Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klimatyzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klimatyzm. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 lutego 2020

COP25 – festiwal hipokryzji

Idę o zakład, że gdybyśmy w Polsce opracowali zeroemisyjną technologię spalania węgla, to i tak pozostalibyśmy na cenzurowanym – bo węgiel tak czy inaczej jest ideologicznie „trefny”.

Szczyt klimatyczny COP25 w Madrycie zakończył się fiaskiem – załamują ręce postępowe media. I to jest, proszę Państwa, bardzo dobra wiadomość. Nie mam oczywiście złudzeń, że Global Warming Industry dopnie w końcu swego i zafunduje światu zielony totalitaryzm z ideologiczno-religijną podbudową w postaci doktryny „klimatyzmu” - ale jeszcze nie teraz, jeszcze mamy chwilę oddechu. Cieszmy się zatem energią elektryczną na którą (z coraz większym trudem, ale jednak) jeszcze nas stać, ogólnie dostępną benzyną i wciąż w miarę tanim mięsem – zanim sfanatyzowani ekologiści to wszystko opodatkują do tego stopnia, że powyższe dobra (jak to niegdyś bywało) staną się luksusem dostępnym jedynie najbogatszym warstwom i wyznacznikiem statusu społecznego elit „Nowego Zielonego Ładu”.

Póki co jednak, na COP25 doszedł do głosu elementarny rozsądek i chłodna kalkulacja kosztów – głównie ze strony państw, które mogą najwięcej stracić na „zielonej transformacji”, za co zostały pryncypialnie zbesztane jako egoistyczni hamulcowi ekologicznej rewolucji. W efekcie, mimo przedłużenia negocjacji o niemal dwie doby, uczestnicy nie doszli do porozumienia i rozjechali się do domów bez podjęcia kolejnych „celów” i „zobowiązań”. Poszło głównie o handel emisjami CO2 i sposoby liczenia redukcji emisji. Dyżurnym „czarnym ludem” stała się Brazylia rządzona przez konserwatywnego „klimatosceptyka” Jair'a Bolsonaro – ale, należy dodać, wspieranego również przez inne państwa, takie jak Australia czy Indie. Bolsonaro podpadł już tym, że nie zgodził się, by Brazylia pełniła rolę gospodarza tegorocznej klimatycznej szopki, ale ma na sumieniu również znacznie poważniejsze „grzechy” – domagał się mianowicie, by do bilansu emisji CO2 wliczać dwutlenek węgla absorbowany przez amazońską dżunglę, wskutek czego Brazylia mogłaby eksportować „nadwyżki” praw redukcyjnych. Podniósł się niebywały rejwach, a brazylijskiego przywódcę oskarżono o „oszustwo” i „fałszowanie” statystyk emisyjnych.

I tu jak w soczewce widzimy całą hipokryzję towarzyszącą światowej debacie na temat emisji gazów cieplarnianych. W skrócie wygląda to następująco: jeżeli rozwinięte gospodarki wyprowadzają najbardziej „brudne” etapy swojej produkcji przemysłowej na drugi koniec świata, zapisując sobie dzięki temu „klimatyczne sukcesy” w walce z „globalnym ociepleniem” i opylając zaoszczędzone kwoty CO2 na światowych rynkach - wtedy szafa gra, nikt się nie czepia. Lecz jeżeli kraj taki jak Brazylia chce wykorzystać w tym samym celu gigantyczny zasób jaki ma do dyspozycji w postaci lasów deszczowych – o, nie ma mowy, nie dla psa kiełbasa. Ta druga, gorsza część świata jest od tego, by była „importerem” tego współczesnego handlu powietrzem i przy okazji zarżnęła własny przemysł i energetykę, wypadając z rynku. Nie będzie jakaś tam Brazylia robiła Niemcom konkurencji. Widać zatem wyraźnie, że w tej rozgrywce nie chodzi o redukcję emisji CO2 jako taką, lecz o sposób jej „redukowania” i dominację w globalnej gospodarce. Czysty kolonializm. Idę o zakład, że gdybyśmy w Polsce opracowali zeroemisyjną technologię spalania węgla, to i tak pozostalibyśmy na cenzurowanym – bo węgiel tak czy inaczej jest ideologicznie „trefny”, a do tego wciąż mielibyśmy stosunkowo suwerenną energetykę opartą na rodzimych zasobach, zamiast kupować „zielone technologie” i „czysty” prąd od tych, którzy ostrzą sobie zęby na nasz rynek. I, podobnie jak w przypadku Brazylii, zarzucano by nam „oszustwo” klimatyczne oraz odmawiano prawa do sprzedawania nadwyżek emisyjnych.

Kolejna rzecz – szereg krajów domagał się gwarancji stworzenia mechanizmu finansowego mającego zrekompensować koszty przemodelowania gospodarek pod kątem redukcji emisji CO2. Bez efektu, bo wszak obecni potentaci spod znaku Global Warming Industry nie po to pchają ciężkie miliardy w dotowanie zielonej energii, by jeszcze kogokolwiek sponsorować.

I tu dochodzimy do wielkiego oszustwa, jakim jest rzekoma nieopłacalność pozyskiwania energii z tradycyjnych źródeł – a z drugiej strony, równie rzekoma opłacalność „taniej” energetyki opartej na OZE. Otóż efekt ten osiągnięto w sposób skrajnie sztuczny, za pomocą dwóch symultanicznych zabiegów – ceny energii węglowej zawyżono poprzez jej opodatkowanie kwotami CO2 (tylko w ciągu ostatnich trzech lat cena emisji CO2 na europejskich giełdach ICE i EEX wzrosła pięciokrotnie - z 5 do 25 euro za tonę). Z kolei europejski lider energii odnawialnej, czyli Niemcy, dotuje produkcję opartą na OZE kwotami rzędu dwudziestu kilku miliardów euro rocznie, zaburzając przy okazji swoim dumpingiem cały europejski rynek. Ale jest to dumping słuszny, postępowy, więc nikt nie protestuje. Problem w tym, że nie sposób dopłacać do produkcji prądu na taką skalę w nieskończoność, stąd Niemcy już nie mogą wytrzymać, by zdławić do reszty węglową konkurencję w innych krajach (głównie w Polsce) i wkroczyć na zdobyty teren – po czym nagle skończą z dotacjami, urealniając ceny. I wtedy dopiero zapłaczemy...


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Ekoterroryzm dotarł do Polski

Futerkowe obsesje Czabańskiego

Bez futra do Europy

Ekologiczne bareizmy

Podatkowy terror klimatyczny

Greta Thunberg i klimatyczna pedagogika wstydu

Ekologizm jako narzędzie globalnej oligarchii pieniądza


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 51-52-01 (20.12.2019-09.01.2020)

czwartek, 5 grudnia 2019

Ekoterroryzm dotarł do Polski

Organizacje eko-terrorystyczne tworzą nieformalną, międzynarodową siatkę, wymieniając się doświadczeniami i know-how. Teraz ich metody dotarły również do Polski.

Żarty się skończyły. Eko-fanatycy walczący z polską branżą futerkową przeszli od działań propagandowych i lobbyingowych do akcji stricte terrorystycznych, o jakich dotąd jedynie słuchaliśmy w doniesieniach zza oceanu i zachodniej Europy. Ich ofiarą padł Szczepan Wójcik – hodowca zwierząt futerkowych i znany działacz lobbujący na rzecz ocalenia tego sektora polskiego rolnictwa przed zakusami motywowanych ideologicznie „ekologów” i pozostających pod ich wpływem polityków – również z partii rządzącej. Jak pamiętamy, w poprzedniej kadencji Sejmu mało brakowało, by przeforsowano (i to z osobistym poparciem Jarosława Kaczyńskiego, który nawet nagrał spot wspólnie z jedną z organizacji „ekologicznych”) ustawę zakazującą hodowli zwierząt na futra. Skuteczna akcja hodowców oraz po prostu zdroworozsądkowo myślących ludzi, sprzeciwiających się likwidacji jednej z nielicznych dziedzin gospodarki znajdującej się niemal w całości w polskich rękach i w której jesteśmy światowym potentatem, udaremniła te zakusy, lecz jak widać, nie oznacza to końca batalii. (Pisałem o tym niemal równo dwa lata temu w felietonie „Bez futra do Europy” - „GF” nr 47/2017).

Wieści dochodzące z Sejmu wskazują, że w bieżącej kadencji projekt znów znajdzie się „na tapecie” - i to pomimo tego, że jeden z głównych jego orędowników, Krzysztof Czabański (PiS), został przez wyborców odprawiony z kwitkiem i stracił mandat poselski. W zamian jednak, do głosu doszło grono nowych, skrajnie lewicowych „ekologistów” (tradycyjnie przypominam – ekologia to nauka, „ekologizm” to ideologia), których celem jest już nie tylko sama branża futerkowa, lecz generalne ograniczenie zwierzęcej produkcji rolnej – w tym także hodowli mięsnej i przetwórstwa mlecznego. Są oni powiązani (podobnie, jak dzieje się to na Zachodzie) z „prozwierzęcymi” radykalnymi organizacjami, często finansowanymi zza granicy, które gotowe są imać się wszelkich środków, by dopiąć celu. Do tej pory można było się śmiać z nawiedzonych bredni o „gwałceniu krów” - teraz jednak te majaczenia zaczynają być przekuwane w bandyckie działania oparte na jawnej przemocy.

Jak donoszą m.in. money.pl czy wSensie.tv, wkrótce po tym, jak w połowie listopada Szczepan Wójcik udzielił „Dziennikowi Gazecie Prawnej” obszernego wywiadu pt. „Bym przestał walczyć trzeba mnie zabić”, doszło – w ciągu dwóch tygodni – do trzech pożarów w należących do niego gospodarstwach. Scenariusz zawsze był podobny – ogień wybuchał w nocy, w miejscach położonych poza zasięgiem kamer monitoringu, w pobliżu wejść do hal produkcyjnych lub gospodarstw. Pierwszy pożar miał miejsce trzy dni po ukazaniu się wspomnianego wywiadu - spłonęła hala wraz z liniami produkcyjnymi i maszynami oraz sprzętem do produkcji mączki mięsno-kostnej, a straty wyniosły 60 mln. zł. Dwa dni później, w innym gospodarstwie ogień strawił świeżo wyremontowaną stodołę i 4 tys. ton słomy (straty – ok. 2 mln. zł., właściciel nie zdążył ubezpieczyć obiektu). Po kilku dniach trzeci pożar wybuchł w kolejnej hali, przynosząc straty rzędu kilkuset tysięcy złotych – tym razem ponoć pierwszy trop wskazuje na zwarcie instalacji elektrycznej, pytanie czy do zwarcia nie doprowadził ktoś celowo, bo tych „nieszczęśliwych przypadków” jest podejrzanie dużo. Jak twierdzi Szczepan Wójcik, czegoś podobnego nie przeżył przez 20 lat prowadzenia działalności.

Powyższy modus operandi zazębia się z podobną aktywnością eko-terrorystów na Zachodzie. 12 września 2018 r. we włoskiej miejscowości Scorzè podpalono biuro i magazyn na tamtejszej fermie futrzarskiej – jak chwalili się „aktywiści”, straty wyniosły 300 tys. euro. Dwa lata wcześniej, w tym samym miejscu podpalono firmowe samochody i wypuszczono ok. tysiąca norek – nawiasem, najprawdopodobniej i tak skazując te zwierzęta, nieprzywykłe do funkcjonowania w naturze, na śmierć. W tymże 2018 r. eko-anarchiści z ruchu ALF (Animal Liberation Front) podpalili rzeźnię we francuskiej miejscowości Hotonnes, używając do tego celu ośmiu „urządzeń zapalających”, zaś w innych francuskich miastach doszło do licznych napaści i dewastacji sklepów mięsnych oraz restauracji serwujących mięsne potrawy – a to tylko kilka pierwszych z brzegu „akcji bezpośrednich”.

Organizacje tego typu tworzą nieformalną, międzynarodową siatkę, wymieniając się doświadczeniami i terrorystycznym know-how. Teraz ich metody dotarły również do Polski, ewidentnie mając na celu zastraszenie hodowców oraz ich lidera, który ponadto dał się poznać ze swych jednoznacznie prawicowych, konserwatywnych poglądów. Dodajmy, iż Szczepan Wójcik uczestniczył również w proteście holenderskich rolników, których tamtejszy rząd chce zmusić do redukcji pogłowia bydła o połowę, motywując to walką z emisją gazów cieplarnianych. Za tym całym szaleństwem stoją dwie ideologie: „anty-gatunkizm” zrównujący ze sobą ludzi i zwierzęta oraz świecka religia „klimatyzmu” w imię której dąży się do odgórnego ograniczenia spożycia mięsa. Witamy w epoce zielonego terroru.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Futerkowe obsesje Czabańskiego

Bez futra do Europy

Ekologiczne bareizmy

Podatkowy terror klimatyczny

Greta Thunberg i klimatyczna pedagogika wstydu

Ekologizm jako narzędzie globalnej oligarchii pieniądza


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 48 (29.11-05.12.2019)

niedziela, 29 września 2019

Dziecięca krucjata Global Warming Industry

Macherom stojącym za plecami „oddolnego” ruchu klimatycznego marzy się najwyraźniej powtórka z rewolty roku 1968 – tym razem jednak nie pod czerwonym, a pod „zielonym” sztandarem.

„Niech młodzi ludzie protestujący w Europie pojadą manifestować do Polski i pomogą mi przekonać tych, których ja nie mogę” - powiedział dziennikarzom Emmanuel Macron, odpytywany na okoliczność opóźnień w realizacji unijnej polityki klimatycznej. Wszystko w kontekście ONZ-owskiego szczytu klimatycznego, którego główną gwiazdą stała się młodociana eko-celebrytka Greta Thunberg oraz zainspirowanego przez nią Młodzieżowego Strajku Klimatycznego, jaki miał miejsce 20 września w 150 krajach świata, w tym 37 państwach europejskich. Cóż, my raczej nie będziemy podsyłać Macronowi protestujących, bo ma ich aż w nadmiarze. Niedługo stuknie okrągły rok protestów „żółtych kamizelek” z kilkunastoma ofiarami śmiertelnymi, setkami rannych demonstrantów i policjantów i tysiącami zatrzymanych. Protestów, dodajmy, podczas których francuskie siły porządkowe wykazały się niespotykaną brutalnością – bestialskie pacyfikacje umożliwiło przeniesienie do „zwyczajnego” prawodawstwa przepisów zarezerwowanych wcześniej dla stanu wyjątkowego, wprowadzonego po zamachach terrorystycznych. W ten sposób, formalnie „stan wojenny” zniesiono tylko po to, by... trwał on nadal, tym razem już jako element „cywilnej” codzienności. Ostatni weekend, to znów starcia z demonstrantami i ponad 100 aresztowanych osób. Ale nad tym żaden Timmermans się nie pochyli, bo protesty „żółtokamizelkowego” plebsu są z gruntu niesłuszne ideologicznie i idą w poprzek wielkich interesów możnych tego świata.

Przypomnijmy, iż ruch „żółtych kamizelek” jest osobistym dziełem Macrona i jego projektu „transformacji energetycznej” zakładającej odejście od paliw kopalnych na rzecz „zielonych technologii”, którego koszta przerzucono na najuboższe warstwy społeczne i dogorywającą pod brzemieniem kolejnych obciążeń fiskalnych klasę średnią, głównie z chronicznie niedoinwestowanej francuskiej prowincji. Zapalnikiem było radykalne podniesienie akcyzy na paliwo, zwłaszcza dieslowskie, co było o tyle perfidnym zagraniem, że wcześniej francuski rząd przez dziesięciolecia promował samochody dieslowskie za pomocą całego systemu zachęt, wskutek czego dziś we Francji jeździ najwięcej diesli w Europie. W zamian ledwo wiążącym koniec z końcem ludziom zaproponowano dopłaty do aut elektrycznych, co zważywszy na ich cenę, zakrawa na drwinę.

Ale, czego się nie robi, by dogodzić „zielonemu przemysłowi”, który w histerii na tle globalnego ocieplenia wyczuł wielką kasę i w związku z tym zmontował gigantyczny, ogólnoświatowy lobbying złożony z „ekologicznych” NGO'sów, agencji piarowskich, mediów i profesjonalnych grup nacisku antyszambrujących w gabinetach decydentów? Nie wspominając już o globalnej finansjerze, żywotnie zainteresowanej nowym polem do spekulacji? Ten cały konglomerat, który pozwalam sobie określać jako „Global Warming Industry” zbyt wiele już zainwestował, by się wycofać – a warunkiem opłacalności „zielonych technologii” jest wydębienie od rządów odpowiednich preferencji finansowych oraz sztuczne zawyżenie cen tradycyjnych źródeł energii poprzez opodatkowanie, by zdławić ich konkurencyjność. Efektem będzie skokowy wzrost wszelkich kosztów życia: od cen towarów po obciążenia podatkowe – bo ktoś tę „zieloną transformację” musi przecież sfinansować i na pewno nie będą to globalne korporacje.

Jednak w warunkach funkcjonowania państw nominalnie demokratycznych nawet potężna oligarchia władzy i pieniądza musi liczyć się do pewnego stopnia z nastrojami tłumu. Toteż rzucono wielkie siły i środki na odcinek medialnej propagandy oraz badań naukowych mających uzasadniać konieczność odejścia od dotychczasowego modelu surowcowo-energetycznego, przy jednoczesnym zamilczaniu i piętnowaniu sceptyków, zwanych oskarżycielsko „negacjonistami klimatycznymi”. Modelowym przykładem jest tu kariera wspomnianej Grety Thunberg, za którą – jak wykrył brytyjski „Sunday Times” - stoją zawodowi lobbyści na usługach „zielonego sektora” ostrzącego sobie zęby na największe w historii zamówienia publiczne. Jednak sama Greta gromiąca na światowych salonach przywódców za opieszałość w redukowaniu emisji gazów cieplarnianych, to za mało – potrzebuje zaplecza w postaci zindoktrynowanych mas na ulicach. I tu właśnie kłania się niedawny „Globalny Strajk dla Klimatu”, którego kluczowym komponentem były protesty młodzieżowe. Macherom stojącym za plecami tego „oddolnego” ruchu marzy się najwyraźniej powtórka z rewolty roku 1968 – tym razem jednak nie pod czerwonym, a pod „zielonym” sztandarem. Mnie zaś przychodzi na myśl znana z wojen krzyżowych krucjata dziecięca z 1212 r. Tłumy rozmodlonych dzieci miały wyzwolić „czystością serc” Ziemię Świętą z rąk muzułmanów. Załadowano je na kupieckie statki, po czym te, które przeżyły podróż, wylądowały jako żywy towar na saraceńskich targach niewolników. Dzisiejsi pożyteczni idioci ideologii „klimatyzmu” gotują sobie i nam podobny los – ku uciesze „Global Warming Industry”, którego bonzowie już podliczają spodziewane zyski.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Global Warming Industry

Żółte kamizelki czyli francuska wiosna


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 39 (27.09-03.10.2019)