Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fundusze unijne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fundusze unijne. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 kwietnia 2020

Z Brukselą trzeba twardo

Całe doświadczenie ostatnich lat pokazuje, że z Brukselą trzeba postępować twardo. Innego języka tam nie rozumieją, podobnie jak w Moskwie.

I. Zasada domniemania kompetencji

Przed Polską dwie powiązane ze sobą unijne batalie – spór o praworządność, przeniesiony obecnie na forum Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu oraz walka o możliwie korzystny dla nas europejski budżet na lata 2021-2027. W momencie gdy piszę te słowa, w Brukseli trwa szczyt Rady Europejskiej podczas którego szefowie państw członkowskich wśród uśmiechów i spijanych w międzyczasie tłustych rosołów wyrywają sobie nawzajem z gardeł różne ochłapy. Z kolei na 9 marca przewidziane jest wysłuchanie strony polskiej przed TSUE w sprawie wniosku Komisji Europejskiej o zawieszenie Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. I może zacznę od tego drugiego wątku.

Otóż źle się stało, że polski rząd w ogóle wszedł w tę potencjalnie bardzo niebezpieczną dla nas rozgrywkę Komisji Europejskiej – i to na jej warunkach. Przypomnijmy, iż KE wnioskuje o tymczasowe zawieszenie Izby Dyscyplinarnej – do czasu ostatecznego rozstrzygnięcia sprawy przez TSUE. Trzeba tu z całą mocą podkreślić – ani Komisja, ani jakikolwiek inny organ wspólnotowy, włącznie z TSUE, nie ma żadnych traktatowych umocowań do mieszania się w systemy sądownicze krajów członkowskich. Kształtowanie wymiaru sprawiedliwości jest wyłączną prerogatywą poszczególnych państw – jest to bowiem kwestia o charakterze ustrojowym, regulowana Konstytucją i ustawami. Generalnie, w Unii obowiązuje zasada, że organy wspólnotowe mają tyle kompetencji, ile państwa członkowskie zgodziły się delegować w traktatach – i nic ponadto. A rebours – jeżeli coś nie zostało wyraźnie ujęte w traktatach jako zakres działalności organów unijnych, to oznacza, że leży to w gestii państw członkowskich – jest to tzw. „zasada domniemania kompetencji”. A o sposobach urządzenia sądownictwa w Traktacie Lizbońskim nie ma ani słowa. „Praworządność” i „unijne standardy” dotyczyć mogą co najwyżej elementarnych praw obywatelskich – np. czy dane państwo gwarantuje swoim obywatelom rzetelny i bezstronny proces, a nie tego w jaki sposób i przez jakie ciała bądź organy powoływani są sędziowie, nie mówiąc już o tym, z ilu i jakich izb składać się winien Sąd Najwyższy czy też jak powinna wyglądać odpowiedzialność dyscyplinarna sędziów.

Jak wiemy, poszczególne państwa regulują te sprawy w najrozmaitszy sposób. W Niemczech sędziów sądów powszechnych powołują landowi ministrowie sprawiedliwości przy udziale przedstawicieli lokalnych parlamentów i samorządu sędziowskiego. Z kolei do sądów federalnych wybiera sędziów specjalna 32-osobowa komisja obradująca pod przewodnictwem właściwego ze względu na specyfikę danego sądu ministra. W skład komisji wchodzi 16 ministrów landowych oraz 16 przedstawicieli Bundestagu z zachowaniem parytetu poszczególnych ugrupowań politycznych. Głosowanie nad kandydaturami jest tajne. Super „przejrzysty” i „apolityczny” układ, nieprawdaż? We Francji obowiązuje system zbliżony do naszego sprzed ostatnich reform, podobnie w Hiszpanii. Ale już w Czechach sędziów mianuje prezydent na wniosek ministra sprawiedliwości. Żeby nie przedłużać – generalnie, są kraje w których funkcjonują gremia zbliżone do naszej KRS (z różnymi proporcjami między przedstawicielami sądów i parlamentów), są takie, które obywają się bez nich, a w jeszcze innych (np. w Austrii) kandydatów przedstawia ministrowi sprawiedliwości prezydium sądu w którym są wakaty. Rzecz zatem nie w technicznym sposobie wybierania sędziów, a w tym, by już powołani sędziowie mieli gwarancję niezawisłości i niezależności w orzekaniu – tak, by na orzecznictwo nie mogła wpływać np. władza wykonawcza lub by sędzia nie był szykanowany za „nieprawomyślny” wyrok.


II. Brukselskie bezprawie

Wszystkie te warunki w przypadku Polski są spełnione, zatem „szczególna troska” z jaką pochyla się nad nami Komisja Europejska jest wyłącznie efektem woli politycznej. Złej woli, dodajmy i realizowanej w bezprawny sposób, za pomocą pozatraktatowych, wymyślonych pseudo-procedur. Już w 2014 r. Służba Prawna Rady Unii Europejskiej sporządziła opinię, w której podważa legalność procedury „kontroli praworządności” - czyli tego, czym przez lata molestował nas Frans Timmermans. Wg tejże opinii Komisja Europejska nie ma prawa wszczynać sama z siebie, po uważaniu, żadnych „kontroli” wobec krajów członkowskich – zatem to, co zastosowała wobec nas KE jest czystą uzurpacją i pozostaje tylko zgadywać, dlaczego rząd wszedł w tę prawniczą ciuciubabkę, zamiast od początku zanegować prawomocność działań Komisji. Po co były te wszystkie „wyjaśnienia”, pertraktacje, ustępstwa? Na co liczono? Że strona unijna zrozumie nasze argumenty i się wycofa, przyznając się tym samym do błędu? Że po tamtej stronie istnieje jakaś dobra wola, a cała sprawa jest jedynie wynikiem nieporozumienia? Że Timmermans, a obecnie Jourova zorientowawszy się, że padli ofiarą manipulacji ze strony opozycji i przedstawicieli polskiego środowiska sędziowskiego przeproszą nas i zostawią w spokoju?

Jeżeli nawet początkowo stronie polskiej towarzyszyły podobne rachuby, to najdalej po kilku pierwszych wymianach „uprzejmości” - kiedy to okazało się, że nasza argumentacja odbija się od ściany, zaś rozzuchwalona naszą uległością Bruksela jedynie usztywnia swoje stanowisko - należało te złudzenia porzucić i oficjalnie ogłosić (a potem gromko powtarzać przy każdej okazji), że Polska nie uznaje żadnej „zwierzchniej kontroli”, sądy to nasza wewnętrzna sprawa, a działania KE i jej „rewizorów” są uzurpacją i bezprawiem nie mającym pokrycia w traktatach. Tymczasem my w swej naiwności podjęliśmy tę grę, daliśmy się w nią wciągnąć jak dzieci, stwarzając tym samym wrażenie, że akceptujemy uroszczenia Brukseli do mieszania się w nasze sprawy. Poniekąd przyczyniliśmy się do „zalegalizowania” metodą faktów dokonanych władczych uroszczeń unijnych mandarynów. To niezwykle groźny precedens, który w przyszłości będzie się na nas mścił na szereg różnych sposobów. Już zresztą się mści, o czym za chwilę.

Jak wspomniałem, organizacja wymiaru sprawiedliwości to kwestia ustrojowa. Dając Brukseli prawo do negowania zmian w tej materii, otwieramy furtkę do mieszania się również w inne elementy konstytucyjnego porządku państwa. Pomyślmy tylko – skoro Komisja Europejska wywalczyła sobie prawem kaduka kompetencje do recenzowania kształtu sądownictwa, to dlaczego za chwilę nie miałaby zaingerować w kształt władzy ustawodawczej? Jeżeli, dajmy na to, będziemy kiedyś chcieli zmienić konstytucję i zlikwidować Senat (swoją drogą, postulat PO z czasów Tuska), to spokojnie mogę sobie wyobrazić, że i tutaj jakiś brukselski bubek zacznie „badać”, czy aby taka zmiana jest zgodna z „europejskimi standardami” - chociażby pod pretekstem, że jednoizbowy parlament nie daje należytej gwarancji właściwego i demokratycznego stanowienia prawa. Podkładka pod nową „procedurę badania stanu demokracji” jak znalazł. Pójdźmy dalej – co stoi na przeszkodzie, by unijne władze i trybunały nie uznały pewnego dnia za obowiązującą słynną wykładnię prof. Wojciecha Popiołka, iż W demokratycznym państwie prawnym suwerenem nie są wyborcy. Suwerenem są wartości znajdujące się w prawie, a na straży tych wartości stoją niezależne sądy i niezawiśli sędziowie”? A pierwszą jaskółkę już mieliśmy podczas „marszu tysiąca tóg”, kiedy to zaproszony na imprezę pani przedszkolanki Gersdorf prezes Europejskiego Stowarzyszenia Sędziów José Mato ogłosił: „My sędziowie będziemy bronić praworządności zamiast prawa ustawy. Będziemy stosować praworządność, a nie prawo ludzi”.

Takie stanowisko oznacza wprost zanegowanie uprawnień władzy ustawodawczej i co za tym idzie, poddanie wybierających ją obywateli dyktaturze sędziów – sądokracji, kierującej się własnymi „objawieniami” i uznaniowo decydującej co jest „praworządne”, a co nie. Prawo w tym ujęciu stanie się dla „nadzwyczajnej kasty” zbiorem luźnych sugestii z których można sobie „wyinterpretowywać” co się żywnie podoba, decydując tym samym, jakie ustawy będzie stosować i w jaki sposób. Na takiej zasadzie będzie można śmiało i z błogosławieństwem Brukseli zanegować np. każde referendum, jeśli w odczuciu „ajatollahów prawa” okaże się ono „niepraworządne”. Bo skoro suwerenem nie są wyborcy-obywatele... Pamiętajmy, że już teraz z inspiracji TSUE forsowana jest „wykładnia” wedle której polscy sędziowie są zarazem „sędziami europejskimi” - a zatem, podlegają polskiemu państwu i prawu tylko o tyle, o ile...

Powtarzam – sami otworzyliśmy swą uległością tę puszkę Pandory i wręczyliśmy Brukseli narzędzie do okrawania po plasterku naszej suwerenności metodą kolejnych „twórczych interpretacji” unijnego prawa. Dalekosiężne konsekwencje prowadzą albo do kompletnego zwasalizowania Polski i przekształcenia jej w unijny „land”, albo... do Polexitu – rzecz jasna, pod warunkiem, że do ludzi w porę dotrze w jakie zabrnęliśmy bagno.


III. Uzurpatorzy z TSUE

Jak wiadomo, Komisja Europejska postanowiła ostatecznie załatwić „kwestię polską” rękoma TSUE. Luksemburskiemu trybunałowi tylko w to graj, bo to dla niego szansa samowolnego poszerzenia zakresu orzecznictwa o samo jądro wewnętrznych prerogatyw państw członkowskich. Dotąd bowiem orzekał w kwestiach czysto technicznych – czy kraje unijne prawidłowo implementują dyrektywy i takie tam – przy czym, obecnie mamy jakieś 50 wyroków, które zostały przez różne państwa po prostu zignorowane. Przykładowo, Francja została ukarana za odstępstwa od dyrektywy dotyczącej rozmiarów dopuszczanych do sprzedaży ryb, a Włochy i Hiszpania za to, że nie wybudowały na czas odpowiedniej liczby oczyszczalni ścieków. W porównaniu z rybami i ściekami taka sprawa jak polskie sądownictwo jest dla TSUE ogromną szansą na skok jakościowy – nic dziwnego więc, że unijny trybunał już przebiera nogami, by w ten sposób przydać sobie znaczenia. Widomym znakiem był tu wyrok z listopada 2019 r. w którym odpowiadając na „pytania prejudycjalne” Sądu Najwyższego, TSUE przyznał SN „prawo” do oceny wg nakreślonych odgórnie kryteriów, czy Izba Dyscyplinarna jest „sądem w rozumieniu prawa unijnego”. Efektem była słynna uchwała SN stwierdzająca, iż Izba Dyscyplinarna takowym sądem nie jest, a KRS „nie daje rękojmi” niezależności. Na dalszym etapie zaś tenże Sąd Najwyższy wziął się za wyrokowanie którzy sędziowie i w jakich okolicznościach mogą zostać dopuszczeni do orzekania. Widzimy więc nader harmonijną współpracę między unijnymi i tutejszymi „mułłami w togach” na znanej piłkarskiej zasadzie „ty do mnie, ja do ciebie”. Jedni drugim podrzucają orzeczenia i zawarte w nich interpretacyjne sugestie, na które potem nawzajem się powołują. Idę o zakład, że TSUE w swoim wyroku powoła się z kolei na wspomniane orzeczenia Sądu Najwyższego wydane z inspiracji tegoż TSUE. Tak to działa.

Dlatego należy przeciąć to błędne koło wzajemnie napędzających się uroszczeń i jasno formułować stanowisko, iż TSUE powinno stwierdzić swą niewłaściwość w kwestii ustroju polskiego sądownictwa, ponieważ – podobnie jak Komisja Europejska – nie ma żadnych traktatowych umocowań do orzekania w tego typu sprawach. Rola TSUE to orzecznictwo w kwestii stosowania dyrektyw i odpowiadanie na pytania prejudycjalne odnośnie tychże (tak jak odpowiedział na zapytanie polskiego sądu w głośnej sprawie „frankowiczów” w kontekście unijnej dyrektywy konsumenckiej) – ale nic poza tym. Ponadto, w Polsce prawem nadrzędnym (również wobec prawa UE) jest Konstytucja (art.8 p.1:Konstytucja jest najwyższym prawem Rzeczypospolitej Polskiej”), co zostało dodatkowo potwierdzone orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego w wyroku dotyczącym traktatu akcesyjnego. Na dobrą sprawę, należałoby wygłosić przed TSUE tego typu oświadczenie, podkreślając, że w razie dalszego zawłaszczania przez Trybunał nienależnych uprawnień Polska zastrzega sobie prawo do nierespektowania ewentualnego wyroku – i na tym zakończyć udział w tej szopce.


IV. Suwerenność, głupcy!

Jednak KE i TSUE to dalece nie wszystko. Jak bowiem wspomniałem na wstępie, toczy się również batalia o przyszły budżet UE w którym wypłata funduszy ma być powiązana z „przestrzeganiem praworządności”. Komisja Europejska chce, by wszczęcie odpowiednich „procedur dyscyplinujących” następowało, jeśli nie zablokuje ich większość kwalifikowana w Radzie UE (55 proc. krajów obejmujących 65 proc. ludności unii). Natomiast przewodniczący Rady Europejskiej Charles Michel optuje za odwrotnością – by „procedury” wszczynano tylko gdy owa kwalifikowana większość się zgodzi, co jest opcją łagodniejszą.

Otóż nie może być zgody ani na jedno, ani na drugie. Te zapędy należy, mówiąc brutalnie, uwalić u samej d...y. Z prostego powodu: powiązanie funduszy z praworządnością nie ma żadnego odzwierciedlenia w traktatach i jest – znów powtórzę to słowo – uzurpacją, podobnie jak omówione wyżej uroszczenia Komisji Europejskiej i TSUE. To kolejna próba ingerencji w wewnętrzne sprawy państw członkowskich i okrawania suwerenności. Jeżeli otworzy się tę drzwi, nie będzie już odwrotu – za chwilę okaże się, że fundusze będzie można powiązać z czymkolwiek. Poza wszystkim – unijne fundusze to nie jest jakaś zakichana nagroda za dobre sprawowanie! To rekompensata za otwarcie naszego rynku na nieograniczoną konkurencję i to na długo przed akcesją. Rekompensata zresztą nader mizerna. Unijne pieniądze stanowią nieco ponad 2 proc. naszego PKB, podczas gdy zyski wyprowadzane z Polski na Zachód – 5,8 proc. PKB. Ładny interes – szkoda, że nie dla nas.

Jeszcze trzy ciekawostki obrazujące w co wdepnęliśmy, godząc się na „badanie” naszej „praworządności”. Pierwsza – Komisja Europejska zamierza wnieść do TSUE pozew w sprawie przekopu Mierzei Wiślanej. Powód? Polskie państwo ponoć nie gwarantuje protestującym „ekologom” należytego dostępu do sądów... Druga – lewackie organizacje przy wsparciu „swoich” eurodeputowanych zaczynają lobbying, by samorządy, które przyjęły uchwały przeciw ideologii LGBT były pozbawione środków unijnych. I trzecia – w głowach eurokratów zrodził się pomysł, by „techniczne” procedury podziału funduszy ustawić tak, aby w razie potrzeby (tj. „zagrożenia praworządności”) kierować je bezpośrednio do samorządów, z pominięciem władz centralnych „nieprawomyślnego” kraju. Jak łatwo zauważyć, oznacza to de facto „wyłuskanie” samorządów spod zwierzchnictwa państwa i swoiste rozbicie dzielnicowe, kompletne poszatkowanie suwerenności.

To nie są żarty. To już nie jest nawet kwestia Izby Dyscyplinarnej czy takiego lub innego sposobu powoływania sędziów. To jest sprawa samego bytu państwowego. Dlatego teraz jest ostatnia chwila, by ten proces powstrzymać. Oczekuję zatem od polskiego rządu, co następuje: żadnej zgody na powiązanie funduszy unijnych z praworządnością. Jeśli będzie trzeba – zawetować budżet, choćby w pojedynkę. W razie konieczności zagrozić, że Polska wstrzyma wpłacanie swojej składki członkowskiej i przekieruje ją bezpośrednio na cele, które miały być współfinansowane z środków unijnych. Stanowczo zanegować prawo jakichkolwiek unijnych instytucji i organów do mieszania się w nasze wewnętrzne sprawy pod pozorem „kontroli praworządności”. Równie stanowczo odrzucić ewentualny wyrok TSUE, podkreślając brak uprawnień tego organu do orzekania w sprawie ustroju polskich sądów.

To niezbędne minimum asertywności, na które powinniśmy byli się zdobyć na samym początku tej awantury, zamiast brnąć w bezsensowne i bezproduktywne „dialogi”, zachęcając Brukselę do eskalacji swych uroszczeń. Całe doświadczenie ostatnich lat pokazuje, że z Brukselą trzeba postępować twardo. Innego języka tam nie rozumieją, podobnie jak w Moskwie. Tam nie ma dobrej woli. Tam jest czysta nienawiść do obecnego rządu, chęć doprowadzenia do jego kompromitacji i w rezultacie obalenia rękami samych Polaków – tym bardziej, że brukselskie lewactwo ma na podorędziu tutejszą targowicę, która aż się pali do objęcia roli namiestników oraz ogłupiałą, zakompleksioną bądź mentalnie wynarodowioną i podszytą ojkofobią część społeczeństwa. Dalej cofnąć się zwyczajnie nie da, bo za nami jest już tylko przepaść.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 3 (marzec 2020)

niedziela, 16 czerwca 2019

15 lat w Unii – czas na ewakuację?

Pewnego dnia „polexit” wybuchnie naszym politycznym elitom w twarze, na co te oczywiście nie będą przygotowane – a konsekwencje takiego niekontrolowanego rozwoju wydarzeń mogą być nieobliczalne.

I. Unijna „demokracja”

W chwili ukazania się tego tekstu będzie już po eurowyborach – dowiemy się kto wygrał, czy Konfederacja przekroczyła magiczną barierę progu wyborczego, a nade wszystko – jaką siłą w Parlamencie Europejskim będą dysponowały ugrupowania suwerennościowe z różnych krajów i czy dojdzie do zawiązania szerokiej koalicji. Szczególnie ten ostatni element odegra kluczową rolę, bowiem po raz pierwszy rysuje się realna szansa na powstrzymanie samobójczego, nieprzytomnego pędu eurofederalistów opętanych utopijną wizją totalnego zglajszachtowania kontynentu. Euromandaryni zresztą, wbrew urzędowemu optymizmowi, zdają sobie sprawę z zagrożenia, toteż Donald Tusk postanowił zwołać szczyt unijnych przywódców już na 28 maja – raptem dwa dni po wyborach – by zainicjować proces wyłonienia nowych szefów europejskich instytucji. Do ostatecznego uzgodnienia obsady stanowisk miałoby natomiast dojść podczas kolejnego szczytu przewidzianego na czerwiec. A jest co dzielić, ponieważ 31 października 2019 r. upływają kadencje całej Komisji Europejskiej wraz z przewodniczącym Jean-Claude Junckerem oraz prezesa Europejskiego Banku Centralnego, Mario Draghiego. Do tego, 30 listopada kończy się kadencja Donalda Tuska na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej. Zważywszy, że pierwsze posiedzenie PE po wyborach przewidziane jest dopiero na 2-4 lipca, intencja jest jasna: postawić nowy europarlament przed faktem dokonanym. Ot, unijne „standardy demokracji” w praktyce. Warto dodać, że podobny scenariusz przećwiczono również pięć lat temu, po eurowyborach w 2014 r.

I tutaj pojawia się kluczowe pytanie – na ile nowe siły polityczne będą w stanie postawić się zakulisowym uzgodnieniom, marginalizującym rolę jedynego demokratycznego organu UE? Teoretycznie, Parlament Europejski ma w tej materii całkiem spore prerogatywy – zatwierdza większością głosów Komisję Europejską i jej przewodniczącego, może również większością 2/3 głosów uchwalić wobec Komisji wotum nieufności. Nic dziwnego, że zasiedziałemu, unijnemu establishmentowi tak się śpieszy – rozgrywający liczą na to, że zanim eurosceptycy w świeżo ukonstytuowanym parlamencie zdążą okrzepnąć i zorganizować się we frakcje, przedstawione kandydatury zostaną „klepnięte” głosami starych, chadecko-socjalistycznych wyjadaczy. Później będzie już „po ptokach”, bo zgromadzić 2/3 głosów do utrącenia całej Komisji będzie niezwykle ciężko. W tym pośpiechu jest jednak jeden, znamienny wyjątek – otóż dochodzące z Brukseli przecieki wskazują, że dominujące frakcje gotowe byłyby wstrzymać się z obsadą stanowisk przypadających „z rozdzielnika” Polsce do jesiennych wyborów parlamentarnych w naszym kraju, w nadziei na porażkę PiS i wysunięcie polskich kandydatur przez nowy, „niepisowski” rząd.


II. „Syndrom 80 proc.”

Opisałem pokrótce te zabiegi i korowody, by unaocznić z czym mamy do czynienia – do jakiego stopnia instytucjonalne struktury Unii Europejskiej wyrodziły się w dyktat urzędniczej kasty uzupełniającej się na zasadzie kooptacji, drogą kuluarowych „dogadywanek” i poza jakąkolwiek demokratyczną kontrolą. Ma to znaczenie o tyle, że zarysowana tu problematyka powinna być na zdrowy rozum główną osią kampanii wyborczej do Parlamentu Europejskiego – ze szczególnym uwzględnieniem osławionych „deficytów demokracji”. Niestety, nic z tego – dominujące wątki koncentrowały się na sprawach wewnętrznych: kolejnych obietnicach socjalnych (PiS), antyklerykalnym jazgocie i pedofilii w szeregach duchowieństwa (opozycja) oraz roszczeniach żydowskich (Konfederacja). Jeżeli już w ogóle poruszano tematy stricte europejskie, to wiodące ugrupowania albo prześcigały się w euroentuzjazmie (KE, PiS), albo deklarowały ogólnikowy eurosceptycyzm (Konfederacja, w której ściera się kilka nurtów – począwszy od „reformowania” Unii, poprzez chęć jej „zniszczenia”, aż do twardego polexitu). Wyjątkowo groteskowa była tu propozycja Andrzeja Dudy ogłoszona przy okazji naszego 15-lecia w UE, by członkostwo w UE i NATO wpisać do Konstytucji.

Tymczasem, po 15 latach, potrzeba nam uczciwej, wielowątkowej dyskusji na temat bilansu polskiej obecności w Unii Europejskiej. Debaty tej unika się jednak jak ognia, wymagałaby ona bowiem podniesienia nie tylko plusów, lecz i minusów – to zaś niemal nikomu nie jest na rękę i to z kilku powodów. Po pierwsze, każdy kto poruszyłby negatywne aspekty naszej przynależności do UE, z miejsca naraziłby się na zarzut sprzyjania „polexitowi” - wystarczy spojrzeć, jak gorliwie w „pucował” się PiS, pragnący zetrzeć z siebie odium eurosceptycyzmu, by uświadomić sobie polityczne obciążenia związane z takim oskarżeniem. Po drugie, polski establishment polityczny od lewa do prawa „umoczony” jest zarówno w bezwarunkowe propagowanie akcesji po najmniejszej linii oporu („bo inaczej nas nie przyjmą”), jak i poparcie dla systemowej ewolucji UE (Traktat Lizboński). Zatem, akcentowanie rozmaitych kosztów naszego funkcjonowania w Unii, oznaczałoby podważanie własnych politycznych biografii. No i wreszcie, po trzecie – wciąż pokutuje mit euroentuzjazmu Polaków, jakoby bezkrytycznie zapatrzonych w Europę. Ów mit, który pozwolę sobie nazwać „syndromem 80 proc.” od powtarzanego do znudzenia sondażowego poparcia dla naszego członkostwa, skutecznie terroryzuje zarówno scenę polityczną, jak i wiodące ośrodki opinii.

Zacznijmy więc może właśnie od rozbrojenia owego „syndromu 80 procent”. Owszem, Polacy są prounijni – ale dość powierzchownie, na zasadzie „jest dobrze, gdy jest dobrze”. Fajnie jest mieć otwarte granice, absorbować kasę z Brukseli, jeździć nowymi drogami, czy patrzeć na zrewitalizowane rynki miasteczek. Ale, gdy pojawiają się problemy, ten cukierkowy euroentuzjazm w znacznej mierze znika. Wspominałem kiedyś o sondażu, który wprawił lewicową „Politykę” w nerwowy dygot – w szczycie kryzysu migracyjnego i nacisku Berlina i Brukseli na „relokację” nachodźców, Polacy nagle stanęli okoniem i zadeklarowali, że są przeciw (70 proc.), nawet gdyby wiązało się to z utratą eurofunduszy (56 proc.), a wręcz koniecznością opuszczenia UE (51 proc.). Inny przykład: Fundacja Batorego na podstawie zbiorczej analizy różnych badań wydała w grudniu 2016 r. alarmistyczny raport pt. „Polacy wobec UE: koniec konsensusu”, z którego wynika, że 65 proc. optuje za prymatem państwa nad unijnymi strukturami („państwo w pierwszym rzędzie powinno zajmować się własnymi sprawami i pozwolić innym państwom zajmować się ich problemami najlepiej, jak potrafią”); 37 proc. uważa, że Polska mogłaby sobie lepiej poradzić z wyzwaniami przyszłości, gdyby pozostawała poza UE; 39 proc. nie chce dalszego poszerzania prerogatyw UE, zaś 38 proc. chciałoby przywrócenia części kompetencji krajom członkowskim. No i „eurosceptyczna” wisienka na torcie – całkiem niedawno podważony został dogmat korzyści płynących ze strefy Schengen i otwartych granic. W badaniach think-tanku o nazwie „Europejska Rada Stosunków Międzynarodowych” blisko połowa Polaków opowiedziała się za wprowadzeniem prawa zakazującego wyjazdu z kraju na dłuższe okresy czasu – co ewidentnie jest reakcją na falę emigracji zarobkowej z ostatnich lat. Innymi słowy – miło jest podróżować, lecz zarazem dostrzegamy negatywne skutki drenażu populacji. Dodajmy do tego jeszcze niezmienny sprzeciw większości Polaków wobec przyjęcia euro, czy lewackiej agendy obyczajowej, a wyjdzie, że jest społeczne podglebie do debaty na temat zarówno bilansu naszej obecności, jak i przyszłości – w ramach UE, bądź poza nią.

Warto, by polityczne elity przyjrzały się tym badaniom, weryfikują one bowiem utarty stereotyp o rzekomym bezkrytycznym euroentuzjazmie Polaków – okazuje się, że wystarczy nieco poskrobać, a obraz przestaje być tak jednoznaczny. Tyle, że poza zadeklarowanymi eurosceptykami z Konfederacji nikt się do tego nie pali – jak sądzę, głównie dlatego, że polityczny mainstream jak ognia boi się wywołania demona „polexitu”, co może tłumaczyć również dość miękką postawę PiS w relacjach z Brukselą. Najwyraźniej nie chcą „przeginać”, a poglądowa lekcja brexitu dodatkowo zniechęca do grania eurosceptyczną kartą. Rzecz jasna, na dłuższą metę takie chowanie głowy w piasek się zemści – tak jak zemściło się w przypadku żydowskich roszczeń majątkowych i zaordynowanego nam odgórnie „strategicznego sojuszu” z Izraelem. I jak zwykle, PiS przekona się o tym dopiero poniewczasie, gdy wątek „polexitu” weźmie na swoje sztandary kto inny.


III. Słona cena członkostwa

Tymczasem, warto wreszcie zacząć uczciwie mówić społeczeństwu, że nasze przystąpienie do UE nie jest wynikiem jakiejś niespotykanej łaski Zachodu, tylko doskonałym interesem na którym Europa Zachodnia (w tym głównie Niemcy) zyskała na wiele sposobów. Co więcej, cenę za integrację europejską zaczęliśmy płacić na długo przed 1 maja 2004 r.

Otworzyliśmy swój rynek na przestrzał, wpuszczając zachodnie koncerny i kapitał, wyprzedając za bezcen masę upadłościową po PRL, indukując w „szokowym” tempie masowe bezrobocie i w efekcie stając się krajem neokolonialnym – o czym mówił niejednokrotnie prof. Witold Kieżun. Weszliśmy do globalnej gry ekonomicznej totalnie nieprzygotowani, by konkurować z europejskimi i światowymi gigantami. Skutkiem było chociażby zamordowanie rodzącej się w bólach polskiej klasy średniej. Tu uwaga – przez klasę średnią rozumiem rodzimych przedsiębiorców prowadzących działalność „na swoim”, a nie np. korporacyjny management na fikcyjnym „samozatrudnieniu”. Na domiar złego, ów fetyszyzowany kapitał zagraniczny mógł u nas cieszyć się przywilejami niedostępnymi dla krajowych podmiotów, na których barki siłą rzeczy przerzucono gros obciążeń podatkowych. W ten sposób przetrącono kręgosłup np. polskiemu handlowi, który eksplodował na przełomie lat '80 i '90 dowodząc w bezprzykładny sposób naszej zaradności – te wyszydzane z niesmakiem na salonach bazarowe „szczęki” i łóżka polowe, później sklepiki, były zalążkiem polskiej przedsiębiorczości, dając utrzymanie dziesiątkom tysięcy rodzin. Zanim jednak okrzepły, zniszczono je z jednej strony fiskalizmem, z drugiej – przedwczesną konfrontacją z wielkimi sieciami i galeriami handlowymi.

Z perspektywy czasu widać wyraźnie, że Polsce z góry przeznaczono rolę rezerwuaru siły roboczej i rynku zbytu, a wszystkie systemowe działania spod znaku „modernizacji” szły właśnie w tym kierunku. Wynikiem jest nasza obecna pozycja w międzynarodowym łańcuchu produkcji – podwykonawcy, uwikłanego w pułapkę średniego rozwoju i skazanego na konkurowanie niskimi kosztami pracy. Wejście do Unii Europejskiej, po takiej wstępnej „obróbce” ekonomicznej z lat '90 i początku dwutysięcznych, jedynie utrwaliło ten model. Warto to zobrazować przykładem zachodnich Niemiec po II wojnie światowej. Pozbawione połowy terytorium, ze zbombardowanym przemysłem i wykrwawioną populacją mężczyzn w wieku produkcyjnym – po 20 - 30 latach były już jedną z potęg gospodarczych. Gdzie my jesteśmy po 30 latach „transformacji”, mimo że w 1989 r. startowaliśmy z relatywnie lepszej pozycji, niż RFN w 1945? Ano właśnie.

Dlatego trzeba podkreślać na każdym kroku, że fundusze unijne, które przedstawia się nam jako wielkie dobrodziejstwo są jedynie ochłapem, śladową rekompensatą za otwarcie się na morderczą konkurencję w skrajnie nierównoprawnych warunkach – co przypłaciliśmy ogromnymi kosztami gospodarczymi i społecznymi. Wygenerowane chroniczne bezrobocie już po naszej akcesji stało się ratunkiem dla zachodnich gospodarek, zasilonych rzeszami polskich pracowników – tych samych, których w tej chwili brakuje nam do tego stopnia, że musimy ratować się masami Ukraińców i Azjatów, dokonując potencjalnie arcyniebezpiecznej podmiany populacji.

Poza tym, nawet korzyści płynące z eurofunduszy stają się po bliższej analizie dość problematyczne. Do krajów Europy Zachodniej, w tym przede wszystkim Niemiec, z każdego euro wraca od 70 do 85 eurocentów. To bowiem ich firmy realizują wiodące inwestycje i są dostarczycielami sprzętu – innymi słowy, fundusze unijne stanowią w lwiej części formę ukrytego dotowania zachodniej produkcji i eksportu. Tak więc, jeśli wg oficjalnych danych Ministerstwa Finansów do sierpnia 2018 r. otrzymaliśmy „na czysto” (po odliczeniu składki członkowskiej) 102,8 mld. euro, to należy wziąć pod uwagę, że pieniądze te były u nas w większości tylko przez chwilę, a na Zachód wróciło z tej kwoty od 71,96 do 87,38 mld. euro. Inną formą „dokarmiania” gospodarek „starej Europy” są miliardowe zyski wyprowadzane z Polski. Słynny ekonomista Thomas Piketty wyliczył, że w latach 2010 – 2016 napływ unijnych środków netto wynosił 2,7 proc. naszego PKB, podczas gdy wyprowadzane z Polski zyski wynosiły 4,7 proc. PKB.

Do powyższego doliczyć należy swoisty „generator długu”, jaki stanowią eurofundusze. Partycypując w jakimkolwiek projekcie współfinansowanym z środków unijnych dany podmiot (państwo, samorząd) bierze kredyt na wkład własny – często w filii zagranicznego banku - który następnie musi oczywiście spłacić wraz z odsetkami. Na to jeszcze nakładają się kredyty firm-podwykonawców na realizację inwestycji - wszystko zanim nastąpi finalne rozliczenie z unijnych pieniędzy. A ponieważ mamy do czynienia z nieprawdopodobną, propagandową i polityczną presją na „wykorzystywanie” europejskich środków, to proporcjonalnie do owego „wykorzystywania” rośnie zadłużenie np. samorządów budujących aquaparki, kładących kostkę i rewitalizujących miejskie ryneczki. Do tej pory zapłaciliśmy ponad 50 mld. euro unijnej składki. Pytanie, czy przy racjonalnym wydatkowaniu kwota ta przekierowana bezpośrednio na nasze potrzeby nie wystarczyłaby do zrealizowania kluczowych inwestycji – tym bardziej, że mogłaby zostać skierowana do rodzimych firm, nie napędzając przy tym długu w zagranicznych bankach?


IV. Zanim wybuchnie polexit

Reasumując, od strony gospodarczej nasze członkostwo w UE jawi się jako co najmniej problematyczne, tym bardziej że doliczyć należy jeszcze koszta implementacji kolejnych unijnych dyrektyw, zatrudnienia armii dodatkowych urzędników, a od pewnego momentu również eko-szaleństwo na punkcie „dekarbonizacji” i kwot CO2, powodujące skokowy wzrost cen energii. Co mamy w zamian? Zakotwiczenie w zachodnich strukturach politycznych, w jakiejś mierze chroniące nas przed agresywną polityką Rosji, co było zresztą jednym z głównych powodów naszego przystąpienia do UE i NATO. Tyle, że w dobie coraz ściślejszej współpracy niemiecko-rosyjskiej pieczętowanej gazociągami Nord Stream, również i to staje pod znakiem zapytania. Natomiast jawne już dążenie do federalizacji Unii Europejskiej pod hegemonią Berlina i spychanie nas oraz całej Europy Środkowej do roli „wewnętrznych kolonii” i współczesnej Mitteleuropy, staje się wprost egzystencjalnym zagrożeniem dla naszej suwerenności – na co dodatkowo nakładają się uroszczenia brukselskiej kasty biurokratycznej, uzurpującej sobie kolejne, pozatraktatowe prerogatywy i ostentacyjnie mieszającej się w nasze wewnętrzne sprawy.

Będę to powtarzał jak mantrę: o tym należy społeczeństwu mówić, przygotowując je na ewentualność polexitu, gdyby okazało się, że dłuższe pozostawanie w unijnych strukturach grozi nam utratą państwowości. Nade wszystko jednak należy opracować „mapę drogową”, na wypadek konieczności „wygaszenia” naszego członkostwa – choćby po to, by nie powtórzyć błędów Wlk. Brytanii. Tyle, że PiS boi się jak ognia choćby dotknięcia tego tematu, spętane ciasnym doktrynerstwem spod znaku „dla Unii Europejskiej nie ma alternatywy”. To zaś z kolei oznacza, że podskórne, oddolne ciśnienie będzie narastało w miarę nawarstwiania się kolejnych negatywnych efektów członkostwa – zwłaszcza po 2020 r., wraz z chudszą perspektywą budżetową w połączeniu ze stopniowym okrawaniem podmiotowości państw narodowych przez Brukselę. Skutek będzie taki, że pewnego dnia „polexit” wybuchnie naszym politycznym elitom w twarze, na co te oczywiście nie będą przygotowane – a konsekwencje takiego niekontrolowanego rozwoju wydarzeń mogą być nieobliczalne.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Polska w UE – kiedy bilans?

Między brexitem a polexitem

Polexit – czas na debatę

Niemiecka strefa euro

EFTA – alternatywa dla Polski?

Kiedy nastąpi „polski exit”?

Opuścić Eurokołchoz!

Exodus z domu niewoli

Żegnaj Brukselo!

Exit Wyszehradu?

Porozmawiajmy o Polexicie

Chcecie sankcji? Dobrze!

Polexit coraz bliżej?

Niemiecka Europa

Śmierć eurokomunie!

Brexit – lekcja na 2019 rok

Coudenhove-Kalergi – europejski federalista

Euro-jurgielt

Drenaż kolonialny


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 07 (Czerwiec 2019)

niedziela, 12 maja 2019

Polska w UE – kiedy bilans?

Eurofundusze w przytłaczającej większości są u nas tylko przez chwilę i stanowią tak naprawdę ukrytą formę dotowania zachodniej produkcji i eksportu.

1 maja minęło 15 lat od przystąpienia Polski do Unii Europejskiej i przy tej okazji byliśmy świadkami istnego festiwalu euroentuzjazmu, na co niewątpliwy wpływ ma trwająca kampania przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Padły wręcz propozycje, by członkostwo w UE wpisać do Konstytucji – co z kolei jest pokłosiem wyścigu o to, kto jest bardziej „europejski”. Opozycja liczy na mobilizację proeuropejskiego, wielkomiejskiego elektoratu, z kolei PiS usiłuje zdjąć z siebie przyklejoną gombrowiczowską „gębę” eurosceptyków dążących jakoby do „polexitu”. To jest oczywista bzdura – wszystko pokazuje, że PiS nie wyobraża sobie Polski poza UE, co zresztą już dawno temu ogłosił Jarosław Kaczyński twardo stwierdzając, że dla naszej obecności w Unii „nie ma alternatywy”.

W tym wszystkim jednak jak powietrza brakuje jednego, podstawowego elementu – próby bilansu dotychczasowego członkostwa Polski w Unii Europejskiej. To aż niewyobrażalne, lecz fakty są takie, że na ten temat panuje swoista zmowa milczenia. Literalnie nikt - ani instytucje rządowe, ani niezależne think-tanki - jakoś się nie kwapi, by dokonać całościowego oszacowania zysków i strat. Wyczuwam tu wręcz jakąś niewypowiedzianą obawę, że gdyby przyjrzeć się liczbom, to okazałoby się, że rzeczywistość nie wygląda wcale tak różowo, jak się nam to przedstawia. Więcej – podejmując w latach 90-tych strategiczną decyzję o akcesji, również nie zdobyto się na opracowanie analiz dotyczących konsekwencji tego kroku. Pewne światło rzuca tu wypowiedź dr. Andrzeja Sadowskiego z Centrum im. Adama Smitha dla portalu „Do Rzeczy”, w której przypomniał, że bodaj jedynym krajem, który pokusił się o stosowne prognozy była Estonia – i wyszło jej, że pod względem ekonomicznym integracja ze strukturami europejskimi jest zwyczajnie nieopłacalna. Zadecydowały względy bezpieczeństwa – przede wszystkim obawa przed agresywną polityką Rosji, która mogłaby dążyć od odbudowy swojej strefy wpływów, co było jednym z głównych motorów napędowych starań akcesyjnych również w przypadku Polski.

W kontekście naszej obecności w UE wymienia się przede wszystkim otrzymane środki unijne – i tutaj bilans faktycznie jest dodatni. Wg danych Ministerstwa Finansów do końca sierpnia 2018 r. otrzymaliśmy 153,3 mld. euro, przy naszej łącznej składce 50,5 mld. euro – czyli na plusie możemy sobie zapisać 102,8 mld. euro. Tyle, że to zaledwie wycinek szerszej rzeczywistości. Po pierwsze, unijne fundusze to nie jest podarunek od bogatych wujków z Zachodu, lecz rekompensata za otwarcie naszego rynku ze wszystkimi tego konsekwencjami – i to na długo przed akcesją, zanim jeszcze do Polski zaczęły napływać jakiekolwiek poważniejsze kwoty z unijnego budżetu. Warto to przypominać zwłaszcza teraz, gdy pojawiają się głosy o uzależnieniu wypłat środków unijnych od „przestrzegania praworządności”, co byłoby arbitralnie oceniane przez brukselskich biurokratów. Unia zatem uznała, iż poprzez środki kupiła sobie prawo do ingerencji w nasze wewnętrzne sprawy. Trzeba więc powiedzieć jasno, że eurofundusze nie mogą być wypłacane w formie nagrody za „dobre sprawowanie”.

Druga rzecz – z każdego wypłaconego Polsce euro ok. 70 eurocentów odpływa z powrotem za granicę, przy czym w przypadku największego płatnika netto, czyli Niemiec, odsetek ten sięga nawet 85 eurocentów. Wystarczy spojrzeć czyje firmy realizują różne inwestycje, czyjej produkcji sprzęt pracuje na budowach, jakie maszyny kupują polskie firmy, bądź rolnicy... Innymi słowy, eurofundusze w przytłaczającej większości są u nas tylko przez chwilę i stanowią tak naprawdę ukrytą formę dotowania zachodniej produkcji i eksportu, ze szczególnym uwzględnieniem Niemiec.

Kolejna sprawa, to zadłużenie do którego przyczyniają się unijne środki. Mechanizm jest prosty – do realizacji jakiejkolwiek współfinansowanej przez Unię inwestycji niezbędny jest wkład własny, ten zaś pozyskiwany jest z kredytów, zaciąganych na ogół w filiach zagranicznych banków. Ten swoisty „generator długu” dotyczy wszystkich - państwa, samorządów, prywatnych firm... I to też jest część ceny za autostrady, aquaparki, zrewitalizowane ryneczki – jednak o tym nie przeczyta się na tabliczkach informujących, iż „projekt jest współfinansowany z środków funduszu spójności UE”. Pytanie – czy powyższe nie ma przypadkiem czegoś wspólnego z lawinowo narastającym zadłużeniem polskich samorządów?

No i wreszcie – przepływy finansowe. Niedawno natrafiłem na wyliczenia Thomasa Piketty'ego, który podał, że w przypadku Polski w latach 2010-2016 napływ netto środków unijnych wynosił 2,7 proc. PKB, podczas gdy wyprowadzane z Polski zyski oraz inne dochody z tytułu własności sięgnęły 4,7 proc. PKB. Podobna prawidłowość dotyczy innych krajów naszego regionu.

Biorąc to wszystko pod uwagę – czy aby na pewno członkostwo w Unii jest dla nas ekonomicznie opłacalne? Pozwolę sobie wątpić – i zapewne dlatego jakoś nie ma chętnych do przeprowadzenia rzetelnego bilansu naszego piętnastolecia w UE.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Kiedy nastąpi „polski exit”?

Drenaż kolonialny

Dekolonizacja Polski


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 19 (10-16.05.2019)