Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekologia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 października 2019

„Owcza wyspa” pastuszka Trzaskowskiego

Pastuszkowi Trzaskowskiemu pozostanie już tylko utylizacja trucheł, sztuczna wyspa spokojnie sobie pozarasta, a te wszystkie mewy, rybitwy i sieweczki wyniosą się gdzie pieprz rośnie – czemu się zresztą wcale nie dziwię.

I. Historia „owczej wyspy”

Ostatnio media obiegł skandal związany ze zdychającymi kozami na warszawskiej wyspie położonej między Mostem Gdańskim a Mostem Grota-Roweckiego. Jak się dowiedzieliśmy, niespełna dwa lata temu (grudzień 2017), zainicjowano tam innowacyjny projekt – sprowadzono stado kóz i owiec, które miały być „naturalnymi kosiarkami” wycinającymi porastające wyspę chaszcze i odrastające pędy, co umożliwiłoby gniazdowanie ptactwa wodnego – mew, rybitw i sieweczek, preferujących odkryte plaże. Finał, jak wiadomo, jest tragiczny – zaniedbane zwierzęta zaczęły masowo padać i obecnie z 60 sztuk została niespełna połowa. Jedni darli łacha, że Trzaskowski ze swoją ekipą nie potrafi nawet kóz wypasać, inni dawali upust oburzeniu... i to właściwie tyle, nikomu nie chciało się pogrzebać głębiej. A warto cofnąć się do początków sięgającej kilka lat wstecz historii, której ponure zakończenie właśnie obserwujemy, pokazuje ona bowiem jak w pigułce absurd i doraźną „akcyjność” ekologicznych inicjatyw.

Otóż słynna dziś warszawska „owcza wyspa” powstała w sposób sztuczny! Została ona usypana w 2015 r. w ramach projektu LIFE+ pn. „Ochrona siedlisk kluczowych gatunków ptaków Doliny Środkowej Wisły w warunkach intensywnej presji aglomeracji warszawskiej” (WislaWarszawska.pl). Z poświęconej rzeczonej inicjatywie strony http://wislawarszawska.pl dowiadujemy się, iż projekt był realizowany w latach 2011-2018 i otrzymał dofinansowanie z Komisji Europejskiej oraz ze środków Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Beneficjentem koordynującym było Miasto Stołeczne Warszawa, zaś współbeneficjentem Stowarzyszenie „Stołeczne Towarzystwo Ochrony Ptaków” (STOP). Dużo tego unijno-rządowego hajsu przytulili? Hm, całkiem sporo – ogólna wartość projektu to 3 515 726 euro, z czego Unia wyasygnowała niemal połowę – 1 720 598 euro. Jest się po co schylić...

W każdym razie, projekt objął swym zakresem 50-kilometrowy odcinek Wisły w rejonie aglomeracji warszawskiej. Prócz wspomnianej wyspy (5,4 ha) w rejonie Golędzinowa, stworzono dwie piaszczyste ławice, zbudowano 5 wysp pływających (łącznie 600 m2, m.in. w Porcie Żerańskim) na potrzeby gniazdowania i lęgu ptactwa oraz oczyszczono z roślinności 50 ha brzegów rzeki i powierzchni wiślanych wysp. Organizatorzy chwalą się również licznymi działaniami edukacyjnymi „podnoszącymi świadomość” mieszkańców stolicy, doposażeniem warszawskiej służby brzegowej, eko-szkoleniami dla Straży Miejskiej i innych służb, postawieniem tablic informacyjnych i ostrzegawczych, ścieżką edukacyjną, bojami, a także... zbudowaniem 4 parkingów oraz zakupem wyposażenia dla plażowiczów, typu „leżaki, parasole, kosze do disc-golfa”. Dodajmy jeszcze różne „eventy”, broszury, ulotki itp.

Jak widzimy, akcja została przeprowadzona z rozmachem, niemniej to właśnie golędzinowska sztuczna wyspa miała być perłą w koronie projektu. Wpierw próbowano ją kosić, jednak ponieważ zarastała zbyt intensywnie, postanowiono zaangażować zwierzęta hodowlane. I tak oto, przed Bożym Narodzeniem 2017 r., sprowadzono pierwsze stado owiec. Ekolodzy i media byli zachwyceni. Owce należące do ras wrzosówka i merynos polski miały być przyzwyczajone do warunków klimatycznych i znosić nawet tęgie mrozy (zresztą, wybudowano dla nich specjalną szopę), wkrótce na wyspę miały trafić kozy – równie ponoć odpornej szwajcarskiej rasy saaneńskiej. Całość nadzorował warszawski Zarząd Zieleni i wiele sobie obiecywał po tym pilotażowym projekcie – w przypadku powodzenia, miano go rozszerzyć również na inne, trudno dostępne rejony wybrzeża Wisły. Na początkowym etapie „zaangażowano” stado 70 owiec i kóz.


II. „Abdul naszym pasterzem”

Osobnym wątkiem jest postać właściciela stada – jest to dagestański uchodźca Rustam Khaybulaew, używający religijnego, muzułmańskiego imienia Abdul. Idolem Czerskiej stał się już w 2011 r., kiedy to poświęcono mu reportaż dostępny do dziś na stronach TOK FM. Generalnie, pochylono się w nim nad ciężką dolą uchodźcy, który wbrew przeciwnościom losu próbuje hodować nad Wisłą owce i kozy. Te przeciwności, to m.in. możliwość legalnego zarejestrowania w Polsce tylko jednej żony (choć wtedy miał już dwie) oraz szykany ze strony nietolerancyjnych sąsiadów i bezdusznych urzędników. Sąsiedzi czepiali się go np. o to, że nie wygrodził pastwiska, wskutek czego zwierzęta nieustannie wchodziły w szkodę. Kto ma świadomość, co potrafi zjeść koza, chyba nie będzie się dziwił... Ponadto, nasz dzielny Abdul do ochrony stada sprawił sobie owczarki kaukaskie, które biegały samopas i bez kagańców po okolicy – co skutkowało interwencjami Straży Miejskiej. A prócz tego jakieś wizyty powiatowego weterynarza, to znów Agencji Rolnej... Krótko mówiąc – szok kulturowy dla przybysza przyzwyczajonego do dagestańskich standardów hodowli. Nie przeszkodziło mu to jednak prowadzić uboju rytualnego na mięso „halal”, chętnie kupowane przez współziomków. Po raz drugi napisała o nim stołeczna „Wyborcza” już po introdukcji stada na wyspę w artykule pod kuriozalnym tytułem „Abdul naszym pasterzem. Muzułmański uchodźca za unijne pieniądze ratuje przyrodę nad Wisłą” (23 grudnia 2017), zaś po raz kolejny w maju 2018 r. w tekście „Pasterz Abdul z Dagestanu ma trzy żony i jedenaścioro dzieci. I w Polsce czuje się świetnie”. Gratulujemy Abdulowi kolejnej małżonki (przypominam – w 2011 r. miał tylko dwie) i licznych pociech. Wtedy, jak widać, po zawarciu kontraktu z warszawskim Zarządem Zieleni z optymizmem patrzył w przyszłość.

Teraz jednak „Wyborcza” odnośnie Abdula nabrała wody w usta i w niedawnym artykule poświęconym nadwiślańskim kozom, nagle zaczęła go anonimowo tytułować „obcokrajowcem, który ma hodowlę zwierząt pod Warszawą”. Ładnie się tak odwracać plecami od niedawnego bohatera?

Co się okazało? Dagestański „pasterz” za wynajęcie stada zainkasował od miasta łącznie 96 tys. zł. (12 tys./mies.), zaś do „opieki” zaangażował na czarno bezdomnego płacąc mu miesięcznie „50 zł. oraz jakieś parówki”. Skutek znamy – aktywiści z Animal Rescue Polska odkryli w niedzielę 29 września na wyspie 12 martwych kóz (pytanie, co się stało z owcami). Padłe zwierzęta kazano bezdomnemu zakopywać (25 sztuk) lub wrzucać do Wisły (8 sztuk), a ze stada przeżyła mniej niż połowa. Wprawdzie Abdul boży się, że to ów bezdomny „nadużył jego zaufania” (tylko kto kazał mu zakopywać te kozy?), co jednak nie uchroniło Dagestańczyka przed prokuratorskim zarzutem znęcania się nad zwierzętami z potencjalną karą 3 lat więzienia.


III. Pastuszek Trzaskowski

Teraz wszyscy, rzecz jasna, umywają ręce. Milczy strona inicjatywy WislaWarszawska.pl, podobnie Stołeczne Towarzystwo Ochrony Ptaków. Warszawski Zarząd Zieleni nie poczuwa się do żadnej odpowiedzialności, twierdząc iż obowiązek czuwania nad stadem miał w kontrakcie Abdul. Pytanie, jak miasto nadzorowało wywiązywanie się z umowy? Najprawdopodobniej nijak, o czym świadczy nader niechętna reakcja przedstawicieli miasta na alarm działaczy Animal Rescue. Tutaj należy dodać, że opisywany na wstępie „program ekologiczny” wart, przypomnę, ponad 3,5 mln. euro został oficjalnie „z sukcesem” zakończony z dniem 31 marca 2018 r. A skoro przestały płynąć pieniądze z Brukseli i NFOŚ, to cała eko-inicjatywa z dnia na dzień stała się zbędnym kosztem. Ciekawe, jak się sprawy mają z konserwacją pozostałych osiągnięć – tych sztucznych łach piaskowych, pływających wysp na barkach i tratwach, ścieżek edukacyjnych, o sprzęcie dla plażowiczów nie wspominając?

Jedno jest pewne - Rafał Trzaskowski nie ma ręki do ekologii: awaria spalarni odpadów z „Czajki”, rozwożonych po różnych okolicznych wyrobiskach, potem kolektorów w samej oczyszczalni, a teraz na dokładkę skandal z padłymi kozami. Pastuszkowi Trzaskowskiemu pozostanie już tylko utylizacja trucheł, sztuczna wyspa spokojnie sobie pozarasta, a te wszystkie mewy, rybitwy i sieweczki wyniosą się gdzie pieprz rośnie – czemu się zresztą wcale nie dziwię.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 40 (04-10.10.2019)

czwartek, 26 września 2019

Greta Thunberg i klimatyczna pedagogika wstydu

Rejs Grety Thunberg i jego przesłanie ma służyć eskalacji czegoś, co trawestując słynne określenie Bronisława Wildsteina pozwolę sobie nazwać „klimatyczną pedagogiką wstydu”.

I. „Święta” Greta od niebieskiego wiaderka

Szkoda, że eko-wagarowiczka Greta Thunberg w ramach swej morskiej eskapady na szczyt klimatyczny ONZ w Nowym Jorku nie zahaczyła o Grenlandię. Wszyscy w zasadzie wiemy o co biega z tym rejsem, ale dla porządku pokrótce przypomnę. Otóż 16-letnia obecnie Greta, robiąca za współczesną inkarnację Pippi Langstrump skrzyżowanej z klimatyczną Joanną d'Arc, zasłynęła w ubiegłym roku za sprawą notorycznych wagarów podszytych ekologicznym „ideolo”. Młoda ekologistka (przypominam – ekologia to nauka, „ekologizm” natomiast jest ideologią) urywała się z lekcji, by pod budynkiem szwedzkiego parlamentu protestować przeciw globalnemu ociepleniu, który to format medialny (wraz z charakterystycznymi warkoczykami) zapożyczyła u nas w te wakacje 13-letnia Inga Zasowska, nie zapłaciwszy wszakże swej szwedzkiej koleżance tantiem autorskich. Jak można mniemać, po rozpoczęciu roku szkolnego mama Ingi nie pozwoli jednak córce wagarować – choćby dlatego, że nie będzie mogła liczyć na wspólny, ekscytujący rejs sponsorowany przez rodzinę książęcą z Monaco. Cóż, „zbuntowana klimatycznie” szwedzka panienka z dobrego domu i artystycznej rodziny (matka jest śpiewaczką operową, ojciec aktorem) jest dla świata bardziej interesująca i nikt nie zamierza entuzjazmować się polską podróbką, skoro na wyciągnięcie ręki ma bardziej autentyczny i postępowy skandynawski oryginał – a i zainteresowanie tutejszych mediów po chwili wzmożenia wyraźnie opadło.

W każdym razie, mała Greta wybrała się do Nowego Jorku drogą morską, by nie zostawiać po sobie tzw. „śladu węglowego”, jaki generuje w postaci emisji CO2 podróż samolotem. Niemiecki „Bild” szybko jednak wykrył, że logistyczna obsługa rejsu „kosztuje” klimat dużo więcej, niż gdyby Greta wraz z towarzyszącym jej ojcem normalnie poleciała na ONZ-owski szczyt, jak wszyscy inni. Okazało się bowiem, że do Nowego Jorku tak czy inaczej musi udać się pięcioosobowy zespół (oczywiście samolotem), by sprowadzić jacht do Europy, ponadto obecna załoga również powróci do domu drogą lotniczą. Żeby było zabawniej, sponsorujące wyprawę księstwo Monaco słynie z „emisyjnych” wyścigów Formuły1 oraz z tego, że jest przystanią dla największych, paliwożernych dieslowskich jachtów, wyklinanych przez eko-aktywistów jako pomniki próżności bogaczy zatruwających dla swej egoistycznej przyjemności oceany i, rzecz jasna, emitujących zbrodnicze CO2.

Ale nic to, grunt, że jacht jest ekstremalnie „ekologiczny” - nie tylko czerpie energię z paneli słonecznych, ale nie ma na pokładzie takich burżuazyjnych fanaberii jak prysznic czy toaleta, wskutek czego naturalne potrzeby, jak oznajmił z dumą kapitan jednostki, załatwiane są do „niebieskiego wiadra”. Zagadką pozostaje, dlaczego podkreślono akurat kolor tego utensylium, bo w końcu i tak wszystko wyląduje w falach oceanu, w związku z czym może wystarczyłoby stare, poczciwe sr*** na rufie, jak to drzewiej bywało – bez konieczności angażowania pośrednika w postaci rzeczonego wiaderka, które, nawiasem mówiąc, zapewne jest zrobione z nieekologicznego plastiku. Przypominam też, że niegdyś na żaglowcach używano drewnianych kubłów na linie, którymi wciągano przez burtę morską wodę do mycia pokładu i osobistych ablucji. Czy niebieskie wiaderko będzie służyło również do tego?

Osobną niewiadomą, rozpalającą moją tyleż dociekliwą co chorą wyobraźnię, jest kwestia, czy klimatyczna święta po zejściu na ląd zatrzyma się w hotelu, gdzie będzie miała okazję wziąć normalną kąpiel, by zmyć z siebie nabyty w trakcie rejsu „odor sanctitatis”. W przeciwnym razie, jej aura mogłaby zmasakrować nienawykłe do takich mistycznych doznań nozdrza oenzetowskich dostojników i powalić ich pokotem na ziemię. Stanowiłoby to zresztą szczytne nawiązanie do znanych z abnegacji średniowiecznych ascetów, mających w pogardzie potrzeby grzesznego ciała i umartwiających je również w ten sposób. Ciekawi mnie także, w jaki sposób święta Greta od klimatu zamierza udać się do kolejnego celu swych peregrynacji – czyli odległego Santiago de Chile, gdzie odbyć się ma klimatyczny szczyt COP25. Być może otrzymała dar błyskawicznego przenoszenia się z miejsca na miejsce, a może nawet bilokacji z którego słynęli niektórzy święci. W końcu, małej Grety nigdy nie za wiele, a skoro już za życia parafia kościoła luterańskiego w Malmö okrzyknęła ją „mesjaszem naszych czasów”, zaś Franz Jung - jak najbardziej katolicki biskup niemieckiego Würzburga – przyrównał ją do biblijnego Dawida, to niech czyni z tych darów użytek. Niezawodne media z pewnością nie darują nam kolejnych szczegółów.


II. Narzędzie „Global Warming Industry”

No dobrze, ale czemu zacząłem od Grenlandii? Otóż, gdyby Greta Thunberg zboczyła nieco z kursu i zahaczyła o tę wyspę, mogłaby zobaczyć chociażby zrekonstruowaną osadę Wikingów, stanowiska archeologiczne i usłyszeć, że jej praprzodkowie w liczbie kilku tysięcy żyli tam w najlepsze między X a XIV wiekiem, prócz parania się łowiectwem hodowali bydło a nawet uprawiali rolę, ponadto na „zielonym lądzie” funkcjonowało biskupstwo i docierał handel morski... Wszystko dzięki tzw. średniowiecznemu optimum klimatycznemu, gdy przeciętna temperatura była wyższa niż obecnie, a lodowce nad którymi dziś ekologiści załamują ręce miały o wiele mniejszy zasięg. Wikingów wymroziła dopiero rozpoczynająca się w XIV w. „mała epoka lodowa”, z której teraz od stosunkowo niedawna (gdzieś od XIX w.) szczęśliwie wychodzimy. Może spojrzałaby wówczas innym okiem na „topniejące lodowce”, a nawet uświadomiła sobie, że walka z „globalnym ociepleniem” to w rzeczywistości skazane na niepowodzenie próby „zawrócenia” klimatu z powrotem do kończącego się właśnie okresu ochłodzenia? A całe to „globalne ocieplenie”, to nic innego jak rozpoczynająca się epoka kolejnego klimatycznego optimum? Może wręcz odważnie zapytałaby, jaki był poziom mórz i oceanów w czasie średniowiecznego ocieplenia i czy topniejące wówczas lodowce zatopiły pół Europy, czym straszy się nas obecnie? I o ile ów poziom wzrósł od czasu rewolucji przemysłowej, kiedy to rzekomo ocieplany przez człowieka klimat zaczął topić narosłe od XIV-XV w. masy lodu?

Niestety, to biedne dziecko nie będzie miało takiej szansy, stanowi bowiem idealny produkt „Global Warming Industry” i zarazem ofiarę ideologicznego prania mózgów. Co najbardziej obrzydliwe, wykorzystywane jest przez własnych rodziców do uprawiania celebryckiego eko-lansu. Już w zeszłym roku jej matka wydała książkę, w której prócz obowiązkowego biadolenia nad klimatem rozpisywała się o chorobie Grety i jej siostry (zespół Aspergera), a premiera dziwnym trafem zbiegła się w czasie z początkiem słynnego „szkolnego strajku klimatycznego” Grety. Mamy zatem klasyczne robienie „fejmu” na „modnej” chorobie, brylowanie za sprawą córki na różnych „klimatycznych” galach i w kolorowych czasopismach, zaś sama Greta „dała twarz” prospektowi emisyjnemu kreującej się na „ruch społeczny” eko-spółki „We Don't Have Time”, wg specjalistów wielokrotnie zwiększając jej wartość. Wystarczy zresztą posłuchać „przesłań” Grety Thunberg, w których motyw „braku czasu” (by powstrzymać „zmiany klimatyczne”) przewija się jak mantra. Wszystko wskazuje więc na to, że fenomen Grety Thunberg jest typową piarowską „wydmuszką” - zręczną kreacją jej rodziców i speców od marketingu. Trzeba dodać, że prócz zespołu Aspergera, Greta cierpi również na ADHD, zaburzenia obsesyjno-kompulsywne oraz „mutyzm wybiórczy” (wybiórczość mówienia – osoba w jednych sytuacjach mówi, w innych milknie – np. w szkole, czy wśród obcych), czemu na ogół towarzyszy m.in. wycofanie i nadwrażliwość emocjonalna.

I ta straumatyzowana nastolatka, z definicji podatna na różne „aktywistyczne” sugestie, zamiast zostać poddana stosownym terapiom, ustawiana jest na szpicy globalnej, ideologicznej batalii i cynicznie utwierdzana przez bliższe i dalsze otoczenie w swych obsesjach. Jest po prostu mięsem armatnim, narzędziem służącym do nakręcania spirali moralnego i emocjonalnego szantażu – bo któż by się nie wzruszył, widząc dzielną dziewczynkę bohatersko przełamującą własne ograniczenia w imię „słusznej” sprawy i działającej – jak sama zapewne szczerze wierzy – dla dobra całej planety? Nawiasem, czy jej słynne „programowe” unikanie samolotów aby na pewno ma przyczyny ideowe? Czy nie wynika po prostu ze zwykłej fobii przed lataniem, jaka jest udziałem wielu ludzi?


III. Zielony totalitaryzm

Biorąc pod uwagę powyższe - jaka jest prawdziwa przyczyna słynnego rejsu Grety Thunberg? I nie mam tu na myśli jej osobistych – jak wspomniałem, zapewne szczerych – motywacji, lecz intencje przyświecające macherom stojącym za jej plecami, specom od propagandy, dla których Greta jest wymarzonym instrumentem manipulowania światową opinią publiczną i masowymi emocjami. Otóż ten rejs i jego klimatyczne przesłanie ma służyć eskalacji czegoś, co trawestując słynne określenie Bronisława Wildsteina pozwolę sobie nazwać „klimatyczną pedagogiką wstydu”.

Widok dzielnej dziewczynki przemierzającej odważnie ocean ma nas zawstydzić. Mamy – ludzie bogatego Zachodu – poczuć głęboki dyskomfort psychiczny z powodu naszego rozpasanego stylu życia: tych lotów samolotami, podróży w najdalsze zakątki świata i nieustannego „śladu węglowego” jaki za sobą zostawiamy. Wstyd to potężny bodziec dyscyplinujący – u nas michnikowszczyzna jechała na tym patencie przez dobre ćwierć wieku, a na niektórych nawet dziś on działa. By zagłuszyć ów dyskomfort, poddani tresurze ludzie może nie wyrzekną się dobrowolnie dotychczasowego modelu życia, ale będą bardziej skłonni popierać ekologiczne postulaty, wpłacać datki na stosowne organizacje, w miarę możności kupować droższe produkty z nalepką „eko” oraz głosować na partie i polityków głoszących „zielone” programy – aby tylko uspokoić sumienie w błogim przeświadczeniu, że się „coś” zrobiło dla wspomożenia walki z ociepleniem. A gdy już właściwe siły spod znaku „Global Warming Industry” zdobędą wystarczające wpływy i władzę, to urządzą całą ludzkość na „zielono” - czy się to będzie komuś podobało czy nie. I tak niepostrzeżenie sami założymy sobie na szyje „ekologiczne” obroże – to, co miało być teoretycznie świadomym, indywidualnym wyborem, nagle stanie się surowo egzekwowanym przymusem. Samochód, mięso, tworzywa sztuczne? Zapomnij – zabronione! I jeszcze masz świergolić z ekologicznego klucza, deklarując kolejne „cele klimatyczne”, niczym dawni stachanowcy podejmujący „dobrowolne zobowiązania” śrubujące normy pracy. Witamy w zielonym totalitaryzmie.

Temu właśnie służy ta propagandowa „pokazucha” sporządzona wedle klasycznych, sowieckich wzorców – w stalinowskim ZSRR ubrano by Gretę w pionierski mundurek z czerwonym krawatem i kazano pływać ku chwale przodującego ustroju, tudzież w imię zwycięstwa socjalizmu, która to idea i dziś nie jest obca światowemu eko-lewactwu. A potem byłyby wizyty w szkołach, domach dziecka, zakładach pracy... czyli tak jak obecnie, z tą różnicą, że Greta Thunberg wizytuje ekologiczne wiece i konferencje. Wszystko to w atmosferze nieustającego moralnego szantażu – patrz, dzielna Greta płynie przez ocean w łajbie bez sracza – a ty co? Ile zmarnowałeś dziś wody w łazience? Wylegujesz się w wannie, zamiast brać szybki prysznic? Myjesz się pod bieżącą wodą, zamiast w misce, by potem spłukać mydlinami kibel? Wstydziłbyś się! Ten szantaż bazuje na czystym irracjonalizmie, ale właśnie o to chodzi – jechać na emocjach, nieustannie podgrzewać zbiorową histerię, tak by nikt nie miał chwili by ochłonąć i pomyśleć, czy aby to wszystko ma elementarny sens. Bo jak się zastanowić – jaka korzyść płynie z rejsu Grety? Co on ma pokazać? Że ludzkość powinna cofnąć się do epoki żaglowców i w imię redukcji emisji CO2 zrezygnować z transoceanicznego transportu statkami spalinowymi? Joseph Conrad, któremu zdarzało się pomstować na parowce zabijające romantyzm morskich podróży i redukujące rolę człowieka w starciu z siłami natury, byłby zachwycony.

To dlatego doniesienia „Bilda” o ekologicznym absurdzie całej tej rejzy spotkały się z gniewną reakcją ekologistów: nieważne, ile tam tego CO2 poszło do atmosfery, liczy się symbol! Dawanie świadectwa! Zwrócenie uwagi na problemy planety! Zupełnie, jakbyśmy do tej pory nie byli bombardowani tym agit-propem od rana do nocy. Ale nie – my tym misiem otwieramy oczy niedowiarkom i to nie jest nasze ostatnie słowo! I niech mi ktoś powie, że za „ekologizmem” nie stoi kolejna, totalniacka z ducha ideologia...


IV. Nawóz historii

Myślicie Państwo, że przesadzam? A gdzie tam – otóż warto wiedzieć, czym będzie się zajmował szczyt ONZ, który zaszczyci swą obecnością i radykalną przemową nasza „św. Greta od klimatu”. Mianowicie, jednym z tematów będzie przyjęcie raportu IPCC (oenzetowskiej agendy – Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu) poświęconego w znacznej mierze rolnictwu. Na cenzurowanym znalazła się hodowla bydła, mająca odpowiadać za 14,5 proc. globalnej emisji gazów cieplarnianych wytwarzanych za sprawą człowieka, co ma stanowić emisyjny odpowiednik całej branży transportowej. Autorzy postulują zatem ograniczenie produkcji mięsa i zmniejszenie jego spożycia – bo krowy wydalają metan, a poza tym żrą paszę i chleją cenną wodę. Szaleństwo? Niemożliwe? Problem w tym, że doświadczenie uczy, iż takie szajby zawsze zaczynają się od niewinnych początków i tzw. dobrych chęci – a potem, ni stąd ni zowąd, stają się globalnym „standardem” sankcjonowanym przez międzynarodowe konwencje i skrupulatnie egzekwowanym. Niedawno w Niemczech SPD i Zieloni zgłosili projekt podniesienia VAT-u na mięso z 7 do 19 proc., a towarzyszą temu głosy, iż takie rozwiązanie powinno zostać wprowadzone na poziomie unijnym. Przyjęcie raportu IPCC będzie pierwszym krokiem w tym kierunku i „podkładką” do dalszych restrykcji przeciw „mięsożercom” „dewastującym planetę”. Krótko mówiąc – mięso zostanie opodatkowane tak samo, jak energetyka za sprawą limitów CO2.

To jednak nie koniec „klimatycznej pedagogiki wstydu”. Już teraz furorę robi tzw. „flygskam” – czyli po szwedzku „wstyd przed lataniem”, pod który podpięła się Greta Thunberg. Podróż samolotem ma wiązać się z publicznym napiętnowaniem. Zwróćmy uwagę – chodzi już nie tylko o samochody, paliwożerne SUV-y, czy prywatne helikoptery i odrzutowce, ale o zwykłe samoloty rejsowe. Co jeszcze zostawia „ślad węglowy”? W skrócie – wszystko, nawet posiadanie dzieci. Jak oświecili nas naukowcy ze szwedzkiego Lund University oraz kanadyjskiego University of British Columbia, posiadanie dziecka i jego „obsługa” generuje 58,6 tony CO2 rocznie. Widać zatem, że drogie mięso to dopiero wstęp do globalnej depopulacji. Idę zresztą o zakład, że za chwilę pod pręgierz trafi również rolnictwo „roślinne” - i to nie tylko za sprawą szkodliwości nawozów sztucznych, ale także tych naturalnych – bo wszak obornik i gnojówka zawierają ten upiorny, cieplarniany metan...

Do czego to prowadzi? Do wymuszonej biedy. Ludzkość, zwłaszcza ta na Zachodzie, zdaniem ekologistów jest zbyt bogata, zbyt rozpasana. Należy zatem wziąć ją za twarz – by przestała jeść, kupować, mnożyć się (to już się w znacznej mierze udało) i generalnie konsumować. Należy narzucić jej odgórnie życie wg wytycznych „zrównoważonego rozwoju”, co w istocie jest po orwellowsku zakłamanym synonimem ubóstwa i zastoju. Dlatego trzeba doprowadzić do sztucznego zawyżenia wszelkich możliwych kosztów życia – począwszy od prądu, poprzez paliwo, odzież, produkty codziennego użytku, aż po żywność. Oczywiście ów model „zaprogramowanego ubóstwa” w praktyce obowiązywał będzie tylko szare, ludzkie masy – czyli marksistowski „nawóz historii”. Oświecone elity ducha i pieniądza po staremu będą pić szampana w imieniu podległego im ludzkiego bydła. Dobra rada: na widok Grety Thunberg i jej podobnych najlepiej zatkać uszy i uciekać z krzykiem. A jeśli komuś naprawdę leży na sercu zrównoważony tryb życia, to warto zacząć od przestrzegania dni postnych – w ciągu roku trochę się ich uzbiera.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Na podobny temat:

Ekologizm jako narzędzie globalnej oligarchii pieniądza

Wrobieni w CO2

COP24, czyli eko-trolling

Global Warming Industry

Szczyt hipokryzji

Niemcy całe na biało


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 10 (Wrzesień 2019)

„Kałboj” Trzaskowski

Czyżby Warszawa zafundowała sobie najdroższego w Europie bubla? Jeśli tak, to oznacza, że stolica i znaczna część Polski w dolnym biegu Wisły siedzi na permanentnej bombie ekologicznej.

I. „Czajka-gate”

Jak nie idzie, to nie idzie. Nie dość, że Polacy okazali się zadziwiająco odporni na kolejne „afery PiS” w rodzaju niedawnej „bieda-farmy trolli” w Ministerstwie Sprawiedliwości, to jeszcze totalnej opozycji przydarzył się wyjątkowo śmierdzący (i to dosłownie) „casus pascudens” w postaci warszawskiego szamba, które wybiło akurat w trakcie kampanii wyborczej, na jakiś czas nomen omen spłukując wszystkie inne tematy. I ta akurat sprawa ma naprawdę wybuchowy potencjał. Ludzi może średnio obchodzić, kto się z kim pożarł gdzieś w zakamarkach sędziowskiego półświatka - natomiast takie rzeczy, jak nieoczyszczone fekalia spuszczane do rzeki oraz związane z tym nieprzyjemności i zagrożenia związane np. z dostępnością wody pitnej, dotykają każdego i wywołują żywe zainteresowanie.

Nie wiem, czy afera z oczyszczalnią „Czajka” wpłynie na samych warszawiaków (ze szczególnym uwzględnieniem postępowego elektoratu PO), czy też będą ją wypierać ze świadomości, bo w przeciwnym razie musieliby przyznać przed samymi sobą, że zamiast kompetentnych włodarzy wybrali bandę nieudaczników na czele z groteskowym duetem, pożal się boże, „szeryfów” - „kałbojem” Trzaskowskim i „wicekałbojem” Rabiejem. Ale już mieszkańców np. Płocka, tudzież innych miejscowości w dolnym biegu Wisły uraczonych „kontrolowanym spustem” warszawskich nieczystości sprawa powinna poruszyć jak najbardziej, chociażby ze względu na własne zdrowie. Śmierdząca rzeka zasilana dzień w dzień „surowymi” ściekami w tempie trzech tysięcy litrów na sekundę działa na wyobraźnię – tym bardziej, że ludzie stają się coraz bardziej uwrażliwieni na punkcie rozmaitych zanieczyszczeń. To nie jest chwilowe spuszczenie szamba na krótkim odcinku Motławy, jak przed rokiem w Gdańsku, lecz potencjalnie zatrucie największej rzeki w kraju na połowie jej długości.


II. Eko-obłuda

Powyższe wizerunkowe niebezpieczeństwo wyczuli – i to bardziej, niż odór z uszkodzonych kolektorów – kibice oraz sojusznicy „totalnych”, toteż z miejsca pośpieszyli z wyjaśnieniami, że Wisła, jako rzeka praktycznie dzika i meandrująca sama się oczyści, a ścieki będą się rozrzedzać, więc choć można mówić o „lokalnej katastrofie ekologicznej”, to nie ma powodów do paniki, gdyż jest to „zagrożenie czysto biologiczne dla samej Wisły” (poważnie, tak wywiódł ekspert odpytywany przez portal Gazeta.pl). Wprawdzie półgębkiem przyznaje się, że z powodu wyjątkowo niskiego stanu wody i wysokiej temperatury zanieczyszczonej rzece grozi brak tlenu, czyli mówiąc po ludzku, po prostu się „zakisi” – ale cóż, wystarczy się nie kąpać i nie pić wody bezpośrednio z rzeki. Nagle jakoś zabrakło zawodowych ekologów, na co dzień tak wyczulonych na punkcie wszelkich dużych i małych „istot czujących”. Ryby, roślinność, ptactwo wodne, te wszystkie żabki, żuczki i inne żyjątka dotąd stanowiące oczko w głowie i pretekst do protestów przeciw różnym inwestycjom – nagle przestały się liczyć i poszły w kąt. Przyczyna ewidentna – sprawę należy bagatelizować tak, jak to tylko możliwe, żeby „pisiory” nie ugrały na „lokalnej katastrofie” jakichś politycznych punktów. Troska ta przewija się również w komentarzach najwierniejszych czytelników czerskich portali, z których nagle uleciała cała eko-wrażliwość, tak chętnie eksponowana przy okazji obrony kornika, dzików czy wigilijnego karpia. Prawdziwy popis dał tu przedstawiciel „Zielonych” (koalicjanta PO) Radosław Gawlik, gardłując o „władzy wyolbrzymiającej nasze strachy”, któremu wtórowała przedstawicielka Greenpeace Polska Katarzyna Guzek, pomstując na „cyniczną rozgrywkę polityczną”. No tak, „niesłuszna” awaria oczyszczalni odwraca uwagę od „słusznego” blokowania budowy Via Carpatia...

Jak zatem zostaliśmy pouczeni, należy nabrać wody w usta... wróć, zważywszy na okoliczności, może lepiej jednak nie... Chociaż, z drugiej strony, wspomniany pan Gawlik przekonywał, że ścieki spuszczane „na żywioł” to jedynie 1 proc. wody przepływającej w każdej sekundzie Wisłą i „rozcieńczą się” już po kilkunastu kilometrach – zatem nabierajmy, śmiało! Otwartym pozostaje pytanie – skoro „spust” w tempie niemal 260 tys. metrów sześciennych na dobę ma tak znikome konsekwencje środowiskowe, to po co w ogóle Warszawie ta cała oczyszczalnia? Żeby było bardziej światowo?

Zobaczymy, co na to wszystko powiedzą mieszkańcy pozostałych nadwiślańskich miast, miasteczek i wiosek, czerpiących wodę z rzeki zamieniającej się stopniowo w kloakę. Szczególnie ciekawi mnie, jak będzie wyglądała sytuacja, gdy fala dotrze do zalewu i tamy we Włocławku, gdzie zaczną się gromadzić wszystkie zawiesiny z „kontrolowanego spustu”. Tamtejszych obywateli z pewnością uspokoi oświadczenie „kałboja” Trzaskowskiego, że awaria nastąpiła poniżej ujęć wody pitnej... w Warszawie...


III. „Bob budowniczy, co wszystko spierniczy”

A, właśnie, skoro już przy tym jesteśmy - osobnym kryminałem jest reakcja na awarię władz Warszawy, dla których priorytetem najwyraźniej była strategia wizerunkowa: jak „opakować” ten cały syf, by w sprzedać go ludziom w strawnej i przyswajalnej formie, co jest zresztą znakiem rozpoznawczym Platformy od czasów Donalda Tuska i piarowskiej ekipy Igora Ostachowicza. Przypomnijmy, że do usterki pierwszego kolektora odprowadzającego fekalia doszło już we wtorek 27 sierpnia – jego funkcję przejął drugi kolektor, który przestał pracować w środę o 7:20. Dopiero po tym fakcie podjęto decyzję o zwołaniu sztabu kryzysowego i raczono powiadomić stosowne służby państwowe o sytuacji i „kontrolowanym zrzucie” (pod tym eufemizmem kryje się po prostu spuszczenie wszystkiego jak leci) - ponad dobę od początków awarii. Idę jednak o zakład, że wcześniej postawiono na nogi inny sztab - ten od piaru, by przygotował odpowiednią „kryzysową narrację”. Po to była potrzebna ta doba przed oficjalnym ujawnieniem rozmiarów katastrofy. Słowem, jak u sowietów – przyznajemy, że coś „pierdykło” dopiero wtedy, gdy i tak już nie da się tego ukryć, kręcąc przy tym na temat szczegółów do samego końca. Tak było, uczciwszy proporcje, przy Czernobylu – i tak dzieje się po niedawnym wybuchu jądrowym na syberyjskim poligonie. Pogratulować wzorców – miał być Zachód i Europa, a jest Moskwa z jej mentalnością i standardami bezpieczeństwa – dopóki ludzie nie zaczną chorować i umierać, nie muszą niczego wiedzieć. Później zresztą też niekoniecznie. Co więcej, nawet w tych krętactwach co i rusz wyłazi żenująca nieudolność, bo koniec końców „kałboj” Trzaskowski musiał przyznać, że nie ma żadnego alternatywnego planu, problemu nie da się rozwiązać w przewidywalnym czasie, a i przyczyny awarii pozostają nieznane. Zabrakło taśmy klejącej? Żeby było ciekawiej, portal wPolityce dotarł do filmiku na YouTube pokazującego, że podobne sytuacje w Warszawie są normą po każdej ulewie – spuszcza się wtedy do rzeki wszystko hurtem, bez żadnego oczyszczania.

Prokuratura wszczęła w sprawie awarii „Czajki” śledztwo. Cóż, radziłbym się zainteresować nie tylko tym, jak wyglądają procedury bezpieczeństwa w oczyszczalni czy sprawą bieżącego nadzoru i konserwacji, ale przede wszystkim – samą rozbudową i modernizacją „Czajki” z lat 2008-2012. Wiele się wówczas mówiło o niejasnościach przetargowych i najdroższej oczyszczalni ścieków w Europie (niemal 2,5 mld. zł.)... Czyżby miało się okazać, że Warszawa zafundowała sobie najdroższego w Europie bubla, który „wywaliło w kosmos” po raptem 7 latach funkcjonowania? Jeśli tak, to oznacza, że stolica i znaczna część Polski w dolnym biegu Wisły siedzi na permanentnej bombie ekologicznej. Znane powiedzonko „Bob budowniczy, co wszystko spierniczy” pasuje tu jak ulał.

Jan Pietrzak śpiewał niegdyś: „Przez stulecia przepływała razem z nami / modra Wisła, najwierniejsza z wszystkich rzek / Jeśli pomóc nie zechcemy dobrej pani / pozostanie po niej wkrótce brudny ściek”. Wygląda na to, że ta ponura przepowiednia właśnie się spełnia, a „królowa polskich rzek” zmienia się na naszych oczach w największy rynsztok Europy.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 36 (06-12.09.2019)

Ekologiczne „bareizmy”

W USA w czasach prohibicji funkcjonowała tzw. lecznicza whisky, którą sprzedawano w aptekach. Dlaczego zatem dziś w aptekach nie można by sprzedawać mięsa na receptę?

W poprzednim felietonie („Podatkowy terror klimatyczny”) powiało nieco grozą – a to za sprawą „mięsnego” raportu IPCC niedwuznacznie postulującego globalną redukcję hodowli bydła oraz, co się z tym wiąże – spożycia mięsa i generalnie wszelkich produktów odzwierzęcych. Jak pamiętamy, z podobnym pomysłem wyskoczyli niemieccy Zieloni oraz SPD zgłaszając projekt podniesienia VAT na mięso z 7 do 19 proc. czemu towarzyszyły głosy, iż rozwiązanie to powinno zostać wprowadzone na poziomie całej Unii Europejskiej. Jest to doskonała ilustracja zamordystycznych ciągot tzw. ekologistów, którzy z troski o klimat i środowisko naturalne uczynili ideologię. To klimatyczne „ideolo” wraz z rozprzestrzenianiem się i infekowaniem kolejnych umysłów coraz wyraźniej pokazuje swe totalitarne oblicze i równie totalniacką mentalność jego głosicieli. „Ekologizm” (tradycyjnie przypominam – ekologia to nauka, „ekologizm” to ideologia) w coraz większym stopniu staje się narzędziem kształtującym sprawowanie rządów, modelującym gospodarkę i wreszcie – kontrolującym ludzką świadomość poprzez zmasowaną propagandę. Wszystko w warunkach nominalnie demokratycznych, tyle że owa demokracja na naszych oczach staje się pustym rytuałem, co widać szczególnie na przykładzie krajów zachodniej Europy – kogo by ludzie nie wybrali, efekt jest ten sam, a „Nowy Zielony Ład” (poważnie, jest takie pojęcie, nie zmyśliłem tego) wdziera się w kolejne dziedziny życia, dążąc do wszechogarniającej kontroli. Krótko mówiąc – na naszych oczach rodzi się globalny, zielony totalitaryzm.

Z czasów komuny pamiętamy jednak, iż tego typu model prócz rozmaitych dolegliwości, rodzi również całkiem zabawne absurdy, doskonale uchwycone chociażby w nieśmiertelnych komediach Stanisława Barei. Doczekało się to nawet swej nazwy - „bareizmy”. W Polsce znakomite zadatki na czołową „bareistkę” ma eurodeputowana z ramienia „Wiosny” Biedronia, pani Sylwia Spurek (doktor prawa i była zastępczyni RPO, co akurat nie jest zbyt zabawne), która niedawno wsławiła się feministyczną analizą przemysłu mleczarskiego. Otóż krowy mleczne są oprymowane ze względu... na swoją płeć i zmuszane do dawania mleka. Innymi słowy, pozyskiwanie mleka od krów jest kolejnym przejawem patriarchalnej dominacji i ekonomicznego wyzysku. Pani Spurek nie jest tu zresztą oryginalna, bowiem europejskie miasta widziały już protesty podczas których aktywistki podłączały się do dojarek – kto wie, może będzie nam dane ujrzeć podobny happening w wykonaniu naszej eurodeputowanej? Zastanawiam się, czy znajdzie się litościwa dusza, która wyjaśni pani Spurek, co dzieje się z niewydojoną krową. Otóż ona dopiero wtedy zaczyna naprawdę cierpieć. Bolą ją wymiona i domaga się dojenia głośnym muczeniem. Ale cóż, może wedle pani Spurek taka krowa powinna się poświęcić w imię zielonej (i feministycznej przy okazji) rewolucji? Wszak postęp wymaga ofiar.

Kolejnym „bareizmem” jest postulat globalnej redukcji spożycia mięsa. Jak widzimy na wspomnianym na wstępie przykładzie Niemiec, metodą ma być tyleż radykalne co sztuczne zawyżenie cen produktów mięsnych poprzez ich dodatkowe opodatkowanie. W ten sposób ludzie pod wpływem ekonomicznego przymusu mają gremialnie przerzucić się na „zielonkę”. Problem w tym, iż owa „zielonka” jeśli ma być naprawdę „eko” będzie równie droga – tzw. zdrowa żywność jest teraz niedostępna dla kieszeni przeciętnego konsumenta i obecnie stała się wręcz jednym z wyznaczników materialnego statusu wyższej klasy średniej. Musiałaby zatem być dotowana – pytanie, z czyich pieniędzy? I czy aby ktoś nie uprawia tu lobbyingu na rzecz swej branży?

Zresztą, proponowałbym pójść dalej i po prostu wprowadzić kartki na mięso – ot, co! W ten sposób okazałoby się, że wyszliśmy z socjalizmu tylko po to, by wrócić do niego okrężną drogą, za sprawą „zielonych” lewaków. Ale kartki na mięso to też jedynie półśrodek. Sądzę, że najskuteczniejsze byłoby sprzedawanie mięsa jedynie na receptę. Lekarz wypisywałby druczek, że pacjent ze względu dietetyczno-zdrowotnych ma prawo do jednego kotleta, bądź bitki wołowej tygodniowo. Jest nawet historyczny precedens – mianowicie, w USA w czasach prohibicji funkcjonowała tzw. lecznicza whisky, którą sprzedawano w aptekach. Dlaczego zatem dziś w aptekach nie można by sprzedawać mięsa na receptę?

Ponieważ jednak u lewactwa kojarzenie związków przyczynowo-skutkowych jest mocno zaburzone, zatem w ramach dnia dobroci dla niekumatych wyjaśniam, iż efektem ubocznym takiego sztucznego zmniejszenia popytu na produkty odzwierzęce byłaby potworna, masowa rzeź zwierząt hodowlanych, których obecnie jest na świecie kilka miliardów. A może to również musi się dokonać w imię postępu i „zielony” humanitaryzm na tę okoliczność powinien pójść w odstawkę? Skoro w przeszłości „nawozem historii” mogli być ludzie... No chyba, że na wzór indyjski zafundujemy sobie stada świętych krów kroczących dostojnie Marszałkowską pod czułą opieką pani Spurek z ekologiczną, wierzbową witką w dłoni.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Podatkowy terror klimatyczny

Greta Thunberg i klimatyczna pedagogika wstydu


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 36 (06-12.09.2019)

Podatkowy terror klimatyczny

Jeśli raport IPCC zostanie przyjęty (a pewnie zostanie), będzie stanowić „podkładkę” do wywierania międzynarodowego nacisku na opodatkowanie mięsa.

„Internety” miały ostatnio kilka chwil szczerej „beki” z eko-absurdów – a to za sprawą transatlantyckiej rejzy 16-letniej Grety Thunberg, szwedzkiej „celebrytki klimatycznej”, która, by nie pozostawiać za sobą „śladu węglowego”, postanowiła udać się na wrześniowy szczyt klimatyczny ONZ w Nowym Jorku „zeroemisyjnym” jachtem, użyczonym jej na tę okoliczność przez księstwo Monaco. Na pozór wszystko wydawało się super „eko” - jacht wyposażono w panele słoneczne i jest „oszczędny” do tego stopnia, że nie ma na nim nawet prysznica i toalety. Hmm, z opowieści żeglarskich z dawnych czasów wiadomo, że niegdyś „te rzeczy” załatwiało się na rufie, a myto się w morskiej wodzie wciąganej kubłem przez burtę – czyżby czekał nas powrót do tej tradycji? A co z zanieczyszczaniem oceanu produktami przemiany materii? No, ale mniejsza z tym, bo wkraczamy w krępujące tematy. W każdym razie, niemieckie media doniosły, iż cała logistyka wokół „czystego” rejsu będzie skutkowała kilkukrotnie większą emisją CO2, niż gdyby Greta wraz z towarzyszącym jej ojcem zwyczajnie poleciała do Ameryki samolotem. Raz, że do Nowego Jorku musi polecieć 5-osobowa załoga, która sprowadzi jacht z powrotem; dwa, że obecna załoga też będzie musiała powrócić drogą lotniczą, bo tych morskich atrakcji w spartańskich warunkach będą mieli dość po wycieczce w jedną stronę. Nie bez znaczenia jest też sponsor – księstwo Monaco słynie bowiem nie tylko z jak najbardziej „emisyjnych” wyścigów Formuły1, ale również z tego, że stanowi przystań dla wyklinanych przez aktywistów klimatycznych największych i najbardziej paliwożernych jachtów świata. Domyślam się, że panienka Thunberg przed swoim wystąpieniem na forum ONZ jednak umyje się jak normalny człowiek w hotelu – a potem gładko wyleci samolotem do Chile, gdzie ma zamiar wziąć udział w kolejnym szczycie - COP25. Ot, pusta „pokazucha”, typowa dla „ekologistów” (nieustająco w takich sytuacjach przypominam – ekologia to nauka, natomiast „ekologizm” to ideologia). Bo niby co taki rejs ma nam uświadomić – że powinniśmy przestawić się na żaglowce, które dziś stanowią ekskluzywną rozrywkę dla najbogatszych? Joseph Conrad, który pomstował na bezduszne parostatki zabijające romantyzm morskich podróży byłby wniebowzięty.

Ale, w zasadzie dlaczego dzielna potomkini Wikingów postanowiła śladem swych przodków wyprawić się za ocean? I tu już robi się mniej wesoło, bowiem na nowojorskim szczycie ONZ ma zostać przyjęty niedawny, alarmistyczny raport IPCC (Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu) – oenzetowskiej agendy, która w ramach „walki z klimatem” postanowiła ostatnio wskazać karcącym palcem rolnictwo, a konkretnie hodowlę bydła. Otóż rolnictwo ma odpowiadać za 1/4 emisji gazów cieplarnianych produkowanych przez człowieka, w której to wartości zawiera się 14,5 proc. gazów (głównie metanu) wydalanych przez bydło. Krowy mają ponoć emitować tyle samo gazów, co cała branża transportowa (samochody, statki, samoloty) razem wzięta! Wskutek powyższego, w ramach powstrzymywania „zmian klimatycznych” ludzie powinni ograniczyć spożycie mięsa. Jest to zresztą postulat propagowany od lat przez różne organizacje zawodowych „ekologistów” - np. Greenpeace.

Nawet nie próbuję dociekać, w jaki sposób uczeni oszacowali tę „krowią” emisję. Zauważę tylko, że pokarm roślinny jest mniej kaloryczny od zwierzęcego, więc człowiek żeby się najeść musiałby wtrząchnąć wielokrotnie więcej „zielonki”, co jako żywo przypomina stary dowcip o rozmowie sowieckiego i amerykańskiego żołnierza. Gdy Amerykanin pochwalił się wartością kaloryczną racji żywnościowych w US Army, radziecki sołdat zaprotestował: „Kłamiesz! Nikt nie zje dziennie 30 kilo ziemniaków!”. W raporcie IPCC są również przytomne uwagi – choćby taka, że w krajach zamożnych ludzie masowo cierpią na otyłość, a w biednych wciąż chodzą niedożywieni – ale to jest kwestia globalnej redystrybucji dóbr, a nie wina hodowli zwierząt per se.

Szkopuł w tym, że jeśli raport IPCC zostanie przyjęty (a pewnie zostanie), stanowić on będzie „podkładkę” do wywierania międzynarodowego nacisku na opodatkowanie mięsa – na takiej samej zasadzie, jak opodatkowano energetykę „kwotami” CO2. Już teraz w Niemczech SPD i Zieloni zgłosili projekt podniesienia VAT na mięso z 7 do 19 proc. W zamian rolnicy mieliby otrzymać rekompensaty na „restrukturyzację” produkcji w kierunku bardziej „zrównoważonej”. Rolnicy, rolnikami – ale drakońska podwyżka uderzy głównie w konsumentów. Nie muszę chyba dodawać, że odbije się to na najuboższych warstwach społeczeństwa, dla których mięso stanie się niczym przed wiekami rarytasem jedzonym kilka razy do roku, zaś dla zamożniejszych – wyznacznikiem statusu, podobnie jak dziś droga eko-żywność. Co gorsza, pojawiają się głosy, że aby rozwiązanie było kompleksowe, należałoby je wprowadzić na poziomie Unii Europejskiej – i tu robi się już naprawdę groźnie. A nie prościej powrócić do tradycji przestrzegania dni postnych? Byłoby „eko”, „fit” i „vege”...


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 34-35 (23.08-05.09.2019)

niedziela, 13 stycznia 2019

Plastikowa hipokryzja

Już widzimy, skąd ta nagła troska Unii o morza i oceany. Gdyby nie chiński zakaz, wszystko pozostałoby z grubsza po staremu.

Jakoś tak się złożyło, że za sprawą katowickiego szczytu klimatycznego ostatnie felietony poświęciłem różnym kosztownym eko-absurdom i hipokryzji towarzyszącej ogólnoświatowej „walce z klimatem”. Dziś będzie coś w rodzaju suplementu, dotykającego wprawdzie nieco innej tematyki, ale z tej samej parafii – bo wszak na samym „globalnym ociepleniu” aktywność ekologistów się nie kończy. Jak wiemy, w minionym roku Unia Europejska postanowiła uszczęśliwić swych poddanych (bo o obywatelach w kontekście słynnych unijnych „deficytów demokracji” trudno mówić) dalece idącymi obostrzeniami dotyczącymi używania plastikowych wyrobów. I tak, Parlament Europejski zagłosował za dyrektywą stanowiącą, że do 2021 r. zniknąć mają różnego rodzaju „jednorazówki” - plastikowe słomki do napojów, sztućce, talerzyki czy patyczki higieniczne. Ponadto, do 2025 r. radykalnemu ograniczeniu ma zostać poddane stosowanie opakowań z tworzyw sztucznych w rodzaju pudełek na kanapki czy lody. Na cenzurowanym znalazły się też m.in. filtry papierosowe zawierające plastik, sprzęt rybacki i plastikowe butelki, które mają być w 90 proc. recyklingowane.

Skąd jednak wzięła się ta nagła krucjata przeciw tworzywom sztucznym? Oficjalnie podaje się, że plastik przyczynia się w ogromnym stopniu do zanieczyszczania oceanów – i to akurat jest prawda. Ale dlaczego przodownictwo w walce z plastikiem wzięła na swoje barki akurat Europa, która oficjalnie stosunkowo najmniej zaśmieca środowisko morskie? I tu zaczyna robić się ciekawie. Otóż niedawno naukowcy z Centrum Helmholtza ds. Badań Środowiskowych (UFZ) w Lipsku opublikowali wyniki badań z których wynika, że 80-95 proc. plastikowych odpadów trafia do oceanów za pośrednictwem 10 wielkich rzek z Azji i Afryki. Są to: Jangcy, Indus, Rzeka Żółta, Hai He, Ganges, Rzeka Perłowa, Amur i Mekong (Azja) oraz Nil i Niger (Afryka). Cechą wspólną regionów świata stanowiących dorzecza tych rzek jest to, że z jednej strony globalne koncerny lokują tam najbardziej „toksyczne” ogniwa swoich cykli produkcyjnych; z drugiej – upychają w nich nadprodukcję poprzez eksport i „pomoc humanitarną” (rozkładając przy okazji miejscową wytwórczość); z trzeciej wreszcie – wzmiankowane obszary Azji i Afryki pełnią rolę globalnych wysypisk śmieci. Tak więc, Zachód tradycyjnie pokazywał czyste rączki, przerzucając problem na drugi koniec świata.

No dobrze, czyżby zatem Europę ruszyło sumienie i zdecydowała się zaprzestać tego procederu? Oczywiście, nic z tych rzeczy, prawda jest o wiele bardziej prozaiczna. Tak się bowiem składa, że do tej pory gros europejskich odpadów absorbowały Chiny (m.in. do powtórnego przetworzenia, co jednak generowało olbrzymie straty środowiskowe). To się skończyło od początku 2018 r., kiedy to Chiny wprowadziły zakaz importu 24 rodzajów śmieci – w tym „domowego” plastiku (a więc „jednorazówek”, którym właśnie wydała wojnę UE), odpadów wydobywczych czy tekstyliów (również zawierających często tworzywa sztuczne). Do tego momentu do Chin trafiało nawet ponad 50 proc. globalnej „produkcji” odpadów z tworzyw sztucznych, zaś kraje UE „eksportowały” tam grubo ponad 80 proc. swoich plastikowych śmieci. Wyjątkowo boleśnie chińskie embargo uderzyło w Niemcy, które zużywają najwięcej (ponad 24 proc.) tworzyw sztucznych w Europie i są jednym z głównych „wytwórców” tego typu odpadów. Ponadto dotąd, wbrew rozpowszechnionemu mniemaniu, w Niemczech tylko w połowie poddawano je recyklingowi, resztę spalając lub wysyłając właśnie do Chin. Po wprowadzeniu przez Pekin obostrzeń stanęły przed groźbą szybkiego utonięcia w śmieciach. Na marginesie, warto zwrócić uwagę na wciąż nierozwiązany problem przemytu nielegalnych odpadów do Polski, która dla Niemiec (i nie tylko) pełni rolę „zapasowego wysypiska”.

Tak więc, już widzimy skąd ta nagła troska Unii o morza i oceany. Gdyby nie chiński zakaz, wszystko pozostałoby z grubsza po staremu. Ponadto, wciąż pozostaje kilka wątpliwości. Po pierwsze, dotąd koszty wszystkich odgórnych, ekologicznych regulacji uderzały w zwykłych obywateli – w cenach wywozu śmieci, paliwa, energii elektrycznej itp. – i można przypuszczać, że podobnie będzie i tym razem. Po drugie, ograniczenie „plastików” na rynku europejskim to jedno – ale co z eksportem towarów z tworzyw sztucznych? Co z tymi wzmiankowanymi wyżej dorzeczami rzek w Azji i Afryce z których śmieci spływają do Pacyfiku, Atlantyku i Oceanu Indyjskiego? No i wreszcie, plastikowe jednorazówki trzeba będzie czymś zastąpić - zapewne głównie produktami z papieru i drewna, a do tego potrzeba gigantycznych ilości surowca, którego nie „wyrąbie” się w Europie. Pytanie, czy nie skończy się jak z biopaliwami, które również miały „chronić planetę”, a przyczyniły się do dewastacji lasów tropikalnych masowo wycinanych pod plantacje palm olejowych. Krótko mówiąc - my będziemy mieli może trochę czyściej (i drożej), ale za to zniknie jeszcze więcej tak miłych ekologom lasów deszczowych, a świat po staremu będzie tonął w śmieciach.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 02 (11-17.01.2019)

poniedziałek, 17 grudnia 2018

Global Warming Industry

Walka z emisją CO2 sprowadza się do eksportu najbrudniejszych etapów produkcji na drugi koniec świata, by potem chwalić się „czystą” i „niskoemisyjną” gospodarką.

Trwające we Francji protesty „żółtych kamizelek” wyjątkowo dobrze „rymują się” z tegorocznym szczytem klimatycznym COP24 w Katowicach. Oba wydarzenia bowiem doskonale obrazują skalę hipokryzji wokół kwestii globalnego ocieplenia i wyrosłe na tejże różnorakie biznesy składające się na „Global Warming Industry” - że sparafrazuję tytuł znanej książki Normana Finkelsteina. Zacznijmy od Francji. Otóż w ubiegłym roku tamtejszy rząd ogłosił, że do 2040 r. wprowadzony zostanie całkowity zakaz sprzedaży samochodów spalinowych – cała Francja ma się przesiąść na pojazdy elektryczne i hybrydy. Częścią tej strategii są podwyżki podatku TICPE – czyli akcyzy od produktów energetycznych, głównie pochodnych ropy (od 2014 również węgla) - w tym ta ostatnia, która wywołała masowe protesty. Sęk w tym, że od lat 50. minionego wieku francuski rząd wspierał „diesle” (w tym Emmanuel Macron, jako minister za prezydentury Hollande'a), wskutek czego przytłaczająca większość samochodów we Francji jeździ dziś na oleju napędowym.

Oczywiście, odejście od ropy tłumaczone jest potrzebą redukcji CO2 i smogu, a że ceny hybryd i elektryków są dla większości konsumentów zaporowe, więc postanowiono zastosować metodę kija i marchewki – uderzenie po kieszeni wzrostem cen paliwa połączone z oferowaniem dopłat do „ekologicznych” samochodów. Tyle, że mimo dopłat, obywateli na zakup „elektryka” tak czy inaczej nie stać (często nie stać ich na nowego „ropniaka”, więc o czym tu mowa), a podwyżki na stacjach codziennie czyszczą im portfele. Tajemnicą poliszynela jest, że koncerny motoryzacyjne, które zainwestowały w nowe technologie, nigdy nie odbiją sobie kosztów, jeżeli ludzi nie zmusi się do kupna ich produktów – stąd histeria wokół „emisji” i nacisk na rządowe dopłaty (pouczający jest tu przykład Elona Muska, który dostał ataku wściekłości, gdy duński rząd zrezygnował z dotowania zakupu aut elektrycznych, a sprzedaż poleciała na łeb) przy jednoczesnym milczeniu na temat strat środowiskowych związanych chociażby z produkcją baterii litowo-jonowych. Wg raportu Szwedzkiego Instytutu Środowiska każda kilowatogodzina pojemności takiego akumulatora „kosztuje” w procesie produkcyjnym od 150 do 200 kg wyemitowanego CO2 – do czego należy doliczyć jak najbardziej „kopalniane” pozyskiwanie litu z solnisk (plus wydobycie kobaltu i niklu) i całą resztę cyklu produkcyjnego. Przypomina to jako żywo słynną sprawę wymiany żarówek tradycyjnych na „energooszczędne” (za to wielokrotnie droższe) pod wpływem lobbyingu producentów. Pytanie za milion – ile energii dzięki temu „zaoszczędzono”?

Inny przykład, to biopaliwa, które również są jednym z powodów francuskich protestów. W teorii biokomponenty miały ograniczyć wydobycie paliw kopalnych, przyczyniając się do ochrony środowiska. W praktyce natomiast pod uprawy roślin oleistych, głównie palm olejowych, likwiduje się całe połacie lasów tropikalnych, nieodwracalnie dewastując naturalne środowisko. Taki los spotyka w tej chwili ogromne obszary Indonezji i Malezji, gdzie grunty pod nowe plantacje pozyskuje się metodą masowego wypalania lasów – i w przeciwieństwie do teorii antropogenicznych przyczyn globalnego ocieplenia, jest to widoczne gołym okiem. Plantacje palm olejowych to 27 mln ha, a ich areał wciąż jest powiększany, zaś rabunkowa gospodarka skutkuje m.in. zaburzeniem gospodarki wodnej oraz zatruciem wód i gleb (niekontrolowane używanie środków chemicznych, w tym pestycydów) o wymieraniu zagrożonych gatunków nie wspominając.

Jednak francuski parlament, m.in. pod naciskiem koncernu Total, przygotowuje ustawę zezwalającą na import tego świństwa. Czyli z jednej strony „walczymy z ociepleniem” i uderzamy podwyżkami akcyzy w najmniej zamożnych, by nie smrodzili dieslami, z drugiej zaś - „sponsorujemy” import surowca przyczyniającego się do zniszczeń i emisji CO2 w innej części świata. Dodać należy, że bezpośrednio godzi to we francuskich farmerów uprawiających rzepak – inny biokomponent paliw – którego Francja jest obecnie największym producentem w Europie, dlatego w protestach „żółtych kamizelek” masowo biorą udział również rolnicy. Jak rozumiem, dla Totala francuski olej rzepakowy był zbyt drogi, więc użył swoich wpływów, by rządzący poszli mu na rękę. I teraz kolejna zagadka – czy paliwo z olejem rzepakowym byłoby droższe czy niekoniecznie, gdyby nie podwyższać „ekologicznej” akcyzy?

I tak jest niemal ze wszystkim, jeśli tylko nieco się poskrobie - „walka z emisją CO2” (abstrahując już od jej generalnej sensowności) sprowadza się do robienia świętoszkowatych min i eksportu najbrudniejszych etapów produkcji na drugi koniec świata, by potem chwalić się „czystą” i „niskoemisyjną” gospodarką. Kosztów tej ekologicznej ciuciubabki nie ponoszą jednak najwięksi truciciele, czyli globalne koncerny – one mają swoich polityków i swoje raje podatkowe. Ponoszą je zwykli ludzie – zarówno ci w Indonezji, jak i w Europie.

Z nagonką na polski węgiel jest podobnie – ale o tym już za tydzień.

CDN.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

COP24, czyli eko-trolling

Wrobieni w CO2

Zielony szwindel nie przeszedł w Hamburgu

Szczyt hipokryzji


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 49 (14-20.12.2018)

wtorek, 11 grudnia 2018

COP24, czyli eko-trolling

Klimat jak dawniej będzie się zmieniał w rytmie cykli Milankovicia, procesów geologicznych i wielu innych, kompletnie niezależnych od człowieka czynników.

W Katowicach trwa ONZ-owski szczyt klimatyczny COP24 na który zjechała się część przywódców państw (raczej tych z drugiego szeregu) oraz cała armia urzędników i pieczeniarzy z przeróżnych NGO-sów, którzy z „walki z klimatem” uczynili sobie całkiem wygodny sposób na życie, konsumując w spokoju ducha kolejne granty wypłacane hojną ręką przez rządy, organizacje międzynarodowe tudzież zainteresowany globalny biznes. Ach, no i na dokładkę kilku celebrytów, którzy uwierzyli, że medialna sława daje im patent na zbawianie świata. Cała ta eko-hałastra (łącznie ok. 20 tys. osób ze 190 krajów), po wyemitowaniu do atmosfery kłębów spalin ze swych samolotów i limuzyn, zwaliła się do stolicy Górnego Śląska i z miejsca zajęła się tym, co najlepiej jej wychodzi – sianiem histerii i moralnej paniki w połączeniu ze spazmami świętego oburzenia.

Najpierw zawodowych ekologistów (przypominam – ekologia to nauka, „ekologizm” to ideologia) poraziła otwierająca imprezę orkiestra górnicza (o rety!). Dalej było już tylko weselej: w polskim pawilonie zaprezentowano ekspozycję z przeróżnymi instalacjami oraz produktami wytwarzanymi z węgla – oprócz czarnych brył naszego surowca, zwiedzający mogli obejrzeć także węglową biżuterię oraz wyprodukowane z węgla kosmetyki – np. żel pod prysznic czy mydło. Odnotowano liczne przypadki szoku i pomieszania zmysłów: „węgiel, wszędzie węgiel”, „zabierzcie nas stąd” - jęczeli straumatyzowani aktywiści, gdy słaniając się na nogach opuszczali wystawę. Perfidia organizatorów jednak nie znała granic – kiedy po koszmarnych przeżyciach wstrząśnięci ekologiści zapragnęli zregenerować siły w stołówce, czekała na nich kolejna zasadzka: pierogi. Konkretnie – pierogi z MIĘSEM. „Oferowane menu wydaje się całkowicie ignorować klimat” - stwierdzili, wytykając drżącymi ze zgrozy palcami takie dania, jak rolada śląska (wołowina + boczek + kapusta), wspomniane pierogi, dziczyzna i produkty nabiałowe. „Obładowane mięsem menu jest obrazą dla pracy konferencji” - dodała Stephanie Feldstein z Centr for Biological Diversity. Na koniec, kiedy okazało się, że posiłki serwowane są na jednorazowych, plastikowych tackach, ekoaktywiści gremialnie padli na ziemię w konwulsjach.

No dobrze, nieco przejaskrawiłem (ale doprawdy, niewiele), chodzi mi jednak o to, aby oddać ogólny, nomen omen, klimat towarzyszący katowickiemu wydarzeniu. A jest to, proszę Państwa, obłęd w czystej postaci. Nie wystarczy już walka z węglem - ludzkość należy, najlepiej odgórnie, odzwyczaić od jedzenia mięsa, albowiem, jak zostaliśmy przy okazji szczytu pouczeni, odpowiednia agenda ONZ ustaliła, iż hodowla bydła odpowiada ponoć za 14,5 proc. globalnej emisji gazów cieplarnianych, z czego 1/4 pochodzi z hm... zwierzęcej przemiany materii. Swoją drogą, jak oni to wyliczyli? Wsadzali krowom pod ogony mierniki metanu? Mięso należy zastępować więc substytutami w rodzaju roślin strączkowych – jednak ilości cieplarnianego metanu emitowanego przez nażartą soją, grochem i fasolą ludzkość chyba jeszcze nie oszacowano. Przewiduję zatem granty i dotacje na dalsze, jakże perspektywiczne, badania.

Najgroźniejsza jest jednak galopująca „karbonofobia”, jak pozwolę sobie określić ogólnoświatową kampanię antywęglową. Oto Polska rzekomo musi do 2030 r. całkowicie zrezygnować ze spalania węgla, inaczej czeka nas katastrofa. Tyle tylko, że przepowiednie wojujących ekologistów charakteryzuje permanentny „ruchomy horyzont apokalipsy”. Po prostu, gdy w przepowiadanym terminie kataklizm nie nadchodzi, to produkuje się nową alarmistyczną wizję, że wprawdzie teraz to może nie, ale już za kolejnych 15 lat z ab-so-lut-ną pewnością czeka nas nieuchronna zagłada – i tak dalej. Problem w tym, że zmłotkowane lobbyingiem „zielonego” biznesu i chodzących na jego pasku ekomaniaków rządy oraz organizacje międzynarodowe podejmują katastrofalne i rujnujące obywateli decyzje, czego stosunkowo świeżym przykładem jest unijny „pakiet klimatyczny”, powodujący skokowy wzrost cen energii elektrycznej. Z góry trzeba zaznaczyć, że łagodzenie jego skutków dopłatami do prądu dla gospodarstw domowych nic nie da, bo przyszłoroczny wzrost cen o 50-70 proc. dla przedsiębiorstw i tak powróci rykoszetem w postaci wyższych kosztów towarów i usług. A klimat jak dawniej będzie się zmieniał po swojemu, w rytmie cykli Milankovicia, procesów geologicznych i wielu innych, kompletnie niezależnych od człowieka czynników. Tak nawiasem, jeszcze w 2008 r. podnoszono alarm, że zbliża się „globalne ochłodzenie”, za sprawą wyjątkowo chłodnego 2007 roku.

Dlatego dobrze się stało, że zarówno prezydent Duda, jak i premier Morawiecki nie poddali się klimatycznej histerii, tylko spokojnie tłumaczyli, dlaczego Polska nie odejdzie od węglowej energetyki, będzie zaś inwestowała np. w zalesianie. Natomiast przyznana im przez eko-trolli anty-nagroda „Skamielina Dnia” jest jedynie świadectwem, że przynajmniej Polska w tym całym klimatycznym małpim cyrku zachowała elementarny zdrowy rozsądek.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Wrobieni w CO2

Zielony szwindel nie przeszedł w Hamburgu

Szczyt hipokryzji


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 48 (7-13.12.2018)