Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przepływy finansowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przepływy finansowe. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 grudnia 2019

„Nowa” i „stara” UE – kto kogo sponsoruje?

W latach 2010-2016 transfery unijnych środków netto do państw Europy Środkowej wynosiły od 2 do 4 proc. ich PKB. Natomiast odpływ zysków i innych dochodów majątkowych w tym samym okresie sięgał nawet blisko 8 proc. PKB.

W tle polsko-brukselskich przepychanek o „praworządność” i „cele klimatyczne” trwa jeszcze jedna, cicha batalia – o kształt najbliższego unijnego budżetu. Nie jest tajemnicą, że państwa „starej Unii” będące płatnikami netto, pragnęłyby znaczącego odchudzenia budżetu, w szczególności zaś środków na fundusze spójności, których największymi beneficjentami są kraje „nowej” Unii, w tym przede wszystkim Polska. (Na marginesie, warto zauważyć, iż jesteśmy w Unii już od ponad 15 lat – ciekawe, czy jest jakaś cezura czasowa, po upływie której przestaniemy być traktowani protekcjonalnie, niczym wieczni młodsi bracia, bez przerwy sztorcowani i przywoływani do porządku). Ostatnio pełniąca prezydencję Finlandia pod naciskiem Niemiec i Holandii zgłosiła kolejny projekt obcinający limit wydatków do 1,07 proc. połączonego Dochodu Narodowego Brutto (DNB) państw członkowskich – dla porównania, ubiegłoroczna propozycja Komisji Europejskiej postulowała 1,114 proc. wspólnotowego DNB. Za tymi cięciami stoi niewypowiedziana głośno postawa głównych płatników netto, mających dosyć „sponsorowania” „nowej” Europy w dotychczasowym wymiarze – tym bardziej, że od jakiegoś czasu krajom naszego regionu zdarza się coraz mocniej wierzgać przeciw dominacji tradycyjnych unijnych liderów i zdradzać tendencje emancypacyjne spod dotychczasowej kurateli.

Dlatego dobrze byłoby przywrócić właściwe proporcje – bowiem wciąż mamy podszytą kompleksami predylekcję do traktowania unijnych funduszy w kategoriach manny z nieba, sypanej przez dobrych wujków z Zachodu, pragnących z czystej bezinteresowności inwestować w nasz dobrobyt. A co za tym idzie – winniśmy naszym dobrodziejom wdzięczność i posłuszeństwo. Otóż nic z tych rzeczy.

Warto tu odnotować zdroworozsądkowy głos rumuńskiej eurodeputowanej Clotilde Armand, zasiadającej z ramienia frakcji liberałów w komisji budżetowej Parlamentu Europejskiego. Opublikowała ona mianowicie na łamach serwisu POLITICO artykuł w którym czarno na białym wykazała, jak wyglądają przepływy finansowe na linii „stara” - „nowa” Unia i kto tak naprawdę czerpie z tego partnerstwa większe korzyści. Po pierwsze, podniosła kwestię swoistej „ekonomicznej inwazji” zachodniego biznesu na kraje Środkowej Europy – wykupywanie przedsiębiorstw, w tym państwowych monopoli (znamy to z własnego podwórka – casus TP S.A. „sprywatyzowanej” francuskiemu państwowemu monopoliście) i zdominowanie niemal wszystkich gałęzi gospodarek przez zachodni kapitał. W zamian popłynęły na Wschód unijne fundusze, głównie z przeznaczeniem na budowę infrastruktury – teraz kurek z pieniędzmi ma zostać przykręcony, lecz zachodni biznes pozostanie.

I tu dochodzimy do sedna: jak wygląda bilans dotychczasowej kooperacji? Mówiąc kolokwialnie, zachodnie gospodarki o wiele więcej z Europy Środkowej „wyjęły”, niż w nią „włożyły”. W latach 2010-2016 transfery unijnych środków netto (po potrąceniu składek członkowskich) do państw Europy Środkowej wynosiły od 2 do 4 proc. ich PKB. Natomiast odpływ zysków i innych dochodów majątkowych w tym samym okresie sięgał nawet blisko 8 proc. PKB. Szczególnie drastycznie ta dysproporcja wygląda na przykładzie Czech – niecałe 2 proc. PKB wpływów z tytułu unijnych funduszy i niemal 8 proc. PKB wyprowadzanych zysków. Generalnie, nie ma ani jednego kraju naszego regionu, w którym relacje przepływów wyszłyby na plus. Dodać należy, iż na unijnych środkach korzystały głównie zachodnie firmy realizujące inwestycje – jak we wrześniu przekonywał w Berlinie minister Jerzy Kwieciński, prezentując raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego, każde 1 euro zainwestowane w państwach Grupy Wyszehradzkiej w ramach środków spójności przyniosło płatnikom netto 61 eurocentów zysku z tytułu większego eksportu. Do tego, jak zauważa autorka, należy doliczyć trudny do oszacowania drenaż mózgów – emigrację wysoko wykwalifikowanych specjalistów. Nadmieniłbym jeszcze, iż nakłady na infrastrukturę służyły nie tylko mieszkańcom „nowej Europy”, lecz również zachodnim przedsiębiorstwom.

Innymi słowy, mamy przed sobą obraz nader opłacalnej inwestycji o wysokiej stopie zwrotu. Teraz natomiast kraje „starej UE” uznały, iż najwyższa pora owe inwestycje ograniczyć – potrzebna im infrastruktura w znacznej mierze została już wybudowana, ich koncerny zagnieździły się w „nowej Europie” na dobre i nikt ich nie wyrzuci, pora więc na dalszą maksymalizację zysków. Do tego sprowadza się bowiem ograniczenie unijnego budżetu – wspomniana dysproporcja przepływów finansowych będzie jeszcze większa. Kraje Europy Zachodniej będą wciąż osiągały zbliżone profity, za to mniejszym kosztem, jeśli chodzi o zainwestowane środki. Tak wygląda współczesny kolonializm. Warto tu przypomnieć, że unijne środki miały również pełnić funkcję rekompensaty dla słabszych państw za otwarcie ich rynków na niczym nie ograniczoną konkurencję ze strony rozwiniętych gospodarek Zachodu. Po latach chyba nie ma już złudzeń, kto zrobił na tym lepszy interes.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 50 (13-19.12.2019)

niedziela, 12 maja 2019

Polska w UE – kiedy bilans?

Eurofundusze w przytłaczającej większości są u nas tylko przez chwilę i stanowią tak naprawdę ukrytą formę dotowania zachodniej produkcji i eksportu.

1 maja minęło 15 lat od przystąpienia Polski do Unii Europejskiej i przy tej okazji byliśmy świadkami istnego festiwalu euroentuzjazmu, na co niewątpliwy wpływ ma trwająca kampania przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Padły wręcz propozycje, by członkostwo w UE wpisać do Konstytucji – co z kolei jest pokłosiem wyścigu o to, kto jest bardziej „europejski”. Opozycja liczy na mobilizację proeuropejskiego, wielkomiejskiego elektoratu, z kolei PiS usiłuje zdjąć z siebie przyklejoną gombrowiczowską „gębę” eurosceptyków dążących jakoby do „polexitu”. To jest oczywista bzdura – wszystko pokazuje, że PiS nie wyobraża sobie Polski poza UE, co zresztą już dawno temu ogłosił Jarosław Kaczyński twardo stwierdzając, że dla naszej obecności w Unii „nie ma alternatywy”.

W tym wszystkim jednak jak powietrza brakuje jednego, podstawowego elementu – próby bilansu dotychczasowego członkostwa Polski w Unii Europejskiej. To aż niewyobrażalne, lecz fakty są takie, że na ten temat panuje swoista zmowa milczenia. Literalnie nikt - ani instytucje rządowe, ani niezależne think-tanki - jakoś się nie kwapi, by dokonać całościowego oszacowania zysków i strat. Wyczuwam tu wręcz jakąś niewypowiedzianą obawę, że gdyby przyjrzeć się liczbom, to okazałoby się, że rzeczywistość nie wygląda wcale tak różowo, jak się nam to przedstawia. Więcej – podejmując w latach 90-tych strategiczną decyzję o akcesji, również nie zdobyto się na opracowanie analiz dotyczących konsekwencji tego kroku. Pewne światło rzuca tu wypowiedź dr. Andrzeja Sadowskiego z Centrum im. Adama Smitha dla portalu „Do Rzeczy”, w której przypomniał, że bodaj jedynym krajem, który pokusił się o stosowne prognozy była Estonia – i wyszło jej, że pod względem ekonomicznym integracja ze strukturami europejskimi jest zwyczajnie nieopłacalna. Zadecydowały względy bezpieczeństwa – przede wszystkim obawa przed agresywną polityką Rosji, która mogłaby dążyć od odbudowy swojej strefy wpływów, co było jednym z głównych motorów napędowych starań akcesyjnych również w przypadku Polski.

W kontekście naszej obecności w UE wymienia się przede wszystkim otrzymane środki unijne – i tutaj bilans faktycznie jest dodatni. Wg danych Ministerstwa Finansów do końca sierpnia 2018 r. otrzymaliśmy 153,3 mld. euro, przy naszej łącznej składce 50,5 mld. euro – czyli na plusie możemy sobie zapisać 102,8 mld. euro. Tyle, że to zaledwie wycinek szerszej rzeczywistości. Po pierwsze, unijne fundusze to nie jest podarunek od bogatych wujków z Zachodu, lecz rekompensata za otwarcie naszego rynku ze wszystkimi tego konsekwencjami – i to na długo przed akcesją, zanim jeszcze do Polski zaczęły napływać jakiekolwiek poważniejsze kwoty z unijnego budżetu. Warto to przypominać zwłaszcza teraz, gdy pojawiają się głosy o uzależnieniu wypłat środków unijnych od „przestrzegania praworządności”, co byłoby arbitralnie oceniane przez brukselskich biurokratów. Unia zatem uznała, iż poprzez środki kupiła sobie prawo do ingerencji w nasze wewnętrzne sprawy. Trzeba więc powiedzieć jasno, że eurofundusze nie mogą być wypłacane w formie nagrody za „dobre sprawowanie”.

Druga rzecz – z każdego wypłaconego Polsce euro ok. 70 eurocentów odpływa z powrotem za granicę, przy czym w przypadku największego płatnika netto, czyli Niemiec, odsetek ten sięga nawet 85 eurocentów. Wystarczy spojrzeć czyje firmy realizują różne inwestycje, czyjej produkcji sprzęt pracuje na budowach, jakie maszyny kupują polskie firmy, bądź rolnicy... Innymi słowy, eurofundusze w przytłaczającej większości są u nas tylko przez chwilę i stanowią tak naprawdę ukrytą formę dotowania zachodniej produkcji i eksportu, ze szczególnym uwzględnieniem Niemiec.

Kolejna sprawa, to zadłużenie do którego przyczyniają się unijne środki. Mechanizm jest prosty – do realizacji jakiejkolwiek współfinansowanej przez Unię inwestycji niezbędny jest wkład własny, ten zaś pozyskiwany jest z kredytów, zaciąganych na ogół w filiach zagranicznych banków. Ten swoisty „generator długu” dotyczy wszystkich - państwa, samorządów, prywatnych firm... I to też jest część ceny za autostrady, aquaparki, zrewitalizowane ryneczki – jednak o tym nie przeczyta się na tabliczkach informujących, iż „projekt jest współfinansowany z środków funduszu spójności UE”. Pytanie – czy powyższe nie ma przypadkiem czegoś wspólnego z lawinowo narastającym zadłużeniem polskich samorządów?

No i wreszcie – przepływy finansowe. Niedawno natrafiłem na wyliczenia Thomasa Piketty'ego, który podał, że w przypadku Polski w latach 2010-2016 napływ netto środków unijnych wynosił 2,7 proc. PKB, podczas gdy wyprowadzane z Polski zyski oraz inne dochody z tytułu własności sięgnęły 4,7 proc. PKB. Podobna prawidłowość dotyczy innych krajów naszego regionu.

Biorąc to wszystko pod uwagę – czy aby na pewno członkostwo w Unii jest dla nas ekonomicznie opłacalne? Pozwolę sobie wątpić – i zapewne dlatego jakoś nie ma chętnych do przeprowadzenia rzetelnego bilansu naszego piętnastolecia w UE.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Kiedy nastąpi „polski exit”?

Drenaż kolonialny

Dekolonizacja Polski


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 19 (10-16.05.2019)