stanie się niczym przed wiekami rarytasem jedzonym kilka razy do roku, zaś dla zamożniejszych – wyznacznikiem statusu, podobnie jak dziś droga eko-żywność. Co gorsza, pojawiają się głosy, że aby rozwiązanie było kompleksowe, należałoby je wprowadzić na poziomie Unii Europejskiej – i tu robi się już naprawdę groźnie. A nie prościej powrócić do tradycji przestrzegania dni postnych? Byłoby „eko”, „fit” i „vege”...


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 34-35 (23.08-05.09.2019)

niedziela, 13 stycznia 2019

Plastikowa hipokryzja

Już widzimy, skąd ta nagła troska Unii o morza i oceany. Gdyby nie chiński zakaz, wszystko pozostałoby z grubsza po staremu.

Jakoś tak się złożyło, że za sprawą katowickiego szczytu klimatycznego ostatnie felietony poświęciłem różnym kosztownym eko-absurdom i hipokryzji towarzyszącej ogólnoświatowej „walce z klimatem”. Dziś będzie coś w rodzaju suplementu, dotykającego wprawdzie nieco innej tematyki, ale z tej samej parafii – bo wszak na samym „globalnym ociepleniu” aktywność ekologistów się nie kończy. Jak wiemy, w minionym roku Unia Europejska postanowiła uszczęśliwić swych poddanych (bo o obywatelach w kontekście słynnych unijnych „deficytów demokracji” trudno mówić) dalece idącymi obostrzeniami dotyczącymi używania plastikowych wyrobów. I tak, Parlament Europejski zagłosował za dyrektywą stanowiącą, że do 2021 r. zniknąć mają różnego rodzaju „jednorazówki” - plastikowe słomki do napojów, sztućce, talerzyki czy patyczki higieniczne. Ponadto, do 2025 r. radykalnemu ograniczeniu ma zostać poddane stosowanie opakowań z tworzyw sztucznych w rodzaju pudełek na kanapki czy lody. Na cenzurowanym znalazły się też m.in. filtry papierosowe zawierające plastik, sprzęt rybacki i plastikowe butelki, które mają być w 90 proc. recyklingowane.

Skąd jednak wzięła się ta nagła krucjata przeciw tworzywom sztucznym? Oficjalnie podaje się, że plastik przyczynia się w ogromnym stopniu do zanieczyszczania oceanów – i to akurat jest prawda. Ale dlaczego przodownictwo w walce z plastikiem wzięła na swoje barki akurat Europa, która oficjalnie stosunkowo najmniej zaśmieca środowisko morskie? I tu zaczyna robić się ciekawie. Otóż niedawno naukowcy z Centrum Helmholtza ds. Badań Środowiskowych (UFZ) w Lipsku opublikowali wyniki badań z których wynika, że 80-95 proc. plastikowych odpadów trafia do oceanów za pośrednictwem 10 wielkich rzek z Azji i Afryki. Są to: Jangcy, Indus, Rzeka Żółta, Hai He, Ganges, Rzeka Perłowa, Amur i Mekong (Azja) oraz Nil i Niger (Afryka). Cechą wspólną regionów świata stanowiących dorzecza tych rzek jest to, że z jednej strony globalne koncerny lokują tam najbardziej „toksyczne” ogniwa swoich cykli produkcyjnych; z drugiej – upychają w nich nadprodukcję poprzez eksport i „pomoc humanitarną” (rozkładając przy okazji miejscową wytwórczość); z trzeciej wreszcie – wzmiankowane obszary Azji i Afryki pełnią rolę globalnych wysypisk śmieci. Tak więc, Zachód tradycyjnie pokazywał czyste rączki, przerzucając problem na drugi koniec świata.

No dobrze, czyżby zatem Europę ruszyło sumienie i zdecydowała się zaprzestać tego procederu? Oczywiście, nic z tych rzeczy, prawda jest o wiele bardziej prozaiczna. Tak się bowiem składa, że do tej pory gros europejskich odpadów absorbowały Chiny (m.in. do powtórnego przetworzenia, co jednak generowało olbrzymie straty środowiskowe). To się skończyło od początku 2018 r., kiedy to Chiny wprowadziły zakaz importu 24 rodzajów śmieci – w tym „domowego” plastiku (a więc „jednorazówek”, którym właśnie wydała wojnę UE), odpadów wydobywczych czy tekstyliów (również zawierających często tworzywa sztuczne). Do tego momentu do Chin trafiało nawet ponad 50 proc. globalnej „produkcji” odpadów z tworzyw sztucznych, zaś kraje UE „eksportowały” tam grubo ponad 80 proc. swoich plastikowych śmieci. Wyjątkowo boleśnie chińskie embargo uderzyło w Niemcy, które zużywają najwięcej (ponad 24 proc.) tworzyw sztucznych w Europie i są jednym z głównych „wytwórców” tego typu odpadów. Ponadto dotąd, wbrew rozpowszechnionemu mniemaniu, w Niemczech tylko w połowie poddawano je recyklingowi, resztę spalając lub wysyłając właśnie do Chin. Po wprowadzeniu przez Pekin obostrzeń stanęły przed groźbą szybkiego utonięcia w śmieciach. Na marginesie, warto zwrócić uwagę na wciąż nierozwiązany problem przemytu nielegalnych odpadów do Polski, która dla Niemiec (i nie tylko) pełni rolę „zapasowego wysypiska”.

Tak więc, już widzimy skąd ta nagła troska Unii o morza i oceany. Gdyby nie chiński zakaz, wszystko pozostałoby z grubsza po staremu. Ponadto, wciąż pozostaje kilka wątpliwości. Po pierwsze, dotąd koszty wszystkich odgórnych, ekologicznych regulacji uderzały w zwykłych obywateli – w cenach wywozu śmieci, paliwa, energii elektrycznej itp. – i można przypuszczać, że podobnie będzie i tym razem. Po drugie, ograniczenie „plastików” na rynku europejskim to jedno – ale co z eksportem towarów z tworzyw sztucznych? Co z tymi wzmiankowanymi wyżej dorzeczami rzek w Azji i Afryce z których śmieci spływają do Pacyfiku, Atlantyku i Oceanu Indyjskiego? No i wreszcie, plastikowe jednorazówki trzeba będzie czymś zastąpić - zapewne głównie produktami z papieru i drewna, a do tego potrzeba gigantycznych ilości surowca, którego nie „wyrąbie” się w Europie. Pytanie, czy nie skończy się jak z biopaliwami, które również miały „chronić planetę”, a przyczyniły się do dewastacji lasów tropikalnych masowo wycinanych pod plantacje palm olejowych. Krótko mówiąc - my będziemy mieli może trochę czyściej (i drożej), ale za to zniknie jeszcze więcej tak miłych ekologom lasów deszczowych, a świat po staremu będzie tonął w śmieciach.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 02 (11-17.01.2019)

piątek, 4 stycznia 2019

Ekologizm jako narzędzie globalnej oligarchii pieniądza

Na COP24 organizacje ekologiczne grzmiały, że należy odejść od spalania węgla do 2030 r. - czyżby właśnie w tych okolicach czasowych planowano inaugurację nowej waluty?

I. CO2 i nowy pieniądz światowy

Znany chiński ekonomista Song Hongbing w drugim tomie swojego cyklu „Wojna o pieniądz” („Świat władzy pieniądza”) postawił tezę, że ogólnoświatowa histeria na punkcie dwutlenku węgla i presja na ograniczenie jego emisji ma sprawić, że to właśnie CO2 stanie się jednym z komponentów przyszłej globalnej waluty. Po prostu, podchodząc zdroworozsądkowo do zagadnienia – szczególnie, jeśli weźmie się pod uwagę, jakie potęgi (w tym finansowe) są zaangażowane w „promowanie” CO2 i jaki nacisk polityczno-propagandowy towarzyszy kolejnym konferencjom klimatycznym – nie sposób znaleźć innego, racjonalnego wyjaśnienia. Mechanizm stojący za nowym, ogólnoświatowym pieniądzem byłby podobny do niegdysiejszych środków płatniczych opartych na parytecie złota (które zresztą ma stać się kolejną częścią składową przyszłej waluty). Ponieważ jednak sama podaż złota nie wystarczy do obsługi rozwijającej się gospodarki, więc potrzebny jest jako uzupełnienie element bardziej elastyczny, którego ilość można by kreować w zależności od bieżącego zapotrzebowania i prognoz ekonomicznych. I do tego celu dwutlenek węgla nadaje się idealnie. Aby jednak CO2 odegrał przewidzianą dla niego rolę, musi spełnić kilka warunków. Po pierwsze, należy nadać mu wartość – i temu ma właśnie służyć ograniczanie jego emisji, w ten sposób bowiem staje się poszukiwanym, rzadkim dobrem – niczym kruszec. Po drugie, jego produkcję należy uczynić przedmiotem ścisłej reglamentacji – i po to właśnie wprowadzono kwoty CO2. Po trzecie wreszcie – oba poprzednie punkty należy wprowadzić w globalnej skali, bez żadnych wyjątków. Wystarczy bowiem jedno wyłamujące się państwo, by cały projekt diabli wzięli. Mówiąc całkiem dosłownie, taki buntownik, nie stosując się do narzuconych limitów emisyjnych, odgrywałby rolę globalnego „fałszerza” pieniądza, podrywając zaufanie i obniżając jego wartość. Tutaj zatem niezbędny jest system międzynarodowych sankcji – kary finansowe, embarga, blokady inwestycyjne i polityczny ostracyzm.

Dlaczego ten nowy system finansowy jest potrzebny? Wg Songa (Song – to nazwisko, Hongbing - imię) związane jest to z nadchodzącym bankructwem systemu dolarowego, bowiem dziś to głównie dolar pełni rolę światowej waluty rozliczeniowej. Autor przewiduje krach na 2051 r. - wtedy, biorąc pod uwagę narastanie zadłużenia amerykańskiej gospodarki, odsetki przekroczą łączną wartość dochodu Amerykanów. Jednak, aby przejście na nową walutę odbyło się bez zakłóceń, powinna ona zostać wprowadzona odpowiednio wcześniej – tu przypomnijmy sobie historię euro, które „wirtualnie” funkcjonowało na długo przed wprowadzeniem go do „realnego” obiegu. USA dzięki temu zabiegowi porzuciłyby zbankrutowanego dolara, uwalniając się od długów i płynnie przesiadłyby się na nowy środek płatniczy, zachowując pozycję światowego hegemona i mając wpływ na globalny „bank emisyjny” tak, jak mają obecnie na Bank Światowy czy MFW. Oczywiście, bankiem tym zarządzaliby ci sami, co zawsze – globalna oligarchia finansowa (tak jak dziś np. FED-em), oficjalnie formując Rząd Światowy. W tym nowym porządku, rzecz jasna, krajowe waluty nie wytrzymałyby konkurencji i naporu spekulacyjnego, zatem poszczególne państwa chcąc nie chcąc przeszłyby na nowy pieniądz, pozbawiając się tym samym resztek realnej suwerenności – podobnie jak teraz podrzędne gospodarki strefy euro, tylko do n-tej potęgi.


II. Global Warming Industry

Chiński analityk start nowego pieniądza przewiduje na 2024 rok – ale akurat do tej daty nie przywiązywałbym większej wagi, równie dobrze może się wszystko nieco opóźnić. Rzecz jednak w tym, że patrząc pod kątem zarysowanej tu hipotezy, wszystko wydaje się potwierdzać. Liczące się państwa jak tylko mogą, powiększają swoje rezerwy złota (składnik nr1 przyszłego pieniądza) lub sprowadzają swe zasoby kruszcu zza granicy. Prócz posiadających największe rezerwy Stanów Zjednoczonych dotyczy to m.in. takich krajów jak Rosja, Chiny, Niemcy, Turcja. Również Polska w ostatnim czasie stara się w miarę możności powiększać swe zasoby.

Jednak najciekawsze jest to, co dzieje się z CO2. Od tego roku bowiem kwoty dwutlenku węgla zostały poddane urynkowieniu - tym samym „wypłukiwanie złota z powietrza” w postaci handlu emisjami weszło w nową fazę. Od 1 stycznia 2018 r. uprawnienia emisyjne stały się instrumentem finansowym, a co za tym idzie, fundusze inwestycyjne rzuciły się do skupowania i spekulacji. Efekt? Cena pozwoleń podskoczyła o 150 proc. - co polska gospodarka boleśnie odczuje już od przyszłego roku w postaci drastycznych podwyżek cen energii. W ten oto sposób osiągnięto cel w postaci uczynienia CO2 wartościowym, rzadkim „kruszcem”, nadającym się na „parytet” dla przyszłej waluty.

Teraz już chyba lepiej rozumiemy, skąd ten nieprzytomny zdawałoby się pęd krajów rozwiniętych do przechodzenia na „zielone” technologie i eksportowanie „brudnych” ogniw produkcji na peryferia, np. do krajów Trzeciego Świata. W nowej rzeczywistości bowiem wygranymi będą ci, którzy „oczyszczą” swą gospodarkę, zachowując rezerwy emisyjne na „eksport”, a przegranymi i wiecznymi, ubezwłasnowolnionymi dłużnikami – kraje zmuszone do ciągłego kupowania limitów CO2. To dlatego Niemcy stawiają na potęgę wiatraki, a Macron ogłasza program „transformacji ekologicznej”. I dlatego też tak bardzo znienawidzony jest Donald Trump, który odchodząc od tzw. Porozumienia Paryskiego postawił cały projekt pod znakiem zapytania.

I na tym, z grubsza rzecz ujmując, zasadza się światowa panika na punkcie „globalnego ocieplenia” kładąca główny nacisk na „dekarbonizację” i dwutlenek węgla (dodajmy, że ludzka aktywność odpowiada zaledwie za 4 proc. jego całkowitej emisji). Warto z tej perspektywy spojrzeć na tegoroczny szczyt klimatyczny COP24 w Katowicach, na którym organizacje ekologiczne grzmiały, że należy bezwarunkowo odejść od spalania węgla do 2030 r. - rzekomo, by ograniczyć wzrost temperatury do 1,5ºC. Czyżby właśnie w tych okolicach czasowych planowano inaugurację nowej waluty?

Przed Polską, niestety, rysują się kiepskie perspektywy – głównie za sprawą zaakceptowanego przez rząd Tuska unijnego pakietu klimatycznego zakładającego redukcję emisji CO2 o 20 proc. do 2020 r. Gdyby za stan bazowy przyjąć rok 1988, jak zakładał protokół z Kioto, wówczas bylibyśmy wśród wygranych – bowiem zamiast wymaganych 6 proc., obniżyliśmy (głównie za sprawą upadku PRL-owskiego przemysłu) już do 2005 r. emisję CO2 aż o 31,9 proc. - co dawało nam ogromną nadwyżkę. Niestety, UE narzuciła nam jako rok wyjścia właśnie 2005, co sprawiło, że zostaliśmy z niczym i cała poprzednia redukcja dwutlenku węgla poszła na marne. I o to zapewne właśnie chodziło, byśmy stanęli na z góry przegranej pozycji, stając się wiecznym klientem Global Warming Industry – że sparafrazuję tytuł książki Normana Finkelsteina. Zwróćmy uwagę, że mamy tu podobne sprzężenie propagandy i pasożytniczego biznesu - i kręcą się przy tym podobnego typu ludzie.


III. Droga do zniewolenia

No dobrze, ale nawet zakładając, że kraje rozwinięte dokonają pomyślnej „transformacji ekologicznej” przestawiając się na bezemisyjną gospodarkę, to cena takiego przedsięwzięcia będzie gigantyczna. Kto ją pokryje? Ci co zawsze – zwykli obywatele, o czym właśnie przekonują się Francuzi, na których rząd przerzuca koszty odchodzenia od samochodów spalinowych, co stało się przyczyną buntu „żółtych kamizelek”. Zyski natomiast mają trafić do 1 procenta najbogatszych – „warstwy przywódczej” stojącej na czele globalnych koncernów. Idealnym narzędziem tresury jest tu straszak globalnego ocieplenia głoszonego przez skorumpowane lub zastraszone śmiercią zawodową elity naukowe i eko-aktywistów rekrutujących się z cynicznych pieczeniarzy oraz zindoktrynowanych durniów. Dzieje się tak, gdyż warunkiem niezbędnym do przeprowadzenia omawianego tu planu jest wzięcie ludzkości w twarde karby, to zaś wymaga eliminacji klasy średniej – jedynej wewnątrzsterownej warstwy społecznej, mogącej stanowić w swej masie źródło oporu przeciw „nowemu, wspaniałemu światu”. Dlatego należy ją zlikwidować - spauperyzować i przygiąć do ziemi podstawowymi kosztami życia i podatkami; zmienić w bezwolną, sprekaryzowaną, wiecznie niepewną jutra masę, uzależnioną od łaski swych nowych właścicieli. Stąd podmywanie chrześcijańskiej cywilizacji - czyli sił duchowych; ogłupianie masową rozrywką i dewiacjami - czyli osłabianie sił intelektualnych; a wreszcie - pozbawianie własności, czyli niszczenie materialnych podstaw egzystencji. To wszystko już się odbywa na naszych oczach - i być może dokona jeszcze za naszego życia.

Na szczęście, w ludziach coś się budzi – rosną w siłę ruchy antysystemowe, czego najnowszym przejawem jest bunt „żółtych kamizelek”. Czy z ich rewolty coś wyniknie, czy rozpłyną się w niebycie jak ruch „Occupy Wall Street”? Dziś trudno orzec – ale warto pamiętać, że to tego typu nastroje wyniosły w Ameryce do władzy Trumpa.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Wrobieni w CO2

COP24, czyli eko-trolling

Global Warming Industry

Szczyt hipokryzji


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 24-01 (19.12.2018-15.01.2019