Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Janusz Korwin-Mikke. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Janusz Korwin-Mikke. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 listopada 2019

Pod-Grzybki 187

Opozycja w euforii, bo odzyskała „wolny Senat” - marszałkiem został nikomu wcześniej nieznany chirurg, prof. Tomasz Grodzki, który z miejsca zaczął zdradzać objawy typowo lekarskiego „kompleksu Boga” i prawić jakieś niemożebne umoralniające kocopoły. Ale ciekawsze jest co innego – prof. Agnieszka Popiela z Uniwersytetu Szczecińskiego oskarżyła Grodzkiego, że ten wziął 500 dolarów łapówki za operację jej umierającej matki. W odpowiedzi władze uniwersytetu skierowały sprawę do rzecznika dyscyplinarnego. I teraz najlepsze – nie sprawę łapówki Grodzkiego, a wypowiedzi prof. Popieli, motywując to przywiązywaniem najwyższej wagi do „współkształtowania standardów moralnych obowiązujących w życiu publicznym”. Proste - Grodzki wymusił na Popieli łapówę, Popiela o tym publicznie powiedziała, więc to Popiela ma sprawę – czego tu nie rozumiecie?


*

W każdym razie, dla uczczenia epokowego triumfu w Senacie, poseł PO Cezary Tomczyk postanowił odśpiewać z mównicy sejmowej „Mazurka Dąbrowskiego” - przy czym okazało się, że nie bardzo kojarzy słowa i musiał posiłkować się ściągą ze smartfona. I pomyśleć, że kiedyś ludzie mieli polewkę z Leppera usiłującego śpiewać „Rotę”... albo z Górniak czy sióstr Godlewskich. Rada dla chłopaków (i chłopakiń) z PO – weźcie i zróbcie sobie zamkniętą nasiadówę w jakimś klubie z karaoke i śpiewajcie hymn aż do skutku. Może za którymś razem zatrybicie, jełopy. Tylko nie pomylcie z „Deutschland, Deutschland über alles...”.


*

Ale, podczas inauguracyjnego posiedzenia Sejmu błysnął również Janusz Korwin-Mikke, któremu chyba wydało się, że wciąż jest w Parlamencie Europejskim, więc w swoim zwyczaju spokojnie przyciął komara. To jednak dobrze, że nie został marszałkiem-seniorem. Wyobraźmy to sobie tylko: „panie prezydencie, wysoka izbo... hrrr... zzz... hrrr... zzz...”.


*

Ekologiści znaleźli kolejny obiekt ataków. Tym razem jest to Sylwester TVP, który ma się odbyć pod Wielką Krokwią w Zakopanem. Powodem są tatrzańskie niedźwiedzie, którym głośna muzyka i „zanieczyszczenie światłem” zakłóci sen zimowy – a Krokiew leży w otulinie parku narodowego. Tego... ekologistom przypominam, że na Wielkiej Krokwi w środku zimy urządzana jest co roku również inna impreza – to konkursy w skokach narciarskich. Zbiera się podczas niej wielotysięczny tłum ludzi, zwykle z wuwuzelami, puszczana jest głośna muzyka, a skoki często odbywają się już po zmroku, przy sztucznym świetle. I wszystko to trwa nie kilka godzin, jak w przypadku sylwestra, lecz przez cały weekend. Lećcie teraz do FIS i Polskiego Związku Narciarskiego tłumaczyć, że to niedopuszczalne, żeby w środku snu zimowego niedźwiedzi urządzać w Zakopanem wielodniowe zawody sportowe. A jeszcze lepiej – spróbujcie taką gadką podenerwować kibiców, jestem szalenie ciekaw reakcji. No i bonus motywacyjny – transmisję z konkursów też robi TVP Kurskiego, a przecież to właśnie o „pisowską” TVP wam chodzi, a nie o żadne niedźwiadki, nieprawdaż?


*

Pora na cotygodniową dawkę „lol-contentu” w wydaniu Sylwii Spurek. Tym razem objawiła, czym się zajmuje Kongres Kobiet w Parlamencie Europejskim. Otóż gender-feministki wzięły na tapetę nieodpłatną „pracę reprodukcyjną” kobiet. Od razu wyjaśniam – chodzi o seks małżeński i w następstwie tegoż, macierzyństwo. Innymi słowy, za pożycie z mężem paniom należy się kasa... Ciekaw jestem tylko, czy znajdzie się odważny facet, który wyskoczy z taką propozycją wobec swej małżonki: „wiesz kochanie, mam kilka stówek na zbyciu, a teraz chodźmy do łóżka”... Ostrzegam – zamiast seksu można w odpowiedzi zaliczyć plaskacza i solidną dawkę „cichych dni”. Podziękowania proszę kierować na adres pani Sylwii.


*

A teraz w sprawie formalnej – czy małżonka za swe „usługi reprodukcyjne” powinna wystawiać fakturę, albo co najmniej paragon fiskalny? Jeśli tak, to z jaką stawką VAT? Po drugie, do „reprodukcji” trzeba jednak również i drugiej strony – czy w takim razie małżonkowie powinni wpierw podpisać umowę o świadczeniu usług wzajemnych? Po czym skonsumować pożycie w obecności notariusza, który zaświadczy, że wszystko odbyło się zgodnie z warunkami umowy? Ewentualnie, całość nagrywać dla późniejszych celów dowodowych i odtworzenia przed obliczem wysokiego sądu? Ech, te decyzje, decyzje...


*

Tak mi się przypomniało – kiedyś funkcjonowała taka tradycja, że po urodzeniu dziecka, matrona dostawała od męża jako dowód wdzięczności jakiś pamiątkowy upominek – np. złoty pierścionek z przyjemnym kamykiem... Czy dla Sylwii Spurek jest to stosowne wynagrodzenie za „pracę reprodukcyjną”, czy też przejaw męskiego, patriarchalnego szowinizmu?


*

No i najważniejsze – co na to wszystko gwałcone przez inseminatorów krowy? Czy pani Spurek w ramach „międzygatunkowego siostrzeństwa” zapytała się swoje krowie koleżanki o zdanie?


*

Tymczasem PiS sprawia wrażenie, jakby nie mogło się pozbierać po wygranej, czego objawem jest gonitwa myśli: jak nie zniesienie 30-krotności składek na ZUS, to podwyżka akcyzy na fajki i alkohol od nowego roku. Mam tylko jedno pytanie: czy z podwyżek akcyzy będą refundowane wyższe standardy opieki medycznej dla palaczy i alkoholików, którzy przez lata hołdowania nałogom zasilali budżet państwa? Należy im się, jak mało komu - przecież bez nich już dawno by to wszystko diabli wzięli.


*

Parlament Europejski podżegany przez tutejszych euro-jurgieltników z Lewicy i PO przegłosował uchwałę potępiającą Polskę za projekt ustawy „Stop pedofilii” zakazujący publicznego propagowania postaw pedofilskich, a także propagowania współżycia bądź podejmowania innych czynności seksualnych przez osoby małoletnie. Jakoś nie wiedzieć czemu, powyższe skojarzyło się euro-lewakom z „edukacją seksualną”. I w ten oto sposób, ta banda brukselskich zboczeńców sama niechcący przyznała, o co tak naprawdę w tej całej seks-edukacji chodzi: pedofilia, zwłaszcza ta homoseksualna i zachęcanie dzieci do spółkowania jest w tym wszystkim celem kluczowym – cała reszta to mydlenie oczu i propagandowe plewy.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 47 (22-28.11.2019)

sobota, 19 stycznia 2019

Pod-Grzybki 145

Mały remanent posylwestrowy. Prezydent „Czaskoski” najpierw zaprosił ludność stolicy na Sylwestra na Pl. Bankowym, a potem wydelegował do składania noworocznych życzeń jakąś no-name zastępczynię. No i słuszna jego racja. Warszawiacy swój obywatelski obowiązek spełnili, zagłosowali jak trzeba - i niech się z tego cieszą. Komu taki Czaskoski miałby niby składać życzenia? Jakimś przypadkowym ludziom, którzy nawet nie pobierali w Natolinie francuskich nauk od profesora Geremka i nie czytali w oryginale Morina? Wolne żarty.


*

Tydzień bez afery tygodniem straconym. Najpierw PiS przygarnęło na swe łono 28-letniego Jasia Wędrowniczka, czyli Adama Andruszkiewicza (eks - Młodzież Wszechpolska, eks – Ruch Narodowy, eks – Kukiz'15, eks – Endecja, eks – Wolni i Solidarni), który najwyraźniej idzie na rekord jeśli chodzi o szyldy organizacyjne. Jasio... to znaczy, Adaś, został wiceministrem cyfryzacji odpowiadającym za... coś tam, związanego z rządowymi stronami internetowymi. Powód oficjalny – Adaś ma „zasięgi” w mediach społecznościowych. Powód rzeczywisty – a, tutaj już należałoby przeniknąć piętrowe kalkulacje Naczelnika Państwa. Efekt? Dwutygodniowy shitstorm medialny i drgawki „holocaust industry” - bo Andruszkiewicz to „faszysta”. No i blady strach, jaki padł na „najstarszego kiejkuta” - gen. Dukaczewskiego, który na wieść o „faszyście” w rządzie niemal zbrukał sobie lampasy. Czyli, w sumie, warto było.


*

Ale co tam Andruszkiewicz. Na tapetę wzięto „dwórki” prezesa NBP Adama Glapińskiego i ich zarobki na lipnych dyrektorskich stołkach. Cóż, zerknąłem na zdjęcie i oczy zaszły mi bielmem od nagłego ataku krzyczącej, plastikowej tandety. Bez dwóch zdań - Glapiński jest do natychmiastowej dymisji. Za fatalny gust.


*

Na marginesie afery z „dwórkami” uaktywnił się prof. Andrzej Zybertowicz, który w RMF FM pytany o sprawę zarobków faworyt Glapińskiego ujawnił, iż jest przeciwnikiem „szalejącej transparentności”. Słuchaczom i red. Mazurkowi opadły szczęki – a tymczasem wyjaśnienie jest proste. Zybertowicz wysłał do radia ucharakteryzowaną na siebie słynną MaBeNę! Wot, tiechnika.


*

Słynny raper i fighter, znany jako „Popek”, pozazdrościł Kukizowi i zakłada własną partię - „Młoda Polska”. Hmm, domyślam się, że jako „król Albanii” Popek jest monarchistą – wystarczy zresztą na niego spojrzeć, by przekonać się, że samym wyglądem wzbudza respekt, co jest niewątpliwie podstawą monarszego majestatu. Król Popek I – to brzmi dumnie! Ciekawe, czy piszący na tych łamach inny monarchista, Grzegorz Braun, byłby zadowolony z takiego władcy?


*

Ale jak na razie Grzegorz Braun woli innego króla – a konkretnie, „krula”, czyli Janusza Korwin-Mikkego. Właśnie bowiem dołączył do wyborczego sojuszu Ruchu Narodowego i partii „Wolność”. Juncker na wieść o szturmie „kuców” na Parlament Europejski postanowił zapić się na śmierć, a Verhofstadt połamał sobie z nerwów resztki uzębienia. Tej siły już nikt nie powstrzyma!

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 02 (16-29.01.2019)

piątek, 4 stycznia 2019

Szczupak w stawie karpi

Partia rządząca potrzebuje radykalnego dyscyplinatora i recenzenta z prawej strony, by nie gnuśniała w samozadowoleniu i poczuciu zatęchłego komforciku.

I. Ożywczy ferment

Wygląda na to, że w ostatnich tygodniach na prawicy rozpoczął się nareszcie jakiś ożywczy ferment. Najpierw 27 listopada w warszawskim Sądzie Okręgowym eurodeputowany Mirosław Piotrowski złożył wniosek o rejestrację partii Ruch Prawdziwa Europa – Europa Christi. Nieco później, 6 grudnia, Ruch Narodowy i partia Wolność (Janusz Korwin-Mikke) ogłosiły powołanie koalicji wyborczej do Parlamentu Europejskiego. Widać zatem wyraźnie, że mówiąc klasykiem „coś się dzieje”. Po raz pierwszy od bardzo dawna na prawo od PiS zaczęła się tworzyć polityczna przestrzeń – niewielka, ale jednak. Jest to przede wszystkim „zasługą” partii rządzącej, która po okresie rewolucyjnego wzmożenia z czasów gabinetu Beaty Szydło, zaczęła pod rządami premiera Mateusza Morawieckiego konsekwentnie przechodzić na pozycje technokratyczno-wizerunkowe, czego dobitnym potwierdzeniem było zarówno wyjazdowe posiedzenia klubu PiS w Jachrance, jak i konwencja z soboty 15 grudnia. Otwartym tekstem ogłoszono tam zamykanie frontów i wygaszenie rewolucji, w zamian kładąc nacisk na wzrost gospodarczy, podniesienie zamożności Polaków, europeizację i modernizację. Do tego podkreślano moralną wyższość nad poprzednikami z PO (niby racja, ale przypominanie tego po 3 latach własnych rządów w stylu „oni byli gorsi” sprawia dość rozpaczliwe wrażenie) i zwrócono uwagę na kwestię komunikacji społecznej – czyli, mówiąc wprost, politycy PiS dostali zakaz wypisywania głupot w internecie. Wiele wskazuje na to, że pierwszą ofiarą tej nowej strategii wizerunkowej padła poseł Krystyna Pawłowicz, znana powszechnie z bezkompromisowości i ciętego języka. Właśnie po sobotniej konwencji ogłosiła bowiem rozbrat z polityką – musiała poczuć (lub ktoś dał jej to odczuć), że dla jej stylu aktywności publicznej nie ma już w PiS-ie miejsca, a że nie chciała być „przechrztą” lub rozłamowcem, więc postanowiła zawiesić rękawice na kołku. Szacunek, mało którego polityka byłoby na to stać.

Słowem, PiS ogłosił początek epoki „ciepłej wody w kranie”. Mamy stać się „zieloną wyspą” i „drugą Irlandią”, a Morawiecki – lepszą, patriotyczną wersją Donalda Tuska, tak jak do tej pory był „wrażliwą społecznie” wersją Balcerowicza. Poszukiwanie mitycznego „centrum” mającego zapewnić drugą kadencję samodzielnych rządów rozpoczęło się więc na całego. Owa iluzja „centrowego wyborcy” pod kątem którego należy łagodzić przekaz i szlifować różne kanty to temat na osobny tekst - tu tylko przypomnę, że w 2015 r. PiS nie wygrało dzięki centrystom (ci mieli do dyspozycji Petru i Platformę), a gdyby umiarkowany elektorat faktycznie był taką potęgą, to rządziłby dziś Gowin z PiS-em jako przystawką. Jak wiemy, jest odwrotnie.


II. Życie poza PiS-em

Niemniej, owo przesunięcie akcentów sprawiło, że zwyczajnie nie sposób dłużej skutecznie pilnować prawej flanki. Do tej pory jednym z pisowskich aksjomatów było sprawianie wrażenia, że poza PiS-em nie ma życia na prawicy i po tej stronie nie może wyrosnąć nic istotnego. Teraz pojawiły się wszelkie dane po temu, by ów stan rzeczy uległ zmianie – wszystko pozostaje w rękach prawicowego „planktonu”. Dość nerwowe reakcje przedstawicieli obozu „dobrej zmiany” na inicjatywę europosła Piotrowskiego, mocno związanego z ośrodkiem toruńskim (jego ugrupowanie jeszcze nie zdążyło zaistnieć, a już dorobiło się miana „partii ojca Tadeusza Rydzyka”), pokazują, że również w PiS-ie istnieje świadomość potencjału drzemiącego pod prawą ścianą sceny politycznej. Przy okazji, PiS zachowuje się tutaj jak pies ogrodnika – z jednej strony z absolutną premedytacją porzuca najbardziej radykalny elektorat, z drugiej zaś usiłuje nie dopuścić do tego, by ktoś inny go zagospodarował. Usłyszeliśmy więc starą śpiewkę, że nowe ugrupowania to dzielenie prawicy i torowanie drogi powrotowi do władzy „totalnej opozycji”. W podobnym duchu wypowiedział się w opiniotwórczym Klubie Ronina Józef Orzeł – że drobne partyjki niczego same nie osiągną, a uszczkną PiS-owi kluczowe kilka procent (w domyśle – właśnie po to się aktywizują przed wyborami). Wniosek z tego, że polityczna konkurencja powinna się samorozwiązać, by nie psuć Zjednoczonej Prawicy monopolu i komfortu rządzenia. Pora rozbroić ten fałszywy mit.

Otóż jako były zwolennik Korwina (potem mi przeszło) z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że wyznawca „Krula” prędzej odrąbie sobie rękę, niż zagłosuje na „socjalistów” z PiS. Zresztą, dla libertariańskich wyborców każdy oprócz Korwin-Mikkego to lewak i socjalista. Krótko mówiąc – to zupełnie odrębny elektorat, momentami rządzący się wręcz logiką sekty, z nieomylnym guru wolnego rynku na czele. Podobnie rzecz się ma z narodowcami – oni z kolei obsługują najbardziej zdeterminowanych przeciwników Unii Europejskiej, zwolenników Polexitu, dla których „PiS-PO to jedno zło”. Jak po tych wyborców miałby sięgnąć PiS, deklarujący na wyprzódki swą prounijność – doprawdy nie wiem. Prócz tego mamy również twardych prolajferów, dla których PiS byłby wiarygodny tylko wówczas, gdyby zaostrzył prawo aborcyjne – ten segment PiS właśnie definitywnie „olał”, najwyraźniej godząc się ze stratą i uznając, że zrekompensuje ją sobie z naddatkiem umiarkowanymi wyborcami. Zakaz molestowania Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji eugenicznej jest postawieniem kropki nad „i”. To są z kolei potencjalni wyborcy m.in. Marka Jurka i jego Prawicy RP, a niedługo także partii Mirosława Piotrowskiego. Do tego mamy jeszcze różne większe i mniejsze grupki prawicowych antysystemowców w rodzaju „Pobudki” Grzegorza Brauna – i to również nie są fani partii Jarosława Kaczyńskiego.

Cała ta mozaika może w moim odczuciu liczyć (przy dobrych wiatrach) na okolice pięciu procent i przekroczenie progu wyborczego – ale, podkreślmy jeszcze raz, to nie będzie 5 proc. „odebrane” PiS-owi, tylko pozbierane z rozproszonego planktonu politycznego na prawo od PiS. Warunek jest jeden – muszą się ze sobą dogadać i pójść do wyborów jedną listą, inaczej nic z tego nie będzie. Porozumienie narodowców i korwinistów jest tu pozytywnym sygnałem, choć łączy ich w zasadzie jedynie wspólny front antyunijny – mamy więc polityczne małżeństwo z rozsądku, w dobrym rozumieniu tego pojęcia. Podobnie należy ocenić przyjazne wypowiedzi kierowane pod adresem Mirosława Piotrowskiego – zarówno Ruch Narodowy, jak i Korwin-Mikke nie ukrywają, że widzą w nim przyszłego sojusznika. Swoją drogą, „odpuszczenie” sobie Radia Maryja (pewnie tu też PiS dostrzegł dla siebie jakieś wizerunkowe obciążenie) to klasyczny strzał w stopę – ale cóż, sami tego chcieli.


III. Szczupak i karpie

Na koniec winien jestem wyjaśnienie – dlaczego jako wyborca Prawa i Sprawiedliwości patrzę przychylnym okiem na nowe inicjatywy? Po pierwsze – jak wyjaśniłem powyżej, one PiS-owi nie szkodzą, zbierają jedynie głosy, których PiS nie jest w stanie (lub nie chce) zagospodarować. Po drugie, politycznie i światopoglądowo jestem gdzieś pomiędzy PiS-em a narodowcami i uważam, że Polska potrzebuje dwóch płuc polskiego patriotyzmu – zarówno tego wywodzącego się z tradycji piłsudczykowskiej, jak i endeckiej, do czego zresztą bezskutecznie nawoływałem na długo przed 2015r. Po trzecie wreszcie, partia rządząca potrzebuje radykalnego dyscyplinatora i recenzenta z prawej strony (a może i koalicjanta) – by nie rozleniwiła się i nie gnuśniała w samozadowoleniu oraz poczuciu zatęchłego komforciku. Potrzebny jest szczupak w stawie z coraz bardziej nieruchawymi, tłustymi karpiami. Do pewnego momentu wiązałem takie nadzieje z ruchem Kukiza – ale niestety, niestabilny emocjonalnie lider nie wyzbył się narowów estradowej primadonny i wydaje mu się, że można rządzić ugrupowaniem politycznym jak rockową kapelą. Dlatego, jeżeli na tych łamach zdarza mi się krytykować PiS, to właśnie z tej pozycji – wyborcy, który dostrzega u „swojej” partii niepokojące symptomy i bije na alarm. Bezkrytycznych popleczników i interesownych lizusów PiS ma na pęczki w innych redakcjach.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 51 (21-27.12.2018)

niedziela, 30 kwietnia 2017

Darwinizm po polsku

Czy nasi orędownicy darwinizmu w jego miejscowej, kolonialnej mutacji oraz ich polityczne ekspozytury wiedzą co promują?

I. Balcerowicz – Breżniew polskiej ekonomii

Wiadomość, że głównym specjalistą PO od gospodarki został prof. Andrzej Rzońca – bliski współpracownik Balcerowicza, członek władz balcerowiczowskiego Forum Obywatelskiego Rozwoju oraz przewodniczący Towarzystwa Ekonomistów Polskich – przyjąłem bez większego zdziwienia. Wybór ten potwierdza bowiem, że „totalna opozycja” niczego się nie nauczyła i nadal obraca się w zaklętym kręgu recept rodem z lat 90-tych minionego stulecia. Jeżeli dodamy do tego Ryszarda Petru – innego wychowanka naszego „ojca transformacji gospodarczej” - to otrzymamy swoisty neoliberalny skansen ze specjalistami wciąż powtarzającymi od niemal trzydziestu lat te same, utarte slogany – zupełnie, jakby nic się w międzyczasie nie zmieniło. Po drodze mieliśmy największy krach finansowy od czasów Wielkiego Kryzysu, swoje podejście do gospodarki zmienia nawet tak wolnorynkowa instytucja jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy, wskazująca na niebezpieczeństwa związane z narastającym rozwarstwieniem społecznym, świat od lewa do prawa zaczytuje się w pracach Thomasa Piketty'ego, rośnie fala sprzeciwu wobec bezrefleksyjnej globalizacji – a ci dalej swoje.

Może to świadczyć o kilku sprawach. Możliwe, że Balcerowicz do tego stopnia zdominował polską myśl ekonomiczną, że zwyczajnie nie sposób znaleźć odpowiednio prominentnych fachowców, którzy nie wywodziliby się z jego „stajni” - i to na przestrzeni międzypokoleniowej, bowiem prof. Rzońca to zaledwie 40-latek, który w czasach „przełomu” uczęszczał do podstawówki. Ich podejście z fetyszyzowaniem PKB (Grecja aż do samego krachu miała „wzrost”), prywatyzacji, wielkich inwestorów (najlepiej zagranicznych) i liberalizacją rynku pracy sprawia wręcz wrażenie tępego, odpornego na rzeczywistość doktrynerstwa. W tym sensie, Balcerowicz jako „guru” wychowujący kolejnych następców (jego FOR z którego przyszedł Rzońca to właśnie taka „kuźnia kadr”) jest niereformowalnym Breżniewem polskiej ekonomii.

Ale możliwe też, że PO sięgając po Rzońcę wykonała ukłon w stronę swojego żelaznego elektoratu. Niezły wgląd w jego sposób myślenia daje chociażby lektura gospodarczych publicystów „Gazety Wyborczej”, a przede wszystkim – spojrzenie „pod kreskę”, na komentarze internautów. Tu już mamy wysyp prawdziwego „lumpenliberalizmu” - z apriorycznym potępieniem aktywności państwa w gospodarce, „rozdawnictwa”, odrazą wobec jakichkolwiek form solidaryzmu społecznego okraszoną pogardą dla beneficjentów tegoż. Powyższe jest zarazem istotną częścią odpowiedzi na pytanie, dlaczego w polskim społeczeństwie istnieje osławiony „plemienny” podział. Otóż zagadnienie nie sprowadza się wyłącznie do kwestii historycznych, kulturowych i politycznych – ogromną rolę odgrywa tu również podział na bazie, powiedzmy, „doktryny ekonomicznej”. Jako zbiorowość padliśmy bowiem ofiarą perfidnego społeczno-gospdarczego eksperymentu. Już wyjaśniam w czym rzecz.


II. Ofiary darwinizmu

Proponuję pewien zabieg myślowy. Odłóżmy na chwilę bieżący spór polityczny i spójrzmy na ludzi wydających z siebie wspomniane wyżej głosy nie jak na wycie opętanych nienawiścią lemingów, lecz jak na... ofiary polskiego darwinizmu społecznego, który wtłaczano im do głów na niemal całej przestrzeni historycznej III RP (a to już w zasadzie całe pokolenie). Darwinizmu albo w wydaniu balcerowiczowskim, albo w doprowadzonej do ściany mutacji korwinowskiej. Sądzę zresztą, że w powszechnym odbiorze nie docenia się roli Korwin-Mikkego i jego projektu polityczno-ideowego w przeoraniu zbiorowej świadomości. Brak znaczących sukcesów wyborczych przesłonił gigantyczną (i skuteczną) pracę „wychowawczą” wykonaną przez tego polityka i jego środowisko. Ta formacyjna robota okazała się zadziwiająco trwała. Sam jako dwudziesto-, dwudziestoparolatek zaczytywałem się w „Najwyższym Czasie!” i naprawdę długo trwało, nim zdołałem się uwolnić od tego wpływu. To niemal sekciarska psychomanipulacja z charyzmatycznym liderem na czele, zaś kpiny bądź oburzenie mainstreamu tym bardziej dodawały mu wiarygodności w oczach jego wyznawców. To jego nauki są jedną z przyczyn zaniku poczucia wspólnotowości, niskiej aktywności społecznej Polaków i piętnowania redystrybucji jako destrukcyjnego rozdawnictwa - wszystko zaś podszyte jawnym, bądź nieco tylko zakamuflowanym egoizmem: dbaj o siebie, inni też niech radzą sobie sami. A jeśli im się nie udaje - trudno, sami są sobie winni - bo leniwi, niezaradni itp.

Przywołam tu pewną obserwację poczynioną przez przyrodników badających społeczności piesków preriowych. Mianowicie zauważono, iż w stadzie są „pieski-altruiści” i „egoiści”. Te pierwsze ostrzegają resztę gdy zauważą drapieżnika, lecz tym samym zwracają na siebie uwagę i częściej padają ofiarą ataku. Te drugie, po zauważeniu zagrożenia chyłkiem chowają się w norkach. W efekcie same przeżywają, lecz wystawiają na niebezpieczeństwo resztę społeczności, która przez to jest szybciej dziesiątkowana przez drapieżniki – na koniec nieuchronnie ofiarami padają sami „egoiści”, bo zostają pozbawieni ochronnej „otuliny” stada. Otóż we współczesnym świecie dąży się do zbudowania zatomizowanych ludzkich zbiorowisk, składających się wyłącznie z „piesków-egoistów”. I taka też jest istota zaordynowanego nam „darwinistycznego” eksperymentu. W czyim leży to interesie? Nie tylko mrocznych „władców marionetek” budujących NWO, lecz zupełnie jawnych globalnych korporacji dla których skrajne zindywidualizowanie ludzkich postaw jest najlepszą gwarancją, że nie przeciwstawi im się żadna świadoma swych interesów wspólnota.

Wróćmy do naszych „darwinistów”. Dlaczego ci ludzie, często funkcjonujący w realiach prekariatu, z trudem utrzymujący pozycję klasy średniej, bądź wręcz osuwający się w nieokreślony status społeczny „ludzi bezprzydziałowych” z takim samobójczym uporem głoszą nie mające nic wspólnego z rzeczywistością „wolnorynkowe” tezy? Bo mają nadzieję, że kiedyś się odkują i to oni będą na górze? Oczywiście nie będą, no, może nieliczne jednostki - całej reszcie uniemożliwi to ów balcerowiczowsko-korwinowski „liberalny” system quasi-niewolniczego rynku zdominowanego przez korporacje. Mit „od pucybuta do milionera” właśnie dlatego jest tak często przedstawiany jako wzór, bo utrwala w świadomości fikcję nieograniczonych możliwości samorealizacji. Tyle, że podobna droga udała się jedynie nielicznym, wybitnym jednostkom, które posiadały predestynujące je do sukcesu indywidualne cechy. Przytłaczająca większość ludzi nie posiada tego typu przymiotów i dlatego ludzkość nie składa się z ponad siedmiu miliardów milionerów. Ale zarazem ten mit ma wartość i siłę dyscyplinującą, motywującą ludzi by wypruwali sobie żyły w rynkowej konkurencji, która ich przeżuje i wypluje - ale oni o tym dowiadują się poniewczasie, do tego momentu zaś dziarsko tyrają w kieracie, karmiąc się złudzeniami. Tak więc z punktu widzenia interesów Systemu, omawiana tu bajka wraz z towarzyszącym jej pakietem (anty)społecznych postaw jest niezwykle użyteczna.


III. Współczesne niewolnictwo

Pisząc o niewolnictwie bynajmniej nie przesadzam. To nie tylko przymus ekonomiczny i funkcjonowanie w realiach w których niemożliwe jest życie bez długów - co sprawia, że nasze przyszłe dochody należą de facto do międzynarodówki lichwiarzy. Zwróćmy uwagę, że np. korporacje mają nad swymi pracownikami władzę dyktatorską, porównywalną z właścicielami niewolników - ale bez zobowiązań, które obciążały tychże. Dyktują sposób ubioru („dress code”), nadzorują wolny czas, sposób zachowania nie tylko w pracy lecz i poza nią (by niesubordynowany pracownik nie obciążył wizerunkowo firmy), kontrolują zachowania na portalach społecznościowych itp. Jest to przy tym „niewolnictwo rozproszone” - pracodawca i banki (czasem zresztą na jedno wychodzi w przypadku korporacji finansowych) „dzielą się” prawami do niewolników - jedni biorą jego pracę i lwią część życia prywatnego, drudzy - znaczną cześć zarobków poprzez uzależnienie kredytowe (na mieszkanie, samochód, dobra konsumpcyjne, wczasy itd.).

Liberał powie na to, że przecież nie ma przymusu - można się zwolnić, przejść do innej firmy, albo zrezygnować z różnych dóbr i się nie zadłużać. Problem w tym, że taki wyidealizowany konstrukt kompletnie rozmija się z realiami. Równorzędność relacji pracownik-pracodawca wedle której dwa podmioty zawierają dobrowolną umowę jest fikcją. Decydującą rolę w wymuszaniu pożądanych z punktu widzenia Systemu zachowań odgrywa bowiem wspomniana już presja ekonomiczna. Dlatego taką wściekłość wywołują projekty zmierzające do urealnienia skutecznego ściągania podatków od wielkich firm, czy programy redystrybucyjne w rodzaju „500+” - oni czują, że w ten sposób wymyka się im z rąk część władzy nad niewolnikami.

Na koniec pozostaje już tylko pytanie – czy nasi orędownicy darwinizmu w jego miejscowej, kolonialnej mutacji oraz ich polityczne ekspozytury wiedzą co promują, czy są po prostu tak zaślepieni, że nic do nich nie dociera? Jak Państwu się wydaje?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/4757-pod-grzybki


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 17-18 (26.04-09.05.2017)


wtorek, 27 maja 2014

Korwin-Mikke nie odebrał głosów PiS

Prócz stałego, konserwatywno-liberalnego elektoratu osiągającego w porywach do 2-3%, Korwin przejął głosy Ruchu Palikota, PO i narodowców.

I. Będąc młodym korwinowcem...

Chciałbym uspokoić tych zwolenników PiS, którzy gotowi są twierdzić, że gdyby nie te 7 procent KNP, to PiS – ho, ho, wygrałby z Platformą o ładne kilka procent. Otóż nie, Korwin-Mikke nie odebrał głosów Prawu i Sprawiedliwości i zaraz wyłuszczę dlaczego.

Tak się składa, że jestem byłym „korwinowcem” i gdy miałem dwadzieścia - dwadzieścia kilka lat, głosowałem na Korwina i UPR w kilku kolejnych wyborach. Była to mniej więcej druga połowa lat 90-tych. Później, jak wielu innym zwolennikom UPR-u, przeszło mi, lub może raczej – wyrosłem z tych kilku konserwatywno-liberalnych czy też libertariańskich recept na uszczęśliwienie świata, które niezmiennie ma do zaproponowania pan Janusz. Piszę o tym dlatego by pokazać że motywacje którymi kierują się wyborcy Korwina są mi znane i sądzę, że po latach wciąż jestem w stanie wejść w ich skórę.

Na początek jednak rozprawmy się z pewnym szkodliwym mitem, że prawicowy elektorat ma jakoby stanowić monolit i wystarczy, że jedna siła polityczna zmonopolizuje prawą stronę sceny politycznej, to wyborcy z braku laku zagłosują właśnie na tę dominującą partię – czyli w obecnej sytuacji na PiS. Tak nie jest. Prawica ma wiele ideowych odcieni i np. twardzi wyborcy Korwina prędzej utną sobie rękę, niż zagłosują na „pisowskich socjalistów”. Z kolei narodowcy również nie zagłosują na ugrupowanie „piłsudczyków”. Dlatego przy różnych okazjach podkreślałem, że Ruch Narodowy nie jest żadną antypisowską dywersją po prawej stronie, bo odwołuje się do innego segmentu elektoratu.

II. Poszkodowani przez Korwina

No dobrze, komu więc odebrał głosy Kongres Nowej Prawicy? Prócz stałego, konserwatywno-liberalnego elektoratu osiągającego w porywach do 2-3%, Korwin przejął głosy Ruchu Palikota, PO i narodowców, przy czym najbardziej poszkodowanymi są Palikot i Ruch Narodowy.

Palikot, po kilku latach obecności w sejmie jako odrębny byt polityczny, zwyczajnie się zużył. Dla sporej części „elektoratu protestu”, który postrzega wszystkie siły zasiadające w parlamencie jako „jedną bandę” przestał być wiarygodny – nie szło na niego głosować „na złość onym”. Swoje pewnie zrobił także sojusz ze spadami z SLD pod patronatem Kwaśniewskiego (duży błąd) i fatalna kampania wyborcza z pajacowaniem różnych dziwnych postaci. W tej sytuacji Korwin – jakkolwiek absurdalnie by to nie zabrzmiało – mógł mieć dla dotychczasowych wyborców Palikota walor politycznej świeżości.

Jeśli chodzi o Platformę, to mogła się od niej odwrócić jakaś część wyborców wolnorynkowych, rozczarowanych brakiem obiecanej niegdyś deregulacji gospodarki oraz podwyżkami podatków. Chrapkę na ten segment miał Gowin, ale ze względu na przyrodzoną mu tzw. „miękką charyzmę” nic z tego nie wyszło. Tu warto pogratulować refleksu Przemysławowi Wiplerowi, który w samą porę przeskoczył do łajby Korwina.

No i w końcu Ruch Narodowy. Dla tego ugrupowania Korwin stał się prawdziwym katem. Okazało się, że popularność Marszu Niepodległości to zdecydowanie za mało, by osiągnąć polityczny sukces, poza tym, uczestnicy demonstracji 11 Listopada rekrutowali się z różnych patriotycznych środowisk i nie stanowili jednolitego politycznego „wojska” jak zapewne wyobrażali sobie liderzy RN. Wyszedł także brak doświadczenia. Inną, nie mniej istotną kwestią, był ambiwalentny stosunek do putinowskiej Rosji. Dla pisowców, narodowcy byli zbyt prorosyjscy, z kolei dla post-endeckiego betonu rekrutującego się spośród dawnych paxowców i „endekokomuny” Ruch Narodowy jawił się wręcz jako rusofobiczna dywersja. „Paleoendecja” postawiła więc na Korwina. Tak się składa, że śledzę sobie m.in. portal „Konserwatyzm.prl” będący tubą słowiano- i rusofilskiej endecji z takimi postaciami jak red. Engelgard z „Myśli Polskiej”, czy pisujący w „Najwyższym Czasie” monarchista prof. Adam Wielomski darzący Putina wręcz bałwochwalczym uwielbieniem i z tego co można było tam wyczytać wynika, że ostatecznie postawili na KNP, przechodząc do porządku dziennego nad gospodarczym liberalizmem tego ugrupowania.

III. Korwin w mediach

Pozostaje jeszcze do rozstrzygnięcia wpływ obecności Korwin-Mikkego w mediach na finiszu kampanii. Nie sądzę, by była to świadoma promocja – korwinowcy bowiem najpierw zaczęli zwyżkować w sondażach ku lekkiej dezorientacji czołowych mediodajni, a dopiero potem ich lider zagościł w szklanych okienkach. Uważam raczej, że zaczęto zapraszać Korwina z nadzieją, że się skompromituje którąś ze swych nieprzytomnych filipik.

Warto w tym kontekście zwrócić uwagę, na rodzaj medialnego zainteresowania. Media pro-pisowskie eksploatowały przede wszystkim motyw prorosyjskości Korwina, zwłaszcza w kontekście wydarzeń na Ukrainie, natomiast mediodajnie reżimowe koncentrowały się głównie na obyczajowych wyskokach lidera Nowej Prawicy ze szczególnym uwzględnieniem jego ogólnie znanego stosunku do kobiet, czy wrzutek o Hitlerze. Tu chciałbym przywołać dość histeryczny tekst Agnieszki Kublik na stronach „Wyborczej” opublikowany kilka dni przed wyborami, w którym w typowym dla siebie stylu odsądzała Korwin-Mikkego od czci i wiary. Innymi słowy, skoro nie dało się dłużej Korwina ignorować, to zaczęto nim straszyć – z różnych pozycji. Osobną sprawą jest, że właśnie owo straszenie Korwinem mogło przynieść skutek odwrotny od zamierzonego i uwiarygodnić go w oczach jakiejś części wspomnianego wyżej „elektoratu protestu”.

IV. Mocny sondaż z zastrzeżeniem

Gdzie zatem szukać „podbieraczy” pisowskich głosów? Przede wszystkim w Solidarnej Polsce, która programowo od PiS-u się nie różni, poza ogólnym „zrobimy to samo, tylko bardziej”. „Ziobryści-Kurzyści”, jak nazywał ich nieodżałowany Seawolf, zgarnęli nieco ponad 4% i nawet przy świadomości, że jeśli chodzi o migrację głosów dwa plus dwa rzadko kiedy równa się cztery, to można przypuszczać, że gdyby nie personalny rozłam spora część z tych czterech procent była do wzięcia. Możliwe również, że co nieco uszczknęli PiS-owi gowinowcy – choć tu akurat zapewne bardziej stratna była Platforma.

Jak widzę wynik eurowyborów w kontekście polityki krajowej? Jest to z pewnością mocny sondaż na dużej grupie respondentów, który może obalić dwie psychologiczne bariery – mianowicie, pokutujący schemat chronicznej niemożności PiS-u pod rządami Kaczyńskiego oraz syndrom „zmarnowanego głosu” w przypadku Korwina. Zaznaczyć jednak trzeba, że dwudziestokilkuprocentowa frekwencja sugeruje, iż do urn udał się najbardziej zdyscyplinowany elektorat. Przy frekwencji ok 40%, kiedy to siłą rzeczy więcej jest głosów przypadkowych, oddanych pod wpływem impulsu, efekt końcowy może wyglądać zgoła inaczej.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

wtorek, 4 grudnia 2012

„Uważak” wSieci

Przestrzeń publiczna zostanie wypełniona „świergoleniem”, a jak nie, to dwa lata odsiadki nauczą „miłości” wszystkich nienawistników.

I. Droga do upadku

Przyznam się bez bicia, że wiedziony zdrożną ciekawością wycelowałem te 2,90 na pierwszy numer pińskiego „Uważaka”. I chyba popełniłem błąd, trzeba było odczekać 2-3 tygodnie, albowiem nowa odsłona na swą premierę sfastrygowana została z tekstów, których nie zdążyli wycofać odchodzący publicyści, do tego pewnie trochę jakichś archiwalnych złogów plus materiały napisane przez dziennikarzy „Rzepy”. Widać jak na dłoni, że nowy naczelny ma potężne problemy ze skompletowaniem ekipy – oczywiście prócz Korwina, który pisze wszędzie i nie posiada się z radości, że „URz” zostało odebrane „pisowcom”. Zapewne widzi w tym jaskółkę przyszłego wyborczego sukcesu – ci, którzy, zrobili kiedyś ten błąd i dali się Korwinowi politycznie zauroczyć, marnując swe głosy przez kilka różnych wyborów z rzędu, jak niżej popisany, znają tę śpiewkę doskonale: teraz to już na pewno zdobędziemy 10-15 procent i tym razem, za sto jedenastym podejściem, wejdziemy, zwyciężymy, przełamiemy monopol różnej maści socjalistów, albowiem to MY i nikt inny jesteśmy jedyną najprawdziwszą prawicą.

Oczywiście, obecność Korwina na łamach w żaden sposób nie przyczyni się do wzrostu popularności jego formacji, tak jak nie przekładają się felietony w „Angorze”, albowiem jego rola w społecznej świadomości została definitywnie już zaklepana i sprowadza się do pozycji wujaszka-ekscentryka, który na imieninach zawsze potrafi wprawić towarzystwo w dobry humor. Piński go wziął ze względu na zaszłości z „Najwyższego Czasu”, no i dlatego, że zawsze jest to jakieś rozpoznawalne nazwisko, ale cóż szkodzi Korwinowi trochę pomarzyć?

Nawet o przechyle w kierunku jakiejś usalonowionej „neo-endecji” trudno w tej chwili wyrokować, jako że polemiczny tekst Artura Zawiszy i Roberta Winnickiego okazał się pochodzić sprzed dwóch tygodni i w bieżącym numerze miał się ukazać jeszcze na mocy uzgodnień z Pawłem Lisickim. Sam Winnicki zdecydowanie dementuje, jakoby miał zostać nowym publicystą „Uważam Rze”, więc za tymi narodowcami Piński będzie musiał trochę się porozglądać. No chyba, że sprawdzi się rysunkowe proroctwo Budynia78 i pojawi się specjalista od wynajdywania kolejnych „katechonów” - czyli monarchista Wielomski z paxowskim weteranem Engelgardem na doczepkę. Byłaby to zaiste piękna katastrofa.

Stuhr-senior na okładce to już jakaś aberracja, gdyż niezależnie od tego, że firmuje tu „temat tygodnia” o walce z rakiem, to dla czytelników, jego polityczno-towarzyskie afiliacje spod znaku salonowego „krakówka” są na tyle jednoznaczne, by z miejsca ośmieszyć deklaracje ze wstępniaka o „społecznej kontroli nad władzą” i inne tego typu zaklęcia, których nie szczędzi czytelnikom nowy naczelny.

Mnie szczególnie ujął tekst o „prawdziwie wolnym rynku” w kontekście sposobu, w jaki Presspublica trafiła w ręce Hajdarowicza – za pieniądze pożyczone od powiązanego z WSI NFI „Jupiter”, esbeckiego „tewusia” Leszka Czarneckiego oraz od PW Rzeczpospolita. Traktowanie czytelników jak durni to droga do klęski, no chyba, że jest się Tomaszem Lisem, który traktuje tak swych odbiorców od wielu lat i to ze sporym powodzeniem, ale Lis celuje w diametralnie inny target przy którym takie podejście się akurat sprawdza.

II. Fuzja „URz” i „wSieci”?

W kontekście przejęcia „Uważam Rze” intrygująco brzmi wyznanie Pawła Lisickiego, że Jan Godłowski - współpracownik Hajdarowicza - na dwa dni przed zwolnieniem proponował Lisickiemu odkupienie tytułu. Albo była to zasłona dymna, albo Hajdarowicz naprawdę chciał się pozbyć politycznej kuli u nogi, nawet za cenę utraty dochodów generowanych przez to pismo (w tym roku według Ziemkiewicza miało to być 9 mln czystego zysku). Jeśli to drugie, to w ciągu tych dwóch dni jakiś rządowy „Graś” musiał dobitnie przypomnieć medialnemu „słupowi” skąd wyrastają mu nogi i że Dyktatura Matołów nie życzy sobie wpływowego tygodnika ze sprzedażą stu trzydziestu tysięcy egzemplarzy pozostającego poza kontrolą.

Ale może nie ma tego złego... Interesująco w tym wszystkim rysują się perspektywy dwutygodnika „wSieci”, który pierwotnie żywić się miał przedrukami z internetu – głównie z portali „wPolityce.pl” oraz „Stefczyk.info”, obecnie zaś może przejąć grono autorów z odchodzącej ekipy „Uważaka” i stać się normalnym tygodnikiem z własnymi, oryginalnymi treściami. Pytanie, czy Jacek Karnowski – a w zasadzie biznesowi patroni ze Stefczyka - może sobie na to pozwolić od strony budżetowej. W każdym razie, oczekiwanie dotychczasowych czytelników „Uważam Rze” jest pod tym względem jednoznaczne i jeśli z jakichś względów nie zostanie spełnione, to Karnowski by zachować wiarygodność swoją i swoich tytułów będzie musiał przedstawić naprawdę przekonujące uzasadnienie.

Jednakże, nawet jeśli dawne „Uważam Rze” odrodzi się jako zmodyfikowane „wSieci”, to dla wszystkich którzy odeszli miejsca raczej nie starczy. Ci, co się nie załapią znajdą się w sytuacji nie do pozazdroszczenia, bo raty kredytów nie poczekają – i być może Jan Piński liczy na różne „ciche powroty”. Oby się przeliczył, bo łamanie sumień materialnym przymusem to zawsze przygnębiający widok, nie mówiąc już o schadenfreude reżimowych mediodajni.

III. Mowa miłości

A tak już na zakończenie, coś z innej beczki: „Hybrydy” nie chcą być kojarzone z „roninowcami”. „Solidarni 2010” rozesłali informację, że spotkanie promocyjne książki „Lawa – rozmowy o Polsce” zaplanowane pierwotnie na 4 grudnia w „Hybrydach” właśnie, odbędzie się w Domu Pielgrzyma „Amicus”, gdyż „Hybrydy” wymówiły „Solidarnym” i Klubowi Ronina salę. Nawet nie próbowano ukryć, że chodzi o nagonkę związaną z odgrzebanymi słowami Grzegorza Brauna sprzed dwóch miesięcy i przesłuchania prokuratorskie świadków owej wypowiedzi. Cóż, w warunkach nieubłaganej walki z „mową nienawiści” lepiej mieć z władzą dobrze, nawet za cenę utraty twarzy, bo na różnych jątrzycieli Dyktatura Matołów ma swoje sposoby - i lepiej nie przekonywać się na własnej skórze jakie.

Zatem, system pełzającej represjonizacji działa, wojna z nienawistnikami się rozkręca, a już nasi przodkowie zauważyli, że pierwszą ofiarą każdej wojny jest prawda. Toteż nawet się nie zdziwiłem, gdy w wywiadzie dla Polsat News polityk PO Adam Szejnfeld zadekretował, iż jedynym obowiązującym językiem w Polsce ma stać się „mowa miłości”. Innymi słowy, przestrzeń publiczna zostanie wypełniona „świergoleniem”, a jak nie, to dwa lata odsiadki nauczą „miłości” wszystkich nienawistników. Niezawisłe Sądy już się grzeją pod telefonami.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/