Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zadłużenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zadłużenie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 maja 2019

Polska w UE – kiedy bilans?

Eurofundusze w przytłaczającej większości są u nas tylko przez chwilę i stanowią tak naprawdę ukrytą formę dotowania zachodniej produkcji i eksportu.

1 maja minęło 15 lat od przystąpienia Polski do Unii Europejskiej i przy tej okazji byliśmy świadkami istnego festiwalu euroentuzjazmu, na co niewątpliwy wpływ ma trwająca kampania przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Padły wręcz propozycje, by członkostwo w UE wpisać do Konstytucji – co z kolei jest pokłosiem wyścigu o to, kto jest bardziej „europejski”. Opozycja liczy na mobilizację proeuropejskiego, wielkomiejskiego elektoratu, z kolei PiS usiłuje zdjąć z siebie przyklejoną gombrowiczowską „gębę” eurosceptyków dążących jakoby do „polexitu”. To jest oczywista bzdura – wszystko pokazuje, że PiS nie wyobraża sobie Polski poza UE, co zresztą już dawno temu ogłosił Jarosław Kaczyński twardo stwierdzając, że dla naszej obecności w Unii „nie ma alternatywy”.

W tym wszystkim jednak jak powietrza brakuje jednego, podstawowego elementu – próby bilansu dotychczasowego członkostwa Polski w Unii Europejskiej. To aż niewyobrażalne, lecz fakty są takie, że na ten temat panuje swoista zmowa milczenia. Literalnie nikt - ani instytucje rządowe, ani niezależne think-tanki - jakoś się nie kwapi, by dokonać całościowego oszacowania zysków i strat. Wyczuwam tu wręcz jakąś niewypowiedzianą obawę, że gdyby przyjrzeć się liczbom, to okazałoby się, że rzeczywistość nie wygląda wcale tak różowo, jak się nam to przedstawia. Więcej – podejmując w latach 90-tych strategiczną decyzję o akcesji, również nie zdobyto się na opracowanie analiz dotyczących konsekwencji tego kroku. Pewne światło rzuca tu wypowiedź dr. Andrzeja Sadowskiego z Centrum im. Adama Smitha dla portalu „Do Rzeczy”, w której przypomniał, że bodaj jedynym krajem, który pokusił się o stosowne prognozy była Estonia – i wyszło jej, że pod względem ekonomicznym integracja ze strukturami europejskimi jest zwyczajnie nieopłacalna. Zadecydowały względy bezpieczeństwa – przede wszystkim obawa przed agresywną polityką Rosji, która mogłaby dążyć od odbudowy swojej strefy wpływów, co było jednym z głównych motorów napędowych starań akcesyjnych również w przypadku Polski.

W kontekście naszej obecności w UE wymienia się przede wszystkim otrzymane środki unijne – i tutaj bilans faktycznie jest dodatni. Wg danych Ministerstwa Finansów do końca sierpnia 2018 r. otrzymaliśmy 153,3 mld. euro, przy naszej łącznej składce 50,5 mld. euro – czyli na plusie możemy sobie zapisać 102,8 mld. euro. Tyle, że to zaledwie wycinek szerszej rzeczywistości. Po pierwsze, unijne fundusze to nie jest podarunek od bogatych wujków z Zachodu, lecz rekompensata za otwarcie naszego rynku ze wszystkimi tego konsekwencjami – i to na długo przed akcesją, zanim jeszcze do Polski zaczęły napływać jakiekolwiek poważniejsze kwoty z unijnego budżetu. Warto to przypominać zwłaszcza teraz, gdy pojawiają się głosy o uzależnieniu wypłat środków unijnych od „przestrzegania praworządności”, co byłoby arbitralnie oceniane przez brukselskich biurokratów. Unia zatem uznała, iż poprzez środki kupiła sobie prawo do ingerencji w nasze wewnętrzne sprawy. Trzeba więc powiedzieć jasno, że eurofundusze nie mogą być wypłacane w formie nagrody za „dobre sprawowanie”.

Druga rzecz – z każdego wypłaconego Polsce euro ok. 70 eurocentów odpływa z powrotem za granicę, przy czym w przypadku największego płatnika netto, czyli Niemiec, odsetek ten sięga nawet 85 eurocentów. Wystarczy spojrzeć czyje firmy realizują różne inwestycje, czyjej produkcji sprzęt pracuje na budowach, jakie maszyny kupują polskie firmy, bądź rolnicy... Innymi słowy, eurofundusze w przytłaczającej większości są u nas tylko przez chwilę i stanowią tak naprawdę ukrytą formę dotowania zachodniej produkcji i eksportu, ze szczególnym uwzględnieniem Niemiec.

Kolejna sprawa, to zadłużenie do którego przyczyniają się unijne środki. Mechanizm jest prosty – do realizacji jakiejkolwiek współfinansowanej przez Unię inwestycji niezbędny jest wkład własny, ten zaś pozyskiwany jest z kredytów, zaciąganych na ogół w filiach zagranicznych banków. Ten swoisty „generator długu” dotyczy wszystkich - państwa, samorządów, prywatnych firm... I to też jest część ceny za autostrady, aquaparki, zrewitalizowane ryneczki – jednak o tym nie przeczyta się na tabliczkach informujących, iż „projekt jest współfinansowany z środków funduszu spójności UE”. Pytanie – czy powyższe nie ma przypadkiem czegoś wspólnego z lawinowo narastającym zadłużeniem polskich samorządów?

No i wreszcie – przepływy finansowe. Niedawno natrafiłem na wyliczenia Thomasa Piketty'ego, który podał, że w przypadku Polski w latach 2010-2016 napływ netto środków unijnych wynosił 2,7 proc. PKB, podczas gdy wyprowadzane z Polski zyski oraz inne dochody z tytułu własności sięgnęły 4,7 proc. PKB. Podobna prawidłowość dotyczy innych krajów naszego regionu.

Biorąc to wszystko pod uwagę – czy aby na pewno członkostwo w Unii jest dla nas ekonomicznie opłacalne? Pozwolę sobie wątpić – i zapewne dlatego jakoś nie ma chętnych do przeprowadzenia rzetelnego bilansu naszego piętnastolecia w UE.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Kiedy nastąpi „polski exit”?

Drenaż kolonialny

Dekolonizacja Polski


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 19 (10-16.05.2019)

niedziela, 5 stycznia 2014

Kiepska książka o ważnych sprawach

Strona po stronie pan John Perkins w swym „Hitmanie” zadręcza czytelnika wynurzeniami na emocjonalnym poziomie egzaltowanego nastolatka.

I. Rozczarowanie

Jakiś czas temu, zainspirowany lekturą „Wojny o pieniądz” Song Hongbinga, postanowiłem poszukać innych pozycji o zbliżonej tematyce i tak wpadła mi w ręce książka Johna Perkinsa „Hitman. Wyznania ekonomisty od brudnej roboty”. Podbechtany pozytywnymi odgłosami na jej temat, które można znaleźć w internecie, zasiadłem do czytania – i z każdą kolejną stroną „chłódło” mi coraz bardziej, do tego stopnia, że pod koniec wręcz zmuszałem się do dalszej lektury. Rzecz ta bowiem mogłaby służyć za modelowy przykład tego jak można spaprać znakomity temat, jeśli do jego opisania przystąpi niewłaściwa osoba. Efektem jest tytuł tej notki – mamy bowiem do czynienia ze strasznie kiepską książką o bardzo ważnych sprawach.

II. Anatomia zniewolenia

Cóż Perkins próbuje w „Hitmanie” opisać? Ano, generalnie rzecz ujmując, mega-przekręt i podszyte korupcją zdzierstwo jakim jest „pomoc” finansowa udzielana tzw. krajom rozwijającym się przez Bank Światowy i inne instytucje, jak amerykańska Agencja Rozwoju Międzynarodowego. Mechanizm jest następujący: najpierw do takiego kraju wysyła się EBR-owców, czyli tytułowych „ekonomistów od brudnej roboty”, zwanych też „hitmanami”. Udają oni „niezależnych” i „apolitycznych” ekspertów, zaś ich zadaniem jest stworzenie przy pomocy różnych statystycznych sztuczek odpowiednich prognoz ekonomicznych – grubo przeszacowujących potrzeby inwestycyjne państwa i mający nastąpić wskutek tychże inwestycji boom gospodarczy. To przeszacowanie jest elementem niezbędnym, bowiem im wyższe zapotrzebowanie na inwestycje będzie wynikało z księżycowych (choć warsztatowo jak najbardziej poprawnych) wyliczeń, tym większą pożyczkę otrzyma dane państwo.

Tyle, że – i to jest dopiero numer – te pieniądze do nominalnego „beneficjenta” w ogóle nie trafiają! Płyną one w zasadzie bezpośrednio do zagranicznych, głównie amerykańskich, konsorcjów, które te postulowane inwestycje realizują. Powstają w ten sposób elektrownie i sieci elektroenergetyczne, wodociągi i inna infrastruktura, firmy budowlane odchodzą z zarobioną kasą, zaś państwo zostaje z gigantycznym długiem i odsetkami oraz kosztami utrzymania tego, co wybudowano.

Długi natomiast trzeba spłacać – i w tym momencie państwo-ofiara „pomocy międzynarodowej” jest już w zasadzie ugotowane. Powstaje bowiem dług takich rozmiarów, że zwyczajnie jest niemożliwy do spłacenia. Według prognoz nasłanych EBR-owców kraj miał spłacać pożyczkę bezboleśnie, korzystając ze zwiększonych dochodów, których miała dostarczyć rozpędzona inwestycjami gospodarka. Tymczasem okazuje się, że gospodarka buksuje w miejscu, a rząd zostaje przymuszony przez Bank Światowy do wdrożenia drakońskiego „planu naprawczego” oznaczającego wycofanie się państwa z kolejnych obszarów służby publicznej – edukacji, opieki zdrowotnej itp. Trzeba bowiem ciąć wydatki, by spłacać pożyczkę. Do tego dochodzi masowa prywatyzacja wszystkiego co stanowi jakąkolwiek wartość z zasobami naturalnymi na czele. Dobra te przejmują zagraniczni inwestorzy – zazwyczaj grubo poniżej ich wartości - którzy to inwestorzy obdarowywani są oczywiście ulgami podatkowymi, no bo przecież trzeba stymulować gospodarkę, by spłacić zadłużenie i wyjść na prostą...

Państwo oczywiście „na prostą” nie wychodzi, poziom życia ludności drastycznie się obniża, nominalnie suwerenne kraje zostają ubezwłasnowolnione nie tylko gospodarczo, ale również i politycznie. Cały majątek generujący jakiekolwiek godne uwagi zyski znajduje się w obcych rękach, prócz tego dodatkowo kraj musi zgodzić się na kuratelę polityczną Stanów Zjednoczonych – na czele stoi „nasz sukinsyn” (jak Amerykanie nazywają sprzyjających im dyktatorów), US Army zakłada swoją bazę o eksterytorialnym statusie, a amerykańskie korporacje prowadzą eksploatację gospodarczą. W ten sposób buduje się globalne imperium.

A wszystko zaczyna się, jak wspomnieliśmy, od wizyty „ekonomistów od brudnej roboty”, którzy swymi „naukowymi” prognozami (popartymi odpowiednimi łapówkami dla miejscowych polityków i decydentów) mają skłonić lokalne rządy do zaakceptowania ich planu inwestycyjnego i zaciągnięcia pożyczki. Jeśli natomiast „hitmani” zawiodą i lokalni przywódcy okażą się oporni, to do gry wkraczają „szakale” - czyli zabójcy eliminujący niewygodnych polityków.

III. Emocjonalny szantaż „hitmana”

Autor był właśnie takim „hitmanem” - zwerbowanym przez służby, skierowanym na odpowiednie studia i zatrudnionym w nominalnie całkowicie prywatnej firmie, nie mającej formalnie nic wspólnego z rządem Stanów Zjednoczonych. Fucha świetnie płatna, wesołe życie, pozycja eksperta, wykłady, spotkania na najwyższych szczeblach. Po czym następuje nawrócenie i decyzja o napisaniu demaskatorskiej książki. Cóż więc jest w niej takiego irytującego, że ledwie zmusiłem się, by doczytać ją do końca?

Ano to, że opisany przed chwilą mechanizm ubezwłasnowolnienia przez kredyt, to właściwie wszystko co da się z tej książki wycisnąć. Całość bowiem tonie w egocentrycznych opisach duchowych rozterek autora, który – jeśli mu wierzyć – niemal od samego początku brzydził się okropnie swą działalnością, zaś fakt, że przez dziesięciolecia tkwił w branży kładzie na karb swych chuci, rozlicznych niedomagań natury charakterologicznej, chciwości i tak dalej. Strona po stronie pan John Perkins zadręcza czytelnika wynurzeniami na emocjonalnym poziomie egzaltowanego nastolatka. Ta ckliwa tandeta osiąga takie stężenie, że w pewnym momencie staje się zwyczajnie nie do zniesienia.

Jestem wyczulony na tego typu emocjonalne szantaże i w trakcie lektury zastanawiałem się, gdzie już spotkałem się z podobnym zabiegiem narracyjnym, który nazywam „udawaną szczerością”. Ów zabieg sprowadza się do tego, że pod pozorami rzeczonej „szczerości” intencja autora jest wręcz przeciwna i ma zaciemnić to, na czego ukryciu mu zależy. W końcu przypomniałem sobie – dawno temu w księgarni przy obozie w Auschwitz kupiłem książkę „Oświęcim w oczach SS”. Jedną z jej części stanowi pamiętnik szeregowego SS-mana, spisany w więzieniu, kiedy czekał na proces. W tymże pamiętniku również na szeregu stron znajdujemy pełne empatii opisy niewysłowionych cierpień więźniów poddawanych przeróżnym okrucieństwom, którym to więźniom ówże SS-man oczywiście wielce współczuje. Jedyna różnica polega na tym, że SS-man unikał opisywania tego co sam robił, a John Perkins bierze czytelnika „na szczerość” obnażając tak zwane najskrytsze zakamarki duszy.

IV. USA jako „czarny lud”

Ten wystudiowany ekshibicjonizm ma za zadanie w moim odczuciu napchać te dwieście kilkadziesiąt stron książki literacką watą i sprawić, że czytelnik będzie miał wrażenie obcowania z tajemną wiedzą, podczas gdy autor tak naprawdę... niewiele nam mówi. Klasyczne odwrócenie uwagi. Nie dowiadujemy się tak naprawdę niczego istotnego o negocjacjach z przywódcami Indonezji, Arabii Saudyjskiej, czy Iranu. John Perkins nie podaje żadnych szczegółowych danych – jakie konkretnie perspektywy rysowano np. przed Indonezją w związku z inwestycjami w energetykę, jak to wyglądało po realizacji – czy zanotowano wzrost gospodarczy czy recesję, jaki był poziom bezrobocia, dochodu narodowego per capita, jaka była kondycja finansów publicznych? Zamiast tego w kolejnych częściach otrzymujemy często prasówkę – czyli to, co i tak po jakimś czasie (a przed ukazaniem się książki) wiadomo było z mediów, a wszystko oblane mętnym sosem narcystycznych wynurzeń autora. Na koniec zaś otrzymujemy garść dobrych rad na poziomie „zaangażuj się i zrób coś dobrego, to koniec końców wszystkim będzie lepiej”.

Albo więc John Perkins nie był tak wysoko postawiony jak usiłuje nam wmówić, albo tak naprawdę wciąż pozostaje w systemie, tylko został wykolegowany i odsunięty na boczny tor, ale wciąż na coś liczy. Możliwe też, że został przewerbowany i książka miała za zadanie zrobić czarny pijar Stanom Zjednoczonym. Niezależnie bowiem od całego bandyckiego procederu, który został w niej opisany, autor w zadziwiający sposób abstrahuje od geopolitycznego kontekstu rozgrywki w której brał udział, a której większa część przypadła na czasy Zimnej Wojny. Rozczulanie się nad Allende, lewacką partyzantką w Ameryce Południowej, która musiała handlować narkotykami, by mieć na kałachy i walczyć z jankeskim imperializmem, biadolenie nad okrucieństwami wojny w Wietnamie przy przemilczeniu „bambusowego gułagu”, który urządzili tam komuniści i tragedii tysięcy „boat people”... Dziwnie jednostronnie zaprogramowana została ta ślepota.

A tak od strony fachowej – wymieniony na wstępie Song Hongbing, który też przecież nie stroni od propagandy, potrafi w przekonujący sposób z podaniem konkretnych danych uzasadnić tezę, że to USA są uzależnione od międzynarodowej banksterki, której narzędziem pozostaje MFW, czy Bank Światowy, Perkins zaś podaje kierunek przeciwny – to międzynarodowe instytucje finansowe mają być narzędziem budowy przez USA „globalnego imperium” eksploatującego swe peryferia, tylko z faktograficznym uzasadnieniem idzie mu cokolwiek gorzej...

Kończąc, powiem, że chętnie przeczytałbym jakąś książkę traktującą o poruszonych w „Hitmanie” kwestiach – tylko operującą danymi na większym poziomie szczegółowości i pozbawioną reszty opisanych tutaj wad. Bo są to naprawdę ważne sprawy – również z naszej, polskiej, współczesnej perspektywy – kraju staczającego się w otchłań neokolonializmu.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/kawal-rzetelnej-chinskiej-propagandy