Pokazywanie postów oznaczonych etykietą liberalizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą liberalizm. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 listopada 2019

Chile – upadek liberalnego mitu

Pinochet uratował Chile przed komunizmem - głównie dzięki amerykańskiemu poparciu. Ale miało to swoją cenę - przyjęcie pod dyktando „wielkiego brata” modelu ekonomicznego wdrażanego przez słynnych „Chicago boys” - i roli kolonii amerykańskich koncernów. Dziś, po kilkudziesięciu latach, ta cena okazuje się pod każdym względem ponad ludzkie siły.


Od kilku tygodni w Chile trwają uliczne protesty połączone z zamieszkami. Zaczęło się 6 października od stosunkowo niewielkiej (o 30 pesos) podwyżki cen biletów na metro w stolicy kraju, Santiago de Chile – w przeliczeniu z 4,30 zł. do 4,45 zł. Podrożała też komunikacja autobusowa. Nawiasem, była to już druga podwyżka w ciągu roku, ponadto – ciekawostka – w Chile nie ma biletów okresowych, co dodatkowo uderza obywateli po kieszeni. Rewoltę zainicjowali studenci i uczniowie szkół średnich – okupowali stacje metra, przeskakiwali nad barierkami bez płacenia, niszczyli bramki obrotowe, by wreszcie przejść do demolowania, a następnie podpaleń stacji i wagonów. Protesty, do których dołączyły inne grupy społeczne, szybko przeniosły się na ulice i przekształciły w regularne zamieszki. Zapłonęły autobusy, dewastowano i okradano sklepy, toczono regularne bitwy z siłami porządkowymi, a demonstracje rozlały się na pozostałe miasta kraju.

Charakterystyczne - rządzący początkowo kompletnie zlekceważyli społeczne nastroje, wypowiadając się o niezadowolonych obywatelach w sposób skrajnie protekcjonalny i arogancki, potępiając „wandali”, co jedynie zradykalizowało chilijską ulicę. W efekcie, 21 października prezydent Sebastian Pinera zaprowadził stan wyjątkowy oraz godzinę policyjną w stolicy i 9 innych regionach kraju. Na ulicach po raz pierwszy od czasów dyktatury Pinocheta pojawiło się wojsko. Ostatnie doniesienia mówią o 19 zabitych, kilku tysiącach aresztowanych i stratach rzędu 1,4 mld dol. (w tym 79 zniszczonych stacjach metra i 200 ograbionych supermarketach). Ostatecznie prezydent Pinera musiał ugiąć się przed skalą protestów i po największej w historii kraju demonstracji w której wzięło udział 1,2 mln. ludzi (populacja Chile to nieco ponad 18 mln.) ogłosił zniesienie stanu wyjątkowego, wycofanie podwyżek cen biletów, a także wprowadzenie szeregu reform prospołecznych. Protesty jednak trwają nadal. Władze Chile zostały zmuszone do odwołania zaplanowanych na listopad i grudzień szczytów APEC (Wspólnoty Gospodarczej Azji i Pacyfiku) oraz COP25.

Oczywiście, podwyżka cen biletów była jedynie ostatnią kroplą, która przelała czarę - analogicznie do francuskiego ruchu „żółtych kamizelek” - w ich przypadku podniesienie cen paliwa również posłużyło tylko za detonator społecznego wybuchu. Tak to już jest – społeczna frustracja gromadzi się gdzieś podskórnie, w sposób niezauważalny dla politycznych i gospodarczych elit, by nagle za sprawą jakiegoś drobiazgu w najmniej spodziewanym momencie eksplodować rządzącym prosto w twarze.

Cóż, Chilijczycy mają dość ultraliberalnej „terapii szokowej”, której koszta zostały przerzucone na zwykłych obywateli – podobnie jak we Francji, gdzie obarczono stosunkowo mniej zamożne warstwy społeczne kosztami „zielonej transformacji”. Do tej pory ludzie zaciskali zęby (i pasa) – aż wreszcie się „ulało”. Chile na tle innych krajów Ameryki Łacińskiej uchodziło dotąd za oazę stabilności i gospodarczy wzór do naśladowania, jednak za optymistycznymi wskaźnikami ekonomicznymi kryły się narastające patologie. Po raz kolejny okazało się, że sam wzrost PKB czy PKB per capita niewiele mówi o faktycznym dobrobycie społeczeństw – trzeba przede wszystkim patrzeć na to, kto jest głównym beneficjentem fetyszyzowanego PKB i na ile powszechna jest partycypacja w gospodarczym rozwoju.

A z tym, w Chile jest fatalnie. Kraj ten zajmuje wśród państw OECD trzecie miejsce pod względem rozwarstwienia dochodów (po RPA i Kostaryce), ponadto jest przedostatni jeśli chodzi o wydatki socjalne (niżej jest tylko Meksyk). Do tego dochodzą nierównomierne obciążenia podatkowe i koszty życia nieproporcjonalnie wysokie w stosunku do zarobków. Zakrojona na szeroką skalę prywatyzacja usług publicznych sprawia, że służba zdrowia czy edukacja dostępna jest w pełnym zakresie jedynie dla wąskiej grupy najbogatszych. Reszta Chilijczyków, jeśli chce np. skończyć studia, zmuszona jest do wzięcia kredytu porównywalnego w naszych realiach jedynie z długoletnim kredytem hipotecznym. Relacja najczęściej wypłacanej pensji do średniej krajowej jest mniej więcej taka jak u nas, a górne 20 proc. społeczeństwa zgarnia 48 proc. dochodów. Na powyższe nakładają się skutki nieszczęsnej reformy emerytalnej – prywatne fundusze (AFP, odpowiednik naszych OFE) zarządzające składkami „pożerają” 1/3 powierzonego im kapitału, a wypłacane świadczenia są na tyle głodowe, że od 2008 r. chilijski rząd musi dopłacać do 80 proc. emerytur, by zapewnić „beneficjentom” tego poronionego systemu minimum egzystencji (pisałem o tym szerzej w felietonie „Chilijska lekcja”, GF nr 11/2018).

Pinochet uratował Chile przed komunizmem - głównie dzięki amerykańskiemu poparciu. Ale miało to swoją cenę - przyjęcie pod dyktando „wielkiego brata” modelu ekonomicznego wdrażanego przez słynnych „Chicago boys” - i roli kolonii amerykańskich koncernów. Dziś, po kilkudziesięciu latach, ta cena okazuje się pod każdym względem ponad ludzkie siły.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Chilijska lekcja


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 45 (08-14.11.2019)

niedziela, 22 lipca 2018

Guy Verhofstadt: liberalny bolszewik

Verhofstadt jest ucieleśnieniem systemu unijnej biurokracji – takim wyżywającym się na mównicy kieszonkowym, liberalnym Hitlerkiem.


I. Kieszonkowy Hitlerek

Mamy szczęśliwie za sobą kolejną odsłonę „grillowania Polski”. Podczas rytualnej pogaduchy w Parlamencie Europejskim premier Morawiecki opowiedział europosłom o istotnych problemach Europy (kryzys migracyjny, raje podatkowe okradające inne państwa, dominacja kapitału nad pracą przejawiająca się w malejącym udziale płac w PKB – i takie tam, pomniejsze sprawy). Rzecz jasna, eurodeputowanych to nie interesowało. Nie takie mieli zadanie. Ich zadaniem było wyrażać troskę o stan polskiej praworządności – więc uwijali się niczym dobrze odkarmione pszczółki. Warto przy okazji nadmienić, iż debata miała dotyczyć przyszłości Unii Europejskiej. Może eurodeputowani nie mieli na ten temat nic do powiedzenia? Może nie dostali instrukcji? Mieli za to wyraziste wytyczne co do polskiej praworządności. Najwyraźniej taki teraz rozkaz, by krytykować - więc krytykują, wykazując się przy tym heroiczną odpornością na wszelkie argumenty.

Nie mogło wśród nich zabraknąć niejakiego Guya Verhofstadta. Ów Guy raczył pouczyć naszego premiera, że „UE to nie jest bankomat”. Szkoda, że polski premier nie odwinął się tekstem, że to Polska od trzydziestu bez mała lat jest bankomatem zagranicznych firm, golących nas do gołej skóry poprzez wyprowadzanie z Polski „prawem i lewem” nieopodatkowanych zysków. Znamy zresztą naszego kolegę Guya, prawda? To przewodniczący frakcji liberałów w Parlamencie Europejskim. Do Polski i Polaków nic nie ma - pod warunkiem, że Polską rządzą ci, których ON akceptuje. Gdyby rządziła Platforma, siedziałby cicho i miałby głęboko w poważaniu polską praworządność. Ale PiS to dla zideologizowanej euro-szczujni ciało obce, więc Guy bredzi o „nazistach” i „suprematystach” na Marszu Niepodległości (przy czym, jakoś wcześniej go nie poruszały policyjne prowokacje i zatrzymania podczas Marszów za czasów PO, „rozgrzane sądy”, a nawet skandaliczne wybory samorządowe w 2014 i procesy protestujących w PKW).

Dzieje się tak dlatego, że Verhofstadt jest ucieleśnieniem systemu unijnej biurokracji – takim kieszonkowym, liberalnym Hitlerkiem wyżywającym się na mównicy. Uosabia kwintesencję brukselskiego liberalnego antydemokratyzmu: rządzić mamy my i ludzie przez nas akceptowani, a jeśli nie – to nauczymy buntowników moresu. A jeżeli Europa stoi przed jednymi z największych zagrożeń w historii? A co mnie to – odpowiada Guy – grunt, że wraz z koleżankami i kolegami w liczbie kilkudziesięciu płci porobimy się z radochy, że w Strasburgu i Brukseli obsobaczyliśmy „polskich faszystów”. Nikt nam nie wyskoczy tu z „reakcyjną kontrrewolucją”! (poważnie, takiego stalinowsko-bolszewickiego sformułowania odnośnie sytuacji w Polsce użył uchodzący za „konserwatywny” niemiecki „Die Welt”).


II. Demoliberalna dyktatura

Wglądając w otchłań swej duszy, muszę sam siebie szczerze zapytać: czemu ja tego gnoja jakoś tak aż do trzewi nie znoszę? Czy Verhofstadt jest niebezpieczny? Nie. Tak jak nie jest niebezpieczny upierdliwy pryszcz na tyłku. Po prostu jest w nim coś takiego, że na jego widok ma się ochotę dać mu w mordę. Ma w sobie ten specyficzny rodzaj oślizgłości i irytującej krzykliwości na widok których normalnemu człowiekowi zwierają się pięści. Drobny cwaniaczek zgrywający jakiegoś euro-Katona o moralności precyzyjnie utkanej z intelektualnego łajna. Odnosi się wrażenie, że zamiast mózgu, serca i duszy ma jedynie stertę śmierdzącego nawozu nad którym brzęczą muchy - i to brzęczenie wydobywa się przez jego usta pod postacią kolejnych antypolskich tyrad. Istny pomniejszy sługa Belzebuba, władcy much, jakich ten akurat demon ma w unijnych instytucjach wielu. Podobne odczucia miałem w przypadku Martina Schulza - kolejnego „nic” nadętego neo-marksitowskim gazem połączonym z poczuciem własnej ważności.

Ktoś im to wszystko zrobił. Ktoś im nakładł do łbów ten liberalny bolszewizm. I tutaj należy przywołać upiory Altiero Spinelliego i Antonio Gramsciego. Gramsci myślał kulturowo, zaś Spinelli - instytucjonalnie. Oba te prądy połączyły się w formie współczesnej Unii Europejskiej, z kastą niewybieralnych mandarynów „wiedzących lepiej” na czele. Zaś od zarania komunizmu nad swoimi podopiecznymi na Zachodzie czuwały kolejno: CzeKa-GPU-OGPU-NKWD-KGB-FSB (wraz z równoległymi mutacjami GRU) - troskliwie pielęgnując swych protegowanych i wszystko, co w przyszłości się wyrodzi z tego skrupulatnie nadzorowanego ideologicznego zamtuza. Punktem kulminacyjnym była „rewolucja” roku '68. Te stada zainfekowanych w latach 60' mózgową kiłą zombies, tudzież ich uczniowie oraz pobratymcy, rządzą dziś Europą. Ich produktem jest Verhofstadt - a że musi się odwdzięczyć za dokooptowanie do grona wybrańców, więc się wykazuje.

Istotę powyższej hodowli kadr doskonale oddał Wiktor Suworow w książce „GRU. Radziecki wywiad wojskowy”. Oddajmy mu na chwilę głos:

Omawiając rozmaite rodzaje agentów, czyli obywateli wolnego świata, którzy w ten, czy inny sposób sprzedali się GRU, nie można pominąć jeszcze jednej ich kategorii, najbardziej ze wszystkich obrzydliwej”. O kogo chodzi autorowi? Chodzi mu o niejakich „gawnojedów” („gównojadów”), czyli „członków wszelkiej maści Towarzystw Przyjaźni ze Związkiem Radzieckim, działaczy organizacji pacyfistycznych (z ruchem na rzecz jednostronnego rozbrojenia na czele), Zielonych i innych postępowych radykałów. (...)

Nikt ich nie werbował, bo i po co – i tak robili, co im się kazało. Zwykle chodziło o jakieś drobiazgi: informacje o sąsiadach, współpracownikach, czy znajomych, czasem o zorganizowanie przyjęcia z udziałem kogoś interesującego GRU. Po przyjęciu GRU oficjalnie takiemu dziękowało i kazało zapomnieć o wszystkim. Gównojad to dobrze wychowany osobnik – zapominał wszystko i to natychmiast, ale GRU nigdy nie zapomina…

Z czasem wielu gównojadów się ustatkowało. Osobnicy ci, zamieniwszy porwane dżinsy na garnitury od najlepszych krawców, zasiadają obecnie w gustownie urządzonych gabinetach, piastując często wysokie funkcje państwowe. Nie pamiętają już »szlachetnych« porywów młodości, lecz tylko do czasu…”.


III. Liberalny faszyzm

Oczywiście, pan Verhofstadt, by zachować towarzyszące mu nieustająco dobre samopoczucie, uporczywie nie dostrzega własnej nicości. Panu Verhofstadtowi wydaje się, że ma władzę zdolną ukorzyć jakichś polskich nie-liberalnych podludzi. Narzucić im swą wolę. To jest współczesna odmiana liberalnego faszyzmu. Trawestując Mussoliniego: „Wszystko w Unii, nic poza Unią, nic przeciwko Unii”. Zaś o tym, co jest w Unii, co poza nią, a co przeciwko - ma decydować Wielka Faszystowska Rada Euromandarynów uzupełniająca się przez kooptację (a za jej plecami rozliczne, powiązane ze sobą lobbies - i wypadkową ich interesów są unijne decyzje oznajmiane nam ustami kasty „oświeconych” pod postacią dyrektyw i zleceń).

Pan V. naprany podczas obróbki edukacyjno-politycznej postępackimi miazmatami kojarzy powyższe raczej mętnie - ale jest tak ukształtowany, że instynktownie wie z jakiej śpiewać partytury. A że za podążaniem zgodnie z bodźcami jest nagradzany odpowiednimi konfiturami i ślini się na ich widok, niczym jakaś demoliberalna ofiara eksperymentów akademika Pawłowa - to tym zajadlej szczeka, gdy czuje dla tychże konfitur zagrożenie. Po prostu, osobisty dobrobyt skojarzył mu się z liberalno-faszystowskim-neomarksizmem - i nawet pałą mu tego ze łba nie wybijesz. W postaci Verhofstadta otrzymujemy dialektyczne kuriozum syntetyzujące pozornie odmienne doktryny: liberał (obyczajowy), marksista rewolucjonizujący Europę na swą modłę i totalniacki faszysta nie tolerujący nawet cienia polityczno-światopoglądowego pluralizmu.

Zapytam więc manierą stalinowską: „co, towarzysze, wyłazi w sumie z tego ideologicznego napięcia połączonego z żądzą zysku i władzy? Otóż, towarzysze, z tego kuriozalnego połączenia wyłazi zawsze bolszewik. I dlatego lubimy towarzysza Verhof... mimo jego różnych słabości, albowiem towarzysz Verhof... jest nam elementem mentalnie bliskim. I dlatego właśnie, towarzysze, takich poputczików winniśmy pielęgnować”. Sądzę, że tak powiedziałby tow. Stalin na zjeździe kom-partii i otrzymałby szczere oklaski za wnikliwą diagnozę osobowości tow. Verhofstadta. Co nie znaczy, że w późniejszym etapie nie kazałby tow. Verhofstadta rozstrzelać - tak jak nie omieszkał rozwalić hurtowo swojej Międzynarodówki wraz z wypróbowanymi towarzyszami z KPP.

Ja mam skromniejsze marzenie - ot, takie, że jeżeli już w europarlamencie są jacyś nasi deputowani, to tak po staropolsku należałoby tę kanalię V. wypłazować... ewentualnie obić mordę szpicrutą. Nie, wróć, rozpędziłem się. O czym tu marzyć, żeby współczesny Polak władał szablą... i szpicrutę miał na podorędziu, by rozprawiać się z bolszewikami w swoim otoczeniu... No to, po chłopsku - jakiś dobrodziej mógłby przefasonować mu gębę, tak żeby przez jakiś czas zamiast pohukiwać z mównicy tylko bezsilnie się ślinił przez zdrutowaną szczękę. I spijał swoje tłuste euro-rosoły przez słomkę. Bez makaronu.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 14 (18-31.07.2018)

niedziela, 20 maja 2018

Wielka Brytania – lewackie imperium zła

Cywilizacja śmierci stała się oficjalną doktryną brytyjskiej Korony i jest egzekwowana z całą bezwzględnością i okrucieństwem, tak charakterystycznym dla tamtejszej polityki.

I. Machina śmierci

W poniedziałek, 14 maja, w Liverpoolu odbył się pogrzeb Alfiego Evansa. „Małego wojownika” na trasie konduktu pogrzebowego żegnały tysiące ludzi, w tym kibice miejscowego klubu piłkarskiego – Evertonu. Była to ostatnia odsłona batalii, która przykuła uwagę całego świata – niespełna dwuletni chłopiec i jego zdesperowani rodzice podjęli nierówną walkę z nieludzkim systemem lekarsko-urzędniczo-sądowym. Jeżeli ktoś potrzebował dowodu na istnienie cywilizacji śmierci, to za sprawą brytyjskiej machiny państwowej otrzymał go w wyjątkowo dobitnej formie. Najpierw lekarze – ci sami, którzy nie tylko nie potrafili Alfiemu pomóc, ale nawet go zdiagnozować – zadecydowali wbrew woli rodziców, że ich dziecko ma umrzeć. Później zaś decyzja ta uzyskała wsparcie wszelkich możliwych państwowych organów, z najwyższymi instancjami sądowniczymi włącznie. Na funkcjonariuszach systemu nie zrobił wrażenia nawet fakt, że chłopiec po odłączeniu go od aparatury medycznej samodzielnie oddychał. Odmówiono przyjęcia do wiadomości, że małemu przyznano włoskie obywatelstwo, a związany z Watykanem szpital Bambino Gesu zaoferował dalsze leczenie. Nie miało znaczenia, że wojskowy samolot medyczny gotów był przetransportować Alfiego w każdej chwili do rzymskiej kliniki. Zignorowano również apel tak chętnie przy innych okazjach cytowanego papieża Franciszka. Sędzia Justice Hayden stwierdził wręcz, że zabiegi włoskiego rządu „uchybiają standardom międzynarodowej dyplomacji”, a przewiezienie chłopca „nie leży w jego interesie”, dorzucając jeszcze uwagę o „fanatyzmie” jednego z członków rodziny Evansów. Swoje dołożył zeznający przed sądem lekarz reprezentujący szpital Alder Hey, twierdząc, że na transport nie pozwala „zły stan zdrowia” dziecka. Przypomnijmy, że mówimy o sytuacji, kiedy arbitralnie skazano chłopca na śmierć, a tlen i wodę podano mu dopiero po wielu godzinach, pod ewidentną presją rodziców i opinii publicznej. Jednak, koniec końców, zgodnie z „planem paliatywnym” (tak określono procedurę eutanazyjną) wycieńczony Alfie Evans zmarł 28 kwietnia o 2:30 w nocy. 9 maja skończyłby dwa lata.

A zatem woli brytyjskiej Korony stało się zadość, zaś lekarze, którzy zgodnie z tamtejszym prawem reprezentowali „interes dziecka” przeciwstawiany (zapewne subiektywnej i niemiarodajnej, jak wynika z orzeczenia sądu) opinii rodziców, mogą wreszcie spokojnie odetchnąć. Państwo pokazało swą moc i udowodniło niedowiarkom, że pozostaje panem życia i śmierci poddanych królowej. W tle mamy jeszcze faszerowanie chłopca szczepionkami aplikowanymi wg standardowego „rozdzielnika” bez brania pod uwagę, iż jest to przypadek szczególny, po których jego stan konsekwentnie się pogarszał - i podejrzenie, że gdyby ukończył drugi rok życia, rodzice mogliby dochodzić gigantycznych odszkodowań z tytułu powikłań. Lepiej więc było go zawczasu zabić - nie ma dziecka, nie ma problemu. Wpisuje się to zresztą w mroczną tradycję Alder Hey Hospital, mającego na swoim koncie m.in. nielegalne pobieranie i handel narządami zmarłych dzieci, a także niewyjaśnione zgony małych pacjentów. No i wreszcie postać sędziego Haydena – zwolennika aborcji i eutanazji oraz aktywisty LGBT opowiadającego się za prawem do adopcji dzieci przez pary jednopłciowe. Słowem, klasyczny produkt lewackiej obróbki ideologicznej, oddelegowany na odcinek wymiaru sprawiedliwości.


II. Imperium zła

Jak na ironię, w tym samym czasie media ekscytowały się narodzinami kolejnego „royal baby” - i muszę powiedzieć, że obserwując tę schizofrenię, miałem nieodparte wrażenie obcowania z jakimś satanistycznym obrzędem. Zabójstwo Alfiego Evansa wyglądało wręcz na coś w rodzaju mordu rytualnego - bo też determinacja wszystkich organów brytyjskiego państwa w dążeniu do zamordowania tego chłopca była wprost nieludzka. Może u nich jest taka niepisana tradycja, że gdy w rodzinie królewskiej rodzi się nowy potomek, to jakieś inne dziecko musi zostać uśmiercone - i z jakichś względów padło akurat na Alfiego? Biorąc pod uwagę zbrodniczą historię brytyjskiego imperium, wcale by mnie to nie zdziwiło – podobnie, jak nie dziwi mnie paniczny lęk jego przedstawicieli przed modlitwą. Zaraz po śmierci Alfiego włoski zakonnik o. Gabriele Brusco wspierający chłopca i jego rodzinę, został zmuszony przez miejscowych biskupów do opuszczenia Wlk. Brytanii. Wcześniej natomiast został odwołany ze szpitala – jego obecność przy Alfiem i modlitwy były nie na rękę personelowi. Nie pozwolono mu nawet na udzielenie sakramentu namaszczenia chorych. Już po wszystkim, Episkopat Anglii i Walii w pełni poparł poczynania szpitala i organów państwa – najwyraźniej wśród poddanych królowej obowiązuje żelazna lojalność wobec Korony, a duchowieństwo zobowiązane jest do wspierania poczynań Imperium, nawet jeśli są one skrajnie lewackie i jawnie antychrześcijańskie. W Polsce również mieliśmy namiastkę powyższego. Otóż policja na wezwanie brytyjskich dyplomatów rozgoniła pokojowe spotkania modlitewne pod konsulatami w Warszawie, Lublinie i Krakowie, zorganizowane w dniu urodzin Alfiego – 9 maja. Powód? Modlitwa za duszę małego tak przeraziła przedstawicieli Imperium Zła, że zaczęli „obawiać się o swoje bezpieczeństwo”.

Krótko mówiąc, cywilizacja śmierci stała się oficjalną doktryną brytyjskiej Korony i jest egzekwowana z całą bezwzględnością i okrucieństwem, tak charakterystycznym dla tamtejszej polityki. Kolejną cechą tego, co mieliśmy właśnie okazję zobaczyć, jest porażająca swą perfidią hipokryzja - orędownikami i kapłanami nowego imperialnego paradygmatu są bowiem stada lewackich doktrynerów mieniących się „liberałami”, pokroju wspomnianego wyżej sędziego Haydena. Dla urzeczywistnienia swych ideologicznych założeń gotowi są nawet zabić – bo wszak uśmiercenie Alfiego Evansa było w istocie mordem sądowym. Ów tępy dogmatyzm przekłada się na priorytety działań aparatu państwa w których poczesną rolę odgrywa zwalczanie inaczej myślących – w imię zamordystycznie pojmowanego „liberalizmu”, ma się rozumieć. A to z kolei oznacza, że Wielka Brytania, przy zachowaniu wszystkich „wolnościowych” pozorów stała się państwem szalejącego, lewackiego faszyzmu.


III. Wróg publiczny

Taki system, rzecz jasna, potrzebuje wroga, którego istnienie legitymizowałoby systematyczną likwidację swobód w przestrzeni prywatnej i publicznej – począwszy od władzy rodzicielskiej, a skończywszy na wolności słowa, jaka do niedawna była znakiem firmowym Zjednoczonego Królestwa. Wrogiem tym jest obecnie „prawicowy ekstremizm” oznaczający każdego, kto odstaje choćby o włos od zadekretowanej linii. Przykładowo, na własnej skórze odczuli to przywódcy antyimigranckiego ugrupowania Britain First - Paul Golding i Jayda Fransen skazani na kary więzienia (odpowiednio – 18 i 36 tygodni) za „szerzenie nienawiści na tle religijnym i światopoglądowym”. Owo „szerzenie nienawiści” polegało m.in. na sprzeciwie wobec islamizacji Wielkiej Brytanii, przejawiającej się chociażby długoletnią bezkarnością gangów pakistańskich stręczycieli i gwałcicieli nieletnich dziewcząt w Rotherham, Rochdale, Telford i wielu innych miastach – przy bierności policji obawiającej się oskarżeń o „rasizm”. Z kolei w Newcastle urzędnicy mieli zakaz mówienia o przynależności etnicznej sprawców, by nie szkodzić „jedności społeczeństwa”. Paul Golding przypłacił już pobyt za kratami dotkliwym pobiciem i złamaniem nosa. Z podobnych powodów do aresztu trafił inny aktywista – Tommy Robinson, znany polskim odbiorcom ze świetnego wideoreportażu o Marszu Niepodległości. Pozornie to wszystko jest odległe od sprawy Alfiego Evansa, lecz w rzeczywistości mamy do czynienia z elementami tej samej, totalniackiej układanki.

Dwa lata temu kibicowałem Brexitowi, widząc w nim szansę na uwolnienie się tego kraju spod lewackiej okupacji Brukseli. Dziś okazuje się, że Wlk. Brytania wyszła z Unii tylko po to, by praktykować lewactwo na własną rękę i w jeszcze bardziej restrykcyjnej formie.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 20 (19-24.05.2018)

Głosuj jak chcemy...

...albo Unia zabierze ci kasę. Tak można w skrócie podsumować wymowę artykułu opublikowanego przez Guya Verhofstadta we wpływowym „Project Syndicate”. Tekst prominentnego eurodeputowanego (w oryginale zatytułowany wymownie „The EU Must Stop Funding Illiberalism”) pofatygowała się przetłumaczyć na język polski skrajnie lewicowa „Krytyka Polityczna” - i dobrze się stało, bo dzięki temu krajowy czytelnik może się przekonać, co tak naprawdę chodzi po głowach brukselskim mandarynom. Nie mam bowiem wątpliwości, że znany ze swej zapalczywości flamandzki polityk powiedział jedynie głośno to, co inni „zawodowi europejczycy” pokroju Timmermansa czy Junckera ukrywają za zasłoną górnolotnych sloganów o demokracji i praworządności. Na marginesie przypomnijmy, że Verhofstadt to ten, który podczas jednego z antypolskich sabatów w Parlamencie Europejskim wypalił, że w Marszu Niepodległości ulicami Warszawy przeszło 60 tys. „neonazistów” i „białych suprematystów” - i jego przemyślenia w „Project Syndicate” charakteryzuje podobny poziom ideologicznego zacietrzewienia.

Belgijski europoseł za główny cel swojego ataku obrał oczywiście Polskę i Węgry – dwa kraje, które w ostatnich latach ośmieliły się wyłamać z unijnego głównego nurtu, budząc nieskrywaną wściekłość tamtejszego establishmentu. Na początek wypomina obu państwom miliardy euro zainkasowane w ramach europejskiego Funduszu Spójności (Polska – 77 mld. euro, Węgry 22 mld), za co te nie okazały darczyńcom należytej wdzięczności, wybierając sobie „nieliberalne, prawicowe i populistyczne rządy”, które „flirtują z autorytaryzmem” - co Verhofstadt uważa za problem poważniejszy od kryzysu migracyjnego i brexitu. Orbanowi zarzuca m.in. praktyki korupcyjne, rządowi PiS oczywiście „niszczenie” sądownictwa, obydwu zaś – ataki na media i „przykręcanie śruby” organizacjom pozarządowym. Mimo tego, konstatuje ze zgrozą Verhofstadt, Orban w niedawnych wyborach sięgnął po większość konstytucyjną. W związku z tymi niesłychanymi zbrodniami europarlamentarzysta stwierdza: „Jest nie do przyjęcia, by pieniądze unijnych podatników szły na akty próżności nieliberalnych elit, podkopujących bez żadnych skrupułów demokratyczne instytucje, które stanowią o istocie europejskiej wspólnoty”.

Dalej autor proponuje szereg rozwiązań dyscyplinujących niesubordynowane państwa. Począwszy od 2020 r. (czyli wraz ze startem nowego unijnego budżetu), wypłacanie środków z Funduszu Spójności uzależnione miałoby zostać od efektów „obiektywnego monitoringu” prowadzonego przez unijne instytucje. W przypadku oblania takiego testu, pieniądze byłyby zamrożone na specjalnym „funduszu rezerwowym”, a następnie „przekierowywane na wsparcie dla uniwersytetów, ośrodków badawczych i innych instytucji społeczeństwa obywatelskiego w tym państwie”. Co ciekawe, taka procedura „pokazałaby obywatelom państw zbaczających z właściwej ścieżki, że UE nie chce ich karać za zachowanie ich władz”. Całość wieńczy zdanie: „Czas pokazać, że za lekceważenie norm UE się płaci”.

Omówiony tu pokrótce elaborat znakomicie pokazuje, jak spod maski liberała wyłazi ponura gęba totalniackiego doktrynera nie potrafiącego zaakceptować najmniejszego odchylenia od jedynie słusznej linii (ten passus o „zbaczaniu z właściwej ścieżki”!) - i na dodatek obłudnika, stosującego wyznawane poglądy nader wybiórczo. Brukseli jakoś nie przeszkadzał festiwal korupcji i dławienia opozycyjnych mediów na Węgrzech pod rządami postkomunistów czy w Polsce za czasów zaprzyjaźnionej PO – podobnie, jak nie przeszkadza jej dziś korupcja na Malcie lub w Rumunii. Retorycznie można zapytać, czy Verhofstadt byłby równie pryncypialny wobec np. Francji z Frontem Narodowym u władzy, bądź Niemiec pod rządami AfD? Nade wszystko jednak mamy tu jasno sformułowany dyktat pod adresem społeczeństw Polski i Węgier – głosujcie na „właściwe” partie, albo będziecie mieli kłopoty. W kontekście groźby wstrzymania środków z Funduszu Spójności, słowa o tym, że Unia nie chce karać obywateli za poczynania ich władz, brzmią niczym kiepski dowcip. Podobnie jest z projektem dofinansowania „instytucji społeczeństwa obywatelskiego” - czyli, mówiąc wprost, ośrodków propagandowych mających urabiać masowe nastroje w pożądanym przez eurokratów duchu. Współbrzmi to ze sformułowanym ponad rok temu w wywiadzie dla Euractiv.pl postulatem Romana Imielskiego z „Wyborczej”, by Unia zaczęła subwencjonować media (w domyśle – te „właściwe”).

Słowem, mamy tu zarysowaną wizję drastycznych (i, co ważne, pozatraktatowych – to tyle, jeśli chodzi o „praworządność”) restrykcji gospodarczych. Ostatni raz wobec Polski coś podobnego zastosowały USA po wprowadzeniu stanu wojennego. Tyle, że wtedy Polacy wiedzieli, iż sankcje nie są skierowane przeciw nim, lecz juncie Jaruzelskiego. Widzę jednak i pozytyw: otóż urzeczywistnienie majaczeń Verhofstadta spowodowałoby z miejsca wzrost antyunijnych nastrojów i powiększenie się liczby zwolenników polexitu. Hmm... może zatem warto trochę pocierpieć?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 19 (18-24.05.2018)

niedziela, 10 grudnia 2017

Cena demokracji

Za komfort demokracji trzeba płacić - i to nie górnolotnymi frazesami, lecz całkiem przyziemnymi, realnymi pieniędzmi.


Popularne powiedzenie gospodarczych liberałów głosi, że „nie ma darmowych obiadów” - i pełna zgoda, w życiu za wszystko trzeba płacić taką czy inną walutą. Problem zaczyna się w momencie, gdy powiedzenie to wykorzystywane jest w charakterze polemicznej kłonicy przeciw, najogólniej mówiąc, redystrybucji dóbr. Przecież nikt przytomny nie twierdzi, że państwowa służba zdrowia, edukacja, czy rozmaite świadczenia socjalne są „za darmo”. Wiadomo, że trzeba pokrywać je z podatków, a gdy tych nie wystarczy - z zadłużania państwa. Tego ostatniego należy oczywiście w miarę możliwości unikać – z szeregu przyczyn, począwszy od groźby bankructwa, poprzez etyczno-ekonomiczny aspekt obciążania długami kolejnych pokoleń, a skończywszy na kwestii suwerenności, której zagraża uzależnienie finansowe od globalnych spekulantów. Rzecz w tym, by obciążenia na szeroko rozumianą sferę publiczną rozłożyć w sprawiedliwy i efektywny sposób, nie dopuszczając do nawarstwienia się społecznych nierówności.

I w tym momencie przechodzimy do sedna niniejszego felietonu. Otóż twierdzenie, że „nie ma darmowych obiadów” dotyczy także społecznego spokoju i samej demokracji. Tak - za demokrację i komfort prowadzenia interesów w przewidywalnym otoczeniu też trzeba płacić. To tak oczywiste, że aż niewiarygodne, że trzeba to tłumaczyć – jednak owa prosta konstatacja nader często wolnorynkowcom umyka. Ceną społecznej stabilizacji są nie tylko bezpośrednie transfery socjalne, ale też np. stabilne formy zatrudnienia i pewność emerytur. Kiedy tego brakuje, wkrada się niepokój będący pożywką dla tzw. „populistów” - czyli mówiąc po ludzku, polityków wsłuchujących się w zbiorowe lęki i frustracje, by następnie wykorzystać je dla swoich celów. Rozumiano to dobrze na Zachodzie w czasach zimnej wojny, kiedy strach przez komunizmem i społeczną rewoltą zmusił tamtejsze elity (również biznesowe) do wprowadzenia „welfare state”. Gdy komunistyczne zagrożenie stopniowo mijało, wielki biznes coraz głośniej wołał „hulaj dusza” wchodząc w okres globalnej spekulacji, niczym nieograniczonej maksymalizacji zysku, prekaryzacji rynku pracy i absolutyzowania wolności gospodarczej w myśl demagogicznej maksymy, że „przypływ podnosi wszystkie łodzie”.

Efekty znamy. „Przypływ” wcale nie podniósł „wszystkich łodzi”, tylko te największe, mniejsze zatapiając – drobny, rodzinny biznes na całym świecie jest w odwrocie, co przekłada się nie tylko na utratę samodzielnych źródeł utrzymania, lecz również odziera rzesze ludzi z poczucia własnej wartości. Rzekoma wolność doprowadziła do daleko posuniętej oligarchizacji światowej gospodarki. Realne płace stanęły w miejscu, czemu towarzyszy postępujący zanik klasy średniej – ostoi społecznego konsensusu gwarantującego porządek. W USA epoka Eisenhowera z 91 proc. podatkiem od dochodów przekraczających 400 tys. dol. jawi się niczym raj utracony. „Uśmieciowienie” rynku pracy doprowadziło do wytworzenia nowej warstwy społecznej – prekariatu, czyli rzesz ludzi wiecznie niepewnych jutra, często mimo podjęcia pracy kwalifikujących się do pomocy socjalnej („working poor”), co zresztą koncerny cynicznie wykorzystują, przerzucając część kosztów pracy na państwo (taki „Wall Mart” wręcz szkoli pracowników w efektywnym korzystaniu z opieki społecznej). Okazało się, że wbrew innemu sloganowi, bogactwo wcale nie „skapuje w dół”, tylko zatrzymuje się na górze.

Skutkiem powyższego jest rosnące rozwarstwienie i związany z tym gniew, poczucie przegranej i frustracja. To zaś tworzy naturalne podglebie dla różnych niebezpiecznych tendencji. Liberałowie dziwią się, skąd nagle „fala populizmu”, wygrana Trumpa czy popularność różnych radykałów. Ano właśnie stąd – sami na to zapracowaliście nieopanowaną żądzą zysku bez oglądania się na konsekwencje.

Dlatego tak pomstuję w kolejnych felietonach na „śmieciówki”, niskie płace, rozwarstwienie i piętnuję cwaniackie firmy „optymalizujące” zobowiązania podatkowe - słowem, na ten cały ekonomiczny bantustan. Z tych samych przyczyn chwalę program 500+ i uszczelnianie podatków. Dlatego też moim wrogiem numer jeden jest oligarchia pieniądza na czele z banksterskimi spekulantami, wysysająca niczym upiór soki życiowe z całych narodów – a także, chociażby globalne umowy handlowe.

Tu zastrzeżenie – powyższe poglądy zwykło się dezawuować oskarżeniami o socjalizm. Otóż nie, to nie żaden „socjalizm”, tylko społeczny konserwatyzm – stara, dobra chadecja z czasów, kiedy to pojęcie jeszcze cokolwiek znaczyło. Demokracja to inwestycja – żeby wyjąć, trzeba najpierw włożyć. Tak więc, jeśli chcemy funkcjonować w demokratycznym państwie prawa, a nie w targanym niepokojami bantustanie, to zacznijmy od poparcia dla zatrudniania pracowników na normalną umowę o pracę, płacenia im godziwych pieniędzy nawet kosztem nieco niższego zysku i uczciwego odprowadzania podatków. Nie ma darmowych obiadów, a za komfort demokracji trzeba płacić - i to nie górnolotnymi frazesami, lecz całkiem przyziemnymi, realnymi pieniędzmi.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 49 (08-14.12.2017)

niedziela, 30 kwietnia 2017

Darwinizm po polsku

Czy nasi orędownicy darwinizmu w jego miejscowej, kolonialnej mutacji oraz ich polityczne ekspozytury wiedzą co promują?

I. Balcerowicz – Breżniew polskiej ekonomii

Wiadomość, że głównym specjalistą PO od gospodarki został prof. Andrzej Rzońca – bliski współpracownik Balcerowicza, członek władz balcerowiczowskiego Forum Obywatelskiego Rozwoju oraz przewodniczący Towarzystwa Ekonomistów Polskich – przyjąłem bez większego zdziwienia. Wybór ten potwierdza bowiem, że „totalna opozycja” niczego się nie nauczyła i nadal obraca się w zaklętym kręgu recept rodem z lat 90-tych minionego stulecia. Jeżeli dodamy do tego Ryszarda Petru – innego wychowanka naszego „ojca transformacji gospodarczej” - to otrzymamy swoisty neoliberalny skansen ze specjalistami wciąż powtarzającymi od niemal trzydziestu lat te same, utarte slogany – zupełnie, jakby nic się w międzyczasie nie zmieniło. Po drodze mieliśmy największy krach finansowy od czasów Wielkiego Kryzysu, swoje podejście do gospodarki zmienia nawet tak wolnorynkowa instytucja jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy, wskazująca na niebezpieczeństwa związane z narastającym rozwarstwieniem społecznym, świat od lewa do prawa zaczytuje się w pracach Thomasa Piketty'ego, rośnie fala sprzeciwu wobec bezrefleksyjnej globalizacji – a ci dalej swoje.

Może to świadczyć o kilku sprawach. Możliwe, że Balcerowicz do tego stopnia zdominował polską myśl ekonomiczną, że zwyczajnie nie sposób znaleźć odpowiednio prominentnych fachowców, którzy nie wywodziliby się z jego „stajni” - i to na przestrzeni międzypokoleniowej, bowiem prof. Rzońca to zaledwie 40-latek, który w czasach „przełomu” uczęszczał do podstawówki. Ich podejście z fetyszyzowaniem PKB (Grecja aż do samego krachu miała „wzrost”), prywatyzacji, wielkich inwestorów (najlepiej zagranicznych) i liberalizacją rynku pracy sprawia wręcz wrażenie tępego, odpornego na rzeczywistość doktrynerstwa. W tym sensie, Balcerowicz jako „guru” wychowujący kolejnych następców (jego FOR z którego przyszedł Rzońca to właśnie taka „kuźnia kadr”) jest niereformowalnym Breżniewem polskiej ekonomii.

Ale możliwe też, że PO sięgając po Rzońcę wykonała ukłon w stronę swojego żelaznego elektoratu. Niezły wgląd w jego sposób myślenia daje chociażby lektura gospodarczych publicystów „Gazety Wyborczej”, a przede wszystkim – spojrzenie „pod kreskę”, na komentarze internautów. Tu już mamy wysyp prawdziwego „lumpenliberalizmu” - z apriorycznym potępieniem aktywności państwa w gospodarce, „rozdawnictwa”, odrazą wobec jakichkolwiek form solidaryzmu społecznego okraszoną pogardą dla beneficjentów tegoż. Powyższe jest zarazem istotną częścią odpowiedzi na pytanie, dlaczego w polskim społeczeństwie istnieje osławiony „plemienny” podział. Otóż zagadnienie nie sprowadza się wyłącznie do kwestii historycznych, kulturowych i politycznych – ogromną rolę odgrywa tu również podział na bazie, powiedzmy, „doktryny ekonomicznej”. Jako zbiorowość padliśmy bowiem ofiarą perfidnego społeczno-gospdarczego eksperymentu. Już wyjaśniam w czym rzecz.


II. Ofiary darwinizmu

Proponuję pewien zabieg myślowy. Odłóżmy na chwilę bieżący spór polityczny i spójrzmy na ludzi wydających z siebie wspomniane wyżej głosy nie jak na wycie opętanych nienawiścią lemingów, lecz jak na... ofiary polskiego darwinizmu społecznego, który wtłaczano im do głów na niemal całej przestrzeni historycznej III RP (a to już w zasadzie całe pokolenie). Darwinizmu albo w wydaniu balcerowiczowskim, albo w doprowadzonej do ściany mutacji korwinowskiej. Sądzę zresztą, że w powszechnym odbiorze nie docenia się roli Korwin-Mikkego i jego projektu polityczno-ideowego w przeoraniu zbiorowej świadomości. Brak znaczących sukcesów wyborczych przesłonił gigantyczną (i skuteczną) pracę „wychowawczą” wykonaną przez tego polityka i jego środowisko. Ta formacyjna robota okazała się zadziwiająco trwała. Sam jako dwudziesto-, dwudziestoparolatek zaczytywałem się w „Najwyższym Czasie!” i naprawdę długo trwało, nim zdołałem się uwolnić od tego wpływu. To niemal sekciarska psychomanipulacja z charyzmatycznym liderem na czele, zaś kpiny bądź oburzenie mainstreamu tym bardziej dodawały mu wiarygodności w oczach jego wyznawców. To jego nauki są jedną z przyczyn zaniku poczucia wspólnotowości, niskiej aktywności społecznej Polaków i piętnowania redystrybucji jako destrukcyjnego rozdawnictwa - wszystko zaś podszyte jawnym, bądź nieco tylko zakamuflowanym egoizmem: dbaj o siebie, inni też niech radzą sobie sami. A jeśli im się nie udaje - trudno, sami są sobie winni - bo leniwi, niezaradni itp.

Przywołam tu pewną obserwację poczynioną przez przyrodników badających społeczności piesków preriowych. Mianowicie zauważono, iż w stadzie są „pieski-altruiści” i „egoiści”. Te pierwsze ostrzegają resztę gdy zauważą drapieżnika, lecz tym samym zwracają na siebie uwagę i częściej padają ofiarą ataku. Te drugie, po zauważeniu zagrożenia chyłkiem chowają się w norkach. W efekcie same przeżywają, lecz wystawiają na niebezpieczeństwo resztę społeczności, która przez to jest szybciej dziesiątkowana przez drapieżniki – na koniec nieuchronnie ofiarami padają sami „egoiści”, bo zostają pozbawieni ochronnej „otuliny” stada. Otóż we współczesnym świecie dąży się do zbudowania zatomizowanych ludzkich zbiorowisk, składających się wyłącznie z „piesków-egoistów”. I taka też jest istota zaordynowanego nam „darwinistycznego” eksperymentu. W czyim leży to interesie? Nie tylko mrocznych „władców marionetek” budujących NWO, lecz zupełnie jawnych globalnych korporacji dla których skrajne zindywidualizowanie ludzkich postaw jest najlepszą gwarancją, że nie przeciwstawi im się żadna świadoma swych interesów wspólnota.

Wróćmy do naszych „darwinistów”. Dlaczego ci ludzie, często funkcjonujący w realiach prekariatu, z trudem utrzymujący pozycję klasy średniej, bądź wręcz osuwający się w nieokreślony status społeczny „ludzi bezprzydziałowych” z takim samobójczym uporem głoszą nie mające nic wspólnego z rzeczywistością „wolnorynkowe” tezy? Bo mają nadzieję, że kiedyś się odkują i to oni będą na górze? Oczywiście nie będą, no, może nieliczne jednostki - całej reszcie uniemożliwi to ów balcerowiczowsko-korwinowski „liberalny” system quasi-niewolniczego rynku zdominowanego przez korporacje. Mit „od pucybuta do milionera” właśnie dlatego jest tak często przedstawiany jako wzór, bo utrwala w świadomości fikcję nieograniczonych możliwości samorealizacji. Tyle, że podobna droga udała się jedynie nielicznym, wybitnym jednostkom, które posiadały predestynujące je do sukcesu indywidualne cechy. Przytłaczająca większość ludzi nie posiada tego typu przymiotów i dlatego ludzkość nie składa się z ponad siedmiu miliardów milionerów. Ale zarazem ten mit ma wartość i siłę dyscyplinującą, motywującą ludzi by wypruwali sobie żyły w rynkowej konkurencji, która ich przeżuje i wypluje - ale oni o tym dowiadują się poniewczasie, do tego momentu zaś dziarsko tyrają w kieracie, karmiąc się złudzeniami. Tak więc z punktu widzenia interesów Systemu, omawiana tu bajka wraz z towarzyszącym jej pakietem (anty)społecznych postaw jest niezwykle użyteczna.


III. Współczesne niewolnictwo

Pisząc o niewolnictwie bynajmniej nie przesadzam. To nie tylko przymus ekonomiczny i funkcjonowanie w realiach w których niemożliwe jest życie bez długów - co sprawia, że nasze przyszłe dochody należą de facto do międzynarodówki lichwiarzy. Zwróćmy uwagę, że np. korporacje mają nad swymi pracownikami władzę dyktatorską, porównywalną z właścicielami niewolników - ale bez zobowiązań, które obciążały tychże. Dyktują sposób ubioru („dress code”), nadzorują wolny czas, sposób zachowania nie tylko w pracy lecz i poza nią (by niesubordynowany pracownik nie obciążył wizerunkowo firmy), kontrolują zachowania na portalach społecznościowych itp. Jest to przy tym „niewolnictwo rozproszone” - pracodawca i banki (czasem zresztą na jedno wychodzi w przypadku korporacji finansowych) „dzielą się” prawami do niewolników - jedni biorą jego pracę i lwią część życia prywatnego, drudzy - znaczną cześć zarobków poprzez uzależnienie kredytowe (na mieszkanie, samochód, dobra konsumpcyjne, wczasy itd.).

Liberał powie na to, że przecież nie ma przymusu - można się zwolnić, przejść do innej firmy, albo zrezygnować z różnych dóbr i się nie zadłużać. Problem w tym, że taki wyidealizowany konstrukt kompletnie rozmija się z realiami. Równorzędność relacji pracownik-pracodawca wedle której dwa podmioty zawierają dobrowolną umowę jest fikcją. Decydującą rolę w wymuszaniu pożądanych z punktu widzenia Systemu zachowań odgrywa bowiem wspomniana już presja ekonomiczna. Dlatego taką wściekłość wywołują projekty zmierzające do urealnienia skutecznego ściągania podatków od wielkich firm, czy programy redystrybucyjne w rodzaju „500+” - oni czują, że w ten sposób wymyka się im z rąk część władzy nad niewolnikami.

Na koniec pozostaje już tylko pytanie – czy nasi orędownicy darwinizmu w jego miejscowej, kolonialnej mutacji oraz ich polityczne ekspozytury wiedzą co promują, czy są po prostu tak zaślepieni, że nic do nich nie dociera? Jak Państwu się wydaje?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/4757-pod-grzybki


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 17-18 (26.04-09.05.2017)


czwartek, 11 września 2014

Niewolnicy Europy

Tak funkcjonuje nowoczesne niewolnictwo – naszym jedynym atutem są biedacy gotowi wypruwać sobie żyły za półdarmo, inwestuj u nas!

I. Nowoczesne niewolnictwo

„Są tylko dwa państwa w Europie z tak tanimi pracownikami: Polska i Albania” - tak chwalił sobie inwestycję w Polsce przedstawiciel włoskiego koncernu produkującego słodycze na spotkaniu z polskim biznesmenem. To była prywatna rozmowa o której doniosły mi wróbelki, więc nie podam nazwy tej firmy, ale każdy z Czytelników może sobie sprawdzić w internecie jakież to włoskie słodkości są wytwarzane w naszym kraju. Dodatkowym atutem w oczach italskiego inwestora jest brak mafii, czyli zmory włoskiej gospodarki, której trzeba się na każdym kroku okupywać, by móc w ogóle prowadzić jakąkolwiek działalność. Po prostu – żyć nie umierać.

Warto w tym kontekście przypomnieć prospekt „Investing in Poland 2014” w którym województwo warmińsko-mazurskie chwaliło się: „Mamy największą stopę bezrobocia w Polsce i najniższe zarobki. Dzięki temu zapewniamy inwestorom bogate zasoby taniej siły roboczej”. Innymi słowy – naszym jedynym atutem są biedacy gotowi wypruwać sobie żyły za półdarmo, inwestuj u nas! Tak funkcjonuje nowoczesne niewolnictwo – system pod pewnymi względami bardziej perfidny od niewolnictwa tradycyjnego. Niegdyś pan musiał niewolnika odziać, nakarmić, zapewnić dach nad głową, a nawet leczyć (niewolnik był drogi, trzeba było dbać o inwestycję). Dziś te wszystkie obowiązki odpadają. Dostajesz dziesięć złotych brutto za godzinę na śmieciówce i radź sobie człowieku – opłać czynsz, rachunki, nakarm się i ubierz. A jeśli ci mało, to spadaj na zmywak do Anglii, lub do bauera na pole.

II. Łże-liberalizm dla ubogich

Powyższe refleksje naszły mnie, gdy uświadomiłem sobie, że jakoś tak niepostrzeżenie minęła kolejna rocznica podpisania „Porozumień Sierpniowych”. Na ile współczesna Polska odzwierciedla pragnienia tych, którzy o nią walczyli, często przypłacając swa walkę zdrowiem, życiem, a co najmniej wykluczeniem, zepchnięciem na margines, a dziś nędzą na głodowej emeryturze? Z ciekawości zajrzałem sobie na stronę Warmińsko-Mazurskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, by dowiedzieć się jakież to atrakcje prócz „bogatych zasobów taniej siły roboczej” ma do zaoferowania. I tu pytanie: co wspólnego z kapitalizmem, lub liberalizmem, który ponoć u nas panuje, mają dofinansowania z budżetu inwestycji przygotowywanych pod zatrudnienie „taniej siły roboczej” na umowach śmieciowych? A takowe oferuje wspomniana „strefa” – nie ona jedna zresztą. Spójrzmy: „dla województwa warmińsko-mazurskiego maksymalną wysokość pomocy przepisy ustalają na poziomie 50% kwalifikowanych kosztów nowej inwestycji lub 50% dwuletnich kosztów pracy nowo zatrudnionych pracowników” .

Oto łże-liberalizm w całej swej okazałości. Łże-liberalizm, czyli po prostu kolejna mutacja socjalizmu. Ów neo-socjalizm polega na sprzęgnięciu „inwestorów” z władzą polityczno-urzędniczą w jeden organizm żerujący na reszcie społeczeństwa. Efekty? Prócz gnębienia nieuprzywilejowanych, najczęściej drobnych i średnich rodzimych przedsiębiorców (bo ktos jednak te podatki przeznaczone na udelektowanie wielkich inwestorów zapłacić musi) mamy postępującą pauperyzację, bo bogactwo nie ścieka w dół, tylko jest wyprowadzane – kapitał ma bowiem, wbrew popularnemu mitowi, narodowość. My zostajemy z papierowymi słupkami wzrostu PKB z którego nic nie wynika, bo jego owoce konsumuje nie ten, kto go realnie wypracował.

Albo jeszcze inaczej: liberalizm mamy dla biednych. Mamy liberalne koszty pracy i elastyczne formy zatrudnienia, często przez współczesne biura wynajmu niewolników, czyli agencje pracy tymczasowej, a dla uprzywilejowanych socjalizm - pomoc publiczną przy inwestycjach, zwolnienia z podatków, ulgi i preferencje. Wskutek tego pojawia się zjawisko tzw. working poor - „pracującej biedoty”, czyli ludzi, których mimo podjęcia pracy nie stać na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Gwoli ścisłości – wspomniany na początku Włoch pomylił się o tyle, że wedle Eurostatu godzinny koszt pracy plasuje nas na szóstej pozycji od końca w UE, jednak marna to pociecha, zważywszy że według danych tegoż Eurostatu z 2012 roku w Polsce żyje ponad 10 mln ludzi (27,8%) spełniających kryteria ubóstwa, bądź zagrożonych ubóstwem lub wykluczeniem społecznym.

III. Widmo nędzy

A będzie jeszcze gorzej. Na horyzoncie rysuje się bowiem widmo nędzy niespotykanej chyba od czasów wojny - krach systemu emerytalnego. Już teraz wiadomo, że na emerytury ZUS-owskie nie ma co liczyć, w chwili obecnej przejadane są już nawet te pieniądze, które rząd niedawno zajumał z OFE. Zresztą OFE, które przez lata inwestowały w znacznej mierze w obligacje Skarbu Państwa, zajmowały się de facto finansowaniem z naszych składek długu publicznego, zaś poziom zwrotu jest tak mizerny, że bardziej opłacałoby się wrzucić te pieniądze na jakąkolwiek lokatę bankową. Tego jednak uczynić nie możemy, bo Sąd Najwyższy w wyroku z 04.06.2008 roku uznał, że „składki na ubezpieczenie emerytalne odprowadzane do funduszu nie są prywatną własnością członka funduszu”. Tak więc ze szczątkowego „drugiego filaru” otrzymamy jakieś grosze, a i to pod warunkiem, że kolejny światowy krach finansowy nie doprowadzi funduszy do bankructwa, lub rząd nie zabierze wszystkiego, by opędzić bieżące wydatki.

Z rozbrajającą szczerością przyznał to zresztą Waldemar Pawlak, który wprost oświadczył, że zabezpieczeniem na starość powinny być dzieci, bo emerytur nie będzie. O oszczędnościach również nie ma co myśleć, bo dla większości Polaków przy obecnych relacjach elementarnych kosztów utrzymania do zarobków odłożenie czegokolwiek jest zwyczajnie niemożliwe. Przeciwnie – jesteśmy permanentnie zadłużeni. Jak nie kredyt hipoteczny na kilkadziesiąt lat, to chwilówki. Jesteśmy zatem niewolnikami podwójnymi - „inwestorów” takich jak ci Włosi od czekoladek, oraz finansowych grandziarzy. Ale nic to – ci, którzy pełnią obecnie rolę nadzorców roboczego, polskiego bydła i tak nam powiedzą, że III RP to spełniony sen historycznej „Solidarności”.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://podgrzybem.blogspot.com/2012/02/zielona-wyspa-w-czarnej-dziurze.html

http://niepoprawni.pl/blog/346/lze-liberalizm

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 36 (08.09-14.09.2014)

 

sobota, 12 października 2013

Łże-liberalizm

Wychodzi na to, że liberalizm jest rodzajem ułudy dozowanej ludowi wedle uznania przez banki.

I. Błąd liberałów

Ciężko mi to pisać jako zwolennikowi wolności gospodarczej, który uważa że swoboda produkcji i handlu jest czynnikiem najwydajniej sprzyjającym wytwarzaniu bogactwa zarówno narodów, jak i poszczególnych jednostek – ale z tym całym liberalizmem jest jednak coś nie tak. Tu od razu uprzedzę, że będę posiłkował się „Wojną o pieniądz” Song Hongbinga i można niniejszą notkę potraktować jako dopełnienie mojego poprzedniego tekstu „Kawał rzetelnej, chińskiej propagandy”.

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, iż doktryna liberalna stanowi pewien ideowy destylat, który nigdzie i nigdy nie był w stu procentach zrealizowany. Postulaty liberałów wskazują jedynie zasadniczy kierunek, który ma nam mówić, że im mniej obciążeń fiskalnych oraz prawnych ograniczeń narzucanych jest na gospodarkę, tym lepiej ona funkcjonuje ku pożytkowi – mniejszemu lub większemu – wszystkich uczestników obiegu. Krótko mówiąc: tyle państwa, ile jest to konieczne, tyle rynku, ile jest to możliwe. Państwo w tej koncepcji powinno przede wszystkim nie przeszkadzać – co nie znaczy, że ma być słabe. Przeciwnie - ma być „chude, ale żylaste” jak to onegdaj ujął Korwin-Mikke – winno pilnować bezpieczeństwa wewnętrznego i zewnętrznego oraz praworządności.

Nie rozstrzygając tutaj, na ile ta wizja jest możliwa do zrealizowania i jakie zagrożenia się z nią wiążą („darwinizm społeczny”), łatwo zauważyć, że w tej optyce państwo staje się wrogiem dążącym do poszerzenia swego władztwa na różnych polach kosztem obywateli i próbującym ograbić ich z majątku. Jednak podstawowy błąd, jaki jest przez liberałów popełniany to przekonanie, że państwo jest wrogiem głównym, jeśli nie jedynym. Tymczasem, wcale tak nie jest.

II. Gospodarka sterowana

I tu przywołać muszę wspomnianą na wstępie „Wojnę o pieniądz” Song Hongbinga, w której to książce głównym przeciwnikiem i zagrożeniem dla zdrowej gospodarki oraz jej harmonijnego rozwoju nie jest wcale państwo, lecz międzynarodowa finansjera – czyli po prostu bankierzy ulokowani w świątyniach szatana na Wall Street, w londyńskim City, w bazylejskim Banku Rozrachunków Międzynarodowych i podobnych inkarnacjach Mammona.

Państwo wraz ze swymi wszystkimi organami jawi się tutaj wręcz jako marionetka i narzędzie w rękach finansistów. Wojna o pieniądz – czyli prawo do jego emisji i kontroli została przez państwa przegrana i to w wymiarze globalnym, a to oznacza wyprowadzenie władzy gospodarczej do banków. Jeżeli dodamy do tego koncepcję kreacji pieniądza fiducjarnego przez prywatne banki centralne jako państwowego długu dla którego zastawem są podatki obywateli (czyli „upaństwowienie” długu i „prywatyzację” zysków), to nagle okazuje się, że liberalizm ma w praktyce zupełnie inne oblicze, niż wynikałoby to z teoretycznych założeń.

Owszem, swoboda obrotu gospodarczego pozostaje czynnikiem pożądanym i korzystnym, ale co począć, gdy cykle koniunkturalne kontrolują rekiny finansjery? Jeśli są w stanie nadmuchać emisją łatwego pieniądza–kredytu bańkę spekulacyjną w którą wchodzą nieświadomi niczego ludzie i przedsiębiorstwa skuszone wizją prosperity, a następnie raptownie „odciąć prąd” przechodząc do etapu „strzyżenia owiec”, to gdzie tu mamy liberalizm? Z jednej strony są hasła o swobodzie przepływu kapitałów, towarów, siły roboczej, a drugiej wychodzi na to, że gospodarka jest jak najbardziej sterowana – tyle, że nie przez państwo.

Kryzysy finansowe zaś to nie wynik naturalnego cyklu koniunkturalnego, żaden „dopust Boży” wynikający z okresowego „przegrzewania się” gospodarki, tylko sprokurowane na zimno skoki na kasę. Mechanizm jest prosty: odcinamy, bądź podrożamy udzielane dotąd hojną ręką kredyty, a gdy następuje krach, zgarniamy jak szuflą gwałtownie tracący na wartości majątek. W ten sposób można załatwić cale państwa (np. załamanie na rynkach wschodnioazjatyckich), nie mówiąc już o milionach szarych obywateli, którym np. raptownie staniały domy poniżej kwoty kredytu, który wciąż mają do spłacenia.

III. Łże-liberalizm

Wychodzi zatem na to, iż rzekomy „liberalizm” jest rodzajem ułudy dozowanej ludowi wedle uznania przez banki. Innymi słowy, jest to rodzaj systematycznej hodowli polegającej na naprzemiennych etapach „podkarmiania” koniunktury (i wtedy mówi się nam, że liberalizm „działa”) oraz „strzyżenia owiec” (i wówczas powiada się rozkładając ręce, iż nastąpiło „przegrzanie”). Różnica między takim “liberalizmem” a interwencjonizmem jest taka, że łapę na gospodarce zamiast państwa trzyma prywatna oligarchia… Czyli, mamy do wyboru dwie patologie.

System łże-liberalnego mirażu polega więc na tym, że w skali „mikro” może panować daleko posunięta swoboda gospodarcza, niskie podatki, wycofanie się państwa z różnych biurokratycznych „knebli”, wszystko to wspomożone sprawnym sądownictwem – a mimo to w skali „makro” będziemy mieli do czynienia z niemalże ręcznym sterowaniem gospodarką jako całością. Kluczem do owego panowania jest emisja pieniądza – szczególnie, gdy nie ma on zabezpieczenia w stałych walorach, takich jak kruszce. Nie bez przyczyny Mayer Rothschild powiedział, że jeśli ma kontrolę nad emisją pieniądza w danym kraju, nie dba o to jaka kukła siedzi na tronie (w wersji łagodniejszej – nie dba o to, kto stanowi w nim prawo). Z doktryną liberalną opisaną w pierwszej części notki taka sytuacja nie ma nic wspólnego, dlatego też obecny system nazwałem „łże-liberalizmem”.

Wymowną ilustracją obecnego stanu rzeczy jest podane w książce Song Hongbinga zestawienie siły nabywczej głównych światowych walut na przestrzeni czasu. Okazuje się, że dopóki pieniądz miał zakorzenienie w złocie, jego siła nabywcza mimo różnych zawirowań praktycznie nie spadała. W momencie odejścia od parytetu złota, poleciała na łeb na szyję. I to również jest fragment procederu systemowego rabunku bogactwa wypracowywanego przez pokolenia ludzi „strzyżonych” przez centralnie sterującą cyklami koniunkturalnymi finansową międzynarodówkę.

Czy jest wyjście z tej sytuacji? Teoretycznie tak. Państwo musi odzyskać monopol na emisję pieniądza – odpowiednik królewskiej prerogatywy bicia monety. Tyle, że ów pieniądz musi diametralnie różnić się od obecnego wirtualnego śmiecia emitowanego jako państwowy dług pod zastaw podatków. Powrót do kruszców jako zabezpieczenia wartości jest jedną z możliwych opcji. Tylko zakorzenienie pieniądza w trwałych, namacalnych walorach jest bowiem gwarancją, że zaczniemy żyć w realnym świecie, nie zaś w gospodarczym Matrixie zafundowanym nam niczym hodowlanej trzodzie.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/kawal-rzetelnej-chinskiej-propagandy

piątek, 11 marca 2011

O liberalizmach


Dedykowane Triariusowi.



I. Tygrysowe wzburzenie.


Pod moim postem „Oligarchowie kontra klasa średnia”, w którym pozwoliłem sobie odróżnić liberalizm gospodarczy w klasycznym rozumieniu od współczesnego łże-liberalizmu, zacny współbloger Triarius raczył zamieścić komentarze w których zauważył, że „łże-liberalizm - to po prostu realny liberalizm, jedyny, jaki istnieje. Wszystkie inne żyją wyłącznie w mózgach różnych mających zaburzenia kontaktu ze światem świrów”, zaś na moje zapytanie czy Adama Smitha również zaliczyłby do „świrów” odparł, iż „do oświeceniowych mędrków raczej”, następnie zaś poddał w wątpliwość czy aby Adam Smith był liberałem, całość zaś zakończył mocnym przytupem, sugerując jakobym z niewidzialnej ręki rynku robił „religię”, „albo jakąś pieprzoną utopię”, podczas gdy „liberalizm (...) to połowa drogi do komunizmu". Starałem się dość wiernie oddać argumentację Triariusa – pełne komentarze TU i TU.


Ponieważ sprawia mi przykrość patrzenie jak niepospolity skądinąd umysł zasnuwa mgła zacietrzewienia, pozwalam sobie na szerszą polemikę w osobnej notce, licząc na zrozumienie.


II. Błąd uogólnienia.


Otóż sądzę, że podstawowy błąd popełniany przez Triariusa (i nie tylko przez niego, zjawisko jest szersze) to sprowadzenie intelektualnego dorobku Oświecenia wyłącznie do Francji oraz różnych Wolterów i Diderotów, tudzież postrzeganie dorobku epoki przez ich pryzmat. Tymczasem Oświecenie anglosaskie to zupełnie inna para kaloszy, a liberalizm Adama Smitha to coś zgoła innego niż utopijne gdakanie Rousseau czy encyklopedystów. Najogólniej rzecz ujmując różnica jest taka, jak między spekulatywnym bujaniem w obłokach i gilotynowaniem każdego, kto nie podziela wyklutej z owego bujania ideologii, a skrzętnym opisem rzeczywistości i wyciąganiem z tejże rzeczywistości wniosków.


Kolejny błąd, to utożsamienie z liberalizmem obecnego antycywilizacyjnego porządku dominującego w krajach i ponadnarodowych strukturach Zachodu tak w sferze materialnej, jak i duchowej – tu odsyłam do mego cyklu o Antycywilizacji Postępu (TU, TU i TU). Innymi słowy, to tak jakby nazwać kurę kaczką, tylko dlatego że możni tego świata dla własnych celów umówili się by wrzeszczeć „kaczka !”.


III. Od liberalizmu do socjalizmu.


Tymczasem, smithowska pochwała przedsiębiorczości, wsparta surową protestancką moralnością i etyką pracy (przepraszam za ten kuchenny weberyzm, ale tak lepiej dla czytelności wywodu) oraz „Teorią uczuć moralnych” bazującą na pojęciu współodczuwania, legła u podstaw gospodarczej potęgi Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych. Samo eksploatowanie kolonii (Wielka Brytania), czy podbitej połaci kontynentu (Stany Zjednoczone) nic by nie dało, gdyby nie fundamentalna, wynikła z obserwacji koncepcja, że u źródeł bogactwa narodów leży nie zgromadzona ilość kruszców, zboża, ziemi - lecz praca. Odmiennej koncepcji hołdowały choćby Hiszpania (złoto) czy Rosja (ziemia). Różnice widać gołym okiem.


No dobrze, ale jak uczył dziadek Arystoteles, ustroje polityczne wynaturzają się, a ja pozwolę od siebie dodać, iż podobna kolej rzeczy dotyka systemy ekonomiczne. W przypadku liberalizmu gospodarczego początek końca to liberalizm socjalny Johna Stuarta Milla, który podmiotem wolności, również gospodarczej, w miejsce jednostki uczynił zbiorowość, społeczeństwo. Ta koncepcja liberalizmu dotarła do Stanów Zjednoczonych, które do tej pory praktykowały zdroworozsądkowy liberalizm opisany przez Adama Smitha nie wiedząc, że mówią prozą. Z pojęciem liberalizmu zetknięto się za oceanem na szeroką skalę za sprawą J.S. Milla właśnie, stąd w Stanach Zjednoczonych „liberał” oznacza lewicowca, czy wręcz lewaka a zwolennik liberalizmu w typie smithowskim to „konserwatysta”.


Później pojawiła się doktryna ekonomiczna Johna Maynarda Keynesa która, będąc reakcją na Wielki Kryzys, legła u podstaw rooseveltowskiego New Dealu z tym całym interwencjonizmem, stymulowaniem popytu przez państwowe inwestycje i lekceważeniem deficytu. Bang! - tu wracamy do naturalnego konfliktu między magnatami a średnią szlachtą, który zarysowałem w przywołanej na wstępie notce „Oligarchowie kontra klasa średnia”, a której fragmenty tak wzburzyły Triariusa. Biznesowa magnateria wyczuła w koncepcji Keynesa swą szansę, bo skoro państwo ma być „aktywne” to przecież nie powierzy realizowania swej aktywności rzeszy drobnych i średnich przedsiębiorców, tylko właśnie magnatom, bo duży może więcej.


To sprzężenie interesów magnaterii i sterroryzowanej kryzysem klasy politycznej legło u źródeł systemu gospodarczego w którym obecnie żyjemy. Dalej już poszło, tym bardziej, że Europa kontynentalna też nigdy nie była od tego. Ironią historii jest, że quasi-socjalistyczna koncepcja Keynesa, powstała jako sprzeciw wobec smithowskiego liberalizmu, dziś nazywana jest „liberalizmem” właśnie, zaś protestujący przeciw niej „antyglobaliści” uważają, że skoro socjalistyczny „liberalizm” się nie sprawdził, to receptą powinno być... więcej socjalizmu, więcej kontroli itd. (vide – postulat globalnego podatku od przepływu kapitałów).


IV. Miedzy neototalitaryzmem a liberalizmem.


Jak widać z powyższego, termin „liberalizm”, to taki kąsek, który wyrywają sobie z gardeł najróżniejsze grupy, podkładając pod to pojęcie wzajemnie wykluczające się treści i twierdząc, że moja definicja jest „najmojsza”. Obecnie górą są bękarty poczęte z mariażu francuskich oświeceniowych mędrków, liberalizmu socjalnego J. S. Milla i doktryny ekonomicznej Keynesa, zaczadzone dodatkowo sowietyzmem i rewoltą kontrkulturową „pokolenia ‘68”. Oczywiste jest, że tak rozumiany „liberalizm”, to „połowa drogi do komunizmu”, bez dwóch zdań. Za sprawą tych bękartów słowo „liberalizm” przeżuwane jest przez porządnych ludzi z niesmakiem, zaś określenie „liberał” robi za standardową obelgę w polityczno-ideologicznych naparzankach. Tyle, że ten „liberalizm” to tak naprawdę neototalitarna opresja i zniewolenie – na każdym poziomie, tak ekonomicznym jak i duchowym, zatem ja pozwalam sobie tę toksyczną mutację określać mianem „łże-liberalizmu”. To „jawny bądź zakamuflowany totalitaryzm” podszywający się pod wolność.


Prawdziwy liberalizm natomiast, mający na uwadze dobro ludzi a nie „ludu”, określany niekiedy mianem liberalizmu konserwatywnego (wolność gospodarcza plus konserwatyzm światopoglądowy), to nic innego jak powrót do Adama Smitha – premiowania pracy i przedsiębiorczości obywateli (przy czym Smith „niewidzialną rękę rynku” nie tyle „odkrył”, jak kąśliwie stwierdził Triarius, ile po prostu opisał). Rolą państwa w owym „premiowaniu” jest (poza budową infrastruktury) zapewnienie równych warunków – takich samych obciążeń fiskalnych (w miarę możności niskich), sprawnego sądownictwa oliwiącego obrót gospodarczy, zlikwidowanie przeróżnych żerowisk na styku władza-biznes, słowem: ukrócenie kleptokratycznych mechanizmów blokujących rozwój klasy średniej - podstawy każdego zdrowego państwa i narodu.


Moim zdaniem jest to podejście godne, słuszne i zbawienne. I tak, to jest właśnie liberalizm.


Gadający Grzyb