Pokazywanie postów oznaczonych etykietą budżet UE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą budżet UE. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 kwietnia 2020

Z Brukselą trzeba twardo

Całe doświadczenie ostatnich lat pokazuje, że z Brukselą trzeba postępować twardo. Innego języka tam nie rozumieją, podobnie jak w Moskwie.

I. Zasada domniemania kompetencji

Przed Polską dwie powiązane ze sobą unijne batalie – spór o praworządność, przeniesiony obecnie na forum Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu oraz walka o możliwie korzystny dla nas europejski budżet na lata 2021-2027. W momencie gdy piszę te słowa, w Brukseli trwa szczyt Rady Europejskiej podczas którego szefowie państw członkowskich wśród uśmiechów i spijanych w międzyczasie tłustych rosołów wyrywają sobie nawzajem z gardeł różne ochłapy. Z kolei na 9 marca przewidziane jest wysłuchanie strony polskiej przed TSUE w sprawie wniosku Komisji Europejskiej o zawieszenie Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. I może zacznę od tego drugiego wątku.

Otóż źle się stało, że polski rząd w ogóle wszedł w tę potencjalnie bardzo niebezpieczną dla nas rozgrywkę Komisji Europejskiej – i to na jej warunkach. Przypomnijmy, iż KE wnioskuje o tymczasowe zawieszenie Izby Dyscyplinarnej – do czasu ostatecznego rozstrzygnięcia sprawy przez TSUE. Trzeba tu z całą mocą podkreślić – ani Komisja, ani jakikolwiek inny organ wspólnotowy, włącznie z TSUE, nie ma żadnych traktatowych umocowań do mieszania się w systemy sądownicze krajów członkowskich. Kształtowanie wymiaru sprawiedliwości jest wyłączną prerogatywą poszczególnych państw – jest to bowiem kwestia o charakterze ustrojowym, regulowana Konstytucją i ustawami. Generalnie, w Unii obowiązuje zasada, że organy wspólnotowe mają tyle kompetencji, ile państwa członkowskie zgodziły się delegować w traktatach – i nic ponadto. A rebours – jeżeli coś nie zostało wyraźnie ujęte w traktatach jako zakres działalności organów unijnych, to oznacza, że leży to w gestii państw członkowskich – jest to tzw. „zasada domniemania kompetencji”. A o sposobach urządzenia sądownictwa w Traktacie Lizbońskim nie ma ani słowa. „Praworządność” i „unijne standardy” dotyczyć mogą co najwyżej elementarnych praw obywatelskich – np. czy dane państwo gwarantuje swoim obywatelom rzetelny i bezstronny proces, a nie tego w jaki sposób i przez jakie ciała bądź organy powoływani są sędziowie, nie mówiąc już o tym, z ilu i jakich izb składać się winien Sąd Najwyższy czy też jak powinna wyglądać odpowiedzialność dyscyplinarna sędziów.

Jak wiemy, poszczególne państwa regulują te sprawy w najrozmaitszy sposób. W Niemczech sędziów sądów powszechnych powołują landowi ministrowie sprawiedliwości przy udziale przedstawicieli lokalnych parlamentów i samorządu sędziowskiego. Z kolei do sądów federalnych wybiera sędziów specjalna 32-osobowa komisja obradująca pod przewodnictwem właściwego ze względu na specyfikę danego sądu ministra. W skład komisji wchodzi 16 ministrów landowych oraz 16 przedstawicieli Bundestagu z zachowaniem parytetu poszczególnych ugrupowań politycznych. Głosowanie nad kandydaturami jest tajne. Super „przejrzysty” i „apolityczny” układ, nieprawdaż? We Francji obowiązuje system zbliżony do naszego sprzed ostatnich reform, podobnie w Hiszpanii. Ale już w Czechach sędziów mianuje prezydent na wniosek ministra sprawiedliwości. Żeby nie przedłużać – generalnie, są kraje w których funkcjonują gremia zbliżone do naszej KRS (z różnymi proporcjami między przedstawicielami sądów i parlamentów), są takie, które obywają się bez nich, a w jeszcze innych (np. w Austrii) kandydatów przedstawia ministrowi sprawiedliwości prezydium sądu w którym są wakaty. Rzecz zatem nie w technicznym sposobie wybierania sędziów, a w tym, by już powołani sędziowie mieli gwarancję niezawisłości i niezależności w orzekaniu – tak, by na orzecznictwo nie mogła wpływać np. władza wykonawcza lub by sędzia nie był szykanowany za „nieprawomyślny” wyrok.


II. Brukselskie bezprawie

Wszystkie te warunki w przypadku Polski są spełnione, zatem „szczególna troska” z jaką pochyla się nad nami Komisja Europejska jest wyłącznie efektem woli politycznej. Złej woli, dodajmy i realizowanej w bezprawny sposób, za pomocą pozatraktatowych, wymyślonych pseudo-procedur. Już w 2014 r. Służba Prawna Rady Unii Europejskiej sporządziła opinię, w której podważa legalność procedury „kontroli praworządności” - czyli tego, czym przez lata molestował nas Frans Timmermans. Wg tejże opinii Komisja Europejska nie ma prawa wszczynać sama z siebie, po uważaniu, żadnych „kontroli” wobec krajów członkowskich – zatem to, co zastosowała wobec nas KE jest czystą uzurpacją i pozostaje tylko zgadywać, dlaczego rząd wszedł w tę prawniczą ciuciubabkę, zamiast od początku zanegować prawomocność działań Komisji. Po co były te wszystkie „wyjaśnienia”, pertraktacje, ustępstwa? Na co liczono? Że strona unijna zrozumie nasze argumenty i się wycofa, przyznając się tym samym do błędu? Że po tamtej stronie istnieje jakaś dobra wola, a cała sprawa jest jedynie wynikiem nieporozumienia? Że Timmermans, a obecnie Jourova zorientowawszy się, że padli ofiarą manipulacji ze strony opozycji i przedstawicieli polskiego środowiska sędziowskiego przeproszą nas i zostawią w spokoju?

Jeżeli nawet początkowo stronie polskiej towarzyszyły podobne rachuby, to najdalej po kilku pierwszych wymianach „uprzejmości” - kiedy to okazało się, że nasza argumentacja odbija się od ściany, zaś rozzuchwalona naszą uległością Bruksela jedynie usztywnia swoje stanowisko - należało te złudzenia porzucić i oficjalnie ogłosić (a potem gromko powtarzać przy każdej okazji), że Polska nie uznaje żadnej „zwierzchniej kontroli”, sądy to nasza wewnętrzna sprawa, a działania KE i jej „rewizorów” są uzurpacją i bezprawiem nie mającym pokrycia w traktatach. Tymczasem my w swej naiwności podjęliśmy tę grę, daliśmy się w nią wciągnąć jak dzieci, stwarzając tym samym wrażenie, że akceptujemy uroszczenia Brukseli do mieszania się w nasze sprawy. Poniekąd przyczyniliśmy się do „zalegalizowania” metodą faktów dokonanych władczych uroszczeń unijnych mandarynów. To niezwykle groźny precedens, który w przyszłości będzie się na nas mścił na szereg różnych sposobów. Już zresztą się mści, o czym za chwilę.

Jak wspomniałem, organizacja wymiaru sprawiedliwości to kwestia ustrojowa. Dając Brukseli prawo do negowania zmian w tej materii, otwieramy furtkę do mieszania się również w inne elementy konstytucyjnego porządku państwa. Pomyślmy tylko – skoro Komisja Europejska wywalczyła sobie prawem kaduka kompetencje do recenzowania kształtu sądownictwa, to dlaczego za chwilę nie miałaby zaingerować w kształt władzy ustawodawczej? Jeżeli, dajmy na to, będziemy kiedyś chcieli zmienić konstytucję i zlikwidować Senat (swoją drogą, postulat PO z czasów Tuska), to spokojnie mogę sobie wyobrazić, że i tutaj jakiś brukselski bubek zacznie „badać”, czy aby taka zmiana jest zgodna z „europejskimi standardami” - chociażby pod pretekstem, że jednoizbowy parlament nie daje należytej gwarancji właściwego i demokratycznego stanowienia prawa. Podkładka pod nową „procedurę badania stanu demokracji” jak znalazł. Pójdźmy dalej – co stoi na przeszkodzie, by unijne władze i trybunały nie uznały pewnego dnia za obowiązującą słynną wykładnię prof. Wojciecha Popiołka, iż W demokratycznym państwie prawnym suwerenem nie są wyborcy. Suwerenem są wartości znajdujące się w prawie, a na straży tych wartości stoją niezależne sądy i niezawiśli sędziowie”? A pierwszą jaskółkę już mieliśmy podczas „marszu tysiąca tóg”, kiedy to zaproszony na imprezę pani przedszkolanki Gersdorf prezes Europejskiego Stowarzyszenia Sędziów José Mato ogłosił: „My sędziowie będziemy bronić praworządności zamiast prawa ustawy. Będziemy stosować praworządność, a nie prawo ludzi”.

Takie stanowisko oznacza wprost zanegowanie uprawnień władzy ustawodawczej i co za tym idzie, poddanie wybierających ją obywateli dyktaturze sędziów – sądokracji, kierującej się własnymi „objawieniami” i uznaniowo decydującej co jest „praworządne”, a co nie. Prawo w tym ujęciu stanie się dla „nadzwyczajnej kasty” zbiorem luźnych sugestii z których można sobie „wyinterpretowywać” co się żywnie podoba, decydując tym samym, jakie ustawy będzie stosować i w jaki sposób. Na takiej zasadzie będzie można śmiało i z błogosławieństwem Brukseli zanegować np. każde referendum, jeśli w odczuciu „ajatollahów prawa” okaże się ono „niepraworządne”. Bo skoro suwerenem nie są wyborcy-obywatele... Pamiętajmy, że już teraz z inspiracji TSUE forsowana jest „wykładnia” wedle której polscy sędziowie są zarazem „sędziami europejskimi” - a zatem, podlegają polskiemu państwu i prawu tylko o tyle, o ile...

Powtarzam – sami otworzyliśmy swą uległością tę puszkę Pandory i wręczyliśmy Brukseli narzędzie do okrawania po plasterku naszej suwerenności metodą kolejnych „twórczych interpretacji” unijnego prawa. Dalekosiężne konsekwencje prowadzą albo do kompletnego zwasalizowania Polski i przekształcenia jej w unijny „land”, albo... do Polexitu – rzecz jasna, pod warunkiem, że do ludzi w porę dotrze w jakie zabrnęliśmy bagno.


III. Uzurpatorzy z TSUE

Jak wiadomo, Komisja Europejska postanowiła ostatecznie załatwić „kwestię polską” rękoma TSUE. Luksemburskiemu trybunałowi tylko w to graj, bo to dla niego szansa samowolnego poszerzenia zakresu orzecznictwa o samo jądro wewnętrznych prerogatyw państw członkowskich. Dotąd bowiem orzekał w kwestiach czysto technicznych – czy kraje unijne prawidłowo implementują dyrektywy i takie tam – przy czym, obecnie mamy jakieś 50 wyroków, które zostały przez różne państwa po prostu zignorowane. Przykładowo, Francja została ukarana za odstępstwa od dyrektywy dotyczącej rozmiarów dopuszczanych do sprzedaży ryb, a Włochy i Hiszpania za to, że nie wybudowały na czas odpowiedniej liczby oczyszczalni ścieków. W porównaniu z rybami i ściekami taka sprawa jak polskie sądownictwo jest dla TSUE ogromną szansą na skok jakościowy – nic dziwnego więc, że unijny trybunał już przebiera nogami, by w ten sposób przydać sobie znaczenia. Widomym znakiem był tu wyrok z listopada 2019 r. w którym odpowiadając na „pytania prejudycjalne” Sądu Najwyższego, TSUE przyznał SN „prawo” do oceny wg nakreślonych odgórnie kryteriów, czy Izba Dyscyplinarna jest „sądem w rozumieniu prawa unijnego”. Efektem była słynna uchwała SN stwierdzająca, iż Izba Dyscyplinarna takowym sądem nie jest, a KRS „nie daje rękojmi” niezależności. Na dalszym etapie zaś tenże Sąd Najwyższy wziął się za wyrokowanie którzy sędziowie i w jakich okolicznościach mogą zostać dopuszczeni do orzekania. Widzimy więc nader harmonijną współpracę między unijnymi i tutejszymi „mułłami w togach” na znanej piłkarskiej zasadzie „ty do mnie, ja do ciebie”. Jedni drugim podrzucają orzeczenia i zawarte w nich interpretacyjne sugestie, na które potem nawzajem się powołują. Idę o zakład, że TSUE w swoim wyroku powoła się z kolei na wspomniane orzeczenia Sądu Najwyższego wydane z inspiracji tegoż TSUE. Tak to działa.

Dlatego należy przeciąć to błędne koło wzajemnie napędzających się uroszczeń i jasno formułować stanowisko, iż TSUE powinno stwierdzić swą niewłaściwość w kwestii ustroju polskiego sądownictwa, ponieważ – podobnie jak Komisja Europejska – nie ma żadnych traktatowych umocowań do orzekania w tego typu sprawach. Rola TSUE to orzecznictwo w kwestii stosowania dyrektyw i odpowiadanie na pytania prejudycjalne odnośnie tychże (tak jak odpowiedział na zapytanie polskiego sądu w głośnej sprawie „frankowiczów” w kontekście unijnej dyrektywy konsumenckiej) – ale nic poza tym. Ponadto, w Polsce prawem nadrzędnym (również wobec prawa UE) jest Konstytucja (art.8 p.1:Konstytucja jest najwyższym prawem Rzeczypospolitej Polskiej”), co zostało dodatkowo potwierdzone orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego w wyroku dotyczącym traktatu akcesyjnego. Na dobrą sprawę, należałoby wygłosić przed TSUE tego typu oświadczenie, podkreślając, że w razie dalszego zawłaszczania przez Trybunał nienależnych uprawnień Polska zastrzega sobie prawo do nierespektowania ewentualnego wyroku – i na tym zakończyć udział w tej szopce.


IV. Suwerenność, głupcy!

Jednak KE i TSUE to dalece nie wszystko. Jak bowiem wspomniałem na wstępie, toczy się również batalia o przyszły budżet UE w którym wypłata funduszy ma być powiązana z „przestrzeganiem praworządności”. Komisja Europejska chce, by wszczęcie odpowiednich „procedur dyscyplinujących” następowało, jeśli nie zablokuje ich większość kwalifikowana w Radzie UE (55 proc. krajów obejmujących 65 proc. ludności unii). Natomiast przewodniczący Rady Europejskiej Charles Michel optuje za odwrotnością – by „procedury” wszczynano tylko gdy owa kwalifikowana większość się zgodzi, co jest opcją łagodniejszą.

Otóż nie może być zgody ani na jedno, ani na drugie. Te zapędy należy, mówiąc brutalnie, uwalić u samej d...y. Z prostego powodu: powiązanie funduszy z praworządnością nie ma żadnego odzwierciedlenia w traktatach i jest – znów powtórzę to słowo – uzurpacją, podobnie jak omówione wyżej uroszczenia Komisji Europejskiej i TSUE. To kolejna próba ingerencji w wewnętrzne sprawy państw członkowskich i okrawania suwerenności. Jeżeli otworzy się tę drzwi, nie będzie już odwrotu – za chwilę okaże się, że fundusze będzie można powiązać z czymkolwiek. Poza wszystkim – unijne fundusze to nie jest jakaś zakichana nagroda za dobre sprawowanie! To rekompensata za otwarcie naszego rynku na nieograniczoną konkurencję i to na długo przed akcesją. Rekompensata zresztą nader mizerna. Unijne pieniądze stanowią nieco ponad 2 proc. naszego PKB, podczas gdy zyski wyprowadzane z Polski na Zachód – 5,8 proc. PKB. Ładny interes – szkoda, że nie dla nas.

Jeszcze trzy ciekawostki obrazujące w co wdepnęliśmy, godząc się na „badanie” naszej „praworządności”. Pierwsza – Komisja Europejska zamierza wnieść do TSUE pozew w sprawie przekopu Mierzei Wiślanej. Powód? Polskie państwo ponoć nie gwarantuje protestującym „ekologom” należytego dostępu do sądów... Druga – lewackie organizacje przy wsparciu „swoich” eurodeputowanych zaczynają lobbying, by samorządy, które przyjęły uchwały przeciw ideologii LGBT były pozbawione środków unijnych. I trzecia – w głowach eurokratów zrodził się pomysł, by „techniczne” procedury podziału funduszy ustawić tak, aby w razie potrzeby (tj. „zagrożenia praworządności”) kierować je bezpośrednio do samorządów, z pominięciem władz centralnych „nieprawomyślnego” kraju. Jak łatwo zauważyć, oznacza to de facto „wyłuskanie” samorządów spod zwierzchnictwa państwa i swoiste rozbicie dzielnicowe, kompletne poszatkowanie suwerenności.

To nie są żarty. To już nie jest nawet kwestia Izby Dyscyplinarnej czy takiego lub innego sposobu powoływania sędziów. To jest sprawa samego bytu państwowego. Dlatego teraz jest ostatnia chwila, by ten proces powstrzymać. Oczekuję zatem od polskiego rządu, co następuje: żadnej zgody na powiązanie funduszy unijnych z praworządnością. Jeśli będzie trzeba – zawetować budżet, choćby w pojedynkę. W razie konieczności zagrozić, że Polska wstrzyma wpłacanie swojej składki członkowskiej i przekieruje ją bezpośrednio na cele, które miały być współfinansowane z środków unijnych. Stanowczo zanegować prawo jakichkolwiek unijnych instytucji i organów do mieszania się w nasze wewnętrzne sprawy pod pozorem „kontroli praworządności”. Równie stanowczo odrzucić ewentualny wyrok TSUE, podkreślając brak uprawnień tego organu do orzekania w sprawie ustroju polskich sądów.

To niezbędne minimum asertywności, na które powinniśmy byli się zdobyć na samym początku tej awantury, zamiast brnąć w bezsensowne i bezproduktywne „dialogi”, zachęcając Brukselę do eskalacji swych uroszczeń. Całe doświadczenie ostatnich lat pokazuje, że z Brukselą trzeba postępować twardo. Innego języka tam nie rozumieją, podobnie jak w Moskwie. Tam nie ma dobrej woli. Tam jest czysta nienawiść do obecnego rządu, chęć doprowadzenia do jego kompromitacji i w rezultacie obalenia rękami samych Polaków – tym bardziej, że brukselskie lewactwo ma na podorędziu tutejszą targowicę, która aż się pali do objęcia roli namiestników oraz ogłupiałą, zakompleksioną bądź mentalnie wynarodowioną i podszytą ojkofobią część społeczeństwa. Dalej cofnąć się zwyczajnie nie da, bo za nami jest już tylko przepaść.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 3 (marzec 2020)

czwartek, 13 lutego 2020

Mit polskiego euroentuzjazmu

Osławiony euroentuzjazm Polaków, oscylujący wokół legendarnego 80-procentowego poparcia dla członkostwa w UE nie jest bezwarunkowy.

I. Poza Unią też jest życie?

Tuż przed świętami pewne zamieszanie wywołał sondaż Eurobarometru z wiosny 2019 r. z którego wynika, iż większość Polaków uważa, że nasz kraj w przyszłości lepiej poradzi sobie poza Unią Europejską. Wiadomość tę podał w alarmistycznym tonie redaktor naczelny lewicowo-liberalnego pisma „Liberte!” Leszek Jażdżewski, pisząc na Twitterze: „47% Polaków uważa, że Polskę czeka lepsza przyszłość poza Unią Europejską. 45% uważa przeciwnie. 8% nie wie. To jest najbardziej przerażający sondaż jaki zdarzyło mi się widzieć w ostatnim czasie”. Badania nastrojów społecznych dotyczących różnych aspektów funkcjonowania UE Eurobarometr przeprowadza dwa razy do roku – wiosną i jesienią, zaś wyniki publikowane są po kilku miesiącach (sondaż o którym tu mowa zamieszczono na stronach Komisji Europejskiej w sierpniu 2019 i była to jego 91. edycja). Zazwyczaj przechodzą one bez echa, bowiem z reguły ich wyniki potwierdzają status quo – większość Europejczyków nieodmiennie wręcz tryska euroentuzjazmem, zarówno unijne instytucje, jak i Unia jako taka są oceniane pozytywnie – słowem, „słuszną linię ma brukselska władza”. Nie inaczej było i tym razem – również w przypadku respondentów z Polski, których odpowiedzi na większość pytań tradycyjnie lokują nas w czołówce „euroentuzjastów”. Z dwoma wyjątkami. Otóż w gąszczu kilkudziesięciu punktów amerykański portal „GZERO” wyłapał pytanie („QA18.a5”) w którym należało ustosunkować się do stwierdzenia: „nasz kraj lepiej mógłby sprostać przyszłości będąc poza UE”. Do wyboru było pięć odpowiedzi: od „zdecydowanie się zgadzam” po „zdecydowanie się nie zgadzam” i „nie wiem”. Portal „GZERO” opracował rezultaty w formie odpowiedniej grafiki, która odbiła się sporym echem w internecie, stając się przy okazji przyczyną bólu głowy red. Jażdżewskiego (oraz m.in. Waldemara Kuczyńskiego, który dał upust swym antypisowskim obsesjom: „To są efekty nieustannego szczucia na Unię przez Kaczyńskiego, PiS i ich propagandowych pachołków. To robota przeciw niepodległości Polski. W tym miejscu droga od Unii wiedzie prędzej czy później, tylko do Moskwy. Ci szczuje, to zbrodniarze stanu”).

W każdym razie, łącznie aż 47 proc. Polaków wybrało odpowiedzi „zdecydowanie się zgadzam” i „raczej się zgadzam”, 45 proc. odpowiedziało „raczej się nie zgadzam” bądź „zdecydowanie się nie zgadzam”, zaś 8 proc. nie miało zdania. Sytuuje nas to wśród potencjalnie najbardziej „eurosceptycznych” narodów UE. Wyższy wskaźnik miała jedynie Słowenia – ale w jej przypadku odsetek zgadzających się i nie zgadzających z tezą, iż ich kraj w przyszłości lepiej poradzi sobie poza Unią był identyczny – po 48 proc. Za nami natomiast uplasowały się Włochy i nawet finalizująca „brexit” Wielka Brytania – w tych krajach jednak procent przeciwników wyjścia z UE był nieznacznie wyższy od zwolenników „exitu”. Oznacza to, że jesteśmy na dzień dzisiejszy jedynym krajem w którym większość respondentów dopuszcza możliwość wyjścia w przyszłości z Unii Europejskiej. Co więcej – w porównaniu z poprzednim badaniem z jesieni 2018 r., odsetek zwolenników potencjalnego „Polexitu” wrósł aż o 11 punktów procentowych, a liczba przeciwników spadła o 10 pkt. proc. To absolutnie bezprecedensowa zmiana na tle pozostałych państw – i to na przestrzeni raptem kilku miesięcy. Żeby było ciekawiej, pytanie to zostało pominięte w skrótowym raporcie z badań i można się do niego dogrzebać dopiero w pełnej wersji – być może właśnie dlatego przez tyle czasu nikt nie wychwycił tej, co by nie mówić, małej sensacji.

Druga kwestia, w której Polacy wolą się dystansować od „głównego nurtu” unijnej polityki, to waluta euro („QA16.1”) – tutaj przeciwnikami jej przyjęcia jest aż 55 proc. pytanych przy 35 proc. zwolenników eurowaluty i 10 proc. nie mających zdania. Z tym, że to akurat żadna nowość – sprzeciw wobec euro deklaruje od lat zdecydowana większość Polaków.


II. Chwiejny „euroentuzjazm”

Powyższe potwierdzałoby tezę, którą od dość dawna z uporem głoszę – osławiony euroentuzjazm Polaków, oscylujący wokół legendarnego 80-procentowego poparcia dla członkostwa w UE nie jest bezwarunkowy. Stosunek większości naszych rodaków do Unii można by raczej określić jako „utylitarno-interesowny”, dający się opisać krótkim „jest dobrze, jak jest dobrze”. Póki co, korzystamy z najbardziej hojnego budżetu Unii Europejskiej, absorbując środki na rolnictwo, infrastrukturę i szereg innych przedsięwzięć, korzystamy z możliwości podróżowania w ramach strefy Schengen, podejmujemy pracę i studiujemy za granicą - nic więc dziwnego, że w typowych badaniach opinii publicznej na pytanie w rodzaju „czy jesteś za obecnością w UE” odpowiadamy gremialnie „tak”. To jednak tylko pierwsza warstwa naszego stosunku do Brukseli. Gdy poskrobiemy nieco głębiej, okazuje się, że rzeczywistość jest o wiele bardziej skomplikowana. Cytowałem już na tych łamach chociażby badanie z okresu szczytu kryzysu migracyjnego, kiedy to byliśmy poddawani największej presji na zaakceptowanie „mechanizmu relokacji” nachodźców. Nagle okazało się, że nasz rzekomo bezkrytyczny „euroentuzjazm” wyparował bez śladu – 70 proc. zadeklarowało wtedy stanowczy sprzeciw, w dużej mierze nawet wówczas, gdyby groziło to obcięciem eurofunduszy (56 proc.), a wręcz „Polexitem” (51 proc.). Podobne wątki przewijały się także w innych sondażach, w których deklarujemy przywiązanie do polskiej suwerenności i przeciwstawiamy się zbyt daleko idącej ingerencji brukselskiej biurokracji w nasze wewnętrzne sprawy, co ze smutkiem odnotowywał, również przywoływany tutaj kiedyś, raport Fundacji Batorego „Polacy wobec UE: koniec konsensusu”. Ba, w badaniach think-tanku European Council on Foreign Relations z kwietnia 2019 r. połowa Polaków opowiedziała się za wprowadzeniem rozwiązań zabraniających opuszczania kraju na długi okres czasu (!), co może odzwierciedlać rosnącą społeczną świadomość co do negatywnych skutków masowej emigracji zarobkowej.

Niezależnie od tego, czy trend „polexitowy” utrzyma się w kolejnym badaniu Eurobarometru (osobiście sądzę, że raczej sytuacja się wyrówna), trzeba zauważyć, iż podobne wahania same w sobie są znaczące i nasze podejście do obecności w UE może się zmieniać pod wpływem różnych czynników – np. rozmaitych „uroszczeń władczych” brukselskich struktur uzurpujących sobie nienależne prerogatywy, jak chociażby nie mająca odzwierciedlenia w traktatach procedura „kontroli praworządności” wszczęta prawem kaduka przez Komisję Europejską. Z pewnością natomiast minął okres cielęcego zachwytu nad mitologizowanym „zachodem”, gdzie wszystko jest lepsze, ładniejsze i na większym „wypasie”. A gdy jeszcze tenże „zachód” usiłuje nam narzucić muzułmańskich migrantów, bądź zmusić do zaakceptowania obyczajowych szaleństw, traktując je jako probierz „europejskości” (a warto pamiętać, że przytoczony sondaż Eurobarometru zbiegł się z kolejną odsłoną wojny kulturowej spod znaku wspieranych z Brukseli gej-parad, co mogło mieć wpływ na odpowiedzi) – wtedy zdroworozsądkowo mówimy takiej integracji „nie”.


III. Moment prawdy

W tym momencie trzeba przypomnieć, że wielkimi krokami zbliża się moment prawdy, jakim będzie nowy budżet unijny na lata 2021-2027 – o wiele chudszy od obecnego, w efekcie czego możemy stać się płatnikiem netto. Coś mi mówi, że w tej nowej sytuacji poparcie Polaków dla członkostwa w UE zacznie systematycznie topnieć. Zresztą, już dziś, patrząc na przepływy finansowe, jesteśmy na gigantycznym minusie – unijne fundusze netto w latach 2010-2016 wynosiły średnio 2,7 proc. naszego PKB, podczas gdy wyprowadzane z Polski do krajów „starej Unii” rozmaite zyski sięgnęły 4,7 proc. PKB. Jeżeli do tego dołożymy dopłacanie do unijnej kasy, to może się okazać, że wkrótce grono zwolenników „Polexitu” przebije psychologiczną barierę 50 proc. I tu stawiam sakramentalne pytanie - czy nasi rządzący mają „mapę drogową” na taką okoliczność, czy też tradycyjnie wolą chować głowy w piasek?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

„Nowa” i „stara” UE – kto kogo sponsoruje?

15 lat w Unii – czas na ewakuację?

Polska w UE – kiedy bilans?

Między brexitem a polexitem

Polexit – czas na debatę

Niemiecka strefa euro

EFTA – alternatywa dla Polski?

Kiedy nastąpi „polski exit”?

Opuścić Eurokołchoz!

Exodus z domu niewoli

Żegnaj Brukselo!

Exit Wyszehradu?

Porozmawiajmy o Polexicie

Chcecie sankcji? Dobrze!

Polexit coraz bliżej?

Niemiecka Europa

Śmierć eurokomunie!

Brexit – lekcja na 2019 rok

Coudenhove-Kalergi – europejski federalista

Euro-jurgielt

Drenaż kolonialny


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 01 (03-09.01.2020)

niedziela, 15 grudnia 2019

„Nowa” i „stara” UE – kto kogo sponsoruje?

W latach 2010-2016 transfery unijnych środków netto do państw Europy Środkowej wynosiły od 2 do 4 proc. ich PKB. Natomiast odpływ zysków i innych dochodów majątkowych w tym samym okresie sięgał nawet blisko 8 proc. PKB.

W tle polsko-brukselskich przepychanek o „praworządność” i „cele klimatyczne” trwa jeszcze jedna, cicha batalia – o kształt najbliższego unijnego budżetu. Nie jest tajemnicą, że państwa „starej Unii” będące płatnikami netto, pragnęłyby znaczącego odchudzenia budżetu, w szczególności zaś środków na fundusze spójności, których największymi beneficjentami są kraje „nowej” Unii, w tym przede wszystkim Polska. (Na marginesie, warto zauważyć, iż jesteśmy w Unii już od ponad 15 lat – ciekawe, czy jest jakaś cezura czasowa, po upływie której przestaniemy być traktowani protekcjonalnie, niczym wieczni młodsi bracia, bez przerwy sztorcowani i przywoływani do porządku). Ostatnio pełniąca prezydencję Finlandia pod naciskiem Niemiec i Holandii zgłosiła kolejny projekt obcinający limit wydatków do 1,07 proc. połączonego Dochodu Narodowego Brutto (DNB) państw członkowskich – dla porównania, ubiegłoroczna propozycja Komisji Europejskiej postulowała 1,114 proc. wspólnotowego DNB. Za tymi cięciami stoi niewypowiedziana głośno postawa głównych płatników netto, mających dosyć „sponsorowania” „nowej” Europy w dotychczasowym wymiarze – tym bardziej, że od jakiegoś czasu krajom naszego regionu zdarza się coraz mocniej wierzgać przeciw dominacji tradycyjnych unijnych liderów i zdradzać tendencje emancypacyjne spod dotychczasowej kurateli.

Dlatego dobrze byłoby przywrócić właściwe proporcje – bowiem wciąż mamy podszytą kompleksami predylekcję do traktowania unijnych funduszy w kategoriach manny z nieba, sypanej przez dobrych wujków z Zachodu, pragnących z czystej bezinteresowności inwestować w nasz dobrobyt. A co za tym idzie – winniśmy naszym dobrodziejom wdzięczność i posłuszeństwo. Otóż nic z tych rzeczy.

Warto tu odnotować zdroworozsądkowy głos rumuńskiej eurodeputowanej Clotilde Armand, zasiadającej z ramienia frakcji liberałów w komisji budżetowej Parlamentu Europejskiego. Opublikowała ona mianowicie na łamach serwisu POLITICO artykuł w którym czarno na białym wykazała, jak wyglądają przepływy finansowe na linii „stara” - „nowa” Unia i kto tak naprawdę czerpie z tego partnerstwa większe korzyści. Po pierwsze, podniosła kwestię swoistej „ekonomicznej inwazji” zachodniego biznesu na kraje Środkowej Europy – wykupywanie przedsiębiorstw, w tym państwowych monopoli (znamy to z własnego podwórka – casus TP S.A. „sprywatyzowanej” francuskiemu państwowemu monopoliście) i zdominowanie niemal wszystkich gałęzi gospodarek przez zachodni kapitał. W zamian popłynęły na Wschód unijne fundusze, głównie z przeznaczeniem na budowę infrastruktury – teraz kurek z pieniędzmi ma zostać przykręcony, lecz zachodni biznes pozostanie.

I tu dochodzimy do sedna: jak wygląda bilans dotychczasowej kooperacji? Mówiąc kolokwialnie, zachodnie gospodarki o wiele więcej z Europy Środkowej „wyjęły”, niż w nią „włożyły”. W latach 2010-2016 transfery unijnych środków netto (po potrąceniu składek członkowskich) do państw Europy Środkowej wynosiły od 2 do 4 proc. ich PKB. Natomiast odpływ zysków i innych dochodów majątkowych w tym samym okresie sięgał nawet blisko 8 proc. PKB. Szczególnie drastycznie ta dysproporcja wygląda na przykładzie Czech – niecałe 2 proc. PKB wpływów z tytułu unijnych funduszy i niemal 8 proc. PKB wyprowadzanych zysków. Generalnie, nie ma ani jednego kraju naszego regionu, w którym relacje przepływów wyszłyby na plus. Dodać należy, iż na unijnych środkach korzystały głównie zachodnie firmy realizujące inwestycje – jak we wrześniu przekonywał w Berlinie minister Jerzy Kwieciński, prezentując raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego, każde 1 euro zainwestowane w państwach Grupy Wyszehradzkiej w ramach środków spójności przyniosło płatnikom netto 61 eurocentów zysku z tytułu większego eksportu. Do tego, jak zauważa autorka, należy doliczyć trudny do oszacowania drenaż mózgów – emigrację wysoko wykwalifikowanych specjalistów. Nadmieniłbym jeszcze, iż nakłady na infrastrukturę służyły nie tylko mieszkańcom „nowej Europy”, lecz również zachodnim przedsiębiorstwom.

Innymi słowy, mamy przed sobą obraz nader opłacalnej inwestycji o wysokiej stopie zwrotu. Teraz natomiast kraje „starej UE” uznały, iż najwyższa pora owe inwestycje ograniczyć – potrzebna im infrastruktura w znacznej mierze została już wybudowana, ich koncerny zagnieździły się w „nowej Europie” na dobre i nikt ich nie wyrzuci, pora więc na dalszą maksymalizację zysków. Do tego sprowadza się bowiem ograniczenie unijnego budżetu – wspomniana dysproporcja przepływów finansowych będzie jeszcze większa. Kraje Europy Zachodniej będą wciąż osiągały zbliżone profity, za to mniejszym kosztem, jeśli chodzi o zainwestowane środki. Tak wygląda współczesny kolonializm. Warto tu przypomnieć, że unijne środki miały również pełnić funkcję rekompensaty dla słabszych państw za otwarcie ich rynków na niczym nie ograniczoną konkurencję ze strony rozwiniętych gospodarek Zachodu. Po latach chyba nie ma już złudzeń, kto zrobił na tym lepszy interes.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 50 (13-19.12.2019)

środa, 13 czerwca 2018

Rynki was nauczą...

Zabawa w demokrację kończy się tam, gdzie zaczyna się walka o pieniądze oraz polityczne interesy samozwańczych „przywódców Europy”.

Niemiecki komisarz UE ds. budżetu, Guenther Oettinger, popisał się w wywiadzie udzielonym „Deutsche Welle” iście teutońską butą. Odpytywany na okoliczność kryzysu politycznego we Włoszech (było to po utrąceniu przez prezydenta Mattarellę rządu Giuseppe Conte i desygnowaniu „technicznego” premiera Carlo Cottarelliego) stwierdził, używając formy pluralis maiestatis, iż „mamy zaufanie do prezydenta Włoch” oraz „nowego technokratycznego rządu”, a ponadto podkreślił wiarę, że „ewentualne wybory przyniosą taki wynik, by Włochy mogły być rządzone w duchu proeuropejskim”. Całość wieńczy spiżowe zdanie: „rynki wskażą włoskim wyborcom na kogo głosować”. Jak wiadomo, ostatecznie „technokrata” Cottarelli (były dyrektor wykonawczy MFW, odpowiedzialny we Włoszech za drakońskie cięcia finansowe) zrezygnował z formowania gabinetu, a nowym premierem zostanie jednak popierany przez Ligę i Ruch 5 Gwiazd Giuseppe Conte. Stało się tak w obawie, że Włosi w zemście za zignorowanie ich woli mogą w przedterminowych wyborach jeszcze liczniej zagłosować na „barbarzyńców”, jak medialno-polityczny mainstream nazwał zwycięskie ugrupowania. Jedynym znaczącym ustępstwem „populistów” było przesunięcie eurosceptycznego Paolo Savony (m.in. przeciwnika strefy euro) ze stanowiska ministra finansów na fotel... ministra ds. europejskich.

Niemniej, słowa Oettingera warto sobie zapamiętać, bowiem jak w soczewce skupiają one arogancję euromandarynów i ich przeświadczenie, że władni są meblować Europę wedle własnego uznania, nawet jeżeli oznacza to jawne pogwałcenie woli większości. To tyle, jeśli chodzi o „demokrację”, którą owo towarzystwo przy innych okazjach nieustannie wyciera sobie twarze. Schemat ich myślenia jest z gruntu totalitarny: wyborcy mają głosować na „właściwe” partie – a jeśli się zbuntują, zostaną przywołani do porządku. W przypadku Włoch takim instrumentem dyscyplinującym miałyby być „rynki” (czytaj – globalni spekulanci, agencje ratingowe i międzynarodowe instytucje finansowe), które poprzez wywindowanie rentowności obligacji doprowadziłyby do kryzysu finansowego w tym kraju (cyt.: „Oczekuję, że kolejne tygodnie pokażą, że rynki, obligacje i rozwój gospodarczy Włoch mogą być tak decydujące, że będzie to dla wyborców sygnałem, by nie głosować na prawicowych i lewicowych populistów”). Innymi słowy, mieliśmy próbę otwartej ingerencji w sprawy wewnętrzne kraju członkowskiego – i niemal się udało. Warto tu przypomnieć, że ostatnim włoskim premierem z naprawdę demokratyczną legitymacją był Silvio Berlusconi, zmuszony do ustąpienia jesienią 2011r. Wszyscy kolejni – aż do teraz – byli de facto brukselskimi figurantami, mającymi wdrażać zalecenia swych mocodawców. Taką marionetką jest również prezydent Sergio Mattarella, do ostatniej chwili usiłujący sabotować werdykt wyborczy włoskiego społeczeństwa, by stało się zadość oczekiwaniom person pokroju Oettingera – za co, nota bene, przywódca Ruchu 5 Gwiazd Luigi di Maio zagroził mu impeachmentem za zdradę stanu.

Teraz pomyślmy – jeśli tak zamordystyczne kroki są podejmowane wobec członka-założyciela wspólnoty europejskiej i czwartej gospodarki UE, to co dopiero mówić o takich krajach, jak Polska? Nie tak dawno temu omawiałem tu artykuł Guya Verhofstadta zamieszony w „Project Syndicate”, gdzie otwartym tekstem wygrażał nam, że „jest nie do przyjęcia”, by europejskie fundusze wzmacniały kraje na czele których stoją „nieliberalne rządy”. Wychodzi na to, że ideologicznie pojmowany „liberalizm” (koniecznie lewicowy, bo z gospodarczym liberalizmem UE pożegnała się już dawno), stał się niepostrzeżenie oficjalną doktryną Unii – o czym jakoś dziwnie nie było mowy, gdy przystępowaliśmy do wspólnoty. Wzmiankowany na wstępie wywiad niemieckiego komisarza jedynie potwierdza te hegemonistyczne uzurpacje Brukseli.

Verhofstadt wprawdzie asekuracyjnie zastrzega, że obcięcie eurofunduszy nie ma na celu karania obywateli – lecz po pierwsze, gdyby budżet UE wszedł w życie w obecnym kształcie, to „ukaranie” dokonałoby się samo przez się; po drugie – groźby Oettingera wystosowane wobec Włochów, którym wybór mają wskazywać „rynki”, stanowią jawne zrzucenie maski; po trzecie wreszcie – są i tacy, którzy ukaranie niesubordynowanych społeczeństw postulują zupełnie jawnie. Oto Sławomir Sierakowski ze skrajnie lewicowej „Krytyki Politycznej” wtórując Verhofstadtowi na łamach „Project Syndicate” stwierdza: „przecież PiS i węgierski Fidesz Viktora Orbana zostały demokratycznie wybrane. Pojawia się więc pytanie dlaczego Węgrzy i Polacy nie powinni być karani za swój wybór”. Idę o zakład, że Sierakowski jedynie dopowiedział głośno to, co unijni politycy mówią między sobą – a to z kolei oznacza, że zabawa w demokrację kończy się tam, gdzie zaczyna się walka o pieniądze oraz polityczne interesy samozwańczych „przywódców Europy”. Problem w tym, że podobne kroki stanowią jedynie wodę na młyn tak wyklinanych „populistów” - ale euro-dygnitarze są zbyt zaślepieni własną pychą, by to zauważyć.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Głosuj jak chcemy...

Włochy w uścisku Brukseli


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 22 (08-14.06.2018)

piątek, 9 czerwca 2017

Żegnaj, Brukselo!

Sprawa postawiona jest jasno – klub unijny ma funkcjonować wedle zasady „rubel za wejście, dwa za wyjście”.


I. Koniec pozorów

Wspominałem już w tym miejscu wielokrotnie, że polski rząd powinien mieć na wszelki wypadek przygotowaną „mapę drogową” opuszczenia Unii Europejskiej po 2020 r., kiedy to wejdzie w życie nowa perspektywa budżetowa – o wiele chudsza dla nas niż obecna (chociażby w artykule „Exodus z domu niewoli” - „PN” nr 4/2016). Teraz potrzeba ta staje się na naszych oczach wręcz palącą koniecznością, ponieważ Berlin i Bruksela przestały już nawet zachowywać pozory, że UE jest konfederacją niepodległych państw i wprost formułują szantaże mające postawić do pionu niepokornych członków wspólnoty, stających okoniem wobec rozmaitych prób politycznego dyktatu. Mowa tu oczywiście o niemieckim postulacie ograniczenia funduszy strukturalnych dla Polski i Węgier pod pozorem „łamania praworządności” i sprzeniewierzania się „europejskim wartościom”. Zauważmy przy tym, że „wartościami europejskimi” stają się każdorazowo aktualne zapotrzebowania polityczne Niemiec, ubierane na takie okazje w szaty „solidarności”. Na dzień dzisiejszy Niemcy mają do nas trzy interesy: żebyśmy zgodzili się na wtrynienie nam migrantów oraz żeby w Polsce nie rządziło PiS – a przynajmniej nie przeprowadziło zmian uniemożliwiających w przyszłości rozgrywanie przez Berlin naszego bantustanu. Trzecim celem pozostaje zagonienie nas do strefy euro, aby raz na zawsze zlikwidować konkurencyjność polskiej gospodarki i odciążyć niemiecki eksport od wahań kursowych, co tak pięknie udało się zrobić z krajami południa Europy ze znamiennym przypadkiem Grecji na czele.

Do tej pory UE, mimo różnych groźnych pomruków i wdrożenia operetkowej procedury „kontroli praworządności”, jeszcze się jakoś mitygowała. Nawiasem, po raz kolejny trzeba przypomnieć, iż owa „kontrola” nie ma żadnych umocowań traktatowych i jest czystą uzurpacją urzędników Komisji Europejskiej, co jasno stwierdza analiza Służby Prawnej Rady Unii Europejskiej z maja 2014 r. Dlaczego nasz rząd nie wykorzystuje tego argumentu na forum unijnym i nie odwołuje się do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości mając w ręku takiego „gotowca” - pozostaje dla mnie niezmiennie zagadką. W każdym razie, Bruksela poprzestawała na groteskowych sabatach w Parlamencie Europejskim, bądź pokrzykiwaniach Timmermansa połączonych z wymachiwaniem piąstkami. Berlin ze swej strony usiłował zakulisowo ekscytować w Polsce niepokoje społeczne, z kulminacją w postaci „ciamajdanu” z grudnia ubiegłego roku. Jedno i drugie nie zdało egzaminu – demonstracje „totalnej opozycji” topniały w oczach, zaś „polityka zawstydzania” na forum unijnym okazała się nieskuteczna, co dało komentatorowi „Sueddeutsche Zeitung” asumpt do melancholijnego stwierdzenia, iż „UE czasami szczeka, ale nigdy nie gryzie”.


II. Unii wyrosły zęby

Teraz sytuacja uległa zmianie. O ile do niedawna brukselskich mandarynów i reżim Angeli Merkel w znacznym stopniu paraliżował strach przed wzbierającą falą „populizmu”, co powodowało pewne samoograniczanie się w obawie, by jakieś aroganckie wyskoki nie podsycały jeszcze bardziej antyeuropejskich nastrojów – o tyle dziś, po powstrzymaniu Geerta Wildersa w Holandii, a nade wszystko, po zwycięstwie Macrona we Francji, unijny establishment wyraźnie odzyskał pewność siebie. Tu warto nadmienić, że Macron wygrał wybory prezydenckie w znacznej mierze dzięki odwołaniu się do mocarstwowych sentymentów Francuzów, obiecując, że Francja znów będzie jedną z rozgrywających sił w Europie. Okazało się to skuteczne, cokolwiek byśmy nie sądzili o zasadności takich uroszczeń – zwłaszcza w konfrontacji z rozpaczliwą sytuacją wewnętrzną tego kraju. Niemcom w to graj, bowiem zarysowała się szansa na odbudowanie niemiecko-francuskiego „silnika” UE z czasów tandemu „Merkozy” (Angela Merkel – Nicolas Sarkozy). W tym kierunku idą propozycje umocnienia „pierwszej prędkości” UE poprzez ustanowienie osobnego budżetu strefy euro, wspólnego ministra finansów oraz ujednolicenia systemów podatkowych i prawa pracy – a wszystko pod przewodnictwem duetu, nazwijmy to, „Mecron” (Merkel – Macron).

Równolegle z powyższym nastąpić ma pacyfikacja krnąbrnych kolonii z obszaru Mitteleuropy – i to tak, by nikomu w przyszłości nie zachciało się znów „brykać”. Odbywa się to kilkutorowo. Pacyfikacją pośrednią jest celowe zaostrzanie negocjacji w sprawie Brexitu, poprzez eskalację nieprzytomnych żądań finansowych – padają kwoty 40, 60 a nawet 100 mld. euro, zaś Juncker otwartym tekstem stwierdził, iż „Brexit nie może być sukcesem” - wszystko po to, by skutecznie odstraszyć potencjalnych naśladowców. Sprawa postawiona jest jasno – klub unijny ma funkcjonować wedle zasady „rubel za wejście, dwa za wyjście”. Pacyfikacja bezpośrednia natomiast objawiła się właśnie w postaci wspomnianych na początku żądań obcięcia funduszy strukturalnych („wy macie zasady, my mamy fundusze strukturalne”).

Groźby tego typu padały już wprawdzie wcześniej, były to jednak odosobnione głosy brukselskich urzędników, bądź polityków z poszczególnych państw, sfrustrowanych nieskutecznością UE w dyscyplinowaniu nieposłusznych krajów. Teraz jednak mamy nową jakość – po raz pierwszy taki szantaż został zawarty w oficjalnym dokumencie państwa sprawującego polityczne kierownictwo w Europie i będącego największym płatnikiem netto (to, że dzięki UE Niemcy finalnie zyskują wielokrotnie więcej, niż wpłacają do unijnego budżetu, jest w takich sytuacjach skrzętnie przemilczane). W dokumencie prezentującym oficjalne stanowisko rządu Niemiec w kwestii polityki spójności zgłoszony został wniosek, by sprawdzić „czy otrzymywanie unijnych środków z funduszy strukturalnych można powiązać z przestrzeganiem podstawowych zasad praworządności“. Jak komentuje niemiecka prasa, oznacza to „powiązanie przestrzegania podstawowych zasad praworządności z możliwością decydowania o udzieleniu unijnej pomocy na realizację konkretnych, wskazanych przez Komisję Europejską, przedsięwzięć strukturalnych”. Innymi słowy, w mechanizm budżetowy UE zostałaby wpisana możliwość permanentnej presji, której ofiarami padałaby mniejsze i słabsze państwa, jeśli tylko chciałyby wierzgnąć przeciw brukselskiemu ościeniowi.

Należy dodać, iż pod „naruszenie zasad praworządności” mogłoby zostać podciągnięte dosłownie wszystko, co nie spodoba się europejskim decydentom – bo to oni w praktyce, sterowani z tylnego fotela przez duet „Mecron”, orzekaliby co jest zgodne z unijnymi „standardami”. Może to być reforma sądownictwa, próba kontrolowania sponsorowanych z zagranicy NGO-sów, ale też chociażby wzbranianie się przed wprowadzeniem „małżeństw” homoseksualnych – cokolwiek, co stoi w sprzeczności z ideologiczną i polityczną agendą eurokratów. Nasuwa się tu analogia z „kopernikańską” wykładnią prof. Popiołka wygłoszoną na Kongresie Prawników Polskich, że suwerenem nie są wyborcy, lecz „wartości” zawarte w prawie, których strzegą sądy i sędziowie. Jest to myślenie charakterystyczne dla ogółu liberalnych elit - również tych unijnych – wedle którego „suwerenem” mają być liberalne wartości. Te zaś każdorazowo są objawiane i interpretowane przez samozwańczych strażników bez demokratycznej legitymacji („nie biorę swojego mandatu od Europejczyków” - jak swojego czasu szczerze wyznała komisarz Cecilia Malmström). W konsekwencji oznacza to nieustanne wtrącanie się w wewnętrzne sprawy państw członkowskich pod byle pretekstem.

Krótko mówiąc, Unii wyrosły zęby i zaczyna kąsać.

III. Czy mamy „mapę drogową”?

Jak łatwo zauważyć, funkcjonowanie w warunkach ciągłego sporu, w rytmie kolejnych wymuszeń, jest na dłuższą metę niemożliwe – chyba, że abdykujemy całkowicie z suwerenności i jakichkolwiek własnych aspiracji. Uważam zatem, że polski rząd powinien na pogróżki Berlina odpowiedzieć w adekwatny sposób – chociażby zapowiadając, że zastosuje zasadę wzajemności, tzn. tyle naszej składki, ile eurofunduszy. Jeżeli np. Bruksela obetnie nam fundusze o 15 proc. to my proporcjonalnie obniżymy naszą składkę odprowadzaną do budżetu UE. Tu naprawdę nie ma już na co czekać, bo wyraźnie widać, że Niemcy szykują się by, trawestując słynne zdanie stalinowca Krońskiego, „nauczyć myśleć Polaków racjonalnie, bez alienacji” - z tą różnicą, że Kroński w charakterze instrumentu dyscyplinującego widział sowieckie kolby, a Berlin – unijne pieniądze.

Niezależnie od powyższego, po 2020 r. cała ta impreza zwyczajnie przestanie się nam opłacać. Póki co, Polacy są euroentuzjastyczni, ale jednocześnie sprzeciwiają się obcym ingerencjom w nasze wewnętrzne sprawy – i na tym tle należy przeprowadzić zmasowaną kampanię uświadamiającą, że w kształcie jaki dziś przybiera Unia, takich interwencji będzie coraz więcej. To na początek niezbędne minimum, a czasu jest coraz mniej. Dlatego powtórzę po raz kolejny: czy polski rząd ma „mapę drogową” na wypadek konieczności opuszczenia UE i geopolityczny „plan B”, chociażby w postaci przystąpienia do EFTA? Czy też może wciąż w PiS pokutuje przekonanie, że „dla Unii Europejskiej nie ma alternatywy”?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 23 (07-13.06.2017)