Pokazywanie postów oznaczonych etykietą globalizacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą globalizacja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 kwietnia 2020

Stress-test

Gołym okiem widać, że pandemia koronawirusa stała się wielkim społecznym laboratorium. To po prostu niesamowita okazja do testowania różnych rozwiązań z zakresu inżynierii społecznej.


W związku z pandemią koronawirusa warto postawić sobie podstawowe w moim przekonaniu pytanie: na ile przemodeluje ona światowy porządek i czy zmiany będą nieodwracalne? Już teraz widać, że mamy do czynienia z globalnym „stress-testem” dotyczącym takich obszarów jak polityka, życie społeczne, gospodarka, a nawet system wartości – i w każdym z nich może dojść do istotnego przewartościowania dotychczasowych priorytetów. Zacznijmy jednak wesoło – tzn. od krajowego, politycznego bagienka.


I. Amok „najgłupszej opozycji świata”

Po wyborach 2019 r. zostaliśmy obdarowani nieco bardziej zróżnicowaną niż dotąd opozycją, co szczególnie wyraziście uzewnętrzniło się po dotarciu koronawirusa do Polski. Spójrzmy: zdawałoby się skrajne ugrupowania, takie jak Lewica i Konfederacja zajęły w obliczu epidemii i działań rządu stanowisko zdumiewająco konstruktywne. Politycy lewicowi nie negując konieczności rządowych wysiłków zwracali uwagę na potrzebę większej ochrony pracowników na „śmieciówkach”, nie objętych zabezpieczeniami wynikającymi z Kodeksu Pracy – a takowych w Polsce jest, bagatela, 2,6 mln. (1,3 mln. na umowach-zleceniach i o dzieło, oraz drugie 1,3 mln. na samozatrudnieniu). Z kolei Konfederacja zaoferowała wykorzystanie swoich wolontariuszy zbierających podpisy dla Krzysztofa Bosaka do pomocy osobom starszym (np. przynoszenia zakupów), podnosząc prócz tego konieczność wprowadzenia ułatwień dla rodzimego, głównie niewielkiego biznesu, najbardziej narażonego na utratę płynności finansowej. Również PSL z Kosiniakiem-Kamyszem powstrzymało się od frontalnego ataku na rząd (jakby nie było, Kosiniak-Kamysz to jednak lekarz, a to do czegoś zobowiązuje). Krótko mówiąc, mamy tu podejście zdroworozsądkowe i odpowiedzialne – kraj znalazł się w wyjątkowej sytuacji, więc nie sypiemy piasku w tryby, co najwyżej zwracając uwagę na sprawy, do których naszym zdaniem rządzący nie przykładają należytej uwagi. Wszystko to jednak bez agresji, w tonie rzeczowej dyskusji – owszem, z pozycji opozycyjnych, ale jednak równocześnie propaństwowych.

Co innego „najgłupsza opozycja świata”, czyli Koalicja Obywatelska wraz ze swoim środowiskowo-medialnym habitatem. Ci nawet nie ukrywają, że epidemię traktują wyłącznie w kategoriach politycznych, a koronawirus jest dla nich istotny jedynie w charakterze kłonicy, którą można przywalić obecnej władzy. Tutaj nie liczy się nic, poza doraźnym politycznym interesem: można siać panikę, podrywać zaufanie obywateli do państwa i jego instytucji, destabilizować i bez tego napiętą już sytuację. Najmniej zaś istotni są w tym wszystkim ludzie, wręcz im więcej zarażonych i ofiar śmiertelnych, tym lepiej – niech wszystko spłonie, byśmy tylko mogli na tych zgliszczach i trupach z powrotem dorwać się do władzy. Ich zacietrzewienie podsyca znana prawidłowość, że w obliczu zagrożenia obywatele w naturalny sposób gromadzą się wokół władzy jako jedynego realnego czynnika sprawczego, dysponującego odpowiednimi instrumentami działania. Stąd też nieustanny amok, prowadzący do zachowań wręcz groteskowych.

Odtwórzmy to sobie. Najpierw rząd miał rzekomo utajniać przypadki koronawirusa w Polsce, by ujawnić je na moment przed konwencją wyborczą Małgorzaty Kidawy-Błońskiej i przyćmić w ten sposób to wiekopomne wydarzenie. Po pierwszych odnotowanych przypadkach pojawiła się narracja, że PiS chowa głowę w piasek i „nic nie robi”, bo wiadomo – „pisiory”, he he, nie dają sobie rady i potrafią tylko rozdawać pieniądze nierobom. Gdy okazało się, że rząd jednak działa i zgłasza spec-ustawę, rozległ się wrzask, że pod pretekstem zwalczania epidemii PiS chce zaprowadzić „stan wojenny”. Ustawa przeszła (żeby było zabawniej, również głosami „totalnych”), a PiS uwzględnił część poprawek opozycji, więc zaczęła się kolejna jazda, zainicjowana przez sztab Kidawy-Błońskiej: rząd nie chroni granic przed napływem zarażonych! - co jest szczególnie groteskowe w kontekście kryzysu migracyjnego z 2015 r., kiedy to na Jarosława Kaczyńskiego posypały się gromy, gdy ostrzegał przed zagrożeniem epidemiologicznym związanym z masowym napływem nachodźców.

Idźmy dalej. Rząd Mateusza Morawieckiego wprowadził stan zagrożenia epidemiologicznego, zamknął granice, wcześniej zaś w kraju szkoły i szereg innych instytucji, na bieżąco podaje do publicznej wiadomości liczbę zarażonych, nakłada kwarantanny, wydaje zalecenia odnośnie środków bezpieczeństwa – i, co najistotniejsze, spotyka się to ze zrozumieniem obywateli. Reakcja? „Koronawirus spadł PiS-owi z nieba”, „Koronawirus jako zbawca PiS”! Ten sam PiS, przypomnijmy, jeszcze chwilę wcześniej miał się na koronawirusie wyłożyć, a z drugiej strony – tenże koronawirus miał się stać lodołamaczem torującym drogę do władzy „totalsom”. Równolegle poboczny atak – Duda jeździ po kraju i robi sobie kampanię! Oczywiście, gdyby nie jeździł, byłoby, że tchórzy i dekuje się w Pałacu Prezydenckim, co widać po atakach na Kaczyńskiego za to, że (będąc z racji wieku w grupie największego ryzyka), nie udziela się publicznie...

No i wreszcie, kolejna brzytwa, której uchwycili się „totalni”: należy przełożyć wybory na jesień! Sęk w tym, że aby przełożyć wybory, należałoby wprowadzić jeden z trzech stanów: stan klęski żywiołowej, stan wyjątkowy, bądź stan wojenny – czyli to, przed czym jeszcze na początku marca ta sama opozycja histerycznie protestowała. Dziś stan wyjątkowy jest już „dobry”, bo „totalsi” liczą na kumulację kilku czynników: zmęczenia obywateli ograniczeniami, społecznego zniecierpliwienia (szczególnie latem, gdy ludzie będą chcieli wyjeżdżać na wakacje) oraz pierwszych efektów spowolnienia gospodarczego. Wszystko podporządkowane partykularnemu, partyjnemu interesowi, zero jakiegokolwiek instynktu państwowego, a nade wszystko – rozpaczliwe miotanie się od ściany do ściany. Ktoś na Twitterze trafnie skomentował, że wszyscy starają się zachowywać rozsądnie, tylko Platforma biega bez ładu i składu niczym kurczak z obciętą głową. Wyobraźmy sobie teraz, że wirus uderza w momencie, gdy prezydentem jest Kidawa-Błońska, premierem Borys Budka, a ministrem zdrowia Ewa Kopacz. A nie, wróć, nie musimy sobie wyobrażać – oni już rządzili podczas znacznie łagodniejszej epidemii świńskiej grypy. Wtedy Polska jako jedyna nie zakupiła szczepionek, zaś Ewa Kopacz uspokajała, że nic się nie dzieje – co zakończyło się 180 zgonami.

Przełożenie wyborów oczywiście nie jest wykluczone, wszystko zależy od rozwoju sytuacji, ale póki co można powiedzieć, że o ile państwo pod obecnymi rządami generalnie zdaje egzamin, o tyle „najgłupsza opozycja świata” swój stress-test oblała na całej linii.


II. Gdzie jest Unia?

Ale dość już o naszych baranach, przejdźmy do spraw poważniejszych. Gdzie jest Unia? Ta omnipotentna, najmądrzejsza Unia Europejska, która pod przewodem kasty światłych mandarynów miała być odpowiedzią na wszelkie problemy, ustawicznie regulując za pomocą tysięcznych dyrektyw i wytycznych najdrobniejsze dziedziny życia? Nie ma Unii. W momencie rzeczywistego kryzysu ci wszyscy wielcy komisarze i eurodeputowani, tak zazwyczaj skorzy do zabierania głosu na każdy temat – począwszy od praw zwierząt, a na ustroju polskiego sądownictwa skończywszy – pochowali się w mysie dziury. Walkę z COVID-19 musiały wziąć na swoje barki państwa narodowe – i całe szczęście, bowiem gdyby zależało to od unijnych urzędników, niemożliwe byłoby wprowadzenie np. kontroli granicznych, co jasno dał do zrozumienia rzecznik Komisji Europejskiej Eric Mamer („Zamykanie granicy, to niekoniecznie najlepsze rozwiązanie w sytuacji, gdy wirus jest już we wszystkich krajach strefy Schengen. Ale uznajemy, że to uprawnienia i decyzje rządów krajów członkowskich”).

Przy okazji, po raz kolejny uwidoczniło się, że „europejska solidarność” kończy się tam, gdzie zaczynają interesy Niemiec. Głośna stała się sprawa przechwycenia przez niemieckie władze transportów maseczek ochronnych zamówionych w Chinach przez Włochy, Austrię i Szwajcarię. Poszło o to, że zamówienie zostało złożone przez niemieckiego pośrednika, co niemieckie władze prawem kaduka potraktowały jako „eksport” i skwapliwie położyły na deficytowym towarze łapę. Co więcej, mimo iż Komisja Europejska wymusiła na niemieckim rządzie „uwolnienie” towaru (jedna z nielicznych dobrych rzeczy, które o władzach UE można dziś powiedzieć), to nikt (z pośrednikiem włącznie) nie jest w stanie powiedzieć, gdzie owe maseczki się znajdują – rozpłynęły się w powietrzu... Inny przykład, to niemiecka reakcja na przymknięcie przez Polskę granic – zostało to pryncypialnie skrytykowane, po czym niemal na drugi dzień Niemcy wprowadziły identyczne obostrzenia w ruchu granicznym. Niepokój Niemiec łatwo wytłumaczyć – otóż polskie firmy transportowe odpowiadają za 25 proc. tamtejszej logistyki zaopatrzeniowej, przez co przed Niemcami stanęło widmo pustych sklepowych półek.

Indolencję Unii najlepiej widać na przykładzie nielegalnej imigracji, która jest problemem samym w sobie, a w obliczu pandemii staje się wręcz sprawą gardłową. Po raz kolejny okazało się, że unijna straż graniczna, czyli osławiony FRONTEX jest tygrysem bez zębów i zajmuje się głównie przeładunkiem „uchodźców” z pontonów na statki, po czym odstawia ich dokładnie tam, gdzie chcieli trafić, czyli na kontynent europejski. Jest to zatem w istocie przedsiębiorstwo przewozowe, ułatwiające robotę gangom przemytników. Wyjątkowo boleśnie przekonała się o tym Grecja, która w końcu wzięła sprawy we własne ręce i zaczęła samodzielnie zwalczać plagę migracji, nie przejmując się wrzaskami różnych „organizacji humanitarnych” - dodajmy, przy cichej akceptacji Brukseli, która mogła odetchnąć z ulgą, że rząd w Atenach wybawił ją z kłopotu.

Coś tam jednak Unia robi. Otóż uruchomiła fundusz o łącznej wartości 37,3 mld euro na walkę... nie, nie tyle z koronawirusem, ile na łagodzenie skutków gospodarczych wywołanych kryzysem – z czego Polsce przypadać ma 7,4 mld euro. Tyle, że wbrew rozpowszechnionemu mniemaniu to nie są żadne dodatkowe pieniądze! Środki te pochodzą z aktualnie obowiązujących w ramach budżetu UE środków spójności. Po prostu Unia wspaniałomyślnie się zgodziła, by poszczególne kraje, w tym Polska, część przysługujących im środków wydały na najniezbędniejsze w tym momencie inwestycje, a nie na to, co akurat figurowało w odgórnej, brukselskiej rozpisce i nieco złagodziła rygorystyczne procedury rozliczania funduszy. Ot, i cała „łaska”. Ach, zapomniałbym – Unia w pocie czoła pracuje nad wspólnotowym przetargiem na leki i sprzęt medyczny w ramach „mechanizmu kryzysowego”, na razie jednak daleki jest on od rozstrzygnięcia.

Euroentuzjaści twierdzą, że bierność Unii spowodowana jest niedostatecznymi kompetencjami i już snują wizje poszerzenia prerogatyw Brukseli na przyszłość. Jest to skrajnie niebezpieczny pogląd. Wyobraźmy sobie, że ten kompletnie niewydolny, biurokratyczny moloch miałby w sytuacji zagrożenia epidemią decydować o zamknięciu granic (i dopilnować wykonania), przetargach na medykamenty, rozdziale funduszy czy wprowadzeniu w poszczególnych krajach stanu zagrożenia epidemiologicznego. Wyobraźmy sobie tylko, że dla każdej z tego typu spraw krajowe rządy musiałyby uzyskać zgodę w unijnej centrali, która skrupulatnie sprawdzałaby, czy aby nie łamana jest któraś z rozlicznych „procedur” - wszystko w momencie, gdy trzeba działać „na wczoraj”.

Podsumowując ten wątek - Unia Europejska „stress-testu” nie przeszła. Nic nie zastąpi państw narodowych w kwestiach bezpieczeństwa i pozostaje mieć nadzieję, że inwazja koronawirusa przyczyni się do odwrócenia tendencji polegającej na zawłaszczaniu przez unijną biurokrację kolejnych obszarów władzy.


III. Wielkie laboratorium

Na koniec sprawy o charakterze bardziej ogólnym. Prawdopodobnie czeka nas, jak napisałem w niedawnym felietonie dla „Gazety Finansowej” „najgłupszy kryzys w historii świata” - bo też skala (i co ważniejsze, śmiertelność) pandemii w niczym nie usprawiedliwia aż takiej paniki na rynkach. Pół żartem, pół serio, zarysuję tu spiskową teorię – może medialna histeria jest celowo indukowana, by odwrócić uwagę od rzeczywistych przyczyn kryzysu, który i tak miał nadejść? Po krachu w 2008 r. opinia publiczna zawrzała oburzeniem na światową oligarchię finansową, która nie dość że doprowadziła do globalnej katastrofy, to jeszcze uszło jej to bezkarnie. Może macherzy, którzy nie zmienili swego postępowania ani o jotę i dalej pompują spekulacyjną bańkę, widząc na horyzoncie rychłe załamanie użyli swych medialnych wpływów, by „usprawiedliwić” koronawirusem nadchodzącą zapaść, tak by złość społeczeństw nie skierowała się przeciw banksterom i sprzedajnym politykom?

Ale, nawet pomijając spiskowe teorie, gołym okiem widać, że pandemia koronawirusa stała się wielkim społecznym laboratorium. To po prostu niesamowita okazja do testowania różnych rozwiązań z zakresu inżynierii społecznej. Do jakiego stopnia ludzie gotowi są pogodzić się z ograniczeniami wolności? Czy tylko na jakiś czas, czy na stałe? Jakimi metodami „naprowadzać” ludzkie masy na właściwe myślenie, tak by w przyszłości np. nie oddały głosów na „populistów”, tylko na „sprawdzony” establishment? Albo pogodziły się z kolejnymi przywilejami dla wielkich korporacji pod pretekstem „rozwiązań antykryzysowych”? Jestem przekonany, że rozliczne sztaby specjalistów od modelowania zbiorowych zachowań pracują w pocie czoła nad stosownymi analizami i wnioskami.

Patrząc bardziej optymistycznie – może uda się z obecnej sytuacji wyciągnąć jakieś konstruktywne wnioski? Może to co się stało nieco przyhamuje bezmyślny, zatraceńczy pęd ku wszechogarniającej globalizacji? Może przyczyni się do dywersyfikacji łańcuchów dostaw i produkcji, tak by nie lokować kluczowych ogniw w jednym regionie świata, czy wręcz w jednym państwie – Chinach? Może do kogoś wreszcie dotrze, że warto mieć elementarne zabezpieczenie w postaci własnego rolnictwa, gwarantującego żywność i własnego przemysłu? Tak by nie wyglądać niczym zbawienia chińskich kontenerowców zawijających do europejskich portów? Przecież to paranoja, żebyśmy nie byli w stanie produkować u siebie zwykłych maseczek chirurgicznych i podstawowych leków, a za produkcję płynu odkażającego musiał się brać w trybie awaryjnym „Orlen” (całe szczęście, że go mamy).

Idąc dalej – może docenimy nasze państwa, granice i zalety suwerenności? Może dotrze do nas, że zbywanie kolejnych uprawnień na rzecz ponadnarodowych instytucji to droga donikąd? Z drugiej strony – może zauważymy zagrożenia wynikające z nadmiernej decentralizacji? Pomyślmy tylko, co by się działo, gdyby Polska zgodnie z postulatami „totalnej opozycji” była dzisiaj luźnym konglomeratem udzielnych samorządowych „księstewek”... I to jest kolejny oblany „stress-test” - tym razem nie zdała go globalizacja.

Pocieszające w tym wszystkim jest to, że choć na chwilę zniknęła z publicznego dyskursu większość lewackiej agendy. Nagle okazało się, że obliczu śmierci „prawa” zwierząt, LGBT, genderyzm, skrajny ekologizm i klimatyzm przestały być najważniejszymi problemami ludzkości. Symboliczna jest tu odezwa Grety Thunberg, która zaapelowała do swych wyznawców, by „strajkowali” na rzecz klimatu – ale w domu... Złą wiadomością jest jednak uległość Kościoła, który we Włoszech i zachodniej Europie wystraszony lewackimi wrzaskami zamknął świątynie, rezygnując tym samym z okazji do choćby częściowego odbudowania swego duchowego przywództwa. W Polsce natomiast lewactwo ma inny cel – ograniczenie praktyk religijnych na czas zarazy ma sprawić, by ludzie „odwykli” od chodzenia do kościoła. Koronawirus oraz propaganda strachu mająca ukazać kościoły jako główny rozsadnik epidemii jest tu orężem w walce z religią. Czas pokaże, czy owa nałożona na wiernych „kwarantanna” przyniesie skutki – oby nie. Niemniej, jest to kolejna odsłona owego „społecznego laboratorium” o którym tu piszę – tym razem dotykająca sfery fundamentalnych wartości. Tak więc, już zupełnie na koniec – podstawowy i najważniejszy „stress-test” to ten, przed którym stoimy my sami.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 04 (kwiecień 2020)

czwartek, 2 kwietnia 2020

Koronakryzys

Nauczony lekcją kryzysu finansowego z 2008 r., podejrzewam, że globalny biznes wyczuł znakomitą okazję, by jak wówczas „podzielić się” z państwem swymi stratami.

I. „Pandemia” 0,1 procent

W sobotę 21 marca włoski Narodowy Instytut Zdrowia podał szczegółowe dane dotyczące zachorowalności i śmiertelności związanej z epidemią COVID-19. Co się okazuje? Jedynie 1,2 proc. zgonów spowodowanych było wyłącznie koronawirusem. U całej reszty występowały różne inne choroby, często po kilka naraz. To zresztą nie dziwi, zważywszy, iż koronawirus atakuje przede wszystkim osoby w podeszłym wieku – spośród wszystkich zmarłych tylko nieco ponad 1 proc. miało mniej niż 50 lat, a jedynie 9 przypadków śmiertelnych dotyczyło osób poniżej 40 roku życia. I teraz podstawowa sprawa, mianowicie dotycząca metodologii liczenia ofiar. Najwyraźniej włoskie władze wrzucają hurtowo do jednego worka wszystkich zmarłych u których wykryto wirusa, niezależnie od tego, czy był on rzeczywistą przyczyną śmierci, czy nie. Mówiąc obrazowo, jeśli ktoś umarł na serce, ale przy okazji miał również infekcję – jest liczony jako ofiara koronawirusa. Pytanie, po co Włochom potrzebne jest takie „nabijanie” śmiertelnych statystyk? Gdy piszę te słowa, we Włoszech jest ok. 5,5 tys. zmarłych u których stwierdzono koronawirusa. Biorąc pod uwagę owe 1,2 proc. oznaczałoby to, że osób zmarłych wyłącznie z powodu COVID-19 jest 66. U całej reszty należałoby dopiero ocenić, czy i ewentualnie w jakim stopniu infekcja mogła się przyczynić do śmierci. Jeszcze jedna liczba, mówiąca nam coś o faktycznej skali zachorowań – we Włoszech mamy ok. 60 000 przypadków zarażenia, co przy ogólnej liczbie 60 mln. obywateli daje odsetek zachorowań w wysokości 0,1 proc. (słownie – jedna dziesiąta procenta).

Oczywiście jestem jak najdalszy od lekceważenia sytuacji. Jeśli można, trzeba siedzieć w domu, przestrzegać zasad profilaktyki itp., a nade wszystko – otoczyć opieką osoby starsze i to na nich powinien być skoncentrowany wysiłek służby zdrowia. Z drugiej strony jednak, w świetle powyższych danych nie sposób nie zauważyć, że światowa histeria na tle wirusa SARS-CoV-2 podszyta jest czystym irracjonalizmem – a z pewnością, przy zachowaniu minimum chłodnej głowy, epidemia nie powinna była doprowadzić do tak dalekosiężnych skutków społecznych i gospodarczych, jakie obecnie obserwujemy. Przypomnę, że w Polsce tylko w lutym odnotowano ponad 800 tys. przypadków grypy i 23 ofiary śmiertelne, a w zeszłym sezonie grypowym zmarły 143 osoby.

Wszystkie te liczby przestają mieć jednak znaczenie, gdy w grę wchodzi strach przed nowym i „nieoswojonym” jeszcze zagrożeniem. Prawdziwa pandemia, jak już pisałem tydzień temu, to ta, która zagnieździła się w ludzkich głowach, nad czym zresztą niestrudzenie dzień i noc pracują wiodące ośrodki medialne. Epidemiolodzy podkreślają, że koronawirus już z nami zostanie i trzeba będzie z nim żyć – i będziemy z tym żyli, tak jak żyjemy z grypą i zapaleniem płuc, bo nie sposób utrzymywać w nieskończoność stanu wyjątkowego. Obecne środki bezpieczeństwa wdrażane przez kolejne rządy (nawet przez Wielką Brytanię, choć Boris Johnson do pewnego momentu wydawał się najbardziej odporny na pandemię paniki) to rozwiązanie jednorazowe, mające głównie na celu uspokojenie obywateli i wywołanie poczucia, że władza czuwa, dostrzega problem i podejmuje środki zaradcze. Jednak fizyczną niemożliwością jest wprowadzanie podobnych obostrzeń co roku – grozi to kompletną destabilizacją życia oraz chronicznym paraliżem państwa i gospodarki. Za rok o tej samej porze jeśli media będą w ogóle informowały o zakażeniach koronawirusem, to raczej w tonie „no cóż, nadszedł sezon zachorowań, trzeba to jakoś przetrzymać”, co najwyżej zalecając szczepionkę, która do tego czasu najprawdopodobniej zostanie już opracowana.


II. Doktryna szoku

Póki co jednak media pulsują w rytmie kolejnych, alarmistycznych doniesień – i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ten stan permanentnego niepokoju jest celowo indukowany. Świat pogrąża się w kryzysie gospodarczym, środowiska biznesowe biją na trwogę i oczekują od władz państwowych pomocy. I znów – nauczony lekcją kryzysu finansowego z 2008 r., podejrzewam, że globalny biznes wyczuł znakomitą okazję, by jak wówczas „podzielić się” z państwem swymi stratami. Bo skoro wtedy się udało i państwa rzuciły się na wyprzódki, by ratować banksterów „zbyt wielkich, by upaść”, to dlaczego podobny zabieg nie miałby się udać i tym razem? To domaganie się pomocy jest tym bardziej irytujące, jeśli prześledzi się dotychczasowy model postępowania wielkich koncernów – wyprowadzanie produkcji na drugi koniec świata (ze szczególnym uwzględnieniem Chin) i likwidowanie miejsc pracy w nominalnych krajach pochodzenia; szantażowanie rządów żądaniami „uelastycznienia” rynku pracy i kolejnych ustępstw podatkowych; wreszcie - „optymalizacja” polegająca na wyprowadzaniu zysków do rajów podatkowych.

Efekty? Łańcuchy dostaw i produkcji uzależniające Europę od krajów azjatyckich skutkują dziś permanentnym niedoborem podstawowych środków ochrony – maseczek, strojów ochronnych, płynów odkażających, lekarstw... Prócz tego mamy miliony pracowników sprowadzonych do roli „prekariatu” - wiecznie niepewnych jutra pół-niewolników pracujących na umowach śmieciowych, często bez elementarnych zabezpieczeń socjalnych, żyjących od pierwszego do pierwszego. Dziś to przede wszystkim oni padają ofiarą obostrzeń związanych z epidemią i utratą możliwości zarabiania. W samej Polsce jest to 2,6 mln. pracowników. Z kolei unikanie opodatkowania jedynie w Unii Europejskiej odpowiada za roczną lukę rzędu 170 mld. euro, co daje kwotę o 1/5 większą od budżetu Unii Europejskiej. Konsekwencją powyższego jest funkcjonowanie państw w warunkach nieustannych cięć budżetowych, dotykających m.in. służbę zdrowia, co skutkuje jej chronicznym niedofinansowaniem. A dziś odpowiadający za ten stan rzeczy cwaniacy zgłaszają się do rządów o pomoc. Do tych samych rządów, które na co dzień miały nie wtrącać się do gospodarki, obniżać podatki i puszczać wszystko na żywioł, by nie tamować „naturalnych” procesów globalizacyjnych. Teraz nagle okazuje się, że jak trwoga, to „złe” rządy mają ów biznes ratować.

I ratują, sparaliżowane widmem krachu gospodarczego. To ma nawet swoją nazwę - „doktryna szoku” i oznacza stan w którym pod wpływem drastycznych wydarzeń wprowadzane są rozwiązania, które w normalnych okolicznościach byłyby nie do zaakceptowania. Tyle, że kiedy już zagrożenie minie, te rozwiązania pozostają już na stałe... W Polsce właśnie zawiązała się nowa organizacja biznesowa – Związek Polskich Pracodawców Handlu i Usług - zrzeszająca m.in. podmioty z branży odzieżowej, obuwniczej i akcesoryjnej (np. CCC, LPP, Apart, Gino Rossi), która domaga się od rządu ułatwień w zwalnianiu pracowników, możliwości ograniczenia etatów i wynagrodzeń, przedłużenia okresu rozliczeniowego czasu pracy do 12 miesięcy (!), przywrócenia handlu w niedziele, odłożenia płatności składek ZUS i VAT-u, partycypacji rządu w wynagrodzeniach pracowników, gwarancji kredytowych itp.


III. „Tarcza antykryzysowa” nie może być dla wszystkich!

Jak powinien zachować się rząd? Otóż przede wszystkim powinien uważnie przyjrzeć się występującym o pomoc podmiotom. Najprościej rzecz ujmując, powinna być ona kierowana do firm, które płacą uczciwie w Polsce podatki i lokują tutaj większość swej produkcji, tak by wyeliminować firmy-pasożyty, na co dzień jedynie żerujące na polskiej gospodarce. Z tymi drugimi rozmowa powinna być krótka: jeżeli lokowaliście produkcję za granicą, a tutaj jedynie trzymaliście swoje sklepy, by upłynniać towar i wyprowadzaliście zyski do rajów podatkowych – to teraz idźcie po pomoc do rządów Chin, Bangladeszu, Luksemburga, Cypru czy innych Bahamów. Nic tu po was. Jak globalizacja, to globalizacja – powinna działać w obie strony. Na globalizację zysków i „upaństwowienie” strat nie może być zgody. Tylko przy takim podejściu ogłoszona przez premiera Morawieckiego „tarcza antykryzysowa” będzie miała sens – i kto wie, może nawet przyczyni się długofalowo do „polonizacji” naszej gospodarki.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 13 (27.03-02.04.2020)

piątek, 21 lutego 2020

Rozkwit i upadek państwa dobrobytu

Rządy zwyczajnie dały się zaszantażować globalnym koncernom, że jeśli nie obniży się im podatków i nie „uelastyczni” rynku pracy, to przeniosą się na drugi koniec świata. I nikt nie miał odwagi odpowiedzieć – a idźcie w cholerę, zwolnicie na rynku miejsce dla innych.

W kontekście ubiegłotygodniowego felietonu („Śmieciowy rynek pracownika”) w którym zająłem się patologiami polskiego rynku pracy, chciałbym poruszyć temat nieco szerszy - rozkwit i upadek państwa dobrobytu. Co legło u podstaw powszechnego dobrobytu w krajach Zachodu? Odpowiedź jest prosta – praca. Tyle, że równie niezbędnym warunkiem społecznej zamożności jest w miarę powszechna partycypacja w owocach tejże pracy. I tu jedni postawią za wzór niemiecki powojenny ordoliberalizm, inni z kolei wskażą na socjalny model skandynawski. Ja jednak podkreśliłbym równie istotny aspekt polityczny. Otóż w powojennych dziesięcioleciach na kraje Zachodu skutecznie oddziaływał straszak komunizmu. Ów straszak wymusił zawarcie niepisanej „umowy społecznej”, którą można streścić następująco: „płaćcie wyższe podatki, pogódźcie się z szerokim uzwiązkowieniem, dajcie ludziom stabilne miejsca pracy i godziwe zarobki, to nie będziecie mieli u siebie rewolucji”. Efektem dealu zawartego w uproszczeniu na linii politycy-biznes-związki zawodowe były społeczeństwa względnie egalitarne, z wysokim standardem usług publicznych i zabezpieczeń socjalnych, co sprawiło, że sowiecka „dywersja ideologiczna” trafiła na podatny grunt jedynie w warstwie obyczajowej. Wyobraźmy sobie jednak, że różne „Czerwone Brygady” czy inne „Frakcje Czerwonej Armii” sponsorowane przez KGB i GRU funkcjonowałyby w warunkach szeregu napięć społecznych o podłożu materialnym - przepis na komunistyczną rewoltę gotowy. Zresztą, wystarczy spojrzeć na kraje Ameryki Łacińskiej, gdzie podobnej „umowy społecznej” nie zawarto – popularność komunizmu w tamtym regionie świata nie wzięła się z niczego.

Nawet w najbardziej liberalnych Stanach Zjednoczonych w epoce Eisenhowera najwyższa stawka podatku dochodowego wynosiła 91-92 proc. od dochodów powyżej 400 tys. dolarów (oczywiście, trzeba wziąć poprawkę na wyższą wartość dolara w tamtych czasach). Również dysproporcje w zarobkach między prezesem/właścicielem firmy, a szeregowymi pracownikami były kilkukrotnie mniejsze niż obecnie, natomiast sytuacja, gdy „wierchuszka” zarabia 100-300 razy więcej niż średnie wynagrodzenie w gospodarce (a tak się dzieje dzisiaj w przypadku największych korporacji w Europie Zachodniej i USA) byłaby nie do pomyślenia. W Polsce też mamy już przedsiębiorstwa w których wynagrodzenie prezesów przebija 100-krotność średnich płac w firmie i nikt nie powie mi, że jest to normalne. Żaden człowiek, choćby na najwyższym stanowisku, nie pracuje sto razy wydajniej, nie jest sto razy mądrzejszy i nie ponosi stukrotnie większej odpowiedzialności od „zwykłego” pracownika, o czym świadczy chociażby historia ostatniego kryzysu finansowego.

Do stanu obecnego zaczęliśmy dochodzić gdzieś od lat 80-tych, kiedy to osłabł straszak chylącego się ku upadkowi ZSRR. Modelowe dla reszty świata stały się reformy Reagana czy Margaret Thatcher – rzecz w tym, że o ile w ówczesnej sytuacji miały swoje racjonalne uzasadnienie, to zapoczątkowały proces, który bardzo szybko wymknął się spod kontroli, a likwidowanie nadmiernego interwencjonizmu czy różnych przerostów socjalnych zmieniło się w latach 90-tych w klasyczne wylanie dziecka z kąpielą, na co dodatkowo nałożyła się globalizacja. Opisana „umowa społeczna” w krótkim czasie została kompletnie rozmontowana. Rządy zwyczajnie dały się zaszantażować globalnym koncernom, że jeśli nie obniży się im podatków i nie „uelastyczni” rynku pracy, to przeniosą się na drugi koniec świata. I nikt nie miał odwagi odpowiedzieć – a idźcie w cholerę, zwolnicie na rynku miejsce dla innych. W efekcie, globalny biznes i tak przenosi produkcję tam, gdzie mu wygodniej – ale już niemal nie płaci podatków, oferuje „śmieciowe” miejsca pracy i z generatora dobrobytu zmienił się w światowego pasożyta. I niczym pasożyta obchodzi go wyłącznie własny, partykularny interes – tak jak tasiemiec ma w nosie, że doprowadza do śmierci swojego żywiciela.

Skutek? Postępująca pauperyzacja społeczeństw, zanik klasy średniej, przerzucanie obciążeń podatkowych na mniej zamożne warstwy społeczeństwa, galopujące rozwarstwienie, rosnąca niepewność jutra - długo by wymieniać. I, jak świadczą odgłosy docierające z takich instytucji i gremiów jak MFW, Bank Światowy czy różne ekonomiczne szczyty w rodzaju Davos, możni tego świata zdają sobie z tego sprawę – tyle, że nic nie robią. Te zaniechania przekładają się na narastanie społecznych napięć, podatność na rozmaite „populizmy” i groźbę destabilizacji świata zachodniego. Dlatego niezbędny jest powrót do opisanej na wstępie „umowy społecznej” - bo to właśnie ona, a nie puszczony na żywioł rynek gwarantowała, że bogactwo realnie „ściekało w dół”, a „przypływ podnosił wszystkie łodzie”. Dziś dzieje się odwrotnie – bogactwo zasysane jest z dołu do góry, zaś „przypływ” podnosi jedynie największych, mniejsze łodzie zatapiając. I jeżeli tego nie powstrzymamy, wkrótce ockniemy się w globalnym, wstrząsanym krwawymi paroksyzmami bantustanie.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Śmieciowy rynek pracownika


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 05 (31.01-06.02.2020)

niedziela, 5 stycznia 2014

Kiepska książka o ważnych sprawach

Strona po stronie pan John Perkins w swym „Hitmanie” zadręcza czytelnika wynurzeniami na emocjonalnym poziomie egzaltowanego nastolatka.

I. Rozczarowanie

Jakiś czas temu, zainspirowany lekturą „Wojny o pieniądz” Song Hongbinga, postanowiłem poszukać innych pozycji o zbliżonej tematyce i tak wpadła mi w ręce książka Johna Perkinsa „Hitman. Wyznania ekonomisty od brudnej roboty”. Podbechtany pozytywnymi odgłosami na jej temat, które można znaleźć w internecie, zasiadłem do czytania – i z każdą kolejną stroną „chłódło” mi coraz bardziej, do tego stopnia, że pod koniec wręcz zmuszałem się do dalszej lektury. Rzecz ta bowiem mogłaby służyć za modelowy przykład tego jak można spaprać znakomity temat, jeśli do jego opisania przystąpi niewłaściwa osoba. Efektem jest tytuł tej notki – mamy bowiem do czynienia ze strasznie kiepską książką o bardzo ważnych sprawach.

II. Anatomia zniewolenia

Cóż Perkins próbuje w „Hitmanie” opisać? Ano, generalnie rzecz ujmując, mega-przekręt i podszyte korupcją zdzierstwo jakim jest „pomoc” finansowa udzielana tzw. krajom rozwijającym się przez Bank Światowy i inne instytucje, jak amerykańska Agencja Rozwoju Międzynarodowego. Mechanizm jest następujący: najpierw do takiego kraju wysyła się EBR-owców, czyli tytułowych „ekonomistów od brudnej roboty”, zwanych też „hitmanami”. Udają oni „niezależnych” i „apolitycznych” ekspertów, zaś ich zadaniem jest stworzenie przy pomocy różnych statystycznych sztuczek odpowiednich prognoz ekonomicznych – grubo przeszacowujących potrzeby inwestycyjne państwa i mający nastąpić wskutek tychże inwestycji boom gospodarczy. To przeszacowanie jest elementem niezbędnym, bowiem im wyższe zapotrzebowanie na inwestycje będzie wynikało z księżycowych (choć warsztatowo jak najbardziej poprawnych) wyliczeń, tym większą pożyczkę otrzyma dane państwo.

Tyle, że – i to jest dopiero numer – te pieniądze do nominalnego „beneficjenta” w ogóle nie trafiają! Płyną one w zasadzie bezpośrednio do zagranicznych, głównie amerykańskich, konsorcjów, które te postulowane inwestycje realizują. Powstają w ten sposób elektrownie i sieci elektroenergetyczne, wodociągi i inna infrastruktura, firmy budowlane odchodzą z zarobioną kasą, zaś państwo zostaje z gigantycznym długiem i odsetkami oraz kosztami utrzymania tego, co wybudowano.

Długi natomiast trzeba spłacać – i w tym momencie państwo-ofiara „pomocy międzynarodowej” jest już w zasadzie ugotowane. Powstaje bowiem dług takich rozmiarów, że zwyczajnie jest niemożliwy do spłacenia. Według prognoz nasłanych EBR-owców kraj miał spłacać pożyczkę bezboleśnie, korzystając ze zwiększonych dochodów, których miała dostarczyć rozpędzona inwestycjami gospodarka. Tymczasem okazuje się, że gospodarka buksuje w miejscu, a rząd zostaje przymuszony przez Bank Światowy do wdrożenia drakońskiego „planu naprawczego” oznaczającego wycofanie się państwa z kolejnych obszarów służby publicznej – edukacji, opieki zdrowotnej itp. Trzeba bowiem ciąć wydatki, by spłacać pożyczkę. Do tego dochodzi masowa prywatyzacja wszystkiego co stanowi jakąkolwiek wartość z zasobami naturalnymi na czele. Dobra te przejmują zagraniczni inwestorzy – zazwyczaj grubo poniżej ich wartości - którzy to inwestorzy obdarowywani są oczywiście ulgami podatkowymi, no bo przecież trzeba stymulować gospodarkę, by spłacić zadłużenie i wyjść na prostą...

Państwo oczywiście „na prostą” nie wychodzi, poziom życia ludności drastycznie się obniża, nominalnie suwerenne kraje zostają ubezwłasnowolnione nie tylko gospodarczo, ale również i politycznie. Cały majątek generujący jakiekolwiek godne uwagi zyski znajduje się w obcych rękach, prócz tego dodatkowo kraj musi zgodzić się na kuratelę polityczną Stanów Zjednoczonych – na czele stoi „nasz sukinsyn” (jak Amerykanie nazywają sprzyjających im dyktatorów), US Army zakłada swoją bazę o eksterytorialnym statusie, a amerykańskie korporacje prowadzą eksploatację gospodarczą. W ten sposób buduje się globalne imperium.

A wszystko zaczyna się, jak wspomnieliśmy, od wizyty „ekonomistów od brudnej roboty”, którzy swymi „naukowymi” prognozami (popartymi odpowiednimi łapówkami dla miejscowych polityków i decydentów) mają skłonić lokalne rządy do zaakceptowania ich planu inwestycyjnego i zaciągnięcia pożyczki. Jeśli natomiast „hitmani” zawiodą i lokalni przywódcy okażą się oporni, to do gry wkraczają „szakale” - czyli zabójcy eliminujący niewygodnych polityków.

III. Emocjonalny szantaż „hitmana”

Autor był właśnie takim „hitmanem” - zwerbowanym przez służby, skierowanym na odpowiednie studia i zatrudnionym w nominalnie całkowicie prywatnej firmie, nie mającej formalnie nic wspólnego z rządem Stanów Zjednoczonych. Fucha świetnie płatna, wesołe życie, pozycja eksperta, wykłady, spotkania na najwyższych szczeblach. Po czym następuje nawrócenie i decyzja o napisaniu demaskatorskiej książki. Cóż więc jest w niej takiego irytującego, że ledwie zmusiłem się, by doczytać ją do końca?

Ano to, że opisany przed chwilą mechanizm ubezwłasnowolnienia przez kredyt, to właściwie wszystko co da się z tej książki wycisnąć. Całość bowiem tonie w egocentrycznych opisach duchowych rozterek autora, który – jeśli mu wierzyć – niemal od samego początku brzydził się okropnie swą działalnością, zaś fakt, że przez dziesięciolecia tkwił w branży kładzie na karb swych chuci, rozlicznych niedomagań natury charakterologicznej, chciwości i tak dalej. Strona po stronie pan John Perkins zadręcza czytelnika wynurzeniami na emocjonalnym poziomie egzaltowanego nastolatka. Ta ckliwa tandeta osiąga takie stężenie, że w pewnym momencie staje się zwyczajnie nie do zniesienia.

Jestem wyczulony na tego typu emocjonalne szantaże i w trakcie lektury zastanawiałem się, gdzie już spotkałem się z podobnym zabiegiem narracyjnym, który nazywam „udawaną szczerością”. Ów zabieg sprowadza się do tego, że pod pozorami rzeczonej „szczerości” intencja autora jest wręcz przeciwna i ma zaciemnić to, na czego ukryciu mu zależy. W końcu przypomniałem sobie – dawno temu w księgarni przy obozie w Auschwitz kupiłem książkę „Oświęcim w oczach SS”. Jedną z jej części stanowi pamiętnik szeregowego SS-mana, spisany w więzieniu, kiedy czekał na proces. W tymże pamiętniku również na szeregu stron znajdujemy pełne empatii opisy niewysłowionych cierpień więźniów poddawanych przeróżnym okrucieństwom, którym to więźniom ówże SS-man oczywiście wielce współczuje. Jedyna różnica polega na tym, że SS-man unikał opisywania tego co sam robił, a John Perkins bierze czytelnika „na szczerość” obnażając tak zwane najskrytsze zakamarki duszy.

IV. USA jako „czarny lud”

Ten wystudiowany ekshibicjonizm ma za zadanie w moim odczuciu napchać te dwieście kilkadziesiąt stron książki literacką watą i sprawić, że czytelnik będzie miał wrażenie obcowania z tajemną wiedzą, podczas gdy autor tak naprawdę... niewiele nam mówi. Klasyczne odwrócenie uwagi. Nie dowiadujemy się tak naprawdę niczego istotnego o negocjacjach z przywódcami Indonezji, Arabii Saudyjskiej, czy Iranu. John Perkins nie podaje żadnych szczegółowych danych – jakie konkretnie perspektywy rysowano np. przed Indonezją w związku z inwestycjami w energetykę, jak to wyglądało po realizacji – czy zanotowano wzrost gospodarczy czy recesję, jaki był poziom bezrobocia, dochodu narodowego per capita, jaka była kondycja finansów publicznych? Zamiast tego w kolejnych częściach otrzymujemy często prasówkę – czyli to, co i tak po jakimś czasie (a przed ukazaniem się książki) wiadomo było z mediów, a wszystko oblane mętnym sosem narcystycznych wynurzeń autora. Na koniec zaś otrzymujemy garść dobrych rad na poziomie „zaangażuj się i zrób coś dobrego, to koniec końców wszystkim będzie lepiej”.

Albo więc John Perkins nie był tak wysoko postawiony jak usiłuje nam wmówić, albo tak naprawdę wciąż pozostaje w systemie, tylko został wykolegowany i odsunięty na boczny tor, ale wciąż na coś liczy. Możliwe też, że został przewerbowany i książka miała za zadanie zrobić czarny pijar Stanom Zjednoczonym. Niezależnie bowiem od całego bandyckiego procederu, który został w niej opisany, autor w zadziwiający sposób abstrahuje od geopolitycznego kontekstu rozgrywki w której brał udział, a której większa część przypadła na czasy Zimnej Wojny. Rozczulanie się nad Allende, lewacką partyzantką w Ameryce Południowej, która musiała handlować narkotykami, by mieć na kałachy i walczyć z jankeskim imperializmem, biadolenie nad okrucieństwami wojny w Wietnamie przy przemilczeniu „bambusowego gułagu”, który urządzili tam komuniści i tragedii tysięcy „boat people”... Dziwnie jednostronnie zaprogramowana została ta ślepota.

A tak od strony fachowej – wymieniony na wstępie Song Hongbing, który też przecież nie stroni od propagandy, potrafi w przekonujący sposób z podaniem konkretnych danych uzasadnić tezę, że to USA są uzależnione od międzynarodowej banksterki, której narzędziem pozostaje MFW, czy Bank Światowy, Perkins zaś podaje kierunek przeciwny – to międzynarodowe instytucje finansowe mają być narzędziem budowy przez USA „globalnego imperium” eksploatującego swe peryferia, tylko z faktograficznym uzasadnieniem idzie mu cokolwiek gorzej...

Kończąc, powiem, że chętnie przeczytałbym jakąś książkę traktującą o poruszonych w „Hitmanie” kwestiach – tylko operującą danymi na większym poziomie szczegółowości i pozbawioną reszty opisanych tutaj wad. Bo są to naprawdę ważne sprawy – również z naszej, polskiej, współczesnej perspektywy – kraju staczającego się w otchłań neokolonializmu.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/kawal-rzetelnej-chinskiej-propagandy