Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Unia Europejska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Unia Europejska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 kwietnia 2020

Stress-test

Gołym okiem widać, że pandemia koronawirusa stała się wielkim społecznym laboratorium. To po prostu niesamowita okazja do testowania różnych rozwiązań z zakresu inżynierii społecznej.


W związku z pandemią koronawirusa warto postawić sobie podstawowe w moim przekonaniu pytanie: na ile przemodeluje ona światowy porządek i czy zmiany będą nieodwracalne? Już teraz widać, że mamy do czynienia z globalnym „stress-testem” dotyczącym takich obszarów jak polityka, życie społeczne, gospodarka, a nawet system wartości – i w każdym z nich może dojść do istotnego przewartościowania dotychczasowych priorytetów. Zacznijmy jednak wesoło – tzn. od krajowego, politycznego bagienka.


I. Amok „najgłupszej opozycji świata”

Po wyborach 2019 r. zostaliśmy obdarowani nieco bardziej zróżnicowaną niż dotąd opozycją, co szczególnie wyraziście uzewnętrzniło się po dotarciu koronawirusa do Polski. Spójrzmy: zdawałoby się skrajne ugrupowania, takie jak Lewica i Konfederacja zajęły w obliczu epidemii i działań rządu stanowisko zdumiewająco konstruktywne. Politycy lewicowi nie negując konieczności rządowych wysiłków zwracali uwagę na potrzebę większej ochrony pracowników na „śmieciówkach”, nie objętych zabezpieczeniami wynikającymi z Kodeksu Pracy – a takowych w Polsce jest, bagatela, 2,6 mln. (1,3 mln. na umowach-zleceniach i o dzieło, oraz drugie 1,3 mln. na samozatrudnieniu). Z kolei Konfederacja zaoferowała wykorzystanie swoich wolontariuszy zbierających podpisy dla Krzysztofa Bosaka do pomocy osobom starszym (np. przynoszenia zakupów), podnosząc prócz tego konieczność wprowadzenia ułatwień dla rodzimego, głównie niewielkiego biznesu, najbardziej narażonego na utratę płynności finansowej. Również PSL z Kosiniakiem-Kamyszem powstrzymało się od frontalnego ataku na rząd (jakby nie było, Kosiniak-Kamysz to jednak lekarz, a to do czegoś zobowiązuje). Krótko mówiąc, mamy tu podejście zdroworozsądkowe i odpowiedzialne – kraj znalazł się w wyjątkowej sytuacji, więc nie sypiemy piasku w tryby, co najwyżej zwracając uwagę na sprawy, do których naszym zdaniem rządzący nie przykładają należytej uwagi. Wszystko to jednak bez agresji, w tonie rzeczowej dyskusji – owszem, z pozycji opozycyjnych, ale jednak równocześnie propaństwowych.

Co innego „najgłupsza opozycja świata”, czyli Koalicja Obywatelska wraz ze swoim środowiskowo-medialnym habitatem. Ci nawet nie ukrywają, że epidemię traktują wyłącznie w kategoriach politycznych, a koronawirus jest dla nich istotny jedynie w charakterze kłonicy, którą można przywalić obecnej władzy. Tutaj nie liczy się nic, poza doraźnym politycznym interesem: można siać panikę, podrywać zaufanie obywateli do państwa i jego instytucji, destabilizować i bez tego napiętą już sytuację. Najmniej zaś istotni są w tym wszystkim ludzie, wręcz im więcej zarażonych i ofiar śmiertelnych, tym lepiej – niech wszystko spłonie, byśmy tylko mogli na tych zgliszczach i trupach z powrotem dorwać się do władzy. Ich zacietrzewienie podsyca znana prawidłowość, że w obliczu zagrożenia obywatele w naturalny sposób gromadzą się wokół władzy jako jedynego realnego czynnika sprawczego, dysponującego odpowiednimi instrumentami działania. Stąd też nieustanny amok, prowadzący do zachowań wręcz groteskowych.

Odtwórzmy to sobie. Najpierw rząd miał rzekomo utajniać przypadki koronawirusa w Polsce, by ujawnić je na moment przed konwencją wyborczą Małgorzaty Kidawy-Błońskiej i przyćmić w ten sposób to wiekopomne wydarzenie. Po pierwszych odnotowanych przypadkach pojawiła się narracja, że PiS chowa głowę w piasek i „nic nie robi”, bo wiadomo – „pisiory”, he he, nie dają sobie rady i potrafią tylko rozdawać pieniądze nierobom. Gdy okazało się, że rząd jednak działa i zgłasza spec-ustawę, rozległ się wrzask, że pod pretekstem zwalczania epidemii PiS chce zaprowadzić „stan wojenny”. Ustawa przeszła (żeby było zabawniej, również głosami „totalnych”), a PiS uwzględnił część poprawek opozycji, więc zaczęła się kolejna jazda, zainicjowana przez sztab Kidawy-Błońskiej: rząd nie chroni granic przed napływem zarażonych! - co jest szczególnie groteskowe w kontekście kryzysu migracyjnego z 2015 r., kiedy to na Jarosława Kaczyńskiego posypały się gromy, gdy ostrzegał przed zagrożeniem epidemiologicznym związanym z masowym napływem nachodźców.

Idźmy dalej. Rząd Mateusza Morawieckiego wprowadził stan zagrożenia epidemiologicznego, zamknął granice, wcześniej zaś w kraju szkoły i szereg innych instytucji, na bieżąco podaje do publicznej wiadomości liczbę zarażonych, nakłada kwarantanny, wydaje zalecenia odnośnie środków bezpieczeństwa – i, co najistotniejsze, spotyka się to ze zrozumieniem obywateli. Reakcja? „Koronawirus spadł PiS-owi z nieba”, „Koronawirus jako zbawca PiS”! Ten sam PiS, przypomnijmy, jeszcze chwilę wcześniej miał się na koronawirusie wyłożyć, a z drugiej strony – tenże koronawirus miał się stać lodołamaczem torującym drogę do władzy „totalsom”. Równolegle poboczny atak – Duda jeździ po kraju i robi sobie kampanię! Oczywiście, gdyby nie jeździł, byłoby, że tchórzy i dekuje się w Pałacu Prezydenckim, co widać po atakach na Kaczyńskiego za to, że (będąc z racji wieku w grupie największego ryzyka), nie udziela się publicznie...

No i wreszcie, kolejna brzytwa, której uchwycili się „totalni”: należy przełożyć wybory na jesień! Sęk w tym, że aby przełożyć wybory, należałoby wprowadzić jeden z trzech stanów: stan klęski żywiołowej, stan wyjątkowy, bądź stan wojenny – czyli to, przed czym jeszcze na początku marca ta sama opozycja histerycznie protestowała. Dziś stan wyjątkowy jest już „dobry”, bo „totalsi” liczą na kumulację kilku czynników: zmęczenia obywateli ograniczeniami, społecznego zniecierpliwienia (szczególnie latem, gdy ludzie będą chcieli wyjeżdżać na wakacje) oraz pierwszych efektów spowolnienia gospodarczego. Wszystko podporządkowane partykularnemu, partyjnemu interesowi, zero jakiegokolwiek instynktu państwowego, a nade wszystko – rozpaczliwe miotanie się od ściany do ściany. Ktoś na Twitterze trafnie skomentował, że wszyscy starają się zachowywać rozsądnie, tylko Platforma biega bez ładu i składu niczym kurczak z obciętą głową. Wyobraźmy sobie teraz, że wirus uderza w momencie, gdy prezydentem jest Kidawa-Błońska, premierem Borys Budka, a ministrem zdrowia Ewa Kopacz. A nie, wróć, nie musimy sobie wyobrażać – oni już rządzili podczas znacznie łagodniejszej epidemii świńskiej grypy. Wtedy Polska jako jedyna nie zakupiła szczepionek, zaś Ewa Kopacz uspokajała, że nic się nie dzieje – co zakończyło się 180 zgonami.

Przełożenie wyborów oczywiście nie jest wykluczone, wszystko zależy od rozwoju sytuacji, ale póki co można powiedzieć, że o ile państwo pod obecnymi rządami generalnie zdaje egzamin, o tyle „najgłupsza opozycja świata” swój stress-test oblała na całej linii.


II. Gdzie jest Unia?

Ale dość już o naszych baranach, przejdźmy do spraw poważniejszych. Gdzie jest Unia? Ta omnipotentna, najmądrzejsza Unia Europejska, która pod przewodem kasty światłych mandarynów miała być odpowiedzią na wszelkie problemy, ustawicznie regulując za pomocą tysięcznych dyrektyw i wytycznych najdrobniejsze dziedziny życia? Nie ma Unii. W momencie rzeczywistego kryzysu ci wszyscy wielcy komisarze i eurodeputowani, tak zazwyczaj skorzy do zabierania głosu na każdy temat – począwszy od praw zwierząt, a na ustroju polskiego sądownictwa skończywszy – pochowali się w mysie dziury. Walkę z COVID-19 musiały wziąć na swoje barki państwa narodowe – i całe szczęście, bowiem gdyby zależało to od unijnych urzędników, niemożliwe byłoby wprowadzenie np. kontroli granicznych, co jasno dał do zrozumienia rzecznik Komisji Europejskiej Eric Mamer („Zamykanie granicy, to niekoniecznie najlepsze rozwiązanie w sytuacji, gdy wirus jest już we wszystkich krajach strefy Schengen. Ale uznajemy, że to uprawnienia i decyzje rządów krajów członkowskich”).

Przy okazji, po raz kolejny uwidoczniło się, że „europejska solidarność” kończy się tam, gdzie zaczynają interesy Niemiec. Głośna stała się sprawa przechwycenia przez niemieckie władze transportów maseczek ochronnych zamówionych w Chinach przez Włochy, Austrię i Szwajcarię. Poszło o to, że zamówienie zostało złożone przez niemieckiego pośrednika, co niemieckie władze prawem kaduka potraktowały jako „eksport” i skwapliwie położyły na deficytowym towarze łapę. Co więcej, mimo iż Komisja Europejska wymusiła na niemieckim rządzie „uwolnienie” towaru (jedna z nielicznych dobrych rzeczy, które o władzach UE można dziś powiedzieć), to nikt (z pośrednikiem włącznie) nie jest w stanie powiedzieć, gdzie owe maseczki się znajdują – rozpłynęły się w powietrzu... Inny przykład, to niemiecka reakcja na przymknięcie przez Polskę granic – zostało to pryncypialnie skrytykowane, po czym niemal na drugi dzień Niemcy wprowadziły identyczne obostrzenia w ruchu granicznym. Niepokój Niemiec łatwo wytłumaczyć – otóż polskie firmy transportowe odpowiadają za 25 proc. tamtejszej logistyki zaopatrzeniowej, przez co przed Niemcami stanęło widmo pustych sklepowych półek.

Indolencję Unii najlepiej widać na przykładzie nielegalnej imigracji, która jest problemem samym w sobie, a w obliczu pandemii staje się wręcz sprawą gardłową. Po raz kolejny okazało się, że unijna straż graniczna, czyli osławiony FRONTEX jest tygrysem bez zębów i zajmuje się głównie przeładunkiem „uchodźców” z pontonów na statki, po czym odstawia ich dokładnie tam, gdzie chcieli trafić, czyli na kontynent europejski. Jest to zatem w istocie przedsiębiorstwo przewozowe, ułatwiające robotę gangom przemytników. Wyjątkowo boleśnie przekonała się o tym Grecja, która w końcu wzięła sprawy we własne ręce i zaczęła samodzielnie zwalczać plagę migracji, nie przejmując się wrzaskami różnych „organizacji humanitarnych” - dodajmy, przy cichej akceptacji Brukseli, która mogła odetchnąć z ulgą, że rząd w Atenach wybawił ją z kłopotu.

Coś tam jednak Unia robi. Otóż uruchomiła fundusz o łącznej wartości 37,3 mld euro na walkę... nie, nie tyle z koronawirusem, ile na łagodzenie skutków gospodarczych wywołanych kryzysem – z czego Polsce przypadać ma 7,4 mld euro. Tyle, że wbrew rozpowszechnionemu mniemaniu to nie są żadne dodatkowe pieniądze! Środki te pochodzą z aktualnie obowiązujących w ramach budżetu UE środków spójności. Po prostu Unia wspaniałomyślnie się zgodziła, by poszczególne kraje, w tym Polska, część przysługujących im środków wydały na najniezbędniejsze w tym momencie inwestycje, a nie na to, co akurat figurowało w odgórnej, brukselskiej rozpisce i nieco złagodziła rygorystyczne procedury rozliczania funduszy. Ot, i cała „łaska”. Ach, zapomniałbym – Unia w pocie czoła pracuje nad wspólnotowym przetargiem na leki i sprzęt medyczny w ramach „mechanizmu kryzysowego”, na razie jednak daleki jest on od rozstrzygnięcia.

Euroentuzjaści twierdzą, że bierność Unii spowodowana jest niedostatecznymi kompetencjami i już snują wizje poszerzenia prerogatyw Brukseli na przyszłość. Jest to skrajnie niebezpieczny pogląd. Wyobraźmy sobie, że ten kompletnie niewydolny, biurokratyczny moloch miałby w sytuacji zagrożenia epidemią decydować o zamknięciu granic (i dopilnować wykonania), przetargach na medykamenty, rozdziale funduszy czy wprowadzeniu w poszczególnych krajach stanu zagrożenia epidemiologicznego. Wyobraźmy sobie tylko, że dla każdej z tego typu spraw krajowe rządy musiałyby uzyskać zgodę w unijnej centrali, która skrupulatnie sprawdzałaby, czy aby nie łamana jest któraś z rozlicznych „procedur” - wszystko w momencie, gdy trzeba działać „na wczoraj”.

Podsumowując ten wątek - Unia Europejska „stress-testu” nie przeszła. Nic nie zastąpi państw narodowych w kwestiach bezpieczeństwa i pozostaje mieć nadzieję, że inwazja koronawirusa przyczyni się do odwrócenia tendencji polegającej na zawłaszczaniu przez unijną biurokrację kolejnych obszarów władzy.


III. Wielkie laboratorium

Na koniec sprawy o charakterze bardziej ogólnym. Prawdopodobnie czeka nas, jak napisałem w niedawnym felietonie dla „Gazety Finansowej” „najgłupszy kryzys w historii świata” - bo też skala (i co ważniejsze, śmiertelność) pandemii w niczym nie usprawiedliwia aż takiej paniki na rynkach. Pół żartem, pół serio, zarysuję tu spiskową teorię – może medialna histeria jest celowo indukowana, by odwrócić uwagę od rzeczywistych przyczyn kryzysu, który i tak miał nadejść? Po krachu w 2008 r. opinia publiczna zawrzała oburzeniem na światową oligarchię finansową, która nie dość że doprowadziła do globalnej katastrofy, to jeszcze uszło jej to bezkarnie. Może macherzy, którzy nie zmienili swego postępowania ani o jotę i dalej pompują spekulacyjną bańkę, widząc na horyzoncie rychłe załamanie użyli swych medialnych wpływów, by „usprawiedliwić” koronawirusem nadchodzącą zapaść, tak by złość społeczeństw nie skierowała się przeciw banksterom i sprzedajnym politykom?

Ale, nawet pomijając spiskowe teorie, gołym okiem widać, że pandemia koronawirusa stała się wielkim społecznym laboratorium. To po prostu niesamowita okazja do testowania różnych rozwiązań z zakresu inżynierii społecznej. Do jakiego stopnia ludzie gotowi są pogodzić się z ograniczeniami wolności? Czy tylko na jakiś czas, czy na stałe? Jakimi metodami „naprowadzać” ludzkie masy na właściwe myślenie, tak by w przyszłości np. nie oddały głosów na „populistów”, tylko na „sprawdzony” establishment? Albo pogodziły się z kolejnymi przywilejami dla wielkich korporacji pod pretekstem „rozwiązań antykryzysowych”? Jestem przekonany, że rozliczne sztaby specjalistów od modelowania zbiorowych zachowań pracują w pocie czoła nad stosownymi analizami i wnioskami.

Patrząc bardziej optymistycznie – może uda się z obecnej sytuacji wyciągnąć jakieś konstruktywne wnioski? Może to co się stało nieco przyhamuje bezmyślny, zatraceńczy pęd ku wszechogarniającej globalizacji? Może przyczyni się do dywersyfikacji łańcuchów dostaw i produkcji, tak by nie lokować kluczowych ogniw w jednym regionie świata, czy wręcz w jednym państwie – Chinach? Może do kogoś wreszcie dotrze, że warto mieć elementarne zabezpieczenie w postaci własnego rolnictwa, gwarantującego żywność i własnego przemysłu? Tak by nie wyglądać niczym zbawienia chińskich kontenerowców zawijających do europejskich portów? Przecież to paranoja, żebyśmy nie byli w stanie produkować u siebie zwykłych maseczek chirurgicznych i podstawowych leków, a za produkcję płynu odkażającego musiał się brać w trybie awaryjnym „Orlen” (całe szczęście, że go mamy).

Idąc dalej – może docenimy nasze państwa, granice i zalety suwerenności? Może dotrze do nas, że zbywanie kolejnych uprawnień na rzecz ponadnarodowych instytucji to droga donikąd? Z drugiej strony – może zauważymy zagrożenia wynikające z nadmiernej decentralizacji? Pomyślmy tylko, co by się działo, gdyby Polska zgodnie z postulatami „totalnej opozycji” była dzisiaj luźnym konglomeratem udzielnych samorządowych „księstewek”... I to jest kolejny oblany „stress-test” - tym razem nie zdała go globalizacja.

Pocieszające w tym wszystkim jest to, że choć na chwilę zniknęła z publicznego dyskursu większość lewackiej agendy. Nagle okazało się, że obliczu śmierci „prawa” zwierząt, LGBT, genderyzm, skrajny ekologizm i klimatyzm przestały być najważniejszymi problemami ludzkości. Symboliczna jest tu odezwa Grety Thunberg, która zaapelowała do swych wyznawców, by „strajkowali” na rzecz klimatu – ale w domu... Złą wiadomością jest jednak uległość Kościoła, który we Włoszech i zachodniej Europie wystraszony lewackimi wrzaskami zamknął świątynie, rezygnując tym samym z okazji do choćby częściowego odbudowania swego duchowego przywództwa. W Polsce natomiast lewactwo ma inny cel – ograniczenie praktyk religijnych na czas zarazy ma sprawić, by ludzie „odwykli” od chodzenia do kościoła. Koronawirus oraz propaganda strachu mająca ukazać kościoły jako główny rozsadnik epidemii jest tu orężem w walce z religią. Czas pokaże, czy owa nałożona na wiernych „kwarantanna” przyniesie skutki – oby nie. Niemniej, jest to kolejna odsłona owego „społecznego laboratorium” o którym tu piszę – tym razem dotykająca sfery fundamentalnych wartości. Tak więc, już zupełnie na koniec – podstawowy i najważniejszy „stress-test” to ten, przed którym stoimy my sami.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 04 (kwiecień 2020)

piątek, 21 lutego 2020

Podatkowe paserstwo

Unia Europejska rocznie na unikaniu opodatkowania traci 170 mld. euro – zatem suma strat podatkowych krajów członkowskich jest o 1/5 większa od całego budżetu UE!

Na tegoroczny szczyt w Davos Polski Instytut Ekonomiczny przygotował prezentację raportu pt. „Niesprawiedliwość podatkowa w Unii Europejskiej. W kierunku większej solidarności w walce z unikaniem opodatkowania”. Głównym autorem publikacji jest dr Jakub Sawulski (niemal rok temu omawiałem tu jego inny raport pt. „Kogo obciążają podatki w Polsce?”), a wstępem opatrzył ją premier Mateusz Morawiecki. Dokument ten był punktem wyjścia dla panelu dyskusyjnego z udziałem wspomnianego Mateusza Morawieckiego oraz sekretarza generalnego OECD Jose Angela Gurrii i francuskiego ministra finansów Bruno le Maire'a, zorganizowanego pod hasłem „Współpraca podatkowa: jak uniknąć wyścigu do dna”. Niestety, trudno dociec, czy oficjele doszli do jakichkolwiek konstruktywnych konkluzji – a takowe byłyby wielce pożądane, bowiem dane zaprezentowane w raporcie stawiają włosy na głowie.

Otóż cała Unia Europejska rocznie na unikaniu opodatkowania traci 170 mld. euro - z czego na wyprowadzanie pieniędzy przez wielkie korporacje przypada 60 mld., najzamożniejsze osoby prywatne – 46 mld., zaś luka w VAT odpowiada za 64 mld. euro. Można to porównać chociażby z unijnym budżetem – obecnie to ok. 960 mld. euro., co daje nieco ponad 137 mld. euro rocznie. Zatem, jak podkreślają autorzy raportu, suma strat podatkowych krajów członkowskich jest o 1/5 większa od całego budżetu UE! Jest to w znacznej mierze wynikiem zjawiska określanego często jako „wyścig do dna”, który na swój użytek nazywam „konkurencją o to, kto lepiej dogodzi bogatemu”. Poszczególne kraje prześcigają się w różnych ulgach i ułatwieniach, mających ściągnąć zagranicznych inwestorów – tyle, że w ostatecznym rozrachunku niewiele z tego mają, bo wypracowane w danym kraju zyski transferowane są do rajów podatkowych. W ramach Unii Europejskiej funkcje takich rajów pełni sześć państw: Luksemburg, Cypr, Malta, Irlandia, Belgia i Holandia. Warto dodać, iż państwa te nie zawsze są punktami docelowymi i często stanowią jedynie „stacje przesiadkowe” przed ostatecznym transferem kapitału poza granice UE – czyli na różne „Wyspy Bergamuty” w rodzaju Kajmanów czy innych Seszeli.

Jak to się odbywa? Ano, globalny koncern dogaduje się np. z rządem Holandii, że zarejestruje tam spółkę-wydmuszkę z kilkuosobową obsadą – ale spółka ta jest właścicielem np. znaku towarowego, który następnie „wydzierżawia” funkcjonującym w innych krajach podmiotom z tej samej grupy kapitałowej, pobierając za to opłaty. Ze ściągniętego w ten sposób kapitału „odpala” holenderskiemu rządowi w ramach CIT powiedzmy 3 proc. Dla rządu Holandii to i tak czysty zysk, bo przecież taka spółeczka nie generuje dla państwa żadnych kosztów (praktycznie nie korzysta chociażby z publicznej infrastruktury). W zamian za tę „dolę” holenderski rząd przymyka oko na wytransferowanie reszty funduszy poza UE – i tak oto, wygenerowane w Europie zyski nagle „znikają z horyzontu”. Inny sposób to udzielanie przez takie „spółki-wydmuszki” powiązanym firmom pożyczek na realizację inwestycji, które następnie ściąga z odpowiednim oprocentowaniem.

Jaka jest skala tego procederu? Dla Belgii dochód z praktyk optymalizacyjnych to 16 proc. ogólnych rocznych wpływów z CIT, dla Holandii – 30 proc., dla Luksemburga – 54 proc., dla Irlandii – 65 proc., Malty – 88 proc. Skutek? Efektywne opodatkowanie korporacji w skali UE w ciągu ostatnich 20 lat spadło z 24 do 16 proc. Najbardziej poszkodowane kraje to Niemcy (tracące rocznie ok. 28 proc. potencjalnych wpływów z CIT), Węgry i Francja (ok. 24 proc.) i Wlk. Brytania (jeszcze w ramach UE traciła ok. 17 proc. wpływów z CIT rocznie). Polska prezentuje się na tym tle nie najgorzej – rocznie tracimy „tylko” nieco ponad 10 proc. wpływów z CIT.

Konsekwencje tego paserstwa (bo trudno inaczej nazwać programowe czerpanie korzyści z okradania innych państw z należnych im podatków) są rozliczne. Okradane kraje zmuszane są do cięć odbijających się na jakości usług publicznych i poziomie życia obywateli; zadłużania się w większym wymiarze, niż byłoby to konieczne, gdyby wypracowane zyski zostawały na miejscu; wreszcie – przerzucania obciążeń podatkowych na mniejsze podmioty gospodarcze i zwykłych ludzi, nie dysponujących możliwościami „optymalizacyjnymi”. Do tego należy doliczyć pogłębiającą się nierównowagę, zaburzającą rynkową konkurencję – dociśnięta daninami średnia firma nie ma szans w konkurowaniu z gigantem nie płacącym niemal żadnych podatków.

W ramach środków zaradczych, autorzy raportu postulują m.in. wprowadzenie minimalnej unijnej stawki CIT, stworzenie „czarnej listy” rajów podatkowych (takowa nawet powstała, ale... nie obejmuje ona państw UE – i trudno się dziwić, skoro na czele KE stał wówczas b. premier Luksemburga Jean-Claude Juncker) oraz nadanie KE prawa do wymierzania sankcji wobec państw członkowskich biorących udział w optymalizacyjnym procederze. Ciekawe, czy nowa Komisja włączy ten problem do swej agendy? Byłby to prawdziwy test na słynną „europejską solidarność”.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Regresywny system podatkowy, czyli śmierć frajerom


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 7 (14-20.02.2020)

Życie po Brexicie

Dalszym losom Wielkiej Brytanii warto się pilnie przyglądać – jak niejednokrotnie pisałem, może się bowiem okazać, że poza Unią też istnieje życie.

I. Lewacka furia

Na początek proponuję Państwu mały eksperyment. Proszę sobie wejść na jakiś portal „Agory” - nieważne, czy będzie to gazeta.pl, czy strony „Gazety Wyborczej” - i poczytać komentarze czytelników pod jakimkolwiek artykułem dotyczącym Brexitu. Poziom emocjonalnego zacietrzewienia dorównuje chyba tylko sytuacjom, gdy na tapetę wchodzi PiS, Kaczyński, bądź reforma sądownictwa. Rzeka jadowitego hejtu pod adresem „brytoli” w niczym nie ustępuje tej wylewanej dzień w dzień na „pisiorów” i „hołotę przekupioną za pińćset”. Można wręcz powiedzieć, iż Brytyjczycy wraz ze swym rządem są dla lemingów w kontekście relacji międzynarodowych tym samym, czym na krajowym podwórku PiS i jego wyborcy. Wszystko to podszyte jest złośliwą schadenfreude, że już-już za moment Wielka Brytania dostanie za swoje – załamią się finanse i gospodarka, Szkocja dokona secesji, Unia zablokuje granice i najdalej za kilka lat „mała Brytania” przyjdzie pokornie prosić się w łachę, żeby Bruksela znów łaskawie ją przyjęła do „europejskiej wspólnoty”. Przypomina to wypisz-wymaluj internetowe proroctwa głoszące, że wskutek pisowskiego „rozdawnictwa” Polska zbankrutuje niczym Grecja lub Wenezuela i dopiero wtedy skruszony „motłoch” z Podkarpacia i Podlasia (bo wg głębokiego przekonania czytelników „Wyborczej” tylko ów prowincjonalny plebs korzysta z 500+ i reszty świadczeń) otrzeźwieje i skruszony zagłosuje na ludzi „światłych i na poziomie”, przywracając „naturalną” społeczną hierarchię i uznając swój podrzędny status wobec „elit”. Czytając te wykwity frustracji odnosi się wrażenie, że obywatele Wielkiej Brytanii swą decyzją wyrządzili naszym „europejczykom” osobistą zniewagę – podobnie, jak „polski ciemnogród” obraził ich uparcie głosując nie na tych, na których powinien.

Skąd ta złość i poczucie urazy? Gdybym miał zabawić się w domorosłego psychologa powiedziałbym, iż zwolennicy „obozu III RP” zainwestowali całe swoje jestestwo, wszystkie emocje w ogólnie pojmowaną „europejskość”, stawiając ją zarazem w opozycji do polskości. Europejskość w tym rozumieniu jest synonimem wszystkiego, co w tej grupie pozytywnie się kojarzy – postępu, dobrobytu, nowoczesności, laicyzacji, modernizacji i cywilizacyjnych standardów. Słowem – sukcesu. I na odwrót – polskość z kolei jest dla nich symbolem obciachu, zacofania, parafiańszczyzny, klerykalizmu, bardaku, nieróbstwa, roszczeniowości i ciemnoty. Krótko mówiąc – powodem do nieustannego poczucia wstydu. Stąd ten horyzont aspiracji sprowadzający się do skrupulatnego „implementowania” kolejnych wytycznych wraz z idącym w pakiecie odpowiednio „postępowym” światopoglądem, by – w jakimś czasowym horyzoncie – móc wreszcie zrzucić z siebie ten duszący ciężar utożsamianego z polskością prowincjonalizmu i móc się ogłosić „europejczykiem”. Więcej – zostać uznanym za takowego przez „białych ludzi” z Brukseli, Berlina i Paryża. Symptomatyczne są tu słowa Moniki Olejnik, która zapytana jakie ma poglądy, odpowiedziała: „normalne, europejskie”. A jakie poglądy są „europejskie”? Ano takie, jakie na danym etapie są podawane wyznawcom do wierzenia przez lokalne elity pełniące rolę pasów transmisyjnych między zachodnią „metropolią”, a tutejszymi koloniami.


II. Koniec „europejskiego snu”

Jak łatwo zauważyć, takie podejście oznacza, że Polska tym ludziom tak naprawdę nie jest do niczego potrzebna – ich sen o kosmopolitycznej „nowoczesności” doskonale zaspokaja „Europa bez granic” pod światłym nadzorem kasty brukselskich mandarynów, zaś jedynym marzeniem jest, by owi mandaryni uznali ich za „swoich”. I do głów im nie przyjdzie, że właśnie tego typu postawa świadczy o głębokich kompleksach prowincjonalnego parweniusza, który jedyne poczucie własnej wartości czerpie z tego, jak jest oceniany w oczach tych, którzy mu imponują. Nawet dyżurna narracja obozu III RP o „bezprzykładnym sukcesie Polski” podszyta jest właśnie tymi kompleksami – ów „sukces” w ich ujęciu zasadza się przecież właśnie na tym, że jesteśmy chwaleni przez zagraniczne elity. Polskie osiągnięcia nabierają więc wartości dopiero po przejrzeniu się w lustrze kurtuazyjnych komplementów naszych zachodnich mentorów, a „modernizująca się” Polska liczy się jedynie jako okres przejściowy przed roztopieniem się w europejskim tyglu. I z podobnych przyczyn ludzie ukształtowani w tej formacji duchowo-intelektualnej tak żywiołowo nienawidzą PiS-u i jego wyborców – bo reprezentują wszystko to, czym „fajnopolaków” nauczono do głębi pogardzać i przynoszą „wstyd przed światem”.

I teraz te wszystkie emocje i aspiracje w które bez reszty się zaangażowali dostały cios w postaci Brexitu. Okazuje się, że Unia Europejska nie dla wszystkich jest miarą wszechrzeczy, słowa Junckera, Timmermansa czy Verhofstadta nie muszą być wyrocznią, a kierunek obrany na budowę europejskiego superpaństwa nie jest jedynie słusznym, bezalternatywnym prawem historii. I na dodatek, ta negacja nie wyszła z jakichś tam Węgier lecz z poważnego, dużego kraju, będącego jedną z największych gospodarek świata. To jak policzek wymierzony w wyznawaną przez tutejszych postępowców religię europeizmu. A nade wszystko – wyjątkowo bolesny dysonans poznawczy. To zaś z kolei wywołuje agresję, której dają upust w opisany na wstępie sposób. Kolejną przyczyną owej agresji jest pojawiający się między wierszami lęk – a co, jeśli na Wielkiej Brytanii się nie skończy? Jeśli za jej przykładem pójdą następni, w tym Polska? Taki scenariusz równałby się zburzeniu ich całego oglądu rzeczywistości. I jak tu żyć?


III. Brukselska arogancja

Dokonuję tej wiwisekcji najbardziej zaangażowanych tutejszych wyznawców „europeizmu”, bo moim zdaniem pasuje ona również w znacznej mierze do przedstawicieli brukselskich elit. Może poza jednym – zamiast kompleksu niższości, unijni mandaryni prezentują nieuleczalny kompleks wyższości, manifestujący się niezmienną pychą i aroganckim przeświadczeniem o własnej nieomylności. Cała reszta jednak się zgadza. Na brytyjskie referendum kasta „brukselczyków” zareagowała furią ocierającą się wręcz o odmowę przyjęcia wyników do wiadomości, czego przejawem były niedwuznaczne sugestie, by powtórzyć głosowanie – w domyśle, aż do skutku, czyli „zadowalającego” rezultatu. Gdy okazało się, że Wielka Brytania to nie Irlandia, którą udało się w podobnym duchu skutecznie „zmłotkować” i przymusić do akceptacji Traktatu Lizbońskiego – unijna wierchuszka postawiła na maksymalne utrudnianie negocjacji rozwodowych i stawianie zaporowych warunków. Było to zagranie mające z jednej strony na celu odstraszenie potencjalnych naśladowców, polegające na wysłaniu czytelnego sygnału: „nawet nie myślcie o żadnych exitach, bo to droga przez mękę”; z drugiej zaś – obliczone na zmęczenie brytyjskiej opinii publicznej, by w kolejnych wyborach zagłosowała „właściwie”, porzucając marzenia o niepodległości. W końcu jednak wyborcy przemówili, stawiając jednoznacznie na Borisa Johnsona, który obiecał szybkie sfinalizowanie Brexitu. Słowa dotrzymał - od północy 31 stycznia 2020 r. Wielka Brytania przestała być członkiem Unii Europejskiej.

Teraz jeszcze zostały do wynegocjowania warunki dalszej współpracy – i już widać, że nie będzie łatwo, bowiem Bruksela idzie w zaparte, żądając by Wielka Brytania pozostając poza Unią respektowała „europejskie standardy” - czyli wciąż implementowała wszystkie urodzone w Brukseli dyrektywy, co dla Brytyjczyków jest nie do przyjęcia. Widać zatem wyraźnie, że urzędnicze elity UE są impregnowane na jakąkolwiek autorefleksję i nie mają zamiaru rewidować swej obłędnej polityki spod znaku „więcej Europy” - więcej unifikacji, regulacji i okrawania suwerenności państw członkowskich. To ważna wskazówka również i dla nas, oznaczająca, że dzień, gdy kwestia polskiej obecności w UE stanie na ostrzu noża, zbliża się wielkimi krokami. A dalszym losom Wielkiej Brytanii warto się pilnie przyglądać – jak niejednokrotnie pisałem, może się bowiem okazać, że poza Unią też istnieje życie.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 06 (07-13.02.2020)

czwartek, 13 lutego 2020

Mit polskiego euroentuzjazmu

Osławiony euroentuzjazm Polaków, oscylujący wokół legendarnego 80-procentowego poparcia dla członkostwa w UE nie jest bezwarunkowy.

I. Poza Unią też jest życie?

Tuż przed świętami pewne zamieszanie wywołał sondaż Eurobarometru z wiosny 2019 r. z którego wynika, iż większość Polaków uważa, że nasz kraj w przyszłości lepiej poradzi sobie poza Unią Europejską. Wiadomość tę podał w alarmistycznym tonie redaktor naczelny lewicowo-liberalnego pisma „Liberte!” Leszek Jażdżewski, pisząc na Twitterze: „47% Polaków uważa, że Polskę czeka lepsza przyszłość poza Unią Europejską. 45% uważa przeciwnie. 8% nie wie. To jest najbardziej przerażający sondaż jaki zdarzyło mi się widzieć w ostatnim czasie”. Badania nastrojów społecznych dotyczących różnych aspektów funkcjonowania UE Eurobarometr przeprowadza dwa razy do roku – wiosną i jesienią, zaś wyniki publikowane są po kilku miesiącach (sondaż o którym tu mowa zamieszczono na stronach Komisji Europejskiej w sierpniu 2019 i była to jego 91. edycja). Zazwyczaj przechodzą one bez echa, bowiem z reguły ich wyniki potwierdzają status quo – większość Europejczyków nieodmiennie wręcz tryska euroentuzjazmem, zarówno unijne instytucje, jak i Unia jako taka są oceniane pozytywnie – słowem, „słuszną linię ma brukselska władza”. Nie inaczej było i tym razem – również w przypadku respondentów z Polski, których odpowiedzi na większość pytań tradycyjnie lokują nas w czołówce „euroentuzjastów”. Z dwoma wyjątkami. Otóż w gąszczu kilkudziesięciu punktów amerykański portal „GZERO” wyłapał pytanie („QA18.a5”) w którym należało ustosunkować się do stwierdzenia: „nasz kraj lepiej mógłby sprostać przyszłości będąc poza UE”. Do wyboru było pięć odpowiedzi: od „zdecydowanie się zgadzam” po „zdecydowanie się nie zgadzam” i „nie wiem”. Portal „GZERO” opracował rezultaty w formie odpowiedniej grafiki, która odbiła się sporym echem w internecie, stając się przy okazji przyczyną bólu głowy red. Jażdżewskiego (oraz m.in. Waldemara Kuczyńskiego, który dał upust swym antypisowskim obsesjom: „To są efekty nieustannego szczucia na Unię przez Kaczyńskiego, PiS i ich propagandowych pachołków. To robota przeciw niepodległości Polski. W tym miejscu droga od Unii wiedzie prędzej czy później, tylko do Moskwy. Ci szczuje, to zbrodniarze stanu”).

W każdym razie, łącznie aż 47 proc. Polaków wybrało odpowiedzi „zdecydowanie się zgadzam” i „raczej się zgadzam”, 45 proc. odpowiedziało „raczej się nie zgadzam” bądź „zdecydowanie się nie zgadzam”, zaś 8 proc. nie miało zdania. Sytuuje nas to wśród potencjalnie najbardziej „eurosceptycznych” narodów UE. Wyższy wskaźnik miała jedynie Słowenia – ale w jej przypadku odsetek zgadzających się i nie zgadzających z tezą, iż ich kraj w przyszłości lepiej poradzi sobie poza Unią był identyczny – po 48 proc. Za nami natomiast uplasowały się Włochy i nawet finalizująca „brexit” Wielka Brytania – w tych krajach jednak procent przeciwników wyjścia z UE był nieznacznie wyższy od zwolenników „exitu”. Oznacza to, że jesteśmy na dzień dzisiejszy jedynym krajem w którym większość respondentów dopuszcza możliwość wyjścia w przyszłości z Unii Europejskiej. Co więcej – w porównaniu z poprzednim badaniem z jesieni 2018 r., odsetek zwolenników potencjalnego „Polexitu” wrósł aż o 11 punktów procentowych, a liczba przeciwników spadła o 10 pkt. proc. To absolutnie bezprecedensowa zmiana na tle pozostałych państw – i to na przestrzeni raptem kilku miesięcy. Żeby było ciekawiej, pytanie to zostało pominięte w skrótowym raporcie z badań i można się do niego dogrzebać dopiero w pełnej wersji – być może właśnie dlatego przez tyle czasu nikt nie wychwycił tej, co by nie mówić, małej sensacji.

Druga kwestia, w której Polacy wolą się dystansować od „głównego nurtu” unijnej polityki, to waluta euro („QA16.1”) – tutaj przeciwnikami jej przyjęcia jest aż 55 proc. pytanych przy 35 proc. zwolenników eurowaluty i 10 proc. nie mających zdania. Z tym, że to akurat żadna nowość – sprzeciw wobec euro deklaruje od lat zdecydowana większość Polaków.


II. Chwiejny „euroentuzjazm”

Powyższe potwierdzałoby tezę, którą od dość dawna z uporem głoszę – osławiony euroentuzjazm Polaków, oscylujący wokół legendarnego 80-procentowego poparcia dla członkostwa w UE nie jest bezwarunkowy. Stosunek większości naszych rodaków do Unii można by raczej określić jako „utylitarno-interesowny”, dający się opisać krótkim „jest dobrze, jak jest dobrze”. Póki co, korzystamy z najbardziej hojnego budżetu Unii Europejskiej, absorbując środki na rolnictwo, infrastrukturę i szereg innych przedsięwzięć, korzystamy z możliwości podróżowania w ramach strefy Schengen, podejmujemy pracę i studiujemy za granicą - nic więc dziwnego, że w typowych badaniach opinii publicznej na pytanie w rodzaju „czy jesteś za obecnością w UE” odpowiadamy gremialnie „tak”. To jednak tylko pierwsza warstwa naszego stosunku do Brukseli. Gdy poskrobiemy nieco głębiej, okazuje się, że rzeczywistość jest o wiele bardziej skomplikowana. Cytowałem już na tych łamach chociażby badanie z okresu szczytu kryzysu migracyjnego, kiedy to byliśmy poddawani największej presji na zaakceptowanie „mechanizmu relokacji” nachodźców. Nagle okazało się, że nasz rzekomo bezkrytyczny „euroentuzjazm” wyparował bez śladu – 70 proc. zadeklarowało wtedy stanowczy sprzeciw, w dużej mierze nawet wówczas, gdyby groziło to obcięciem eurofunduszy (56 proc.), a wręcz „Polexitem” (51 proc.). Podobne wątki przewijały się także w innych sondażach, w których deklarujemy przywiązanie do polskiej suwerenności i przeciwstawiamy się zbyt daleko idącej ingerencji brukselskiej biurokracji w nasze wewnętrzne sprawy, co ze smutkiem odnotowywał, również przywoływany tutaj kiedyś, raport Fundacji Batorego „Polacy wobec UE: koniec konsensusu”. Ba, w badaniach think-tanku European Council on Foreign Relations z kwietnia 2019 r. połowa Polaków opowiedziała się za wprowadzeniem rozwiązań zabraniających opuszczania kraju na długi okres czasu (!), co może odzwierciedlać rosnącą społeczną świadomość co do negatywnych skutków masowej emigracji zarobkowej.

Niezależnie od tego, czy trend „polexitowy” utrzyma się w kolejnym badaniu Eurobarometru (osobiście sądzę, że raczej sytuacja się wyrówna), trzeba zauważyć, iż podobne wahania same w sobie są znaczące i nasze podejście do obecności w UE może się zmieniać pod wpływem różnych czynników – np. rozmaitych „uroszczeń władczych” brukselskich struktur uzurpujących sobie nienależne prerogatywy, jak chociażby nie mająca odzwierciedlenia w traktatach procedura „kontroli praworządności” wszczęta prawem kaduka przez Komisję Europejską. Z pewnością natomiast minął okres cielęcego zachwytu nad mitologizowanym „zachodem”, gdzie wszystko jest lepsze, ładniejsze i na większym „wypasie”. A gdy jeszcze tenże „zachód” usiłuje nam narzucić muzułmańskich migrantów, bądź zmusić do zaakceptowania obyczajowych szaleństw, traktując je jako probierz „europejskości” (a warto pamiętać, że przytoczony sondaż Eurobarometru zbiegł się z kolejną odsłoną wojny kulturowej spod znaku wspieranych z Brukseli gej-parad, co mogło mieć wpływ na odpowiedzi) – wtedy zdroworozsądkowo mówimy takiej integracji „nie”.


III. Moment prawdy

W tym momencie trzeba przypomnieć, że wielkimi krokami zbliża się moment prawdy, jakim będzie nowy budżet unijny na lata 2021-2027 – o wiele chudszy od obecnego, w efekcie czego możemy stać się płatnikiem netto. Coś mi mówi, że w tej nowej sytuacji poparcie Polaków dla członkostwa w UE zacznie systematycznie topnieć. Zresztą, już dziś, patrząc na przepływy finansowe, jesteśmy na gigantycznym minusie – unijne fundusze netto w latach 2010-2016 wynosiły średnio 2,7 proc. naszego PKB, podczas gdy wyprowadzane z Polski do krajów „starej Unii” rozmaite zyski sięgnęły 4,7 proc. PKB. Jeżeli do tego dołożymy dopłacanie do unijnej kasy, to może się okazać, że wkrótce grono zwolenników „Polexitu” przebije psychologiczną barierę 50 proc. I tu stawiam sakramentalne pytanie - czy nasi rządzący mają „mapę drogową” na taką okoliczność, czy też tradycyjnie wolą chować głowy w piasek?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

„Nowa” i „stara” UE – kto kogo sponsoruje?

15 lat w Unii – czas na ewakuację?

Polska w UE – kiedy bilans?

Między brexitem a polexitem

Polexit – czas na debatę

Niemiecka strefa euro

EFTA – alternatywa dla Polski?

Kiedy nastąpi „polski exit”?

Opuścić Eurokołchoz!

Exodus z domu niewoli

Żegnaj Brukselo!

Exit Wyszehradu?

Porozmawiajmy o Polexicie

Chcecie sankcji? Dobrze!

Polexit coraz bliżej?

Niemiecka Europa

Śmierć eurokomunie!

Brexit – lekcja na 2019 rok

Coudenhove-Kalergi – europejski federalista

Euro-jurgielt

Drenaż kolonialny


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 01 (03-09.01.2020)

wtorek, 25 czerwca 2019

Pełzające rozbicie dzielnicowe II

Doczekaliśmy się powstania warstwy samorządowej oligarchii - „królewiąt”, do złudzenia przypominających magnaterię z czasów I Rzeczypospolitej.


I. Polska „patchworkowa”

Gdy w ubiegłym roku pisałem artykuł pt. „Pełzające rozbicie dzielnicowe” nie spodziewałem się, że już po kilku miesiącach jego główne tezy znajdą tak ostentacyjne odzwierciedlenie w programie „totalnej opozycji”. Do tej pory bowiem „landyzacja” Polski postępowała podskórnie, na zasadzie „tisze jediesz, dalsze budiesz” - metodą tworzenia faktów dokonanych, kształtowania pewnego polityczno-administracyjnego ususu. Ten stan rzeczy zawdzięczamy „wiekopomnej” reformie samorządowej rządu Jerzego Buzka z 1999 r., w wyniku której państwo polskie przy formalnym zachowaniu unitarnego charakteru de facto zmieniło ustrój na „patchworkowy” - prócz administracji rządowej, zostaliśmy obdarowani trójstopniową administracją samorządową. Do gmin doszły powiaty i rządowo-samorządowe województwa-regiony, z czego szczebel powiatowy jest po prostu zbędny, bo jego rolę z powodzeniem mogłyby wypełniać związki gmin tworzone dla realizacji określonych celów, a „usamorządowienie” województw (sejmiki wojewódzkie wyłaniające regionalne quasi-rządy, działające równolegle do wojewodów, czyli organów administracji centralnej) wprowadza wręcz dualizm władzy w terenie. Już w momencie wprowadzania tego systemu niektórzy ostrzegali, że na dłuższą metę może on zachwiać spoistością państwa – ale cóż, ciśnienie złaknionych posad partyjnych aparatów okazało się zbyt silne. Naturalna dynamika wyłonienia się silnych lokalnych struktur politycznych zwyczajnie musi prowadzić do tego, że będą one starały się dążyć do maksimum samodzielności i zrzucenia z siebie centralnej, rządowej „czapy”. Entuzjaści tłumaczyli wówczas, że rozbudowany samorząd stanie się kuźnią sprawnych elit zarządzających państwem – jak wiemy, nic takiego nie nastąpiło, w zamian otrzymaliśmy natomiast lokalne „układy zamknięte” w których rządzi wójt/burmistrz/starosta rozdający posady, zblatowany z miejscowym biznesem (a często również z prokuraturą, sądem i skarbówką), trzymający pod butem lokalną prasę i reprodukując przy pomocy tych „zasobów władzy” swój stan posiadania z kadencji na kadencję. To nie przypadek, że większość wyroków skazujących na karę więzienia za zniesławienie (słynny art. 212 Kodeksu Karnego) dotyczyła właśnie lokalnych dziennikarzy, którzy ośmielili się zadrzeć z „waadzą”.

Na powyższe nałożyła się nasza akcesja do Unii Europejskiej, a samorządy zyskały w Brukseli potężnego sojusznika. Zagrały tu dwa czynniki – po pierwsze, kasta brukselskich mandarynów dążących do poszerzenia zakresu swej władzy w oczywisty sposób zainteresowana jest osłabieniem państw członkowskich. Stąd usilne promowanie „regionalizacji” - docelowo klientami unijnej centrali mają być „euroregiony” jedynie symbolicznie podporządkowane swoim rządom. W ten sposób „federalizacja” Unii Europejskiej dokonałyby się niejako tylnymi drzwiami, bez konieczności wprowadzania zmian traktatowych, przy ewentualnym wsparciu orzecznictwa TSUE interpretującego rozszerzająco zasadę subsydiarności. Nie bez powodu reformę samorządową Jerzego Buzka wprowadzano przy aprobacie i poparciu Brukseli, traktując ją wręcz jako część naszego procesu akcesyjnego. Czynnik drugi zaś, to rzecz jasna eurofundusze, których duża część płynie właśnie do struktur samorządowych – formalnie za pośrednictwem polskiego rządu, ale i tu pojawiają się głosy, jak chociażby Roberta Biedronia, kiedy jeszcze był prezydentem Słupska, by fundusze strukturalne kierować bezpośrednio do samorządów.


II. Samorządowi „królewięta”

Efektem wieloletniego nawarstwienia się wspomnianych okoliczności jest obecna tendencja, którą można scharakteryzować jako tytułowe „pełzające rozbicie dzielnicowe”. Najbardziej jaskrawym przykładem są wielkie metropolie, konsekwentnie zamieniane przez wielokadencyjnych włodarzy w udzielne księstwa. W ten sposób doczekaliśmy się powstania warstwy samorządowej oligarchii - „królewiąt”, do złudzenia przypominających swym zachowaniem i polityką magnaterię z czasów I Rzeczypospolitej. Proszę zwrócić uwagę, że nawet przekazanie władzy odbywa się w tych miastach często poprzez „namaszczenie do sukcesji”, a kolejni prezydenci są emanacją rządzących miastami zasiedziałych układów, które przez lata wypracowały sobie systemy rozlicznych zależności skutkujące wiernymi, zdyscyplinowanymi elektoratami zdolnymi zawsze przechylić szalę na korzyść tych, którzy mają wygrać. Tak było w Warszawie z prezydenturą Trzaskowskiego, tak było w Gdańsku, gdzie Aleksandra Dulkiewicz jeszcze przed przyśpieszonymi wyborami została obwołana spadkobierczynią zamordowanego Pawła Adamowicza niemal na jakiejś para-feudalnej zasadzie dziedziczenia władzy.

Te odśrodkowe nurty na co dzień wzbierają niezauważalnie, stopniowo – lecz wystarczy sytuacja ostrego, plemiennego niemal konfliktu politycznego, by objawiły z pełną mocą swój destrukcyjny potencjał. Z takim konfliktem mamy do czynienia obecnie, a jego skutkiem jest niemal otwarty rokosz sprzyjających opozycji samorządów pod wodzą prezydentów największych miast. W tych metropoliach od dawna prowadzono odrębną politykę, uzewnętrzniającą się chociażby w warstwie kulturowo-historycznej, czy gospodarczej. Mamy zatem wspieranie skrajnego lewactwa i ruchów LGBT, alternatywną politykę historyczną (szczególnie widoczną w Gdańsku, otwarcie nawiązującym do Wolnego Miasta Gdańsk), politykę ludnościową i społeczną (tu służy przykładem Wrocław za prezydentury Rafała Dutkiewicza jawnie dążącego do zasiedlania wrocławskiej aglomeracji rzeszami Ukraińców, mającymi być „błogosławieństwem i lekarstwem na polską ksenofobię”), a nawet politykę zagraniczną – dziwnym trafem głównie tam, gdzie funkcjonują niemieckie placówki dyplomatyczne i fundacje afiliowane przy wiodących niemieckich partiach politycznych. Słowem, stanęliśmy w obliczu próby sił na linii władza centralna-samorządy.


III. Próba sił

Wymienienie tych wszystkich czynników jest konieczne, by uświadomić sobie podglebie na jakim wyrosło „21 postulatów samorządowych” ogłoszonych 4 czerwca przez Fundację Batorego i podchwyconych entuzjastycznie przez „totalną opozycję” oraz związanych z nią samorządowców. To nic innego, jak logiczna konsekwencja dotychczasowego procesu „regionalizacji” Polski – tym razem wyrażona już wprost, bez owijania w bawełnę. Spójrzmy na niektóre z postulatów: - zwiększenie autonomii programowej szkół i samorządów i likwidacja kuratoriów (czyli wstęp do jawnej, lewackiej inżynierii społecznej w duchu warszawskiej „karty LGBT+”); - wprowadzenie „powiatowej policji” podporządkowanej samorządowi; - gminny podatek katastralny i kształtowanie lokalnej stawki PIT; - grające na korzyść metropolii ulgi w „janosikowym” pokrywane przez państwo i biorące pod uwagę „potrzeby wydatkowe” największych miast; - lokalne „rządy” w miastach na prawach powiatu; - likwidacja samorządowych kolegiów odwoławczych; - zniesienie nadzoru wojewodów nad samorządami na rzecz „niezależnej” izby audytu, mającej w przyszłości rozstrzygać również spory na linii samorząd – władza centralna; - powołanie „federacji samorządowej” reprezentującej samorządy wobec rządu; - „weto samorządowe” mogące czasowo wstrzymywać proces legislacyjny.

Wszystko to razem wzięte oznacza zanegowanie ustrojowych fundamentów państwa unitarnego i zamianę Polski w luźną federację różnych szczebli samorządowych. Jak ktoś trafnie określił – otrzymalibyśmy setki „małych Sycylii” rządzonych przez lokalne mafie z własnym aparatem przemocy (lokalna policja) i iluzorycznym zwierzchnictwem rządu centralnego. Przyczyna jest jasna - „totalna opozycja” i sorosowska Fundacja Batorego zorientowały się, że jesienne wybory mogą ugruntować władzę Prawa i Sprawiedliwości w wymiarze jeszcze większym niż obecnie, stąd też rozpaczliwie próbują ocalić swój ostatni bastion, jakim jest stan posiadania w samorządach lokalnych, ze szczególnym uwzględnieniem wielkich miast. Do wyborów pójdą więc z programem rozbicia Polski – by żyło się lepiej. Sitwom.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Pełzające rozbicie dzielnicowe


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 24 (14-20.06.2019)

niedziela, 16 czerwca 2019

15 lat w Unii – czas na ewakuację?

Pewnego dnia „polexit” wybuchnie naszym politycznym elitom w twarze, na co te oczywiście nie będą przygotowane – a konsekwencje takiego niekontrolowanego rozwoju wydarzeń mogą być nieobliczalne.

I. Unijna „demokracja”

W chwili ukazania się tego tekstu będzie już po eurowyborach – dowiemy się kto wygrał, czy Konfederacja przekroczyła magiczną barierę progu wyborczego, a nade wszystko – jaką siłą w Parlamencie Europejskim będą dysponowały ugrupowania suwerennościowe z różnych krajów i czy dojdzie do zawiązania szerokiej koalicji. Szczególnie ten ostatni element odegra kluczową rolę, bowiem po raz pierwszy rysuje się realna szansa na powstrzymanie samobójczego, nieprzytomnego pędu eurofederalistów opętanych utopijną wizją totalnego zglajszachtowania kontynentu. Euromandaryni zresztą, wbrew urzędowemu optymizmowi, zdają sobie sprawę z zagrożenia, toteż Donald Tusk postanowił zwołać szczyt unijnych przywódców już na 28 maja – raptem dwa dni po wyborach – by zainicjować proces wyłonienia nowych szefów europejskich instytucji. Do ostatecznego uzgodnienia obsady stanowisk miałoby natomiast dojść podczas kolejnego szczytu przewidzianego na czerwiec. A jest co dzielić, ponieważ 31 października 2019 r. upływają kadencje całej Komisji Europejskiej wraz z przewodniczącym Jean-Claude Junckerem oraz prezesa Europejskiego Banku Centralnego, Mario Draghiego. Do tego, 30 listopada kończy się kadencja Donalda Tuska na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej. Zważywszy, że pierwsze posiedzenie PE po wyborach przewidziane jest dopiero na 2-4 lipca, intencja jest jasna: postawić nowy europarlament przed faktem dokonanym. Ot, unijne „standardy demokracji” w praktyce. Warto dodać, że podobny scenariusz przećwiczono również pięć lat temu, po eurowyborach w 2014 r.

I tutaj pojawia się kluczowe pytanie – na ile nowe siły polityczne będą w stanie postawić się zakulisowym uzgodnieniom, marginalizującym rolę jedynego demokratycznego organu UE? Teoretycznie, Parlament Europejski ma w tej materii całkiem spore prerogatywy – zatwierdza większością głosów Komisję Europejską i jej przewodniczącego, może również większością 2/3 głosów uchwalić wobec Komisji wotum nieufności. Nic dziwnego, że zasiedziałemu, unijnemu establishmentowi tak się śpieszy – rozgrywający liczą na to, że zanim eurosceptycy w świeżo ukonstytuowanym parlamencie zdążą okrzepnąć i zorganizować się we frakcje, przedstawione kandydatury zostaną „klepnięte” głosami starych, chadecko-socjalistycznych wyjadaczy. Później będzie już „po ptokach”, bo zgromadzić 2/3 głosów do utrącenia całej Komisji będzie niezwykle ciężko. W tym pośpiechu jest jednak jeden, znamienny wyjątek – otóż dochodzące z Brukseli przecieki wskazują, że dominujące frakcje gotowe byłyby wstrzymać się z obsadą stanowisk przypadających „z rozdzielnika” Polsce do jesiennych wyborów parlamentarnych w naszym kraju, w nadziei na porażkę PiS i wysunięcie polskich kandydatur przez nowy, „niepisowski” rząd.


II. „Syndrom 80 proc.”

Opisałem pokrótce te zabiegi i korowody, by unaocznić z czym mamy do czynienia – do jakiego stopnia instytucjonalne struktury Unii Europejskiej wyrodziły się w dyktat urzędniczej kasty uzupełniającej się na zasadzie kooptacji, drogą kuluarowych „dogadywanek” i poza jakąkolwiek demokratyczną kontrolą. Ma to znaczenie o tyle, że zarysowana tu problematyka powinna być na zdrowy rozum główną osią kampanii wyborczej do Parlamentu Europejskiego – ze szczególnym uwzględnieniem osławionych „deficytów demokracji”. Niestety, nic z tego – dominujące wątki koncentrowały się na sprawach wewnętrznych: kolejnych obietnicach socjalnych (PiS), antyklerykalnym jazgocie i pedofilii w szeregach duchowieństwa (opozycja) oraz roszczeniach żydowskich (Konfederacja). Jeżeli już w ogóle poruszano tematy stricte europejskie, to wiodące ugrupowania albo prześcigały się w euroentuzjazmie (KE, PiS), albo deklarowały ogólnikowy eurosceptycyzm (Konfederacja, w której ściera się kilka nurtów – począwszy od „reformowania” Unii, poprzez chęć jej „zniszczenia”, aż do twardego polexitu). Wyjątkowo groteskowa była tu propozycja Andrzeja Dudy ogłoszona przy okazji naszego 15-lecia w UE, by członkostwo w UE i NATO wpisać do Konstytucji.

Tymczasem, po 15 latach, potrzeba nam uczciwej, wielowątkowej dyskusji na temat bilansu polskiej obecności w Unii Europejskiej. Debaty tej unika się jednak jak ognia, wymagałaby ona bowiem podniesienia nie tylko plusów, lecz i minusów – to zaś niemal nikomu nie jest na rękę i to z kilku powodów. Po pierwsze, każdy kto poruszyłby negatywne aspekty naszej przynależności do UE, z miejsca naraziłby się na zarzut sprzyjania „polexitowi” - wystarczy spojrzeć, jak gorliwie w „pucował” się PiS, pragnący zetrzeć z siebie odium eurosceptycyzmu, by uświadomić sobie polityczne obciążenia związane z takim oskarżeniem. Po drugie, polski establishment polityczny od lewa do prawa „umoczony” jest zarówno w bezwarunkowe propagowanie akcesji po najmniejszej linii oporu („bo inaczej nas nie przyjmą”), jak i poparcie dla systemowej ewolucji UE (Traktat Lizboński). Zatem, akcentowanie rozmaitych kosztów naszego funkcjonowania w Unii, oznaczałoby podważanie własnych politycznych biografii. No i wreszcie, po trzecie – wciąż pokutuje mit euroentuzjazmu Polaków, jakoby bezkrytycznie zapatrzonych w Europę. Ów mit, który pozwolę sobie nazwać „syndromem 80 proc.” od powtarzanego do znudzenia sondażowego poparcia dla naszego członkostwa, skutecznie terroryzuje zarówno scenę polityczną, jak i wiodące ośrodki opinii.

Zacznijmy więc może właśnie od rozbrojenia owego „syndromu 80 procent”. Owszem, Polacy są prounijni – ale dość powierzchownie, na zasadzie „jest dobrze, gdy jest dobrze”. Fajnie jest mieć otwarte granice, absorbować kasę z Brukseli, jeździć nowymi drogami, czy patrzeć na zrewitalizowane rynki miasteczek. Ale, gdy pojawiają się problemy, ten cukierkowy euroentuzjazm w znacznej mierze znika. Wspominałem kiedyś o sondażu, który wprawił lewicową „Politykę” w nerwowy dygot – w szczycie kryzysu migracyjnego i nacisku Berlina i Brukseli na „relokację” nachodźców, Polacy nagle stanęli okoniem i zadeklarowali, że są przeciw (70 proc.), nawet gdyby wiązało się to z utratą eurofunduszy (56 proc.), a wręcz koniecznością opuszczenia UE (51 proc.). Inny przykład: Fundacja Batorego na podstawie zbiorczej analizy różnych badań wydała w grudniu 2016 r. alarmistyczny raport pt. „Polacy wobec UE: koniec konsensusu”, z którego wynika, że 65 proc. optuje za prymatem państwa nad unijnymi strukturami („państwo w pierwszym rzędzie powinno zajmować się własnymi sprawami i pozwolić innym państwom zajmować się ich problemami najlepiej, jak potrafią”); 37 proc. uważa, że Polska mogłaby sobie lepiej poradzić z wyzwaniami przyszłości, gdyby pozostawała poza UE; 39 proc. nie chce dalszego poszerzania prerogatyw UE, zaś 38 proc. chciałoby przywrócenia części kompetencji krajom członkowskim. No i „eurosceptyczna” wisienka na torcie – całkiem niedawno podważony został dogmat korzyści płynących ze strefy Schengen i otwartych granic. W badaniach think-tanku o nazwie „Europejska Rada Stosunków Międzynarodowych” blisko połowa Polaków opowiedziała się za wprowadzeniem prawa zakazującego wyjazdu z kraju na dłuższe okresy czasu – co ewidentnie jest reakcją na falę emigracji zarobkowej z ostatnich lat. Innymi słowy – miło jest podróżować, lecz zarazem dostrzegamy negatywne skutki drenażu populacji. Dodajmy do tego jeszcze niezmienny sprzeciw większości Polaków wobec przyjęcia euro, czy lewackiej agendy obyczajowej, a wyjdzie, że jest społeczne podglebie do debaty na temat zarówno bilansu naszej obecności, jak i przyszłości – w ramach UE, bądź poza nią.

Warto, by polityczne elity przyjrzały się tym badaniom, weryfikują one bowiem utarty stereotyp o rzekomym bezkrytycznym euroentuzjazmie Polaków – okazuje się, że wystarczy nieco poskrobać, a obraz przestaje być tak jednoznaczny. Tyle, że poza zadeklarowanymi eurosceptykami z Konfederacji nikt się do tego nie pali – jak sądzę, głównie dlatego, że polityczny mainstream jak ognia boi się wywołania demona „polexitu”, co może tłumaczyć również dość miękką postawę PiS w relacjach z Brukselą. Najwyraźniej nie chcą „przeginać”, a poglądowa lekcja brexitu dodatkowo zniechęca do grania eurosceptyczną kartą. Rzecz jasna, na dłuższą metę takie chowanie głowy w piasek się zemści – tak jak zemściło się w przypadku żydowskich roszczeń majątkowych i zaordynowanego nam odgórnie „strategicznego sojuszu” z Izraelem. I jak zwykle, PiS przekona się o tym dopiero poniewczasie, gdy wątek „polexitu” weźmie na swoje sztandary kto inny.


III. Słona cena członkostwa

Tymczasem, warto wreszcie zacząć uczciwie mówić społeczeństwu, że nasze przystąpienie do UE nie jest wynikiem jakiejś niespotykanej łaski Zachodu, tylko doskonałym interesem na którym Europa Zachodnia (w tym głównie Niemcy) zyskała na wiele sposobów. Co więcej, cenę za integrację europejską zaczęliśmy płacić na długo przed 1 maja 2004 r.

Otworzyliśmy swój rynek na przestrzał, wpuszczając zachodnie koncerny i kapitał, wyprzedając za bezcen masę upadłościową po PRL, indukując w „szokowym” tempie masowe bezrobocie i w efekcie stając się krajem neokolonialnym – o czym mówił niejednokrotnie prof. Witold Kieżun. Weszliśmy do globalnej gry ekonomicznej totalnie nieprzygotowani, by konkurować z europejskimi i światowymi gigantami. Skutkiem było chociażby zamordowanie rodzącej się w bólach polskiej klasy średniej. Tu uwaga – przez klasę średnią rozumiem rodzimych przedsiębiorców prowadzących działalność „na swoim”, a nie np. korporacyjny management na fikcyjnym „samozatrudnieniu”. Na domiar złego, ów fetyszyzowany kapitał zagraniczny mógł u nas cieszyć się przywilejami niedostępnymi dla krajowych podmiotów, na których barki siłą rzeczy przerzucono gros obciążeń podatkowych. W ten sposób przetrącono kręgosłup np. polskiemu handlowi, który eksplodował na przełomie lat '80 i '90 dowodząc w bezprzykładny sposób naszej zaradności – te wyszydzane z niesmakiem na salonach bazarowe „szczęki” i łóżka polowe, później sklepiki, były zalążkiem polskiej przedsiębiorczości, dając utrzymanie dziesiątkom tysięcy rodzin. Zanim jednak okrzepły, zniszczono je z jednej strony fiskalizmem, z drugiej – przedwczesną konfrontacją z wielkimi sieciami i galeriami handlowymi.

Z perspektywy czasu widać wyraźnie, że Polsce z góry przeznaczono rolę rezerwuaru siły roboczej i rynku zbytu, a wszystkie systemowe działania spod znaku „modernizacji” szły właśnie w tym kierunku. Wynikiem jest nasza obecna pozycja w międzynarodowym łańcuchu produkcji – podwykonawcy, uwikłanego w pułapkę średniego rozwoju i skazanego na konkurowanie niskimi kosztami pracy. Wejście do Unii Europejskiej, po takiej wstępnej „obróbce” ekonomicznej z lat '90 i początku dwutysięcznych, jedynie utrwaliło ten model. Warto to zobrazować przykładem zachodnich Niemiec po II wojnie światowej. Pozbawione połowy terytorium, ze zbombardowanym przemysłem i wykrwawioną populacją mężczyzn w wieku produkcyjnym – po 20 - 30 latach były już jedną z potęg gospodarczych. Gdzie my jesteśmy po 30 latach „transformacji”, mimo że w 1989 r. startowaliśmy z relatywnie lepszej pozycji, niż RFN w 1945? Ano właśnie.

Dlatego trzeba podkreślać na każdym kroku, że fundusze unijne, które przedstawia się nam jako wielkie dobrodziejstwo są jedynie ochłapem, śladową rekompensatą za otwarcie się na morderczą konkurencję w skrajnie nierównoprawnych warunkach – co przypłaciliśmy ogromnymi kosztami gospodarczymi i społecznymi. Wygenerowane chroniczne bezrobocie już po naszej akcesji stało się ratunkiem dla zachodnich gospodarek, zasilonych rzeszami polskich pracowników – tych samych, których w tej chwili brakuje nam do tego stopnia, że musimy ratować się masami Ukraińców i Azjatów, dokonując potencjalnie arcyniebezpiecznej podmiany populacji.

Poza tym, nawet korzyści płynące z eurofunduszy stają się po bliższej analizie dość problematyczne. Do krajów Europy Zachodniej, w tym przede wszystkim Niemiec, z każdego euro wraca od 70 do 85 eurocentów. To bowiem ich firmy realizują wiodące inwestycje i są dostarczycielami sprzętu – innymi słowy, fundusze unijne stanowią w lwiej części formę ukrytego dotowania zachodniej produkcji i eksportu. Tak więc, jeśli wg oficjalnych danych Ministerstwa Finansów do sierpnia 2018 r. otrzymaliśmy „na czysto” (po odliczeniu składki członkowskiej) 102,8 mld. euro, to należy wziąć pod uwagę, że pieniądze te były u nas w większości tylko przez chwilę, a na Zachód wróciło z tej kwoty od 71,96 do 87,38 mld. euro. Inną formą „dokarmiania” gospodarek „starej Europy” są miliardowe zyski wyprowadzane z Polski. Słynny ekonomista Thomas Piketty wyliczył, że w latach 2010 – 2016 napływ unijnych środków netto wynosił 2,7 proc. naszego PKB, podczas gdy wyprowadzane z Polski zyski wynosiły 4,7 proc. PKB.

Do powyższego doliczyć należy swoisty „generator długu”, jaki stanowią eurofundusze. Partycypując w jakimkolwiek projekcie współfinansowanym z środków unijnych dany podmiot (państwo, samorząd) bierze kredyt na wkład własny – często w filii zagranicznego banku - który następnie musi oczywiście spłacić wraz z odsetkami. Na to jeszcze nakładają się kredyty firm-podwykonawców na realizację inwestycji - wszystko zanim nastąpi finalne rozliczenie z unijnych pieniędzy. A ponieważ mamy do czynienia z nieprawdopodobną, propagandową i polityczną presją na „wykorzystywanie” europejskich środków, to proporcjonalnie do owego „wykorzystywania” rośnie zadłużenie np. samorządów budujących aquaparki, kładących kostkę i rewitalizujących miejskie ryneczki. Do tej pory zapłaciliśmy ponad 50 mld. euro unijnej składki. Pytanie, czy przy racjonalnym wydatkowaniu kwota ta przekierowana bezpośrednio na nasze potrzeby nie wystarczyłaby do zrealizowania kluczowych inwestycji – tym bardziej, że mogłaby zostać skierowana do rodzimych firm, nie napędzając przy tym długu w zagranicznych bankach?


IV. Zanim wybuchnie polexit

Reasumując, od strony gospodarczej nasze członkostwo w UE jawi się jako co najmniej problematyczne, tym bardziej że doliczyć należy jeszcze koszta implementacji kolejnych unijnych dyrektyw, zatrudnienia armii dodatkowych urzędników, a od pewnego momentu również eko-szaleństwo na punkcie „dekarbonizacji” i kwot CO2, powodujące skokowy wzrost cen energii. Co mamy w zamian? Zakotwiczenie w zachodnich strukturach politycznych, w jakiejś mierze chroniące nas przed agresywną polityką Rosji, co było zresztą jednym z głównych powodów naszego przystąpienia do UE i NATO. Tyle, że w dobie coraz ściślejszej współpracy niemiecko-rosyjskiej pieczętowanej gazociągami Nord Stream, również i to staje pod znakiem zapytania. Natomiast jawne już dążenie do federalizacji Unii Europejskiej pod hegemonią Berlina i spychanie nas oraz całej Europy Środkowej do roli „wewnętrznych kolonii” i współczesnej Mitteleuropy, staje się wprost egzystencjalnym zagrożeniem dla naszej suwerenności – na co dodatkowo nakładają się uroszczenia brukselskiej kasty biurokratycznej, uzurpującej sobie kolejne, pozatraktatowe prerogatywy i ostentacyjnie mieszającej się w nasze wewnętrzne sprawy.

Będę to powtarzał jak mantrę: o tym należy społeczeństwu mówić, przygotowując je na ewentualność polexitu, gdyby okazało się, że dłuższe pozostawanie w unijnych strukturach grozi nam utratą państwowości. Nade wszystko jednak należy opracować „mapę drogową”, na wypadek konieczności „wygaszenia” naszego członkostwa – choćby po to, by nie powtórzyć błędów Wlk. Brytanii. Tyle, że PiS boi się jak ognia choćby dotknięcia tego tematu, spętane ciasnym doktrynerstwem spod znaku „dla Unii Europejskiej nie ma alternatywy”. To zaś z kolei oznacza, że podskórne, oddolne ciśnienie będzie narastało w miarę nawarstwiania się kolejnych negatywnych efektów członkostwa – zwłaszcza po 2020 r., wraz z chudszą perspektywą budżetową w połączeniu ze stopniowym okrawaniem podmiotowości państw narodowych przez Brukselę. Skutek będzie taki, że pewnego dnia „polexit” wybuchnie naszym politycznym elitom w twarze, na co te oczywiście nie będą przygotowane – a konsekwencje takiego niekontrolowanego rozwoju wydarzeń mogą być nieobliczalne.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Polska w UE – kiedy bilans?

Między brexitem a polexitem

Polexit – czas na debatę

Niemiecka strefa euro

EFTA – alternatywa dla Polski?

Kiedy nastąpi „polski exit”?

Opuścić Eurokołchoz!

Exodus z domu niewoli

Żegnaj Brukselo!

Exit Wyszehradu?

Porozmawiajmy o Polexicie

Chcecie sankcji? Dobrze!

Polexit coraz bliżej?

Niemiecka Europa

Śmierć eurokomunie!

Brexit – lekcja na 2019 rok

Coudenhove-Kalergi – europejski federalista

Euro-jurgielt

Drenaż kolonialny


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 07 (Czerwiec 2019)