Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Guy Verhofstadt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Guy Verhofstadt. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 lipca 2018

Guy Verhofstadt: liberalny bolszewik

Verhofstadt jest ucieleśnieniem systemu unijnej biurokracji – takim wyżywającym się na mównicy kieszonkowym, liberalnym Hitlerkiem.


I. Kieszonkowy Hitlerek

Mamy szczęśliwie za sobą kolejną odsłonę „grillowania Polski”. Podczas rytualnej pogaduchy w Parlamencie Europejskim premier Morawiecki opowiedział europosłom o istotnych problemach Europy (kryzys migracyjny, raje podatkowe okradające inne państwa, dominacja kapitału nad pracą przejawiająca się w malejącym udziale płac w PKB – i takie tam, pomniejsze sprawy). Rzecz jasna, eurodeputowanych to nie interesowało. Nie takie mieli zadanie. Ich zadaniem było wyrażać troskę o stan polskiej praworządności – więc uwijali się niczym dobrze odkarmione pszczółki. Warto przy okazji nadmienić, iż debata miała dotyczyć przyszłości Unii Europejskiej. Może eurodeputowani nie mieli na ten temat nic do powiedzenia? Może nie dostali instrukcji? Mieli za to wyraziste wytyczne co do polskiej praworządności. Najwyraźniej taki teraz rozkaz, by krytykować - więc krytykują, wykazując się przy tym heroiczną odpornością na wszelkie argumenty.

Nie mogło wśród nich zabraknąć niejakiego Guya Verhofstadta. Ów Guy raczył pouczyć naszego premiera, że „UE to nie jest bankomat”. Szkoda, że polski premier nie odwinął się tekstem, że to Polska od trzydziestu bez mała lat jest bankomatem zagranicznych firm, golących nas do gołej skóry poprzez wyprowadzanie z Polski „prawem i lewem” nieopodatkowanych zysków. Znamy zresztą naszego kolegę Guya, prawda? To przewodniczący frakcji liberałów w Parlamencie Europejskim. Do Polski i Polaków nic nie ma - pod warunkiem, że Polską rządzą ci, których ON akceptuje. Gdyby rządziła Platforma, siedziałby cicho i miałby głęboko w poważaniu polską praworządność. Ale PiS to dla zideologizowanej euro-szczujni ciało obce, więc Guy bredzi o „nazistach” i „suprematystach” na Marszu Niepodległości (przy czym, jakoś wcześniej go nie poruszały policyjne prowokacje i zatrzymania podczas Marszów za czasów PO, „rozgrzane sądy”, a nawet skandaliczne wybory samorządowe w 2014 i procesy protestujących w PKW).

Dzieje się tak dlatego, że Verhofstadt jest ucieleśnieniem systemu unijnej biurokracji – takim kieszonkowym, liberalnym Hitlerkiem wyżywającym się na mównicy. Uosabia kwintesencję brukselskiego liberalnego antydemokratyzmu: rządzić mamy my i ludzie przez nas akceptowani, a jeśli nie – to nauczymy buntowników moresu. A jeżeli Europa stoi przed jednymi z największych zagrożeń w historii? A co mnie to – odpowiada Guy – grunt, że wraz z koleżankami i kolegami w liczbie kilkudziesięciu płci porobimy się z radochy, że w Strasburgu i Brukseli obsobaczyliśmy „polskich faszystów”. Nikt nam nie wyskoczy tu z „reakcyjną kontrrewolucją”! (poważnie, takiego stalinowsko-bolszewickiego sformułowania odnośnie sytuacji w Polsce użył uchodzący za „konserwatywny” niemiecki „Die Welt”).


II. Demoliberalna dyktatura

Wglądając w otchłań swej duszy, muszę sam siebie szczerze zapytać: czemu ja tego gnoja jakoś tak aż do trzewi nie znoszę? Czy Verhofstadt jest niebezpieczny? Nie. Tak jak nie jest niebezpieczny upierdliwy pryszcz na tyłku. Po prostu jest w nim coś takiego, że na jego widok ma się ochotę dać mu w mordę. Ma w sobie ten specyficzny rodzaj oślizgłości i irytującej krzykliwości na widok których normalnemu człowiekowi zwierają się pięści. Drobny cwaniaczek zgrywający jakiegoś euro-Katona o moralności precyzyjnie utkanej z intelektualnego łajna. Odnosi się wrażenie, że zamiast mózgu, serca i duszy ma jedynie stertę śmierdzącego nawozu nad którym brzęczą muchy - i to brzęczenie wydobywa się przez jego usta pod postacią kolejnych antypolskich tyrad. Istny pomniejszy sługa Belzebuba, władcy much, jakich ten akurat demon ma w unijnych instytucjach wielu. Podobne odczucia miałem w przypadku Martina Schulza - kolejnego „nic” nadętego neo-marksitowskim gazem połączonym z poczuciem własnej ważności.

Ktoś im to wszystko zrobił. Ktoś im nakładł do łbów ten liberalny bolszewizm. I tutaj należy przywołać upiory Altiero Spinelliego i Antonio Gramsciego. Gramsci myślał kulturowo, zaś Spinelli - instytucjonalnie. Oba te prądy połączyły się w formie współczesnej Unii Europejskiej, z kastą niewybieralnych mandarynów „wiedzących lepiej” na czele. Zaś od zarania komunizmu nad swoimi podopiecznymi na Zachodzie czuwały kolejno: CzeKa-GPU-OGPU-NKWD-KGB-FSB (wraz z równoległymi mutacjami GRU) - troskliwie pielęgnując swych protegowanych i wszystko, co w przyszłości się wyrodzi z tego skrupulatnie nadzorowanego ideologicznego zamtuza. Punktem kulminacyjnym była „rewolucja” roku '68. Te stada zainfekowanych w latach 60' mózgową kiłą zombies, tudzież ich uczniowie oraz pobratymcy, rządzą dziś Europą. Ich produktem jest Verhofstadt - a że musi się odwdzięczyć za dokooptowanie do grona wybrańców, więc się wykazuje.

Istotę powyższej hodowli kadr doskonale oddał Wiktor Suworow w książce „GRU. Radziecki wywiad wojskowy”. Oddajmy mu na chwilę głos:

Omawiając rozmaite rodzaje agentów, czyli obywateli wolnego świata, którzy w ten, czy inny sposób sprzedali się GRU, nie można pominąć jeszcze jednej ich kategorii, najbardziej ze wszystkich obrzydliwej”. O kogo chodzi autorowi? Chodzi mu o niejakich „gawnojedów” („gównojadów”), czyli „członków wszelkiej maści Towarzystw Przyjaźni ze Związkiem Radzieckim, działaczy organizacji pacyfistycznych (z ruchem na rzecz jednostronnego rozbrojenia na czele), Zielonych i innych postępowych radykałów. (...)

Nikt ich nie werbował, bo i po co – i tak robili, co im się kazało. Zwykle chodziło o jakieś drobiazgi: informacje o sąsiadach, współpracownikach, czy znajomych, czasem o zorganizowanie przyjęcia z udziałem kogoś interesującego GRU. Po przyjęciu GRU oficjalnie takiemu dziękowało i kazało zapomnieć o wszystkim. Gównojad to dobrze wychowany osobnik – zapominał wszystko i to natychmiast, ale GRU nigdy nie zapomina…

Z czasem wielu gównojadów się ustatkowało. Osobnicy ci, zamieniwszy porwane dżinsy na garnitury od najlepszych krawców, zasiadają obecnie w gustownie urządzonych gabinetach, piastując często wysokie funkcje państwowe. Nie pamiętają już »szlachetnych« porywów młodości, lecz tylko do czasu…”.


III. Liberalny faszyzm

Oczywiście, pan Verhofstadt, by zachować towarzyszące mu nieustająco dobre samopoczucie, uporczywie nie dostrzega własnej nicości. Panu Verhofstadtowi wydaje się, że ma władzę zdolną ukorzyć jakichś polskich nie-liberalnych podludzi. Narzucić im swą wolę. To jest współczesna odmiana liberalnego faszyzmu. Trawestując Mussoliniego: „Wszystko w Unii, nic poza Unią, nic przeciwko Unii”. Zaś o tym, co jest w Unii, co poza nią, a co przeciwko - ma decydować Wielka Faszystowska Rada Euromandarynów uzupełniająca się przez kooptację (a za jej plecami rozliczne, powiązane ze sobą lobbies - i wypadkową ich interesów są unijne decyzje oznajmiane nam ustami kasty „oświeconych” pod postacią dyrektyw i zleceń).

Pan V. naprany podczas obróbki edukacyjno-politycznej postępackimi miazmatami kojarzy powyższe raczej mętnie - ale jest tak ukształtowany, że instynktownie wie z jakiej śpiewać partytury. A że za podążaniem zgodnie z bodźcami jest nagradzany odpowiednimi konfiturami i ślini się na ich widok, niczym jakaś demoliberalna ofiara eksperymentów akademika Pawłowa - to tym zajadlej szczeka, gdy czuje dla tychże konfitur zagrożenie. Po prostu, osobisty dobrobyt skojarzył mu się z liberalno-faszystowskim-neomarksizmem - i nawet pałą mu tego ze łba nie wybijesz. W postaci Verhofstadta otrzymujemy dialektyczne kuriozum syntetyzujące pozornie odmienne doktryny: liberał (obyczajowy), marksista rewolucjonizujący Europę na swą modłę i totalniacki faszysta nie tolerujący nawet cienia polityczno-światopoglądowego pluralizmu.

Zapytam więc manierą stalinowską: „co, towarzysze, wyłazi w sumie z tego ideologicznego napięcia połączonego z żądzą zysku i władzy? Otóż, towarzysze, z tego kuriozalnego połączenia wyłazi zawsze bolszewik. I dlatego lubimy towarzysza Verhof... mimo jego różnych słabości, albowiem towarzysz Verhof... jest nam elementem mentalnie bliskim. I dlatego właśnie, towarzysze, takich poputczików winniśmy pielęgnować”. Sądzę, że tak powiedziałby tow. Stalin na zjeździe kom-partii i otrzymałby szczere oklaski za wnikliwą diagnozę osobowości tow. Verhofstadta. Co nie znaczy, że w późniejszym etapie nie kazałby tow. Verhofstadta rozstrzelać - tak jak nie omieszkał rozwalić hurtowo swojej Międzynarodówki wraz z wypróbowanymi towarzyszami z KPP.

Ja mam skromniejsze marzenie - ot, takie, że jeżeli już w europarlamencie są jacyś nasi deputowani, to tak po staropolsku należałoby tę kanalię V. wypłazować... ewentualnie obić mordę szpicrutą. Nie, wróć, rozpędziłem się. O czym tu marzyć, żeby współczesny Polak władał szablą... i szpicrutę miał na podorędziu, by rozprawiać się z bolszewikami w swoim otoczeniu... No to, po chłopsku - jakiś dobrodziej mógłby przefasonować mu gębę, tak żeby przez jakiś czas zamiast pohukiwać z mównicy tylko bezsilnie się ślinił przez zdrutowaną szczękę. I spijał swoje tłuste euro-rosoły przez słomkę. Bez makaronu.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 14 (18-31.07.2018)

niedziela, 24 czerwca 2018

Zdrajcy i szantażyści z PO

Totalni” sądzą Polaków swoją miarą, przypisując społecznemu ogółowi własne cechy – zdegenerowanych, wyzutych z sumienia, sprzedajnych kanalii.

I. Szantaż

Na początek słynny już cytat z wywiadu Rafała Trzaskowskiego (PO) dla Radia Zet: Mówię jasno: panowie, wycofajcie się z najbardziej rażących przykładów łamania praworządności, to te pieniądze nie będą mrożone. Na szczęście dzięki naszym staraniom te pieniądze nie przepadają, tylko będą mrożone. W związku z tym jak my wygramy kolejne wybory, to te pieniądze zostaną odmrożone i Warszawa skorzysta wtedy z olbrzymich pieniędzy na inwestycje. Natomiast jak dalej będzie rządził PIS, przez kolejne lata, i dalej będzie łamał Konstytucję, to wszyscy w Polsce muszą sobie zdawać sprawę z konsekwencji takich, że nie będzie pieniędzy na inwestycje przez tych awanturników”.

Chciałoby się napisać w tym miejscu, że maski opadły – tyle, że strategia „totalnej opozycji” polegająca na powrocie do władzy dzięki zagranicznym naciskom od dawna jest przed opinią publiczną obnażona w całym swym bezwstydzie. Wypowiedź kandydata PO na prezydenta Warszawy jedynie kontynuuje politykę odwoływania się do zewnętrznych ośrodków w celu zastraszenia rządu, a nade wszystko – polskiego społeczeństwa. Warto tu sobie przypomnieć spot wyborczy z czasów, gdy Platforma była jeszcze u władzy – Janusz Lewandowski z miną szczodrego wujka obiecywał, że w przypadku zwycięstwa na Polskę spadnie złoty deszcz pod postacią, o ile pamiętam, 300 mld. złotych. Przekaz był jasny: mamy „chody” w Brukseli, więc jeśli chcecie pieniędzy, to głosujcie na nas – natomiast jeżeli wybierzecie „oszołomów” z PiS, to Unia zakręci kurek z kasą. Wówczas, w 2011 r., „marchewka” zadziałała, bo unijny budżet jawił się Polakom jako Sezam dzięki któremu dokonamy skoku cywilizacyjnego. Dziś, gdy ta sama Platforma jest w opozycji i w jej szeregach pogłębia się frustracja, akcenty zostały odwrócone i w miejsce marchewki pojawił się bat – jeśli nie wrócimy do władzy, zrobimy wszystko, żebyście odczuli to na własnej skórze. Dlatego, durna hołoto kupiona za „pińćset”, lepiej sobie policzcie, co wam się bardziej opłaca. Taki jest rzeczywisty przekaz skierowany do wyborców, jeśli obedrzeć go z zasłony pięknych słówek i zaklęć o „praworządności”.


II. Służalczość, pycha i pogarda

Mamy w tym przekazie kilka warstw. Pierwsza, najbardziej widoczna, to lokajskie nawyki „totalnych”, które stały się ich drugą naturą do tego stopnia, że przestali nawet dostrzegać niestosowność w zabieganiu o cudze względy kosztem interesów własnego państwa. Ci mentalni folksdojcze zwyczajnie nie widzą niczego złego w oczernianiu swojego kraju za granicą, upokarzającym antyszambrowaniu w przedpokojach euromandarynów czy jawnym nawoływaniu do zastosowania wobec Polski unijnych sankcji. Suwerenność, podmiotowość a nawet zwykła ludzka godność są dla nich jedynie pustymi frazesami z których można zrezygnować za kilka euro więcej. O takich jak oni pisał Tuwim: „W twarz dadzą sobie napluć za tyle a tyle. Obetrą gębę ręką, a sumę przeliczą!”. Dobitnym przykładem powyższego było haniebne głosowanie w Parlamencie Europejskim, gdy przedstawiciele PO opowiedzieli się za otwarciem możliwości uruchomienia wobec Polski procedury z art. 7 Traktatu Lizbońskiego. Nie zapomnijmy tych nazwisk: Michał Boni, Róża Grafin von Thun und Hohenstein, Danuta Hübner, Danuta Jazłowiecka, Barbara Kudrycka, Julia Pitera. Nie jest też tajemnicą, że kolejne antypolskie sabaty w PE również były efektem skrzętnych zabiegów tej unijnej ekspozytury współczesnej Targowicy – i podobnie jak ich historyczni protoplaści, osłaniają swe zaprzaństwo grubą warstwą lepkiej obłudy, rozdzierając szaty nad utraconą „złotą wolnością”.

Warstwa druga, to głębokie przeświadczenie, wspólne dla całego obozu beneficjentów III RP, że władza nad Polską i dominująca pozycja społeczna należą im się w sposób niejako naturalny – zostali bowiem namaszczeni do pełnienia funkcji namiestników nadwiślańskiej kolonii przez berlińsko-brukselskie elity polityczne i biznesowe. A jeżeli lokalni aborygeni się zbuntują, to należy dołożyć wszelkich starań, by ich spacyfikować – w tym przypadku, odebrać unijne fundusze. Z przytoczonych na wstępie słów Trzaskowskiego jasno bowiem wynika, że korzystać z pieniędzy unijnych może jedynie władza „słuszna” - tj. pozytywnie odbierana przez zewnętrznych nadzorców. Na marginesie - środki te nie są żadną łaską ani jałmużną, lecz częściową i dalece niepełną rekompensatą za otwarcie na oścież naszej gospodarki na wszechstronną eksploatację – i to na długo przed akcesją do UE. Obecnie, wg premiera Morawieckiego, zagraniczne koncerny wyprowadzają z Polski dywidendy rzędu 100 mld. zł. rocznie, przy wpływach z unijnej kasy wynoszących ok. 25 mld. zł. Zatem w sensie przepływów finansowych Polska jest płatnikiem netto.

Warstwa trzecia wreszcie, to głęboka pogarda dla tubylczego „motłochu”, który w oczach „totalnej opozycji” ma być głęboko zdemoralizowany – sprzedajny, pazerny i chwiejny. Polaków wedle tej optyki można kupić obietnicami „300 miliardów” (jak we wspomnianym spocie J. Lewandowskiego) albo za „pińćset”, jeśli zaś to nie podziała – zaszantażować groźbą „zamrożenia” pieniędzy. Krótko mówiąc, „totalni” sądzą Polaków swoją miarą, przypisując społecznemu ogółowi własne cechy – zdegenerowanych, wyzutych z sumienia, sprzedajnych kanalii.


III. Trzaskowski „pasem transmisyjnym” Verhofstadta

Trzeba nadmienić, iż Trzaskowski robi tu jedynie za „pas transmisyjny” przekazujący wolę samozwańczych „władców Europy”. Można się co najwyżej dziwić jego bezmyślnej ostentacji, bowiem w przypływie niewczesnej szczerości przyznał, że Platforma czynnie za takim stanowiskiem lobbowała – i co więcej, otrzymała od swych patronów stosowne gwarancje polityczne, co nosi wszelkie znamiona zdrady. Nieco wcześniej otwartym tekstem nastawienie europejskich elit wyłuszczył w lewicowo-liberalnym „Project Syndicate” Guy Verhofstadt. Przewodniczący frakcji liberałów w europarlamencie znany z niewybrednych ataków na Polskę napisał m.in., że „jest nie do przyjęcia”, by euro-fundusze szły na państwa rządzone przez siły „nieliberalne”, postulując uzależnienie wypłat z Funduszu Spójności od „przestrzegania i egzekwowania norm praworządności” nad czym miałaby czuwać „obiektywna procedura monitoringu. Innymi słowy: środki byłyby wypłacane z klucza politycznego i w każdej chwili mogłyby zostać pod byle pretekstem cofnięte. Później jest jeszcze ciekawiej, albowiem Verhofstadt zaproponował utworzenie z „zamrożonych” środków specjalnego funduszu „na wsparcie dla uniwersytetów, ośrodków badawczych i innych instytucji społeczeństwa obywatelskiego w tym państwie” - czyli, mówiąc wprost, na ośrodki propagandowej dywersji, mające destabilizować sytuację wewnętrzną w „państwach zbaczających z właściwej ścieżki”, jak określa Polskę i Węgry. Krok dalej na tych samych łamach poszedł Sławomir Sierakowski z „Krytyki Politycznej”, pisząc: „przecież PiS i węgierski Fidesz Viktora Orbana zostały demokratycznie wybrane. Pojawia się więc pytanie dlaczego Węgrzy i Polacy nie powinni być karani za swój wybór.

Moim zdaniem, odpowiedź polskiego rządu powinna być twarda i symetryczna. Widać wyraźnie, że dotychczasowa polityka łagodzenia, dążenia do „dialogu” i „kompromisu” nie dała rezultatu – nadęci własną pychą dygnitarze pokroju Verhofstadta czy Timmermansa zwietrzyli tylko krew i zaczęli jeszcze mocniej dokręcać śrubę. Nie łudźmy się – rząd PiS jest przez liberalne unijne władze odbierany jako „ciało obce” i będzie zwalczany z całą bezwzględnością, niezależnie od tego co zrobi. Dlatego też potrzebne jest „nowe otwarcie” polegające na stanowczym walnięciu w stół i np. ogłoszeniu, że w przypadku arbitralnego cofnięcia europejskich funduszy, Polska proporcjonalnie wstrzyma wpłacanie swojej składki członkowskiej. Środki te zostałyby wówczas przekierowane bezpośrednio na projekty, które miały być sfinansowane z unijnego budżetu. Poza wszystkim, nagle może się okazać, że bez unijnej mamony też istnieje życie. W każdym razie – czas uśmiechów się skończył.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Głosuj jak chcemy...

Rynki was nauczą...

Zdradzieckie mordy najgorszego sortu

Wszyscy płacimy za „optymalizację”


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 25 (22-28.06.2018)

środa, 13 czerwca 2018

Rynki was nauczą...

Zabawa w demokrację kończy się tam, gdzie zaczyna się walka o pieniądze oraz polityczne interesy samozwańczych „przywódców Europy”.

Niemiecki komisarz UE ds. budżetu, Guenther Oettinger, popisał się w wywiadzie udzielonym „Deutsche Welle” iście teutońską butą. Odpytywany na okoliczność kryzysu politycznego we Włoszech (było to po utrąceniu przez prezydenta Mattarellę rządu Giuseppe Conte i desygnowaniu „technicznego” premiera Carlo Cottarelliego) stwierdził, używając formy pluralis maiestatis, iż „mamy zaufanie do prezydenta Włoch” oraz „nowego technokratycznego rządu”, a ponadto podkreślił wiarę, że „ewentualne wybory przyniosą taki wynik, by Włochy mogły być rządzone w duchu proeuropejskim”. Całość wieńczy spiżowe zdanie: „rynki wskażą włoskim wyborcom na kogo głosować”. Jak wiadomo, ostatecznie „technokrata” Cottarelli (były dyrektor wykonawczy MFW, odpowiedzialny we Włoszech za drakońskie cięcia finansowe) zrezygnował z formowania gabinetu, a nowym premierem zostanie jednak popierany przez Ligę i Ruch 5 Gwiazd Giuseppe Conte. Stało się tak w obawie, że Włosi w zemście za zignorowanie ich woli mogą w przedterminowych wyborach jeszcze liczniej zagłosować na „barbarzyńców”, jak medialno-polityczny mainstream nazwał zwycięskie ugrupowania. Jedynym znaczącym ustępstwem „populistów” było przesunięcie eurosceptycznego Paolo Savony (m.in. przeciwnika strefy euro) ze stanowiska ministra finansów na fotel... ministra ds. europejskich.

Niemniej, słowa Oettingera warto sobie zapamiętać, bowiem jak w soczewce skupiają one arogancję euromandarynów i ich przeświadczenie, że władni są meblować Europę wedle własnego uznania, nawet jeżeli oznacza to jawne pogwałcenie woli większości. To tyle, jeśli chodzi o „demokrację”, którą owo towarzystwo przy innych okazjach nieustannie wyciera sobie twarze. Schemat ich myślenia jest z gruntu totalitarny: wyborcy mają głosować na „właściwe” partie – a jeśli się zbuntują, zostaną przywołani do porządku. W przypadku Włoch takim instrumentem dyscyplinującym miałyby być „rynki” (czytaj – globalni spekulanci, agencje ratingowe i międzynarodowe instytucje finansowe), które poprzez wywindowanie rentowności obligacji doprowadziłyby do kryzysu finansowego w tym kraju (cyt.: „Oczekuję, że kolejne tygodnie pokażą, że rynki, obligacje i rozwój gospodarczy Włoch mogą być tak decydujące, że będzie to dla wyborców sygnałem, by nie głosować na prawicowych i lewicowych populistów”). Innymi słowy, mieliśmy próbę otwartej ingerencji w sprawy wewnętrzne kraju członkowskiego – i niemal się udało. Warto tu przypomnieć, że ostatnim włoskim premierem z naprawdę demokratyczną legitymacją był Silvio Berlusconi, zmuszony do ustąpienia jesienią 2011r. Wszyscy kolejni – aż do teraz – byli de facto brukselskimi figurantami, mającymi wdrażać zalecenia swych mocodawców. Taką marionetką jest również prezydent Sergio Mattarella, do ostatniej chwili usiłujący sabotować werdykt wyborczy włoskiego społeczeństwa, by stało się zadość oczekiwaniom person pokroju Oettingera – za co, nota bene, przywódca Ruchu 5 Gwiazd Luigi di Maio zagroził mu impeachmentem za zdradę stanu.

Teraz pomyślmy – jeśli tak zamordystyczne kroki są podejmowane wobec członka-założyciela wspólnoty europejskiej i czwartej gospodarki UE, to co dopiero mówić o takich krajach, jak Polska? Nie tak dawno temu omawiałem tu artykuł Guya Verhofstadta zamieszony w „Project Syndicate”, gdzie otwartym tekstem wygrażał nam, że „jest nie do przyjęcia”, by europejskie fundusze wzmacniały kraje na czele których stoją „nieliberalne rządy”. Wychodzi na to, że ideologicznie pojmowany „liberalizm” (koniecznie lewicowy, bo z gospodarczym liberalizmem UE pożegnała się już dawno), stał się niepostrzeżenie oficjalną doktryną Unii – o czym jakoś dziwnie nie było mowy, gdy przystępowaliśmy do wspólnoty. Wzmiankowany na wstępie wywiad niemieckiego komisarza jedynie potwierdza te hegemonistyczne uzurpacje Brukseli.

Verhofstadt wprawdzie asekuracyjnie zastrzega, że obcięcie eurofunduszy nie ma na celu karania obywateli – lecz po pierwsze, gdyby budżet UE wszedł w życie w obecnym kształcie, to „ukaranie” dokonałoby się samo przez się; po drugie – groźby Oettingera wystosowane wobec Włochów, którym wybór mają wskazywać „rynki”, stanowią jawne zrzucenie maski; po trzecie wreszcie – są i tacy, którzy ukaranie niesubordynowanych społeczeństw postulują zupełnie jawnie. Oto Sławomir Sierakowski ze skrajnie lewicowej „Krytyki Politycznej” wtórując Verhofstadtowi na łamach „Project Syndicate” stwierdza: „przecież PiS i węgierski Fidesz Viktora Orbana zostały demokratycznie wybrane. Pojawia się więc pytanie dlaczego Węgrzy i Polacy nie powinni być karani za swój wybór”. Idę o zakład, że Sierakowski jedynie dopowiedział głośno to, co unijni politycy mówią między sobą – a to z kolei oznacza, że zabawa w demokrację kończy się tam, gdzie zaczyna się walka o pieniądze oraz polityczne interesy samozwańczych „przywódców Europy”. Problem w tym, że podobne kroki stanowią jedynie wodę na młyn tak wyklinanych „populistów” - ale euro-dygnitarze są zbyt zaślepieni własną pychą, by to zauważyć.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Głosuj jak chcemy...

Włochy w uścisku Brukseli


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 22 (08-14.06.2018)

niedziela, 20 maja 2018

Głosuj jak chcemy...

...albo Unia zabierze ci kasę. Tak można w skrócie podsumować wymowę artykułu opublikowanego przez Guya Verhofstadta we wpływowym „Project Syndicate”. Tekst prominentnego eurodeputowanego (w oryginale zatytułowany wymownie „The EU Must Stop Funding Illiberalism”) pofatygowała się przetłumaczyć na język polski skrajnie lewicowa „Krytyka Polityczna” - i dobrze się stało, bo dzięki temu krajowy czytelnik może się przekonać, co tak naprawdę chodzi po głowach brukselskim mandarynom. Nie mam bowiem wątpliwości, że znany ze swej zapalczywości flamandzki polityk powiedział jedynie głośno to, co inni „zawodowi europejczycy” pokroju Timmermansa czy Junckera ukrywają za zasłoną górnolotnych sloganów o demokracji i praworządności. Na marginesie przypomnijmy, że Verhofstadt to ten, który podczas jednego z antypolskich sabatów w Parlamencie Europejskim wypalił, że w Marszu Niepodległości ulicami Warszawy przeszło 60 tys. „neonazistów” i „białych suprematystów” - i jego przemyślenia w „Project Syndicate” charakteryzuje podobny poziom ideologicznego zacietrzewienia.

Belgijski europoseł za główny cel swojego ataku obrał oczywiście Polskę i Węgry – dwa kraje, które w ostatnich latach ośmieliły się wyłamać z unijnego głównego nurtu, budząc nieskrywaną wściekłość tamtejszego establishmentu. Na początek wypomina obu państwom miliardy euro zainkasowane w ramach europejskiego Funduszu Spójności (Polska – 77 mld. euro, Węgry 22 mld), za co te nie okazały darczyńcom należytej wdzięczności, wybierając sobie „nieliberalne, prawicowe i populistyczne rządy”, które „flirtują z autorytaryzmem” - co Verhofstadt uważa za problem poważniejszy od kryzysu migracyjnego i brexitu. Orbanowi zarzuca m.in. praktyki korupcyjne, rządowi PiS oczywiście „niszczenie” sądownictwa, obydwu zaś – ataki na media i „przykręcanie śruby” organizacjom pozarządowym. Mimo tego, konstatuje ze zgrozą Verhofstadt, Orban w niedawnych wyborach sięgnął po większość konstytucyjną. W związku z tymi niesłychanymi zbrodniami europarlamentarzysta stwierdza: „Jest nie do przyjęcia, by pieniądze unijnych podatników szły na akty próżności nieliberalnych elit, podkopujących bez żadnych skrupułów demokratyczne instytucje, które stanowią o istocie europejskiej wspólnoty”.

Dalej autor proponuje szereg rozwiązań dyscyplinujących niesubordynowane państwa. Począwszy od 2020 r. (czyli wraz ze startem nowego unijnego budżetu), wypłacanie środków z Funduszu Spójności uzależnione miałoby zostać od efektów „obiektywnego monitoringu” prowadzonego przez unijne instytucje. W przypadku oblania takiego testu, pieniądze byłyby zamrożone na specjalnym „funduszu rezerwowym”, a następnie „przekierowywane na wsparcie dla uniwersytetów, ośrodków badawczych i innych instytucji społeczeństwa obywatelskiego w tym państwie”. Co ciekawe, taka procedura „pokazałaby obywatelom państw zbaczających z właściwej ścieżki, że UE nie chce ich karać za zachowanie ich władz”. Całość wieńczy zdanie: „Czas pokazać, że za lekceważenie norm UE się płaci”.

Omówiony tu pokrótce elaborat znakomicie pokazuje, jak spod maski liberała wyłazi ponura gęba totalniackiego doktrynera nie potrafiącego zaakceptować najmniejszego odchylenia od jedynie słusznej linii (ten passus o „zbaczaniu z właściwej ścieżki”!) - i na dodatek obłudnika, stosującego wyznawane poglądy nader wybiórczo. Brukseli jakoś nie przeszkadzał festiwal korupcji i dławienia opozycyjnych mediów na Węgrzech pod rządami postkomunistów czy w Polsce za czasów zaprzyjaźnionej PO – podobnie, jak nie przeszkadza jej dziś korupcja na Malcie lub w Rumunii. Retorycznie można zapytać, czy Verhofstadt byłby równie pryncypialny wobec np. Francji z Frontem Narodowym u władzy, bądź Niemiec pod rządami AfD? Nade wszystko jednak mamy tu jasno sformułowany dyktat pod adresem społeczeństw Polski i Węgier – głosujcie na „właściwe” partie, albo będziecie mieli kłopoty. W kontekście groźby wstrzymania środków z Funduszu Spójności, słowa o tym, że Unia nie chce karać obywateli za poczynania ich władz, brzmią niczym kiepski dowcip. Podobnie jest z projektem dofinansowania „instytucji społeczeństwa obywatelskiego” - czyli, mówiąc wprost, ośrodków propagandowych mających urabiać masowe nastroje w pożądanym przez eurokratów duchu. Współbrzmi to ze sformułowanym ponad rok temu w wywiadzie dla Euractiv.pl postulatem Romana Imielskiego z „Wyborczej”, by Unia zaczęła subwencjonować media (w domyśle – te „właściwe”).

Słowem, mamy tu zarysowaną wizję drastycznych (i, co ważne, pozatraktatowych – to tyle, jeśli chodzi o „praworządność”) restrykcji gospodarczych. Ostatni raz wobec Polski coś podobnego zastosowały USA po wprowadzeniu stanu wojennego. Tyle, że wtedy Polacy wiedzieli, iż sankcje nie są skierowane przeciw nim, lecz juncie Jaruzelskiego. Widzę jednak i pozytyw: otóż urzeczywistnienie majaczeń Verhofstadta spowodowałoby z miejsca wzrost antyunijnych nastrojów i powiększenie się liczby zwolenników polexitu. Hmm... może zatem warto trochę pocierpieć?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 19 (18-24.05.2018)

niedziela, 1 kwietnia 2018

Polexit coraz bliżej?

Na miejscu premiera Morawieckiego, zamiast iść na ustępstwa wziąłbym sondaż Fundacji Pułaskiego pod pachę i pojechałbym na spotkanie z Junckerem i Timmermansem.

I. 1/3 za polexitem

Fundacja im. Kazimierza Pułaskiego (wspólnie z działem badawczym Data Tank firmy Selectivv Mobile House) przeprowadziła w styczniu i marcu br. dość obszerne badanie opinii publicznej pt. „Polityka zagraniczna i bezpieczeństwo zewnętrzne Polski”. Warto podkreślić dużą liczbę respondentów – ankietę przeprowadzono na 50 tys. pełnoletnich użytkowników smartfonów i tabletów, a rezultaty zostały dodatkowo wzbogacone informacjami zbioru Big Data wspomnianej firmy. Zaprezentowane proporcje wśród badanych dotyczące płci, wieku i miejsc zamieszkania wyglądają na dość wyważone, zatem można uznać, że sondaż jest w miarę reprezentatywny i oddaje rzetelnie społeczne nastroje. Prócz pytań o sympatię do poszczególnych państw, ocenę różnych zagrożeń dla Polski czy politykę zagraniczną rządu, uwagę zwracają kwestie związane z naszą obecnością w Unii Europejskiej. Otóż na pytanie „czy Polska powinna wystąpić z Unii Europejskiej” w styczniu pozytywnie odpowiedziało 36,4 proc. (na „nie” było 36 proc.), zaś w marcu odsetek zwolenników „Polexitu” spadł do 29,8 proc. (za pozostaniem w UE było 47,3 proc., 22,8 proc. nie miało zdania). Zmianę tę autorzy raportu wiążą ze złagodzeniem retoryki przez rząd Mateusza Morawieckiego i przyjęciem przez Polskę bardziej ugodowej postawy w relacjach z Brukselą.

Co ciekawe jednak, w kontekście naszego sporu z Komisją Europejską w sprawie praworządności, stanowiska badanych są bardziej zasadnicze i mniej podatne na zmiany. Pytanie brzmiało: „w przypadku nałożenia na Polskę sankcji przez UE za naruszenie zasad praworządności Polska powinna: a) opuścić Unię Europejską; b) zmienić politykę i dostosować się do postulatów Komisji Europejskiej; c) nie podejmować żadnych działań; d) nie mam zdania”. Tu opuszczenie UE zadeklarowało 30,4 proc. w styczniu i 32 proc. w marcu – mamy więc nawet niewielki wzrost eurosceptyków. Z kolei stronnictwo „ugodowe” oczekujące dostosowania się do oczekiwań KE, to 26 proc. w styczniu i 28,5 proc. w marcu. Frakcja „biernych” (nie podejmować żadnych działań) liczyła sobie 20,5 proc. w styczniu i 13,1 proc. w marcu, zaś niezdecydowani obejmują ok. 1/4 ankietowanych.


II. Koniec euroentuzjazmu

Eksperci Fundacji Pułaskiego z powyższego wysnuwają optymistyczny wniosek, że proporcje między zwolennikami a przeciwnikami naszej obecności w UE są w miarę stabilne – toteż, jak można się domyślać, polexit nam nie zagraża. Ja widzę to nieco inaczej. Po pierwsze, po niegdysiejszym, bezkrytycznym euroentuzjazmie Polaków nie pozostało śladu. Zwróćmy uwagę, że „kapitulanci” spod znaku „róbmy co każe Bruksela” już w tej chwili przegrywają z „polexitowcami”. Natomiast postawę „biernych” można odczytywać dwojako: z jednej strony zostajemy w Unii nawet w obliczu sankcji, z drugiej – nie musi to oznaczać podporządkowania się żądaniom eurokratów, tylko podejście „mimo sankcji róbmy dalej swoje, a potem się zobaczy”. Z pewnością zaś z badania nie wyłania się obraz cielęcego zachwytu nad mądrością „zaleceń” różnych Timmermansów. Potwierdzeniem tego są odpowiedzi na pytanie o ocenę polityki zagranicznej rządu. „Dobrze” lub „bardzo dobrze” ocenia ją 41,79 proc., zaś „źle” lub „bardzo źle” - 32,19 proc.

Generalnie, wygląda na to, że Polacy reagują po prostu elastycznie na rozwój wydarzeń i kierują się zdrowym rozsądkiem oraz swoistą kalkulacją. Dopóki Bruksela zachowuje się wobec nas w porządku i nie wygraża pięścią, to nie ma powodu do gwałtownych reakcji. Jednak, gdy w grę zaczynają wchodzić próby dyktatu i ograniczania naszej wewnętrznej suwerenności, sytuacja się zmienia i następuje utwardzenie stanowisk – aż do wyjścia z UE włącznie. Pokazuje to, że dla dużej grupy naszych rodaków niepodległość i podmiotowość nie są pustym dźwiękiem, zaś polexit bynajmniej nie jest czymś niewyobrażalnym, lecz jedną z opcji do rozważenia.

Nie jest to zresztą pierwszy taki sygnał. Wspominałem już na tych łamach pełen niepokoju raport Fundacji Batorego Polacy wobec UE: koniec konsensusu”, w którym na podstawie analizy szeregu badań autorzy stwierdzili z troską, że „ogólne” poparcie Polaków dla integracji europejskiej dalekie jest od bezwarunkowości – dominuje raczej postawa „tak, ale...” - i tu następuje szereg zastrzeżeń, wśród których wtrącanie się w wewnętrzne sprawy i zbyt daleko idące uroszczenia władcze europejskiej „centrali” odgrywają niebagatelną rolę. Z kolei stosunkowo niedawno, bo w czerwcu 2017 r. sporo zamieszania wywołał sondaż IBRIS dla tygodnika „Polityka”, gdzie 56,5 proc. badanych stanowczo odmawiało przyjęcia uchodźców, nawet gdyby wiązało się to z obcięciem eurofunduszy, zaś 51,2 proc. w sytuacji „albo-albo” opowiedziało się za wyjściem z UE. Warto też przypomnieć o niezmiennie negatywnym podejściu Polaków do porzucenia złotówki na rzecz przyjęcia euro.


III. Argument dla Morawieckiego

Oznacza to, że istnieje społeczne podglebie dla potencjalnego polexitu. Więcej nawet – zaryzykowałbym stwierdzenie, że liczba osób przynajmniej rozważających taką możliwość powoli, ale systematycznie rośnie. Tendencję tę mogą napędzać kolejne kryzysy wewnątrz Unii, dająca się zauważyć niezdolność unijnych organów do rozwiązywania realnych problemów, oraz pogłębiająca się alienacja kasty „euromandarynów”. Dodatkowym motorem mogą stać się kolejne napięcia na linii Warszawa-Bruksela w rodzaju sporu o przymusową relokację migrantów czy reformę wymiaru sprawiedliwości.

Wygląda więc na to, że zaczynają się sprawdzać moje przewidywania sformułowane w styczniowym tekście „Chcecie sankcji? Dobrze!”. Otóż brukselskie elity (plus krajowa „totalna opozycja”) postawiły na ostrą konfrontację z Polską wychodząc z błędnych założeń – mianowicie, wciąż pokutuje tam mit o Polakach jako „najbardziej prounijnym społeczeństwie w Europie”. W związku z tym - kalkulowali sobie różni „Guye” - jeśli dokręcimy pisowskiemu rządowi śrubę, to Polacy przerażeni widmem sankcji, ograniczenia pieniędzy, a nawet wykluczeniem Polski z „europy”, wypowiedzą PiS-owi mandat zaufania i odsuną „antyeuropejski” rząd od władzy – w skrajnym przypadku drogą ulicznej rewolty. Rzecz w tym, że odrealnieni eurourzędnicy jak zwykle żyją przeszłością i biorą własne „chciejstwo” za rzeczywistość, zaś na niekorzystny dla nich rozwój społecznych tendencji przejawiający się chociażby wzrostem politycznego znaczenia „populistów” reagują wyparciem i agresją. Co za tym idzie, nie byli w stanie dostrzec, że i w „euroentuzjastycznej” Polsce nastąpiły istotne zmiany, a wygrana PiS nie była wypadkiem przy pracy, jak chyba wciąż uważa się na brukselskich salonach. Charakterystyczne, że taki Guy Verhofstadt pomstujący z mównicy Parlamentu Europejskiego na „60 tys. faszystów maszerujących ulicami Warszawy” nie był jakoś w stanie tego skojarzyć z szerszym społecznym trendem. A ów trend przejawia się m.in. w tym, że każda próba obcesowego dyktatu przynosi efekt przeciwny do zamierzonego, zwiększając w polskim społeczeństwie wewnętrzny opór. W konsekwencji, strategia unijnych organów przyczynia się do postrzegania Unii Europejskiej jako ciała obcego i podsycania eurosceptycznych, bądź wręcz secesjonistycznych nastrojów.

Na koniec kilka słów do naszego rządu. Przytaczane tu badania Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego to prezent z którego grzech nie skorzystać. Na miejscu premiera Morawieckiego zatem, zamiast iść na ustępstwa i rozwadniać reformę sądownictwa, wziąłbym ten sondaż pod pachę i pojechałbym z nim na spotkanie z Junckerem i Timmermansem. Następnie zatroskanym tonem zacząłbym tłumaczyć, że w Polsce wzmagają się antyeuropejskie nastroje, lada chwila odsetek zwolenników polexitu może przekroczyć masę krytyczną – a chyba nie chcemy powtórki z brytyjskiego referendum, nieprawdaż? Gdzie wtedy wasze koncerny robiłyby interesy, na jakich rynkach będą upychały swoje badziewie? Więc może przestańcie się wygłupiać z tą wojenką, dobrze?

Cóż szkodzi spróbować, panie premierze? Najwyżej Juncker tym razem upije się na smutno.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Na podobny temat:

EFTA – alternatywa dla Polski?

Projekt „Międzymorze” - strategiczny cel Polski

Opuścić Eurokołchoz!

Exodus z domu niewoli

Porozmawiajmy o polexicie

Chcecie sankcji? Dobrze!


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 13 (30.03-05.04.2018)

niedziela, 7 stycznia 2018

Unijni mordercy zza biurek

Dyktowana Europie samobójcza polityka migracyjna jest krwawą zbrodnią popełnianą na europejskich narodach, na naszej kulturze i cywilizacji.

I. Polska kontra Soros

Mam odwagę zadać pytanie elitom politycznym w Europie: dokąd zmierzacie, dokąd zmierzasz, Europo? Podnieś się z kolan i obudź się z letargu, bo w przeciwnym razie codziennie będziesz opłakiwała swoje dzieci! - to przesłanie premier Beaty Szydło wygłoszone w polskim (wreszcie polskim, chciałoby się dodać) Sejmie, odbiło się szerokim echem w świecie, budząc zrozumiały odzew w zmaltretowanych kryzysem migracyjnym i falą terroryzmu społeczeństwach Zachodu. Na podobnej zasadzie w internecie furorę zrobiły zdjęcia z warszawskiego metra – widać na nich czysty wagon w którym ludzie spokojnie sobie siedzą, przeglądają smartfony, czytają książki itd. Zachodni internauci z miejsca zaczęli porównywać tę sytuację z obrazkami z rodzimych krajów. Komentarze w rodzaju: „Tylko tam siedzą. Nikt nie próbuje nikogo zabić. Jakie to dziwne. Na pewno to na tej planecie?” czy „Dlaczego nie ma kału ani moczu czy czarnych palących skręty?”, mówią same za siebie.

Odwrotnie było z europejskimi decydentami, dla których takie postawienie sprawy jest czystą herezją. Im przyświeca raczej program George'a Sorosa - UE powinna przyjmować ok. miliona „uchodźców” rocznie, przymusowo relokować ich zgodnie z unijnymi wytycznymi, przeznaczać na każdego migranta 15 tys. euro przez dwa lata, zaś całość sfinansować za pomocą długu, emitując co roku obligacje o wartości 20 mld. euro. Nic więc dziwnego, że przeciw krajom opierającym się wspomnianym założeniom, takim jak Polska i pozostałe państwa Grupy Wyszehradzkiej, wytoczono najcięższe działa. Soros oczywiście nie byłby sobą, gdyby nie powiązał powyższego z interesami, jako że przy innej okazji wizytując Parlament Europejski stwierdził, iż dług państwowy jest podstawą funkcjonowania rynków finansowych – czyli przestrzeni w której Soros zarabia swoje miliardy. Zatem grandziarz, inkasując „zysk bez ryzyka” od euroobligacji, zyskiwałby jednocześnie kolejne fundusze na dalsze finansowanie swej opętańczej utopii. Istne perpetuum mobile zbrodni.


II. Norymberga dla eurokratów

Tak właśnie, nie przesłyszeli się Państwo – zbrodni, bowiem dyktowana Europie samobójcza polityka migracyjna jest krwawą zbrodnią popełnianą na europejskich narodach, na naszej kulturze i cywilizacji. Procederem tym zaś zawiadują unijni mordercy zza biurek - to oni odpowiedzialni są za „opłakiwanie swoich dzieci” przez Europę. Na szczęście, pomału, z oporami, ale jednak zachodnie społeczeństwa się budzą, o czym świadczy rosnąca popularność wyklinanych „populistów”. I to właśnie te społeczeństwa, po wybudzeniu z lewackiej śpiączki powinny pociągnąć do odpowiedzialności winnych obecnego stanu rzeczy. Eurokratów musi spotkać Norymberga – i to dokładnie z tych samych powodów, dla których zostali skazani ich historyczni odpowiednicy, realizujący projekt „zjednoczonej Europy” pod przywództwem III Rzeszy.

Ideowym patronem obecnych europejskich elit nie jest wprawdzie Adolf Hitler (a przynajmniej nie oficjalnie), lecz włoski komunista Altiero Spinelli, którego imieniem nazwano budynek Parlamentu Europejskiego w Brukseli – ale cel jest ten sam. Spinelli w „Manifeście z Ventotene” zarysował wizję zniszczenia państw narodowych i mającej zająć ich miejsce europejskiej, socjalistycznej federacji – na rzecz której zresztą działał później w Komisji Europejskiej i jako deputowany do Parlamentu Europejskiego. W sierpniu 2016 r. na jego grobie na wyspie Ventotene kwiaty złożyli niemiecka kanclerz Angela Merkel, francuski prezydent Francois Hollande oraz premier Włoch Matteo Renzi, zaś Merkel przy tej okazji powiedziała: „To wyraźnie pokazuje, że wiemy, skąd wzięła się Unia Europejska”. Skromnie tylko nie dodała, że do planu Spinellego wprowadziła drobną modyfikację – ma to być federalna Unia pod niemiecką hegemonią.

Owi pogrobowcy włoskiego lewaka w imię realizacji tego „Nowego Wspaniałego Świata” (że nawiążę do słynnej antyutopii Aldousa Huxleya) nie cofną się przed żadnym łajdactwem i zbrodnią. Otwarcie Europy na oścież jawi się w tym kontekście jako element szerszego, przeprowadzanego z pełną premedytacją planu: najpierw wywołujemy potężny kryzys, by następnie przerażonym społeczeństwom przedstawić „rozwiązanie” pod postacią „ucieczki do przodu” - więcej integracji, więcej władzy dla centralnych eurostruktur, a mniej suwerenności, mniej samostanowienia poszczególnych państw i narodów. A że po drodze zginą ludzie? Cóż, to są nieuniknione koszta postępu – gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą.


III. Oskarżam!

Zatem trzeba powiedzieć „oskarżam!”.

Oskarżam George'a Sorosa o celową działalność na szkodę Europy, mającą zniszczyć państwa narodowe. Robił to zarówno poprzez propagandową i „społeczną” aktywność podległych mu organizacji, jak i wpływając na polityków (w tym 226 eurodeputowanych), a także współfinansując falę muzułmańskiej migracji do Europy. Ostatnim przejawem powyższego była aktywność tzw. „organizacji humanitarnych”, które współpracując ściśle z przemytniczymi mafiami, ustanowiły wręcz „przeprawę promową” z libijskiego wybrzeża na Sycylię. Skutkiem bezpośrednim powyższego był kryzys humanitarny i w konsekwencji liczne ofiary śmiertelne wśród migrantów, a pośrednim – fala terroryzmu.

Oskarżam kanclerz Niemiec Angelę Merkel o świadome łamanie zarówno międzynarodowych traktatów, jak i prawa krajowego poprzez samowolne i bezprawne otwarcie granic, czego efektem był niekontrolowany napływ ponad miliona nielegalnych i w większości wrogich Europie muzułmańskich imigrantów. Oskarżam niemieckie władze o zaniechania i bezczynność, bierność w obliczu zagrożenia, skutkujące licznymi zamachami terrorystycznymi oraz skokowym wzrostem przestępczości - gwałty, napady, pobicia, kradzieże - tak w Niemczech, jak i w innych krajach. W szczególności kanclerz Merkel winna jest zamachowi na bożonarodzeniowy jarmark w Berlinie (19.12.2016) przeprowadzonemu przez islamistę Anisa Amriego w wyniku którego śmierć poniosło 12 osób (w tym Polak), a dalsze 56 zostało rannych; jest winna gwałtom i napaściom na kobiety podczas sylwestra w Kolonii 2015 r., a także szeregowi pozostałych zamachów i innych przestępstw popełnionych przez migrantów. Jako inicjatorka polityki „otwartych drzwi” jest współwinna aktów terroryzmu w wielu krajach Europy. Zarzut współwiny tyczy się również pozostałych oskarżonych.

Oskarżam prezydenta Francji Francois Hollanda, premiera Włoch Matteo Renziego, a także władze innych krajów, takich jak Belgia, Szwecja, Hiszpania, Wlk. Brytania – o zbrodniczą bezmyślność i bezczynność, co w języku prawa karnego przekłada się na działanie w tzw. „zamiarze ewentualnym”, której efektem były m.in. zamachy w Paryżu (13.11.2015 – 130 zabitych, ponad 300 rannych), Nicei (14.07.2016 - 87 ofiar śmiertelnych i ponad 200 rannych), Brukseli (22.03.2016 – 32 zabitych, 316 rannych), Manchesterze (22.05.2017 – 23 ofiary śmiertelne, 119 rannych), Londynie (03.06.2017 – 8 zabitych, 48 rannych), Barcelonie (18.08.2017 – 13 zabitych, ponad 100 rannych) – a także wiele innych aktów przemocy w Europie, takich jak pobicie i bestialski gwałt w Rimini na parze polskich turystów. Dodatkową konsekwencją działań i zaniechań oskarżonych był wzrost przemocy w przestrzeni publicznej oraz rozprzestrzenienie się radykalnego islamizmu na naszym kontynencie.

Oskarżam wreszcie europolityków, w szczególności zaś Martina Schulza, Jean-Claude Junckera, Fransa Timmermansa, Guya Verhofstadta – o poplecznictwo i aktywne propagowanie polityki migracyjnej skutkującej ww. zbrodniami, a także o niedopuszczalne naciski na państwa opierające się skonstruowanemu pod ich egidą tzw. „mechanizmowi relokacji”.

Podsumowując - wszyscy wymienieni, a także ich współpracownicy i zausznicy (w tym medialni propagandyści), działając z pobudek ideologicznych dopuścili się zbrodni przeciw ludzkości – i jako tacy powinni stanąć przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym w Hadze, bądź innym, powołanym w celu ich osądzenia specjalnym sądem międzynarodowym.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 01 (05-11.01.2018)

niedziela, 26 listopada 2017

Zdradzieckie mordy najgorszego sortu

Najwyższy czas na listę osób niepożądanych na terytorium Polski. Timmermans i Verhofstadt to na początek absolutne minimum.

I. Twarze zdrajców

Na początek przypomnijmy te nazwiska: Michał Boni, Róża Grafin von Thun und Hohenstein, Danuta Hübner, Danuta Jazłowiecka, Barbara Kudrycka, Julia Pitera. Zapamiętajmy tych zdrajców. To właśnie oni zagłosowali za skandaliczną, antypolską rezolucją Parlamentu Europejskiego. Do tego Janusz Lewandowski, który wprawdzie dla kamuflażu „wstrzymał się” od głosu, lecz wcześniej był jedną z głównych twarzy seansu nienawiści, jakim była poświęcona Polsce „debata” przeprowadzona pod wodzą dwóch belgijskich lewaków – Fransa Timmermansa i Guya Verhofstadta. Wprawdzie słowa Jarosława Kaczyńskiego o „mordach zdradzieckich”, a wcześniej o „gorszym sorcie” padły w innych kontekstach – ale do tego, czego byliśmy świadkami w Strasburgu w wydaniu tej bandy zakłamanych, sprzedajnych kanalii, pasują jak ulał.

Pytanie retoryczne: czy wyobrażają sobie Państwo analogiczny sabat poświęcony sytuacji w Niemczech – w których nie ma miesiąca, by nie podpalono jakiegoś ośrodka dla imigrantów, media od lewa do prawa są tubą władzy, a autentyczni neonaziści z NPD demonstrują na ulicach Berlina – podczas którego eurodeputowani z jakiegokolwiek niemieckiego ugrupowania przyłączyliby się aktywnie do szczucia na własne państwo? Nawet, gdyby u władzy była, dajmy na to, AfD? No właśnie. A nasze zdradzieckie mordy najgorszego sortu wręcz błagały i zabiegały o ten spektakl politycznego grillowania swojego kraju, antyszambrując w przedpokojach euro-mandarynów i płaszcząc się przed każdym możliwym brukselskim urzędasem. Całą swoją postawą wprost deklarowały, że chcą widzieć Polskę jako ujarzmioną prowincję eurokołchozu – a rozgłaszanie wieści o panującym tu rzekomo „faszyzmie” jednoznacznie zdradza chęć do publicznego upokorzenia Polaków jako narodu na forum międzynarodowym.

Nie łudźmy się, to nie jest uderzenie wyłącznie w rząd PiS, jak się nam to przedstawia – to uderzenie w Polskę. Mamy tu dalece posuniętą zbieżność interesów między politykami i środowiskiem „totalnej opozycji” oraz eurokratami. Obu stronom tego brudnego porozumienia zależy na tym, by Polskę wraz z jej aspiracjami brutalnie stłamsić, a naród na powrót mentalnie obezwładnić narzuconym odgórnie wstydem i sankcjami. Takim spacyfikowanym tworem łatwiej zarządzać z Berlina i Brukseli, a i krajowym namiestnikom z obcej łaski wygodniej administrować poskromionym terytorium. Nie ma w języku ludzi cywilizowanych słów, którymi można by opisać tych łajdaków.


II. Brukselski dyktat

Próbkę tego, co działo się na sali plenarnej PE stanowi niedwuznaczny dyktat Fransa Timmermansa, który „nakazał” nam dostosowanie ustaw reformujących sądownictwo do „prawa europejskiego”. Basował mu Janusz Lewandowski, wyciągający niczym hiena cmentarna postać samobójcy Piotra S. - ofiary kłamliwej histerii i propagandy „totalnej opozycji”. Ale wszystkich przebił Guy Verhofstadt wrzeszczący o tysiącach „faszystów, neonazistów i zwolenników supremacji białej rasy na ulicach Warszawy”, „300 km od Auschwitz”. Słowem, mieliśmy istną „Niagarę kłamstw” i „antypolską orgię”, jak prof. Ryszard Legutko określił nagonkę niemieckich mediów, która na sali w Strasburgu znalazła odzwierciedlenie w skali 1:1. Finałem była przyjęta rezolucja, zlecająca komisji LIBE (ds. wolności obywatelskich, sprawiedliwości i spraw wewnętrznych) sporządzenie raportu o Polsce, mającego w zamierzeniu stać się podstawą do sięgnięcia przez Radę UE po art. 7 Traktatu Lizbońskiego otwierający drogę do sankcji.

W rezolucji, prócz zarzutów odnośnie Trybunału Konstytucyjnego i reformy sądownictwa, mamy typowy lewacki koncert życzeń. Polska ma mianowicie zapewnić dostęp do powszechnej i bezpłatnej antykoncepcji; zapewnić prawo do wolności zgromadzeń (ewidentne kłamstwo, prawo do zgromadzeń nie jest w Polsce ograniczane, PE chodzi po prostu o bezkarność dla zadymiarzy); mamy również potępić „faszystowski i ksenofobiczny marsz 11 listopada w Warszawie” (fragment przyjęty na wniosek PO!); jest też o wstrzymaniu wycinki Puszczy Białowieskiej. Swoistym kuriozum była zgłoszona poprawka wzywająca polskie władze do zaprzestania „represji” wobec „antyfaszystów, komunistów i innych demokratów”. Cóż, jak wiadomo są dwa rodzaje faszyzmu: faszyzm i antyfaszyzm, zaś co do komunizmu – skojarzenie tej ideologii z demokracją mogło się wykluć jedynie w zaczadzonych łbach euro-lewaków. No chyba, że rozumieją oni demokrację na modłę Stalina, który zasłynął stwierdzeniem, że „nigdy i nigdzie nie było takiej demokracji, jak nasza”. Patrząc na przebieg antypolskiej debaty, nawet by się to zgadzało – takiej „demokracji” jak w unijnych instytucjach też nie ma nigdzie indziej na świecie.

Aż nie chce się w tym miejscu wspominać, gdzie była Bruksela, gdy za rządów PO robiono „akcję widelec”, pałowano i wsadzano do aresztów setkami uczestników Marszów Niepodległości, skazywano ludzi za „obrazę konstytucyjnego organu” w osobie Donalda Tuska i wytaczano procesy osobom protestującym w siedzibie PKW przeciw fałszerstwom wyborczym.


III. Brudna gra

No dobrze, weźmy teraz głębszy oddech i zastanówmy się o co tak naprawdę w tej całej ponurej hecy chodzi. Przede wszystkim, obalenie rządu PiS za pomocą „ulicy” spełzło na niczym, zatem postanowiono zintensyfikować ostrzał „zagranicy”, licząc zapewne, że europejskie kompleksy tlą się wciąż w Polakach na tyle mocno, że można je podobnymi akcjami odpowiednio rozdmuchać. W Brukseli zapewne zapamiętano sondażowe tąpnięcie PiS po nieudanej kampanii o utrącenie reelekcji Donalda Tuska na fotel przewodniczącego Rady Europejskiej i tamtejsi decydenci liczą na powtórkę. Tyle, że Polacy są już chyba w nieco innym miejscu, niż wówczas. Sądzę wręcz, że takie popisy arogancji, mogą wywołać skutek odwrotny do zamierzonego i przy odpowiednim natężeniu doprowadzić do osłabienia poparcia dla UE w polskim społeczeństwie i narastania zdrowego sceptycyzmu – co samo w sobie jest korzystne, bo jak już wielokrotnie podkreślałem, nieuchronnie nadchodzi moment, kiedy będziemy musieli się z tego interesu po prostu wypisać. O wpływie na krajową popularność PO nawet nie ma co mówić – Polacy widzą, że wygadywano o nich i o Polsce szkalujące brednie, a Platforma była w ów spektakl hipokryzji i obłudy czynnie zaangażowana. Przewiduję zatem dalsze spadki sondażowe „totalnej opozycji”.

No i oczywiście pozostaje stały uczestnik gry, czyli Niemcy wraz z kanclerz Angelą Merkel, które postanowiły przypomnieć nam za pomocą swych brukselskich politycznych wykidajłów pokroju Timmermansa, że trzymają rękę na pulsie i nie zamierzają się pogodzić z emancypacją Polski. Nagła aktywizacja Donalda Tuska również nie jest przypadkiem – przywiędła cesarzowa Europy rzuca na stół wszystkie swoje atuty. Zaryzykuję przy okazji tezę, że w grę wszedł nowy czynnik – polskie żądania reparacyjne. Opisywana awantura może stanowić wyrażoną „nie wprost” odpowiedź Berlina, zwłaszcza w kontekście dzikiego amoku rozpętanego wokół Marszu Niepodległości. „- Chcecie odszkodowań?” - powiada nam mamuśka Angela - „to my uruchomimy naszych euro-folksdojczów i zrobimy z was nazistów. I będziemy przeczołgiwali was tak długo, aż wam się odechce naszych pieniędzy”.

W kontekście powyższego, potrzebny jest stanowczy odpór i dlatego cieszą zapowiedzi pozwów przeciw Verhofstadtowi ze strony Reduty Dobrego Imienia. Ale to nie wystarczy – do akcji powinien wkroczyć rząd i to nie za pomocą wysyłania „sprostowań”, ale wytaczając oszczercom procesy w imieniu polskiego państwa. I tu mam pytanie do min. Glińskiego. W czerwcu 2016 r. pochwalił się Pan nawiązaniem współpracy z międzynarodową korporacją prawniczą „Dentons” w zakresie ochrony dobrego imienia Polski – i to „pro bono”. Pytam więc – gdzie są te procesy? I czy nie pora, by wreszcie uciszyć sądownie szkalujących nas różnych „guyów” i medialnych euro-kundli? A tak poza tym – najwyższy czas na listę osób niepożądanych na terytorium Polski. Timmermans i Verhofstadt to na początek absolutne minimum.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 47 (24-30.11.2017)