Czy
nasi orędownicy darwinizmu w jego miejscowej, kolonialnej mutacji
oraz ich polityczne ekspozytury wiedzą co promują?
I. Balcerowicz –
Breżniew polskiej ekonomii
Wiadomość,
że głównym specjalistą PO od gospodarki został prof. Andrzej Rzońca –
bliski współpracownik Balcerowicza, członek władz balcerowiczowskiego
Forum Obywatelskiego Rozwoju oraz przewodniczący Towarzystwa
Ekonomistów Polskich – przyjąłem bez większego zdziwienia.
Wybór
ten potwierdza bowiem, że „totalna opozycja” niczego się
nie nauczyła i nadal obraca się w zaklętym kręgu recept rodem z lat
90-tych minionego stulecia.
Jeżeli dodamy do tego Ryszarda Petru – innego wychowanka
naszego „ojca transformacji gospodarczej” - to otrzymamy
swoisty neoliberalny skansen ze specjalistami wciąż powtarzającymi od
niemal trzydziestu lat te same, utarte slogany – zupełnie,
jakby nic się w międzyczasie nie zmieniło. Po drodze mieliśmy
największy krach finansowy od czasów Wielkiego Kryzysu, swoje
podejście do gospodarki zmienia nawet tak wolnorynkowa instytucja jak
Międzynarodowy Fundusz Walutowy, wskazująca na niebezpieczeństwa
związane z narastającym rozwarstwieniem społecznym, świat od lewa do
prawa zaczytuje się w pracach Thomasa Piketty'ego, rośnie fala
sprzeciwu wobec bezrefleksyjnej globalizacji – a ci dalej
swoje.
Może
to świadczyć o kilku sprawach. Możliwe, że Balcerowicz do tego
stopnia zdominował polską myśl ekonomiczną, że zwyczajnie nie sposób
znaleźć odpowiednio prominentnych fachowców, którzy nie wywodziliby
się z jego „stajni” - i to na przestrzeni
międzypokoleniowej, bowiem prof. Rzońca to zaledwie 40-latek, który w
czasach „przełomu” uczęszczał do podstawówki. Ich
podejście z fetyszyzowaniem PKB (Grecja aż do samego krachu miała
„wzrost”), prywatyzacji, wielkich inwestorów (najlepiej
zagranicznych) i liberalizacją rynku pracy sprawia wręcz wrażenie
tępego, odpornego na rzeczywistość doktrynerstwa. W
tym sensie, Balcerowicz jako „guru” wychowujący kolejnych
następców (jego FOR z którego przyszedł Rzońca to właśnie taka
„kuźnia kadr”) jest niereformowalnym Breżniewem polskiej
ekonomii.
Ale
możliwe też, że PO sięgając po Rzońcę wykonała ukłon w stronę swojego
żelaznego elektoratu. Niezły wgląd w jego sposób myślenia daje
chociażby lektura gospodarczych publicystów „Gazety Wyborczej”,
a przede wszystkim – spojrzenie „pod kreskę”, na
komentarze internautów. Tu już mamy wysyp prawdziwego
„lumpenliberalizmu” - z apriorycznym potępieniem
aktywności państwa w gospodarce, „rozdawnictwa”, odrazą
wobec jakichkolwiek form solidaryzmu społecznego okraszoną pogardą
dla beneficjentów tegoż. Powyższe
jest zarazem istotną częścią odpowiedzi na pytanie, dlaczego w
polskim społeczeństwie istnieje osławiony „plemienny”
podział.
Otóż zagadnienie nie sprowadza się wyłącznie do kwestii
historycznych, kulturowych i politycznych – ogromną rolę
odgrywa tu również podział na bazie, powiedzmy, „doktryny
ekonomicznej”. Jako
zbiorowość padliśmy bowiem ofiarą perfidnego społeczno-gospdarczego
eksperymentu.
Już wyjaśniam w czym rzecz.
II. Ofiary
darwinizmu
Proponuję
pewien zabieg myślowy. Odłóżmy
na chwilę bieżący spór polityczny i spójrzmy na ludzi wydających z
siebie wspomniane wyżej głosy nie jak na wycie opętanych nienawiścią
lemingów, lecz jak na... ofiary polskiego darwinizmu społecznego,
który wtłaczano im do głów na niemal całej przestrzeni historycznej
III RP (a to już w zasadzie całe pokolenie).
Darwinizmu albo w wydaniu balcerowiczowskim, albo w doprowadzonej do
ściany mutacji korwinowskiej. Sądzę
zresztą, że w powszechnym odbiorze nie docenia się roli
Korwin-Mikkego i jego projektu polityczno-ideowego w przeoraniu
zbiorowej świadomości.
Brak znaczących sukcesów wyborczych przesłonił gigantyczną (i
skuteczną) pracę „wychowawczą” wykonaną przez tego
polityka i jego środowisko. Ta formacyjna robota okazała się
zadziwiająco trwała. Sam jako dwudziesto-, dwudziestoparolatek
zaczytywałem się w „Najwyższym Czasie!” i naprawdę długo
trwało, nim zdołałem się uwolnić od tego wpływu. To niemal sekciarska
psychomanipulacja z charyzmatycznym liderem na czele, zaś kpiny bądź
oburzenie mainstreamu tym bardziej dodawały mu wiarygodności w oczach
jego wyznawców. To
jego nauki są jedną z przyczyn zaniku poczucia wspólnotowości,
niskiej aktywności społecznej Polaków i piętnowania redystrybucji
jako destrukcyjnego rozdawnictwa - wszystko zaś podszyte jawnym, bądź
nieco tylko zakamuflowanym egoizmem: dbaj o siebie, inni też niech
radzą sobie sami.
A jeśli im się nie udaje - trudno, sami są sobie winni - bo leniwi,
niezaradni itp.
Przywołam
tu pewną obserwację poczynioną przez przyrodników badających
społeczności piesków preriowych. Mianowicie zauważono, iż w stadzie
są „pieski-altruiści” i „egoiści”. Te
pierwsze ostrzegają resztę gdy zauważą drapieżnika, lecz tym samym
zwracają na siebie uwagę i częściej padają ofiarą ataku. Te drugie,
po zauważeniu zagrożenia chyłkiem chowają się w norkach. W efekcie
same przeżywają, lecz wystawiają na niebezpieczeństwo resztę
społeczności, która przez to jest szybciej dziesiątkowana przez
drapieżniki – na koniec nieuchronnie ofiarami padają sami
„egoiści”, bo zostają pozbawieni ochronnej „otuliny”
stada. Otóż
we współczesnym świecie dąży się do zbudowania zatomizowanych
ludzkich zbiorowisk, składających się wyłącznie z „piesków-egoistów”.
I taka też jest istota zaordynowanego nam „darwinistycznego”
eksperymentu.
W czyim leży to interesie? Nie tylko mrocznych „władców
marionetek” budujących NWO, lecz zupełnie jawnych globalnych
korporacji dla których skrajne zindywidualizowanie ludzkich postaw
jest najlepszą gwarancją, że nie przeciwstawi im się żadna świadoma
swych interesów wspólnota.
Wróćmy
do naszych „darwinistów”. Dlaczego
ci ludzie, często funkcjonujący w realiach prekariatu, z trudem
utrzymujący pozycję klasy średniej, bądź wręcz osuwający się w
nieokreślony status społeczny „ludzi bezprzydziałowych” z
takim samobójczym uporem głoszą nie mające nic wspólnego z
rzeczywistością „wolnorynkowe” tezy?
Bo mają nadzieję, że kiedyś się odkują i to oni będą na górze?
Oczywiście nie będą, no, może nieliczne jednostki - całej reszcie
uniemożliwi to ów balcerowiczowsko-korwinowski „liberalny”
system quasi-niewolniczego rynku zdominowanego przez korporacje. Mit
„od pucybuta do milionera” właśnie dlatego jest tak
często przedstawiany jako wzór, bo utrwala w świadomości fikcję
nieograniczonych możliwości samorealizacji.
Tyle, że podobna droga udała się jedynie nielicznym, wybitnym
jednostkom, które posiadały predestynujące je do sukcesu indywidualne
cechy. Przytłaczająca większość ludzi nie posiada tego typu
przymiotów i dlatego ludzkość nie składa się z ponad siedmiu
miliardów milionerów. Ale
zarazem ten mit ma wartość i siłę dyscyplinującą,
motywującą ludzi by wypruwali sobie żyły w rynkowej konkurencji,
która ich przeżuje i wypluje - ale oni o tym dowiadują się
poniewczasie, do tego momentu zaś dziarsko tyrają w kieracie, karmiąc
się złudzeniami. Tak
więc z punktu widzenia interesów Systemu, omawiana tu bajka wraz z
towarzyszącym jej pakietem (anty)społecznych postaw jest niezwykle
użyteczna.
III. Współczesne
niewolnictwo
Pisząc
o niewolnictwie bynajmniej nie przesadzam. To nie tylko przymus
ekonomiczny i funkcjonowanie w realiach w których niemożliwe jest
życie bez długów - co sprawia, że nasze przyszłe dochody należą de
facto
do międzynarodówki lichwiarzy. Zwróćmy
uwagę, że np. korporacje mają nad swymi pracownikami władzę
dyktatorską, porównywalną z właścicielami niewolników - ale bez
zobowiązań, które obciążały tychże.
Dyktują sposób ubioru („dress
code”),
nadzorują wolny czas, sposób zachowania nie tylko w pracy lecz i poza
nią (by niesubordynowany pracownik nie obciążył wizerunkowo firmy),
kontrolują zachowania na portalach społecznościowych itp. Jest
to przy tym „niewolnictwo rozproszone”
- pracodawca i banki (czasem zresztą na jedno wychodzi w przypadku
korporacji finansowych) „dzielą się” prawami do
niewolników - jedni biorą jego pracę i lwią część życia prywatnego,
drudzy - znaczną cześć zarobków poprzez uzależnienie kredytowe (na
mieszkanie, samochód, dobra konsumpcyjne, wczasy itd.).
Liberał
powie na to, że przecież nie ma przymusu - można się zwolnić, przejść
do innej firmy, albo zrezygnować z różnych dóbr i się nie zadłużać.
Problem w tym, że taki wyidealizowany konstrukt kompletnie rozmija
się z realiami. Równorzędność relacji pracownik-pracodawca wedle
której dwa podmioty zawierają dobrowolną umowę jest fikcją.
Decydującą
rolę w wymuszaniu pożądanych z punktu widzenia Systemu zachowań
odgrywa bowiem wspomniana już presja ekonomiczna.
Dlatego taką wściekłość wywołują projekty zmierzające do urealnienia
skutecznego ściągania podatków od wielkich firm, czy programy
redystrybucyjne w rodzaju „500+” - oni czują, że w ten
sposób wymyka się im z rąk część władzy nad niewolnikami.
Na koniec pozostaje
już tylko pytanie – czy nasi orędownicy darwinizmu w jego
miejscowej, kolonialnej mutacji oraz ich polityczne ekspozytury
wiedzą co promują, czy są po prostu tak zaślepieni, że nic do nich
nie dociera? Jak Państwu się wydaje?
Gadający
Grzyb
Notek
w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/
Zapraszam
na „Pod-Grzybki” ------->
http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/4757-pod-grzybki
Artykuł
opublikowany w tygodniku „Polska
Niepodległa” nr 17-18 (26.04-09.05.2017)